W pierwszych 11 miesiącach tego roku nadwyżka Chin w wymianie towarowej sięgnęła 1,08 bln USD. To o ponad 22 proc. więcej niż w takim samym okresie poprzedniego roku i o niemal 9 proc. więcej niż w całym 2024 r., który dotychczas był pod tym względem rekordowy. To również więcej, niż wyniesie w tym roku PKB Polski, czyli – w uproszczeniu – całkowita wartość finalnych towarów i usług wytworzonych nad Wisłą.
Puchnąca nadwyżka handlowa Chin to następstwo tego, że tamtejszy eksport rośnie w szybkim tempie pomimo drastycznego wzrostu ceł w USA, podczas gdy import maleje. W tym roku, do końca listopada, chińscy producenci sprzedali za granicą towary o wartości (w dolarach) o 5,4 proc. większej niż w takim samym okresie poprzedniego roku. W tym czasie wartość chińskiego importu zmalała o 0,6 proc. rok do roku, choć w ostatnich miesiącach zaczęła powoli rosnąć.
Powyższe dane, opublikowane niedawno przez chińską administrację celną, świadczą o tym, że tamtejsi producenci byli w stanie przekierować sprzedaż z USA na inne rynki. Bezpośredni eksport towarów do Stanów Zjednoczonych, gdzie efektywna stawka celna (czyli średnia stawka ważona strukturą importu) na chińskie produkty sięga 40 proc., czterokrotnie więcej niż rok wcześniej, w pierwszych 11 miesiącach 2025 r. zmalał o 19 proc. rok do roku. W tym czasie eksport do Unii Europejskiej wzrósł o ponad 8 proc., a do państw ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) o około 12 proc.
(...)
"Próbuję Chińczykom tłumaczyć, że ich nadwyżka handlowa jest nie do utrzymania na dłuższą metę, ponieważ oznacza, że Chiny zabijają swoich własnych klientów w ten sposób, że już niemal nic od nas nie kupują" – mówił Macron w wywiadzie dla "Les Echos".
Wypowiedź francuskiego prezydenta dobrze oddaje istotę problemu. Zagrożeniem dla Europy nie jest szybki wzrost chińskiego eksportu, tylko to, że nie towarzyszy mu wzrost popytu w Chinach. Inaczej mówiąc, nadwyżka handlowa jest nie tyle przejawem siły chińskiej gospodarki, co jej słabości, którą zarazić może inne części globu. Tamtejsi producenci podbijają zagraniczne rynki nie dlatego, że są nadzwyczaj konkurencyjni, tylko dlatego, że ich towarów nie chcą krajowi nabywcy. I to pomimo obniżek cen, które utrzymują się już od ponad trzech lat (wskaźnik cen produkcji sprzedanej chińskiego przemysłu w listopadzie był o 8 proc. niższy niż w tym samym miesiącu 2022 r.).
Zjawisko to doskonale widać właśnie w branży motoryzacyjnej, istotnej dla Europy. W pierwszych 11 miesiącach roku eksport samochodów z Chin zwiększył się o niemal 17 proc. rok do roku, podczas gdy import aut tąpnął o ponad 38 proc. Mimo to, jak wskazują ekonomiści z banku ING, chińscy producenci samochodów wykorzystują moce produkcyjne w niespełna 75 proc. Niektóre inne gałęzie przemysłu są w nawet gorszym położeniu.
Niski poziom wykorzystania mocy wytwórczych oznacza, że nawet dalszy ekspresowy wzrost eksportu, o który – choćby z powodów politycznych - będzie coraz trudniej, nie sprawi, że chińskie fabryki będą działały na pełnych obrotach. Nie będą więc skłonne do inwestycji, zwiększania zatrudnienia i podwyżek płac. To zaś jest konieczne, aby wyrwać chińską gospodarkę z błędnego koła, w którym się znalazła przede wszystkim w wyniku załamania na rynku nieruchomości.
Sprzedaż mieszkań w Państwie Środka od szczytu sprzed kilku lat zmalała już o ponad połowę. Za tym poszły ich ceny, co podkopało finanse gospodarstw domowych, szczególnie tych, które kupiły nieruchomość na kredyt. Konsekwencją są słabe nastroje konsumentów i stagnacja ich popytu. W listopadzie sprzedaż detaliczna w Chinach wzrosła o zaledwie 1,3 proc. rok do roku, najmniej we współczesnej historii, pomijając okres pandemii COVID19. Załamanie na rynku nieruchomości ciągnie też w dół inwestycje, i to nie tylko w budynki. W ostatnich miesiącach maleć zaczęły również nakłady brutto na środki trwałe w przemyśle oraz w sektorze publicznym. To m.in. konsekwencja problemów tych gałęzi przemysłu, które zaopatrywały budownictwo.
(...)
– Nadeszła pora, aby Pekin zdał sobie sprawę z tego, że olbrzymia nadwyżka w handlu towarami jest nie do utrzymania. Powinien pozwolić na stopniowe, ale konsekwentne umocnienie swojej waluty na przestrzeni około pięciu lat, aby podbić chiński import i dać oddech konkurentom z Europy, USA i innych państw – napisał w niedawnej analizie James Kynge, analityk z think-tanku Chatham House. – Jeśli to nie nastąpi, na Zachodzie narastały będą protekcjonistyczne nastroje, co poskutkuje wzrostem ceł i innych barier handlowych tamujących napływ chińskich towarów – dodał. Podobne głosy słychać też w samych Chinach, co sprawia, że wielu ekonomistów w prognozach na przyszły rok uwzględnia pakiet stymulacyjny w Państwie Środka.
To sugeruje, że UE nie musi spieszyć się z otwieraniem nowego frontu wojny handlowej zapoczątkowanej przez Trumpa. Są też inne powody, aby chińską nadwyżką handlową póki co nadmiernie się nie przejmować.
Przede wszystkim dane dotyczące wymiany handlowej Chin, jak wiele innych tamtejszych statystyk, nie są w pełni przejrzyste. Nadwyżka w handlu towarami, która według administracji celnej już w 2024 r. była bliska 1 bln USD, według Banku Światowego wynosiła niespełna 800 mld USD. To gigantyczna kwota, ale Chiny są gigantyczną gospodarką. Taka nadwyżka odpowiadała około 2,9 proc. PKB Chin. Większe nadwyżki, relatywnie do wielkości gospodarki, mają niektóre państwa UE, choćby Niemcy. Saldo wymiany zagranicznej Chin jest zaś jeszcze mniejsze, jeśli uwzględnić też usługi. W handlu usługami Państwo Środka konsekwentnie ma bowiem głęboki deficyt. W ubiegłym roku, według danych Banku Światowego, przekraczał on 220 mld USD.
money.pl