czwartek, 25 grudnia 2025



Jak polska perspektywa patrzenia na Rosję różni się od zachodniej? Czy wojna w Ukrainie zmieniła spojrzenie, które wcześniej było dość łagodne? Czy te perspektywy się zbliżyły? Czy wciąż jesteśmy postrzegani jako kraj histerycznie reagujący na Rosję?

— Na pewno te perspektywy się zbliżyły. Zachód — w różnym stopniu — pomaga Ukrainie, co jest bardzo budujące. Zwolennicy realizmu w stosunkach międzynarodowych mogliby zapytać, po co pomagać Ukrainie, skoro nie jest w NATO i nie mamy wobec niej żadnych zobowiązań. Na szczęście tak się nie stało. Zachód zauważył, że wieloletnia strategia opierająca się na myśleniu, że przez handel i współpracę gospodarczą da się "cywilizować" Rosję, się nie sprawdziła. Niemcy byli tu głównym graczem: polityka wschodnia Willy’ego Brandta, Nord Stream — to wszystko miało przyciągnąć Rosję do Zachodu.

Zauważam, że pojawia się już mniej głosów, że Polska przesadza czy straszy. Hiszpania, Portugalia — dozbrajają Ukrainę. Nie ma zgody na naruszanie granic, na powrót do XIX-wiecznego myślenia rosyjskiego o koncercie mocarstw i strefach wpływów. Pod tym względem nastąpiła pozytywna zmiana.

(...)

W książce przedstawił Pan kilka scenariuszy dla Rosji na kolejną dekadę. Który z nich jest obecnie najbardziej prawdopodobny?

— Obawiam się, że najbardziej realny jest scenariusz dla nas najgorszy, który nazywam Wielkim Rosyjskim Murem. To Rosja jeszcze bardziej zamknięta w kokonie nacjonalistyczno-imperialnego i religijnego konserwatyzmu, wiecznie stawiająca się w kontrze do Zachodu, co jest zresztą tradycją sięgającą czasów Księstwa Moskiewskiego. Oznacza to większy autorytaryzm wewnętrzny — co dotyka nas mniej bezpośrednio — ale wiąże się z agresywną polityką zewnętrzną: próbami rozbijania Zachodu, groźbami atomowymi (do których trochę przywykliśmy), sabotażami, podpaleniami i zabójstwami politycznymi. Wszystko to będzie kontynuowane, póki Putin jest u władzy.

Ten scenariusz stanie się realny, jeśli Rosji uda się utrzymać zdobycze terytorialne w Ukrainie. Nawet gdy będzie to tylko część Donbasu, Zaporoża i obwodu chersońskiego, utwierdzi to Kreml w przekonaniu, że agresja się opłaciła. Sankcje są, ale Rosja nie upadła. Jeśli dojdzie do jakiegoś zawieszenia broni i — czego obawiam się najbardziej — zmniejszenia sankcji ze strony Stanów Zjednoczonych (Europa wydaje się obudzona, ale ruch MAGA w USA może dążyć do szybkiego zdjęcia restrykcji), Rosja zostanie tylko zachęcona. Dla Putina będzie to potwierdzenie słuszności jego polityki, czyli że odebrał Ukrainie ziemię, na lata zamroził jej akcesję do NATO i spowolnił drogę do Unii Europejskiej, a więc Ukraina będzie zawieszona między Wschodem a Zachodem.

Czy Rosji takie "zblokowanie" Ukrainy wystarczy?

— Nie zakładam bezpośredniego ataku na NATO, w sensie masowej inwazji czołgów. Kreml, mimo innej racjonalności niż nasza, nie rzuci się na NATO bez odbudowy gospodarki, a to zajmie lata. Skoro nie był w stanie zająć całej Ukrainy, jak miałby walczyć z trzydziestoma krajami NATO?

Z pewnością jednak oznacza to stałą destabilizację: trzymanie dużej armii na granicy z NATO i na Białorusi, kolejne kryzysy migracyjne, przecinanie kabli podmorskich. W sprawie tego, czy to najgorszy scenariusz, toczy się "spór w doktrynie". Doktor Maria Domańska z Ośrodka Studiów Wschodnich stwierdziła, że taki scenariusz (agresywna, ale słabnąca Rosja) jest dla nas lepszy. To Rosja, która będzie coraz bardziej zależna od Chin, ale jednak słabsza, bo chińska kroplówka nie zastąpi w pełni relacji z Zachodem. Według niej gorszym scenariuszem jest ten, który ja, za Stephenem Kotkinem, opisuję jako potencjalnie lepszy — czyli "reset".

Rosja koncentruje się na sobie, wygasza prowokacje, uśmiecha się do nas, pojawia się "drugi Miedwiediew" i proponuje powrót do business as usual. Taka Rosja próbuje odbudować wojsko — które dziś przypomina armię radziecką, opartą na masowych szturmach i przestarzałym sprzęcie — i modernizować gospodarkę. Pytanie więc, co jest gorsze: Rosja grożąca, ale karlejąca, czy Rosja skupiona na sobie, dająca nam może dziesięć lat spokoju, ale odbudowująca swój potencjał, bo będzie potrzebowała Europy, by się wzmocnić. Ja jednak obstawiam, że na razie najbardziej realny jest scenariusz agresywny.

(...)

Co zrobi Putin w 2030 r.? Pozostanie u władzy czy zrezygnuje? Czy istnieje alternatywa, że przekaże komuś władzę? Ktoś zostanie przez niego namaszczony czy może dojdzie do wewnętrznych walk?

— To wielka niewiadoma, dlatego w książce nie koncentruję się na konkretnych nazwiskach, bo to wróżenie z fusów. Możemy wymienić dwadzieścia osób, a i tak okaże się, że Putin namaści kogoś, kogo nie braliśmy pod uwagę. Obawiam się, że Putin będzie chciał rządzić jak najdłużej, być może do śmierci, jak Breżniew czy Stalin. Będzie przedłużał moment przekazania władzy.

Putin w 2030 r. będzie miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Jeśli będzie sprawny — a Trump w tym wieku jest u władzy — to zostanie. Myślę, że Putin sam jeszcze nie podjął decyzji w sprawie następcy — jest relatywnie w dobrym stanie zdrowia, sądząc po jego wystąpieniach, wyglądzie czy zachowaniu. Pewnie daje sobie jeszcze kilka albo kilkanaście lat. Jeśli wyznaczy następcę, ogłosi to w ostatniej chwili, głównie po to, by nie osłabić ani siebie, ani tej osoby. Gdyby teraz wskazał na przykłada Aleksieja Diumina — nazwisko pojawiające się od lat, polityk młodszy o pokolenie — to Diumin zostałby natychmiast politycznie "odstrzelony" przez rywalizujące klany. Putin przez lata pełnił funkcję arbitra, który je godził, działając na zasadzie "dziel i rządź". Jest ryzyko, że po jego nagłej śmierci — lub nawet przy planowanym przekazaniu władzy — nie wszystkie klany zaakceptują następcę.

Putin robi jednak wszystko, by system przetrwał jego odejście. Po pierwsze, dokooptowuje do elity dzieci obecnych decydentów. Synowie Dmitrija Patruszewa czy Michaiła Fradkowa zajmują wysokie stanowiska. Ojcom nie opłaca się wtedy bujać łódką, bo ucierpią ich dzieci. Po drugie, próbuje włączyć do elity część weteranów wojennych. Oni mają wszystko zawdzięczać Putinowi — wyrwał ich z biedy i dał stanowiska. Mają być batem na stare elity, wiernym wyłącznie Putinowi. Po trzecie, trwa proces deprywatyzacji — odbierania majątków jednym i przekazywania ich innym biznesmenom. To ma jeszcze mocniej związać elity z Kremlem, bo zawdzięczają mu swoje miliardy (liczba dolarowych miliarderów w Rosji wzrosła podczas wojny) i czyni ich współodpowiedzialnymi za wojnę.

