czwartek, 18 grudnia 2025



W 2024 r. trzy kluczowe paliwa kopalne – ropa naftowa, węgiel kamienny oraz gaz ziemny (dostarczany zarówno przez gazociągi, jak i w formie LNG) – odpowiadały za dwie trzecie (85 mld dolarów) całości rosyjskiego eksportu do ChRL[1]. Chińskie zakupy stały się kluczowym źródłem finansowania machiny wojennej Rosji po tym, jak pod koniec 2022 r. znacząca część rynków zachodnich zamknęła się na jej surowce energetyczne. Od tamtej pory Chiny odbierają blisko połowę rosyjskich węglowodorów sprzedawanych za granicę (istotnym odbiorcą są także Indie, odpowiadające za około jedną trzecią rosyjskiego eksportu ropy naftowej). Gdyby nie chińska gotowość do zwiększenia importu z Rosji, ta stanęłaby przed koniecznością bardziej zdecydowanego obniżenia wydobycia. To zaś przełożyłoby się negatywnie na wpływy do budżetu, wyniki finansowe firm sektora oraz całości gospodarki – tzw. kompleks paliwowo-energetyczny odpowiada za 20% PKB Rosji[2]. Co więcej, w 2024 r. przychody z opodatkowania wydobycia i eksportu surowców przez firmy z sektora naftowo-gazowego[3] wyniosły 11,1 bln rubli, co stanowiło 31% całości wpływów do budżetu federalnego.

W realiach rosnących w Rosji wydatków na działania wojenne utrzymanie stałych wpływów z eksportu jest z perspektywy Kremla żywotnie istotne – szczególnie ze względu na dopływ walut zagranicznych. Opodatkowanie sektora pozwala także unikać przerzucania kosztów prowadzenia wojny bezpośrednio na społeczeństwo, władze zaś starają się zniwelować ich odczuwalny przez Rosjan ciężar w obawie przed niezadowoleniem społecznym.

Należy jednak zaznaczyć, że eksport konkretnych węglowodorów różni się między sobą, jeśli chodzi o ich istotność polityczną i ekonomiczną. O ile sprzedaży ropy naftowej nie można przecenić w zakresie wpływów do budżetu federalnego, a eksport gazu jest ważny z punktu widzenia politycznego (można go wykorzystać jako narzędzie do wywierania presji na państwa trzecie), o tyle zbyt węgla kamiennego ma znaczenie jedynie z perspektywy branży i kilku regionów w Rosji, nie generuje on przy tym znacznych zysków[4].

Dla Pekinu Federacja Rosyjska stanowi największe zagraniczne źródło paliw kopalnych. Chiński import pozostaje jednak zdywersyfikowany, a jego rola szybko maleje na skutek „zielonej” transformacji państwa. Ropa, gaz ziemny i węgiel kamienny sprowadzane z Rosji odpowiadały w 2024 r. za odpowiednio 20%, 23% i 25% importu tych surowców do ChRL, ale po uwzględnieniu krajowego wydobycia pokrywały raptem od kilku do kilkunastu procent jej popytu.

W obliczu rosnących obaw przed przerwaniem szlaków morskich w wyniku konfliktów zbrojnych oraz częstszych zakłóceń żeglugi – od incydentu „Ever Given” w Kanale Sueskim po ataki Huti na Morzu Czerwonym – rośnie znaczenie tras lądowych: bardziej stabilnych i bezpiecznych w porównaniu z silniej narażonym na wrogie działania transportem morskim. Władze ChRL stawiają jednak przede wszystkim na rozbudowę rodzimych źródeł energii, a nie zwiększanie importu z relatywnie pewnego kierunku rosyjskiego. Taka polityka Pekinu łączy cele poszerzenia samowystarczalności, przyspieszenia rozwoju technologicznego i modernizacji przemysłu oraz pobudzenia aktywności gospodarczej[5]. Elektryfikacja kolejnych gałęzi gospodarki, m.in. transportu, wraz ze spowolnieniem wzrostu PKB w ostatnich latach ogranicza zapotrzebowanie na paliwa kopalne. Prąd wytwarzany niemal wyłącznie z krajowych zasobów, tj. węgla czy OZE, odpowiada już za ok. 30% zużycia energii finalnej (wobec niewiele ponad 10% na początku XXI wieku), czyli za więcej niż w USA czy UE. Stopniowo rośnie też krajowa produkcja paliw kopalnych, która zaspokaja przeszło 25% chińskiego popytu na ropę, ok. 60% zapotrzebowania na gaz i ponad 90% zużywanego węgla.
 
Najistotniejszą pozycją w eksporcie z FR do ChRL jest ropa naftowa. W 2024 r. surowiec ten odpowiadał za 48% wartości (62 mld dolarów) całej rosyjskiej sprzedaży na ten rynek. Dla Rosjan, możliwość zbytu surowej ropy w takiej ilości jest nie do przecenienia ze względu na znaczenie dochodów z tego tytułu dla budżetu federalnego. W 2024 r. podatki nakładane na wydobycie tego surowca opowiadały za 85% całości wpływów z sektora naftowo-gazowego. Branża generuje także dochody budżetowe za pośrednictwem danin nakładanych na jej działalność gospodarczą (państwowa Rosnieft´ jest największym pojedynczym płatnikiem do budżetu).

W strukturze całości eksportu ropy z Rosji chińscy odbiorcy odpowiadają za połowę wolumenu – w 2024 r. sprzedaż osiągnęła blisko 2,2 mln bbl/d. Biorąc zaś pod uwagę rosyjskie wydobycie, można przyjąć, że prawie co czwarta produkowana tam baryłka trafia na rynek chiński – w postaci czy to surowca, czy zrafinowanego paliwa. Podobnie jak w przypadku innych surowców znaczący wzrost wielkości przesyłu tego towaru nastąpił w wyniku rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 r., kiedy to Rosjanie przekierowali znaczną część eksportu z rynków zachodnich do Chin. O ile w 2021 r. wolumen przesyłanej do tego państwa ropy wyniósł blisko 80 mln ton, o tyle w 2024 r. było to już 108,5 mln ton.

Mimo że Chiny są piątym producentem ropy na świecie, to import pokrywa ponad 70% ich zapotrzebowania. Państwo pozostaje uzależnione od dostaw z zagranicy, ale dzięki dywersyfikacji unika nadmiernej zależności od któregokolwiek z partnerów. FR odpowiadała w ostatnich latach za 15–20% chińskiego importu i od 2023 r. jest największym źródłem zaopatrzenia ChRL w surowiec. Z perspektywy Zhongnanhai taka sytuacja ma trzy główne zalety. Zakupy w Rosji wzmacniają przyjazny wobec Pekinu reżim, są relatywnie tanie (dzięki sankcjom Zachodu), a także zapewniają większą stabilność i bezpieczeństwo dostaw realizowanych głównie za pośrednictwem dwóch szlaków lądowych (połączenie WSTO z Syberii do północno-wschodnich Chin i rurociąg poprzez Kazachstan) oraz infrastruktury portowej na Dalekim Wschodzie (bez konieczności przebycia Cieśnin Malakka bądź Tajwańskiej).

Od II kwartału 2024 r. w chińskich statystykach celnych widać spadek importu ropy z FR po trwającym dwa lata okresie silnego wzrostu. Początkowo towarzyszyła mu rozpoczęta kilka miesięcy wcześniej redukcja zakupów również z pozostałych źródeł. Od marca 2025 r. dostawy z reszty świata wyraźnie się jednak zwiększyły, podczas gdy rosyjskie wzrosły jedynie nieznacznie. W efekcie udział Rosji w imporcie ropy do Chin skurczył się z 20% w szczytowym momencie na początku 2024 r. do 17% w III kwartale 2025 r. Ograniczeniu roli rosyjskiego surowca sprzyjały dwa pakiety amerykańskich sankcji – ogłoszone w styczniu[6] oraz październiku br. Te ostatnie objęły restrykcjami dwa największe rosyjskie koncerny naftowo-paliwowe: Rosnieft´ i Łukoil. W ich wyniku część chińskich odbiorców wstrzymała import surowca z FR w obawie przed sankcjami wtórnymi[7]. Obecnie nie wiadomo, jak długo utrzyma się ta sytuacja.

Wraz z zacieśnianiem reżimu sankcyjnego nałożonego na Rosję rośnie skłonność do maskowania pochodzenia eksportowanego z niej surowca[8]. Być może część rosyjskiej ropy trafia do ChRL jako „malezyjska”, czyli jako towar z państwa, które od lat kamufluje w statystykach pochodzenie sankcjonowanych baryłek z Iranu i Wenezueli[9]. Import z tego kierunku gwałtownie wzrósł na przełomie I i II kwartału 2025 r. W ostatnich miesiącach jego rolę stopniowo przejmuje Indonezja.

Ostateczną wielkość dostaw z Rosji i pozostałych kierunków determinują bieżące zapotrzebowanie oraz tempo akumulacji strategicznych zapasów. Przyspieszenie elektryfikacji gospodarki – w tym upowszechnienie aut elektrycznych – oraz spowolnienie wzrostu PKB oznaczają, że szczyt zużycia ropy w Chinach przypadnie około 2027 r.[10] W kolejnych latach popyt na surowiec ma być podtrzymywany głównie przez segment petrochemiczny. Podobnie jak w 2020 r. Chiny wykorzystały spadek cen w 2025 r., by przyspieszyć budowę rezerw ropy. Według szacunków Bloomberga od stycznia do sierpnia br. kupiły ok. 150 mln baryłek[11] ponad bieżące zużycie (za ok. 10 mld dolarów), a w II kwartale odpowiadały za blisko 90% globalnego przyrostu zapasów[12]. Decyzja mogła być motywowana niższymi cenami, rosnącymi obawami o przerwy w dostawach oraz dążeniem do dywersyfikacji aktywów rezerwowych, czyli chęcią wykorzystania ropy jako częściowej alternatywy dla amerykańskich obligacji skarbowych.

Z perspektywy politycznej być może najistotniejszym elementem omawianej współpracy jest sprzedaż rosyjskiego gazu ziemnego do ChRL – to bowiem długoterminowe kontrakty i towarzyszące im projekty infrastrukturalne wiążą oba państwa w kilkudziesięcioletnim horyzoncie czasowym. Chiny stanowią dla Gazpromu najistotniejszy rynek zbytu ze względu na zdolność do zaabsorbowania dużych ilości tego surowca. Przekierowanie wolumenów na wschód to zaś konieczność wynikająca z utraty udziałów na rynku europejskim wskutek politycznej decyzji Kremla.

W 2024 r. ChRL odpowiadała za 35% całości eksportu gazu ziemnego realizowanego przez Gazprom. Dotychczas wykorzystywany jest do tego uruchomiony w 2019 r. gazociąg Siła Syberii 1, który w 2024 r. osiągnął maksymalną przepustowość i według prognoz ma dostarczyć w 2025 r. ok. 40 mld m³. Wolumen ten ma wzrosnąć o kolejne 10 mld m³ w 2027 r., kiedy planuje się uruchomienie przesyłu z Sachalinu tzw. szlakiem dalekowschodnim.

Pod względem ekonomicznym gaz ziemny w ChRL odgrywa mniejszą rolę niż pozostałe paliwa kopalne. Odpowiada za niespełna 10% podaży energii pierwotnej – przeszło 50% przypada na węgiel, a blisko 20% na ropę i produkty naftowe. Jednocześnie pełni istotną funkcję paliwa przejściowego: zastępuje najbardziej emisyjne źródła w ciepłownictwie i przemyśle oraz stabilizuje pracę sieci przy rosnącym udziale OZE. W efekcie zwiększa elastyczność systemu, obniża emisje w porównaniu z generacją węglową i poprawia bezpieczeństwo energetyczne dzięki zdywersyfikowanym kierunkom dostaw.

Około 60% zapotrzebowania Chin na gaz pokrywa produkcja krajowa. Reszta jest dostarczana gazociągami (42% importu w 2024 r.) z Azji Centralnej, Rosji i Mjanmy bądź w formie skroplonej (58%) – głównie z Australii, Kataru, Malezji i Rosji[13]. Udział tej ostatniej w imporcie rurociągowym w 2024 r. sięgnął blisko 40% (ok. 31 mld m³). Surowiec przesyłany Siłą Syberii 1 jest najtańszy spośród wszystkich kierunków importowych. Ponadto lądowe „ramię” logistyczne odizolowuje dostawy od potencjalnych zaburzeń, jakie mogą występować w przypadku transportu drogą morską.

