wtorek, 9 grudnia 2025



W związku z tym, że siła militarna jest fundamentalnym elementem potęgi i ostatecznym arbitrem w sporach na anarchicznej arenie międzynarodowej, regionalna równowaga sił jest w swojej istocie kwestią potęgi militarnej. Mniej istotne sprawy mogą zostać rozwiązane przy użyciu mniej poważnych form siły, ale o tym, czy państwo ugnie się przed hegemonią innego, ostatecznie zdecyduje bilans sił militarnych.

Oznacza to, że regionalna równowaga sił ostatecznie sprowadza się do pytania, czyja potęga militarna weźmie górę w konfrontacji zbrojnej. Kwestia tego, kto jest mocniejszy w bilansie sił, zostanie rozstrzygnięta, jeśli po zakończeniu konfliktu aspirujący hegemon zdoła narzucić dominację nad regionem. Ten zasadniczy konflikt to regionalna wojna systemowa – wojna decydująca o tym, czy aspirujący hegemon jest w stanie narzucić dominację w regionie.

Taka regionalna wojna systemowa nie jest definiowana na podstawie przebiegu, lecz rezultatu; to decydujący konflikt o to, czy aspirujący hegemon zdoła osiągnąć swoje cele. Regionalna wojna systemowa może przybrać wiele form, włączając różne ugrupowania narodów zaangażowanych w różnym czasie i z niejednakową intensywnością. Jej krytycznym aspektem jest jednak to, że decyduje ona o tym, czy aspirujący hegemon osiąga swój cel, nawet jeśli nie pokonał całkowicie oponentów. Jeśli poprzez tę wojnę uzyska wystarczającą siłę, aby zapewnić sobie regionalną dominację, wtedy taka wojna jest regionalną wojną systemową.

Aby być skuteczną, koalicja antyhegemoniczna musi zatem obejmować wystarczającą liczbę państw, żeby wygrać taką wojnę. Państwa mogą w niej uczestniczyć w różny sposób – pośrednio lub bezpośrednio, wspólnie lub indywidualnie – ale razem muszą przeważyć w tej grze, jeśli koalicja ma spełnić swój cel. 

Biorąc pod uwagę stawkę, taki konflikt angażowałby znaczne siły stron walczących. Jednak, co istotne, wyniku regionalnej wojny systemowej nie można przewidzieć, porównując wyłącznie siły stron.

Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, jeśli odległe państwo jest istotne dla koalicji, ze względu na położenie geograficzne oraz specyfikę militarną stopień wykorzystania jego potencjału wojskowego w rzeczywistych działaniach wojennych w regionie może być ograniczony. Kontynentalne Stany Zjednoczone są np. bardzo oddalone od Azji i to stanowiłoby dodatkową przeszkodę w wykorzystaniu sił amerykańskich w regionalnej wojnie systemowej. 

Po drugie, wojna mająca przynieść odpowiedź na pytanie, czy aspirujący hegemon taki jak Chiny mógłby zdominować region taki jak Azja, może nie angażować całej potęgi jednej lub obu stron. Inaczej mówiąc, zaangażowanie jednej lub obu stron w takiej wojnie, nawet wielkiej, mogłoby by ograniczone. Jest tak z prostego, choć niezwykle ważnego powodu – jedna lub obie strony mogą uznać potencjalne korzyści z wygrania takiej wojny totalnej za niewarte ryzyka i kosztów, dlatego zdecydują się na ograniczenia w nadziei, że drugą stronę również skłoni to do ograniczeń.

Zatem wynik regionalnej wojny systemowej nie musi być określony przez absolutny bilans sił obu stron. Wygra ją ta strona, która w ramach pewnych ograniczeń będzie miała wolę i sposobność zaangażowania środków militarnych pozwalających osiągnąć cel. Mogą zaistnieć sytuacje, w których państwo ze znacznie większą całkowitą siłą militarną może nie mieć woli lub nie być w stanie przeciwstawić się próbie uzyskania hegemonii regionalnej przez inny kraj. Tak więc Stany Zjednoczone mogą być potężniejsze od Chin w sensie globalnym, ale gdyby Chiny usprawniły swoją projekcję siły w Azji albo miały wolę walczyć mocniej i dla osiągnięcia swojego celu zaryzykować więcej, niż Waszyngton byłby skłonny uczynić, by do tego nie dopuścić, Pekin mógłby ustanowić dominację nad regionem. Właśnie dlatego regionalna równowaga sił jest tak istotna.

Ważne jest zrozumienie, na czym polega potencjalne ryzyko regionalnej wojny systemowej. Groźba takiego konfliktu jest na ogół uśpiona i w dużej mierze zamaskowana; w znakomitej większości interakcji międzypaństwowych nie bierze się jej świadomie pod uwagę. 

(...)

Oddziaływanie regionalnych wojen systemowych funkcjonuje w ten sam sposób. W związku z wyjątkowym znaczeniem takiej decydującej wojny państwa podejmują decyzje, jak powinny się zachować w oparciu o ocenę jej możliwych ostatecznych rozstrzygnięć. Jeśli aspirujący hegemon oceni, że zwyciężyłby w takim konflikcie, ma bodziec do naciskania na region, by ten zaakceptował jego dominację. Zwykle w jego interesie nie leży prowokowanie wojny ze względu na konieczność poniesienia kosztów i pomniejszoną wartość zdobyczy. Zamiast tego lepiej jest skłonić inne państwa do zmiany zachowania, opierając się na ocenie, według której aspirujący hegemon wygrałby taką wojnę, gdyby miało do niej dojść. Jeśli inne państwa zauważą, że regionalna wojna systemowa zakończy się zwycięstwem aspirującego hegemona, będą zmuszone uwzględnić jego żądania, aby uniknąć bezcelowego cierpienia, które spowodowałaby ta wojna.

Celem koalicji antyhegemonicznej jest zatem niedopuszczenie aspirującego hegemona takiego jak Chiny /Rosja? - red./ do podporządkowania sobie regionu takiego jak Azja /Europa? - red./ poprzez przekonanie kluczowych państw, że zwyciężyłaby ona w regionalnej wojnie systemowej. Cel aspirującego hegemona jest pozytywny: ustanowić hegemonię. Cel koalicji jest negatywny: udaremnić te dążenia.

Elbridge A. Colby - Strategia wypierania

poniedziałek, 8 grudnia 2025



Dla wielu mężczyzn w Rosji pójście na front wydaje się obecnie ofertą pracy nie do odrzucenia. Na komunikatorze internetowym Telegram obok codziennych wiadomości pojawiają się oferty służby na froncie — z premiami za podpisanie kontraktu w wysokości do 42 900 euro [ponad 181 tys. zł], co stanowi fortunę w kraju, w którym średnia pensja wynosi znacznie poniżej 1000 euro [4231 zł] miesięcznie. Zachęty sięgają jeszcze dalej: umorzenie długów, bezpłatna opieka nad dziećmi dla rodzin żołnierzy, gwarantowane miejsca na studiach dla ich potomstwa. Karalność, choroby, a nawet zakażenie wirusem HIV nie są już "z automatu" powodem do wykluczenia z poboru.

Za tym zalewem ofert stoi skoordynowany system działający w ponad 80 rosyjskich obwodach. Pod presją Kremla, aby dostarczać żołnierzy [na front], przypominają one obecnie centra rekrutacyjne, które konkurują ze sobą o mężczyzn w wieku poborowym. To, co zaczęło się jako rozwiązanie awaryjne, rozrosło się do quasi komercyjnej branży headhunterów [ang. dosł. łowców głów] finansowanej z dopłat rządowych i obwodowych budżetów. Obwody zlecają nabór agencjom rekrutacyjnym, a te z kolei niezależnym pośrednikom, którzy reklamują się w internecie, sprawdzają zainteresowanych i przeprowadzają ich przez wojskową biurokratyczną dżunglę.

Obecnie każdy obywatel Rosji może pracować jako pośrednik wojenny — wielu z nich działa jako niezależni headhunterzy, pobierając prowizję za wysłanie mężczyzn na front. "Welt am Sonntag" przez wiele miesięcy analizował tego rodzaju kanały rekrutacyjne w całej Rosji i rozmawiał z wieloma pośrednikami i rekrutami.

