niedziela, 21 grudnia 2025



Demonstratywnie lewicowy reżim Chavez-Maduro wygnał z Wenezueli Amerykanów wraz z ich technologiami, kapitałem i doświadczeniem, a generałowie, którzy ogłosili się naftowcami, wraz z baronami narkotykowymi doprowadzili branżę do opłakanego stanu. Stanom Zjednoczonym wenezuelska ropa by nie przeszkadzała — jest jej nie tylko dużo, jest gęsta i lepka i mogłaby pomóc w stabilizacji asortymentu amerykańskich produktów naftowych.

Zapotrzebowanie na ciężkie gatunki surowca, z których uzyskuje się wysoki procent np. oleju napędowego, wynika z faktu, że wydobywana obecnie w USA ropa należy głównie do lekkich gatunków o niskiej zawartości siarki. Amerykanie są zmuszeni importować ciężką ropę z Kanady i innych krajów, w tym państw arabskich.

Wydawałoby się, że kontrola nad ogromnymi zasobami Wenezueli jest wystarczającym powodem do wywierania presji militarnej na wenezuelski reżim, ale sprawa nie jest taka prosta.

Po pierwsze, wydobycie w Wenezueli jest w tak złym stanie, że przywrócenie poprzednich poziomów — a tym bardziej zwiększenie produkcji i eksportu — zajmie wiele lat. Trump po prostu nie zdąży nacieszyć się rzeczywistymi korzyściami handlowymi wynikającymi z przejęcia kontroli, a wizerunek obecnego przywódcy USA pozostaje niemal głównym bodźcem jego działań w polityce zagranicznej.

Ponadto działania wojskowe na terytorium Wenezueli mogą nie tylko się przedłużyć, ale także wywołać opór zwolenników Maduro. Wojna partyzancka w dżungli nie wydaje się najbardziej atrakcyjnym tłem dla ogłoszenia triumfu w Waszyngtonie.

Biorąc pod uwagę te okoliczności, na pierwszy plan w analizie działań administracji USA wobec Wenezueli wysuwa się inny czynnik związany z ropą naftową.

Sądząc po zachowaniu, Trump podejmuje desperacką próbę powstrzymania zapowiadającego się spadku światowych cen ropy. Nie jest to już pierwsza taka próba.

W połowie października cena baryłki amerykańskiej ropy WTI spadła poniżej 57 dol. (205 zł). Nie mogło to nie wywołać niepokoju amerykańskich producentów ropy. Aby utrzymać poziom wydobycia na uruchomionych już polach naftowych, wystarczy, że koszty operacyjne wynoszą mniej niż 10-15 dol. (35-53 zł) za baryłkę, by pozostać na plusie. Rozpoczęcie nowych projektów wymaga znacznych nakładów kapitałowych, a banki mogą nie udzielić finansowania, jeśli uznają, że w dającej się przewidzieć przyszłości cena baryłki będzie zbyt niska 45 dol. (161 zł).

Kiedy Trump otrzymał od branży informacje o zbliżającym się zagrożeniu dla firm wydobywczych, zmienił swoją strategię nieszkodzenia reżimowi Putina i po raz pierwszy w całej swojej kadencji ogłosił sankcje wobec Rosnieftu i Łukoilu.

Jednocześnie administracja Białego Domu zainicjowała kampanię w mediach, starając się przekonać świat, że takie sankcje uderzają w 50 proc. rosyjskiego eksportu ropy. Aluzja była oczywista: należy spodziewać się deficytu rynkowego, a tym samym powrotu cen do akceptowalnego dla Amerykanów przedziału.

Efekt okazał się krótkotrwały. Przepływ ropy z Rosji się nie zmniejszył (zamiast dwóch "ukaranych" firm eksportem tych samych ilości zajęli się ich koledzy). Nadwyżka podaży nad popytem nigdzie nie zniknęła, a ceny, które na jakiś czas podskoczyły, powróciły na ścieżkę spadkową.

Presja na Wenezuelę była drugą próbą ratowania amerykańskiego przemysłu naftowego przed perspektywą niedofinansowania z powodu niskich cen. Najważniejsze znaczenie miało ogłoszenie całkowitego embarga na eksport ropy z tego kraju, a nie demonstracja siły militarnej u jego wybrzeży.

Reakcja rynku nie była jednak taka, jakiej można było oczekiwać w Stanach Zjednoczonych. Po ogłoszeniu przez Trumpa, że wszystkie płynące do Wenezueli tankowce zostaną zatrzymane, cena baryłki rzeczywiście wzrosła od razu o ponad 2 proc. Można jednak przypuszczać, że taki skok, podobnie jak w przypadku sankcji wobec dwóch rosyjskich firm, będzie stosunkowo krótkotrwały. Nawet jeśli eksport z Wenezueli rzeczywiście zostanie wstrzymany, nadwyżka podaży nigdzie nie zniknie.

(...)

Najwyraźniej Trump będzie musiał poszukać innych środków nacisku, aby pomóc OPEC w stabilizacji cen.

Michaił Krutichin

oney.pl\The Moscow Times


W pierwszych 11 miesiącach tego roku nadwyżka Chin w wymianie towarowej sięgnęła 1,08 bln USD. To o ponad 22 proc. więcej niż w takim samym okresie poprzedniego roku i o niemal 9 proc. więcej niż w całym 2024 r., który dotychczas był pod tym względem rekordowy. To również więcej, niż wyniesie w tym roku PKB Polski, czyli – w uproszczeniu – całkowita wartość finalnych towarów i usług wytworzonych nad Wisłą.