Rosjanie od lat forsują koncepcję dalszego zwiększania wolumenu eksportowanego do Chin. Dążą do tego, by nowe dostawy były realizowane przede wszystkim dzięki nowemu połączeniu – Siła Syberii 2 o planowanej przepustowości 50 mld m3/r. Gazociąg ten ma połączyć chińskich odbiorców z zachodniosyberyjskimi złożami, które dotychczas zasilały głównie rynek europejski. We wrześniu prezes Gazpromu Aleksiej Miller oświadczył, że strony podpisały „legalnie wiążące memorandum” dotyczące gazociągu, stanowiące rzekomo przełomowy krok na drodze do urzeczywistnienia jego budowy. Chińczycy nie potwierdzili jednak oficjalnie istnienia tego dokumentu ani nie informują o postępach w realizacji projektu.

Powstanie koncepcji dostaw z Syberii Zachodniej do Chin sięga końca lat 90.[14] Mimo zawarcia kilku porozumień ramowych przedsięwzięcie wciąż nie doczekało się wiążącej umowy sprzedażowej zawierającej formułę cenową ani decyzji o budowie infrastruktury i podziale jej kosztów[15]. Szacuje się, że ostateczny koszt realizacji wyniesie od 13 do nawet 34 mld dolarów – warto jednak zaznaczyć, że Siła Syberii 1, która jest o jedną trzecią krótsza, mogła finalnie pochłonąć nawet 60–70 mld dolarów, z czego znakomitą większość tych środków wyłożyła strona rosyjska[16].

Biorąc pod uwagę obecną pozycję przetargową Gazpromu – o wiele słabszą niż przed laty – można założyć, że Chińczycy próbują przerzucić całość kosztów inwestycyjnych na Rosjan, domagając się także korzystnej dla siebie formuły cenowej. W 2024 r. ci ostatni za pośrednictwem istniejącej Siły Syberii 1 sprzedawali gaz do Chin po cenie o ponad jedną trzecią niższej niż w przypadku odbiorców europejskich. Według doniesień medialnych ChRL próbuje uzyskać jeszcze korzystniejszą taryfę dla nowego połączenia. Co więcej, dość odległa perspektywa uruchomienia gazociągu (w najlepszym wypadku na początku lat 30.) jest dodatkowym czynnikiem negatywnie rzutującym na rentowność projektu dla Rosjan – wykorzystując ich brak pola manewru, Pekin przerzuca koszty dostaw surowca na Moskwę.

Parametry kontraktu musiałyby być jednak wyjątkowo korzystne dla ChRL, by rozwiać jej wątpliwości dotyczące większego uzależnienia od jednego dostawcy oraz trwałości popytu na rosyjski gaz w warunkach zaawansowanej transformacji energetycznej. Nawet przy pełnym zakładanym wykorzystaniu Siły Syberii 2 łączny przesył rurociągami z FR sięgnie 100 mld m³ rocznie, co przy prognozach zapotrzebowania rzędu 600 mld m³ w 2040 r. i produkcji krajowej wynoszącej ok. 310 mld m³ dawałoby temu państwu ok. 35% udziału w chińskim imporcie i ok. 16% w tamtejszym zużyciu. Byłyby to poziomy znaczące, lecz nieprzesądzające o nadmiernej zależności. Zarazem powyższe szacunki popytu mogą być zbyt optymistyczne w obliczu skali „zielonej” transformacji energetycznej w Chinach. Szybki postęp w sektorach samochodów elektrycznych, baterii i pomp ciepła, dynamiczna rozbudowa odnawialnych źródeł energii i sieci przesyłowych oraz spadające koszty magazynowania dają Pekinowi realne krajowe alternatywy dla gazu sprowadzanego z FR.

Rosyjski komunikat – i brak chińskiego dementi – w sprawie Siły Syberii 2 należy traktować jako sygnał polityczny, skierowany przede wszystkim w stronę Waszyngtonu. Samo informowanie o zamiarze budowy tej magistrali już teraz wpływa na globalny rynek gazu – potencjalne nowe projekty LNG uruchamiane z myślą o dostawach na rynek chiński mogą ulec rewizji ze względu na możliwość zaspokojenia popytu przez rosyjskie dostawy rurociągowe. W tym układzie faktyczna realizacja Siły Syberii 2 uderzałaby w „energetyczną dominację” USA, której jeden z filarów stanowią krajowe zdolności eksportu LNG i jego pozycja na rynku. Znaczenie Stanów Zjednoczonych w tym obszarze byłoby dodatkowo pomniejszone przez fakt, że uruchomienie nowego gazociągu najprawdopodobniej pozwoliłoby na przekierowywanie zakontraktowanych przez chińskie firmy wolumenów LNG do innych krajów, gdzie te konkurowałyby z amerykańskimi dostawcami.

Wreszcie, dyskusja o Sile Syberii 2 to również symboliczny gest mający potwierdzić coraz większe zbliżanie się Pekinu i Moskwy, wychodzące poza realizację wzajemnych korzyści ekonomicznych. Możliwość zawarcia długookresowego kontraktu gazowego stanowi manifestację szerokiego wachlarza potencjału obu partnerów, którzy nie muszą w swoich działaniach oglądać się na Waszyngton.

W porównaniu z ropą naftową i gazem ziemnym dostarczanym rurociągami LNG zajmuje o wiele mniej istotną pozycję w rosyjsko-chińskiej wymianie handlowej. W pierwszej połowie br. z Rosji sprowadzono ok. 3 mln ton tego surowca, co odpowiadało za niespełna 10% całości jego chińskiego importu i zarazem 21% rosyjskiego eksportu.

Rosyjskie dostawy tego paliwa służą Chińczykom jako uzupełnienie, którego ostateczna wielkość zależy od zmiennego popytu. Gaz w formie skroplonej umożliwia arbitraż cenowy – zakup ładunku po niższej cenie i sprzedaż po wyższej – oraz szybkie zaspokajanie sezonowych i nagłych wzrostów zapotrzebowania na wybrzeżu Chin. Sprowadzanie LNG nie jest przy tym postrzegane jako „wiążące” ze względu na swoją elastyczną specyfikę – dostawcy mogą reagować na zmiany popytu i nie są w takim stopniu zależni od kontraktów długoterminowych. W podobnym duchu eksport tego paliwa postrzegają Rosjanie, dla których wzrost krajowych mocy skraplających i idąca za tym sprzedaż to szansa na uniezależnienie się od dotychczasowych przeszkód infrastrukturalnych i politycznych[17].

W obliczu zachodnich restrykcji nałożonych na rosyjski LNG po 2022 r. współpraca Moskwy i Pekinu w tym obszarze stanowi test szczelności reżimu sankcyjnego – szczególnie dla Waszyngtonu. W sierpniu 2025 r. Chińczycy zdecydowali się przyjąć ładunek z rosyjskiego zakładu skraplającego Arktyczny LNG 2. Instalacja ta, należąca do giganta branży – Novateku, od listopada 2023 r. znajduje się na listach sankcyjnych USA, co spowodowało faktyczne zablokowanie eksportu z tego obiektu – w obawie przed nałożeniem sankcji wtórnych potencjalni nabywcy nie decydowali się na kupno LNG z tej instalacji.

Mimo to ładunek z Arktycznego LNG 2 rozładowano po raz pierwszy 28 sierpnia 2025 r. w chińskim terminalu Beihai, należącym do państwowej spółki PipeChina. Co istotne, sam statek – metanowiec Arctic Mulan – także znajduje się na listach sankcyjnych USA. Zgodnie z założeniami amerykańskich zapisów sam fakt przyjęcia paliwa powinien pociągnąć za sobą poważne reperkusje – tj. każdy z podmiotów, który w tę transakcję się zaangażował, powinien zostać wpisany na listy sankcyjne. Choć sam rynek zanotował zagrożenie związane z przyszłymi operacjami w Beihai[18], to administracja w Waszyngtonie nie zareagowała nowymi działaniami ani nie skomentowała faktu złamania restrykcji. Świadczy to o znaczącej różnicy w podejściu do tego typu działań w porównaniu z poprzednimi rządzącymi – za prezydentury Joego Bidena Biuro ds. Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) Departamentu Skarbu USA aktywnie penalizowało metanowce zaangażowane w podejmowanie ładunku z zakładu.

Decyzję o przyjęciu „toksycznego” ładunku w chińskim terminalu można odczytać jako sposób na sprawdzenie gotowości administracji Trumpa do implementacji uprzednio uchwalonych zapisów sankcyjnych. Za politycznym wymiarem tych działań przemawia fakt, że doszło do nich krótko po amerykańsko-rosyjskim szczycie w Anchorage. Według doniesień medialnych obie strony toczą dialog na temat współpracy energetycznej. Rosjanie mogli uznać, że w efekcie zmniejsza się szansa na twardą odpowiedź USA na łamanie sankcji.

Brak reakcji amerykańskiej zwiększa prawdopodobieństwo utworzenia w ten sposób odseparowanego od zachodniego systemu finansowego „korytarza” do transportu LNG objętego sankcjami. Taki rozwój wydarzeń sugeruje również fakt, że we wrześniu i w październiku doszło do kolejnych rozładunków produkcji z projektu Arktyczny LNG 2 w Beihai. Nie można wykluczyć, że w ten sposób obiekt będzie głównie zaopatrywać rynek chiński, co w wypadku wykorzystania obu linii produkcyjnych mogłoby zwiększyć wolumen tamtejszego importu tego paliwa o ponad 10 mln ton (przy założeniu pełnej operacyjności instalacji i zapewnienia całorocznej żeglugi). Wzrost obecności rosyjskiego LNG w Chinach zmniejszy przy tym atrakcyjność innych dostawców, chociażby amerykańskich.

osw.waw.pl


Teoretycznie to Kijów znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Stany Zjednoczone chcą, aby Ukraina zgodziła się na porozumienie — i odmawiają dostaw nowej broni. Władimir Putin mógłby się z tego cieszyć, tyle że w rzeczywistości porozumienie to spowodowałoby to, czego szef Kremla chce uniknąć. Wojska NATO znalazłyby się tam, gdzie najmniej ich chce: bezpośrednio przy granicy rosyjskiej.

W poniedziałek wieczorem prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, europejscy przywódcy państwowi i rządowi pod przewodnictwem Friedricha Merza oraz czołowi przedstawiciele USA uzgodnili "solidne gwarancje bezpieczeństwa" dla Ukrainy. Kijów musi jednak spełnić kilka warunków — wycofać się z Donbasu i zgodzić się na zawieszenie broni.

To jednak mistrzowskie zagranie Zachodu, by ostatecznie ograć Putina.

Zgodnie z porozumieniem gwarancje obejmują "międzynarodowe siły zbrojne dla Ukrainy" dowodzone przez Europę, składające się z krajów chętnych do udziału w ramach koalicji chętnych, wspieranej przez Stany Zjednoczone. Ma ona "pomóc w odbudowie sił zbrojnych Ukrainy, zabezpieczeniu przestrzeni powietrznej i zapewnieniu bezpieczeństwa na morzu, również poprzez operacje na terytorium Ukrainy".

Siły te i ich operacje na terytorium Ukrainy będą wykorzystywane tylko wtedy, gdy rozejm lub traktat pokojowy między Rosją a Ukrainą będą przestrzegane.

W przypadku ponownego wybuchu działań wojennych między Moskwą a Kijowem kraje zachodnie mogą podjąć "działania zbrojne, wsparcie wywiadowcze i logistyczne oraz środki gospodarcze i dyplomatyczne", aby przyczynić się do "przywrócenia pokoju i bezpieczeństwa" w Ukrainie.

Mówiąc wprost — gdyby Ukraina rzeczywiście zgodziła się na wycofanie się z Donbasu, a następnie zgodnie z umową zaprzestano by działań zbrojnych i zaczęłyby obowiązywać zachodnie gwarancje bezpieczeństwa, w każdym przypadku na Ukrainę przybyliby żołnierze z państw NATO, a samoloty sojuszu monitorowałyby ukraińską przestrzeń powietrzną. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy Rosja dotrzyma umowy, czy też złamie nowo ustanowiony pokój.

