piątek, 12 grudnia 2025



Brukselczycy przekraczają Rubikon, nastała brukselska dyktatura; Węgry protestują przeciwko tej decyzji i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby przywrócić porządek prawny - napisał w piątek na Facebooku węgierski premier Viktor Orban, komentując najnowsze decyzje UE ws. zamrożonych rosyjskich aktywów.

"Dziś Brukselczycy przekraczają Rubikon. W południe odbędzie się głosowanie pisemne, które wyrządzi UE nieodwracalne szkody. Przedmiotem głosowania są zamrożone rosyjskie aktywa, w sprawie których państwa członkowskie UE głosowały dotychczas co sześć miesięcy i podejmowały decyzję jednomyślnie. Dzięki nowej procedurze brukselczycy jednym pociągnięciem pióra znoszą wymóg jednomyślności, co jest ewidentnie niezgodne z prawem" - napisał Orban na portalach społecznościowych.

W jego opinii zmiana podejmowania decyzji ws. rosyjskich aktywów jest "końcem praworządności w Unii Europejskiej". "Europejscy przywódcy stawiają się ponad regułami. Zamiast dbać o przestrzeganie traktatów UE, Komisja Europejska systematycznie gwałci prawo europejskie. Robi to, aby kontynuować wojnę na Ukrainie; wojnę, której ewidentnie nie da się wygrać" - ocenił węgierski premier.

"Wszystko to dzieje się w biały dzień, niecały tydzień przed posiedzeniem Rady Europejskiej. W ten sposób rządy prawa w Unii Europejskiej ustępują miejsca rządom biurokratów. Innymi słowy, nastała brukselska dyktatura" - podsumował Orban, zapewniając, że "Węgry protestują przeciwko tej decyzji i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby przywrócić porządek prawny".

W czwartek państwom UE udało się porozumieć w sprawie zamrożenia rosyjskich aktywów na stałe, bez konieczności podejmowania decyzji w tej kwestii co pół roku, za zgodą wszystkich stolic. Rozwiązanie przyjęła wyraźna większość państw członkowskich; oczekuje się, że postanowienie zostanie sfinalizowane w piątek.

PAP


Białoruski przywódca Alaksandr Łukaszenka spotkał się w piątek w Mińsku z wysłannikiem prezydenta USA Donalda Trumpa. Poprzednia wizyta amerykańskiej delegacji doprowadziła do uwolnienia kilkudziesięciu więźniów politycznych.

Rozmowy Łukaszenki z delegacją, której przewodził wysłannik Trumpa John Coale, odbywają się za drzwiami zamkniętymi - podało biuro prasowe białoruskiego przywódcy na Telegramie.

Gratulując Coale'owi funkcji specjalnego wysłannika Trumpa ds. Białorusi, Łukaszenka oznajmił: - Niech pan przekaże Trumpowi, że powinniśmy coś w związku z tym zrobić. I zrobimy.

Na początku spotkania Łukaszenka oświadczył też: - Trump podobno lubi pochlebstwa. Ale ja nie chcę się przypochlebić. Chcę powiedzieć, że jego działania w ostatnim czasie bardzo mi się podobają.

Według biura prasowego Łukaszenki planuje się, że rozmowy będą kontynuowane jeszcze w piątek.

Poprzednia wizyta amerykańskiej delegacji, również kierowanej przez Johna Coale'a, odbyła się we wrześniu i doprowadziła do uwolnienia 51 więźniów politycznych, w tym dwóch obywateli Polski. W zamian USA zniosły sankcje wobec białoruskich linii lotniczych Bieławia (Belavia).

Od tego czasu Centrum Praw Człowieka "Wiasna" zakwalifikowało jednak 157 kolejnych osób jako więźniów politycznych na Białorusi.

26 listopada agencja Reutera podała, powołując się na trzy źródła zaznajomione ze sprawą, że administracja Trumpa i władze Białorusi rozmawiają o możliwym uwolnieniu wkrótce co najmniej 100 przetrzymywanych w tym kraju więźniów politycznych. 

PAP
Rada Unii Europejskiej przygotowuje rozszerzenie nałożonych na Białoruś sankcji - podało Radio Wolna Europa. To odpowiedź na wywołany wykorzystywaniem balonów przemytniczych kryzys na Litwie. Sankcje mają być zatwierdzone w przyszłym tygodniu, wtedy też będą znane ich szczegóły.

Radio Wolna Europa podało, że w ostatni wtorek przedstawiciele państw członkowskich w Radzie Unii Europejskiej wstępnie uzgodnili, iż nałożone już na Mińsk sankcje zostaną rozszerzone.

Powodem są balony przemytnicze przylatujące z terenu Białorusi, za pomocą których przemycane są papierosy. Na przełomie listopada i grudnia br. Litwa, która najdotkliwiej odczuwa wykorzystywanie przez Mińsk balonów przemytniczych, zaproponowała UE wprowadzenie zakazu operacji z udziałem dziesięciu białoruskich banków (oprócz już obowiązujących ograniczeń), wprowadzenie nowych limitów na nawozy oraz zakaz importu białoruskiego oleju rzepakowego i soli.

Ustalony na szczeblu Rady UE wstępny projekt sankcji, jak poinformowało RWE, zakłada nałożenie ich na osoby i podmioty zagrażające "suwerenności lub niepodległości jednego lub kilku jej państw członkowskich". Obejmowałaby ona każdego, kto "planuje, kieruje, angażuje się, bezpośrednio lub pośrednio, we wspieranie lub w inny sposób ułatwia działania ukierunkowane na funkcjonowanie instytucji demokratycznych, działalność gospodarczą lub usługi świadczone w interesie publicznym". Zgodnie z projektem takie działania obejmują "nieuprawniony wjazd na terytorium państwa członkowskiego, w tym na jego przestrzeń powietrzną", a także "zakłócanie funkcjonowania infrastruktury krytycznej".

Formalne zatwierdzenie sankcji ma nastąpić w przyszłym tygodniu, wtedy też będą znane ich szczegóły.

Analitycy, z którymi rozmawiała PAP, przyznają, że Unia ma do dyspozycji pewne możliwości, które mogą być dotkliwe dla Białorusi.