Pomimo ogromnych strat rosyjska armia nadal się rozrasta — ku zdziwieniu zachodnich służb wywiadowczych i dyplomatów. Uważają oni przy tym ten rozwój za kluczowy: zarówno dla ewentualnych negocjacji pokojowych, jak i z powodu zagrożenia dalszą ekspansją Rosji.

"Jeśli Putin będzie w stanie nadal finansować ogromne premie (i odszkodowania za śmierć) oraz znaleźć potrzebnych [do walki] mężczyzn", mówi były dyrektor CIA David Petraeus w wywiadzie dla "Welt am Sonntag", Rosja będzie mogła "kontynuować kosztowną, wyczerpującą wojnę, która charakteryzuje konflikt w Ukrainie od czasu ostatnich większych sukcesów obu stron w drugim roku wojny".

Zdolność Rosji do utrzymania stabilnej liczebności wojsk pomimo ogromnych strat jest jednym z powodów obecnej determinacji Putina. Cztery lata po rozpoczęciu inwazji uważa, że może narzucić Ukrainie swoje warunki, dyplomatycznie lub grożąc długotrwałą wojną na wyniszczenie. Pod koniec listopada podkreślił przed rosyjskimi dziennikarzami, że wojna zakończy się dopiero wtedy, gdy ukraińskie wojska wycofają się z terytoriów, do których prawa rości sobie Rosja. W przeciwnym razie, ostrzegł, Moskwa narzuci swoje warunki "siłą broni".

(...)

Aby pozyskać ochotników, Kreml celowo skupił się na najsłabszych członkach społeczeństwa, wykorzystując takie środki jak sukcesywnie rosnące wynagrodzenia, wysokie premie i obietnicę awansu społecznego. We wrześniu 2024 r. Putin upublicznił tę strategię i nakazał rozbudowę sił zbrojnych do 1 mln 500 tys. aktywnych żołnierzy.

— Środki te są skierowane do bardzo konkretnej grupy: osób znajdujących się w niekorzystnej sytuacji społecznej — mówi politolożka Ekaterina Schulmann. — Mężczyzn z długami, przeszłością kryminalną, niskim wykształceniem — ludzi na marginesie społeczeństwa, bez perspektyw.

(...)

Wiele obwodów korzysta z rezerw, aby utrzymać poziom rekrutacji. Według badań przeprowadzonych przez medium iStories tylko w 11 obwodach zaplanowano w budżecie co najmniej 21 mln 450 tys. euro [prawie 91 mln zł] na premie za pośrednictwo — to kwota porównywalna z wydatkami na zdrowie lub sprawy społeczne.

Analiza niemieckiego ekonomisty Janisa Kluge, oparta na danych z 37 rosyjskich obwodów, pokazuje, że średnia premia za podpisanie umowy dla żołnierzy wynosi około 22 180 euro [prawie 94 tys. zł], wliczając dotacje z Moskwy. W Samarze premia wzrosła tymczasowo do ponad 42 900 euro [ponad 181 tys. zł] — wystarczająco, aby kupić dwupokojowe mieszkanie w tym rosyjskim obwodzie. — Takie sumy mogą całkowicie odmienić życie rosyjskiej rodziny — mówi Kluge. — System działa zaskakująco dobrze, ale dla Kremla staje się coraz kosztowniejszy — dodaje.

W niektórych obwodach premie ostatnio spadły. Według Kluge to znak, że osiągnęły już one swoje limity i chcą odciążyć budżety.

Machina rekrutacyjna zapewnia, że co miesiąc do rosyjskich sił zbrojnych wstępuje 30 tys. ochotników — wystarczająco dużo, aby zrekompensować straty ponoszone w Ukrainie. Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie oszacowało niedawno, zgodnie z danymi brytyjskich i ukraińskich władz, że Rosja odnotowała około miliona ofiar śmiertelnych i rannych.

(...)

Anton nie wstąpił do rosyjskiej armii w 2024 r. z przekonania. Zrobił to, ponieważ znalazł się w trudnej sytuacji finansowej. Jego imię zostało zmienione w tym reportażu ze względów bezpieczeństwa. 44-letni ojciec trójki dzieci z obwodu moskiewskiego był bezrobotny, miał duże długi i był oskarżony o oszustwo — dlatego nie miał prawie żadnych szans na legalną pracę. Na Telegramie ciągle widział ogłoszenia o służbie wojskowej z wysokimi premiami.

— Moja żona była na urlopie macierzyńskim, moja mama była emerytką — wszyscy byli ode mnie zależni — mówi Anton. — Podczas kłótni moja żona powiedziała: "Lepiej by było, gdybyś poszedł na wojnę". Półtora miesiąca później podpisał umowę. Nie był w to zaangażowany żaden pośrednik. Umowa gwarantowała mu jednak około 2270 euro [9605 zł] miesięcznie oraz premię w wysokości 2110 euro [8900 zł] — ponad dziesięciokrotność jego poprzednich dochodów na czarno. Anton został przeniesiony do Doniecka w Ukrainie, gdzie zajmuje się konserwacją dronów.

Wielu jego kolegów również trafiło tu z powodu trudności finansowych. — Nie ma tu patriotycznych haseł — wszyscy są zmęczeni. Wszyscy chcą wrócić do domu — mówi Anton.

Dla wielu Rosjan służba na froncie stała się losem na loterię, w której można wygrać lepsze życie: według dekretu prezydenckiego nawet za odniesienie obrażeń żołnierze mają dostawać rekompensaty — 10 290 euro [43 tys. zł] za złamany palec, 30 890 euro [130 tys. zł] za zmiażdżoną stopę. Anton opowiada, że podczas krótkich przejazdów bliżej frontu był kilkakrotnie atakowany przez ukraińskie drony. Jeden z nich eksplodował w jego pobliżu. — Moja sytuacja finansowa się poprawiła. Brzmi to smutno, ale dla mnie osobiście ten kontrakt był korzystny — mówi mimo to. Najtrudniejsza dla niego jest rozłąka z dziećmi. — Ale i tak znów bym to zrobił — mówi.

onet.pl\Die Welt


Serhij Lefter, oficer ds. komunikacji 7. Korpusu Szybkiego Reagowania ukraińskich Wojsk Desantowo-Szturmowych, powiedział w rozmowie z RBC Ukraina, że Rosjanie, by zdobyć aglomerację Pokrowsk–Myrnohrad, ściągnęli ostatnio odwody operacyjne [wydzielone siły i środki pozostające w dyspozycji dowódcy niezaangażowane początkowo w walce]. Ukraińskie wojsko obserwowało te przygotowania już od końca listopada.

Rosjanie muszą rzucać do walki kolejne siły, bo zwyczajnie się wykrwawiają. Gdyby zdobycie Pokrowska było takie proste, zrobiliby to dawno temu — stwierdził Lefter.

Obecnie rosyjskim oddziałom udało się umocnić w południowych dzielnicach Pokrowska, podczas gdy północ miasta pozostaje pod kontrolą Ukrainy.

Rosyjscy żołnierze nierzadko przemieszczają się zupełnie odsłonięci, w pełnym świetle dnia, maszerując przez otwarte pola bez najmniejszego kamuflażu. Lefter określił takie działania jako "czyste wariactwo" i podkreślił, że ukraińskie wojsko skutecznie ich eliminuje, mimo że Rosjanie wciąż dosyłają nowe posiłki.

Obecnie linia frontu jest bardzo niejasna. Północne dzielnice pozostają w rękach Sił Zbrojnych Ukrainy, natomiast część południowych ulic jest pod kontrolą Rosjan i traktowana jako strefa "szara". Ukraińcy nadal prowadzą rajdy i oczyszczają południową część miasta.

(...)

Pogoda — częsta mgła i deszcz — utrudnia rozpoznanie dronami. Rosjanie próbowali wprowadzać do miasta ciężki sprzęt pancerny, jednak Ukraińcy w większości go niszczyli. Lżejsze pojazdy są przerzucane bardziej skrycie i ukrywane. Rosyjska artyleria działa z miejscowości na południe od Pokrowska, okresowo ostrzeliwując pozycje ukraińskie.