Oznacza to, że swoją agresywną polityką Putin strzelił sobie spektakularnego gola samobójczego. Gdyby Ukraina zaakceptowała rosyjskie żądania, spełniłby się najgorszy koszmar Putina — oficjalna interwencja zachodnich sił zbrojnych na terytorium Ukrainy.

Również z tego powodu eksperci zakładają, że Rosja nie może i nie chce wdrożyć zainicjowanego przez siebie "procesu pokojowego" kosztem utraty terytoriów przez Ukrainę.

Paradoksalnie bowiem tylko wtedy, gdy armia Putina pozostanie w ofensywie i nie zgodzi się na porozumienie z USA, Rosja może sprawić, że zachodnie gwarancje bezpieczeństwa, a wraz z nimi zachodni żołnierze, pozostaną z dala od jej terytorium.

(...)

Julian Ropcke

onet.pl\BILD


Tłumacząc problem Brauna, był (wciąż jest) sobie taki portal jak Kresy. Niszowy, robili to znajomi, było trochę antyukrainskiego resentymentu, ale takiego swojskiego. Przyszedł 2014 rok. Nagle wzrosło zainteresowanie. Pojawili się nowi czytelnicy i darczyńcy. 

Komentarze zaczęły ewoluować w stronę ataku na "banderowców". Koledzy redaktorzy nie dawali się przekonać, że ten nagły sukces ich portalu to nie zasługa ich ciężkiej pracy, ale dopalenia z Kremla. Oni w życiu nie wzięli by kasy od ruskich. Prawdziwi patrioci. 

Ruscy od kilkunastu lat, wraz z uwolnieniem internetu, zaczęli finansować nie wprost (np. mikrodarowizny od "czytelników", wzrost zasięgów robiony przez boty) różne niszowe portale, reprezentujące jakieś społeczne grupy interesu. Grupy, które powstawały oddolnie. 

Nierzadko w szczytnym celu, nie mającym nic wspólnego z ruskimi. Ofiary błędów medycznych, ruchy antyszczepionkowe, medycyna alternatywna, tradycyjne ruchy religijne, etc. Mechanizm był podobny - te środowiska zaczynały rosnąć w internecie. Myślały, że dzięki swej pracy.

Trudno było (i nadal jest) dostrzec dyskretne przejmowanie ich narracji przez boty. Co więcej, same te środowiska zaczęły ewoluować w poglądach pod wpływem botów. Bez świadomości ruskiego wpływu. A Ruscy tym sterowali, co świetnie widać po 24 lutego 2022. 

Wiele z tych niezwiązanych ze sobą niszowych środowisk zaczęło sączyć antyukrainska propagandę. Wzrost takich nastrojów w Polsce to efekt głównie tej podziemnej rzeki (nie tylko, ale głownie). Często bez świadomości samych środowisk. 

Nie wiem, czy Braun bierze wprost kasę od ruskich, bardzo w to wątpię. Ale korzysta na tych mechanizmach, z których kilkanaście lat temu korzystali koledzy z portalu Kresy. Różnicą jest skala. Problem polega na tym, że dziś już nic się z tym nie da zrobić. 

Nawet jak się udowodni te powiązania, zwolennicy Brauna i tak w to nie uwierzą. W dobie postprawdy taki agenturalny wpływ da się uciąć tylko na początku. Kiedy urośnie, jest po zawodach. No i AD2025 zasadniczo jest po zawodach. Każde działanie służb będzie odebrane jak cenzura. 

Rację miał już kilka lat temu Jacek Dukaj - jesteśmy wobec tego kompletnie bezradni. Możemy się głównie przyglądać. Nikogo nie przekonamy. Chyba, że ludziom radykalnie poprawi się sytuacja ekonomiczna i będą mniej podatni na takie narracje. Ale i to zadziała tylko umiarkowanie. 

Także kupuję tezę @LukasPawlowski, że Braun zrobi mijankę z Konfederacją. Doświadczenia całego Zachodu pokazują, że pewnie tak musi się stać. Będzie tylko głupiej. 


x.com/KedzierskiMarc

środa, 17 grudnia 2025



Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow stwierdził w wywiadzie dla Islamic Republic of Iran Broadcasting 15 grudnia, że Europa prowadzi wojnę “pod nazistowską flagą z Rosją, poprzez europejskie wsparcie dla Ukrainy". Ławrow twierdził, że europejskie przywództwo w Belgii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji i krajach bałtyckich wskrzesza teorię i praktykę nazizmu. Ławrow twierdził również, że Niemcy są zaangażowane w “odrodzenie militaryzmu” i powiązał współczesną Finlandię z Adolfem Hitlerem i oblężeniem Leningradu - prawdopodobnie odnosząc się do wydarzeń o znaczeniu historycznym i kulturowym, które wywołują historyczne pretensje wśród Rosjan. Ławrow porównał także współczesne przywództwo europejskie do postaci historycznych, takich jak Adolf Hitler i Napoleon Bonaparte, które stanowią egzystencjalne zagrożenie dla Rosji. Fałszywe twierdzenia Ławrowa, że różni przywódcy europejscy praktykują mgliście zdefiniowany “Nazizm”, różnią się od fałszywych twierdzeń Rosji, że Ukraina ma przywództwo neonazistowskie, co dotyczy fałszywych twierdzeń Rosji, że Ukraina jest zaangażowana w ludobójczą kampanię przeciwko ludności rosyjskojęzycznej zamieszkującej ten kraj. Ławrow wykorzystuje termin “Nazi”, aby zidentyfikować współczesne kraje europejskie i ich obecne przywództwo jako wrogów narodu rosyjskiego oraz przypomnieć sowieckie narracje o patriotyzmie, aby przygotować ludność rosyjską do zaakceptowania większego poziomu poświęceń w dążeniu do ideologicznej obrony Rosji państwa na czas nieokreślony.

understandingwar.org


MGŁA WOJNY - SYSTEM ROZPADA SIĘ OD WEWNĄTRZ

Kryzys dowodzenia jako sygnał rozpadu legitymacji wojny.

Podsłuchana rozmowa między rosyjskimi oficerami wracającymi ze Sztabu Generalnego brzmi jak analiza protokołu w szpitalu psychiatrycznym. 

"Chaos wewnątrz głównego organu dowodzenia" - tak ATESH, sieć partyzantów wśród rosyjskich oficerów, opisuje stan generalnego sztabu rosyjskiej armii. 

Nie jest to zwykła rotacja kadr, nie pojedyncza porażka czy błędne wyliczenie. To załamanie systemu raportowania na poziomie strategicznym.

Sztab Generalny Federacji Rosyjskiej, kierowany przez generała Walerija Gerasimowa, znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Putinowi obiecano zdobycie Kupiańska i opanowanie kompleksu Pokrowsk-Myrnohrad w 2025 roku. Termin zbliża się do końca. Terytoria pozostają w rękach Ukrainy. W grę wchodzi "ostra reprymenda z samej góry"  - fraza, którą oficerowie rosyjscy rozumieją jako bezpośrednią krytykę od Putina, a która poprzedza zwolnienia, areszty, a niekiedy coś więcej.

Liczby, które kłamią

30 sierpnia 2025 roku Gerasimow staje przed Putinem z mapą. Mapa pokazuje dobitnie: Rosja zajęła 3,500 km2 od marca, przejęła 149 osad. To liczby dla raportów międzynarodowych, dla negocjatorów. To liczby dla wyniku.

Problem pojawia się kilka dni wcześniej. Minister obrony Andriej Biełousow stwierdza, że Rosja osiąga "600-700 km2 miesięcznie". Rzeczywisty stan: 440-500 km2. To zawyżenie na poziomie 33-36%.

Analitycy (np. ISW) którzy monitorują rzeczywisty teren dziennie na podstawie geolokalizacji, map satelitarnych i otwartych źródeł, liczą inaczej. 

Rzeczywista powierzchnia zajęta: 2,346 km2. Rzeczywista liczba osad: 130. Tak więc Gerasimow wykazał 1,154 km2 za dużo - prawie 50% zawyżenia i 19 osad, które nigdy nie były na stałe prze Rosjan kontrolowane (szara strefa).

Pytanie, które się mi nasuwa i zadali je także niektórzy rosyjscy blogerzy militarni - ci pro-kremowscy, ci, którzy chwalą rosyjską armię i jej zaangażowanie: 

" [...] Która część struktury dowodzenia karmią generałów fałszywymi danymi?

Pytanie zawiera w sobie całą diagnozę. Bo jeśli się nie wie, gdzie jest front, jak można nim zarządzać i dowodzić? 

Jeśli dowódcy nie znają rzeczywistości, jak mogą podejmować decyzje? 

Jeśli raporty są fałszywe na każdym szczeblu, to oznacza, że system funkcjonowania armii się im rozsypał!?

Mapa Gerasimowa - anatomia fałszu

Mapa zawiera szare strefy - obszary całkowicie nieutrzymane, gdzie panuje chaos. Te strefy oznaczane są jako "rosyjskie". Zawiera rubieże przenikania taktycznego - miejsca krótkotrwałych infiltracji, które trwały kilka dni. Zawiera otoczone jednostki - przełom koło Dobropillia, gdzie ukraiński kontratak przerwał rosyjskie linie i uwięził część sił. Te obszary oznaczane są jako "osiągnięte" na rosyjskich mapach Gerasimowa.

Innymi słowy - każdy szczebel raportuje to, co słuchacz chce usłyszeć. Dowódca brygady, widząc, że ma rozkaz zdobyć 20 km2, raportuje 35 km2. Dowódca korpusu, zbierając raporty brygad, wie, że są zawyżone. Ale raportuje je wyżej z marginesem bezpieczeństwa. Dowódca Grupy Sił, znając ten trend, raportuje Sztabowi. A Sztab Generalny, operując na liczbach, które to wszystkie zniekształcenia kumulują, raportuje Putinowi.

To nie jest błąd. To jest systematyczne zniekształcenie informacji na każdym poziomie hierarchii. Miernik tego procesu to, że każdy szczebel wie, że ma złą wiadomość i każdy szczebel wie, że nie jest to dopuszczalne.

Konsekwencje - masowe szturmy, masowe straty

Co się dzieje, gdy okaże się, że rzeczywistość nie pasuje do raportów politycznych? 

Rosyjskie dowództwo znajduje jedyne logiczne wyjście, tj. przyspiesz operacje, aby rzeczywistość dopasowała się do raportów. Zamiast rozsądnych manewrów, męczenia przeciwnika ogniem, zmiany kierunków uderzeń by rozchwiać obronę - Rosjanie idą w masowe fale szturmów.

Szczerze, Szanowni Państwo - spodziewałem się czegoś więcej po rosyjskich dowódcach... :)

ATESH meldunek brzmi dla Rosjan mrożąco: "Próbując zmusić sytuację na polu bitwy do dopasowania się do raportów politycznych, dowództwo Sztabu Generalnego - pod ciężką presją - rzuca masowe fale żołnierzy w szturmy, ignorując rekordowo wysokie straty".

To nie jest taktyka do jakiej ma aspirować przyszła groźna dla zachodu armia rosyjska. To jest desperacja - biurokratów w sztabach. To jest potwierdzenie tego, że system kontroli nad rzeczywistością w rosyjskiej armii się całkowicie rozpada. 

Gdy rozkazy brzmią "Pokrowsk musimy mieć do końca roku, bo tak obiecaliśmy polityce", nie ma czasu na manewr, na przygotowanie, na zbieranie sił. Są tylko szturmy.

Koszt tego podejścia: 96-120 zabitych rosyjskich żołnierzy na jeden zajęty kilometr kwadratowy. To nie matematyka wojny - to matematyka zbrojni na własnej armii.

Coraz więcej Rosjan o tym pisze - nieoficjalnie, gdyż boją się wysokich kar za obrazę armii.

Symulowanie choroby - pierwszy sygnał rozpadu

Masowo żołnierze rosyjskie symulują chorobę, aby uniknąć redyslokacji do sektora Pokrowskiego. ATESH raportuje to szczególnie na podstawie danych z 205.  Brygady Zmechanizowanej. Szpitale są przepełnione żołnierzami z "zaburzeniami żołądkowymi", "alergią taktyczną", "bólem kręgosłupa, który nagle pojawił się wczoraj".