Puchnąca nadwyżka handlowa Chin to następstwo tego, że tamtejszy eksport rośnie w szybkim tempie pomimo drastycznego wzrostu ceł w USA, podczas gdy import maleje. W tym roku, do końca listopada, chińscy producenci sprzedali za granicą towary o wartości (w dolarach) o 5,4 proc. większej niż w takim samym okresie poprzedniego roku. W tym czasie wartość chińskiego importu zmalała o 0,6 proc. rok do roku, choć w ostatnich miesiącach zaczęła powoli rosnąć.

Powyższe dane, opublikowane niedawno przez chińską administrację celną, świadczą o tym, że tamtejsi producenci byli w stanie przekierować sprzedaż z USA na inne rynki. Bezpośredni eksport towarów do Stanów Zjednoczonych, gdzie efektywna stawka celna (czyli średnia stawka ważona strukturą importu) na chińskie produkty sięga 40 proc., czterokrotnie więcej niż rok wcześniej, w pierwszych 11 miesiącach 2025 r. zmalał o 19 proc. rok do roku. W tym czasie eksport do Unii Europejskiej wzrósł o ponad 8 proc., a do państw ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) o około 12 proc.

(...)

"Próbuję Chińczykom tłumaczyć, że ich nadwyżka handlowa jest nie do utrzymania na dłuższą metę, ponieważ oznacza, że Chiny zabijają swoich własnych klientów w ten sposób, że już niemal nic od nas nie kupują" – mówił Macron w wywiadzie dla "Les Echos".

Wypowiedź francuskiego prezydenta dobrze oddaje istotę problemu. Zagrożeniem dla Europy nie jest szybki wzrost chińskiego eksportu, tylko to, że nie towarzyszy mu wzrost popytu w Chinach. Inaczej mówiąc, nadwyżka handlowa jest nie tyle przejawem siły chińskiej gospodarki, co jej słabości, którą zarazić może inne części globu. Tamtejsi producenci podbijają zagraniczne rynki nie dlatego, że są nadzwyczaj konkurencyjni, tylko dlatego, że ich towarów nie chcą krajowi nabywcy. I to pomimo obniżek cen, które utrzymują się już od ponad trzech lat (wskaźnik cen produkcji sprzedanej chińskiego przemysłu w listopadzie był o 8 proc. niższy niż w tym samym miesiącu 2022 r.).

Zjawisko to doskonale widać właśnie w branży motoryzacyjnej, istotnej dla Europy. W pierwszych 11 miesiącach roku eksport samochodów z Chin zwiększył się o niemal 17 proc. rok do roku, podczas gdy import aut tąpnął o ponad 38 proc. Mimo to, jak wskazują ekonomiści z banku ING, chińscy producenci samochodów wykorzystują moce produkcyjne w niespełna 75 proc. Niektóre inne gałęzie przemysłu są w nawet gorszym położeniu.

Niski poziom wykorzystania mocy wytwórczych oznacza, że nawet dalszy ekspresowy wzrost eksportu, o który – choćby z powodów politycznych - będzie coraz trudniej, nie sprawi, że chińskie fabryki będą działały na pełnych obrotach. Nie będą więc skłonne do inwestycji, zwiększania zatrudnienia i podwyżek płac. To zaś jest konieczne, aby wyrwać chińską gospodarkę z błędnego koła, w którym się znalazła przede wszystkim w wyniku załamania na rynku nieruchomości.

Sprzedaż mieszkań w Państwie Środka od szczytu sprzed kilku lat zmalała już o ponad połowę. Za tym poszły ich ceny, co podkopało finanse gospodarstw domowych, szczególnie tych, które kupiły nieruchomość na kredyt. Konsekwencją są słabe nastroje konsumentów i stagnacja ich popytu. W listopadzie sprzedaż detaliczna w Chinach wzrosła o zaledwie 1,3 proc. rok do roku, najmniej we współczesnej historii, pomijając okres pandemii COVID19. Załamanie na rynku nieruchomości ciągnie też w dół inwestycje, i to nie tylko w budynki. W ostatnich miesiącach maleć zaczęły również nakłady brutto na środki trwałe w przemyśle oraz w sektorze publicznym. To m.in. konsekwencja problemów tych gałęzi przemysłu, które zaopatrywały budownictwo.

(...)

– Nadeszła pora, aby Pekin zdał sobie sprawę z tego, że olbrzymia nadwyżka w handlu towarami jest nie do utrzymania. Powinien pozwolić na stopniowe, ale konsekwentne umocnienie swojej waluty na przestrzeni około pięciu lat, aby podbić chiński import i dać oddech konkurentom z Europy, USA i innych państw – napisał w niedawnej analizie James Kynge, analityk z think-tanku Chatham House. – Jeśli to nie nastąpi, na Zachodzie narastały będą protekcjonistyczne nastroje, co poskutkuje wzrostem ceł i innych barier handlowych tamujących napływ chińskich towarów – dodał. Podobne głosy słychać też w samych Chinach, co sprawia, że wielu ekonomistów w prognozach na przyszły rok uwzględnia pakiet stymulacyjny w Państwie Środka.