Mimo trwających walk w mieście nadal przebywają cywile. Według Leftera w sierpniu było tam około tysiąca mieszkańców, aktualna liczba jest nieznana.

Rosjanie wchodzą i nagrywają na kamerach, jacy to oni niby »życzliwi« wobec miejscowych, ale prawda jest taka, że ludzie w Pokrowsku giną od ich broni i ich działań — dodaje.

onet.pl


Ostateczny projekt ustawy o planach wydatków obronnych (NDAA) uniemożliwia wycofanie sił USA z Europy poniżej poziomu 76 tys. żołnierzy bez oficjalnego uzasadnienia Pentagonu i oceny wpływu tego ruchu na bezpieczeństwo USA. Projekt przewiduje też 400 mln dolarów na wsparcie Ukrainy oraz 175 mln USD na wsparcie państw bałtyckich.

Elementy te znalazły się w opublikowanym w nocy z niedzieli na poniedziałek projekcie ustawy, która ma zostać przegłosowana w tym tygodniu. Uzgodniony przez przedstawicieli obydwu partii w obydwu izbach Kongresu tekst zabrania redukcji sił zbrojnych USA w Europie poniżej poziomu 76 tys. na więcej niż 45 dni, dopóki szef Pentagonu i szef Dowództwa Europejskiego (EUCOM) nie przedstawią Kongresowi oddzielnych raportów uzasadniających podjęcie decyzji.

Dokument musi uwzględnić, dlaczego taki ruch jest zgodny z interesami bezpieczeństwa narodowego USA i oświadczyć, że decyzja została podjęta w konsultacji ze wszystkimi sojusznikami NATO i partnerami Sojuszu. Pentagon musiałby skonsultować się z innymi agencjami przed podjęciem decyzji.

Zapisy te są częściowo reakcją na wcześniejsze działania Pentagonu o wycofaniu brygady piechoty USA stacjonującej rotacyjnie w Rumunii. Republikańscy szefowie komisji ds. sił zbrojnych w obydwu izbach skrytykowali tę decyzję i fakt, że została podjęta bez konsultacji z Kongresem ani innymi instytucjami państwa. Według Dowództwa Europejskiego USA (EUCOM) na Starym Kontynencie stacjonuje obecnie ponad 80 tys. żołnierzy USA, z czego ok. 10 tys. w Polsce.

W projekcie, będącym owocem miesięcy negocjacji między partiami i izbami Kongresu, zawarto też podobne zapisy dotyczące obecności sił USA w Korei Płd. Wśród innych elementów liczącego ponad 3 tys. stron projektu znalazły się też dwa inne elementy idące wspak strategii i polityce administracji Donalda Trumpa. Kongres zamierza przeznaczyć 400 mln dolarów na program Ukraine Security Assistance Initiative (USAI), w ramach którego USA zakupują uzbrojenie dla Ukrainy.

Ponadto 175 mln dolarów przeznaczonych zostanie na program Baltic Security Initiative, którego celem jest wzmocnienie obronności państw bałtyckich. BSI ma zostać zapisany jako stały program Pentagonu. Wbrew początkowym oczekiwaniom do projektu nie dołączono też ustawy nakładającej dodatkowe sankcje na Gruzję. Stało się tak w wyniku lobbingu senatora Republikanów Markwayne’a Mullina.

W odróżnieniu od NDAA z poprzednich lat w tekście nie ma wzmianki o programie European Deterrence Initiative (EDI), z którego finansowana była zwiększona obecność sił USA w Europie oraz inwestycje w infrastrukturę. Rok wcześniej na ten cel przyznano niemal 3 mld dolarów.

W tekście wymieniono natomiast osiem inwestycji finansowanych przez Polskę w bazach, gdzie stacjonują siły USA w Polsce: na poligonie w Drawsku Pomorskim, bazie sił lądowych w Powidzu oraz bazach lotniczych w Łasku i Wrocławiu. Łączna suma tych inwestycji to 504 mln dolarów.
Łącznie tegoroczny NDAA zatwierdza wydatki obronne na poziomie 901 mld dolarów, o 8 mld więcej, niż we wniosku budżetowym prezydenta Trumpa.

PAP


Kiepski dzień dla polityki Białego Domu. 

Tajlandia dokonała inwazji Kambodży więc nici z trumpowego pokoju. 

W Londynie spotkanie Macron, Merz, Starmer, Zełenski z wyraźnym "nie" dla amerykańsko-rosyjskiego planu pokojowego, wykluczeniu Europy z rozmów i zmuszeniu Ukrainy do oddania Donbasu. Po dniach zwlekania jasnym jest, że nie będzie kompromisu.

Nie milkną echa wywiadu dla "60 minutes", którego udzieliła Marjorie T. Greene, krytykując Trumpa i ujawniając kilka pikantnych szczegółów z republikańskiego zaplecza.

Japonia denerwuje się na bierność Amerykanów obliczu chińskiej presji. 

Turcja ponownie pakuje się z wojskami do zachodniej i północnej Syrii. 

Chiny notują rekordową nadwyżkę handlową, mimo wojny celnej. 

W Kongresie wylądował projekt National Defense Authorization Act dla 2026, który próbuje związać administracji ręce nie pozwalając na pełną swobodę w odcinaniu Ukrainy od wsparcia lub dowolnego redukowania obecności w Europie. 

Jak na razie efekty polityki Białego Domu można podsumować klasykiem :

"Cnotę stracili, ale rubelka nie zarobili"

(...)

x.com/FilippDM


Na początek zacytuję komentarz politologa Abbasa Gallamowa o logice Putina i o sygnałach zniecierpliwienia społecznego: „Jeśli popatrzeć na wojnę z punktu widzenia rosyjskiej opinii publicznej, to im dłużej ona trwa, tym łatwiej ją zakończyć. Bo to tylko na początku naród żądał zwycięstwa, a teraz już na nie nie czeka. Teraz już wystarczy, żeby ten koszmar jak najszybciej się skończył. Jeszcze niedawno myśl o tym, że Rosja nie może pokonać Ukrainy, była dla przeciętnego Rosjanina czymś nie do zaakceptowania, jak przeciągnięcie sierpem po gardle, a obecnie obywatel już się do tej myśli przyzwyczaił. To nieprzyjemne, owszem, ale da się żyć. A tak naprawdę można po prostu o tym nie myśleć”.

I dalej: „Putin z tej zmiany nastrojów nie zdaje sobie sprawy. Uważa, że im więcej przelano krwi, tym bardziej przekonujący będzie końcowy wynik, bo inaczej ludzie zechcą go za przelanie krwi rozliczyć, zapytają, po co to wszystko było. […] Logika Putina to logika gracza w kasynie, kogoś, kto przegrywa, ale podnosi stawki, licząc, że się odegra. Zaczyna czuć, że za chwilę będzie bankrutem, ale nie może się zatrzymać”.

Śmiała teza. Trudno ją zweryfikować. Ale można się przyjrzeć reakcji społecznej na tzw. aferę Dolinej. Łarisa Dolina to popularna piosenkarka, putinistka, z tych, co to wszystko wyśpiewają, o co umiłowany wódz poprosi, od grudnia 2024 r. jest objęta sankcjami UE. W zeszłym roku Dolina dała się podejść oszustom, którzy rozegrali ją koncertowo: podprowadzili pod sprzedaż wielkiego mieszkania w moskiewskich Chamownikach (pieniądze ze sprzedaży zostały przelane pod wskazane przez oszustów konta). Oszuści zostali dość szybko namierzeni, a sąd zdecydował o zwrocie mieszkania Dolinej (bo padła ofiarą oszustwa), w wyniku czego pieniądze straciła osoba, która to mieszkanie kupiła (a w rezultacie decyzji sądu, następnie straciła). W mediach społecznościowych zawrzało. Na głowę piosenkarki wylał się nieprawdopodobny hejt za to, że wykorzystała swoją pozycję osoby uprzywilejowanej, aby odzyskać forsę. Gazety zaczęły pisać, że ludzie masowo zwracają bilety na koncerty piosenkarki, z filmów wycina się jej wizerunek w obawie, że ludzie nie przyjdą do kina, restauracje i salony piękności jeden za drugim ogłaszają, że nie wpuszczą piosenkarki za próg itd. Dolina ugięła się i wystąpiła z inicjatywą zwrotu przynajmniej części pieniędzy niedoszłej nowej właścicielce mieszkania. Jak sprawa się skończy – nie wiadomo. Przy okazji zwrócono uwagę na masowe (udane) oszustwa w rodzaju tego, jak rozegrano Doliną (nawet ukuto termin „efekt Dolinej”). Ale to temat na inną rozprawkę.

