wtorek, 16 grudnia 2025



Sto lat temu kto, jak kto, ale wielcy biznesmeni ówczesnego świata mieli jak najmniej powodów, by ufać Leninowi i bolszewikom. Ci otwarcie komunikowali, że ich celem jest wytępienie kapitalistów. A jednak był taki czas, kiedy wielki biznes z Zachodu, a zwłaszcza z Ameryki uwierzył Włodzimierzowi Leninowi. 

"– Czułem się, jakbym został wyniesiony na szczyt góry z widokiem na całą Rosję, a Lenin powiedział: Teraz wybierz, co chcesz robić. Przede mną rozciągał się rozległy kraj z niezliczonymi zasobami naturalnymi, niewyczerpanymi rezerwami siły roboczej i praktycznie niewykorzystanym potencjałem, a ja otrzymałem przyjazne wsparcie od jego przywódcy, prawdopodobnie najpotężniejszego wówczas człowieka na świecie. Byłem zachwycony możliwościami, jakie się przede mną otwierały."

Tak wspominał w swoich zapiskach biograficznych pewien amerykański biznesmen.  Był nim Armand Hammer. Kontrowersyjny miliarder sto lat temu robił interesy w ZSRR. Pochodził wprawdzie z rodziny zafascynowanej komunizmem i sam w idee Lenina wierzył. Sprytnie jednak wytłumaczył sobie, jak połączyć kapitalistyczną potrzebę maksymalizacji zysku z radzieckim komunizmem. 

Hammer pojechał do Moskwy w 1921 r. jako 23-latek. I był oczarowany Leninem. Radziecki dyktator roztoczył przed Amerykaninem wizję gigantycznych interesów. Po rewolucji i wojnie domowej bolszewicy potrzebowali dwóch rzeczy: kapitału i technologii. Kraj był wyniszczony, biedny i głodował. Lenin nie mógłby ruszyć ze swoimi wielkimi projektami industrializacji i budowy machiny wojennej bez inwestycji z zewnątrz nic z tych planów by nie wyszło. Doraźnie potrzebna była żywność, bo w ZSRR panował głód. 

Tylko że ówczesny świat zachodni był przerażony rewolucją w Rosji. Zachód dopiero co poniósł porażkę, wspierając kontrrewolucję i interweniując po jej stronie w wojnie domowej. Europa i Ameryka było w szoku, dowiadując się o bestialstwie bolszewików, krwawych masakrach, egzekucji carskiej rodziny i planach Lenina eksportu rewolucji do Europy. Radziecka Rosja znalazła się w całkowitej izolacji. 

Bolszewicy wymyślili jednak sprytny plan, jak z owej izolacji wyjść. Lenin ogłosił NEP (Nową Ekonomiczną Politykę), czyli wprowadził wiele elementów wolnego rynku do komunistycznej gospodarki ZSRR. Młody Armand Hammer dostał koncesje na wydobycie azbestu, import kawioru i skór z Rosji. Do ZSRR dostarczał pszenicę i inne dobra. Poprzez spółkę, Allied American Corp. którą dziś można by nazwać joint-venture z bolszewikami, prowadził handel, ale i stopniowo wprowadzał do państwa Lenina kolejne, amerykańskie koncerny. Hammer był po prostu lobbystą i agentem Kremla w USA. Lenin mawiał, że “kapitaliści sprzedadzą nam sznurek, na którym ich powiesimy”. Wódz bolszewickiego przewrotu potrafił skutecznie zachęcić “sprzedawców sznurka”. 

W okresie NEP-u w ZSRR pojawiło się wiele, dużych, amerykańskich firm. Ford wybudował fabrykę w Niżnym Nowogrodzie (późniejsze miasto Gorki i zakłady GAZ, produkujące potem m.in. samochody marki Wołga). General Electric dostarczał turbiny, generatory i oprzyrządowanie dla elektrowni. W ZSRR inwestowały giganty: DuPont, Westinghouse, International Harvester (maszyny rolnicze – sukcesorami firmy są dziś Case i Navistar), Singer i firmy naftowe. Amerykańskie koncerny hojnie dostawały koncesje i tworzyły spółki joint-venture w ZSRR. 

W tym samym czasie Kreml prowadził podjazdową wojnę z Zachodem, wysyłał agentów i cały czas groził eksportem rewolucji. Inwestycyjne eldorado i marzenia o rosyjskich bogactwach skończyły się wraz z dojściem Stalina do pełnej władzy. Stalin od razu zlikwidował koncesje, a amerykańskie firmy wycofały się szybko z ZSRR. Mimo że handel z USA trwał jeszcze w latach 30. i Amerykanie nadal dostarczali technologie, to inwestycyjne eldorado się skończyło.  

pl.belsat.eu


W ostatnich czterech miesiącach o prawie 100 proc. wzrosła liczba antyukraińskich treści - do blisko 186 tys. - wynika z najnowszego raportu Instytutu Monitorowania Mediów (IMM) i Stowarzyszenia Demagog. Ich zasięg oszacowano na 66,4 mln, co oznacza, że statystyczny internauta powyżej 15. roku życia mógł zetknąć się z takimi treściami średnio dwa razy.

(...)

Według raportu znaczną część antyukraińskich narracji w sieci tworzą konta związane ze środowiskami politycznymi. Autorzy podkreślają, że prym wiodą profile powiązane z Grzegorzem Braunem: jego konto w serwisie X, prywatny fanpage na Facebooku oraz oficjalny profil partii Konfederacja Korony Polskiej. 

W zestawieniu facebookowych kont najbardziej aktywnych w publikowaniu antyukraińskiej propagandy pierwsze miejsce po raz kolejny zajmuje profil europosła Brauna, a trzecie - fanpage jego ugrupowania. Dziesiąte miejsce przypadło innemu politykowi tej formacji, Włodzimierzowi Skalnikowi.

Najwięcej antyukraińskich treści jest na platformie X. Siedem z dziesięciu najpopularniejszych kont szerzących narracje antyukraińskie pojawiło się już w poprzedniej edycji raportu. Wśród autorów wyróżniono m.in. Gadowskiego Witolda, Martina Demirowa, Grzegorza Brauna oraz profil "Chłop Antoni".

Eksperci wskazują konkretne momenty, w których nastroje antyukraińskie w internecie gwałtownie narastały. Najwięcej wpisów pojawiło się pod koniec sierpnia, po zawetowaniu przez prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o pomocy Ukraińcom. Kolejne fale nastąpiły we wrześniu - po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony - oraz w połowie listopada, po akcie kolejowej dywersji przypisywanej Rosji.

Raport odnotowuje również wzmożenie nastrojów antyukraińskich po sierpniowym koncercie białoruskiego rapera Maxa Korzha w Warszawie, na którym pojawiła się czerwono-czarna flaga OUN-UPA. Wydarzenie to wywołało oburzenie opinii publicznej i przełożyło się na kolejne fale wpisów.

Propaganda antyukraińska obejmuje szeroki zakres tematów, m.in.:

narracje obwiniające Ukraińców za wybuch wojny,
treści negujące trwający konflikt,
zaprzeczanie rosyjskim zbrodniom wojennym w Buczy czy Mariupolu,
dezinformację dotyczącą wewnętrznej polityki Ukrainy, w tym przerw w dostawach prądu,
krytykę polskiego wsparcia dla Ukrainy, w tym ataki na Radosława Sikorskiego i działania rządu.

W raporcie opisano również kampanie uderzające w prezydenta Ukrainy. Wołodymyrowi Zełenskiemu przypisywano m.in. "defraudację pieniędzy (np. na rzekomy zakup hotelu)", zaś byli posłowie Jacek Wilk i Janusz Korwin-Mikke mieli powielać "fałszywą narrację przedstawiającą ukraińskiego prezydenta jako nielegalnego uzurpatora".

Analitycy zwracają uwagę na aktywne wykorzystywanie trudnej historii polsko-ukraińskiej przez rosyjskie ośrodki wpływu. Marcin Fic z Demagoga podkreśla, że Kreml chętnie sięga po wątki związane z rzezią wołyńską czy działalnością UPA, aby podsycać niechęć pomiędzy narodami.

Przykładem manipulacji jest dewastacja pomnika w Domostawie, której - jak ustalono - dopuścił się Ukrainiec działający na zlecenie Rosji. 

Aktorzy dezinformacji, w tym politycy - Grzegorz Braun i Ewa Zajączkowska - pominęli kontekst działania na zlecenie Rosji i wykorzystali to zdarzenie do antagonizowania Polaków i Ukraińców - wskazuje Fic. 