Kamil Kłysiński z Ośrodka Studiów Wschodnich zwrócił uwagę, że Litwa, Łotwa i Polska posiadają ekonomiczną "broń atomową", jaką jest zamknięcie granic. - Jednak, żeby ta dotkliwość sankcji była skuteczna, blokada musiałaby trwać dłużej - zastrzegł ekspert.

29 października br. Litwa zamknęła przejścia z Białorusią na miesiąc, lecz zostały one otwarte po trzech tygodniach.

Z kolei Aleksandra Kuczyńska-Zonik z Katedry Systemów Politycznych i Komunikowania Międzynarodowego KUL i analityczka Instytutu Europy Środkowej specjalizująca się w krajach bałtyckich bardziej powściągliwie ocenia skuteczność tego narzędzia. - Kilka tygodni temu Litwa zamknęła granicę z Białorusią. Jaki był tego efekt? Musiała się z tego wycofać, bo Białoruś zamknęła przejścia po swojej stronie, zatrzymując litewskie ciężarówki. Tak oto sankcje nałożone przez Litwę na Białoruś odbiły się rykoszetem na obywatelach litewskich - przypomniała ekspertka. Oceniła, że wszelkie działania podejmowane do tej pory przez Wilno, jak wprowadzenie reżimu sytuacji ekstremalnej, to wyłącznie próby neutralizacji skutków poczynań Mińska.

Jej zdaniem bardziej skuteczne byłoby np. ograniczenie tranzytu z Białorusi do obwodu królewieckiego. Kuczyńska-Zonik przypomniała jednak, że Litwa, wchodząc do UE, zgodziła się na ten tranzyt. - Trzeba byłoby to ponownie przedyskutować na forum UE. Pozyskać poparcie dla takiego rozwiązania. A nie wszyscy jej członkowie podchodziliby do tego przychylnie. W każdym razie to trwa - przekonywała ekspertka i dodała, że jeśli Wilno podjęłoby takie działanie jednostronnie, mogłoby się to obrócić przeciwko niemu.

W ocenie Kłysińskiego sankcje bankowe i handlowe, jak blokowanie importu białoruskich nawozów azotowych, które nie są jeszcze objęte pełnym embargiem, również mogą przynieść pożądany skutek. Ekspert zwrócił uwagę, że Białoruś jednak nie funkcjonuje samodzielnie. Wspiera rosyjską agresję wobec Ukrainy, prowadzi wojnę hybrydową wobec Zachodu. Więc tak naprawdę to kraj będący na wojnie. A kraje na wojnie mają przede wszystkim cele wojenne. - Więc jeśli w Moskwie zostało postanowione, że teraz atakujemy, prowokujemy Litwę, to, czy Białoruś tego chce, czy nie, będzie to robić. Nawet kosztem interesów gospodarczych. Tym niemniej reakcja powinna być twarda, bo tylko takie sygnały rozumie Mińsk - przekonywał analityk OSW.

Radio Wolna Europa/Radio Swoboda podało, że według pragnących zachować anonimowość litewskich urzędników, z którymi rozmawiała rozgłośnia, od czerwca br. na terytorium Litwy z Białorusi wleciało łącznie 315 nieautoryzowanych balonów. Szczytowa aktywność nastąpiła w październiku - odnotowano 71 naruszeń.

Między październikiem a grudniem dwa największe litewskie lotniska - w Wilnie i Kownie - były tymczasowo zamykane 15 razy, co wpłynęło na ponad 320 lotów i obsługę ponad 45 tys. pasażerów. W litewskim portalu Delfi czytamy, że jeden balon przenosi zazwyczaj ładunek ok. 60 tys. sztuk papierosów. Jego wykrycie przez radary utrudnia fakt, że jest w stanie bardzo szybko osiągnąć znaczną wysokość, nawet 5 km.

Jak podaje prowadzony przez białoruskich opozycyjnych dziennikarzy śledczych serwis BuroMedia, Białoruś produkuje ok. 34 mld papierosów 
rocznie - to w przybliżeniu 1,7 mld paczek. Oficjalny eksport i sprzedaż na rynku krajowym pozwalają upłynnić połowę tej produkcji. Reszta ma być rozprowadzana nielegalnymi kanałami.

PAP


Sekretarz (minister) sił lądowych Stanów Zjednoczonych Dan Driscoll został odsunięty od negocjacji dotyczących Ukrainy przez szefa Pentagonu Pete'a Hegsetha - podał w piątek brytyjski dziennik "Telegraph". Zdaniem źródła, powodem tej decyzji miało być "zbyt duże przemęczenie" Driscolla.

"Dan Driscoll, uważany za wschodzącą gwiazdę Pentagonu, został wycięty przez coraz bardziej paranoicznie myślącego ministra wojny (Hagsetha)" - czytamy na łamach gazety.

Według źródeł, został on wyłączony z negocjacji pokojowych po tym, "gdy uznano, że przekroczył swoje uprawnienia". - Zauważono, że (Driscoll) trochę za bardzo się przemęczał i dostał po łapach - powiedziała osoba bliska sprawie.

"Telegraph" przypomniał, że Driscoll - to bliski przyjaciel wiceprezydenta J.D. Vance'a, a jego notowania w administracji prezydenta USA Donalda Trumpa szybko rosły. Mają go także cenić europejscy przywódcy za doświadczenie i opanowanie - stwierdził dziennik.

To właśnie Driscollowi powierzono w listopadzie zadanie przedstawienia prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu 28-punktowego, amerykańskiego planu, który zdaniem Trumpa miał doprowadzić do zawarcia pokoju między Rosją a Ukrainą. Spotkanie to zakończyło się niepowodzeniem, gdyż ukraiński przywódca odrzucił plan, nie godząc się na oddanie ukraińskich terytoriów Rosji.

Mimo wcześniejszych zapowiedzi Driscoll w grudnie nie przybył do Paryża, gdzie miał rozmawiać z Zełenskim i prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Nie odbył także kolejnej podróży do Kijowa.