Wróćmy do kazusu Dolinej. „Skandal związany z mieszkaniem Dolinej stał się okazją do wyrażenia emocji. Ludzie, którzy mają różne problemy – boją się wojny albo nie dają sobie rady w życiu, nie znajdują miejsca w społeczeństwa – wszyscy odnaleźli się w tym przypadku. […] Naród stracił cierpliwość, bo zdał sobie sprawę, że niektórym wybrańcom losu żyje się w Rosji o wiele lepiej niż ogółowi, ale ostrze swojego niezadowolenia zwrócił nie na źródło problemu, to znaczy reżim Putina, tylko na jedną z jego drobnych beneficjentek” – napisał politolog Iwan Prieobrażenski (...). „W normalnych warunkach postępek Dolinej nie stałby się powodem takiej masowej kampanii społecznej”. Ale sytuacja normalna nie jest. Władze stale dokręcają śrubę, tego nie wolno, tamtego nie wolno, wsadzają do łagru za słowa, za piosenki, za westchnienia. Zdaniem Prieobrażenskiego, „to frustracja zmęczonego i zastraszonego, zatomizowanego społeczeństwa i poszukiwanie punktu, w którym zbiega się niezadowolenie różnych grup społecznych. Czasem od tego zaczynają się rewolucje. Ale nie w Rosji. Bo choć niezadowolenie z polityki władz jest masowe (obniżenie poziomu życia, niewypłacanie pensji, rozczarowanie z tego powodu, że wojna nadal się ciągnie), to nie przekuwa się ono w zorganizowaną formę”.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

niedziela, 7 grudnia 2025



Słabość gospodarki Węgier na niespełna pół roku przed wyborami parlamentarnymi w dużym stopniu tłumaczy otwartość urzędującego od 15 lat premiera Viktora Orbana na współpracę z Rosją, wbrew polityce Unii Europejskiej. Ostatnie lata jego rządów to okres zapaści inwestycyjnej, której konsekwencją jest m.in. utrzymujące się uzależnienie Węgier od rosyjskich surowców energetycznych. Spotykając się w miniony piątek z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem – nie pierwszy raz od ataku Rosji na Ukrainę - Orban chciał pokazać wyborcom, że jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego kraju i pośrednio konkurencyjności węgierskiej gospodarki.

Ścieżki rozwoju gospodarczego Węgier i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, które wstąpiły do UE, rozbiegły się już wcześniej. Od początku 2004 r., czyli rozszerzenia Unii na wschód od Odry, do połowy bieżącego roku węgierski PKB zwiększył się realnie o zaledwie 50 proc., mniej niż któregokolwiek innego z tej grupy krajów. W Polsce, która w takim horyzoncie była liderem wzrostu, PKB zwiększył się o 120 proc., a w Rumunii o 108 proc. Zwyżki o mniej niż 60 proc., oprócz Węgier, odnotowały tylko Estonia, Słowenia i Łotwa.

(...)

Dlaczego mimo to Orban przez 15 lat zdołał utrzymać się u władzy i dopiero teraz sondaże dają przewagę opozycji? Po pierwsze, choć Węgry rozwijały się wolniej niż inne kraje regionu, wciąż goniły zachodnią Europę. Węgrzy ubożeli relatywnie do Polaków, Litwinów i Rumunów, ale bogacili się relatywnie do Niemców i Francuzów. Mogli więc nie mieć poczucia, że zostają w tyle.

Po drugie – i ważniejsze – okres rządów lidera Fideszu nie był pasmem gospodarczych porażek. Przeciwnie, jego wygrana w wyborach w 2010 r. – i powrót do władzy po ośmiu latach w opozycji - była bezpośrednim następstwem recesji, w której Węgry znalazły się w poprzednich latach, pod rządami lewicy. W dużej mierze była to konsekwencja globalnego kryzysu finansowego, ale też błędów w polityce gospodarczej rządu Ferenca Gyurcsánya. Na koniec 2009 r. PKB Węgier był realnie o 7 proc. mniejszy niż trzy lata wcześniej, podczas gdy PKB Polski był o niemal 16 proc. większy.

Lata poprzedzające kolejne wybory parlamentarne nad Balatonem, które zostały zorganizowane w 2014 r., były dla tamtejszej gospodarki równie udane, co dla polskiej. Podobnie było tuż przed pandemią Covid-19. Dopiero od tego czasu Węgry ponownie zostały wyraźnie w tyle.

Jak do tego doszło? – Głównym źródłem obecnych problemów gospodarczych Węgier jest to, że cztery lata temu, przed wyborami parlamentarnymi, rząd bardzo wyraźnie zwiększył wydatki budżetowe, a następnie, już po wyborach, zdecydował się na wycofanie tego bodźca – tłumaczy money.pl Piotr Kalisz, główny ekonomista ds. Europy Środkowo-Wschodniej w banku Citi Handlowy.

- Gwałtowne zacieśnienie fiskalne dotyczyło między innymi inwestycji publicznych, które wcześniej były na relatywnie wysokim poziomie. To wydatki, które mają wysoki mnożnik fiskalny (to znaczy, że przekładają się wyraźnie na koniunkturę w gospodarce – red.). Zacieśnienie fiskalne podkopało więc wzrost gospodarczy, co z kolei podkopało dochody budżetowe, wymuszając dalsze zacieśnienie fiskalne i ponownie osłabiając wzrost. To swego rodzaju błędne koło – mówi.

Rzeczywiście, biorąc pod uwagę główne składowe PKB – popyt konsumpcyjny, popyt inwestycyjny oraz eksport netto – Węgry w ostatnich latach wyraźnie odstawały od innych państw regionu właśnie pod względem dynamiki inwestycji. Od końca 2019 r. do połowy bieżącego roku nakłady brutto na środki trwałe nad Balatonem załamały się realnie (w cenach stałych) o ponad 20 proc. W pozostałych krajach UE-11 nakłady te wzrosły o co najmniej 7 proc. (Słowacja), a maksymalnie (Chorwacja) aż o 43 proc.

Polityka Orbana przyczyniła się do załamania inwestycji nie tylko bezpośrednio, przez cięcia wydatków publicznych na ten cel. – Silne wyhamowanie inwestycji publicznych było związane też z bardzo niską absorpcją środków unijnych, które są w dużej mierze zawieszone w związku ze sporami toczonymi przez Budapeszt z Komisją Europejską. A inwestycje publiczne są skorelowane z inwestycjami firm. To tzw. "efekt wpychania". Gdy rząd buduje autostradę, to powstanie przy niej prywatna stacja. Brak inwestycji publicznych ograniczył więc też inwestycje prywatne – mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

Odpowiedzią Viktora Orbana na zapaść w inwestycjach było i jest pompowanie popytu konsumpcyjnego, m.in. przez hojne podwyżki wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz płacy minimalnej. Do tego dochodzą transfery społeczne. W lutym, niedługo przed wyborami, emeryci mają otrzymać dodatkowe świadczenia ("czternastki"). Z początkiem 2026 r. podwojone zostaną ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi, a kobiety do 40. roku życia, wychowujące dwójkę dzieci, będą całkowicie zwolnione z podatku dochodowego. Już od października, niezależnie od wieku, PIT-u nie płacą matki co najmniej trojga dzieci. We wrześniu ruszył z kolei program dopłat do kredytów na pierwsze mieszkanie.

Dzięki takiej polityce konsumpcja od lat jest głównym motorem wzrostu gospodarczego Węgier. Od końca 2019 r. wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych zwiększyły się tam realnie o niemal 16 proc., nawet bardziej niż w Polsce (13 proc.). Pod tym względem Węgry należały w ostatnich latach, ale też w całej minionej dekadzie, do liderów grupy UE-11. Problem w tym, że skutkuje to trwałą presją inflacyjną, która również przyczynia się do inwestycyjnego paraliżu.