Rosyjski personel medyczny potwierdza - liczby są "znacznie powyżej normalnych poziomów". Żołnierze wiedzą, że Pokrowsk to śmierć. To nie jest ukraińskie hasła propagandowe. To jest doświadczenie, które rozprzestrzenia się w monitorowanych przez mnie sieciach, gdzie żołnierze rosyjscy dzielą się informacjami i poradami z pola walki, na WhatsAppie, na Telegramie itp. Każda wiadomość od kolegów, którzy tam byli: "Tu ludzie gają po setki", "Tam stajesz się otwieraczem" - ten kto je monitoruje i czyta wie o co chodzi. 

To pierwszy publiczny sygnał, że rozpowszechnia się rozumienie - rozkazy równa się śmierć. To rozpowszechnienie rozumienia to początek rozpadu zdyscyplinowania w rosyjskiej armii, którego nie powstrzymają jednostki zaporowe policji wojskowej i Rosgwardii. Spada wydajność na polu walki jednostek liniowych rosyjskiej armii - to fakt!

Gdy żołnierz przestaje wierzyć, że rozkaz ma sens - armia przestaje funkcjonować.

Samobójstwa w Centralnym Okręgu Wojskowym - rozpad od dołu

W Centralnym Okręgu Wojskowym (COW) Rosji liczba zgonów pozabojowych sięgnęła nieprzyzwoitych poziomów:

2024 rok: 71 samobójstw. Pierwsza połowa 2025 roku: 86 samobójstw. Razem 2024-2025: ponad 600 zgonów pozabojowych!

W zdolności ogólnej 200 tysięcy żołnierzy, poziom 0,03-0,04% rocznie to wskaźnik świadczący o głębokiej demoralizacji, nawet jak na standardy rosyjskie. 

Dla przykładu, według dostępnych danych, w ostatnich latach w Wojsku Polskim o podobnej liczebności jak rosyjski COW notuje się od kilkunastu do kilkudziesięciu samobójstw rocznie; w 2024 roku MON podał 28 samobójstw żołnierzy.

To oznacza, że rosyjscy oficerowie tracą kontrolę. Przyczyny (potwierdzone przez HUR): zatrucia pokarmowe (zła logistyka), przedawkowania narkotyków (rozpowszechnione), alkohol (próba zapomnienia).

To jest anatomia rozpadu - nie od góry, ale od dołu. 

Armia rozpada się od najmniejszych jednostek. Gdy żołnierze sami sobie odbierają życie, to oznacza, że system nie ma już kontroli.

Gra polityczna - czy Putin wie, że Gerasimow kłamie?

Tu musimy sobie zadać trzy pytania:

Czy Putin wie, że Gerasimow kłamie?

Czy Gerasimow wie, że Sztab Generalny kłamie?

Czy Sztab wie, że sztaby jednostek kłamią?

Odpowiedź jest na wszystkie trzy: TAK, ale na różnych poziomach. Wszyscy wiedzą, że kłamią. Ale każdy robi to, co musi, by przetrwać jeden dzień dłużej w systemie, który ukarze go za przyniesienie złych wiadomości.

Czekając na rozejm

Dobrym przykładem jest tu skazanie generała Popowa który był dowódcą jeszcze niedawno bardzo dobrej 58. Armii Ogólnomózgowej, a teraz stał się rezydentem jednej rosyjskich kolonii karnych - za ostrą krytykę tej obłudy. 

"Ostra reprymenda z samej góry" - to są słowa, które Gerasimow dobrze rozumie. Dmitrij Kozak, jeden z najbliższych doradców Putina, został faktycznie wypchnięty z Kremla w sierpniu (prawie przez okno), gdy zaproponował szybkie zakończenie wojny. 

Wiadomość jest jasna - doniesiesz złe wiadomości, wylądujesz w kolonii - jeśli w ogóle będziesz miał tyle szczęścia.

Może dlatego raporty Gerasimowa stają się coraz bardziej fantazyjne.

Kryzys informacyjny - kiedy system rozpada się

We wrześniu-październiku, nawet rosyjscy blogerzy wojskowi - ci pro-rosyjscy, ci, którzy chwalą armię - zaczęli publicznie pytać o źródła fałszywych danych. 

To precedens. To oznacza, że propaganda rosyjska nie wytrzymała ciśnienia rzeczywistości.

I tutaj dochodzi do paradoksu. Kreml zaczyna eliminować własnych zwolenników:

Roman Alyokhin (151.000 obserwujących na Telegramie) -  oznaczony jako "zagraniczny agent"  (19 września 2025 r.)

Tatiana Montyan (400.000 obserwujących) - to pierwsza Z-blogerka oznaczona "terrorystką" (październik 2025 r.)

Apti Alaudinov ścigany i "zniszczony przez prawo", mając siedem dni na przeprosiny.

Powoli zabraknie mi możliwość czytania w miarę wiarygodnych relacji rosyjskich...

Czemu są eliminowani? 

Nie za to, że nienawidzą Putina. Za to, że krytykują korupcję w Ministerstwie Obrony. Za to, że pokazują rzeczywiste straty. Za to, że zadają pytania, które system nie potrafi ukryć. To są prawdziwi rosyjscy patrioci, oni naprawdę wierzą w "imperium".

To jest ostatni sygnał rozpadu, gdy reżim walczy z własnymi zwolennikami, gdy nie może tolerować nawet "swojej" propagandy - oznacza to, że system kontroli narracji się rozpada. Gdy sami sobie wrogami stają się ci, którzy byli lojalni - to oznacza, że system szuka kozłów ofiarnych dla własnego upadku.

Cztery scenariusze przyszłości

Scenariusz "A" - Zmiana kadr: Putin wymieni Gerasimowa. Nowy szef Sztabu Generalnego otrzyma "rozsądne" rozkazy. Ale żyje w tej samej rzeczywistości, w tym samym systemie nacisków politycznych. Problem nie znika, tylko zmienia twarz.

Scenariusz "B" - Eskalacja: Putin zwiększa nacisk. Sztab zwiększa szturmy. Straty skaczą do 2000+ dziennie. Rozpowszechnia się rozumienie bez wyjścia. Jeśli to trwa jeszcze dwa kwartały, system może się całkowicie rozsypać.

Scenariusz "C" - Zaakceptowanie rzeczywistości: Putin zmienia terminy. Ale to oznacza przyznanie porażki. To oznacza wymianę Gerasimowa, czystki w Sztabie, przygotowanie gruntu do rozmów.

Scenariusz "D" - Kryzys negocjacyjny: Kryzys wewnętrzny przyspiesza rozmowy pokojowe. Kreml szuka wyjścia z pętli, którą sobie zastawił.

Najważniejsze, że żaden z tych scenariuszy nie zmienia podstawowego faktu - system dowodzenia i kontroli armii w Rosji przestał wydajnie funkcjonować i zbliża się do granicy rozpadu całkowitej wiarygodności.

Podsumowanie 

Rosji nie brakuje czołgów. Rosja ma zapasy na pół roku czy na rok walki. Te liczby są teraz drugorzędne. Bo system dowodzenia, który je "wydaje", rozpada się od wewnątrz. Przestaje być wydajny i jak to świat to zobaczy - to Rosja straci w oczach Zachodnich negocjatorów resztki wiarygodności...

Rosyjscy żołnierze już wiedzą, że tam gdzie wysyła ich dowództwo czeka ich śmierć, a nie zwycięstwo. Miejscowi blogerzy pytają o korupcję. Generałowie raportują fikcję, a doświadczeni generałowie i oficerowie rezydują w koloniach karnych...  

Należy pamiętać, że kryzys dowodzenia nie jest kryzysem zasobów - to kryzys legitymacji samego systemu. Gdy żołnierze symulują chorobę, gdy blogerzy zadają pytania, gdy generałowie raportują fikcję to oznacza, że system utracił wiarę w siebie.

A armia, która utraciła wiarę w siebie, to już nie jest armia, która może wygrać wojnę. To jest chaos w mundurach, który przetwarza ludzi na mapie.

Nota metodologiczne (analityka kwantowa)

Analiza ta wykorzystuje analitykę kwantową, łącząc: Weryfikację faktów - każde twierdzenie oparte na otwartych źródłach (ATESH, ISW, raport HUR, komentarze blogerów, analiza własnych zasobów)

Modelowanie scenariuszy - cztery możliwe drogi ewolucji systemu

Indykatory słabe sygnały - symulowanie chorób, samobójstwa, eliminacja bloggerów. 

Analizę systemów - pokazanie, jak zniekształcenia informacji kumulują się na każdym szczeblu hierarchii i wpływa na świadomość sytuacyjną.

Bazując na tej metodologii, najwyższe prawdopodobieństwo na czas tworzonej analizy przypisuje się Scenariuszowi "B" (eskalacja prowadząca do kryzysu) z indykatorami wspierającymi: wzrost samobójstw, rozpowszechnianie się wiedzy o rzeczywistych stratach, eliminacja bloggerów jako chęć wyeliminowania alternatywnych narracji.

Pozdrawiam i dziękuję.

x.com/Maciej_Korowaj

wtorek, 16 grudnia 2025



W dalekim roku 1924 – cztery miesiące po śmierci Lenina, w Nowym Jorku sowieckie władze utworzyły „prywatną” spółkę akcyjną Amtorg Trading Corporation. Stało się to na dziewięć lat przed oficjalnym uznaniem przez amerykański rząd ZSRS i nawiązaniem stosunków dyplomatycznych. Działająca formalnie jako organizacja czysto gospodarcza spółka stała się więc nieformalną sowiecką ambasadą, która przy okazji wypełniała funkcje wywiadowni gospodarczej oraz bazy dla zwykłych szpiegów.

Amerykańskie władze mimo szpiegowskich skandali dotyczących Amtorgu, rozumując w zachodnich kategoriach państwa prawa i liberalizmu gospodarczego, postrzegały go jako organizację komercyjną. To pozwalało mu np. na oficjalne wnioski do federalnych organów o informacje o przyszłych amerykańskich kontrahentach, czyli na możliwość dotarcia do ważnych danych wywiadowczych w majestacie prawa.

Oficjalnie Amtorg zajmował się zakupami sprzętu z USA potrzebnego sowieckiej gospodarce i nadzorował ich wysyłkę. Ponadto od 1924 r. wydawał miesięcznik naukowo-techniczny „Amerykańska Inżynieria i Przemysł”, który był wysyłany do ZSRR i dystrybuowany wśród radzieckich przedsiębiorstw oraz instytucji naukowych, by mogły się zapoznać z amerykańskimi nowinkami. Wizja zarobku szybko została dostrzeżona przez miejscowych kapitalistów: Amtorg konsultował i prowadził jego finanse jeden z największych amerykańskich banków – Chase, dziś będący częścią JPMorgan Chase Bank.

Jednak sowieckie władze wyznaczyły swojemu przedstawicielstwu w USA bardziej dalekosiężne cele niż zwykły import towarów i maszyn. W 1928 roku

Józef Stalin ogłosił „wielki przełom” i początek pierwszej pięciolatki, w czasie której ZSRS miał zamienić się z kraju rolniczego w wysoko uprzemysłowiony.

Wielki stalinowski projekt industrializacji kraju nie miał oczywiście przyziemnego zapewnienie dostatku ludności ZSRR. Chodziło o stworzenie wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, nowych ludzi – oderwanych od tradycyjnego sposobu życia. Chodziło też o zniszczenie chłopstwa jako warstwy najbardziej niezależnej od sowieckiej władzy.

Przemysł, nawet cywilny, był postrzegany nie jako ten, który zajmuje się zaspokajaniem ludzkich potrzeb, ale jako część wojennej maszyny przeciwko staremu porządkowi.

– Pozdrowienia i gratulacje dla pierwszego w ZSRS traktorowego giganta. 50 tys. traktorów, które powinniście dawać krajowi corocznie, to 50 tys. pocisków niszczących stary burżuazyjny świat i kładących drogę nowemu socjalistycznemu ustrojowi na wsi [...] – pisał w 1930 r. Józef Stalin w telegramie dla robotników zaprojektowanej przez Amerykanów Stalingradzkiej Fabryki Traktorów.

Jednak naczelnym zadaniem sowieckiego przemysłu była budowa militarnej potęgi. Zakłady powstałe w ZSRR, nawet te produkujące w teorii wyroby cywilne, były pomyślane jako przyszłe fabryki broni w nieuniknionym konflikcie kapitalistycznego i komunistycznego świata. Do dziś zaprojektowany przez Amerykanów w latach 30. Urałwagonzawod (Uralska Fabryka Wagonów) jest głównym dostawcą czołgów, które trafiają na Ukrainę. Część traktorów produkowana w czasach ZSRS były pomyślane również jako artyleryjskie ciągniki itd.