Czy przekazanie władzy będzie płynne? Zobaczymy. Kreml robi wszystko, by tak było. Gdyby doszło do otwartej walki, osłabiłoby to autorytet władzy. Jeden ze scenariuszy rozpadu Rosji zakłada właśnie niepłynne przekazanie władzy i bunt części elit.

(...)

Widzimy, że Chiny korzystają na izolacji Rosji, która staje się od nich coraz bardziej zależna. Wydaje się, że Rosja też jest zapatrzona w chiński model inwigilacji społeczeństwa — dla Rosji byłoby to idealne rozwiązanie. Jaką rolę odegrają Chiny w najbliższej dekadzie?

— We wspomnianym agresywnym scenariuszu na kolejną dekadę dla Rosji Chiny odegrają kluczową rolę. Po pierwsze, są kroplówką finansową. Gdyby Chiny i Indie przestały kupować rosyjską ropę (nawet ze zniżkami, gdzie Rosja jest klientem, nie partnerem), wojna skończyłaby się z powodu z braku funduszy. Po drugie, Chiny są ambasadorem Rosji na globalnym południu. Kiedy państwa Afryki czy Azji widzą, że Xi Jinping normalnie współpracuje z Putinem, zachęca je to do utrzymywania relacji z Moskwą. Działa tutaj także rosyjska propaganda antykolonialna — Rosja przypomina Afryce, że nigdy nie była tam kolonizatorem, w przeciwieństwie do Zachodu. Ta zależność Rosji od Chin będzie wzrastać. Pytanie, czy to w pewnym momencie nie zdenerwuje rosyjskich elit, szczególnie "siłowików". Oni nie chcą być wasalem Chin.

W Rosji istnieje silny szowinizm i pogarda dla "kitajców". Na razie Xi Jinping dba o swój wizerunek i traktuje Putina jak równego partnera. Dopóki nie pokaże Rosji publicznie, że jest wasalem, rosyjskie elity będą udawać, że nie widzą problemu. Ciekawą kwestię poruszył w mojej książce doświadczony dziennikarz rosyjski Lew Kadik — my na Zachodzie nie możemy już analizować Rosji bez patrzenia na Chiny. Nawet gdyby w Rosji doszło do liberalizacji, jak za Gorbaczowa czy wczesnego Jelcyna, musimy zadać pytanie: co na to Chiny? Dla Chin demokratyczna, a już na pewno prozachodnia Rosja, to scenariusz koszmarny. Nie po to inwestują w Rosję, by nagle mieć na północy sąsiada — mocarstwo atomowe — który jest przyjacielem Stanów Zjednoczonych. To oznaczałoby strategiczne otoczenie Chin. Jeśli Rosja zaczęłaby się demokratyzować, Pekin na pewno próbowałby wpłynąć na ten proces, chociażby przez gospodarkę. Musimy uwzględniać chińską optykę w każdym scenariuszu dla Rosji.

onet.pl\Nowa Europa Wschodnia


Kaczyńskiemu w ostatnich 40 latach zdarzało się wpadać w olbrzymie tarapaty i wspierać projekty, które nie mogły się udać. W 1993 r. wypadł nawet z parlamentu i zaangażował się w tworzenie Przymierza dla Polski, o którym historia — całkowicie słusznie — zapomniała. Dwa lata później popierał w wyborach prezydenckich trzech kandydatów (Adama Strzembosza, Lecha Kaczyńskiego, Jana Olszewskiego), byle nie wesprzeć Lecha Wałęsy. Zanim Lech został ministrem sprawiedliwości, dużo wskazywało, że dla braci Kaczyńskich nie będzie miejsca na polskiej scenie politycznej. Co było dalej, wszyscy wiemy. Choć też bez przesady: jeszcze na początku poprzedniej dekady prezes miał wizerunek przegrywa. Nie bez przyczyny, bo jego partia i kandydaci przerżnęli siedem wyborów z rzędu.

Słowem: ani historia Kaczyńskiego, ani historia PiS nie składa się z samych triumfów. Różnica polega na okolicznościach. Przez lata nie brakowało tych, którzy chcieli rzucić wyzwanie prezesowi, otwarcie występowali przeciw niemu. Dziś mało kto jednak pamięta o takich partiach jak Polska Jest Najważniejsza czy Polska Razem. Solidarna Polska zapisała się w pamięci dzięki Zbigniewowi Ziobrze, ale w sondażach notowała wyniki w okolicach 0,7 proc. Coś, co łączyło te kanapowe formacje, które tworzyli secesjoniści z PiS, to brak pomysłu i oferty dla wyborców. Po co ktoś miał głosować na — to przykład — na Polskę Razem, skoro wszystko, co proponowała ta partia, oferował też PiS, tylko jeszcze bardziej? Tak naprawdę u podstaw powstania tych partyjek leżały konflikty personalne, zupełnie nieczytelne dla elektoratu. Jarosław Kaczyński pilnował prawej ściany i spokojnie czekał, aż buntownicy pokornie do niego wrócą albo wpadną w polityczny niebyt.

Rywalizacja z Konfederacją i Konfederacją Korony Polskiej to jednak zupełnie inna historia. Nie wyłoniły się z PiS, tylko rosły obok. Podglebiem dla obu formacji była frustracja wywołana także przez rządy Mateusza Morawieckiego. Dziś obie Konfederacje zdobywają w sumie w sondażach ponad 20 proc. (średnia z grudnia). Obie są bardziej prawicowe od PiS, obie mają bardzo silną — zwłaszcza w oczach elektoratu protestu — kartę: "my jeszcze nie rządziliśmy".

Kaczyński zdaje się natomiast wciąż wierzyć, ze sukces zapewnią mu kolejny raz odgrzewane przeboje. Podczas niedawno wywiadu dla kanału "Tak" prezes znów mówił, że rządzi nami partia zewnętrzna, że zagrażają nam Niemcy itd. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że emocje prawicowego elektoratu są dziś zupełnie gdzieś indziej.

Tak naprawdę Kaczyński musiałby wymyślić partię na nowo. Odpowiedzieć sobie na pytanie, czym PiS ma być i do kogo kierować swój program. Jakakolwiek licytacja z Grzegorzem Braunem na "prawicowość" jest skazana na klęskę, dla wyborców Sławomira Mentzena PiS nie ma właściwie żadnej oferty.

onet.pl


W 1993 roku papież Jan Paweł II powiedział podczas jednej ze swoich audiencji, że "data 25 grudnia, jak jest znana, jest konwencjonalna. W starożytności pogańskiej narodziny "Invictus Sun" obchodzono tego dnia, zbiegając się z przesileniem zimowym. Wydawało się logiczne i naturalne, by chrześcijanie zastąpili tę uroczystość świętowaniem jedynego i prawdziwego Słońca, Jezusa Chrystusa, narodzonego na Ziemi, by przynieść ludziom światło Prawdy". 

gazeta.pl

środa, 24 grudnia 2025



Podczas nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, Pekin oskarżył Waszyngton o nielegalną agresję i zastraszanie. Wraz z Moskwą skrytykował decyzję Stanów Zjednoczonych o zablokowaniu tankowców objętych sankcjami wpływających na wody terytorialne Wenezueli lub wypływających z nich, ostrzegając, że posunięcie to grozi destabilizacją Ameryki Łacińskiej i stworzeniem niebezpiecznego precedensu. Ambasador Rosji przy ONZ, Wasilij Nebenzia, określił blokadę jako "prawdziwy akt agresji" i bezprawne użycie siły. Ostrzegł, że Waszyngton poniesie odpowiedzialność za humanitarne konsekwencje blokady. Szefowie dyplomacji Wenezueli i Rosji mieli w ostatnich dniach rozmawiać telefonicznie. Siergiej Ławrow zapewnił o wsparciu ze strony Moskwy. Media również informują o tym, że Rosjanie ewakuują z Wenezueli rodziny dyplomatów.

gazeta.pl


Jak zauważył Jacek Wasilewski, prowadzący podkast "Program językowy" w TOK FM, testy do wykrywania tekstów wygenerowanych przez AI pokazują, że te mogą być zrobione w 100 proc. przez sztuczną inteligencję. A po czym można je rozpoznać samemu? Typowe są, jak wskazał, powtarzalne frazy i specjalne znaki interpunkcyjne. 