Po pierwsze, uporczywa inflacja skutkuje wysokim poziomem stóp procentowych. Nawet po serii obniżek z przełomu 2023-2024 r. główna stopa procentowa Węgierskiego Banku Narodowego wynosi 6,5 proc. – w porównaniu do 4,25 proc. w Polsce i 3,5 proc. w Czechach. Po drugie, aby stłumić wzrost cen konsumpcyjnych, rząd Orbana uciekł się do daleko idących interwencji na rynku towarów. Wprowadził m.in. limity marży handlowej w odniesieniu do kilkudziesięciu produktów spożywczych i artykułów gospodarstwa domowego. Równocześnie zwiększył opodatkowanie sieci handlowych w sposób, który według KE dyskryminuje inwestorów zagranicznych.

Tego rodzaju ingerencje w działanie rynku skutkują niepewnością wśród potencjalnych inwestorów. Szczególnie że – jak wiele innych decyzji rządu Orbana – zdają się faworyzować jego sojuszników. Konsekwencją jest to, że według rankingu Transparency International Węgry są postrzegane jako najbardziej skorumpowany kraj w UE. Także Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju – instytucja wspierająca budowę gospodarki rynkowej w ponad 30 krajach Europy, Azji i Afryki – ocenia, że pod względem szeroko pojętej jakości rządzenia Węgry odstają od standardów w regionie. Znajduje to również odzwierciedlenie w niskich ocenach wiarygodności kredytowej Węgier, a w konsekwencji - wysokiej rentowności tamtejszych obligacji, co podwyższa koszty obsługi pokaźnego długu publicznego Węgier.

money.pl

sobota, 6 grudnia 2025



Grzegorz Sroczyński: Dlaczego Koalicji rośnie, a PiS-owi spada?

Łukasz Pawłowski: Bo ze zwycięstw w polskiej polityce nie wyciąga się wniosków, natomiast z porażek - czasem się wyciąga. Jarosław Kaczyński nic nie zrozumiał z wygranej swojego kandydata w wyborach prezydenckich, a Donald Tusk po porażce coś zrozumiał.

- Co?

Po pierwsze, że przy obecnym klimacie politycznym partia liberalna nie ma szans na wygraną. W ramach badania exit poll po wyborach prezydenckich pytaliśmy o wypowiedzenie paktu imigracyjnego oraz Zielonego Ładu. Wszędzie tu widać dużą przewagę poglądów prawicowych. Tusk z tego wyciągnął wnioski i tak poprzesuwał scenę polityczną w ostatnich miesiącach, żeby trudno się było z nim o cokolwiek pokłócić. Jego wypowiedzi na temat imigracji, Zielonego Ładu, czy ostatnio wyroku TSUE w sprawie małżeństw homoseksualnych, rozmontowują linie sporu. Trudno prawicy się z Tuskiem o to pokłócić, zbudować silne emocje i postawić swój elektorat na baczność. Pamiętasz październikową demonstrację PiS w Warszawie przeciwko paktowi imigracyjnemu? Ilu tam przyszło ludzi? Mizernie. Bo po co przychodzić, jeśli rząd też jest przeciwko temu paktowi.

Po drugiej stronie masz Jarosława Kaczyńskiego, który nie rozumie, że wygrał tylko dlatego, że Nawrocki był inny, był spoza, nie kojarzył się z władzą PiS i narzucił nową narrację, dotyczącą aspiracji oraz podziału: elity kontra lud. Całe zachowanie PiS po wyborach jest takie, że oto Nawrocki wygrał, bo ludzie chcą, żebyśmy wrócili do władzy. No to wracamy, ty, Przemek, będziesz premierem, i tu melduje się cała plejada zgranych twarzy.

- Czyli na tę chwilę Tusk górą?

Po swojej stronie barykady Tusk został hegemonem. Ta lewicowo-liberalna połowa Polski jeszcze nigdy nie była aż tak mocno we władaniu KO. Alternatywne wobec Tuska partie nie były nigdy tak słabe.

- W swojej połówce Tusk jest hegemonem, a Kaczyński w swojej słabnie?

Tak. I to jest odwrotna sytuacja, niż mieliśmy przez lata, kiedy Kaczyński był hegemonem na prawicy i nie pozwalał, żeby mu coś rosło. Po stronie liberalnej zawsze były wtedy różne inne propozycje - Palikot, Nowoczesna, Petru, Polska 2050. A jeszcze do tego była osobno lewica. Dzielenie włosa na troje. Teraz jest KO i praktycznie nic więcej.

Kolejne ogniwo, które powoduje realną zmianę w polskiej polityce, to Grzegorz Braun. On jest prawdziwą polską alt-prawicą. Jeszcze niedawno rozmawiałem z kimś, kto mówił: "Ach, jakie mamy szczęście, że u nas ta alt-prawica to Konfederacja, taka miła i grzeczna w porównaniu do zachodniej alt-prawicy, Krzysiek Bosak, no przecież to nie radykał, ależ mamy fart!". Wystarczyło na tę alt-prawicę poczekać. Bo Konfederacja, kiedy mówi dziś o przewracaniu stolika, sama się już z tego śmieje; jest częścią systemu. "Możemy z tymi, możemy z tamtymi, piwo pijemy z jednymi i drugimi". To Grzegorz Braun jest alt-prawicą, czyli to on będzie rosnąć. Na całym świecie rosną ruchy antysystemowe, stojące zupełnie boku, w kontrze do wszystkiego. A jeśli Braun będzie rosnąć i na prawicy nie da się stworzyć rządu bez Brauna - a tak nam wychodzi z obecnych sondaży - to dla Donalda Tuska jest to dodatkowe paliwo.

- Na jakiej zasadzie to paliwo dla Tuska?

Straszenie Kaczyńskim i Mentzenem już nie działa, w każdym razie nie zadziałało wystarczająco mocno w wyborach prezydenckich, no a Braun jest nowym spoiwem: "Może Tusk nie dowozi, ale alternatywą jest Grzegorz Braun? Jezus Maria!".

(...)

- Serio?

Oczywiście, że tak to działa. Bo w polityce zawsze wypada się na tle innych.

Tusk totalnie położył kampanię prezydencką, nie wytrzymał, pokazał nerwy, poszedł do mediów wygrażać Nawrockiemu i mu nabił punktów. Szczególnie u Rymanowskiego. A teraz podniósł się z tego i zdał sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy: nadal "nieprawica" ma połowę Polski, bo przecież 49 procent dla Trzaskowskiego nie zniknęło. Tylko trzeba im wlać do głów trochę optymizmu. Polityka nie lubi smuty w stylu: "Jest źle, nie dowozimy, nic nie działa". Te dwa elementy się czasowo zbiegły: Tusk wychodzący z jakimś optymizmem plus nowe tło, czyli nowa straszna alternatywa, która się zarysowała. Bo jak popatrzysz na Brauna i jego występy, to zaraz myślisz: może stu konkretów Tusk nie zrealizował, ale dobre i to.

- Bardziej działa tu Braun niż wzrost nastrojów konsumenckich?

Tak. Polityka to głównie emocje. Tło emocjonalne bywa ważniejsze niż dane makroekonomiczne.

(...)

- Czyli Tuskowi opłaca się silny Braun?

Bardzo. On zabiera punkty nie tylko PiS-owi, ale też Konfederacji, Braun przekracza kolejne granice, o nim się mówi, bo rośnie, a jak się będzie więcej mówić, to będzie rósł jeszcze bardziej. Naturalny proces rozrostu marginalnych sił. Braun jako prawdziwa alt-prawica ma potencjał. Weźmy kwestię polexitu: 85 procent Polaków jest za członkostwem w Unii Europejskiej, ale to znaczy, że 15 procent jest przeciwko. A bycie alt-prawicą powoduje, że jesteś w kontrze do wszystkich. Czyli jeśli jest konsensus we wszystkich partiach, że jesteśmy w UE, nawet Konfederacja nie może sobie pozwolić na mówienie, że wychodzimy, to Braun może sobie zagospodarować te 15 procent.