O tym, że przemysłowy system produkcji może być kluczowy dla sowieckich planów zniszczenia kapitalizmu, pisał jeszcze w 1924 r. komunistyczny przywódca i ideolog Lew Trocki:

– Zamerykanizowany bolszewizm zmiażdży i pokona imperialistyczny amerykanizm – stwierdził w swoim artykule z 1924 r. pt.„Perspektywy rozwoju świata”.

Trocki szybko stał się wrogiem Stalina. Jednak jego idea wykorzystania do walki z kapitalizmem amerykańskiego systemu produkcji stała się oficjalną ideologią przemysłową ZSRS. Wzorem – fordowska taśma produkcyjna, przy której trudzić się miała „proletariacka armia”.

Osobą, która wywarła zauważalny do dziś wpływ na sowiecki i rosyjski przemysł, był bez wątpienia amerykański przemysłowy architekt Albert Kahn. Dał się on poznać jako główny projektant fabryk i budynków użyteczności publicznej w Detroit – stolicy amerykańskiej motoryzacji. Ten pochodzący z żydowskiej rodziny emigrantów samouk i self-made man dał się poznać jako twórca rewolucji w projektowaniu przemysłowym. Dzięki niemu projekty przestrzennych, uniwersalnych budynków przemysłowych powstawały w tygodnie, a zastosowana nowa technologia używania betonu sprawiła, że zmalał ich koszt i skrócił się czas budowy.

Osiągnięcia te dostrzeżono w Amtorgu. W 1929 r. jego szef Saul Bron podpisał Kahnem pierwszy kontrakt na projektowanie Stalingradzkiej i Czelabińskiej Fabryk Traktorów. Projekty tych pierwszych fabryk powstawały w Detroit. Także ich elementy konstrukcyjne oraz wyposażenie przyjechały z USA, a produkowane traktory były kopiami tamtejszych modeli.

Gdy amerykański inżynier poradził sobie z tym zadaniem, zza oceanu ruszyły hurtowe zlecenia na de facto budowę wszechsowieckiego systemu przemysłowego. Specjalnie w tym celu w 1930 roku Najwyższa Rada Gospodarki Narodowej ZSRR i firma Kahna uzgodniły utworzenie przedsiębiorstwa konsultingowo-projektowego o nazwie Gosproektstroj z siedzibą w Moskwie, ale zarządzanego przez współpracownika Kahna,

Georga Scrimgeoura. Pracujących tam kilkudziesięciu amerykańskich konsultantów przeszkoliło ponad 4 tys. radzieckich inżynierów i wzięło udział w projektowaniu ponad 500 przedsiębiorstw. Powstały fabryki traktorów, samochodów i samolotów, zakłady metalurgiczne produkujące łożyska kulkowe, aluminium i azbest, fabryki maszyn i narzędzi, fabryki tekstylne i przetwórstwa spożywczego, elektrownie.

Moskwa, Stalingrad, Samara, Kalinin, Dniepropietrowsk, Charków, Kołomna, Magnitogorsk, Niżny Tagił, Ługańsk, Sormowo, Wierchniaja Salda, Kramatorsk, Podolsk, Nowosybirsk, Jakuck, Kamieńsk-Uralski, Kuźnieck, Czelabińsk – to sowieckie miasta, w których powstały zaprojektowane przez niego fabryki, z których większość funkcjonuje do dziś.

Kahn zresztą nie był jedynym projektantem wielkiego przemysłu. W tym samym czasie – na przełomie lat 20. i 30. XX w. – w ZSRS projektowaniem sowieckiej metalurgii zajmowała się firma Henry Freyn and Co. Przy jej współudziale powstały stalownie w Kuźniecku i Magnitogorsku. Ten ostatni, także zaprojektowany przy wsparciu firmy Kahna, był kopią największego amerykańskiego zakładu tego typu w mieście Gary w stanie Indiana.

W uprzemysłowianiu ZSRR brały udział takie amerykańskie giganty jak General Electric, Standard Oil, Radio Corporation of America czy Ford. Za technologiczną stronę budowy Gorkowskiej Fabryki Samochodów (GAZ) odpowiadał właśnie Ford. Powstanie elektrowni wodnej na Dnieprze – DnieproGES – nadzorował amerykański inżynier Hugh Cooper. Sowiecki przemysł naftowy zbudowano przy wsparciu amerykańskiego specjalisty Freda Kocha.

Związek Sowiecki miał szerokie plany industrializacyjne, jednak nie miał do tego odpowiednich kadr. Dlatego nagłe i długotrwałe załamanie światowej gospodarki w 1929 r., nazywane wielką depresją, było dla niego jak manna z nieba. Krach gospodarczy zaczął się właśnie w USA i na tamtejszym rynku pojawiły się tysiące bezrobotnych inżynierów i pracowników technicznych. Władze ZSRR postanowiły ich wykorzystać i rozpoczęły werbunek poprzez ogłoszenia prasowe. Chętnych zapraszano do „kraju, w którym przeprowadzany jest największy eksperyment na świecie, kraju, w którym mieszkają malownicze narody, panuje wspaniała przyroda, zachwycająca architektura i egzotyczne cywilizacje”.

Jednak przede wszystkim obiecywano im wysokie pensje i przywileje, których na oczy nie widzieli ich sowieccy koledzy. Gwarantowano im bezpłatną podróż, mieszkanie, otrzymywali pół wypłaty w twardej walucie, mieli dostęp do specjalnych sklepów, zapewniony wypoczynek itd. Setki tysięcy Amerykanów odpowiedziało na te wezwania, a do ZSRR trafiło kilkanaście tysięcy pracowników. Przebywali oni tam do połowy lat trzydziestych, gdy w wyniku wykształcenia się sowieckich kadr nie byli już potrzebni.

Działalność sklepów Torgsinu szczególnie nabrała obrotów w czasie wielkiego głodu lat trzydziestych w ZSRS – sprowokowanego specjalnie przez władze, które rabowały chłopów z ziarna, by móc je sprzedać na Zachodzie. Był to najbardziej ludobójczy aspekt sowieckiej industrializacji. 

Głodujący mieszkańcy wsi także byli zmuszani do zaopatrywania się w żywność w Torgsinach, gdzie w tym czasie sprzedawano najwięcej zwykłej żytnej mąki.

Sowieckie władze w ten sposób wyssały od swoich obywateli 283 mln złotych rubli, czyli w przeliczeniu ponad 2 tys. ton złota. Niemal wszystko to poszło na „amerykanizację bolszewizmu” – czyli zbudowanie przemysłowej potęgi

Industrializacja w ZSRS była też oparta na niewolniczej pracy. W Magnitogorsku w czasie budowy kombinatu stalowego na początku lat 30. prawie 40 proc. mieszkańców – ponad 80 tys. osób – stanowili więźniowie GUŁAG-u, skazani za „kontrrewolucyjną działalność”, i tzw. spiecpieriesieleńcy – głównie bogatsi chłopi „kułacy”, deportowani z innych regionów ZSRS.

Amerykańskie firmy projektowe przestały być potrzebne dokładnie w momencie, gdy ruszyły zaprojektowane przez nie fabryki i został wyszkolony personel, który mógł już projektować następne zakłady. W 1932 sowieckie władze nie przedłużyły kontraktu Albertowi Kahnowi. A wkrótce sowieckie władze i ich propaganda zaczęły wypierać się amerykańskiego wkładu w industrializację. Miała być ona przeprowadzona „bez grabieży kolonii” i kapitału zagranicznego. Sowiecka prasa, reagując na publikacje Kahna o budowie sowieckiego przemysłu, oskarżała go o nadmierne akcentowanie swojej roli. Okazało się, że żadna filia firmy Kahna nie funkcjonowała w Moskwie, a amerykańskim inżynierom wyznaczono rolę jedynie pomocy technicznej.

Podobnie przestali być potrzebni amerykańscy specjaliści w wybudowanych zakładach. Wykształcili oni bowiem miejscowe kadry. Do 1935 r. większość z nich wróciła do swojego kraju. Jednak bywali tacy, którzy na swoje nieszczęście zakładali rodziny w ZSRS i przyjmowali sowieckie obywatelstwo. Stawali się automatycznie ofiarami wielkiej stalinowskiej czystki jako szpiedzy kapitalistycznej Ameryki.

Kahn, główny projektant sowieckich fabryk, nie był wcale zwolennikiem komunizmu i traktował swoją relację z ZSRS jak „lekarza z pacjentem”, który pomaga temu krajowi w rozwiązaniu problemu braku przemysłu. Z kolei Henry Ford przynajmniej oficjalnie widział swój udział w industrializacji ZSRS w bardziej idealistyczny, „postępowy” sposób.

– [...] niezależnie od tego, gdzie prosperuje przemysł – czy w Indiach, Chinach czy Rosji – tym większy zysk odniosą wszyscy, w tym my. Cały świat z pewnością odniesie z tego korzyści – mówił, komentując podpisanie kontraktu na budowę fabryki GAZ.

Nie wszyscy amerykańscy kapitaliści pozostali ślepi na to, czemu służyli, tworząc sowiecki przemysł. Wspomniany już nafciarz Fred Koch, po odwiedzeniu ZSRS, przeraził się panującą tam rzeczywistością i do końca życia wyrażał żal, że brał udział w budowie komunistycznego państwa (choć akurat popchnęło go to do wspierania nazistowskich Niemiec).

Zbudowanie przy pomocy amerykańskich firm sowieckiego przemysłu zagrało na rzecz interesów USA w czasie II wojny światowej. ZSRS dzięki niemu pokonał III Rzeszę i Japonię. Potem jednak rozpoczęła się kosztowna dla Ameryki zimna wojna, w czasie której również lała się krew amerykańskich żołnierzy – i to już pięć lat po zakończeniu II wojny światowej, w czasie wojny koreańskiej. Dla naszej części Europy sowiecka potęga przemysłowa oznaczała zaś podbój i narzucenie władzy Moskwy.

Po II wojnie światowej USA zaczęły prowadzić świadomą politykę unikania współpracy gospodarczej z ZSRS. Pod koniec lat 70. zaczęto szukać równowagi dla Sowietów w komunistycznych Chinach. I tak jak w latach 30. XX w. – ZSRS – właściwie powtórzyły scenariusz uprzemysłowienia przyszłego geopolitycznego przeciwnika. Tyle że w jeszcze bardziej negatywny dla USA sposób. Amerykańskie prywatne firmy zbudowały swoje fabryki za swoje pieniądze dezindustrializując przy tym same USA. Chińczycy na tej podstawie zdobytego doświadczenia stworzyli swoją bazę produkcyjną, dzięki której skutecznie konkurują z Zachodem.

pl.belsat.eu


Sto lat temu kto, jak kto, ale wielcy biznesmeni ówczesnego świata mieli jak najmniej powodów, by ufać Leninowi i bolszewikom. Ci otwarcie komunikowali, że ich celem jest wytępienie kapitalistów. A jednak był taki czas, kiedy wielki biznes z Zachodu, a zwłaszcza z Ameryki uwierzył Włodzimierzowi Leninowi. 

"– Czułem się, jakbym został wyniesiony na szczyt góry z widokiem na całą Rosję, a Lenin powiedział: Teraz wybierz, co chcesz robić. Przede mną rozciągał się rozległy kraj z niezliczonymi zasobami naturalnymi, niewyczerpanymi rezerwami siły roboczej i praktycznie niewykorzystanym potencjałem, a ja otrzymałem przyjazne wsparcie od jego przywódcy, prawdopodobnie najpotężniejszego wówczas człowieka na świecie. Byłem zachwycony możliwościami, jakie się przede mną otwierały."

Tak wspominał w swoich zapiskach biograficznych pewien amerykański biznesmen.  Był nim Armand Hammer. Kontrowersyjny miliarder sto lat temu robił interesy w ZSRR. Pochodził wprawdzie z rodziny zafascynowanej komunizmem i sam w idee Lenina wierzył. Sprytnie jednak wytłumaczył sobie, jak połączyć kapitalistyczną potrzebę maksymalizacji zysku z radzieckim komunizmem. 