To sugeruje, że UE nie musi spieszyć się z otwieraniem nowego frontu wojny handlowej zapoczątkowanej przez Trumpa. Są też inne powody, aby chińską nadwyżką handlową póki co nadmiernie się nie przejmować.

Przede wszystkim dane dotyczące wymiany handlowej Chin, jak wiele innych tamtejszych statystyk, nie są w pełni przejrzyste. Nadwyżka w handlu towarami, która według administracji celnej już w 2024 r. była bliska 1 bln USD, według Banku Światowego wynosiła niespełna 800 mld USD. To gigantyczna kwota, ale Chiny są gigantyczną gospodarką. Taka nadwyżka odpowiadała około 2,9 proc. PKB Chin. Większe nadwyżki, relatywnie do wielkości gospodarki, mają niektóre państwa UE, choćby Niemcy. Saldo wymiany zagranicznej Chin jest zaś jeszcze mniejsze, jeśli uwzględnić też usługi. W handlu usługami Państwo Środka konsekwentnie ma bowiem głęboki deficyt. W ubiegłym roku, według danych Banku Światowego, przekraczał on 220 mld USD.

money.pl

sobota, 20 grudnia 2025



— Spokojnie jedzą śniadanie w domu, popijają kawkę i myślą, jak moralnie postępują (…). Ostatecznie jednak za to zapłacą — ocenił w sobotę na konferencji prasowej Viktor Orban, komentując decyzję liderów UE o pożyczce dla Ukrainy w wysokości 90 mld euro (ok. 380 mld zł), która ma zostać sfinansowana z reparacji wojennych uzyskanych od Rosji.

Premier Węgier stwierdził także, że unijny przywódcy mówią o moralności "pomagania małemu krajowi, który został zaatakowany, choć nie jest on taki mały i nie wiadomo, kto kogo zaatakował".

— W miniony czwartek w Brukseli odbyła się "rada wojenna", a nie polityczny szczyt Rady Europejskiej — ocenił Viktor Orban, cytowany przez serwis HVG. Węgierski premier wyraził także zadowolenie, że kraje UE nie zdecydowały się sięgnąć po zamrożone rosyjskie aktywa.

onet.pl


Rosjanie za pośrednictwem saudyjskiego księcia Mohammeda bin Salmana przekazali specjalnemu wysłannikowi USA Steve'owi Witkoffowi zaproszenie na spotkanie z Putinem, stawiając warunek. Witkoff musiał przyjechać sam, bez tłumacza ani towarzyszących mu służb - podał "Wall Street Journal", powołując się na źródła.

Według "WSJ" przywódca Rosji Władimir Putin przestudiował biografię wysłanników prezydenta USA Donalda Trump, oddelegowanych do rozmów z Kremlem w sprawie zakończenia wojny z Ukrainą.

Generał Keith Kellogg, pełniący urząd prezydenckiego wysłannika na Ukrainę, okazał się nie być dobrym rozmówcą dla rosyjskich władz, ponieważ jego córka ma fundację pomagającą Ukraińcom, cierpiącym wskutek rosyjskiej inwazji.
Dziennik zauważył, że z czasem Kellogg został odsunięty od kontaktów z Rosjanami, a jego rolę przejął Steve Witkoff po stronie USA i Kiriłł Dmitrijew po stronie Rosji. Dmitrijew urodził się w Ukrainie i studiował w Stanach Zjednoczonych; po objęciu władzy przez Putina przeprowadził się do Rosji, gdzie pracował dla amerykańskich firm, m.in. dla Goldman Sachs.

Opisując dotychczasowe relacje USA i Rosji, "WSJ" zauważył, że zajmowały się nimi odpowiednie struktury i odpowiadali za nie ludzie wykwalifikowani i znający zwyczaje Rosjan. "Dziś te struktury są nieobecne" - napisał dziennik. Stany Zjednoczone od czerwca nie mają ambasadora w Moskwie, a urząd zastępcy sekretarz stanu ds. europejskich i euroazjatyckich nie jest obsadzony.

Dziennik podkreślił, że obecnie za relacje między Moskwą a Waszyngtonem odpowiadają biznesmeni, co jest czymś nowym.

"WSJ", powołując się na źródła, zwróciła uwagę na to, że Witkoff miał odmawiać korzystania ze wskazówek i instrukcji od CIA przed swoją wizytą w Moskwie. "Twierdził, że Putin powiedział mu, że na spotkanie z nim musi przyjść sam" - napisała gazeta. Departament Stanu miał utworzyć specjalną grupę roboczą, aby wspierać Witkoffa, ale członkowie tego zespołu i inni urzędnicy administracji przekazali, że ciężko było im uzyskać - na przykład - notatki ze spotkań specjalnego wysłannika.

Przez dekady starsi rangą urzędnicy administracji USA, odwiedzający Rosję, byli instruowani w oparciu o książkę znaną jako Moscow Rules (Zasady Moskwy).  Opisuje ona niebezpieczeństwa, jakie wiążą się z wizytami w Rosji i współpracą z obywatelami tego kraju. Witkoff miał nie skorzystać także z tej pomocy.