Jeszcze jedna ważna rzecz: prawica stała się dla wielu jej wyborców bezideowa, wyprana z wartości. Jedyne, o czym mówił PiS po wyborach prezydenckich, to że wrócimy, Morawiecki znowu będzie premierem albo Czarnek. Władza. Dopóki tam nie ma żadnej idei, która by mogła odzyskać wyborców, to PiS będzie mało wyrazisty, a Braun jest wyrazisty. "O coś Braunowi chodzi, a tamtym tylko o powrót do koryta" - to są komentarze nie moje, tylko wyborców Kaczyńskiego. I wcale nie jest tak, że ci ludzie są antysemitami i podoba im się w Braunie wszystko. Braun ma kontury, jest wyraźny na tle reszty, łącznie z Konfederacją, która wydaje się elegancka, miła i sympatyczna, twarzą został Mentzen, a nie Bosak, co też jest ich problemem. My to widzimy w przepływach elektoratów, że coraz bardziej centrowi wyborcy w Konfederacji dominują, a ci bardziej prawicowi odchodzą do Brauna. Mentzen mało się kojarzy z prawicą.

- Jak to mało?

No bo powinno być fifty-fifty. Nie przypominam sobie ostatnio żadnego wspólnego wystąpienia Bosaka i Mentzena. Jak masz partię dwóch połówek - bardziej prawicowej i bardziej liberalnej - to powinieneś dbać, żeby było pół na pół. A oni nie występują. Więc oczywiste jest, że ktoś sobie w tę szczelinę wchodzi.

- Te 15 procent elektoratu - antysystemowcy - gdzie dotąd było?

Kiedyś to PiS potrafił ich zagospodarować, dość umiejętnie grając na nastrojach antyelitarnych.

- I co się stało?

Po ośmiu latach rządów pisowcy sami stali się elitami. Gdy robiliśmy badanie o stosunku ludzi do elit, to wyszło, że są tam też Obajtek, Morawiecki, prezesi, działki, mieszkania itd.

(...)

- Jak oceniasz próby zbudowania nowej osi sporu na linii Tusk kontra Nawrocki? Już nie Tusk kontra Kaczyński, ale właśnie z młodszym Nawrockim. Codziennie pojawia się jakiś polaryzacyjny komunikat, a to Sikorski wygraża Nawrockiemu, a to Tusk, a to pomniejsze perełki w postaci posła Treli. A jak nie oni, to z kolei Nawrocki im wygraża, dokłada do pieca, że Tusk to i tamto, i tak to sobie trwa od dwóch miesięcy. Ta nowa linia awantur coś w polityce zmienia?

Ona jest jednak pozorna. KO specjalnie to robi, żeby niedźwiedzia - czyli nadal Kaczyńskiego - w tyłek dźgać kijem, prowokować. "Nie ty rządzisz na prawicy, dziadzie, tylko młodziak Nawrocki". Ale de facto oni nadal z Kaczyńskim się mocują.

Poza tym potyczki Tuska i Sikorskiego z Nawrockim są bardzo wygodne politycznie. Za chwilę nikt nie będzie wiedział, czy rząd nie realizuje obietnic, bo nie chce, czy dlatego, że Nawrocki zawetował setną ustawę. Mam przekonanie, że gdybyś zapytał teraz w kancelarii prezydenta, ile ustaw zawetował i jakich, to sami już by nie wiedzieli. Celem Tuska jest pozbawianie Nawrockiego wszelkiej sprawczości. Żadna ustawa Nawrockiego nie wejdzie w życie, to na bank. On ma się stać takim bardzo popularnym publicystą, który nieustannie zrzędzi i krytykuje - czyli właśnie wetuje - ale to wetowanie staje się codziennością, że już nikt nie wie, czy obniżenie składki zdrowotnej zawetował Nawrocki, czy rząd tego nie przyjął. Już się w tym wszyscy pogubili. Więc nie chodzi o to, żeby tworzyć z nim nową oś polaryzacji, tylko że on jest wygodnym przeciwnikiem, który nic w twoim życiu nie może zmienić. Może tylko blokować i komentować, wygodny przeciwnik, z którym można się obijać. Bo weto dwóch ustaw to wydarzenie, ale weto dwudziestu ustaw to już statystyka.

- Czyli nowy spot KO - "Nawrocki to wetomat" - oraz nieustanne wrzutki, że Nawrocki uprawia "sabotaż konstytucyjny", że służby nie złapały szpiegów, bo Nawrocki nie podpisał awansów oficerskich, więc nie miał kto łapać, a jak coś nawala, to przez Nawrockiego, bo nie mianował ambasadora, nie podpisał ustawy - to może działać?

Może. Trzaskowski założył kiedyś ruch "Tak dla Polski". Wszystko niby dobrze, tylko szybko tam zdali sobie sprawę, że nazwa jest pozytywna, a cała aktywność polegała na mówieniu: nie. "Nie zgadzamy się". "Nie pozwolimy". W ten sposób walczyli z rządem PiS-u. "Tak dla Polski" funkcjonowało tylko przez to, że nie masz żadnej sprawczości, możesz tylko krytykować, czyli mówić nie. I tak samo jest z Nawrockiem. Blokuje, zatrzymuje, nie zgadza się. I to jest pułapka. Nie możesz być ciągle na "nie".

- Nawrocki będzie słabnąć?

Politycznie - pewnie tak. Miesiąc miodowy ma za sobą. Ale to nie zmienia faktu, że może mu rosnąć zaufanie społeczne albo przynajmniej może pozostawać na bardzo wysokim poziomie. Jest takie pytanie: "Jak oceniasz prezydenta?". No to ankietowany odpowiada: oceniam pozytywnie, widziałem go, przemawiał, ładnie ręce składał, radzi sobie, silny facet. Ale nie ma to przełożenia na politykę. Komorowski miał 70 procent w takich sondażach. Nic to nie zmieniło. Duda przez wiele lat był liderem zaufania w Polsce, nie miało to żadnego przełożenia na jego siłę. Był najpopularniejszym polskim politykiem, a jak zgłosił swoich kandydatów do europarlamentu na listach PiS-u, to oni przepadli.

(...)

- Jak patrzysz na awantury w PiS? Na te ich spory, wypychanie Morawieckiego. Po co oni to robią?

Pasuje tu powiedzenie, że jak wojsko nie maszeruje, to wojsku odbija. Jak nie ma celu, do którego idziemy, to się zajmujemy sobą. Trzeba maszerować, żeby wygrać wybory, a oni jeszcze przed miesiącem uważali, że wybory już wygrali, tylko czekali na termin.

- Zrobili kongres programowy.

Tylko że ten kongres powinien się nazywać: Wracamy! Bo jedyne, co udało się tam pokazać, to przypomnieć całą ekipę, która straciła władzę w 2023 roku. I to jest dokładnie ten problem: ludzie wcale nie uważają, że władza się PiS-owi znów należy, za to PiS uważa, że ludzie o tym wręcz marzą.

Można było oczekiwać, że po eksperymencie z Nawrockim, który się fantastycznie udał, PiS wyczaruje kolejne nazwisko. Czterdziestoletni kandydat na premiera, oto PiS zmienia oblicze, mówi o aspiracjach, wsie, małe miasta, Nawrocki dał nam przykład. Tymczasem Kaczyński powiedział: premierem będzie Morawiecki albo Czarnek, a w ogóle to wracamy. No i jeszcze patrzcie, mamy Kurskiego i nie zawahamy się go użyć. To mnie zaskoczyło bardzo. Bo żadne dane exit poll zrobione w ramach wyborów prezydenckich nie pokazały, żeby wygrana Nawrockiego oznaczała, że ludzie chcą powrotu PiS do władzy. On wygrał, bo nie był z PiS-u. Każdy inny kandydat PiS-u by przegrał: Czarnek, Bocheński, Morawiecki, ktokolwiek, dlatego właśnie powtarzam, że w Polsce nie wyciąga się wniosków ze zwycięstw. Powinni wiedzieć, dlaczego wygrali prezydenturę, z jakiego powodu, a nie wmawiać sobie, że ludzie chcieli powrotu PiS-u do władzy.

(...)