"Przedstawiciele władz Ukrainy i Europy uważają, że nieobecność Driscolla jest częścią szerszej walki o kontrolę nad negocjacjami pokojowymi" - napisał brytyjski dziennik.

W listopadzie "Telegraph" ujawnił, że Driscoll jest uważany za faworyta na stanowisko następcy Hegsetha, gdyby tylko zwolnił się fotel szefa Pentagonu.

PAP


Nowe cła Donalda Trumpa to coś innego niż dobrze nam znany protekcjonizm stosowany od dekad przez kraje G7. Zamiast bowiem chronić konkretne sektory, nowe cła izolują całą amerykańską gospodarkę towarową od zagranicznej konkurencji.

Jest to wypisz, wymaluj logika XX-wiecznej industrializacji poprzez substytucję importu – strategii powszechnie wprowadzanej, a następnie powszechnie porzucanej, ponieważ przyczyniała się do wzrostu kosztów, spadku wydajności i osłabienia eksportu. Powstanie globalnych łańcuchów wartości sprawiło, że bariery celne zamiast chronić, zaczęły szkodzić. Od kiedy się pojawiły, nikt nie próbował industrializacji opartej na substytucji importu. To znaczy – z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych w 2025 r.

Stany Zjednoczone prowadzą obecnie śmiały eksperyment gospodarczy. Nazwijmy go „gospodarczym trumpizmem”. W swojej istocie jest on rozbrajająco prosty: odgrodzić tę część gospodarki USA, która wytwarza towary, od zagranicznej konkurencji i importowanych komponentów, a potem czekać na rozkwit narodowego przemysłu.

Żadnej wymyślnej polityki przemysłowej czy planowania w pocie czoła – koniec z przestarzałymi praktykami. Wystarczy jedna wielka, piękna bariera celna by uchronić Stany od drapieżnej konkurencji zza granicy. A wisienka na torcie? – zdaniem obecnej administracji amerykańskiej nie będzie to kosztować ani grosza. Wręcz przeciwnie, do państwowej kasy popłyną miliardy.

Czemu nazywam to eksperymentem? Przecież wszystkie państwa stosują cła?

Odpowiedź jest prosta: cła Trumpa to zupełnie coś innego niż znane nam daniny, które miały chronić wybrane sektory – prezydent otoczył barierą celną całą gospodarkę. A tego od dziesięcioleci żaden z krajów G7 nie próbował.

By lepiej zrozumieć różnicę, przywołajmy wymowny epizod z doświadczeń USA. W ramach handlowej utarczki z Europą, Stany Zjednoczone nałożyły 25-proc. cło na importowane pick-upy. Ponieważ był to odwet za przepisy europejskie zakazujące importu kurczaków ze Stanów, nazywa się je do dziś „kurzym cłem”. Zwykłe samochody mu nie podlegały, więc utargowano dla nich stawkę 2,5 proc.

Ta asymetria spowodowała zmiany w strukturze tego, co produkowano w Stanach (duże pickupy) oraz odwrót eksporterów do Stanów od pewnych produktów. Na przykład Toyota w zasadzie zarzuciła bezpośredni eksport pickupów do Stanów; zamiast tego rozpoczęła produkcję na miejscu, unikając w ten sposób ceł. Tak właśnie działają „wąskie” cła: powodują przesunięcia zasobów w wybranych sektorach.

Szerokie cła natomiast, obejmujące większość produkowanych dóbr, to coś kompletnie innego. Powodują one wzrost kosztów czynników produkcji w całej gospodarce, prowokują działania odwetowe partnerów oraz odpływ towarów na inne rynki, a ponadto prowadzą do swoistej inżynierii celnej (import przez kraje trzecie, zmiany kategorii czy cech produktu pozwalające na prześliźnięcie się przez celne sito). Takie cła to nie jest delikatny kuksaniec, to raczej cios wymierzony we wszystkich producentów w kraju, również tych, którzy starając się zachować konkurencyjność wykorzystują zagraniczne dobra pośrednie.

Wysokie i szeroko zakrojone cła w stylu Trumpa cieszyły się popularnością wśród krajów rozwijających się (tak nazywanych, gdy jeszcze były „na dorobku”) aż do lat 90. XX w. Prawie wszystkie wierzyły bowiem, że nakładanie ceł na wszystko i wszystkich było gospodarczym panaceum. I kiedy mówię „wysokie cła”, nie żartuję. Były to stawki, które przyprawiłyby Trumpa o (metaforyczny) rumieniec. Średnie cło USA ma niedługo wzrosnąć do około 20 proc. z obecnych 9 proc. (w 2024 r. było to mniej niż 3 proc.). To nic w porównaniu ze standardami krajów Ameryki Łacińskiej z lat 70. i 80. XX w.

Ówczesne eksperymenty z cłami à la Trump nie powiodły się, mimo pięknej teorii, która im przyświecała. Teoria ta, choć zdyskredytowana, była – i pozostała – nieodparta w swojej prostocie. Postulowała industrializację przez substytucję importu (ISI), a sformułowali ją w połowie XX w. m.in. Raúl Prebisch i Hans Singer.

Ekonomiczna strona teorii była dość prosta: w świecie, w którym popyt kreuje podaż, wprowadzenie wysokich ceł spowoduje przesunięcie popytu krajowego z towarów importowanych na towary produkowane lokalnie. Wzrost popytu z kolei przyczyni się do rozwoju przemysłu krajowego. I już! Industrializacja będzie postępować dzięki zastąpieniu (substytuowaniu) towarów importowanych towarami produkowanymi w kraju. Stąd też nazwa ISI.

Teoria ta miała swój wymiar polityczny – a raczej związany z poczuciem niesprawiedliwości – który sprawiał, że wiele osób gorąco ją popierało, sięgając po argumenty zarówno moralne, jak i gospodarcze.

Donald Trump twierdzi, że Stany Zjednoczone są ofiarą światowego systemu handlu. Właśnie w taki sposób szkoła „strukturalistyczna” postrzegała w swoim czasie gospodarkę światową (w wielu przypadkach ten stan trwa do dziś). Układ miał być „ustawiony” przez kraje kolonialne na niekorzyść krajów rozwijających się. W jednej z wersji bogaci stawali się bogatsi właśnie dlatego, że biedni stawali się biedniejsi.