Jednocześnie wysoki rangą urzędnik Białego Domu powiedział "WSJ", że Witkoff jest świadomy zarzutów ze strony reszty administracji, ale podróżuję z ochroną dyplomatyczną i uczestniczy w spotkaniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Narodowej Agencji Wywiadowczej czy też w spotkaniach z sekretarzem stanu USA Markiem Rubio. Witkoff po swoich spotkaniach z Putinem dzwoni do Trumpa, wiceprezydenta USA J.D. Vance'a i Rubio, komunikując się przez bezpieczną linię z ambasady USA w Moskwie.

Gazeta przypomniała, że Witkoff w trakcie swojej kariery na rynku nieruchomości wielokrotnie robił interesy z rządzącymi na Bliskim Wschodzie rodzinami. Dlatego kontakt z następcą tronu Arabii Saudyjskiej Mohammedem bin Salmanem, który przekazał mu zaproszenie na Kreml, miał ułatwiony.

Według "WSJ" plan Putina na pierwsze spotkanie z Witkoffem zakładał sprawdzenie, czy rzeczywiście sprzyja on Rosji. Jeśli rozmowa przebiegnie pomyślnie, to na Witkoffa miał czekać prezent. Specjalny wysłannik USA dostał od rosyjskiego przywódcy nagrodę, która miała utrwalić ich relacje. Z łagru został wypuszczony Marc Fogel, nauczyciel historii w liceum przy ambasadzie USA w Moskwie, który został skazany na 14 lat kolonii karnej za posiadanie medycznej marihuany na moskiewskim lotnisku.

Prezenty mają być istotną częścią relacji biznesowej, którą nawiązuję Moskwa z Waszyngtonem poprzez współpracę Witkoffa i Dmitrijewa. W grudniu po szóstym spotkaniu z Putinem, rosyjska firma produkująca kawior wysłała Witkoffowi około 5 kg czerwonego kawioru. Gazeta zwróciła uwagę, że jest to wyrób firmy ze średniej półki cenowej, która chce sprzedawać swoje produkty pod etykietą "Trumpovka". Biały Dom zaprzeczył, tym doniesieniom.

Nie jest to jedyny produkt, który nawiązuje do administracji Trumpa. Dmitrijew po wizycie Witkoffa w Moskwie wstawił na platformę X zdjęcie butelki wódki ze zdjęciem Trumpa, która stoi na tle Placu Czerwonego z napisem: "Make Vodka Great Again".

PAP


Specjalny wysłannik Kremla Kiriłł Dmitrijew przybył w sobotę do Miami na Florydzie, gdzie mają odbyć się rozmowy między delegacjami USA i Rosji - poinformowała agencja AFP, powołując się na źródła w kręgach rosyjskich. Media podają, że stronę amerykańską będą reprezentować Steve Witkoff i Jared Kushner.

Na krótko przed przylotem do Miami Dmitrijew na platformie X odniósł się do artykułu dziennika "Wall Street Journal", w którym opisana jest m.in. budowa jego relacji z Witkoffem. Przedstawiciel Władimira Putina zarzucił amerykańskiej gazecie podjęcie kolejnej próby zrujnowania wysiłków na rzecz pokoju w Ukrainie.

Jego zdaniem więziony przez Rosję Marc Fogel został uwolniony na prośbę Amerykanów, a nie, jak to opisała gazeta, w prezencie dla Witkoffa za dobrą postawę w trakcie rozmowy z przywódcą Rosji Władimirem Putinem. Zaprzeczył również jakoby strona rosyjska miała prosić, aby wysłannik USA udał się na Kreml bez służb, a także doniesieniom o kawiorze jakoby sprezentowanym Witkoffowi przez Rosjan.

Portal Politico podał wcześniej, że delegacje USA i Rosji spotkają się w weekend w Miami w ramach rozmów na temat zakończenia wojny w Ukrainie. W skład rosyjskiej delegacji ma wejść Dmitrijew, a stronę amerykańską będą reprezentować wysłannicy prezydenta USA Donalda Trumpa, Steve Witkoff i Jared Kushner.

Rozmowy odbędą się krótko po negocjacjach w Berlinie z udziałem Ukrainy oraz Witkoffa i Kushnera, a także po szczycie w stolicy Niemiec, na którym europejscy przywódcy ogłosili, że USA i Europa zobowiązały się do współpracy nad zapewnieniem Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa w razie zakończenia wojny.

W piątek Witkoff rozmawiał w Miami z ukraińską delegacją z sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Rustemem Umierowem.
Według dziennika "Financial Times" Dmitrijew jest jednym z architektów ujawnionego przez media w listopadzie planu pokojowego dla Ukrainy, współtworzonego przez "grupę rosyjskich i amerykańskich urzędników", który przez Ukrainę i jej sojuszników został oceniony jako nie do zaakceptowania.

PAP


Przez ponad cztery godziny Władimir Putin odpowiadał na pytania wybranych obywateli, propagandystów oraz nielicznych dziennikarzy podczas dorocznego telewizyjnego maratonu. Występował jako opiekun narodu, zatroskany o stan szkół, dróg i szpitali. Pokazywał się jako przystępny przywódca, który potrafi rozmawiać o miłości, literaturze i rodzinie. I jako niemal wszechwiedzący władca, który na każdy temat — czy to oszustw telefonicznych, czy handlu z Chinami — potrafi wyrecytować wszystkie fakty.