- Programy lubią nadużywać takich zwrotów jak: "należy zauważyć, że", "w dzisiejszym świecie" albo "przyjrzyjmy się bliżej". Lubują się w formalnym, dydaktycznym tonie, stąd mówią też często "w dobie" albo "w erze". A jeśli chodzi o znaki, to charakterystyczne jest nadużywanie pauzy, długiego myślnika, zamiast zwykłego, który robią ludzie - najczęściej stawiając znak minus. Ta pauza staje się znakiem rozpoznawczym AI, bo jest bardzo poprawna i robią ją korektorzy - tłumaczył. 

Do tego, wskazał, typowe dla tekstów pisanych przez AI są: poprawność gramatyczna, bardzo logiczne przejścia, a także wypowiedzi zaczynające się od "oto", np. "Oto kilka kluczowych aspektów". Wszystko to, jak ocenił, "czyni te teksty bardzo przewidywalnymi". 

- Jest też sztuczna neutralność, która pojawia się w formalnych łącznikach, jak np. "z drugiej strony", "mając na uwadze", albo "w rezultacie". Kontrastuje to ze zwykłą ludzką spontanicznością. Ale równie denerwujące są np. "jest prawdą, że", "w dzisiejszych czasach". Jakby tego było mało, AI lubi też takie frazy jak np. "stanowi wyzwania", choć po polsku byśmy powiedzieli: "jest trudne" albo "jest trudnością". Brzmi to sztywnie, formalnie, a same frazy zdradzają angielski rdzeni modelu w adaptacji na polski - dodał. 

A jak wygląda wykorzystanie AI w polityce? Jacek Wasilewski zrobił "test na człowieka Grzegorzowi Braunowi". To jego partia  Konfederacja Korony Polskiej - jak przypomniał - najbardziej zyskuje teraz w sondażach. 

Przyznał od razu, że dowodów na to, że Braun nie generuje swoich tekstów nie brakuje. 

- Jego język jest kociołkiem emocji, pełen starodawnej retoryki religijnej-patriotycznej. Innymi słowy: daleko mu do neutralności AI, bo ChatGPT czy inny model nie używa przecież zwrotów "Bóg zapłać" albo "Szczęść Boże" albo "dzieło szatana"; w odniesieniu do Unii Europejskiej. Raczej byłby to frazy typu "należy zauważyć", "odgrywa kluczową rolę" - wyliczył. 

Prowadzący podkast "Program Językowy" dodał przy tym od razu, że Braun w ogóle nie stroni od subiektywizmu, głównie w odniesieniu do teorii spiskowych. - Często mówi o mordzie rytualnym, czyli judeopolonii z chaotycznymi przejściami, wykrzyknikami, które uniemożliwiają weryfikację. To przecież oznaka pasji, sygnał impulsywności, nie tylko maszynowej poprawności - dopowiedział. 

Inna rzecz, że dominują u niego okrzyki, deklaracje np. o szkodliwości demokracji. - Braun mówi otwartym tekstem np. "przesiedleńcy" zamiast "uchodźcy". Demagog właśnie te frazy ocenił jako fałsz z powodu nieprecyzyjności - przypomniał w tym kontekście. 

Inne stałe motywy Brauna? To np. "kondominium rosyjsko niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym" powtarzane w kontekście Unii Europejskiej i NATO. - Rzeczywiście nie jest to forma nauczycielska, jak lubi chatGPT. Nauczycielskie szablony AI są bardzo dalekie od stylistyki Brauna, który mówi też: "będziesz pan wisiał". AI mógłby w tym miejscu powiedzieć "być może będziesz pan wisiał", albo "należy zauważyć, że jest taka możliwość, że będziesz pan wisiał". Ale nie, Braun mówi radykalnie, z przytupem - wyliczył Jacek Wasilewski. 

Podkreślił przy tym, że "wszędzie są też polskie starocie jak np. 'monarchizm', 'intronizacja Chrystusa' itd., co także poświadcza o ludzkiej oryginalności". Poza tym, dodał, u Brauna nie ma kalk z angielskiego. 

Inna rzecz to prorosyjskość lidera Konfederacji Korony Polskiej, jak zauważył Jacek Wasilewski. Stąd, jak dodał, gdyby rzeczywiście Brauna napisała AI to mielibyśmy suchy raport z linkami np. "Nasi drodzy użytkownicy, Ukraina jako państwo suwerenne jest kontrowersyjnym tematem w geopolityce wg źródeł historycznych" i tu byłby link do Wiki. Albo też: "Władimir Putin wykazuje strategiczne przywództwo, NATO mogło eskalować napięcie; patrz raport ONZ" i tu byłoby znowu źródło podane przez czata albo:  "Sugeruję dalsze czytanie i tu także biografia". 

(...)

Ale w ocenie Wasilewskiego możliwa jest jednak i inna hipoteza - szczególnie patrząc także na inne  wypowiedzi Brauna, np. "Ukraina to nie państwo" albo "Putin ma rację".

- Można by powziąć hipotezę, że to wcale nie człowiek, ale ruski bot pisze te frazy, czyli specjalny rodzaj sztucznej inteligencji; bot z Telegrama, programowany w Moskwie, na klawiaturze z cyrylicą. Przecież głównym hasłem Brauna, jakby tak streścić wszystko, co mówi, byłoby: "Tu jest Polska" - przekonywał. 

A to tym bardziej, dodał, że Braun podkreśla mityczne rozbiory, konieczność suwerenności wobec Polin, Ukropolu czy landu eurokouchozowego. Dodatkowo mówi też: "Precz z komuną, eurokomuną, żydokomuną", co także uruchamia budowanie tożsamości przez wyłączenie. - W myśl zasady: jeśli wszyscy są źli, to ja jestem dobry. Jeśli Polska to mój dom, to nie chcę, żeby się obcy po nim kręcili. A jeśli już to w kapciach, z kwiatami na przeprosiny. Te prorosyjskie bomby werbalne sypią się z Brauna jak konfetti - dodał.

Innymi słowy, podkreślił na koniec, "przesłanie Brauna to nic innego jak frazy botów prosto z Kremla, o tym że 'Rosja nie jest wrogiem', 'NATO nas prowokuje' albo, że 'sankcje na Rosję to mord gospodarczy na braterskim narodzie'.

- Wydawałoby się, że test na człowieka byłby zdany przez Brauna, ale hipoteza różnych pożyczek werbalnych albo semantycznych od trolli zamazuje ten klarowny obraz realnego syna polskich łąk, pól, lasów wykarmionego poezją Marii Konopnickiej i w beciku dzierganym przez Romana Dmowskiego - podsumował w TOK FM. 

tokfm.pl


Komisja Europejska zdecydowanie potępiła w środę decyzję administracji prezydenta Donalda Trumpa o nałożeniu zakazu wjazdu do USA na byłego komisarza UE ds. rynku wewnętrznego Thierry'ego Bretona oraz czworo szefów organizacji pozarządowych z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

KE podkreśliła w oświadczeniu, że wolność wypowiedzi jest prawem podstawowym w Europie, a także wspólną podstawową wartością zarówno w USA, jak i całym świecie demokratycznym. Poinformowała też, że zwróciła się do władz w Waszyngtonie o wyjaśnienia i pozostaje z nimi w kontakcie.