W internecie szeroko kolportowane są również kremlowskie twierdzenia o rzekomej "powszechności nazizmu" w Ukrainie.

Antyukraińskie treści stały się, jak oceniają autorzy raportu, stałym elementem polskiego internetu. Eskaluje przy każdym wydarzeniu wywołującym emocje - i to zazwyczaj te negatywne - zwraca uwagę Monika Ezman, dyrektor zarządzająca usługami IMM. Jak dodaje, platforma X szczególnie sprzyja rozprzestrzenianiu radykalnych przekazów, ponieważ obowiązują tam mniej restrykcyjne zasady moderacji.

Jednym z przykładów budowania napięcia społecznego są komentarze sugerujące "ukrainizację" Polski. W raporcie przytoczono m.in. wypowiedź Konrada Berkowicza, który w październiku komentował niebiesko-żółte oznaczenia strefy Kiss&Ride w Rzeszowie, pytając: "Czy to jeszcze Polska?"

Inne narracje przedstawiają Ukraińców jako obciążenie dla systemu ochrony zdrowia. Marcin Fic podkreśla: Profile, które obserwujemy, budują poczucie zagrożenia ze strony Ukraińców w inny sposób - przedstawiają ich jako obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej, z powodu czego Polacy rzekomo ponoszą straty. 

Tego rodzaju przekazy fałszywie sugerują konflikt interesów pomiędzy leczeniem Polaków a pomocą uchodźcom.

rmf24.pl

poniedziałek, 15 grudnia 2025



9 grudnia generał Ołeksandr Syrski poinformował o zakończeniu reformy systemu dowodzenia Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) i całkowitym przejściu armii na strukturę korpusową. Zdaniem naczelnego dowódcy wszystkie korpusy objęły swoje rejony odpowiedzialności wzdłuż całej linii frontu, zastępując dotychczasowe zgrupowania operacyjno-taktyczne i operacyjno-strategiczne. Podkreślił przy tym, że kolejnym etapem zmian będzie dokończenie reorganizacji struktur poprzez formowanie pełnego ukompletowania składu korpusów, polegające na rotacji poszczególnych brygad.

Tego samego dnia Syrski oznajmił też, że kluczową rolę w odstraszaniu rosyjskich najeźdźców odgrywają obecnie systemy bezzałogowe, które odpowiadają za ok. 60% wszystkich trafień w cele wroga. Zgodnie z przedstawionymi szacunkami bezzałogowe statki powietrzne wykonały ponad 304 tys. misji, a naziemne systemy robotyczne – prawie 2 tys., trafiając lub niszcząc łącznie ok. 81,5 tys. celów.

(...)

10 grudnia ukraińska Prokuratura Generalna wstrzymała publikację statystyk dotyczących przestępstw związanych z samowolnym opuszczeniem jednostek wojskowych oraz dezercją. W ocenie prokuratury są one wykorzystywane przez Rosję do prowadzenia operacji dezinformacyjno-psychologicznych w celu formułowania fałszywych wniosków na temat stanu morale ukraińskich żołnierzy. Ponadto informacje te służą przeciwnikowi do oceny poziomu dyscypliny wojskowej, gotowości bojowej poszczególnych jednostek oraz skuteczności systemu mobilizacyjnego. Według wcześniejszych danych w październiku br. wszczęto 18 909 postępowań karnych dotyczących samowolnego opuszczenia jednostki oraz 2276 postępowań w sprawie dezercji. Łącznie od lutego 2022 do września 2025 r. organy ścigania wszczęły blisko 300 tys. postępowań karnych związanych z tymi przestępstwami.

W 2025 r. znacząco wzrosła liczba skarg na działania komisji wojskowych. Ukraiński rzecznik praw człowieka Dmytro Łubiniec przyznał, że odnotowuje się „haniebne” przypadki naruszeń prawa w stosunku do poborowych, w tym bezprawne zatrzymania, konfiskatę rzeczy osobistych, użycie siły fizycznej oraz ograniczanie dostępu do pomocy prawnej. Wskazał też na niską jakość przeprowadzanych badań medycznych, co prowadzi do sytuacji, w których osoby niezdolne do służby są wcielane do jednostek wojskowych.

Według informacji ukraińskiego Sztabu Generalnego z 11 grudnia żołnierze, którzy po samowolnym opuszczeniu jednostki wojskowej powrócili do batalionów rezerwowych, są kierowani do brygad bojowych wymagających uzupełnienia kadrowego, w szczególności do jednostek szturmowych. Jak podkreślono, armia podejmuje działania na rzecz uproszczenia mechanizmów transferu żołnierzy pomiędzy jednostkami. W tym celu wprowadzono niedawno nowy, elektroniczny mechanizm wymiany informacji, który ma zapewnić szybkie rozpatrywanie wniosków przez dowódców jednostek. Wdrożone zmiany nie tworzą zarazem możliwości wykorzystywania samowolnego opuszczenia jednostki jako sposobu na przeniesienie się do bardziej „komfortowej” jednostki.

osw.waw.pl

niedziela, 14 grudnia 2025



Od 1823 roku, czyli od ogłoszenia doktryny Monroe’a, która postulowała wykluczenie obcych mocarstw z kontynentu amerykańskiego, polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych wobec Ameryki Łacińskiej oscylowała między bezpośrednimi interwencjami wojskowymi – takimi jak inwazja na Panamę w 1989 roku – a okresami wyraźnego braku zainteresowania. To ostatnie dobrze opisuje relacje z regionem po rozpadzie ZSRR, który zakończył zagrożenie radziecką penetracją Ameryki Łacińskiej. Po niemal trzech dekadach, w których rząd USA postrzegał swoich południowych sąsiadów raczej jako źródło problemów – takich jak nielegalna imigracja, handel narkotykami i niestabilność gospodarcza – niż jako kluczowych aktorów systemu międzynarodowego, paradygmat siły w regionie uległ radykalnej zmianie. Jak mówi znane powiedzenie: „natura nie znosi próżni” – względna amerykańska obojętność wobec regionu otworzyła przestrzeń do działań innych potęg, zwłaszcza Chińskiej Republiki Ludowej, oraz zachęciła regionalnych aktorów, takich jak Brazylia i Meksyk, do realizowania własnych ambicji.

Mimo to w waszyngtońskich korytarzach władzy wciąż dominuje fundamentalne przekonanie, że obie Ameryki – a szczególnie Ameryka Łacińska – są prawowitą strefą wpływów Stanów Zjednoczonych. Jest to szczególnie widoczne za trwającej administracji Trumpa. Od inauguracji w styczniu prezydent USA ponownie skupił uwagę na swoich sąsiadach, wywołując bezprecedensowe napięcia z Kanadą, podważając jej status niepodległego państwa; z Danią – w związku z kwestią przynależności Grenlandii; oraz z krajami Ameryki Łacińskiej, głównie w temacie przestępczości zorganizowanej. Kilkukrotnie urzędnicy USA twierdzili, że użycie siły militarnej w celu rozwiązania takich problemów jest jedną z opcji na stole. Jednak w żadnej innej dziedzinie perspektywa zaangażowania militarnego sił USA nie jest tak realna jak w przypadku Wenezueli Nicolasa Maduro.

Byłe gwiazdorskie gospodarczo państwo Karaibów – niegdyś lider Ameryki Łacińskiej dzięki swoim ogromnym rezerwom ropy – stoi dziś w obliczu instytucjonalnej i ekonomicznej ruiny po ponad ćwierćwieczu rządów chavistów. Wraz z upadkiem instytucji państwowych Wenezuela doświadczyła całkowitego załamania gospodarki oraz wzrostu przestępczości zorganizowanej, która obecnie kontroluje znaczące obszary terytorium i gospodarki kraju. Według tezy przedstawianej przez USA sam reżim jest jedynie fasadą dla rozległej sieci karteli narkotykowych działających w regionie Karaibów, odpowiedzialnych za dużą część napływu narkotyków i nielegalnej broni na terytorium Stanów Zjednoczonych. Jest to postrzegane jako bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA i stanowi główne, publicznie deklarowane przez Waszyngton uzasadnienie ewentualnej akcji militarnej przeciwko reżimowi Maduro.