Putin wpadał w złość tylko wtedy, gdy rozmowa schodziła na Europę. Wiele z jego wypowiedzi były doskonale znanymi kłamstwami. Twierdził np., że to nie Rosja, tylko Zachód rozpoczął wojnę w Ukrainie. Albo że to nie Rosjanie zagraża Europejczykom, tylko odwrotnie.

Tym razem Putin miał dla Europejczyków nowe przesłanie: wasz wielki przyjaciel i obrońca, Stany Zjednoczone, zostawiły was na lodzie! Kremlowski despota obrał sobie za cel sekretarza generalnego NATO, Marka Rutte, który niedawno wprost ostrzegał przed wojną z Putinem: Jesteśmy następnym celem Rosji.

Rosyjski prezydent odpowiedział kpiną, powołując się na Narodową Strategię Bezpieczeństwa prezydenta USA Donalda Trumpa. — USA są kluczowym graczem i głównym sponsorem NATO [...]. W nowej strategii bezpieczeństwa Rosja nie jest wymieniana ani jako wróg, ani jako cel. Ale sekretarz generalny NATO przygotowuje się na wojnę przeciwko nam. Czy ty w ogóle umiesz czytać?

Zdaniem Putina bez wsparcia Stanów Zjednoczonych NATO nie jest w stanie przeciwstawić się jego krajowi, a czasy, gdy Amerykanie próbowali powstrzymać Rosję, już minęły.

Faktycznie, w najważniejszym dokumencie strategicznym rządu USA nie pada ani jedno krytyczne słowo pod adresem Rosji. Trump zapowiada jedynie zakończenie wojny w Ukrainie, a następnie przywrócenie bezpieczeństwa w Europie — lecz nie pojawia się żadna krytyka wobec Rosji jako strony prowadzącej wojnę. Zupełnie inaczej Trump traktuje Unię Europejską: Biały Dom nazywa UE zagrożeniem dla krajów Europy i zapowiada poparcie dla "oporu" wobec Unii.

W świetle tych wydarzeń Putin prezentuje się jako pewny zwycięstwa również w Ukrainie. Chwalił się postępami "na całej linii frontu", zachwalał masową produkcję dronów i oświadczył, że w tym roku ponad 400 tys. Rosjan "dobrowolnie" zgłosiło się do służby wojskowej. Równie wymowne było to, o czym nie wspomniał: o kryzysie gospodarczym w swoim kraju i setkach tysięcy zabitych żołnierzy.

Putin nie kryje swoich planów na przyszły rok: wojna za wszelką cenę.

onet.pl

piątek, 19 grudnia 2025



W trakcie szczytu w dniach 18–19 grudnia Rada Europejska (RE) nie zgodziła się na udzielenie Ukrainie tzw. pożyczki reparacyjnej z wykorzystaniem rosyjskich aktywów. Postanowiono jednak zapewnić Kijowowi nieoprocentowany kredyt w wysokości 90 mld euro w oparciu o wspólne zadłużenie zaciągnięte przez UE na rynkach i zabezpieczone jej budżetem. Osiągnięcie jednomyślności przez RE w tej sprawie stało się możliwe dzięki wyłączeniu Czech, Słowacji i Węgier z finansowych gwarancji na zaciągniętą przez UE pożyczkę. Pozostałe państwa działają na podstawie art. 20 Traktatu o Unii Europejskiej, zezwalającego grupie państw na podjęcie tzw. wzmocnionej współpracy z użyciem instytucji unijnych w celu m.in. ochrony interesów UE.

Pożyczka ma pokryć dwie trzecie ukraińskiego zapotrzebowania na zewnętrzną pomoc finansową w latach 2026–2027 (pozostałą część mają zabezpieczyć inni partnerzy z grupy G7 – oprócz Stanów Zjednoczonych). Ukraina będzie zobowiązana do zwrotu kredytu tylko w przypadku wypłacenia jej przez Rosję reparacji. Jeżeli to nie nastąpi, RE zastrzega sobie prawo do użycia zamrożonych na terytorium UE aktywów Centralnego Banku Rosji w celu spłacenia wierzytelności.

Pomoc finansowa dla Ukrainy po 2027 r. będzie mogła być udzielona bezpośrednio z budżetu UE w ramach wieloletnich ram finansowych na lata 2028–2034 (propozycja Komisji Europejskiej opiewa na 100 mld euro). Nadal mają trwać prace nad zaproponowanym przez KE rozporządzeniem o tzw. pożyczce reparacyjnej. Była ona wcześniej preferowanym przez Komisję i większość państw instrumentem dalszego finansowania Ukrainy, ale Radzie Europejskiej nie udało się osiągnąć porozumienia z powodu sprzeciwu m.in. Belgii.

(...)

Komentarz

Rada Europejska zdecydowała się na scenariusz, który zabezpiecza doraźne interesy Ukrainy, ale zarazem unaocznia unijną porażkę, gdyż odkłada decyzje dotyczące rosyjskich aktywów. Próby osiągnięcia kompromisu przez szefa RE Antónia Costę w sprawie zabezpieczeń dla Belgii w związku z „pożyczką reparacyjną” nie zyskały jej uznania i wzbudziły wątpliwości prawne Francji oraz Włoch. Nieskuteczna okazała się też silna presja Niemiec i Komisji Europejskiej na przeforsowanie „pożyczki reparacyjnej”. Wspólne zadłużenie nie rodzi natychmiastowego obciążenia dla budżetów 24 państw członkowskich, choć może mieć wpływ na ocenę ich wiarygodności kredytowej. Jednym z warunków pożyczki ma być także wzmocnienie europejskiego i ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego, co prawdopodobnie oznacza m.in. finansowanie z niej ukraińskich zakupów zbrojeniowych w UE.