Unia Europejska jest otwartym, jednolitym rynkiem opartym na określonych zasadach i ma suwerenne prawo do wprowadzania regulacji gospodarczych w oparciu o własne demokratyczne zasady i zobowiązania międzynarodowe - przypomniano w oświadczeniu.

- Nasze przepisy cyfrowe zapewniają wszystkim przedsiębiorstwom bezpieczne, sprawiedliwe i równe warunki działania. Są stosowane w sposób sprawiedliwy i bez dyskryminacji - podkreśliła Komisja, dodając, że w razie potrzeby "zareaguje szybko i zdecydowanie, aby bronić swojej autonomii regulacyjnej przed nieuzasadnionymi środkami".

Komentarz na X zamieścił także przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa, który napisał, że "UE potępia ograniczenia w podróżowaniu, nałożone przez Stany Zjednoczone na obywateli i urzędników europejskich". "Takie środki są nie do przyjęcia między sojusznikami, partnerami i przyjaciółmi" - zaznaczył Costa, dodając, że UE stanowczo broni wolności słowa, sprawiedliwych zasad cyfryzacji oraz własnej suwerenności regulacyjnej.

Na decyzję USA zareagowała też szefowa KE Ursula von der Leyen, która na X napisała, że "wolność słowa jest fundamentem naszej silnej i dynamicznej demokracji europejskiej". - Jesteśmy z niej dumni. Będziemy jej bronić - zapewniła. Dodała, że KE jest strażnikiem europejskich wartości.

To reakcja na opublikowany we wtorek przez Departament Stanu USA komunikat o nałożeniu restrykcji wizowych na pięć osób. Są to: Breton, komisarz UE ds. rynku wewnętrznego w latach 2019-24, obywatele brytyjscy Imran Ahmed, dyrektor Centrum Przeciwdziałania Nienawiści Cyfrowej (Centre for Countering Digital Hate, CCDH) i Clare Melford, szefowa Globalnego Indeksu Dezinformacji (Global Disinformation Index, GDI), oraz Anna-Lena von Hodenberg i Josephine Ballon z niemieckiej organizacji HateAid. Amerykański resort określił te osoby mianem "radykalnych aktywistów", pragnących zmusić amerykańskie platformy internetowe do zaakceptowania cenzury.

Bretonowi Departament Stanu zarzucił, że był pomysłodawcą unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA), regulującego działanie platform i wyszukiwarek internetowych, w tym w zakresie zwalczania dezinformacji i zapewnienia przejrzystości reklam, także politycznych.

PAP

wtorek, 23 grudnia 2025



Urzędnik z Pałacu Prezydenckiego: W sierpniu 2015 roku Andrzej Duda wygrał wybory. Został prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Wtedy jeszcze ministrem obrony był Tomasz Siemoniak. Duda, wchodząc do pałacu, był młodym niedoświadczonym politykiem. O wojsku nie wiedział nic. Kompletnie. Sięgnął więc po ludzi prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Szefem BBN-u został Paweł Soloch. Można mu sporo zarzucić, ale na wojsku to on się znał. Miał też dobre wyczucie. Rozumiał system i ludzi. Miał również wizję reformy armii. Przede wszystkim Soloch chciał naprawić system dowodzenia. Trafił jednak na Antoniego Macierewicza, który przyszedł do MON-u po wygranej PiS-u, a razem z nim całe to szaleństwo. W konsekwencji niewiele z tych jego planów udało się zrealizować. Z Macierewiczem w fotelu ministra obrony mogliśmy już tylko ratować, co się dało.

Polityk PiS-u związany z prezesem Kaczyńskim: Przed wyborami nazwisko Macierewicza jako kandydata na ministra obrony wcale się nie pojawiało. Media spekulowały, że szefem MON-u może zostać Jarosław Gowin. Prezes Kaczyński też nie chciał Macierewicza w rządzie, ale on wywalczył sobie ten resort swoją brutalnością. Robił podchody. Fikał. Jakby premierem został wtedy Jarosław Kaczyński, to myślę, że nie wziąłby Macierewicza do swojego rządu, a że był to rząd Beaty Szydło, to prezes wyszedł z założenia, że niech się Beata z nim szarpie, ale lepiej mieć go pod kontrolą. Do tego doszedł Smoleńsk, którym Antoni zajmował się od czasu katastrofy. Naobiecywał prezesowi, że jak będzie w MON-ie, to będzie miał większe możliwości dotarcia do dokumentów wojskowych i wszystko wyjaśni.

Polityk PiS-u związany z Pałacem Prezydenckim: Antoni szybko prezesowi urwał się ze smyczy. Prawie codziennie zaczęły wypływać te wszystkie historie z Misiewiczem, z Żandarmerią Wojskową, te jego nocne skoki do basenu i wszystkie inne wygłupy. Z poziomu politycznego patrzyliśmy, jak Antoni pomiata tymi generałami, jak ich przerzuca do zielonych garnizonów, a oni nic. Siedzieli jak mysz pod miotłą, tylko Różański coś o Konstytucji powiedział, ale to nie wybrzmiało. Nawet rozmawialiśmy w naszym gronie, że niby wojsko, a takie jakieś mało odważne. Prezes się tym raczej specjalnie nie przejmował.

Na późniejszej dymisji Macierewicza zaważyły inne sprawy. Po pierwsze relacje międzynarodowe. Antoni nigdzie nie bywał, nie miał żadnych kontaktów. Społeczność międzynarodowa go nie uznawała. Macierewicz lekceważył NATO, ale oni odpłacali mu tym samym. Tutaj nie miał żadnych dokonań.

Do tego Antoni ciągle pokazywał lekceważący stosunek do prezydenta Dudy. Sądził, że to spodoba się naczelnikowi, bo dla niego jedynym prawdziwym prezydentem był tylko jego brat Lech. I rzeczywiście na początku tak było. Prezes nawet uśmiechał się pod nosem, jak słyszał, że Antoni znowu upokorzył Andrzeja Dudę. To jakoś grało, ale prezydent Antoniemu tego lekceważenia nie darował. Jak miał okazję się odegrać, przy podpisywaniu jakichś ustaw, to wymógł na prezesie dymisję Macierewicza. Najzabawniejsze było to, że Antoni jechał do pałacu i nie wiedział, że tę dymisję dostanie. Dowiedział się na miejscu. Duda miał satysfakcję. Nieźle się Antoniemu odwinął za wszystkie dyshonory.

Polityk PiS-u, członek gabinetu Morawieckiego: Przy zmianie rządu Mateusz Morawiecki nie chciał mieć Macierewicza na pokładzie, bo wiedział, że w jakimś sensie to jest regularny wariat. Dlatego wyrzucenie go wszystkim wtedy pasowało – i Kaczyńskiemu, i Dudzie, i Morawieckiemu. A załatwili go jego własną metodą, bo on jechał do pałacu uświetnić osobą ministra rekonstrukcję rządu, a wyjechał już z dymisją. Gdyby wiedział, że taki będzie obrót wydarzeń, to pewnie wcale by się w pałacu nie pojawił. Cały Antoni.

On był potem rozżalony na wszystkich, ale sam jest sobie winien. Zawsze był nieprzewidywalny. Rano umawiał się na załatwienie sprawy w jakiś sposób, a po południu załatwiał ją zupełnie inaczej. Prezes ten balast Macierewicza i ten cały folklor wokół niego traktował w ten sposób, że dopóki się dało, to trzeba było to tolerować. W końcu miarka się przebrała. Najpierw Duda stanął okoniem. Potem Mariusz Kamiński dostarczył swoje materiały ze służb o tym, co ludzie Macierewicza wyprawiają w spółkach zbrojeniowych. Do tego afera z Misiewiczem. To był koniec Antka w rządzie.