Jednak pogłębiona analiza może sugerować, że stawka jest znacznie większa. Od rywalizacji wielkich mocarstw po kwestie polityki wewnętrznej zarówno w Wenezueli, jak i Stanach Zjednoczonych relacje między tymi państwami należy rozpatrywać przez pryzmat kilku podejść teoretycznych. Tylko ujęcie szerszego kontekstu pozwala analitykowi wskazać główne czynniki napędzające ten kryzys oraz przewidzieć scenariusze, na które powinna przygotować się region karaibski. Niniejszy artykuł analizuje, w jaki sposób historyczny wzorzec zaangażowania i wycofywania się USA z Ameryki Łacińskiej stworzył warunki do obecnego kryzysu w Wenezueli oraz dlaczego właśnie to karaibskie państwo stało się główną areną, na której Waszyngton próbuje odzyskać osłabiony wpływ w zachodniej hemisferze.

Przez ostatnie dwa stulecia Stany Zjednoczone wywierały ogromny wpływ polityczny i gospodarczy na Amerykę Łacińską. To sprawowanie władzy przechodziło różne fazy od początku XIX wieku. W grudniu 1823 roku prezydent James Monroe (1817–1825) przekazał Kongresowi USA nową wytyczną polityki zagranicznej, później znaną jako doktryna Monroe’a: deklarację, że europejskie mocarstwa nie powinny zakładać nowych kolonii w obu Amerykach ani ingerować w sprawy niepodległych państw amerykańskich, podczas gdy Stany Zjednoczone zobowiążą się wzajemnie nie mieszać w konflikty europejskie. Hasło „Ameryka dla Amerykanów” stało się mantrą ostrożnie przyjętą w większości nowo powstałych państw Ameryki Łacińskiej. W tamtym historycznym momencie doktryna Monroe’a miała jednak bardziej charakter aspiracyjny niż realny: USA brakowało odpowiedniej siły morskiej, by ją egzekwować, a głównym celem była ekspansja terytorialna na zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej. Niemniej stanowiła ona początek instytucjonalnego sposobu myślenia, oddającego wizję Thomasa Jeffersona o hemisferze przeznaczonej wyłącznie dla Ameryki.

Zwycięstwo USA w wojnie hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 roku zapoczątkowało imperialny zwrot w polityce zagranicznej Waszyngtonu. Wówczas amerykańska potęga przemysłowa i morska znacząco wzrosła, przekształcając pierwotnie defensywne założenia doktryny Monroe’a w aktywną politykę interwencji w sprawy Ameryki Łacińskiej. W 1904 roku, sprowokowany europejską blokadą morską przeciwko Wenezueli w celu wyegzekwowania niespłaconych długów, prezydent Theodore Roosevelt ogłosił tzw. poprawkę Roosevelta: doktryna Monroe’a wymaga, by Stany Zjednoczone działały jako międzynarodowa siła policyjna na półkuli zachodniej. Roosevelt odwoływał się przy tym do argumentów „cywilizacyjnych”, twierdząc, że wobec militarnej bezsilności Ameryki Łacińskiej i jej „chronicznych przewinień” interwencja cywilizowanego narodu jest konieczna, by zapewnić stabilność. W tym miejscu polityka zagraniczna USA stała się nie tylko interwencjonistyczna, ale też głęboko paternalistyczna. W ciągu następnych trzech dekad siły amerykańskie okupowały lub interweniowały w Kubie, Nikaragui, Haiti, Dominikanie oraz w kilku innych krajach Ameryki Łacińskiej, opierając się na tej logice.

W 1933 roku polityka USA przeszła kolejną zmianę. Wielki Kryzys z 1929 roku utrudnił amerykańskim decydentom uzasadnianie interwencji wojskowych za granicą wobec własnej opinii publicznej. Prezydent Franklin Roosevelt ogłosił Politykę Dobrego Sąsiedztwa, ponownie zobowiązując Stany Zjednoczone do nieinterweniowania i poszanowania suwerennej równości państw obu Ameryk. Z perspektywy strategicznej Waszyngton reagował również na rosnące zagrożenie wojną w Europie, które wymagało solidarności hemisferycznej. W latach 30. i 40. Polityka Dobrego Sąsiedztwa przyniosła rzeczywistą powściągliwość – Waszyngton odmówił interwencji nawet wtedy, gdy Meksyk znacjonalizował amerykańskie aktywa naftowe w 1938 roku. Jednak wybuch zimnej wojny po 1947 roku całkowicie zmienił ten porządek, gdyż powstrzymywanie komunizmu stało się dla Waszyngtonu absolutnym priorytetem w regionie.

Wraz z ustanowieniem traktatu z Rio (1947) oraz Organizacji Państw Amerykańskich – OPA (1948) – system międzyamerykański został zorganizowany wokół doktryny powstrzymywania komunizmu. Ameryka Łacińska stała się teraz ideologicznym polem bitwy, a Waszyngton szeroko interweniował, by zapobiegać dojściu do władzy rządów lewicowych, choć metodami innymi niż przed 1933 rokiem. Zamachy stanu wspierane przez CIA obaliły demokratyczne rządy w Gwatemali (1954), Brazylii (1964) i Chile (1973), a bezpośrednia siła militarna została użyta w Dominikanie (1965), Grenadzie (1983) i Panamie (1989). W tym okresie Stany Zjednoczone szkoliły i wspierały wojskowe dyktatury w całym regionie, zapewniając polityczne wsparcie reżimom dopuszczającym się masowych naruszeń praw człowieka. Sprzeczność była oczywista: choć Karta OPA formalnie zakazywała interwencji, imperatywy zimnowojenne doprowadziły do większej niż kiedykolwiek wcześniej ingerencji USA w sprawy Ameryki Łacińskiej.

Rozpad Związku Radzieckiego w 1991 roku usunął główne uzasadnienie zaangażowania USA w Ameryce Łacińskiej. Ponieważ zagrożenie komunistyczną ekspansją przestało istnieć, uwaga Waszyngtonu przeniosła się na inne priorytety strategiczne: Bałkany, Bliski Wschód, a po 2001 roku na wojnę z terroryzmem. Ameryka Łacińska została zepchnięta na dalszy plan i traktowana głównie jako źródło problemów – narkotyków, migracji, niestabilności gospodarczej – którymi trzeba było zarządzać, a nie strategicznie angażować. Polityki konsensusu waszyngtońskiego z lat 90., kładące nacisk na prywatyzację i liberalizację rynku, początkowo wydawały się skuteczne, lecz ostatecznie doprowadziły do katastrofalnych skutków, szczególnie do kryzysu gospodarczego Argentyny w latach 2001–2002. Powszechne rozczarowanie neoliberalizmem narzuconym przez USA podsyciło w regionie „różową falę”: Hugo Chávez w Wenezueli (1999), Lula da Silva w Brazylii i Néstor Kirchner w Argentynie (2003), Evo Morales w Boliwii (2006) oraz inni odrzucili ekonomiczną ortodoksję, którą Waszyngton promował przez dziesięciolecia.

W tę próżnię wkroczyła Chińska Republika Ludowa, której podejście do Ameryki Łacińskiej zasadniczo różniło się od historycznie interwencjonistycznego modelu Waszyngtonu. Industrializacja Chin stworzyła surowcowy supercykl, dzięki któremu Pekin stał się największym partnerem handlowym większości najważniejszych gospodarek Ameryki Łacińskiej, wyprzedzając Stany Zjednoczone. Jednak przemiana ta wykraczała poza same wolumeny handlowe: podczas gdy amerykańska pomoc tradycyjnie wiązała się z licznymi warunkami – często obejmującymi żądania reform demokratycznych, poprawy praw człowieka, działań antykorupcyjnych i strukturalnych dostosowań gospodarczych – zaangażowanie Chin miało charakter czysto transakcyjny. Ogromne inwestycje infrastrukturalne w porty, koleje, obiekty energetyczne i sieci telekomunikacyjne napływały bez jakichkolwiek politycznych zobowiązań. Pekin konsekwentnie praktykował zasadę nieinterweniowania w sprawy wewnętrzne, nie pouczając rządów w kwestiach zarządzania ani nie uzależniając pożyczek od zmian politycznych. Taki model przemawiał do przedstawicieli całego spektrum politycznego – oferował rządom lewicowym wyzwolenie spod presji USA, a nawet najbardziej rynkowo zorientowanym państwom zapewniał bezwarunkowe finansowanie, którego ani Waszyngton, ani instytucje wielostronne nie były gotowe udzielić.