Hammer pojechał do Moskwy w 1921 r. jako 23-latek. I był oczarowany Leninem. Radziecki dyktator roztoczył przed Amerykaninem wizję gigantycznych interesów. Po rewolucji i wojnie domowej bolszewicy potrzebowali dwóch rzeczy: kapitału i technologii. Kraj był wyniszczony, biedny i głodował. Lenin nie mógłby ruszyć ze swoimi wielkimi projektami industrializacji i budowy machiny wojennej bez inwestycji z zewnątrz nic z tych planów by nie wyszło. Doraźnie potrzebna była żywność, bo w ZSRR panował głód. 

Tylko że ówczesny świat zachodni był przerażony rewolucją w Rosji. Zachód dopiero co poniósł porażkę, wspierając kontrrewolucję i interweniując po jej stronie w wojnie domowej. Europa i Ameryka było w szoku, dowiadując się o bestialstwie bolszewików, krwawych masakrach, egzekucji carskiej rodziny i planach Lenina eksportu rewolucji do Europy. Radziecka Rosja znalazła się w całkowitej izolacji. 

Bolszewicy wymyślili jednak sprytny plan, jak z owej izolacji wyjść. Lenin ogłosił NEP (Nową Ekonomiczną Politykę), czyli wprowadził wiele elementów wolnego rynku do komunistycznej gospodarki ZSRR. Młody Armand Hammer dostał koncesje na wydobycie azbestu, import kawioru i skór z Rosji. Do ZSRR dostarczał pszenicę i inne dobra. Poprzez spółkę, Allied American Corp. którą dziś można by nazwać joint-venture z bolszewikami, prowadził handel, ale i stopniowo wprowadzał do państwa Lenina kolejne, amerykańskie koncerny. Hammer był po prostu lobbystą i agentem Kremla w USA. Lenin mawiał, że “kapitaliści sprzedadzą nam sznurek, na którym ich powiesimy”. Wódz bolszewickiego przewrotu potrafił skutecznie zachęcić “sprzedawców sznurka”. 

W okresie NEP-u w ZSRR pojawiło się wiele, dużych, amerykańskich firm. Ford wybudował fabrykę w Niżnym Nowogrodzie (późniejsze miasto Gorki i zakłady GAZ, produkujące potem m.in. samochody marki Wołga). General Electric dostarczał turbiny, generatory i oprzyrządowanie dla elektrowni. W ZSRR inwestowały giganty: DuPont, Westinghouse, International Harvester (maszyny rolnicze – sukcesorami firmy są dziś Case i Navistar), Singer i firmy naftowe. Amerykańskie koncerny hojnie dostawały koncesje i tworzyły spółki joint-venture w ZSRR. 

W tym samym czasie Kreml prowadził podjazdową wojnę z Zachodem, wysyłał agentów i cały czas groził eksportem rewolucji. Inwestycyjne eldorado i marzenia o rosyjskich bogactwach skończyły się wraz z dojściem Stalina do pełnej władzy. Stalin od razu zlikwidował koncesje, a amerykańskie firmy wycofały się szybko z ZSRR. Mimo że handel z USA trwał jeszcze w latach 30. i Amerykanie nadal dostarczali technologie, to inwestycyjne eldorado się skończyło.  

pl.belsat.eu


W ostatnich czterech miesiącach o prawie 100 proc. wzrosła liczba antyukraińskich treści - do blisko 186 tys. - wynika z najnowszego raportu Instytutu Monitorowania Mediów (IMM) i Stowarzyszenia Demagog. Ich zasięg oszacowano na 66,4 mln, co oznacza, że statystyczny internauta powyżej 15. roku życia mógł zetknąć się z takimi treściami średnio dwa razy.

(...)

Według raportu znaczną część antyukraińskich narracji w sieci tworzą konta związane ze środowiskami politycznymi. Autorzy podkreślają, że prym wiodą profile powiązane z Grzegorzem Braunem: jego konto w serwisie X, prywatny fanpage na Facebooku oraz oficjalny profil partii Konfederacja Korony Polskiej. 

W zestawieniu facebookowych kont najbardziej aktywnych w publikowaniu antyukraińskiej propagandy pierwsze miejsce po raz kolejny zajmuje profil europosła Brauna, a trzecie - fanpage jego ugrupowania. Dziesiąte miejsce przypadło innemu politykowi tej formacji, Włodzimierzowi Skalnikowi.

Najwięcej antyukraińskich treści jest na platformie X. Siedem z dziesięciu najpopularniejszych kont szerzących narracje antyukraińskie pojawiło się już w poprzedniej edycji raportu. Wśród autorów wyróżniono m.in. Gadowskiego Witolda, Martina Demirowa, Grzegorza Brauna oraz profil "Chłop Antoni".

Eksperci wskazują konkretne momenty, w których nastroje antyukraińskie w internecie gwałtownie narastały. Najwięcej wpisów pojawiło się pod koniec sierpnia, po zawetowaniu przez prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o pomocy Ukraińcom. Kolejne fale nastąpiły we wrześniu - po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony - oraz w połowie listopada, po akcie kolejowej dywersji przypisywanej Rosji.

Raport odnotowuje również wzmożenie nastrojów antyukraińskich po sierpniowym koncercie białoruskiego rapera Maxa Korzha w Warszawie, na którym pojawiła się czerwono-czarna flaga OUN-UPA. Wydarzenie to wywołało oburzenie opinii publicznej i przełożyło się na kolejne fale wpisów.

Propaganda antyukraińska obejmuje szeroki zakres tematów, m.in.:

narracje obwiniające Ukraińców za wybuch wojny,
treści negujące trwający konflikt,
zaprzeczanie rosyjskim zbrodniom wojennym w Buczy czy Mariupolu,
dezinformację dotyczącą wewnętrznej polityki Ukrainy, w tym przerw w dostawach prądu,
krytykę polskiego wsparcia dla Ukrainy, w tym ataki na Radosława Sikorskiego i działania rządu.

W raporcie opisano również kampanie uderzające w prezydenta Ukrainy. Wołodymyrowi Zełenskiemu przypisywano m.in. "defraudację pieniędzy (np. na rzekomy zakup hotelu)", zaś byli posłowie Jacek Wilk i Janusz Korwin-Mikke mieli powielać "fałszywą narrację przedstawiającą ukraińskiego prezydenta jako nielegalnego uzurpatora".

Analitycy zwracają uwagę na aktywne wykorzystywanie trudnej historii polsko-ukraińskiej przez rosyjskie ośrodki wpływu. Marcin Fic z Demagoga podkreśla, że Kreml chętnie sięga po wątki związane z rzezią wołyńską czy działalnością UPA, aby podsycać niechęć pomiędzy narodami.

Przykładem manipulacji jest dewastacja pomnika w Domostawie, której - jak ustalono - dopuścił się Ukrainiec działający na zlecenie Rosji. 

Aktorzy dezinformacji, w tym politycy - Grzegorz Braun i Ewa Zajączkowska - pominęli kontekst działania na zlecenie Rosji i wykorzystali to zdarzenie do antagonizowania Polaków i Ukraińców - wskazuje Fic. 

W internecie szeroko kolportowane są również kremlowskie twierdzenia o rzekomej "powszechności nazizmu" w Ukrainie.

Antyukraińskie treści stały się, jak oceniają autorzy raportu, stałym elementem polskiego internetu. Eskaluje przy każdym wydarzeniu wywołującym emocje - i to zazwyczaj te negatywne - zwraca uwagę Monika Ezman, dyrektor zarządzająca usługami IMM. Jak dodaje, platforma X szczególnie sprzyja rozprzestrzenianiu radykalnych przekazów, ponieważ obowiązują tam mniej restrykcyjne zasady moderacji.

Jednym z przykładów budowania napięcia społecznego są komentarze sugerujące "ukrainizację" Polski. W raporcie przytoczono m.in. wypowiedź Konrada Berkowicza, który w październiku komentował niebiesko-żółte oznaczenia strefy Kiss&Ride w Rzeszowie, pytając: "Czy to jeszcze Polska?"

Inne narracje przedstawiają Ukraińców jako obciążenie dla systemu ochrony zdrowia. Marcin Fic podkreśla: Profile, które obserwujemy, budują poczucie zagrożenia ze strony Ukraińców w inny sposób - przedstawiają ich jako obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej, z powodu czego Polacy rzekomo ponoszą straty. 

Tego rodzaju przekazy fałszywie sugerują konflikt interesów pomiędzy leczeniem Polaków a pomocą uchodźcom.

rmf24.pl

poniedziałek, 15 grudnia 2025



9 grudnia generał Ołeksandr Syrski poinformował o zakończeniu reformy systemu dowodzenia Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) i całkowitym przejściu armii na strukturę korpusową. Zdaniem naczelnego dowódcy wszystkie korpusy objęły swoje rejony odpowiedzialności wzdłuż całej linii frontu, zastępując dotychczasowe zgrupowania operacyjno-taktyczne i operacyjno-strategiczne. Podkreślił przy tym, że kolejnym etapem zmian będzie dokończenie reorganizacji struktur poprzez formowanie pełnego ukompletowania składu korpusów, polegające na rotacji poszczególnych brygad.

Tego samego dnia Syrski oznajmił też, że kluczową rolę w odstraszaniu rosyjskich najeźdźców odgrywają obecnie systemy bezzałogowe, które odpowiadają za ok. 60% wszystkich trafień w cele wroga. Zgodnie z przedstawionymi szacunkami bezzałogowe statki powietrzne wykonały ponad 304 tys. misji, a naziemne systemy robotyczne – prawie 2 tys., trafiając lub niszcząc łącznie ok. 81,5 tys. celów.

(...)

10 grudnia ukraińska Prokuratura Generalna wstrzymała publikację statystyk dotyczących przestępstw związanych z samowolnym opuszczeniem jednostek wojskowych oraz dezercją. W ocenie prokuratury są one wykorzystywane przez Rosję do prowadzenia operacji dezinformacyjno-psychologicznych w celu formułowania fałszywych wniosków na temat stanu morale ukraińskich żołnierzy. Ponadto informacje te służą przeciwnikowi do oceny poziomu dyscypliny wojskowej, gotowości bojowej poszczególnych jednostek oraz skuteczności systemu mobilizacyjnego. Według wcześniejszych danych w październiku br. wszczęto 18 909 postępowań karnych dotyczących samowolnego opuszczenia jednostki oraz 2276 postępowań w sprawie dezercji. Łącznie od lutego 2022 do września 2025 r. organy ścigania wszczęły blisko 300 tys. postępowań karnych związanych z tymi przestępstwami.

W 2025 r. znacząco wzrosła liczba skarg na działania komisji wojskowych. Ukraiński rzecznik praw człowieka Dmytro Łubiniec przyznał, że odnotowuje się „haniebne” przypadki naruszeń prawa w stosunku do poborowych, w tym bezprawne zatrzymania, konfiskatę rzeczy osobistych, użycie siły fizycznej oraz ograniczanie dostępu do pomocy prawnej. Wskazał też na niską jakość przeprowadzanych badań medycznych, co prowadzi do sytuacji, w których osoby niezdolne do służby są wcielane do jednostek wojskowych.

Według informacji ukraińskiego Sztabu Generalnego z 11 grudnia żołnierze, którzy po samowolnym opuszczeniu jednostki wojskowej powrócili do batalionów rezerwowych, są kierowani do brygad bojowych wymagających uzupełnienia kadrowego, w szczególności do jednostek szturmowych. Jak podkreślono, armia podejmuje działania na rzecz uproszczenia mechanizmów transferu żołnierzy pomiędzy jednostkami. W tym celu wprowadzono niedawno nowy, elektroniczny mechanizm wymiany informacji, który ma zapewnić szybkie rozpatrywanie wniosków przez dowódców jednostek. Wdrożone zmiany nie tworzą zarazem możliwości wykorzystywania samowolnego opuszczenia jednostki jako sposobu na przeniesienie się do bardziej „komfortowej” jednostki.

osw.waw.pl

niedziela, 14 grudnia 2025



Od 1823 roku, czyli od ogłoszenia doktryny Monroe’a, która postulowała wykluczenie obcych mocarstw z kontynentu amerykańskiego, polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych wobec Ameryki Łacińskiej oscylowała między bezpośrednimi interwencjami wojskowymi – takimi jak inwazja na Panamę w 1989 roku – a okresami wyraźnego braku zainteresowania. To ostatnie dobrze opisuje relacje z regionem po rozpadzie ZSRR, który zakończył zagrożenie radziecką penetracją Ameryki Łacińskiej. Po niemal trzech dekadach, w których rząd USA postrzegał swoich południowych sąsiadów raczej jako źródło problemów – takich jak nielegalna imigracja, handel narkotykami i niestabilność gospodarcza – niż jako kluczowych aktorów systemu międzynarodowego, paradygmat siły w regionie uległ radykalnej zmianie. Jak mówi znane powiedzenie: „natura nie znosi próżni” – względna amerykańska obojętność wobec regionu otworzyła przestrzeń do działań innych potęg, zwłaszcza Chińskiej Republiki Ludowej, oraz zachęciła regionalnych aktorów, takich jak Brazylia i Meksyk, do realizowania własnych ambicji.