Urzędnik z BBN-u, były żołnierz: Pierwsze nasze zetknięcie z Macierewiczem było niedługo po odebraniu przez niego teki ministra. Przyjechał osobiście do BBN-u, żeby się z nami spotkać, przywitać, porozmawiać. Był szef BBN-u Paweł Soloch, był gen. Kraszewski i jeszcze kilku urzędników. Siedzieliśmy w saloniku i rozmawialiśmy między innymi o amerykańskim systemie artylerii rakietowej HIMARS. Macierewicz wiedział, że coś takiego ma trafić do naszej armii, ale nic więcej. Wtedy z Solochem się umówili na wtorkowe herbatki.

Kiedyś król Stanisław urządzał obiady czwartkowe, a u Macierewicza były herbatki wtorkowe. Soloch najpierw się ucieszył. Jeździł do MON-u, ale z czasem wracał stamtąd coraz bardziej wkurzony. Na tych herbatkach u Macierewicza zawsze był merytorycznie przygotowany, a Antoni o jakichś odłamach hiszpańskich zamieszkujących Amerykę Południową wolał gadać. Jaki to ma wpływ na obronność naszego państwa? Dlatego szybko te nasiadówki zostały zawieszone. Macierewicz z Solochem w ogóle przestał rozmawiać.

Oficer służący w MON-ie: Solocha poznałem, jak przyjeżdżał do nas do pałacyku na Klonową, na te słynne herbatki u Macierewicza. To niezwykle inteligentny człowiek, oczytany. Od razu zauważyliśmy, że wiedzę przyswaja w miarę szybko. On tych naszych duperszwanców wojskowych szybko się ponauczał. A jak już się ponaumiał tej wiedzy, to nią jechał. Mówił do Macierewicza: "Panie ministrze, może byśmy o obronie powietrznej porozmawiali albo o dronach? A co pan sądzi o przyszłości marynarki wojennej, bo w BBN-ie nad raportem pracujemy?". Antoni ziewał, oczami przewracał, miny robił, tematy zmieniał. Wcale go to nie interesowało. Było widać, że się strasznie nudzi.

Urzędnik z BBN-u: Potem pojawił się temat reformy systemu kierowania i dowodzenia wojskiem. Na początku naprawdę nikt się nie spodziewał, że to będzie bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem, i doprowadzili do największego kryzysu na linii prezydent, zwierzchnik sił zbrojnych – minister obrony narodowej. Ale Antoni takie propozycje przy okazji tej reformy podrzucał, że nie mogliśmy przymykać na to oka.

Chciał, aby to minister obrony kierował obroną państwa w czasie wojny. Soloch przyjeżdżał do niego i mu te pomysły torpedował. Strasznie Macierewiczowi się nie spodobało, że BBN doprecyzował kandydata na naczelnego dowódcę na czas wojny. To miał być naszym zdaniem szef sztabu generalnego bezpośrednio podporządkowany prezydentowi. Tak jak mają Amerykanie.

Macierewicz od początku na takie rozwiązanie kręcił nosem. Robił uniki, ale Soloch na wszystko miał racjonalne argumenty. Primo, szef sztabu jest człowiekiem, który z tym najważniejszym dokumentem, jakim jest plan użycia sił zbrojnych, był najbardziej zaznajomiony. Secundo, siedział w procedurach wojskowych. Tertio, wiedział, jak wygląda współdziałanie sojusznicze. Dlatego szef BBN-u dążył do tego, by przywrócić mu kompetencje do dowodzenia, by mógł kierować całością sił zbrojnych. W taki sposób chcieliśmy odkręcić reformę gen. Kozieja, która szefa sztabu generalnego sprowadziła do poziomu jakiegoś ośrodka doradczego. Natomiast Solochowi chodziło o to, żeby sztab był zapleczem naczelnego dowódcy.

onet.pl

poniedziałek, 22 grudnia 2025


Ukraiński obserwator wojskowy Kostyantyn Maszowiec poinformował 21 grudnia, że siły rosyjskie zakończyły zajęcie Siwierska, posunęły się na wyżyny na zachód i północny zachód od Siwierska i dotarły do kamieniołomu kredy na zachód od Siwierska. Maszowiec poinformował, że siły rosyjskie również odniosły taktyczne zyski na północ od Świato-Pokrowskiego i od połowy listopada 2025 r. zajęły Fiodorówkę i Wasiukówkę (wszystkie na południowy zachód od Siwierska). Kreml twierdził, że siły rosyjskie zajęły Siwiersk od 11 grudnia, a prezydent Rosji Władimir Putin i wyżsi rangą rosyjscy urzędnicy obrony wykorzystują zajęcie miasta do promowania fałszywej narracji, że linie ukraińskie upadają i że siły rosyjskie są w stanie natychmiast grozić Słowiańskowi. Rosyjskie wysiłki w kierunku Siwierska były niezwykle długotrwałe, zwłaszcza że Siwiersk ma powierzchnię około 10 kilometrów kwadratowych i przedwojenną populację około 11.000 osób. Siły rosyjskie potrzebowały 41 miesięcy, aby posunąć się około 12 kilometrów od Łysyczańska (na wschód od Siwierska) do zachodniej granicy administracyjnej Siwierska. Ukraiński opór znacznie opóźnił rosyjskie wysiłki na podejściu do Siwierska: ISW ocenia, że siły rosyjskie zajmowały Wierchnokamiańskie (około czterech kilometrów na wschód od Siwierska) od 9 października 2024 r., Biłohorivkę (około 10 kilometrów na północny wschód od Siwierska) od 23 lutego, 2025 r. i Serebryanke (około czterech kilometrów na północny wschód od Siwierska) od 16 sierpnia 2025 r. ISW po raz pierwszy zaobserwowało dowody na to, że siły rosyjskie wkroczyły w granice miasta Siwierska nie później niż 18 listopada, co wskazuje, że siłom rosyjskim prawdopodobnie zajęło 33 dni całkowite zajęcie miasta (o powierzchni trzech parków centralnych) po wejściu do niego. Siły rosyjskie muszą jeszcze przesunąć 30 kilometrów z Siwierska do Słowiańska i dokończyć zajęcie Łymanu, zanim będą mogły rozpocząć bezpośredni atak na sam Słowiańsk. Kreml wyolbrzymia bezpośrednie konsekwencje zajęcia Siwierska, próbując fałszywie przedstawić siły rosyjskie jako bezpośrednio zagrażające północnej części Pasa Twierdzy i dokonujące jednocześnie znaczących postępów w całym teatrze działań, tak że linia frontu nieuchronnie się zawala. Rosyjskie zyski są w dalszym ciągu powolne i miażdżące, jak to miało miejsce przez ostatnie dwa lata.


understandingwar.org



Rosja uznaje kraje bałtyckie za "miękkie podbrzusze" NATO i testuje jedność i determinację Sojuszu - powiedział PAP Piotr Szymański z Ośrodka Studiów Wschodnich, komentując incydent, w którym rosyjscy strażnicy graniczni przeprawili się przez rzekę Narwę i wtargnęli na terytorium Estonii.

Instytut Studiów nad Wojną (ISW) w raporcie z ubiegłego tygodnia poinformował, że naruszenie granicy z Estonią przez rosyjskich strażników granicznych to pierwszy przypadek, w którym ISW zaobserwował umundurowany personel rosyjski przekraczający terytorium NATO od początku działań Rosji w ramach tzw. fazy zero we wrześniu 2025 r.

Z relacji estońskich służb granicznych wynika, że w ubiegłą środę rosyjscy funkcjonariusze przypłynęli poduszkowcem, a następnie spacerowali po kamiennym nasypie na rzece. Po krótkim czasie wrócili na stronę rosyjską. Incydent miał miejsce u ujścia rzeki Narwy, w pobliżu Jeziora Pejpus (Czudzkiego), położonego na granicy Estonii i Rosji. - Motywy ich działania pozostają niejasne - skomentował estoński minister spraw wewnętrznych Igor Taro.