Istnieje ryzyko, że najbardziej sprzyjający moment polityczny na wykorzystanie rosyjskich pieniędzy dla finansowania Kijowa właśnie minął. Perspektywa powrotu do scenariusza „pożyczki reparacyjnej” w przyszłości może jednak służyć jako karta przetargowa w relacjach UE z USA i Rosją. Od początku negocjacji rosyjsko-amerykańskich największe państwa europejskie wyrażały niezadowolenie z powodu biernej roli Europejczyków w tym procesie. Rozporządzenie Rady UE z 12 grudnia przedłuża zamrożenie rosyjskich aktywów do czasu zakończenia wojny i wypłacenia przez Rosję reparacji, co minimalizuje ryzyko odmrożenia ich w przypadku sabotowania przedłużenia sankcji przez Węgry lub Słowację. Użycie aktywów do wsparcia Ukrainy może być jednak blokowane również w przyszłości przez państwa członkowskie zaniepokojone perspektywą nacjonalizacji swoich aktywów w Rosji.

Unijna pomoc ma fundamentalne znaczenie dla stabilności finansowej Ukrainy w ciągu najbliższych dwóch lat. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego (zob. Ukraina: nierealistyczny budżet na 2026 rok) potrzeby Kijowa na lata 2026–2027, na które do tej pory nie było zagwarantowanych środków, sięgają 63 mld dolarów, a dotychczasowe formy pomocy w dużym stopniu zostały już wyczerpane – m.in. do listopada br. Kijów otrzymał blisko 35 z 50 mld dolarów z mechanizmu Extraordinary Revenue Acceleration Loans for Ukraine (ERA; zob. Szczyt G7: zapowiedź 50 mld dolarów finansowania dla Ukrainy), będących pożyczkami grupy G7 oraz 24,5 mld z ponad 38 mld euro z Instrumentu na rzecz Ukrainy (Ukraine Facility) z części przeznaczonej na wsparcie budżetowe.

Decyzja o odłożeniu przez UE opcji wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów na potrzeby Ukrainy została przyjęta przez Kreml z satysfakcją i odebrana jako słabość państw członkowskich. W ostatnich miesiącach Rosja podejmowała intensywne działania, aby storpedować unijne plany uruchomienia tej opcji. Na początku grudnia Centralny Bank Rosji złożył do moskiewskiego sądu pozew przeciwko instytucji finansowej Euroclear, domagając się zwrotu aktywów i rekompensaty poniesionych straty (na łączną sumę ok. 230 mld euro). Ponadto rosyjskie władze straszyły konfiskatą prywatnych aktywów zachodnich podmiotów w Rosji. Europejskie agencje wywiadowcze informowały także o próbach zastraszenia belgijskich polityków i kierownictwa wyższego szczebla w sektorze finansowym. W tym kontekście można też rozpatrywać wzmożoną aktywność dronów paraliżujących belgijskie lotniska.

osw.waw.pl


✍️ Magyar’s poetry: Deep strikes, castration of the "needle", and Ukrainian struggle. 

The night of December 18–19 painted the swamps in multicolored “debris” from the Free Ukrainian Bird – across land and water alike.

Different components of the Defense Forces’ deep-strike system worked in unison.

A palette of dozens of critical, energy, and military infrastructure targets of the occupier, both in the swamps and in the temporarily occupied territories.

Deep-strike “sanctions” grind the rock down – until granite that looked solid from the outside turns out to be limestone.

“They are charged and invincible,” we keep hearing – nonsense.

Fear the wolves, and we’ll be remembering “three days” for a long time yet – the worm’s axe may still be sharp in places, but the branch bites back.

Worm oil has stiffened below $35, while the swamp’s annual military budget is calculated at $59 per barrel.

We know how to count. Especially other people’s money.

But here the arithmetic matters – castration of the “Koshchei’s needle” inevitably drowns the swamp.

Relentless pecking of all its elements – fuel, energy, chemicals, military industry, physical destruction of enemy manpower in numbers exceeding the current mobilization capacity, and more.

The toad will always give milk, though it won’t happen by Tuesday. 

Waiting for the awaited is not an option. While the world is dithering – let’s work, Warriors.

(...)

Magyar 🇺🇦
December 19, 2025.

x.com/414magyarbirds


Raport liczy 434 strony i został rozesłany do wszystkich ambasad Rosji na świecie. Przedstawia szczegółowo stanowisko Kremla w sprawie traktowania etnicznych Rosjan w różnych krajach świata.

"Mołdawia coraz bardziej skłania się ku poparciu dla ideologii neonazistowskich i dyskryminacji rasowej. Niezmienny proeuropejski kurs mołdawskich władz pod przewodnictwem [prezydent] Mai Sandu oznacza całkowite zerwanie historycznych i kulturowych więzi z Rosją. Wykorzystując wydarzenia w Ukrainie, Zachód kontynuuje uporczywe próby wciągnięcia Mołdawii do koalicji zagorzałych rusofobów. Potępiając rosyjską operację specjalną i domagając się zaprzestania działań wojennych, władze mołdawskie zobowiązały się słownie do integracji europejskiej i neutralności konstytucyjnej. W rzeczywistości jednak ustanawia się reżim totalitarny" — brzmi fragment dokumentu.