W tym samym okresie do regionu powróciła także Rosja, rozwijając strategiczne relacje z Wenezuelą i Nikaraguą poprzez sprzedaż broni, współpracę energetyczną oraz wsparcie dyplomatyczne. Dla reżimów wrogo nastawionych wobec Waszyngtonu Moskwa stanowiła dodatkowy geopolityczny przeciwważnik. Ta konwergencja – amerykańskie wycofanie, chińska dominacja gospodarcza oraz selektywne partnerstwo ze strony Rosji – zasadniczo osłabiła wpływy USA w regionie, który przez niemal dwa stulecia pozostawał pod ich dominacją.

Wenezuela stanowi uosobienie konsekwencji tej zmiany układu sił w zachodniej hemisferze. Kraj ten, niegdyś stabilny i bogaty w ropę sojusznik USA w czasach zimnej wojny, wybrał w 1999 roku Hugo Cháveza właśnie w momencie, gdy Waszyngton odwracał wzrok od regionu. Chávez znakomicie wykorzystał powstałą próżnię, budując otwarcie antyamerykańską rewolucję boliwariańską, finansowaną z ropy i wspieraną przez partnerów zewnętrznych: Chiny, Rosję i Kubę. Pekin udzielił od 2007 roku ponad 60 miliardów dolarów kredytów, natomiast Moskwa dostarczała zaawansowaną broń i ochronę dyplomatyczną. Za rządów Maduro błędne decyzje gospodarcze i załamanie instytucjonalne doprowadziły do katastrofy humanitarnej – ponad 7 milionów uchodźców opuściło kraj, uciekając do innych państw Ameryki Łacińskiej – jednak reżim utrzymuje się dzięki represjom i zewnętrznemu wsparciu.

Co ważniejsze z perspektywy Waszyngtonu, Wenezuela stała się tym, co przedstawiciele USA określają mianem „narkopaństwa”, w którym sam reżim funkcjonuje rzekomo jako przedsiębiorstwo przestępcze. Sieci handlu narkotykami, nielegalne operacje wydobywcze i zorganizowane grupy przestępcze kontrolują dziś znaczną część terytorium Wenezueli. Z punktu widzenia USA kraj ten reprezentuje więc splot zagrożeń: wyzwanie geopolityczne (obecność wojskowa i gospodarcza Chin oraz Rosji w regionie Karaibów), problem wewnętrzny (napływ uchodźców wpływający na amerykańską politykę migracyjną) oraz bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa (szlaki narkotykowe zasilające rynek USA). Jest równocześnie symbolem osłabionych wpływów USA i uzasadnieniem prób ich odzyskania, co sprawia, że interwencja wojskowa przeciwko reżimowi Maduro, niegdyś nieprawdopodobna, jest dziś w Waszyngtonie otwarcie dyskutowana.

Jednak same względy geopolityczne nie wyjaśniają intensywności, z jaką Waszyngton koncentruje się na Wenezueli. Kwestie polityki wewnętrznej – szczególnie wyborcze znaczenie konserwatywnych wyborców latynoskich na Florydzie – znacząco wzmacniają presję na podjęcie zdecydowanych działań przeciwko Maduro. Floryda, dysponująca 30 głosami elektorskimi, pozostaje kluczowym stanem wahadłowym w wyborach prezydenckich, a jej liczne społeczności Amerykanów kubańskich, wenezuelskich i kolumbijskich wywierają nieproporcjonalnie duży wpływ na politykę USA wobec Ameryki Łacińskiej. W przeciwieństwie do innych grup latynoskich w Stanach Zjednoczonych społeczności te – ukształtowane przez osobiste i rodzinne doświadczenia z reżimami socjalistycznymi i komunistycznymi – wyraźnie skłaniają się ku konserwatyzmowi i domagają się twardego stanowiska wobec lewicowych rządów w regionie.

Diaspora wenezuelska w USA, która wzrosła do ponad 600 tysięcy osób, głównie na Florydzie i w Teksasie, stanowi szczególnie zmobilizowaną grupę wyborców. Wielu przybyło w ostatnich latach, uciekając przed reżimem Maduro i utrzymuje bliskie więzi z rodzinami nadal cierpiącymi w Wenezueli, co czyni z nich głośną grupę nacisku na rzecz zmiany reżimu. Ta logika wyborcza znajduje odzwierciedlenie w nominacjach do gabinetu Trumpa: sekretarz stanu Marco Rubio, Amerykanin pochodzenia kubańskiego z Florydy, który stał się najwyżej postawionym Latynosem w historii USA, był jednym z najgłośniejszych orędowników interwencji militarnej przeciwko Maduro. Mauricio Claver-Carone, również o kubańskich korzeniach i pełniący funkcję wysłannika ds. Ameryki Łacińskiej, reprezentuje podobnie twarde podejście, ukształtowane przez antykomunistyczną perspektywę charakterystyczną dla środowisk emigracyjnych z południowej Florydy.

Dla administracji Trumpa demonstracja stanowczości wobec Maduro spełnia wiele funkcji: mobilizuje konserwatywnych wyborców latynoskich na Florydzie przed wyborami w 2028 roku, zaspokaja oczekiwania kluczowej grupy żądającej działania oraz pozwala prezentować siłę, aby odwrócić wrażenie amerykańskiego wycofywania się z hemisfery.

W momencie pisania tego tekstu Biały Dom stopniowo zaostrza zarówno presję dyplomatyczną, jak i wojskową na reżim Maduro. Amerykańska obecność militarna w regionie Karaibów jest znacząca – według doniesień rozmieszczono tam ponad 15 tysięcy żołnierzy wraz z USS Gerald Ford, największym lotniskowcem marynarki wojennej USA. Siły te są jednak niewystarczające do pełnowymiarowej inwazji lądowej. Dla porównania: inwazja na Irak w 2003 roku obejmowała ponad 200 tysięcy żołnierzy. Sugeruje to, że administracja Trumpa nie planuje operacji lądowej w celu obalenia Maduro, lecz raczej rozważa bardziej ograniczoną kampanię powietrzną wymierzoną w strategiczne cele, aby zdestabilizować jego reżim.

Strategia ta wydaje się dostosowana do wewnętrznej struktury władzy w rządzie chavistowskim, w którym wojsko stanowi główny filar reżimu. Oficerowie sił zbrojnych Wenezueli zajmują kluczowe stanowiska rządowe i kontrolują znaczną część gospodarki, w tym przemysł naftowy oraz sieci dystrybucji żywności. Ukierunkowana kampania powietrzna mogłaby potencjalnie wywołać pęknięcia wewnątrz elity wojskowej, co mogłoby ostatecznie doprowadzić do obalenia Maduro od środka. Wydaje się, że to właśnie takie kalkulacje wpływają na obecne stanowisko Białego Domu, wzmacniane przez niedawne pogłoski sugerujące, że Maduro może szukać schronienia w Turcji – choć doniesienia te pozostają niepotwierdzone, a ostateczny rozwój wydarzeń pozostaje niepewny.

Historia oferuje trzeźwiące lekcje: wcześniejsze interwencje USA często podejmowano bez spójnych planów dotyczących sytuacji po ich zakończeniu, pozostawiając po sobie chaos i nastroje antyamerykańskie. Atak militarny na Wenezuelę niesie ryzyko powtórzenia tych błędów na jeszcze większą skalę – szczególnie biorąc pod uwagę złożoność wenezuelskiej polityki, zakorzenienie przestępczości zorganizowanej oraz obecność interesów chińskich i rosyjskich, które sprzeciwiałyby się jakiejkolwiek ugodzie narzuconej przez USA. Wydaje się, że Trump próbuje stworzyć własną wersję poprawki Roosevelta, ponownie ustanawiając dominację USA w hemisferze poprzez użycie siły. Paralela ta jest pouczająca, ale niepełna. Doktryna Theodore’a Roosevelta z 1904 roku, mimo swojej imperialnej arogancji, przynajmniej oferowała pewne uzasadnienie normatywne: Stany Zjednoczone miały interweniować, by zagwarantować stabilność i zapobiec wykorzystaniu słabości Ameryki Łacińskiej przez mocarstwa europejskie. Podejście Trumpa działa natomiast w próżni normatywnej. Angelo Biazus Marin Kramer jest doktorantem nauk politycznych i administracyjnych na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego praca badawcza koncentruje się na normatywnym wpływie Unii Europejskiej w Ameryce Łacińskiej, w szczególności poprzez studium porównawcze środowisk instytucjonalnych na Kubie i w Brazylii.Poza oskarżeniem o stworzenie narkopaństwa – kwestionowanym zresztą przez wiele rządów Ameryki Łacińskiej – nie ma tu żadnej szerszej zasady, żadnego odwołania do solidarności hemisferycznej, żadnego pozoru działania w imię porządku regionalnego, żadnego odniesienia do prawa międzynarodowego. To czysta polityka siły – i Latynosi doskonale to dostrzegają. Prezydent próbuje zastawić pułapkę na Maduro, ale w braku legitymacji normatywnej pułapka ta może łatwo obrócić się przeciwko niemu.

new.org.pl


W przeciwieństwie do wielu komentatorów, uważam że Amerykanie są dzisiaj dużo słabsi, niż na początku tego roku. 