Piotr Szymański, ekspert ds. bezpieczeństwa w regionie nordycko-bałtyckim Ośrodka Studiów Wschodnich, w rozmowie z PAP zdefiniował to zdarzenie jako element długofalowej polityki "nękania i niepokojenia" Estonii. Jak zaznaczył, katalog tych incydentów jest bardzo szeroki: od usunięcia boi nawigacyjnych na Narwie w maju 2024 r., przez opublikowanie przez rosyjski MON i szybkie wycofywanie dokumentów sugerujących jednostronną zmianę przebiegu linii wyznaczających wody terytorialne i wyłączną strefę ekonomiczną na Morzu Bałtyckim, po naruszenia przestrzeni powietrznej.

Ekspert przypomniał też o porwaniu przez FSB we wrześniu 2014 r. estońskiego oficera Estona Kohvera, którego rok później wymieniono na Alekseia Dressena - funkcjonariusza estońskiego kontrwywiadu skazanego za zdradę stanu.

W ocenie Szymańskiego takie działania Rosji mają charakter strategiczny i odwetowy. - Państwa bałtyckie, nordyckie oraz Polska są najbardziej aktywnymi zwolennikami wspierania Ukrainy, co przejawia się chociażby w estońskim postulacie przeznaczania 0,25 proc. PKB na pomoc wojskową czy zwalczanie rosyjskiej floty cieni na Bałtyku - wskazał rozmówca PAP i wyjaśnił, że w ten sposób Rosja stara się budować wizerunek krajów bałtyckich jako "miękkiego podbrzusza" NATO, zarazem testując jedność i determinację Sojuszu.

Jak podkreślił analityk, przeprowadzanie prowokacji ułatwia Moskwie fakt, że Rosja i Estonia wciąż nie ratyfikowały umowy granicznej, a linia demarkacyjna nie doczekała się niezbędnych korekt technicznych. - Przez to na mapie jest kilka wrażliwych punktów, które Rosjanie cynicznie wykorzystują do wywierania nieustannej presji - przekonywał ekspert OSW.

Granica na rzece Narwie w rejonie miast Narwa (Estonia) i Iwanogród (Rosja) przebiega wzdłuż głównego nurtu i opiera się na tymczasowej linii kontrolnej. Ruch statków jest tam ściśle monitorowany, a jednostki obu państw muszą trzymać się swojej strony rzeki, przy czym każda próba zbliżenia się do nurtu bez uprzedniego uzyskania zgody grozi incydentem dyplomatycznym. Jedyne drogowe połączenie obu miast stanowi most "Przyjaźni". W lutym 2024 r. strona rosyjska, pod pretekstem koniecznej modernizacji, zamknęła go dla pojazdów. Od tamtej pory służy wyłącznie do ruchu pieszego, i to tylko w dzień.

Jeszcze bardziej kuriozalna sytuacja, o której przypomniał Piotr Szymański, to tzw. worek Saatse, czyli niewiele ponad 100-hektarowy skrawek Rosji, który wdziera się w głąb Estonii w taki sposób, że przecina jedyną drogę łączącą estońską miejscowość Saatse z resztą kraju. Rosja, jak do tej pory, co prawda nie zezwala jej mieszkańcom na przejazd bez wizy, jednak jest to możliwe wyłącznie samochodem lub na rowerze, ze stałą prędkością i bez zatrzymywania.

Jak zauważyła kolejna rozmówczyni PAP, dr Aleksandra Kuczyńska-Zonik z Katedry Systemów Politycznych i Komunikowania Międzynarodowego KUL oraz zespołu bałtyckiego Instytutu Europy Środkowej, szczególna podatność regionu Narwy na rosyjskie operacje wynika z uwarunkowań demograficznych. - Nawet 90 proc. tamtejszych mieszkańców na co dzień posługuje się językiem rosyjskim. Jednak stopień integracji tych osób ze społeczeństwem estońskim jest zróżnicowany, co sprawia, że nie wszyscy są w równym stopniu podatni na kognitywne działania Kremla - zastrzegła ekspertka.

Kuczyńska-Zonik dodała, że istotnym elementem ułatwiającym Rosji prowadzenie działań propagandowych są silne więzi transgraniczne. Mieszkańcy regionu posiadają po rosyjskiej stronie rodziny oraz kontakty biznesowe, przez co dotkliwie odczuwają wszelkie ograniczenia sankcyjne, utrudnienia w handlu czy zamykanie przejść granicznych. Ta realna uciążliwość codziennego życia staje się paliwem dla rosyjskiej narracji, kierowanej precyzyjnie do społeczności zamieszkującej ten peryferyjny, z perspektywy Tallinna, region.

Niektóre działania propagandowe Rosji przyjmują tam kuriozalną formę. Na przykład od 2023 r. w Iwanogrodzie, na promenadzie nad Narwą, co roku jest budowana scena z olbrzymim telebimem zwróconym w stronę znajdującej się na drugim brzegu Narwy. Na ekranie wyświetla się defiladę na Placu Czerwonym oraz przemówienia polityków z okazji Dnia Zwycięstwa. W odpowiedzi na te działania, w tym roku na murach pełniącego funkcję muzeum zamku w Narwie zawisł wielki banner przedstawiający zmontowane połówki twarzy Hitlera i Putina z podpisem "Putler - zbrodniarz wojenny".

Analizując te incydenty, rozmówczyni PAP podkreśliła, że - jak w przypadku innych obszarów przygranicznych sąsiadujących z agresorem - bliskość Rosji sprawia, że prowokacje i naruszenia granic są technicznie tanie, łatwe do przeprowadzenia, a zarazem bardzo efektywne. - Skutecznie przyciągają uwagę opinii publicznej w Estonii, Polsce i całej Europie, odwracając ją od kwestii kluczowych, takich jak wojna na Ukrainie czy wewnętrzne problemy państw zachodnich - uczuliła ekspertka.

W kwestii strategii odpowiedzi na te zagrożenia, ekspertka zaleciła zachowanie powściągliwości. Jej zdaniem nadmierna reakcja, polegająca na natychmiastowym stawianiu wszystkich służb w stan pełnej gotowości może być realizacją oczekiwań Moskwy. - Państwa bałtyckie dysponują ograniczonymi zasobami. Przesunięcie sił w jeden rejon granicy to osłabienie innych odcinków. A właśnie na tym może zależeć Rosji - przestrzegła Aleksandra Kuczyńska-Zonik. 

PAP


Aby zrozumieć stawkę tej rozgrywki, trzeba pojąć, jaką rolę Marta Kightley odgrywa w NBP z perspektywy Glapińskiego. Jest osobą absolutnie oddaną, gotową akceptować każde jego oczekiwanie. Jako pierwsza wiceprezes zatwierdza jego urlopy i delegacje, a także wszystkie jego wydatki. W praktyce to ona rozlicza prezesowi bizancjum. Brak Marty Kightley oznaczałby dla "Glapy" wstrząs. Nie ma dziś w zarządzie NBP nikogo, kto nadaje się na jego lokaja.

Dlatego też Glapiński rozpoczął niezbyt wyrafinowany taniec wokół ministra finansów Andrzeja Domańskiego, który — co prezes NBP doskonale wie — ma bezpośredni dostęp do premiera. Pierwsze efekty tych zabiegów już się pojawiły. Zarząd NBP podzielił się ostro w sprawie kluczowej opinii dotyczącej projektu budżetu państwa. Choć kondycja finansów publicznych budzi poważne obawy, Glapiński złagodził stanowisko banku, co wywołało bunt pozostałych członków zarządu wywodzących się z PiS.