Rosyjski raport wprost zaznacza podobieństwa między obecną sytuacją w Mołdawii a tą w Ukrainie przed 2022 r. Oskarża mołdawskie władze o podążanie "totalitarnym" kursem wytyczonym przez zachodnich "kuratorów" w celu skopiowania nacjonalistycznej polityki Ukrainy i państw bałtyckich:

"Reżim Sandu, podobnie jak przed nim Wołodymyr Zełenski i Petro Poroszenko, »na drodze do integracji europejskiej« dąży do »wykreślenia« całego okresu historii własnego kraju za pomocą totalitarnych metod, niszcząc całe dziedzictwo radzieckie, w tym wszelkie przejawy kultury mniejszości narodowych. W tym celu rząd tego kraju dokłada wszelkich starań, aby zerwać historyczne więzi między Rosją a Mołdawią, których kultury są do siebie zbliżone, oraz wykorzenić wszystko, co rosyjskie. Co więcej, w celu połączenia się z UE (lub z Rumunią, jak uważa wielu ekspertów) — mołdawskiej — kraju, fałszywie przedstawiając go jako rumuński" — czytamy w raporcie.

"Derusyfikacja" to kolejny zarzut, który raport stawia władzom Mołdawii, a retoryka jest identyczna z tą, którą Władimir Putin uzasadnia inwazję na Ukrainę. Ponadto tekst Ministerstwa Spraw Zagranicznych zawiera 43 odniesienia do Rumunii, wszystkie o charakterze oskarżycielskim.

"Mołdawia nadal jest świadkiem ataków na pamięć historyczną Wielkiej Wojny Ojczyźnianej [drugiej części II wojny światowej, podczas której Związek Radziecki walczył przeciwko III Rzeszy], a prozachodnie tendencje rewizjonistyczne stają się coraz silniejsze. Radykałowie spośród zwolenników zniesienia państwowości mołdawskiej i przyłączenia się do Rumunii stali się ostatnio znacznie bardziej aktywni. W tym kontekście coraz bardziej widoczne stają się próby gloryfikacji nazizmu i jego wspólników w celu ukrycia ich w świadomości publicznej. Rumunia wznosi pomniki i modernizuje cmentarze żołnierzy rumuńskich, którzy walczyli po stronie Hitlera. Odsłanianiu takich pomników towarzyszą honory wojskowe. Ponadto istnieją również przypadki zmiany przekazów, jakie niosą ze sobą pomniki" — to fragment reprezentatywny dla propagandowej retoryki Moskwy.

Ponadto raport twierdzi, że "nowy podręcznik dla klasy XII, Historia Rumunów i Historia ogólna, pełen propagandowych stereotypów i błędów merytorycznych, stał się kwintesencją oficjalnego rewizjonistycznego kursu Kiszyniowa. Ten pseudonaukowy podręcznik usprawiedliwia zbrodnie reżimu okupacyjnego Iona Antonescu, oczernia okres sowiecki w przeszłości Mołdawii i promuje zniekształcony obraz historycznej roli ZSRR. Żołnierze Armii Czerwonej, którzy wyzwolili Mołdawię, są określani mianem »najeźdźców«, podczas gdy rumuńsko-niemieccy najeźdźcy, którzy terroryzowali ludność, są przedstawiani jako "efektywni administratorzy".

Głównym tematem raportu jest rzekoma "absorpcja" [wchłanianie] Mołdawii przez Rumunię, którą Rosja uważa za zagrożenie dla mołdawskiej tożsamości narodowej. Jednocześnie autorzy raportu ubolewają, że język rosyjski przestał być "językiem komunikacji międzyetnicznej, a wszystkie oficjalne dokumenty kraju i nazwy instytucji publicznych nie są już tłumaczone na język rosyjski".

Rosja zauważa, że prawie całe kierownictwo Mołdawii, w tym prezydent Sandu i różni ministrowie, posiadają rumuńskie paszporty.

Raport potępia również ustawę z 2023 r., która oficjalnie zmieniła nazwę języka państwowego z "mołdawskiego" na "rumuński", nazywając to sztucznym posunięciem mającym na celu ułatwienie "zjednoczenia Mołdawii z Rumunią".

W tekście jego autorzy wskazali też kilka rzekomych zagrożeń dla interesów rosyjskich. Wyróżnili kilka obszarów, w których rosyjscy "rodacy" i ich interesy są rzekomo zagrożone. Rosja twierdzi, że język rosyjski jest systematycznie eliminowany z życia publicznego, edukacji i mediów, mimo że jest językiem ojczystym lub głównym dla dużej części społeczeństwa.

Raport podkreśla, że zablokowanie ponad 60 portali informacyjnych w języku rosyjskim i cofnięcie licencji 18 kanałom telewizyjnym to akt "totalitarnej cenzury".

Rosja oskarża również Kiszyniów o wywołanie schizmy kościelnej poprzez próbę zastąpienia kanonicznej Cerkwi Prawosławnej Mołdawii (powiązanej z Patriarchatem Moskiewskim) Metropolią Besarabską Cerkwi Prawosławnej Rumunii.