Aby uniknąć pułapki handlu sprzyjającego nierównościom, zwolennicy rozwoju strukturalistycznego wymyślili tak prostą zasadę jak „gospodarczy trumpizm”: zaprzestać sprowadzania towarów zza granicy i produkować je w kraju pod osłoną barier celnych, a wynikiem tego będzie industrializacja (zob. Prebisch 1950 albo Wallerstein 1974).

Moi czytelnicy dostrzegą w tym zwiastun trumpowskiej „doktryny resentymentu”. Teoria systemów państw-światów Immanuela Wallersteina przedstawia globalną gospodarkę jako opartą na wyzysku strukturę „centrum-peryferie”. Bogate, uprzemysłowione centrum miało „zamrażać” peryferie w stadium niedorozwoju za sprawą kolonializmu, imperializmu i nierównej wymiany. Polityczny wniosek narzucał się sam: jeśli system jest zmanipulowany, jedynym rozwiązaniem jest odizolowanie krajowej gospodarki i wymuszenie industrializacji dekretami.

Nie było nic złego w uzasadnianiu wysokich i szerokich ceł argumentami ekonomicznymi czy emocjonalnymi. Problem tkwił w tym, że rzeczywistość odmawiała współpracy.

Oczywiście w niektórych branżach zadziałała sekwencja popyt-kreuje-podaż, dzięki czemu w początkowych latach wydawało się, że teoria się sprawdza. Substytucja importu produkcją w kraju sprawdziła się przykładowo w przemyśle lekkim (Balassa 1981, 1985). Gdy w grę wchodził natomiast bardziej zaawansowany przemysł ciężki (samochody, chemikalia, maszyny, elektronika itd.), to krajowy rynek był zbyt słaby, by wygenerować dostateczną podaż. Cła nie przyniosły spodziewanego skutku.

Zaledwie garstka krajów – w większości w Azji Wschodniej – zdołała dokonać znaczniejszej industrializacji. Te jednak nie stosowały ceł na ślepo. Łączyły selektywną ochronę z dyscypliną eksportu, kredytem pod egidą państwa i staranną koordynacją działań rządu oraz przedsiębiorstw. Ochrona miała charakter tymczasowy, warunkowy i była powiązana z efektywnością (Amsden, 1989).

Konsumenci płacili słono za towary niskiej jakości. Eksport był na bardzo niskim poziomie albo nie istniał. Z nastaniem lat 80. XX w. wiele krajów, które przyjęły ISI zaczęło kwestionować sens stosowania teorii z lat 50. w czasach nowoczesnej produkcji. 

(...)

Pod koniec XX w. protekcjonizm przemysłowy stał się źródłem destrukcji. Zmienił się bowiem – z punktu widzenia krajów rozwijających się – charakter industrializacji. Państwa te musiały zaprzestać stosowania wysokich ceł i ograniczania importu, obniżając cła po to, by przedsiębiorstwa z krajów G7 włączyły je do globalnych łańcuchów wartości (GVC).

Po rewolucji informatyczno-komunikacyjnej, poszczególne etapy produkcji nie mieszczą się przykładnie w granicach państwowych – obejmują one wiele krajów. Samochodów nie produkuje się w Stanach Zjednoczonych, ale w miejscu, które nazywam „fabryką Ameryka Północna”. Nie produkuje się ich w Niemczech, ale w „fabryce Europa”. I nie powstają w Japonii, ale w „fabryce Azja”. W latach 90. cały świat produkcji zmienił swoje oblicze.

W mojej książce z 2016 r., The great convergence: information technology and the New Globalization, nazwałem to „drugą dekonstrukcją globalizacji” (pierwsza nastąpiła wtedy, gdy towary przekroczyły granice; w ramach drugiej granice przekraczają fabryki i fachowa wiedza państw G7). Zjawisko to stało się później znane jako „rewolucja globalnych łańcuchów wartości”.

To właśnie zmiana charakteru globalizacji sprawiła, że kraje rozwijające się porzuciły powszechne i wysokie bariery celne.

To prowadzi nas z powrotem do 2025 r. W przeciwieństwie do krajów rozwijających się z lat 60. i 70. XX w., Stany Zjednoczone są w pełni uprzemysłowioną, wysokodochodową gospodarką. Nie ma więc potrzeby stosowania barier celnych, żeby wymusić industrializację. Wręcz przeciwnie: gospodarka USA polega na globalnych łańcuchach wartości, zaawansowanych usługach i zintegrowanych rynkach kapitałowych. Odizolowanie całego sektora przetwórstwa przemysłowego jest nie tylko niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe. Czyniąc tak, Stany Zjednoczone nakładają pęta własnym producentom, podnoszą ceny dla własnych konsumentów oraz wypychają inwestycje i innowacje za granicę.

obserwatorfinansowy.pl

czwartek, 11 grudnia 2025



3 grudnia Komisja Europejska (KE) wpisała Rosję na unijną listę państw wysokiego ryzyka („czarna lista”), które wykazują strategiczne braki w swoich systemach przeciwdziałania przestępczości finansowej. Formalnie decyzja ta wejdzie w życie w ciągu dwóch miesięcy od jej opublikowania, jeśli nie zostanie odrzucona przez Parlament Europejski i Radę Europejską. Objęcie Federacji Rosyjskiej (FR) ograniczeniami nastąpiło pomimo nieumieszczenia jej na podobnym wykazie przygotowanym przez międzynarodową Grupę Specjalną ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy (FATF), której UE jest członkiem założycielem.

Przeprowadzona przez KE ocena wykazała niestosowanie się Rosji do standardów FATF dotyczących m.in. niezależności rosyjskiej jednostki analityki finansowej (Rosfinmonitoringu), współpracy Rosfinmonitoringu z jego międzynarodowymi odpowiednikami (np. w zakresie wymiany informacji), jak również zapewnienia przejrzystości beneficjentów transakcji i odpowiedniego śledzenia operacji aktywami kryptograficznymi. Zdaniem KE luki te wykorzystuje się do prania pieniędzy, finansowania terroryzmu oraz obchodzenia sankcji. Ponadto FR ściśle kooperuje z Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną (KRLD), która znajduje się nie tylko na listach FATF i UE, lecz także została objęta restrykcjami ONZ.