Jest to osobista zasługa Donalda Trumpa i jego administracji. Zamiast uczynić Amerykę wielką, ciągną ją na samo dno i to nie w perspektywie krótko, a długoterminowej. W tym właśnie problem. Dlatego "efektu Trumpa" nie da się przeczekać.

A jeszcze w styczniu, Stany Zjednoczone były słabnącą dominującą potęgą, której przewagi ulegały miarowej redukcji, ale jako przywódca Zachodu zachowywały dużą manewrowość pozwalającą im na mitygowanie własnych słabości wsparciem sojuszników. Jednakże Donald Trump postanowił ten atut odrzucić, przy okazji otwarcie rezygnując z roli hegemona.

Rozbudowane narzędzia "soft power", szerokie programy pomocowe oraz liczne instytucje pozwalały kształtować percepcję i naginać świat do amerykańskiej woli. Twarda siła mogła się kurczyć, ale szerokie wpływy nadal ściągały lejce, gdy rewizjonizm próbował pójść w galop. Tego już nie ma. Dzisiaj to nie Rosja, a Unia Europejska określana jest mianem amerykańskiego przeciwnika na arenie międzynarodowej.

Brutalność z jaką Waszyngton potraktował niedawnych partnerów, szantaż, kwestionowanie zobowiązań, uprawianie koncertu mocarstw kosztem słabszych, bezpowrotnie zniszczyły amerykańską wiarygodność przez dekady budowaną mozolną pracą dyplomatów. Dzisiaj USA są jedynie jednym z mocarstw, bardzo szybko słabnącym wobec Chin i Rosji (sic!), podobnie jak one rewizjonistycznym.

Nie da się także pominąć oczywistego faktu, że trumpowska administracja otwarcie implementuje mechanizmy korupcyjne. W relacjach międzynarodowych najlepszą walutą jest często prywatna korzyść Trumpa lub jego rodziny. Bliskość z wielkim biznesem przywodzi na myśl klasyczne cechy plutokracji, rządy bogatych. To nie są cechy, które kultura Zachodu mogłaby traktować za wzór.

Radykalne osłabienie nastąpiło też w polityce krajowej. Jest to pierwsza w historii administracja w dużej mierze złożona z dyletantów, osób całkowicie pozbawionych kompetencji do sprawowania urzędu. Czystki przeprowadzone w instytucjach, urzędach, służbach i wojsku usunęły tysiące ludzi osłabiając sprawność administracji państwowej, a także rozszczelniły system narażając go na wrogą penetrację.

Prezydent rządzi rozporządzeniami wykonawczymi pomijając Kongres, co doprowadza do erozji systemu politycznego. Niezależnie od tego czy chodzi o masowe cła, wyprowadzenie wojska na ulicę w celu utrzymania porządku, czy atak na bliżej niezidentyfikowane łodzie u wybrzeży Wenezueli, w sądach toczą się batalie prawne podważające legalność tych działań. To próba powstrzymania pochodu ku praktykom autorytarnym i reakcja niezachwianego dotąd systemu "checks&balances".

Wszystkie te wzajemnie nachodzące na siebie okoliczności potęgowane są jeszcze przez osobowość Donalda Trumpa, patologicznego narcyza o skrajnie ograniczonej wiedzy o świecie, za to ogromnym przekonaniu o własnej nieomylności. O ile w pierwszej kadencji jego zachowanie było ograniczane przez kompetentną administrację, tak tym razem ma on pełną swobodę działania i to niestety widać.

Jak na razie USA przegrały kolejny etap wojny handlowej z Chinami, straciły buławę przywódcy Zachodu, wyalienowały sojuszników i przywróciły koncert mocarstw współgrając z państwami, które działają na ich szkodę. Trump jest fałszywie chwalony, a tak naprawdę stanowi pośmiewisko, co radykalnie niweluje jakikolwiek efekt odstraszania. 

Kolejne "umowy pokojowe" sypią się krótko po ich podpisaniu - Tajlandia/Kambodża, Rwanda/Kongo. Nie inaczej będzie z tą forsowaną wobec Ukrainy. Rosja jedynie eskaluje żądania, a Chiny są coraz mocniej przekonane o własnej potędze. W tym tempie konflikty zaczną bardzo szybko wybuchać w całym pograniczu strefy wpływów. Razem z destabilizacją globu, proliferacja broni jądrowej to tylko kwestia czasu.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Cesarz jest nagi. Wiedzą o tym nasi przeciwnicy i już zacierają ręce. Nas jednak nie stać na komfort życia w poczuciu, że jest "bardzo dobrze". Lepiej przejrzeć na oczy.

x.com/FilippDM

sobota, 13 grudnia 2025



Frey w swojej książce bierze pod lupę paradoks niezwykle interesujący i irytujący zarazem. Innowacje technologiczne napędzają wzrost gospodarczy, ale tak rozumiany postęp nie jest przecież ani stały, ani nieuchronny – to wiemy z historii, bowiem to stagnacja jest normą, a nie dynamiczny rozwój. Niektóre cywilizacje gwałtownie się rozwijają przez pewien czas, podczas gdy inne w tym samym momencie dziejowym wpadają w stagnację lub upadają. A te, które niegdyś gwałtownie się rozwijały, nagle z jakichś przyczyn zatrzymują się na wiele wieków. Dlaczego tak się dzieje? W jaki sposób kończy się postęp?

Frey stara się odpowiedzieć na te pytania. Przygląda się przede wszystkim interakcjom między instytucjami politycznymi a gospodarczymi – tam rodzi się napięcie i swoista walka między centralizacją a decentralizacją. „Scentralizowane zarządzanie biurokratyczne jest najbardziej korzystne dla wykorzystania nisko wiszących owoców technologicznych i przyspieszania nadrabiania zaległości technologicznych. Systemy zdecentralizowane są lepsze do eksploracji nowych ścieżek technologicznych” – napisał. W ramach walki między centralizacją a decentralizacją wyłania się na pewien czas „zwycięzca”, przy czym Frey podkreśla nieprzewidywalne wyniki końcowe tej „walki” dla społeczeństw i biznesów.

Niezmiernie interesujące jest to, że Frey przedstawia rozwój technologiczny jako proces cykliczny. Scentralizowane systemy społeczne w dość szybkim tempie skalują technologie, a systemy zdecentralizowane są lepiej przystosowane do eksperymentowania. Wyzwaniem dla społeczeństw jest płynne przechodzenie z jednej fazy do drugiej. Brak płynnego przejścia między innowacją a jej implementacją prowadzi do stagnacji. Stąd bierze się cykliczność rozwoju technologicznego – z niedoskonałości systemów społecznych w zakresie adaptacji innowacji.

A co z ludźmi? W końcu za każdą innowacją ktoś stoi, każda ma jakąś personifikację. Owszem, genialni wynalazcy są ważnym ogniwem postępu, ale najważniejszym jest sieć relacji społecznych, po której krąży wiedza, o czym przekonuje autor książki. Podkreśla też, że bez wiedzy nie ma innowacji. To ona jest bowiem jej niezbędnym elementem, a nie geniusze.

Przykład? Początkowo może on zaszokować, wydać się błahy lub zbyt wydumany, jednak dopiero po czasie można dojść do wniosku, że jest trafiony. Oto Frey przekonuje, że niezwykle ważnym momentem dla Starego Kontynentu było przybycie nań… kawy. Pojawienie się jej – nie tylko pod postacią ziaren, ale głównie jako gorącego naparu – spowodowało nie tylko wytworzenie się w masach upodobania do nowego rodzaju napoju, lecz również do zaistnienia zaczątków nowego stylu życia w nowym rodzaju przestrzeni, jakim były kawiarnie. Dość szybko stały się one punktem spotkań, a więc i wymiany informacji. To właśnie tam kupcy spotykali naukowców oraz urzędników i wszyscy mieszali się w atmosferze sprzyjającej fermentowi intelektualnemu. Ekonomista zwraca również uwagę na to, że w Ameryce rozwinęła się nie kultura kawiarniana, lecz kultura saloonu (karczmy), co nie sprzyjało środowisku przyjaznemu innowacjom, a to w XVIII w. i na początku XIX w. dawało technologiczną przewagę Staremu Kontynentowi.