Sygnał wysyłany przez Glapińskiego do rządu jest czytelny. Jeśli zapadnie zgoda na dalszą obecność Marty Kightley w zarządzie NBP, Glapiński ograniczy krytykę polityki rządu na rynkach finansowych, a politykę monetarną będzie starał się kształtować w Radzie Polityki Pieniężnej w sposób możliwie najmniej dotkliwy dla rządu. Właśnie na tym tle doszło do buntu PiS-owców z zarządu NBP.

Zarząd NBP składa się z prezesa i ośmiu członków. Grupę buntowników tworzą Piotr Pogonowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z czasów PiS, Artur Soboń, wcześniej wiceminister finansów w gabinecie Morawieckiego, oraz Rafał Sura, były członek Rady Polityki Pieniężnej, również powołany z rekomendacji PiS.

Na początku grudnia ta trójka przygotowała projekt uchwały zmieniającej regulamin Narodowego Banku Polskiego. W skrócie — buntownicy mają dość tego, że Glapiński nimi pomiata. Już nie chcą znosić jego dworskich nawyków. Nie zamierzają dalej biernie obserwować, jak podnosi sobie zarobki o kolejne setki tysięcy. No i — właśnie — nie akceptują tego, że wystawił NBP na aukcję w relacjach z rządem.

Propozycja buntowników zakładała wzmocnienie roli zarządu jako organu kolegialnego oraz ograniczenie jednoosobowych uprawnień Glapińskiego. Elementem projektu było także wprowadzenie zasady, zgodnie z którą o nagrodach i premiach dla prezesa decydowałby cały zarząd. "Glapa" zrozumiał, że wpadł w tarapaty, bo buntowników wsparła dwójka innych członków zarządu — Marta Gajęcka oraz Paweł Mucha, którzy także są z nim skonfliktowani.

W ten sposób miał większość zarządu przeciwko sobie i w razie głosowania buntownicy mogliby tak zmienić regulamin NBP, że eldorado Glapińskiego skończyłoby się z dnia na dzień. Dlatego "Glapa" przerwał posiedzenie. Pozbawił Pogonowskiego i Surę nadzoru nad merytorycznymi departamentami, ale Sobonia oszczędził. Jak słyszmy, to dlatego, żeby przeciągnąć go na swoją stronę i odzyskać większość. Soboń ma w NBP opinię miękkiego i unikającego konfliktów — dlatego to jego "Glapa" wytypował do swych zalotów i gróźb.

Jednocześnie "Glapa" uruchomił przeciwko buntownikom cały swój przemysł propagandowy — a jest największym w tej chwili sponsorem mediów prawicowych, które rzecz jasna opłaca publicznymi pieniędzmi.

Oddajmy głos portalowi wpolityce.pl, zarządzanemu przez Jacka Karnowskiego. "W Narodowym Banku Polskim trwa polityczny zamach wymierzony w prezesa prof. Adama Glapińskiego. Koalicja pięciu członków zarządu, wywodzących się ze środowisk prawicowych, od kilku tygodni próbuje odebrać prezesowi NBP kluczowe kompetencje, proponując likwidację ważnych departamentów, i dążąc do przejęcia kontroli nad wydatkami. Jeśli plan ten zostanie zrealizowany, prezes NBP nie będzie miał władzy w banku, i będzie musiał odejść — a tym samym oddać bank w ręce Koalicji 13 grudnia, co z kolei otworzy drogę do przyjęcia euro i oddania polskich rezerw złota pod kontrolę Brukseli. Według naszych źródeł, motywacje tych osób mają charakter wąsko partykularny. Nie jest wykluczony także udział służb specjalnych w operacji, która — podkreślmy — ma doprowadzić do oddania władzy w NBP ekipie Tuska." A sam Karnowski grzmiał: "Oddawanie na tacy NBP ekipie Koalicji 13 grudnia to jest z perspektywy polskiej racji stanu po prostu zbrodnia, której historia nie zapomni. Dobrze, żeby ludzie, którzy się w to zaangażowali, mieli tego świadomość".

Ten tekst to nie jest zapis choroby, tylko dowód skrajnego cynizmu. "Glapa" płaci, to "Glapa" wymaga — dla serwisu wpolityce.pl i związanej z nim telewizji wPolsce24 NBP to główny sponsor. Ale faktem jest, że buntownicy są w szoku — nie sądzili, że tak oberwą od PiS-owskich mediów, którymi sami latami się wysługiwali.

Nade wszystko — Tusk nie ma jak przejąć NBP, bo prezes jest praktycznie nie do ruszenia. A gdyby odszedł sam, to jego następcę wskaże prezydent. W dodatku przekonywanie, iż ekipa twardych PiS-owców z zarządu NBP kolaboruje z Tuskiem przeciwko Glapińskiemu, jest tak głupie, że aż zęby bolą. Jest dokładnie odwrotnie — to "Glapa" kolaboruje z rządem i potrzebuje osłony medialnej PiS-owskich mediów, by nikt mu w tym nie przeszkadzał.

onet.pl


Najpierw, w grudniu 2023 r., nowa władza siłowo przejęła media publiczne w tym TVP, konsolidując polityków PiS wokół protestów w obronie tępej propagandy spod znaku Kurskiego. Potem, w styczniu 2024 r., szef MSWiA Marcin Kierwiński wysłał policję, by podstępem zatrzymała w Pałacu Prezydenckim ukrywających się przed odsiadką posłów PiS Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika — i znów PiS-owcy musieli się na siłę zjednoczyć, organizując protesty pod ich więzieniami.

Te kilka pierwszych tygodni po zmianie władzy Kaczyński przetrwał głównie dzięki takiej mobilizacji partii, wymuszonej działaniami Tuska. Uciekł spod topora — bo wszak było wiadomo, że w PiS buzuje i jest wielu niezadowolonych z porażki wyborczej.

Drugi raz Kaczyńskiemu udało się przy okazji wyborów prezydenckich. Nie postawił na żadnego z liderów partyjnych frakcji, tylko na kandydata znikąd. Ryzykował — w razie porażki Karola Nawrockiego, PiS straciłoby ostatnie przyczółki władzy i w partii mogłoby dojść do wewnętrznej wojny. Nawrocki jednak wygrał, co — znów — powstrzymało buntowników, którzy musieli nieszczerze wychwalać geniusz strategiczny prezesa. I gdy się wydawało, że wygrana Nawrockiego otwiera Kaczyńskiemu drogę do władzy, w PiS zaczęła się wojna na całego.

Wyłoniły się dwie duże frakcje, a kluczowe było to, że sojusz zawiązali wrogowie Morawieckiego — to właśnie "maślarze", których łączy głównie pragnienie wyrzucenia go z partii. Rzecz jasna, powiedzieć tego głośno nie mogą, więc postępują inaczej.

Krytykują działania rządu Morawieckiego, przekonując, że to one doprowadziły do utraty władzy. Chodzi przede wszystkim o politykę wobec UE, którą uważają za zbyt ugodową. Za czasów Morawieckiego przyjęty został m.in. Zielony Ład oraz ruszyły negocjacje umowy handlowej z Ameryką Południową (Mercosur) — oba projekty są krytykowane na wsi. Do tego dochodzą ustępstwa Morawieckiego wobec Brukseli w kwestiach sądownictwa — nie zawetował budżetu Unii, w którym wypłata środków pomocowych została uzależniona od spełnienia kryteriów praworządności, czyli m.in. niezależności sędziów od władzy politycznej.

Pal licho, że to hipokryzja — bo wszyscy "maślarze" byli w rządzie Morawieckiego. Sasin był wicepremierem od spółek państwowych, Czarnek był ministrem edukacji i nauki, Bocheński zaś był wojewodą. Jedynym z tego grona, który krytykował Morawieckiego, był Patryk Jaki, który był m.in. wiceministrem sprawiedliwości.