Wpisanie Rosji na „czarną listę” nastąpiło po długotrwałej presji ze strony kilku państw członkowskich i Parlamentu Europejskiego, który w lipcu wręcz wymusił na KE ponowną ocenę systemu finansowego FR. Oznacza to, że nie należy się spodziewać sprzeciwu eurodeputowanych wobec podjętej decyzji. Do zawetowania regulacji przez Radę Europejską potrzeba natomiast większości głosów państw członkowskich, której zebranie jest wątpliwe. Obecność na „czarnej liście” będzie skutkować poważnym wzmocnieniem presji ekonomicznej na Rosję i uszczelnieniem funkcjonującego unijnego reżimu sankcyjnego. Ponadto będzie prowadzić do dalszego ograniczenia relacji gospodarczych z FR ogółem.

Komentarz

Wpisanie Rosji na „czarną listę” UE uderzy we wszystkie podmioty powiązane bezpośrednio lub pośrednio z FR (dotychczas restrykcje finansowe na nią nakładane dotyczyły wybranych podmiotów wymienionych w pakietach sankcyjnych). Unijne organizacje finansowe będą miały obowiązek szczegółowej weryfikacji transakcji z udziałem rosyjskich firm i obywateli tego kraju, także tych realizowanych poprzez państwa trzecie, oraz raportowania o nich. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości co do ich beneficjentów banki będą domagać się szczegółowych wyjaśnień albo rezygnować z przeprowadzenia transakcji.

Trudności z realizacją operacji transgranicznych z rosyjskimi podmiotami mogą przyspieszyć proces rezygnacji UE z importu surowców energetycznych z FR. Wymóg szczegółowej kontroli transakcji finansowych będzie poważną barierą współpracy z tamtejszymi podmiotami, co może prowadzić do dalszej redukcji unijno-rosyjskiej wymiany gospodarczej ogółem. W trzecim kwartale 2025 r. jej obroty spadły do najniższego poziomu od 2002 r. (tj. ok. 13 mld euro, przy czym UE notuje dodatnie saldo w tych relacjach). Udział Rosji w unijnej wymianie handlowej zmniejszył się do ok. 1%, a najważniejszymi towarami importowanymi z tego państwa pozostawały gaz (3 mld euro) i ropa naftowa (0,9 mld euro).

Decyzja UE zwiększa ryzyka związane z intensywną współpracą z Rosją także dla państw trzecich. Instytucje finansowe z Chin, Indii czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich najprawdopodobniej będą zmuszone ograniczyć tę kooperację, jeśli nie chcą narażać swoich relacji z unijnymi bankami. Oznaczać to będzie wzrost kosztów współpracy FR z zagranicą i wydłużenie czasu dostaw. Prawdopodobnie Rosja zacznie dynamicznie budować alternatywne kanały rozliczeniowe, np. z wykorzystaniem kryptowalut.

Decyzja UE o zaliczeniu FR do grupy państw o wysokim ryzyku przestępczości finansowej to odpowiedź na odmowę objęcia jej podobnymi ograniczeniami przez FATF. Od początku rosyjskiej pełnoskalowej agresji na Ukrainę państwa zachodnie bezskutecznie podejmowały próby rozszerzenia „czarnej listy” FATF, co oznaczałoby konieczność szczegółowej weryfikacji transakcji finansowych rosyjskich podmiotów przez wszystkie kraje przestrzegające standardów tej organizacji (ok. 200 krajów i jurysdykcji). Państwa intensywnie współpracujące z FR jednak nie wyrażały na to zgody. W lutym 2023 r. udało się jedynie zawiesić ją w prawach członka FATF. W efekcie UE, która wcześniej wzorowała się na rekomendacjach tej organizacji, zdecydowała się na nałożenie odrębnych ograniczeń wobec Rosji.

osw.waw.pl


Państwom UE udało się porozumieć w czwartek w sprawie zamrożenia rosyjskich aktywów na stałe, bez konieczności przedłużania co pół roku za zgodą wszystkich stolic - ogłosiła duńska prezydencja. Przybliża to Wspólnotę do decyzji o wykorzystaniu tych aktywów do sfinansowania wsparcia dla Ukrainy.

Jak poinformowało w czwartek dziennikarzy źródło unijne, rozwiązanie to przyjęła bardzo wyraźna większość państw członkowskich. Jeszcze w czwartek uruchomiona została procedura pisemna, która zostanie sfinalizowana w piątek o godz. 17.

Zgoda państw na stałe zamrożenie rosyjskich aktywów nie przesądza o tym, czy dojdzie do udzielenia Ukrainie pożyczki reparacyjnej, sfinansowanej z ich użyciem. Decyzja jest jednak postrzegana jako istotny przełom, zbliżający Wspólnotę do tego. - Prace nad finansowaniem Ukrainy w 2026-27 dalej trwają - poinformowało źródło.

Do tej pory wykorzystaniu aktywów sprzeciwiała się Belgia. Jeszcze w środę premier Belgii Bart de Wever w swoim wystąpieniu w parlamencie zwracał uwagę na poważne wady prawne rozwiązania, które właśnie w czwartek zaakceptowali ambasadorowie.

Chodzi o wykorzystanie art. 122 Traktatu o Funkcjonowaniu UE mówiącego o udzielaniu pomocy finansowej w nadzwyczajnych sytuacjach. Na ten artykuł powołuje się Komisja Europejska, proponując stałe zamrożenie rosyjskich aktywów.

- Ten artykuł dotyczy stanu wyjątkowego. Gdzie jest ten stan wyjątkowy? W Ukrainie panuje stan wyjątkowy. Ale Ukraina nie jest w Unii Europejskiej - powiedział w środę de Wever.

Tymczasem w czwartek wicepremier Belgii i minister finansów Vincent Van Peteghem stwierdził, że "w pewnym momencie" zamrożone rosyjskie środki będą musiały zostać użyte do sfinansowania wsparcia na rzecz Ukrainy. Dodał, że Belgia nie pójdzie jednak na łatwe kompromisy.