(...)

Ostatnie rozdziały „How Progress Ends” zwracają się ku „konikowi” Freya, czyli sztucznej inteligencji. Również i w tym temacie unika on narracji deterministycznych. Według niego to nie jest tak, że AI będzie doskonałą odpowiedzią na problemy instytucjonalne czy to USA, czy Chin, czy też na Wielkie Spłaszczenie. Sprawna adaptacja społeczeństw i biznesu do sztucznej inteligencji – jak sugeruje naukowiec – zależy głównie od dwóch czynników: elastyczności instytucjonalnej i dyspozycji (gotowości) kulturowej. Przekonuje też, że niektóre społeczeństwa zintegrują AI dość szybko, podczas gdy inne zrobią to bardziej nieśmiało, a rezultaty przyjęcia tych postaw będą się odpowiednio różnić.

Frey przekonuje, że jeśli zatem w przyszłości ludzkość chce iść naprzód, a nie stać w miejscu, to powinna postawić na otwartość, decentralizację i konkurencję — nawet kosztem krótkoterminowej nieefektywności gospodarczej. I nie ma jednej uniwersalnej drogi prowadzącej do innowacyjnej gospodarki, konieczna jest równowaga między zdecentralizowaną innowacją a scentralizowaną implementacją oraz ciągła adaptacja części składowych organizmu społeczno-gospodarczego do nowych rozwiązań.

obserwatorfinansowy.pl


Okiem 🇷🇺 przeciwnika

Poniżej macie tłumaczenie dosyć ciekawego wpisu 🇷🇺 mil-blogera "Zapiski Weterena", na temat sytuacji na foncie z ich perspektywy 👇

"O priorytetowych celach na polu walki

Jakkolwiek może to brzmieć paradoksalnie, dziś głównym zagrożeniem dla naszych związków ofensywnych nie jest ani sprzęt, ani umocnione rejony przeciwnika, lecz uderzeniowe i rozpoznawcze zespoły BSP (dronów) oraz operacyjna żywa siła przeciwnika. Front stał się technologiczny, a kluczowe straty powoduje właśnie „wojna dronowa”.

Zagrożenie nr 1 – operatorzy BSP.

Drony zapewniły „przezroczystość” pola walki i stały się głównym środkiem rażenia. Według niektórych szacunków odpowiadają dziś za ponad 70% strat. Dwa zespoły FPV, pozostając niewykryte, są w stanie zatrzymać natarcie całej BTG i zniszczyć cały jej sprzęt. Priorytetowym zadaniem jest obecnie ich wykrywanie i neutralizacja. Wielu dowódców na poziomie taktycznym już to rozumie.
Niestety na poziomie operacyjnym świadomość ta wciąż nie jest pełna.

Zagrożenie nr 2 – żywa siła w pobliżu linii styczności.

Skupiska piechoty przeciwnika to kluczowy zasób do kontrataków, obrony i rotacji. Bez nich linia się załamie. Uderzenia na nie muszą być precyzyjne i systematyczne. Przykładowo, należy przekierować zespoły uderzeniowych BSP na ciągłą pracę właśnie przeciw żywej sile i punktom ogniowym. Celem jest pozbawienie przeciwnika możliwości operacyjnego podciągania rezerw na pierwszą linię.

Dlaczego to ważniejsze niż samo niszczenie sprzętu?

Zniszczony czołg to strata. Zniszczony zespół BSP albo przygotowana grupa szturmowa to utrata zdolności bojowych na konkretnym odcinku. Przeciwnik produkuje drony już w milionach, natomiast wyszkolenie nowego, wykwalifikowanego operatora lub zmotywowanej piechoty jest trudniejsze i bardziej czasochłonne.

Współczesna taktyka wymaga przesunięcia priorytetu rażenia ogniowego na dwa cele:
  1. systemy zapewniające rozpoznanie i precyzyjne uderzenia (operatorzy BSP);
  2. żywą siłę, która te uderzenia realizuje w terenie.
Bez tego każde natarcie będzie dla nas nadmiernie kosztowne."

Źródło wpisu: https://t.co/caFGO56OIz

x.com/War_Gang_

piątek, 12 grudnia 2025



Ukraiński 2. Korpus Chartija poinformował 12 grudnia, że siły ukraińskie przeprowadziły udany kontratak, aby ustabilizować sytuację w kierunku Kupiańska i wyzwoliły Kindraszywkę i Radkówkę (oba na północ od Kupiańska) oraz okoliczne lasy, wyzwoliły obszary w północnym Kupiańsku i przedarły się do rzeki Oskił, przecinając rosyjskie naziemne linie komunikacyjne (GLOC) do rejonu Kupiańska. Ukraiński 2. Korpus stwierdził, że według stanu na 12 grudnia siły ukraińskie otoczyły w Kupiańsku około 200 rosyjskich żołnierzy. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski opublikował swoje zdjęcie na południowo-zachodnich obrzeżach Kupiańska, wzdłuż autostrady P-07 Kupiańsk-Szewczenkow, 12 grudnia — wskazując, że siły ukraińskie prawdopodobnie odepchnęły siły rosyjskie znacznie dalej od tego obszaru. Materiał geolokalizowany opublikowany 12 grudnia pokazuje także siły ukraińskie działające w całym Kupiańsku. Inne źródła rosyjskie i ukraińskie potwierdziły ukraiński kontratak. Źródło podobno powiązane z ukraińskim wywiadem wojskowym podało, że siły ukraińskie otoczyły siły rosyjskie w Kupiańsku, oczyściły północno-zachodni Kupiańsk i wyzwoliły Myrowe, Kindraszywkę i Radkiwkę. Źródło wskazało, że siły rosyjskie nadal utrzymują Holubiwkę (na północ od Kupiańska). Rosyjski milbloger twierdził, że siły ukraińskie rozpoczęły infiltrację północno-zachodnich obrzeży Kupiańska z Myrowa (na północny zachód od Kupiańska) i Radkówki, co wskazuje, że siły ukraińskie również wyzwoliły Myrowe. Milbloger zauważył, że siły rosyjskie nie kontrolują wschodniego Kupiańska i że rzeka Oskił (przepływająca przez Kupiańsk) komplikuje rosyjskie wysiłki dotarcia do środkowego Kupiańska. Inni rosyjscy milblogerzy twierdzili, że siły ukraińskie przeprowadziły kontratak i poczyniły pewne postępy, ale odrzucili zakres obserwowanych ukraińskich natarć. 16 listopada Ukraińska Grupa Zadaniowa Połączonych Sił poinformowała, że rozpoczęła wysiłki mające na celu odparcie rosyjskiego natarcia w kierunku Kupiańska, a te ostatnie natarcia są prawdopodobnie wynikiem wielotygodniowych wysiłków na rzecz odbicia Kupiańska.

understandingwar.org

Sytuacja w rejonie Siewierska, część VI. Zdobycie miasta przez rus 3 Armię. Odwrót ukr XI Korpusu w rejon: Zakitne - Riznykiwka. 

Wczoraj  jednostki rus 3 Armii (6, 88 i 123 Brygady Strzelców Zmot) po  trzydniowych niezbyt intensywnych walkach ze strażami tylnymi 54 BZ zajęły zach część Siewierska. Oddziały ukr brygady opuściły zajmowane dotąd pozycje wzdłuż pasma wzgórz przy zach brzegu rz. Bachmutowki i wycofują się na zachód. Docelowo zajmują zapewne linie obrony w rejonie Zakitne - Riznykiwka, w oparciu o wzg.170 (Wzgórze Szczurowskie - 48.893611,37.96000) położone tuż przy płd skraju Zakitne oraz wzgórze 156 ((48.875980, 37.982870), rozciągające się wzdłuż zach zbocza Wąwozu Żydkowskiego. Choć nie ma jeszcze potwierdzeń wydaje się że oddziały sąsiedniej 10 Górskiej Brygady Szturmowej opuściły także zajmowany dotąd rejon wzg. 137 na wsch od Zwaniwki. 