- No ale plan jest jaki? Sprytny? Bo w sondażach większość i tak ma koalicja PiS-Konfa-Braun.

Plan jest pewnie taki, że powstanie jedna lista. Tym bardziej, że Braun daje kolejne alibi: trzeba bronić kraju przed faszyzmem. A jak masz listę, która daje 40, 41, 42 procent, to już jesteś blisko sukcesu. Myśmy robili sondaż z jedną listą, tylko Razem daliśmy osobno. I wyszło 46 procent na tę jedną listę, i trzy procent na Razem. Czyli to w sumie daje 49 procent Trzaskowskiego. Ale najważniejsze, że te 46 procent dawało 236 mandatów.

- Nie lepiej by zadziałał osobny Czarzasty?

Nie. Bo żeby to dawało całej koalicji funkcjonalnie więcej mandatów, to musisz mieć partię na 9-10 procent. Jeśli mniej, to mandaty dostaje druga strona.

- A połączenie Czarzastego i Razem? To nie dałoby 9-10 procent?

To się nie sumuje. Połowa listy mówi, że mamy świetny rząd, a druga połowa, że fatalny rząd nie dowozi, musimy inaczej. To się nie poskłada. Albo jesteś w jednym obozie, albo nie jesteś.

gazeta.pl


Michael Burry, szef funduszu hedgingowego Scion Asset Management, w ostatnim czasie zaczął niespodziewanie często dzielić się swoimi spostrzeżeniami. Tym razem wziął na celownik akcje Tesli i Palantira.

– Tesla rozwadnia udziały swoich akcjonariuszy o około 3,6 proc. rocznie i nie organizuje skupu akcji własnych – stwierdził. – Wraz z wieściami o pakiecie wynagrodzeń dla Elona Muska wartym 1 bln USD rozwodnienie z pewnością będzie trwać. Kapitalizacja rynkowa Tesli jest dziś absurdalnie przewartościowana i taka była od dłuższego czasu.

– Kolejnym „pięknisiem” – zdaniem inwestora – jest Palantir.

Ta spółka rozwadnia własność akcjonariuszy o 4,6 proc., pomimo prowadzonych skupów akcji własnych.

– Palantir nie wypracowuje zysku po skorygowaniu wyników o części wynagrodzeń wypłacane w akcjach – konstatuje Burry.

(...)

– Czy mamy teraz rok 2000? Czy mamy bańkę? Nie – stwierdziła Savita Subramanian, szefowa strategii akcji amerykańskich w Bank of America. – Czy AI nadal będzie cieszyć się nieskrępowaną pozycją lidera? Również nie.

Nakłady inwestycyjne firm budujących centra danych wzrosły do 60 proc. ich przepływów pieniężnych z działalności operacyjnej, w porównaniu z 30 proc. dekadę temu. Jednak w erze dot-comów wskaźnik ten sięgał 140 proc.

Subramanian przyznała, że wyśrubowane wyceny i koncentracja rynku „rymują się z rokiem 2000”. Przypomniała jednak o kilku różnicach.

Alokacja funduszy w akcje jest znacznie mniejsza niż w erze dot-comów, wzrost wycen wynika z rosnących zysków, oferty publiczne (IPO) są mniejsze, a spekulacja akcjami nierentownych firm nie są tak szalona, jak pod koniec ubiegłego wieku.

Subramanian postrzega obecną sytuację raczej jako pauzę niż początek krachu. Opisuje ją jako potencjalną „dziurę powietrzną”, w której wydatki inwestycyjne wyprzedzają wzrost przychodów. To opóźnienie między inwestycjami a ich monetyzacją – zwłaszcza w kontekście wąskich gardeł energetycznych i infrastrukturalnych – może w krótkim terminie zaniepokoić inwestorów.

bankier.pl


Przemawiając w sobotę na "antywojennym wiecu" w Kecskemet w centralnych Węgrzech premier Viktor Orban ostrzegł, że "przyszłoroczne wybory będą ostatnimi przed wojną". To, jaki rząd w nich wybierzemy, będzie naszym losem w czasie wojny - stwierdził Orban.

Kecskemet jest trzecim miastem, w którym rządzący Fidesz premiera Orbana i najważniejsza partia opozycyjna kraju - TISZA - organizują tego samego dnia swoje kampanijne spotkania.

Wybory parlamentarne na Węgrzech mają się planowo odbyć w kwietniu 2026 roku. Większość przedwyborczych sondaży daje przewagę opozycyjnej TISZY, chociaż w ostatnich badaniach różnica pomiędzy dwiema głównymi partiami kraju zmalała.

- Dobrze jest, że Stany Zjednoczone mają prezydenta, który działa przeciwko wojnie. W obliczu walk toczących się w naszym sąsiedztwie i przygotowań Europy do wojny, jedynym pytaniem jest, czy uda nam się uniknąć wojny - stwierdził premier Orban.

Zauważył, że "stosunki dyplomatyczne (Europy z Rosją) zostały zerwane, nałożono sankcje, (w Europie) wraca pobór do wojska oraz trwa transformacja w gospodarkę wojenną". - Dopiero potem nastąpi faza konfrontacji - zauważył Orban.

Podkreślił, że "aby uniknąć wciągnięcia w wojnę, musimy sprawić, by Węgry były silne". - Musimy uczyć się z historii! Wybory w przyszłym roku będą ostatnimi wyborami przed wojną. To, jaki rząd wybierzemy, będzie naszym losem w czasie wojny. Z rządem narodowym mamy szansę uniknąć najgorszego - ocenił węgierski premier.

Orban określa swój gabinet mianem "rządu narodowego", a swojego głównego rywala, Petera Magyara, i jego ugrupowanie oskarża o zależność od urzędników Unii Europejskiej i kierowanie się ich priorytetami.

W wystąpieniu węgierski premier zapewnił też, że prowadzi rozmowy z USA i Rosją, by przygotować kraj na przyszłość.

PAP


Waszyngton oficjalnie rezygnuje z roli światowego hegemona, wycofując się na półkulę zachodnią. Świat podzielony zostaje na trzy strefy wpływów, z mocarstwami oddzielonymi bezpiecznymi oceanami. Europa staje się ważnym, ale pobocznym teatrem działań, który wymaga odgórnie narzuconej stabilizacji ponieważ w założeniach dokumentu, nie jest zdolna do zadecydowania o sobie. Chiny pozostają wyzwaniem, jednakże ich status zostaje deklaratywnie zdegradowany z głównego wroga, na rywala z którym należy konkurować utrzymując obecną strefę wpływów na Indo-Pacyfiku, bez doprowadzania do bezpośredniej konfrontacji.

Bliski Wschód zostaje zmarginalizowany, z maksymalnie ograniczoną amerykańską obecnością, zaś Afryka całkowicie pominięta, wspominana jedynie jako źródło eksploatacji surowców. W przeciwieństwie do strategii z 2022 roku i dokumentów NATO, Rosja wymieniana jest jako zagrożenie jedynie w kontrze do błędnej (w opinii autorów) polityki Europy. Jednocześnie dość obszerny fragment dokumentu kreuje Unię Europejską na główne zagrożenie wobec państw europejskich, a także całej „europejskiej cywilizacji”. Za podobnie wrogie uznaje się organizacje i instytucje międzynarodowe. Waszyngton otwarcie zapowiada ingerowanie w politykę krajową sojuszników, wspieranie partii i organizacji „patriotycznych”, dążących do rozbicia europejskiej solidarności.

USA będą unikać zaangażowania na wielu frontach, skupiając się na odstraszaniu i zapobieganiu konfliktom. Pokój z Rosją ma być Europie narzucony, ponieważ niezdolna jest do samodzielnego porozumienia. Sojusznicy powinni wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo regionu, a Amerykanie będą im pomagać głównie poprzez udostępnienie technologii oraz preferencyjną sprzedaż uzbrojenia. Mimo braku bezpośredniego zakwestionowania sensu istnienia NATO, pewne wątpliwości pojawiają się w kontekście przyszłości sojuszu. Jedna ze wzmianek hipotetycznie zakłada, że niektóre państwa mogą stać się wewnętrznie niekompatybilne ze względu na zachodzące w nich zmiany społeczno-kulturowe.