Mimo to w waszyngtońskich korytarzach władzy wciąż dominuje fundamentalne przekonanie, że obie Ameryki – a szczególnie Ameryka Łacińska – są prawowitą strefą wpływów Stanów Zjednoczonych. Jest to szczególnie widoczne za trwającej administracji Trumpa. Od inauguracji w styczniu prezydent USA ponownie skupił uwagę na swoich sąsiadach, wywołując bezprecedensowe napięcia z Kanadą, podważając jej status niepodległego państwa; z Danią – w związku z kwestią przynależności Grenlandii; oraz z krajami Ameryki Łacińskiej, głównie w temacie przestępczości zorganizowanej. Kilkukrotnie urzędnicy USA twierdzili, że użycie siły militarnej w celu rozwiązania takich problemów jest jedną z opcji na stole. Jednak w żadnej innej dziedzinie perspektywa zaangażowania militarnego sił USA nie jest tak realna jak w przypadku Wenezueli Nicolasa Maduro.

Byłe gwiazdorskie gospodarczo państwo Karaibów – niegdyś lider Ameryki Łacińskiej dzięki swoim ogromnym rezerwom ropy – stoi dziś w obliczu instytucjonalnej i ekonomicznej ruiny po ponad ćwierćwieczu rządów chavistów. Wraz z upadkiem instytucji państwowych Wenezuela doświadczyła całkowitego załamania gospodarki oraz wzrostu przestępczości zorganizowanej, która obecnie kontroluje znaczące obszary terytorium i gospodarki kraju. Według tezy przedstawianej przez USA sam reżim jest jedynie fasadą dla rozległej sieci karteli narkotykowych działających w regionie Karaibów, odpowiedzialnych za dużą część napływu narkotyków i nielegalnej broni na terytorium Stanów Zjednoczonych. Jest to postrzegane jako bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA i stanowi główne, publicznie deklarowane przez Waszyngton uzasadnienie ewentualnej akcji militarnej przeciwko reżimowi Maduro.

Jednak pogłębiona analiza może sugerować, że stawka jest znacznie większa. Od rywalizacji wielkich mocarstw po kwestie polityki wewnętrznej zarówno w Wenezueli, jak i Stanach Zjednoczonych relacje między tymi państwami należy rozpatrywać przez pryzmat kilku podejść teoretycznych. Tylko ujęcie szerszego kontekstu pozwala analitykowi wskazać główne czynniki napędzające ten kryzys oraz przewidzieć scenariusze, na które powinna przygotować się region karaibski. Niniejszy artykuł analizuje, w jaki sposób historyczny wzorzec zaangażowania i wycofywania się USA z Ameryki Łacińskiej stworzył warunki do obecnego kryzysu w Wenezueli oraz dlaczego właśnie to karaibskie państwo stało się główną areną, na której Waszyngton próbuje odzyskać osłabiony wpływ w zachodniej hemisferze.

Przez ostatnie dwa stulecia Stany Zjednoczone wywierały ogromny wpływ polityczny i gospodarczy na Amerykę Łacińską. To sprawowanie władzy przechodziło różne fazy od początku XIX wieku. W grudniu 1823 roku prezydent James Monroe (1817–1825) przekazał Kongresowi USA nową wytyczną polityki zagranicznej, później znaną jako doktryna Monroe’a: deklarację, że europejskie mocarstwa nie powinny zakładać nowych kolonii w obu Amerykach ani ingerować w sprawy niepodległych państw amerykańskich, podczas gdy Stany Zjednoczone zobowiążą się wzajemnie nie mieszać w konflikty europejskie. Hasło „Ameryka dla Amerykanów” stało się mantrą ostrożnie przyjętą w większości nowo powstałych państw Ameryki Łacińskiej. W tamtym historycznym momencie doktryna Monroe’a miała jednak bardziej charakter aspiracyjny niż realny: USA brakowało odpowiedniej siły morskiej, by ją egzekwować, a głównym celem była ekspansja terytorialna na zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej. Niemniej stanowiła ona początek instytucjonalnego sposobu myślenia, oddającego wizję Thomasa Jeffersona o hemisferze przeznaczonej wyłącznie dla Ameryki.

Zwycięstwo USA w wojnie hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 roku zapoczątkowało imperialny zwrot w polityce zagranicznej Waszyngtonu. Wówczas amerykańska potęga przemysłowa i morska znacząco wzrosła, przekształcając pierwotnie defensywne założenia doktryny Monroe’a w aktywną politykę interwencji w sprawy Ameryki Łacińskiej. W 1904 roku, sprowokowany europejską blokadą morską przeciwko Wenezueli w celu wyegzekwowania niespłaconych długów, prezydent Theodore Roosevelt ogłosił tzw. poprawkę Roosevelta: doktryna Monroe’a wymaga, by Stany Zjednoczone działały jako międzynarodowa siła policyjna na półkuli zachodniej. Roosevelt odwoływał się przy tym do argumentów „cywilizacyjnych”, twierdząc, że wobec militarnej bezsilności Ameryki Łacińskiej i jej „chronicznych przewinień” interwencja cywilizowanego narodu jest konieczna, by zapewnić stabilność. W tym miejscu polityka zagraniczna USA stała się nie tylko interwencjonistyczna, ale też głęboko paternalistyczna. W ciągu następnych trzech dekad siły amerykańskie okupowały lub interweniowały w Kubie, Nikaragui, Haiti, Dominikanie oraz w kilku innych krajach Ameryki Łacińskiej, opierając się na tej logice.

W 1933 roku polityka USA przeszła kolejną zmianę. Wielki Kryzys z 1929 roku utrudnił amerykańskim decydentom uzasadnianie interwencji wojskowych za granicą wobec własnej opinii publicznej. Prezydent Franklin Roosevelt ogłosił Politykę Dobrego Sąsiedztwa, ponownie zobowiązując Stany Zjednoczone do nieinterweniowania i poszanowania suwerennej równości państw obu Ameryk. Z perspektywy strategicznej Waszyngton reagował również na rosnące zagrożenie wojną w Europie, które wymagało solidarności hemisferycznej. W latach 30. i 40. Polityka Dobrego Sąsiedztwa przyniosła rzeczywistą powściągliwość – Waszyngton odmówił interwencji nawet wtedy, gdy Meksyk znacjonalizował amerykańskie aktywa naftowe w 1938 roku. Jednak wybuch zimnej wojny po 1947 roku całkowicie zmienił ten porządek, gdyż powstrzymywanie komunizmu stało się dla Waszyngtonu absolutnym priorytetem w regionie.

Wraz z ustanowieniem traktatu z Rio (1947) oraz Organizacji Państw Amerykańskich – OPA (1948) – system międzyamerykański został zorganizowany wokół doktryny powstrzymywania komunizmu. Ameryka Łacińska stała się teraz ideologicznym polem bitwy, a Waszyngton szeroko interweniował, by zapobiegać dojściu do władzy rządów lewicowych, choć metodami innymi niż przed 1933 rokiem. Zamachy stanu wspierane przez CIA obaliły demokratyczne rządy w Gwatemali (1954), Brazylii (1964) i Chile (1973), a bezpośrednia siła militarna została użyta w Dominikanie (1965), Grenadzie (1983) i Panamie (1989). W tym okresie Stany Zjednoczone szkoliły i wspierały wojskowe dyktatury w całym regionie, zapewniając polityczne wsparcie reżimom dopuszczającym się masowych naruszeń praw człowieka. Sprzeczność była oczywista: choć Karta OPA formalnie zakazywała interwencji, imperatywy zimnowojenne doprowadziły do większej niż kiedykolwiek wcześniej ingerencji USA w sprawy Ameryki Łacińskiej.

Rozpad Związku Radzieckiego w 1991 roku usunął główne uzasadnienie zaangażowania USA w Ameryce Łacińskiej. Ponieważ zagrożenie komunistyczną ekspansją przestało istnieć, uwaga Waszyngtonu przeniosła się na inne priorytety strategiczne: Bałkany, Bliski Wschód, a po 2001 roku na wojnę z terroryzmem. Ameryka Łacińska została zepchnięta na dalszy plan i traktowana głównie jako źródło problemów – narkotyków, migracji, niestabilności gospodarczej – którymi trzeba było zarządzać, a nie strategicznie angażować. Polityki konsensusu waszyngtońskiego z lat 90., kładące nacisk na prywatyzację i liberalizację rynku, początkowo wydawały się skuteczne, lecz ostatecznie doprowadziły do katastrofalnych skutków, szczególnie do kryzysu gospodarczego Argentyny w latach 2001–2002. Powszechne rozczarowanie neoliberalizmem narzuconym przez USA podsyciło w regionie „różową falę”: Hugo Chávez w Wenezueli (1999), Lula da Silva w Brazylii i Néstor Kirchner w Argentynie (2003), Evo Morales w Boliwii (2006) oraz inni odrzucili ekonomiczną ortodoksję, którą Waszyngton promował przez dziesięciolecia.

W tę próżnię wkroczyła Chińska Republika Ludowa, której podejście do Ameryki Łacińskiej zasadniczo różniło się od historycznie interwencjonistycznego modelu Waszyngtonu. Industrializacja Chin stworzyła surowcowy supercykl, dzięki któremu Pekin stał się największym partnerem handlowym większości najważniejszych gospodarek Ameryki Łacińskiej, wyprzedzając Stany Zjednoczone. Jednak przemiana ta wykraczała poza same wolumeny handlowe: podczas gdy amerykańska pomoc tradycyjnie wiązała się z licznymi warunkami – często obejmującymi żądania reform demokratycznych, poprawy praw człowieka, działań antykorupcyjnych i strukturalnych dostosowań gospodarczych – zaangażowanie Chin miało charakter czysto transakcyjny. Ogromne inwestycje infrastrukturalne w porty, koleje, obiekty energetyczne i sieci telekomunikacyjne napływały bez jakichkolwiek politycznych zobowiązań. Pekin konsekwentnie praktykował zasadę nieinterweniowania w sprawy wewnętrzne, nie pouczając rządów w kwestiach zarządzania ani nie uzależniając pożyczek od zmian politycznych. Taki model przemawiał do przedstawicieli całego spektrum politycznego – oferował rządom lewicowym wyzwolenie spod presji USA, a nawet najbardziej rynkowo zorientowanym państwom zapewniał bezwarunkowe finansowanie, którego ani Waszyngton, ani instytucje wielostronne nie były gotowe udzielić.

W tym samym okresie do regionu powróciła także Rosja, rozwijając strategiczne relacje z Wenezuelą i Nikaraguą poprzez sprzedaż broni, współpracę energetyczną oraz wsparcie dyplomatyczne. Dla reżimów wrogo nastawionych wobec Waszyngtonu Moskwa stanowiła dodatkowy geopolityczny przeciwważnik. Ta konwergencja – amerykańskie wycofanie, chińska dominacja gospodarcza oraz selektywne partnerstwo ze strony Rosji – zasadniczo osłabiła wpływy USA w regionie, który przez niemal dwa stulecia pozostawał pod ich dominacją.

Wenezuela stanowi uosobienie konsekwencji tej zmiany układu sił w zachodniej hemisferze. Kraj ten, niegdyś stabilny i bogaty w ropę sojusznik USA w czasach zimnej wojny, wybrał w 1999 roku Hugo Cháveza właśnie w momencie, gdy Waszyngton odwracał wzrok od regionu. Chávez znakomicie wykorzystał powstałą próżnię, budując otwarcie antyamerykańską rewolucję boliwariańską, finansowaną z ropy i wspieraną przez partnerów zewnętrznych: Chiny, Rosję i Kubę. Pekin udzielił od 2007 roku ponad 60 miliardów dolarów kredytów, natomiast Moskwa dostarczała zaawansowaną broń i ochronę dyplomatyczną. Za rządów Maduro błędne decyzje gospodarcze i załamanie instytucjonalne doprowadziły do katastrofy humanitarnej – ponad 7 milionów uchodźców opuściło kraj, uciekając do innych państw Ameryki Łacińskiej – jednak reżim utrzymuje się dzięki represjom i zewnętrznemu wsparciu.