Front w rejonie Siewierska stanowił pewnego rodzaju fenomen w całym Donbasie. Od grudnia 2022 r. do wiosny 2025 ukr linia obrony nie uległa tam praktycznie żadnym większym zmianom. Broniąca Siewierska przez te wszystkie lata grupa taktyczna ukr wojsk (54 BZ, 10 Górska Brygada Szturmowa, 81 Brygada Aeromobilna, 4 Brygada GN "Rubież"), wchodząca w skład OTG "Ługańsk", co kilka miesięcy z łatwością odpierała kolejne duże natarcia rus 3 Armii (6,7, 88, 123 Brygady Strzelców Zmot) zadając jej bardzo duże straty. W ubiegłym roku desperacja rus dowództwa tej armii w celu wykazania się jakimiś sukcesami była tak duża, że zaczęło ono na masowa skalę oszukiwać w raportach swój Sztab Generalny i MON. Skończyło się wykryciem oszustwa i dużym skandalem, po którym posypały się głowy dowódców walczących tam brygad i samej 3 Armii.

Przyczyny zdobycia Siewierska przez 3 Armią są jasne i oczywiste. Wiosną 2025 Grupa Taktyczna "Siewiersk" została znacznie osłabiona. Walcząca w jej składzie 4 Brygada GN "Rubież" została wycofana na zaplecze w celu odbudowy. Mająca ją zastąpić 153 BZ wyładowywała się już z pociągów w rejonie Słowiańska, gdy nagły rozkaz gen. Syrskiego skierował je na kierunek Nowopawliwki. Potem K-2, przekształcony w pułk oddział dronowy 54 BZ  - jeden z najlepszych w całej ZSU - wszedł w skład "Armii Dronów", samodzielnego zgrupowania dronowego wymyślonego w gabinetach kancelarii Zelenskiego w celach pr-owych. Choć część pododdziałów K-2 pozostała na froncie siewierskim plotki głosiły, że najlepsi i najbardziej doświadczeni operatorzy dronów zasili szeregi drugiej części pułku walczącej w składzie "Armii Dronów", ponieważ płacono tam zdecydowanie lepiej. Jednocześnie osłabiona wieloletnimi walkami 54 BZ stanowiącą rdzeń obrony w rejonie Siewierska otrzymywała niewielkie uzupełnienia stopniowo tracąc gotowość bojową. Finał tych wszystkich działań gen. Syrskiego nastąpił wczoraj.

x.com/Thorkill65


Prezydent Rosji Władimir Putin odbył 11 grudnia wirtualne spotkanie z dowódcami różnych szczebli Rosyjskiej Połączonej Grupy Sił, podczas którego dowódca rosyjskiego południowego zgrupowania sił generał porucznik Siergiej Miedwiediew stwierdził, że elementy rosyjskiej 3. Armii Połączonej (CAA, Południowy Okręg Wojskowy [SMD]) zajęły Siwiersk. Dowódca 3. CAA, generał porucznik Igor Kuzmenkow, twierdził, że siły rosyjskie flankowały Siwiersk od północy i południa, aby odciąć ukraińskie naziemne linie komunikacyjne (GLOC) i uniknąć działań wojennych w miastach, i w dużym stopniu polegały na dronach, artylerii i nalotach, aby ułatwić natarcie w pobliżu i w obrębie Siwierska. Chociaż geolokalizowane materiały opublikowane 11 grudnia wskazują, że siły rosyjskie prawdopodobnie zajęły wschodni Siwiersk, zajęcie zachodniego Siwierska przez Rosję pozostaje niepotwierdzone. Rzecznik ukraińskiego 11. Korpusu Armii (AC) podpułkownik Dmytro Zaporożec odrzucił twierdzenia Rosji o zajęciu Siwierska 11 grudnia i stwierdził, że walki trwają w całym Siwiersku i że siły rosyjskie wykorzystują niemal ciągłe złe warunki pogodowe do przedostania się do miasta. Ukraińska brygada działająca w kierunku Siwierska również poinformowała, że siły rosyjskie wykorzystują złą pogodę do infiltracji w małych grupach i ostentacyjnego podnoszenia flag, aby zapewnić, że siły rosyjskie kontrolują teren i podejmują wysiłki informacyjne — zgodnie z oceną ISW, że siły rosyjskie polegają na podnoszeniu flag, aby ubiegać się o postęp na obszarach, gdzie siły rosyjskie przeprowadziły misje infiltracyjne w małych grupach i nie ustaliły trwałych pozycji. Niektórzy rosyjscy milblogerzy twierdzili również 10 i 11 grudnia, że siły ukraińskie utrzymują obecność w Siwiersku, ale siły rosyjskie kontrolują co najmniej 90 procent Siwierska.


Miedwiediew twierdził Putinowi, że rzekome zajęcie Siwierska przez Rosję stwarza warunki dla rosyjskiego ataku na Słowiańsk, najbardziej wysunięty na północ kraniec ukraińskiego Pasa Twierdzy w obwodzie donieckim, aby przedstawić Rosję jako zdolną do natychmiastowego i szybkiego natarcia na północną część Pasa Twierdzy. Siłom rosyjskim brakuje jednak co najmniej kilku miesięcy do rozpoczęcia ofensywy, przeprowadzającej ataki naziemne na Słowiańsk. Siły rosyjskie musiałyby dokończyć zajęcie Łymanu i przesunąć się 14 kilometrów z Łymanu do Słowiańska (w tym przekroczyć rzekę Siwierski Doniec) lub przejechać 30 kilometrów z Siwierska do Słowiańska, zanim zaatakują samo miasto. Rosyjskie wysiłki na rzecz Łymana i Siwierska trwały lata. Siły rosyjskie próbują nacierać na Siwiersk od upadku Siewierodoniecka i Łysyczańska na początku lipca 2022 r i zajęło siłom rosyjskim 41 miesięcy posunięcie się 19 kilometrów z zachodnich obrzeży Łysyczańska do centrum Siwierska. Siły ukraińskie wyzwoliły Łyman na początku października 2022 r. podczas udanej kontrofensywy wrzesień-październik 2022 r. i od tego czasu siły rosyjskie próbują odbić miasto. Dopiero po jednym lub obu tych natarciach siły rosyjskie będą mogły rozpocząć bezpośredni atak na Słowiańsk, a prawdopodobnie siłom rosyjskim zajmie rok, zanim dokonają takiego natarcia w obecnym tempie na tym obszarze. W przeszłości siłom rosyjskim zajęło kilka miesięcy zajęcie stosunkowo dużych obszarów miejskich, w tym Bachmutu, Chasiw Jaru i Pokrowska — których zajęcie nie zostało jeszcze zakończone — a zajęcie Słowiańska po dotarciu do niego prawdopodobnie zajęłoby kolejne kilka miesięcy. Kreml próbuje przedstawić siły rosyjskie jako bezpośrednio zagrażające północnej części Pasa Twierdzy w ramach szerszych wysiłków mających na celu przedstawienie sił rosyjskich jako dokonujących znaczących jednoczesnych postępów w całym teatrze działań, w wyniku czego linia frontu nieuchronnie się zawala.


(...) Putin odbył w ostatnich tygodniach kilka spotkań z rosyjskimi dowódcami wojskowymi, aby fałszywie zawyżać twierdzenia o rosyjskich postępach w różnych odcinkach linii frontu, w tym w kierunku wowczańskim w północnym obwodzie charkowskim, kupiańskim we wschodnim obwodzie charkowskim, pokrowskim w obwodzie donieckim i kierunek hulajpolski we wschodnim obwodzie zaporoskim. Urzędnicy ci wygłaszali przesadne twierdzenia o postępach na każdym spotkaniu, a rosyjscy ultranacjonalistyczni milblogerzy odrzucili wiele z tych twierdzeń jako zawyżone. Kreml próbuje wykorzystać te twierdzenia, aby przedstawić rosyjskie zwycięstwo militarne na Ukrainie jako nieuniknione, tak aby Zachód przestał wspierać Ukrainę i nakłonił Ukrainę do kapitulacji przed żądaniami Rosji. Sytuacja na polu bitwy jest poważna w kilku sektorach linii frontu, ale linia frontu nie załamuje się. Siły rosyjskie nie były w stanie utrzymać taktycznie znaczących zysków na więcej niż kilku obszarach pola bitwy jednocześnie, a na kilku obszarach rosyjski postęp pozostaje w stagnacji, w tym na południowej Ukrainie i w północnym obwodzie sumskim. Siłom rosyjskim udało się osiągnąć taktycznie znaczące zyski w niektórych sektorach linii frontu, głównie dzięki wielomiesięcznym wysiłkom mającym na celu osiągnięcie skutków częściowego zakazu powietrznego na polu bitwy (BAI) w tych sektorach i degradację ukraińskiej obrony przed zintensyfikowanymi operacjami naziemnymi.