Van Peteghem zabrał głos tuż przed posiedzeniem Eurogrupy, na którym ministrowie finansów państw strefy euro wybiorą przewodniczącego tego gremium. Wicepremier Belgii jest jednym z dwóch kandydatów na to stanowisko, obok Greka Kyriakosa Pierrakakisa.

Uzgodnione w czwartek rozwiązanie zmieni podstawę prawną, w oparciu o którą Unia Europejska unieruchamia aktywa banku centralnego Rosji. Prezentując 3 grudnia propozycję legislacyjną dotyczącą wykorzystania rosyjskich depozytów do sfinansowania pomocy dla Ukrainy, Komisja Europejska zaproponowała wprowadzenie zakazu ich transferu z powrotem do Rosji. Zakaz ma zostać - zgodnie z propozycją KE - ustanowiony rozporządzeniem, którego przyjęcie wymaga jedynie większości kwalifikowanej państw członkowskich (15 państw stanowiących 65 proc. ludności UE). Zakaz w odróżnieniu od przedłużanych co pół roku sankcji będzie wprowadzony na stałe.

Wprowadzenie takiego zakazu pozwoli obejść Węgry, których potencjalne weto co pół roku wzbudzało obawy, czy uda się przedłużyć sankcje nałożone przez UE na Rosję.

Podstawą rozwiązania zaakceptowanego przez państwa członkowskie w czwartek pozostaje kwestionowany przez premiera Belgii art. 122 Traktatu o funkcjonowaniu UE.

PAP


Grzegorz Braun ujawnił, że zdiagnozowano u niego odwarstwienie siatkówki. - Po prostu się czasem tak weźmie i oderwie - wyjaśnił. Jest to choroba oka, w której dochodzi do oddzielenia się warstwy siatkówki od warstwy tęczówki oka. Często może nie dawać żadnych objawów, a konsekwencje mogą być poważne - od zaburzenia widzenia po nawet utratę wzroku. Zwykle konieczny jest zabieg chirurgiczny i, jak się okazuje, Grzegorz Braun ma już taki za sobą. Doszło jednak do powikłań, które są wyjątkowo rzadkie, ale się zdarzają. Wśród nich wymienia się rozwój zaćmy, krwawienia i infekcję.

plotek.pl


W Australii w środę czasu miejscowego wszedł w życie zakaz korzystania z platform społecznościowych przez użytkowników poniżej 16. roku życia. Australia jest pierwszym krajem na świecie, który zdecydował się na takie restrykcje.

Zakaz jest efektem poprawki do ustawy o bezpieczeństwie w sieci, przyjętej w listopadzie 2024 r. przez parlament w Canberze. Zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie poprawka została zatwierdzona wyraźną większością głosów, a według przeprowadzonego wówczas sondażu ośrodka YouGov ograniczenia popierało 77 proc. Australijczyków.

Dotyczyć one będą platform Facebook, Instagram, Snapchat, Threads, TikTok, X, YouTube i Reddit oraz serwisów streamingowych Kick i Twitch. Nieobjęte restrykcjami są natomiast: Discord, GitHub, Google Classroom, LEGO Play, Messenger, Pinterest, Roblox, Steam, WhatsApp, YouTube Kids oraz 4chan. Rząd, który jest pod presją, aby rozszerzyć zakaz także na gry online, zapowiedział, że lista nie jest ostateczna i będzie podlegać przeglądowi.

Kluczowym elementem przepisów jest to, że to same platformy społecznościowe - a nie dzieci czy rodzice - muszą egzekwować zakaz. Muszą one podjąć "rozsądne kroki", aby uniemożliwić dzieciom dostęp do swoich serwisów, i stosować technologie weryfikacji wieku, takie jak przesyłanie oficjalnego dokumentu tożsamości lub rozpoznawanie twarzy/głosu, ale rząd nie sprecyzował, jakich technologii powinny używać platformy. Za poważne lub powtarzające się naruszenia mogą zostać ukarane grzywną w wysokości do 49,5 mln dolarów australijskich (ok. 32 mln USD).

Podnoszone są wprawdzie obawy, że technologie weryfikacji wieku mogą błędnie blokować niektórych użytkowników, nie wykrywając jednocześnie innych, którzy są niepełnoletni, oraz że mogą być łatwe do obejścia. Krytycy wskazują też, że ograniczeniami nie są objęte platformy gamingowe i chatboty oparte na sztucznej inteligencji - mimo doniesień o przypadkach, gdy chatboty zachęcały dzieci do popełnienia samobójstwa.

Platformy społecznościowe - które dostały rok na dostosowanie się do nowych przepisów - argumentowały, że zakaz będzie nieskuteczny, trudny do wdrożenia, może izolować wrażliwych nastolatków i popychać innych w ciemne zakamarki internetu. Przekonywały również, że może stanowić zagrożenie dla prywatności użytkowników. Ostatecznie ogłosiły jednak, że będą przestrzegać nowych przepisów. Już w zeszłym tygodniu aplikacje należące do Meta - Instagram, Facebook i Threads - rozpoczęły dezaktywację kont użytkowników poniżej 16. roku życia.

Premier Anthony Albanese podkreślił w zeszłym roku po przyjęciu zakazu, że nikt nie twierdzi, iż jego implementacja będzie doskonała, ale przyjęcie takich ograniczeń jest słuszne, bo dzięki nim portale społecznościowe będą "mniej szkodliwe dla młodych Australijczyków" i będą musiały traktować bezpieczeństwo dzieci jako priorytet.

Według przeprowadzonego w 2025 r. badania 96 proc. australijskich dzieci w wieku 10-15 lat korzystało z platform społecznościowych, a siedem na 10 z nich miało kontakt ze szkodliwymi treściami.

Podczas przesłuchań przed komisją parlamentarną w październiku Snapchat szacował, że w Australii ma ok. 440 tys. użytkowników w wieku od 13 do 15 lat, TikTok podał, że ma ok. 200 tys. kont użytkowników poniżej 16. roku życia, a Meta - że na Facebooku i Instagramie jest ich około 450 tys.