Co ważniejsze z perspektywy Waszyngtonu, Wenezuela stała się tym, co przedstawiciele USA określają mianem „narkopaństwa”, w którym sam reżim funkcjonuje rzekomo jako przedsiębiorstwo przestępcze. Sieci handlu narkotykami, nielegalne operacje wydobywcze i zorganizowane grupy przestępcze kontrolują dziś znaczną część terytorium Wenezueli. Z punktu widzenia USA kraj ten reprezentuje więc splot zagrożeń: wyzwanie geopolityczne (obecność wojskowa i gospodarcza Chin oraz Rosji w regionie Karaibów), problem wewnętrzny (napływ uchodźców wpływający na amerykańską politykę migracyjną) oraz bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa (szlaki narkotykowe zasilające rynek USA). Jest równocześnie symbolem osłabionych wpływów USA i uzasadnieniem prób ich odzyskania, co sprawia, że interwencja wojskowa przeciwko reżimowi Maduro, niegdyś nieprawdopodobna, jest dziś w Waszyngtonie otwarcie dyskutowana.

Jednak same względy geopolityczne nie wyjaśniają intensywności, z jaką Waszyngton koncentruje się na Wenezueli. Kwestie polityki wewnętrznej – szczególnie wyborcze znaczenie konserwatywnych wyborców latynoskich na Florydzie – znacząco wzmacniają presję na podjęcie zdecydowanych działań przeciwko Maduro. Floryda, dysponująca 30 głosami elektorskimi, pozostaje kluczowym stanem wahadłowym w wyborach prezydenckich, a jej liczne społeczności Amerykanów kubańskich, wenezuelskich i kolumbijskich wywierają nieproporcjonalnie duży wpływ na politykę USA wobec Ameryki Łacińskiej. W przeciwieństwie do innych grup latynoskich w Stanach Zjednoczonych społeczności te – ukształtowane przez osobiste i rodzinne doświadczenia z reżimami socjalistycznymi i komunistycznymi – wyraźnie skłaniają się ku konserwatyzmowi i domagają się twardego stanowiska wobec lewicowych rządów w regionie.

Diaspora wenezuelska w USA, która wzrosła do ponad 600 tysięcy osób, głównie na Florydzie i w Teksasie, stanowi szczególnie zmobilizowaną grupę wyborców. Wielu przybyło w ostatnich latach, uciekając przed reżimem Maduro i utrzymuje bliskie więzi z rodzinami nadal cierpiącymi w Wenezueli, co czyni z nich głośną grupę nacisku na rzecz zmiany reżimu. Ta logika wyborcza znajduje odzwierciedlenie w nominacjach do gabinetu Trumpa: sekretarz stanu Marco Rubio, Amerykanin pochodzenia kubańskiego z Florydy, który stał się najwyżej postawionym Latynosem w historii USA, był jednym z najgłośniejszych orędowników interwencji militarnej przeciwko Maduro. Mauricio Claver-Carone, również o kubańskich korzeniach i pełniący funkcję wysłannika ds. Ameryki Łacińskiej, reprezentuje podobnie twarde podejście, ukształtowane przez antykomunistyczną perspektywę charakterystyczną dla środowisk emigracyjnych z południowej Florydy.

Dla administracji Trumpa demonstracja stanowczości wobec Maduro spełnia wiele funkcji: mobilizuje konserwatywnych wyborców latynoskich na Florydzie przed wyborami w 2028 roku, zaspokaja oczekiwania kluczowej grupy żądającej działania oraz pozwala prezentować siłę, aby odwrócić wrażenie amerykańskiego wycofywania się z hemisfery.

W momencie pisania tego tekstu Biały Dom stopniowo zaostrza zarówno presję dyplomatyczną, jak i wojskową na reżim Maduro. Amerykańska obecność militarna w regionie Karaibów jest znacząca – według doniesień rozmieszczono tam ponad 15 tysięcy żołnierzy wraz z USS Gerald Ford, największym lotniskowcem marynarki wojennej USA. Siły te są jednak niewystarczające do pełnowymiarowej inwazji lądowej. Dla porównania: inwazja na Irak w 2003 roku obejmowała ponad 200 tysięcy żołnierzy. Sugeruje to, że administracja Trumpa nie planuje operacji lądowej w celu obalenia Maduro, lecz raczej rozważa bardziej ograniczoną kampanię powietrzną wymierzoną w strategiczne cele, aby zdestabilizować jego reżim.

Strategia ta wydaje się dostosowana do wewnętrznej struktury władzy w rządzie chavistowskim, w którym wojsko stanowi główny filar reżimu. Oficerowie sił zbrojnych Wenezueli zajmują kluczowe stanowiska rządowe i kontrolują znaczną część gospodarki, w tym przemysł naftowy oraz sieci dystrybucji żywności. Ukierunkowana kampania powietrzna mogłaby potencjalnie wywołać pęknięcia wewnątrz elity wojskowej, co mogłoby ostatecznie doprowadzić do obalenia Maduro od środka. Wydaje się, że to właśnie takie kalkulacje wpływają na obecne stanowisko Białego Domu, wzmacniane przez niedawne pogłoski sugerujące, że Maduro może szukać schronienia w Turcji – choć doniesienia te pozostają niepotwierdzone, a ostateczny rozwój wydarzeń pozostaje niepewny.

Historia oferuje trzeźwiące lekcje: wcześniejsze interwencje USA często podejmowano bez spójnych planów dotyczących sytuacji po ich zakończeniu, pozostawiając po sobie chaos i nastroje antyamerykańskie. Atak militarny na Wenezuelę niesie ryzyko powtórzenia tych błędów na jeszcze większą skalę – szczególnie biorąc pod uwagę złożoność wenezuelskiej polityki, zakorzenienie przestępczości zorganizowanej oraz obecność interesów chińskich i rosyjskich, które sprzeciwiałyby się jakiejkolwiek ugodzie narzuconej przez USA. Wydaje się, że Trump próbuje stworzyć własną wersję poprawki Roosevelta, ponownie ustanawiając dominację USA w hemisferze poprzez użycie siły. Paralela ta jest pouczająca, ale niepełna. Doktryna Theodore’a Roosevelta z 1904 roku, mimo swojej imperialnej arogancji, przynajmniej oferowała pewne uzasadnienie normatywne: Stany Zjednoczone miały interweniować, by zagwarantować stabilność i zapobiec wykorzystaniu słabości Ameryki Łacińskiej przez mocarstwa europejskie. Podejście Trumpa działa natomiast w próżni normatywnej. Angelo Biazus Marin Kramer jest doktorantem nauk politycznych i administracyjnych na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego praca badawcza koncentruje się na normatywnym wpływie Unii Europejskiej w Ameryce Łacińskiej, w szczególności poprzez studium porównawcze środowisk instytucjonalnych na Kubie i w Brazylii.Poza oskarżeniem o stworzenie narkopaństwa – kwestionowanym zresztą przez wiele rządów Ameryki Łacińskiej – nie ma tu żadnej szerszej zasady, żadnego odwołania do solidarności hemisferycznej, żadnego pozoru działania w imię porządku regionalnego, żadnego odniesienia do prawa międzynarodowego. To czysta polityka siły – i Latynosi doskonale to dostrzegają. Prezydent próbuje zastawić pułapkę na Maduro, ale w braku legitymacji normatywnej pułapka ta może łatwo obrócić się przeciwko niemu.

new.org.pl


W przeciwieństwie do wielu komentatorów, uważam że Amerykanie są dzisiaj dużo słabsi, niż na początku tego roku. 

Jest to osobista zasługa Donalda Trumpa i jego administracji. Zamiast uczynić Amerykę wielką, ciągną ją na samo dno i to nie w perspektywie krótko, a długoterminowej. W tym właśnie problem. Dlatego "efektu Trumpa" nie da się przeczekać.

A jeszcze w styczniu, Stany Zjednoczone były słabnącą dominującą potęgą, której przewagi ulegały miarowej redukcji, ale jako przywódca Zachodu zachowywały dużą manewrowość pozwalającą im na mitygowanie własnych słabości wsparciem sojuszników. Jednakże Donald Trump postanowił ten atut odrzucić, przy okazji otwarcie rezygnując z roli hegemona.

Rozbudowane narzędzia "soft power", szerokie programy pomocowe oraz liczne instytucje pozwalały kształtować percepcję i naginać świat do amerykańskiej woli. Twarda siła mogła się kurczyć, ale szerokie wpływy nadal ściągały lejce, gdy rewizjonizm próbował pójść w galop. Tego już nie ma. Dzisiaj to nie Rosja, a Unia Europejska określana jest mianem amerykańskiego przeciwnika na arenie międzynarodowej.

Brutalność z jaką Waszyngton potraktował niedawnych partnerów, szantaż, kwestionowanie zobowiązań, uprawianie koncertu mocarstw kosztem słabszych, bezpowrotnie zniszczyły amerykańską wiarygodność przez dekady budowaną mozolną pracą dyplomatów. Dzisiaj USA są jedynie jednym z mocarstw, bardzo szybko słabnącym wobec Chin i Rosji (sic!), podobnie jak one rewizjonistycznym.

Nie da się także pominąć oczywistego faktu, że trumpowska administracja otwarcie implementuje mechanizmy korupcyjne. W relacjach międzynarodowych najlepszą walutą jest często prywatna korzyść Trumpa lub jego rodziny. Bliskość z wielkim biznesem przywodzi na myśl klasyczne cechy plutokracji, rządy bogatych. To nie są cechy, które kultura Zachodu mogłaby traktować za wzór.

Radykalne osłabienie nastąpiło też w polityce krajowej. Jest to pierwsza w historii administracja w dużej mierze złożona z dyletantów, osób całkowicie pozbawionych kompetencji do sprawowania urzędu. Czystki przeprowadzone w instytucjach, urzędach, służbach i wojsku usunęły tysiące ludzi osłabiając sprawność administracji państwowej, a także rozszczelniły system narażając go na wrogą penetrację.

Prezydent rządzi rozporządzeniami wykonawczymi pomijając Kongres, co doprowadza do erozji systemu politycznego. Niezależnie od tego czy chodzi o masowe cła, wyprowadzenie wojska na ulicę w celu utrzymania porządku, czy atak na bliżej niezidentyfikowane łodzie u wybrzeży Wenezueli, w sądach toczą się batalie prawne podważające legalność tych działań. To próba powstrzymania pochodu ku praktykom autorytarnym i reakcja niezachwianego dotąd systemu "checks&balances".

Wszystkie te wzajemnie nachodzące na siebie okoliczności potęgowane są jeszcze przez osobowość Donalda Trumpa, patologicznego narcyza o skrajnie ograniczonej wiedzy o świecie, za to ogromnym przekonaniu o własnej nieomylności. O ile w pierwszej kadencji jego zachowanie było ograniczane przez kompetentną administrację, tak tym razem ma on pełną swobodę działania i to niestety widać.

Jak na razie USA przegrały kolejny etap wojny handlowej z Chinami, straciły buławę przywódcy Zachodu, wyalienowały sojuszników i przywróciły koncert mocarstw współgrając z państwami, które działają na ich szkodę. Trump jest fałszywie chwalony, a tak naprawdę stanowi pośmiewisko, co radykalnie niweluje jakikolwiek efekt odstraszania. 

Kolejne "umowy pokojowe" sypią się krótko po ich podpisaniu - Tajlandia/Kambodża, Rwanda/Kongo. Nie inaczej będzie z tą forsowaną wobec Ukrainy. Rosja jedynie eskaluje żądania, a Chiny są coraz mocniej przekonane o własnej potędze. W tym tempie konflikty zaczną bardzo szybko wybuchać w całym pograniczu strefy wpływów. Razem z destabilizacją globu, proliferacja broni jądrowej to tylko kwestia czasu.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Cesarz jest nagi. Wiedzą o tym nasi przeciwnicy i już zacierają ręce. Nas jednak nie stać na komfort życia w poczuciu, że jest "bardzo dobrze". Lepiej przejrzeć na oczy.

x.com/FilippDM