Raport ostro protestuje przeciwko jednostronnemu wypowiedzeniu umów dotyczących rosyjskich ośrodków kultury, określając decyzję o zamknięciu "Domu Rosyjskiego" jako "zbrodniczą i destrukcyjną". Rosja przytacza również przypadki, w których rosyjskojęzyczni obywatele mieli zostać pozbawieni opieki medycznej lub byli przesłuchiwani na lotniskach, oraz szczegółowo opisuje "przeszukiwanie" obywateli rosyjskich na przejściach granicznych.

onet.pl


- Nie mówię niczego nowego, ale to ważne. Po rozpadzie ZSRR chcieliśmy stać się równoprawnym członkiem zachodniej rodziny, ale oni nadal wywierali na nas coraz większą presję. Dostarczali pieniądze terrorystom i separatystom. Mieli destrukcyjny wpływ na politykę wewnętrzną - powiedział Władimir Putin. - Spójrzcie na Jugosławię - rozwalili ją na kawałki! Ostatecznie dokonali zamachu stanu na Ukrainie. (...) Te destrukcyjne siły rozpoczęły wojnę, a my próbujemy ją zakończyć - stwierdził. W swoim wystąpieniu Putin obwinił byłego już prezydenta USA Joe Bidena o "świadome" rozpętanie wojny w Ukrainie. - Poprzednia administracja USA wierzyła, że Rosja zostanie zniszczona i zdemontowana. A europejskie małe świnie natychmiast dołączyły do nich, licząc na zysk i odzyskanie czegoś, co utracono w poprzednich okresach historycznych - dodał. Podkreślmy, że nie jest to prawdą - to Moskwa napadła na terytorium ukraińskie w lutym 2022 roku. - Rosja wykazała swoją stabilność w gospodarce, finansach, w wewnętrznej sytuacji politycznej społeczeństwa i w sferze obronności. (...) Ale jesteśmy gotowi negocjować i pokojowo rozwiązywać wszystkie problemy - oznajmił rosyjski przywódca. 

Putin powiedział również, że Rosja wolałaby rozwiązać kwestię wojny w Ukrainie drogą dyplomatyczną, ale jeśli Ukraina i Zachód odmówią podjęcia "merytorycznych rozmów", to Moskwa "osiągnie wyzwolenie swoich historycznych ziem środkami militarnymi". Z wypowiedzi rosyjskiego przywódcy wynika również, że rozważa on nasilenie ofensywy. - Zajęte przez nas pozycje, przyczółki, które utworzyliśmy w ostatnich miesiącach, a także, oczywiście, wyjątkowe doświadczenie taktyczne i operacyjne, jakie zdobyliśmy w bitwach, przełamując głęboką obronę wroga, pozwalają nam zwiększyć tempo ofensywy w strategicznie ważnych obszarach - podkreślił.

gazeta.pl


"The New York Times" donosi, że drugiego dnia pełnoskalowej agresji na Ukrainę Dmitrij Kozak negocjował ze stroną ukraińską, co miało "rozwścieczyć" Władimira Putina. Porozumienie miało obejmować gwarancje bezpieczeństwa Ukrainy przez Rosję i wycofanie wojsk z wszystkich części kraju poza Krymem i wschodnim Donbasem. Rosyjski przywódca miał skrytykować go za przekroczenie uprawnień w kwestii spraw terytorialnych. Miał polecić Kozakowi, by zażądał wyłącznie kapitulacji od Ukrainy. Według trzech osób z otoczenia Kozaka doradca odmówił dyktatorowi, wskazując, że nie zna ostatecznych celów inwazji. Według źródeł rozmowa zaostrzała się, a Kozak miał powiedzieć, że jest gotów na aresztowanie lub rozstrzelanie za odmowę. Ostatecznie zgodził się przekazać Ukrainie żądania Rosji, ale 26 lutego zastąpił go Władimir Miedinski.

Dziennik opisał również sytuację z 21 lutego 2022 roku, gdy podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa najwyżsi rosyjscy urzędnicy Rosji opowiedzieli się za zbliżającą się inwazją. "Kozak nie poszedł za tłumem" - opisuje "NYT". Ponadto, gdy Putin gromadził wojska, Kozak miał sporządzić obszerną notatkę opisującą prawdopodobne negatywne skutki wojny. Jeden z informatorów przekazał, że Kozak ostrzegał w niej przed możliwością przystąpienia Szwecji i Finlandii do NATO, co z resztą później stało się faktem. - Ukraińcy będą się bronić. Sankcje będą surowe. Pozycja geopolityczna Rosji ucierpi - miał powiedzieć podczas posiedzenia, po czym Putin kazał wszystkim opuścić salę i po raz kolejny wysłuchać Kozaka. - Dlaczego się temu sprzeciwiasz? - miał zapytać rosyjski przywódca. "To był ostatni raz, gdy rozmawiali przed rozpoczęciem bombardowań Kijowa 24 lutego" - donosi "NYT". We wrześniu Kozak zrezygnował z funkcji zastępcy szefa administracji Putina. Był jego jednym z najbliższych współpracowników przez 30 lat. Dalej pozostaje w Moskwie.

gazeta.pl