(...)

Siły rosyjskie osiągają jedynie zyski taktyczne na większości teatru działań. ISW ocenia, że na teatrze działań istnieje około 16 odrębnych obszarów taktycznych i kierunków operacyjnych. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że w 2025 r. siły rosyjskie przesunęły się dotychczas o 4652,2 km2, z czego prawie 80 procent miało miejsce tylko w sześciu kierunkach: kierunek Łyman, Kostyantyniwka, Pokrowsk, Nowopawliwka, Oleksandriwka i Huliajpole. Siły rosyjskie zajęły dotychczas w 2025 r. 964,01 km2 w pozostałych 10 kierunkach, co stanowi zaledwie około 21 procent całkowitego rosyjskiego natarcia. Kierunki te obejmują kierunki Sumy, północny obwód charkowski i Wielki Burluk, gdzie siłom rosyjskim nie udało się osiągnąć znaczących zysków pomimo szeroko nagłośnionych wysiłków na rzecz utworzenia “stref buforowych” w pobliżu granicy ukraińsko-rosyjskiej, oraz kierunek chersoński, gdzie siły rosyjskie pozostają w stagnacji, ponieważ udana ukraińska kontrofensywa zmusiła je do wycofania się z zachodniego (prawego) brzegu obwodu chersońskiego w listopadzie 2022 r. Siły rosyjskie poczyniły najbardziej dramatyczne postępy w kierunkach Pokrowsk, Nowopawliwka i Oleksandriwka — gdzie siły rosyjskie skoncentrowały się w dwóch połączonych armiach, każda o mocy bojowej, i poświęciły dużo czasu i wysiłku na natarcie. Rosyjskie dowództwo wojskowe nie jest w stanie jednocześnie przeznaczyć siły roboczej i zasobów niezbędnych do poczynienia podobnych postępów w całym teatrze działań, a nawet najbardziej rozległe rosyjskie postępy są ograniczone do tempa. Siłom rosyjskim nie udało się zatem osiągnąć znaczących zysków w żadnym kierunku bez znaczącego zaangażowania sił wzdłuż stosunkowo wąskich obszarów taktycznych i operacyjnych, co pokazuje, że rosyjskie natarcie nadal koncentruje się na kilku wąskich obszarach linii frontu, a nie na szerokim natarciu, jakie Kreml promuje. Kreml w dalszym ciągu angażuje się w systematyczne wysiłki w zakresie wojny poznawczej, mające na celu uwydatnienie rosyjskich postępów poprzez przesadne twierdzenia o zyskach i misje infiltracyjne podnoszące flagi, próbując przedstawić je jako radykalny, szeroko zakrojony atak mający na celu fałszywe przedstawienie linii frontu jako zapadającej się w całym teatrze działań, wbrew wszelkim dostępnym dowodom.


understandingwar.org


— Jeśli gen. Bryś nie przysypia na posiedzeniach komitetu ds. bezpieczeństwa, to być może ma słabą pamięć, albo nie chce mu się robić notatek z tych spotkań. Innej możliwości nie widzę — słyszymy od jednego z urzędników MON.

Wspomniany gen. Mirosław Bryś to wiceszef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. To on — jak słyszymy — najczęściej reprezentuje głowę państwa w trakcie posiedzeń Komitetu Rady Ministrów ds. Bezpieczeństwa Narodowego. Nie może tego robić szef BBN Sławomir Cenckiewicz, który nie ma dostępu do informacji tajnych.

— Cenckiewicz nie zostałby nawet wpuszczony na takie posiedzenie — mówi nam człowiek z resortu obrony.

Komitetem kieruje wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. To on w ub. środę ogłosił, że Polska zamierza przekazać Ukrainie pozostające jeszcze w służbie MiG-29. Jak tłumaczył minister, samolotom kończy się okres gwarantowanej sprawności technicznej i wkrótce przestaną one być używane operacyjnie.

Wycofanie pozostałych MiG-29 oznaczałoby koniec eksploatacji poradzieckich myśliwców w polskich Siłach Powietrznych. Ich miejsce w systemie obrony zajmują już koreańskie FA-50, a w 2025 r. do Polski mają trafić pierwsze F-35. Obecnie trzon polskiej floty stanowią F-16, rozmieszczone w Łasku i Krzesinach.

W zamian za wycofane maszyny Polska liczy na dostęp do ukraińskich technologii dronowych i antydronowych oraz możliwości ich transferu do polskiego przemysłu. Byłaby to kolejna donacja tego typu maszyn — połowę floty przekazano Ukrainie w 2023 r.

Ta deklaracja wywołała reakcję Pałacu Prezydenckiego. Otoczenie głowy państwa zaczęło przekonywać, że Karol Nawrocki nic na ten temat nie wiedział. Tymczasem minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz przekonywał wczoraj, że sprawa MiG-ów była omawiana dwukrotnie na posiedzeniach wspomnianego komitetu [16 września i 4 listopada].

W odpowiedzi na deklarację MON prezydent Nawrocki stwierdził podczas wizyty na Łotwie 11 grudnia, że "musiał nastąpić jakiś błąd", bo on takiej informacji nie dostał — co potwierdził w BBN. Zdaniem Kosiniaka-Kamysza prezydencka administracja "wprowadza opinię publiczną w błąd", a w Kancelarii Prezydenta "panuje bałagan".

Sam generał Bryś na platformie "X" opublikował wpis okraszony wieloma wykrzyknikami, w których starał się przekonać, że w trakcie posiedzeń komitetu sprawa była poruszona w "lakonicznych" słowach.

Tym samym jednak przyznał, że informacja była. We wspomnianym wpisie grzmiał również, że nie było mowy o szczegółowym harmonogramie, czy danych dotyczących pakietu uzbrojenia. Nie jest jasne, dlaczego tych pytań nie zadał na spotkaniach komitetu.

Rozmawialiśmy na ten temat z trzema wysoko postawionymi urzędnikami MON i Kancelarii Premiera. Nasi rozmówcy podkreślają, że prezydent nie ma żadnych kompetencji w zakresie przekazania MiG-ów do Ukrainy. Jego zgoda nie jest konieczna, by taki sprzęt oddać. Kluczowe jest jednak co innego.

— Tu chodzi o zaledwie kilka sztuk tych samolotów. Pierwsza partia kończy służbę już za kilka tygodni i będziemy je sukcesywnie przekazywać. My i tak byśmy na nich nie latali, bo nie mamy ich już jak modernizować. Oryginalne części musielibyśmy zamawiać z Rosji albo krajów z nią kooperujących, a to ze względu na sankcje jest praktycznie niemożliwe. Chyba lepiej, że te maszyny będą osłabiać rosyjskie wojsko, zamiast rdzewieć w polu? — mówi nam jeden z urzędników.

Pytamy też o to, skąd tak ostra krytyka ruchu rządu w tej sprawi.

— Po pierwsze, jest to pokaz niekompetencji ze strony otoczenia prezydenta. Wszystkie informacje, które "duży" pałac może i chce mieć, dostaje. Zresztą dyskusje na komitetach są najczęściej bardzo merytoryczne. Próbują więc przykryć własną nieudolność. Po drugie, ktoś najwidoczniej przyjął taktykę, że cokolwiek ten rząd zrobi, to jest źle. Po trzecie jednak wiele wskazuje na to, że w otoczeniu prezydenta tli się jakiś personalny konflikt i to się objawia właśnie jakimiś wewnętrznymi problemami komunikacyjnymi. Jest tam kilka grupek i często jedni z drugimi nie rozmawiają — słyszymy.

W tle jest oczywiście czysta polityka. Prezydent Karol Nawrocki ewidentnie chce pokazać antyukraińskiej części swoich wyborców, że on zgłasza wotum separatum wobec "darmowej" pomocy dla Ukrainy i to nawet, jeśli nie powie tego wprost. To współgra z jego deklaracji od początku prezydentury.

Głowa państwa uważa, że Ukraińcy nie dość wyraźnie i często deklarują wdzięczność Polsce za pomoc po rosyjskiej agresji na ich kraj. Nawrocki nie chce też — wbrew zwykle szanowanemu dyplomatycznemu zwyczajowi — udać się na pierwsze spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim do Kijowa, choć ten pełni swój urząd o wiele dłużej niż polski prezydent. Wszystko wskazuje na to, że do takiego spotkania dojdzie niebawem w Polsce.

onet.pl