Źródła w branży sugerują jednak, że platformy społecznościowe bardziej niż problemów z implementacją obawiają się, że inne kraje mogą pójść w ślady Australii i wprowadzić podobne zakazy. Rozważają je - lub podjęły pierwsze kroki w kierunku ich wprowadzenia - Dania, Norwegia, Francja, Grecja, Hiszpania, Nowa Zelandia, Malezja i Singapur. 

PAP


Metoda karania (zwana również metodą narzucania kosztów) polega na wymuszeniu na wrażliwym państwie kapitulacji poprzez narzucenie mu wysokich kosztów: bólu i strat. Odnosi skutek, kiedy napastnik zdoła narzucić większe koszty, niż ofiara jest gotowa ponieść, aby chronić to, czego żąda agresor. Należy podkreślić, że zdolność ofiary do przeciwstawienia się napastnikowi nie wynika jedynie z jej naturalnego potencjału do stawiania oporu, chociaż jest on niezwykle ważny, ale także z umiejętności uzyskania pomocy od stron trzecich. Kiedy napadnięte państwo ponosi nadmierne koszty i nie ma wsparcia z zagranicy – lub sądzi, że jakiekolwiek wsparcie będzie niewystarczające – to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ulegnie żądaniom agresora.

(...)

Dlaczego właściwie Chiny miałyby wybrać metodę karania zamiast metody podboju? Jeśli pretendent może użyć brutalnej siły, aby osiągnąć swój cel, to byłoby to dla niego korzystniejsze niż poleganie na metodzie, która bazuje na perswazji i w naturalny sposób nie jest w pełni kontrolowana przez napastnika. Tak jak łatwiej jest zanieść uparte dziecko do kąpieli niż przekonywać je, żeby poszło samo, zajęcie terytorium wroga jest zwykle skuteczniejsze niż przekonywanie go do poddania się.

Inaczej mówiąc, brutalna siła sprawia, że wola ofiary praktycznie traci znaczenie. W ten sposób wyeliminowana zostaje kluczowa zmienna, która w innej sytuacji byłaby poza kontrolą napastnika, co znacząco ułatwia zadanie atakującemu. Takie działanie może okazać się niezwykle cenne, zwłaszcza gdy pretendent stara się odebrać napadniętemu państwu coś niezwykle wartościowego, na przykład jego narodową autonomię czy integralność terytorialną. Ponieważ napadnięte państwo może nie chcieć poświęcić takiego kluczowego dobra, napastnikowi może bardziej się opłacać odebrać je siłą niż próbować spowodować jego utratę.

Może się wydawać, że metoda karania ma swoje zalety. Przede wszystkim podbój wydaje się trudniejszy i bardziej kosztowny do przeprowadzenia, nawet jeśli ostatecznie się powiedzie. W pewnych okolicznościach karanie wydaje się mniej wymagającą metodą realizacji celów napastnika. Na przykład po I wojnie światowej B.H. Liddell Hart, zszokowany ogromnymi kosztami zwycięstwa osiągniętego dzięki zastosowaniu brutalnej siły na froncie zachodnim, opracował słynną koncepcję „działań pośrednich”, czyli strategii opartej na narzucaniu kosztów, która według niego pozwoliłaby Wielkiej Brytanii pokonać kontynentalną armię przy poświęceniu niewielkiej części krwi przelanej w wojnie. Pod wpływem podobnych refleksji nad okropieństwami wojny Giulio Douhet twierdził, że narody mogłyby używać sił powietrznych do zmuszania wrogich państw do poddania się, unikając przy tym krwawych kampanii lądowych.

Inną zaletą metody karania jest to, że przynajmniej w jej bardziej rozbudowanych wariantach występuje mniejsze prawdopodobieństwo skutecznej interwencji stron trzecich. Jakiekolwiek działanie militarne może być postrzegane – zwłaszcza przez sojuszników i partnerów ofiary – jako agresja, a w związku z tym jako działanie uzasadniające reakcję bądź wymagające reakcji. Jednak ryzyko sprowokowania interwencji zazwyczaj rośnie proporcjonalnie do zasięgu, skali, intensywności, skuteczności oraz powtarzalności zastosowanych sił. Zatem im bardziej ekspansywna, brutalna, skuteczna i powtarzalna jest strategia militarna agresora, tym bardziej będzie on postrzegany przez kluczowych obserwatorów jako zagrożenie dla ich własnego bezpieczeństwa. Na przykład zastosowanie przez Niemcy metody wojny błyskawicznej w Polsce wywołało strach w stolicach całej Europy. Z punktu widzenia Tokio, Canberry czy Hanoi przytłaczająca, zdecydowana inwazja Chin na Tajwan byłaby najpewniej bardziej dobitnym potwierdzeniem chińskiego zagrożenia dla ich ważnych interesów niż zawężona, skoncentrowana blokada zorganizowana przez Chiny w celu przekonania Tajwanu do złagodzenia stanowiska. Chiny mogłyby więc sądzić, że użycie brutalnej siły w celu podporządkowania sobie zaatakowanego państwa z dużym prawdopodobieństwem wywołałoby reakcję koalicji, której Pekin stara się uniknąć.

(...)

Metoda karania ma też jednak swoje znaczące ograniczenia wynikające z kilku powodów. Pierwsze z nich bierze się z faktu, że, jak to wyraził Thomas Schelling, „łatwiej jest odstraszyć niż zmusić”. Według rozumowania Schellinga łatwiej jest przekonać kogoś, żeby nic nie robił – łącznie z akceptacją sytuacji takiej, jaka jest lub jak się rozwinęła – niż przekonać go do podjęcia działania, którego nie chce podjąć. Strona starająca się skłonić inną do podjęcia pozytywnych działań musi doprowadzić do zmiany status quo. Jest to na ogół trudniejsze zadanie niż odstraszanie.

(...)