Tyle że wówczas Jaki był w partii Ziobry, a ziobryści prowadzili otwartą wojnę z Morawieckim — bili się o reformy sądowe i politykę wobec UE, choć tak naprawdę chodziło o to, żeby to ich lider mógł przejąć przywództwo na prawicy po Kaczyńskim. Dziś Ziobro jest ściganym przez prokuraturę uciekinierem i nie liczy się w grze — dlatego jego ludzie wspierają "maślarzy".

Inna rzecz, że za większością kluczowych decyzji jako premiera Morawieckiego stał Kaczyński — co rzecz jasna "maślarze" wiedzą. Ale wiedzą również, że z dzisiejszej perspektywy Kaczyński krytycznie ocenia politykę unijną rządów PiS, a prezes ma tendencję do zwalania odpowiedzialności za swe porażki na barki innych. I liczą właśnie na to, że będą to barki Morawieckiego.

Na tym tle doszło do otwartego starcia obu frakcji w piątek wieczorem na Nowogrodzkiej, podczas spotkania, które zarządził Kaczyński. To nie była zwyczajna narada partyjnego kierownictwa. To był sąd nad Morawieckim. Prawie całe kierownictwo partii było przeciw niemu. Tylko Piotr Gliński i Ryszard Terlecki bronili Morawieckiego — byli osamotnieni.

Na spotkanie "maślarze" przyszli dobrze przygotowani. Przynieśli ze sobą analizy sondażowe, w tym przede wszystkim dane z exit poll po ostatnich wyborach. Ich celem było wykazanie, że elektorat PiS nie przesuwa się ku centrum, lecz odpływa w prawo — w stronę Konfederacji i Brauna. W ich wersji nie istnieje dziś umiarkowany, centrowy wyborca, którego PiS mógłby pozyskać. Istnieje natomiast wyborca wyraźnie prawicowy, coraz bardziej podatny na ofertę ugrupowań radykalniejszych. W tym sensie — argumentowali — kojarzona z Morawieckim strategia oparta na łagodzeniu przekazu jest politycznym złudzeniem.

Co więcej — "maślarze" przedstawili także analizy aktywności w mediach społecznościowych. Zwracali uwagę na profile, które — ich zdaniem — regularnie wspierają "margaryniarzy". "Maślarze" skarżyli się, że padają ofiarą ataków z takich kont. W ich ocenie to efekt zorganizowanej aktywności ludzi związanych z frakcją Morawieckiego.

To, że były premier ostentacyjnie się na tym partyjnym sądzie nie pojawił, dla jego wrogów miało znaczenie symboliczne. Ale Morawiecki zrobił to celowo — wiedział, że ma we władzach PiS mniejszość. Zdawał sobie sprawę, że "maślarze" go rozjadą, co skończy się awanturą i upokarzającymi dla niego przeciekami do mediów. Wybrał unik. Ale to znaczy, że starcie będzie mieć ciąg dalszy. Musi mieć.

"Maślarze" są mistrzami hipokryzji. Twierdzą, że skoro na znaczeniu zyskuje skrajna prawica, to PiS musi iść na prawo, by walczyć z Konfederacją i Braunem, ale też by w razie czego się z Konfederacją i Braunem dogadać.

O ile Czarnek czy Jaki — i inni ziobryści — rzeczywiście są radykałami, nieodległymi od konfederatów i przebąkującymi o pakcie z Braunem, to już Sasin czy Bocheński aż tak prawicowi nie są. Dość powiedzieć, że Sasin na początku swej kariery był związany z kręgami liberalnymi — choćby z Jackiem Taylorem z Unii Wolności. A Bocheński jest zwolennikiem dawnego kompromisu aborcyjnego — jego zdaniem zaostrzenie przepisów dotyczących przerywania ciąży przyczyniło się do porażki wyborczej PiS. Powiedzmy to sobie wprost — merytoryczne czy ideologiczne argumenty nie mają znaczenia. Chodzi o to, by znaleźć pretekst do wyeliminowania Morawieckiego z walki o władzę w PiS.

Morawiecki tanio skóry nie sprzeda. Jego ludzie mówią, że powtarza im: "Za dużo czasu i pieniędzy zainwestowałem w PiS, by poddać się bez walki". Każe "margaryniarzom" zaciskać zęby i nie dać się wypchnąć z PiS. Jednocześnie jednak przygotowuje warianty alternatywne. Jak słyszymy, jego ludzie zaczęli poufne spotkania z politykami innych partii.

Z jednej strony wiemy o tym, że Morawiecki wysyła emisariuszy do PSL. Z drugiej słyszymy, że utrzymuje dobre relacje z ministrą od unijnych funduszy Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, która ma największe szanse na przejęcie władzy w Polsce 2050. Tak się składa, że i PSL i Polska 2050 myślą o tym, z kim się związać, żeby w wyborach za dwa lata przekroczyć próg wyborczy. Morawiecki też zaczyna o tym myśleć.

(...)

Pytanie jest jednak takie, czy Kaczyński wciąż ma tyle siły, by spacyfikować Morawieckiego lub też się go pozbyć. Pozycja prezesa w partii jest słabsza, czego dowodem są właśnie wojny, nad którymi nie ma kontroli i których nie potrafi wyciszyć.

Ale przede wszystkim — Kaczyński nigdy nie był tak słaby, biorąc pod uwagę całą prawicę. Dziś PiS zajmuje mniej więcej połowę prawicowej sceny politycznej. Z jednej strony znaczy to tyle, że da się żyć na prawicy poza PiS i w kontrze do PiS. Z drugiej — widać wyraźnie, że jeśli PiS kiedykolwiek powróci do władzy, to tylko w koalicji z radykalnymi prawicowymi partiami. To dla umiarkowanego Morawieckiego bardzo trudna sytuacja.

Mówiąc wprost: wielu polityków PiS przygotowuje się do koalicji z Konfederacją lub Braunem. Wspominaliśmy w "Stanie Wyjątkowym" o tym, że PiS-owcy stoją w kolejkach do audiencji w europarlamentarnym biurze Brauna — są w tym gronie m.in. Daniel Obajtek i Michał Dworczyk. Kolejkowicze próbują nawiązać takie relacje z Braunem, by po wyborach mieć przewagę nad partyjnymi konkurentami i uczestniczyć w rozmowach o wspólnym rządzeniu. Dworczyk — prawa ręka Morawieckiego, persona nr 2 wśród "margaryniarzy" — na razie niewiele wskórał.

Dla Brauna rządy Morawieckiego to czas kataklizmu. Jego partia Korona wydała właśnie oświadczenie, w którym zaatakowała byłego premiera.

"Konfederacja Korony Polskiej z zaskoczeniem przyjmuje informację, że w gronie osób wyznaczonych przez Prawo i Sprawiedliwość do prac programowych na nowy sezon polityczny znaleźli się politycy, którzy — w naszej ocenie — ponoszą współodpowiedzialność za liczne błędy popełnione m.in. podczas zarządzania kryzysem covidowym w latach 2020 –2022. […] W okresie od marca 2020 do lutego 2022 — w czasie działalności rządu Mateusza Morawieckiego — zmarło około 250 tys. Polaków. Odeszli oni z tego świata m.in. z powodu zablokowania kontaktu z lekarzami, zamknięcia ich w aresztach domowych zwanych "kwarantannami" oraz rządowej propagandy strachu".

Jednocześnie partia Brauna pochwaliła PiS za to, że Morawieckiego marginalizuje. "Dla Konfederacji Korony Polskiej potwierdzeniem słuszności naszych wniosków jest wstydliwe wycofanie z prac programowych byłego premiera Mateusza Morawieckiego, przywódcy polityki PiS w czasie covidowym." 

onet.pl