Zatem podstawowy problem metody karania polega na tym, że opiera się ona na dwóch czynnikach: gotowości państwa obranego za cel do poddania się w obliczu poziomu przemocy, który jest niższy niż poziom skłaniający sojuszników i partnerów tego państwa do przeprowadzenia skutecznej interwencji, oraz niechęci sojuszników i partnerów do eskalacji – nawet umiarkowanej – aby pomóc temu państwu na tyle, żeby mogło kontynuować opór. Jeśli zaatakowane państwo jest gotowe i zdolne do znoszenia cierpień, napastnik musi eskalować, a to z kolei może sprowokować potężną odpowiedź jego sojuszników, partnerów i być może też innych państw.

Na tym polega paradoks metody karania stosowanej w cieniu interwencji koalicji – wobec zaatakowanego państwa i jego obrońców napastnik musi zastosować działania, które zakwestionują jego zapewnienia, że nie jest zagrożeniem dla szerszej koalicji. Te działania doprowadzą do wzmocnienia determinacji członków koalicji do podjęcia skutecznej interwencji w imieniu zaatakowanego państwa, pozostawiając napastnikowi następujące opcje: eskalowania i ryzyka wybuchu większej wojny, której starał się uniknąć, zaakceptowania impasu tożsamego z porażką lub wycofania się.

Jest zatem mało prawdopodobne, aby państwo, które jest wystarczająco silne i zdolne do stosowania metody podboju, zaakceptowało wady metody karania. Jednocześnie państwo, które jest zbyt słabe, aby próbować metody podboju, raczej nie jest w stanie skutecznie użyć metody karania. Chociaż potężne państwo w swojej ogólnej strategii prawdopodobnie wykorzystałoby metodę narzucania kosztów, raczej nie polegałoby na niej całkowicie, czy w głównej mierze, biorąc pod uwagę jej ograniczenia. Osłabianie ofiary przez działania takie jak blokada czy bombardowanie może mieć znaczenie, ale samodzielnie prawdopodobnie nie wystarczy, by przełamać zaciekłą obronę państwa mającego dostatecznie silnych i zaangażowanych sojuszników i partnerów.

Trudno jest zatem sobie wyobrazić, dlaczego Chiny miałyby stosować metodę karania. Gdyby były w stanie najechać i podporządkować sobie państwo takie jak Tajwan, to właśnie to byłoby ich najlepszą strategią.

Elbridge A. Colby - Strategia wypierania

środa, 10 grudnia 2025



W rosyjski Nowy Rok wysoki i elegancki brytyjski ambasador sir George Buchanan udał się na spotkanie z carem. Jego Cesarska Mość najwyraźniej domyślał się, co Buchanan zamierzał powiedzieć. Zamiast, jak to miał w zwyczaju, zaprosić go do swojego gabinetu, gdzie mogliby na spokojnie usiąść i zapalić, przyjął go na stojąco w sali audiencyjnej.

Sir George podkreślił na wstępie, że król Jerzy V i rząd brytyjski są bardzo zaniepokojeni sytuacją w Rosji. Następnie zapytał, czy może mówić szczerze. „Słucham” – rzucił krótko car. Buchanan zaiste był szczery. Mówił o chaotycznym prowadzeniu wojny, skutkującym ogromem ofiar. Nalegał, by na czele rządu stanął polityk z Dumy, a nie nominat cara. Jedyną szansą na przetrwanie reżimu miało być „przełamanie bariery, która dzieli Waszą Cesarską Wysokość od narodu, i odzyskanie jego zaufania”. Słysząc to, monarcha zesztywniał. „Mówi pan, ambasadorze, że muszę zdobyć zaufanie swojego narodu. Czyż to nie do moich poddanych należy zdobycie mojego zaufania?” Buchanan w sposób niezwykle taktowny poruszył nawet kwestię wrogich agentów i germanofilów w najbliższym otoczeniu carycy. Stwierdził, że jego obowiązkiem jest „ostrzec Waszą Cesarską Wysokość przed otchłanią, która rozciąga się przed Waszą Wysokością”. W pewnym momencie Buchanan zauważył, że drzwi do prywatnych apartamentów są uchylone. Odniósł wrażenie, że caryca słyszała każde słowo.

W owe mroźne styczniowe dni w Piotrogrodzie tańce pod wulkanem trwały w najlepsze. Następnego wieczoru w eleganckiej restauracji Maurice Paléologue zobaczył przy sąsiednim stoliku znaną rozwódkę w otoczeniu nie mniej niż trzech młodych oficerów Pułku Kawalergardów. Dopiero co została zwolniona z aresztu, do którego trafiła jako podejrzana o współudział w zabójstwie Rasputina. Kiedy policja poprosiła ją o klucz do biurka, odpowiedziała, że w środku znajdą tylko listy miłosne. „Co wieczór, a raczej co noc – zanotował w swoim dzienniku francuski ambasador – zabawa do białego rana: teatr, balet, kolacja, Cyganie, tango, szampan”.

Podczas gdy bogate elity oddawały się w stolicy przyjemnościom, jakby wojna nie istniała, brak chleba powodował niepokoje w biedniejszych dzielnicach Piotrogrodu. „Zaczęły się ustawiać kolejki – zanotował kadet marynarki wojennej. – Jeśli kolejka liczyła około dziesięciu osób, a piekarz nie otworzył sklepu, zaczynały latać cegły, słychać było dźwięk tłuczonego szkła. Patrole kozackie, pojawiające się dla zachowania pozorów, tylko się z tego śmiały”. 

W Rosji nie brakowało wtedy zboża. Problemem był i tak już przeciążony system kolejowy, który z początkiem roku zmagał się z trzaskającym mrozem i obfitymi opadami śniegu. Około 57 tysięcy wagonów utknęło na stacjach lub w zaspach, a wiele parowozów dosłownie zamarzło. Ceny żywności i opału rosły znacznie szybciej niż płace. Mimo to rok 1917 rozpoczął się od mniejszej liczby strajków niż rok poprzedni. Generał major Konstantin Głobaczow, szef ochrany, twierdził, że reżim miał szczęście, że strajki nie były skoordynowane. „Nigdy nie mieliśmy do czynienia ze strajkiem generalnym” – napisał. Ale to była tylko kwestia czasu.

Antony Beevor - Rosja