Publikacja ta zbiegła się w czasie z ujawnieniem przez agencję Reuters informacji, że USA dają Europejczykom czas do 2027 roku na przejęcie większości konwencjonalnych zdolności obronnych NATO, od wywiadu po rakiety. Jeśli termin nie zostanie dotrzymany, Pentagon grozi wstrzymaniem niektórych mechanizmów koordynacji obronności NATO. Nie wiadomo jakich, ale jest to postępowanie tożsame z tym jak traktowana jest Ukraina (w jej przypadku było to czasowe wstrzymywanie dostaw uzbrojenia i pomocy wywiadowczej), o czym NSS wydaje się kilkukrotnie wspominać.

Reasumując. Dokument ten powinien stanowić ostatni zimny prysznic, szczególnie dla państw naszego regionu. Przesłanek było wystarczająco wiele, aby w minionych miesiącach dostrzec symptomy niedobrej dla nas przemiany Stanów Zjednoczonych z idealizowanego protektora, w wyrachowanego szantażystę. Amerykanie odchodzą, zarówno w sensie geograficznym wycofując się do zachodniej hemisfery, jak i w sensie politycznym. Przestają być strażnikiem praw i porządku. Nie tylko opuszczają, ale całkowicie palą gmach świata zachodniej powojennej demokracji, opartej na wspólnych interesach, kulturze i solidarności.

Istnieje wyłącznie merkantylizm i interesowność. Sojusze są jedynie tak dobre, jak długo pozostają kontrolowane przez Waszyngton realizując amerykańskie interesy narodowe. Więcej nawet, Waszyngton zachęca do rywalizacji uznając ją za normalną kolej rzeczy i akceptuje ryzyka jakie niesie. Występuje jednak z pozycji jednego z najsilniejszych państw świata, tymczasem większość pozostałych jest na tyle słaba aby obawiać się o swoją suwerenność.

Przekonany jestem, że jeszcze długo będzie się mówić o znaczeniu tych zapisów, a na temat amerykańskiej polityki pojawi się setki opracowań i artykułów. Pozwólcie więc, że spróbuję omówić treść tego naprawdę przełomowego dokumentu, mimo że kwituje on jedynie obserwowane status quo. Przynajmniej mamy to czarno na białym, nie może być więc żadnych wątpliwości co do intencji Białego Domu.

(...)

Pierwsza część ma charakter reinterpretacji amerykańskiej polityki zagranicznej ostatnich dekad. Jest wobec niej zdecydowanie krytyczna. Powtarzają się stwierdzenia, które w minionych miesiącach wielokrotnie słyszeliśmy z ust wiceprezydenta JD Vance’a i innych polityków obozu rządzącego.

Autorzy stwierdzają, że USA nie stać na to żeby być wszędzie. Co więcej, celem polityki zagranicznej jest wyłącznie obrona interesów narodowych rozumianych jako całkowite podporządkowanie relacji międzynarodowych osiąganiem korzyści materialnych. Ich dotychczasowa forma miała być wbrew amerykańskiej racji stanu, a ponadto niezrozumiała dla przeciętnych Amerykanów. Sojusznicy mieli zrzucać odpowiedzialność za bezpieczeństwo na USA, które nie czerpało żadnych korzyści. Co więcej, system ten umożliwiał rozwój instytucji i organizacji międzynarodowych, które są w swoim charakterze antyamerykańskie, a nawet dążą do ograniczenia suwerenności poszczególnych narodów.

Kolejne dwa rozdziały dokonują przeglądu celów zarówno w odniesieniu do samych Stanów Zjednoczonych, jak i reszty świata. Nadrzędnym jest:

„Dalsze przetrwanie i bezpieczeństwie Stanów Zjednoczonych jako niezależnej, suwerennej republiki, której rząd chroni nadane przez Boga prawa naturalne swoich obywateli i stawia na pierwszym miejscu ich dobrobyt i interesy”.

W tym kontekście wymieniane się bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne, gospodarcze i terytorialne. Poruszone są kwestie przeciwdziałania szpiegostwu, przestępczości, migracji, subwersji kulturowej i propagandzie. Wiele uwagi poświęca się wewnętrznej reformie mającej wzmocnić państwo na wielu szczeblach: społeczeństwa, kultury, bezpieczeństwa wewnętrznego, silnej gospodarki, rozbudowanej armii, oraz daleko posuniętej samowystarczalności. To połączenie postulatów MAGA z wizją izolacjonizmu, oraz wprowadzenia popartego siłą merkantylizmu w polityce międzynarodowej.

Dość zaskakujący jest fragment o amerykańskiej „soft power” rozumianej jako kolejną wersję „amerykańskiej wyjątkowości” (american exceptionalism). Pozytywny wkład USA w rozwój świata ma polegać nie na krzewieniu demokracji (jak było dotychczas) tylko na poszanowaniu innych kultur, religii i systemów politycznych. Wizja ta kłóci się z naszym wyobrażeniem amerykańskiej polityki w jej tradycyjnym wydaniu, ale wbrew pozorom jest zgodna z przeprowadzoną na początku roku całkowitą likwidacją wszystkich narzędzi miękkiej polityki, które dotychczas pozostawały w amerykańskiej dyspozycji. Należy je interpretować poprzez aktualny stosunek do Rosji lub Arabii Saudyjskiej.

Amerykanie zamierzają deeskalować poprzez akceptację roszczeń aktorów o polityce rewizjonistycznej godząc się na przynajmniej część ich postulatów i żądań, tak długo jak nie będą w bezpośredniej sprzeczności z amerykańskim interesem (tj. nie przyniosą bezpośrednich szkód USA, co niekoniecznie łączy się ze szkodami sojuszników lub partnerów). Pokrótce omówienie założeń objawia nam się w pełnej krasie dopiero w ostatnim, najbardziej rozbudowanym rozdziale dokumentu.

Na początek przytoczę główne zasady amerykańskiej polityki, które są pieczołowicie wyliczone w treści dokumentu. Ich oryginalne brzmienie posiada krótka interpretację mojego autorstwa umieszczoną w nawiasie. W dokumencie opisy te są dłuższe i nieco bardziej zniuansowane.

* Zawężenie celów interesu narodowego (wycofanie się do izolacjonizmu)

* Pokój przez siłę (odstraszanie przeciwników)

* Zasada odejścia interwencjonizmu (stwierdza się, że całkowite jest niemożliwe, ale jego maksymalne ograniczenie będzie pożądane)

* Elastyczny realizm (wspomniane wcześniej porzucenie zasad zachodniej cywilizacji w wizji stosunków międzynarodowych, mówiąc inaczej – prymat silnych nad słabymi bez zmuszania do przestrzegania norm)

* Pierwszeństwo narodów (stosunki bilateralne ważniejsze od relacji z organizacjami międzynarodowymi)

* Suwerenności i szacunek (USA dbać będą wyłącznie o własną niezależność sprzeciwiając się organizacjom międzynarodowym – w tym kontekście podaje się cenzurę, wolność słowa, operacje wpływu, migrację, konflikty zbrojne – potencjalnie bardzo groźny sygnał -> vide NATO/ONZ/UE)

*Równowaga sił (USA odrzuca własną rolę hegemona, ale nie pozwoli aby inne mocarstwo po nią sięgnęło – mówiąc inaczej, koncert mocarstw)

*Polityka propracownicza (odbudowa gospodarki w oparciu o prymat amerykańskiej wytwórczości)

*Uczciwość (USA wymagać będą wzajemności w relacjach z sojusznikami, rozumianej jako branie na siebie podobnego ciężaru wydatków i obowiązków. Co więcej, sojusznicy powinni wydawać nawet więcej by wyrównać trwające dekady „nierówności” na niekorzyść USA. Co rozumiem jako politykę płacenie haraczu za ochronę)

*Kompetencje i zasługi (wyeliminowanie radykalizmu i ideologii, postawienie na rzeczywiste kompetencje i zasługi w odbudowie infrastruktury, bezpieczeństwie narodowym, technologii, przemyśle, obronie i innowacjach. Przy czym z pierwszeństwem Amerykanów nad innymi nacjami)

*Koniec ery masowej migracji (swobodna migracja jest niedopuszczalna i niebezpieczna)

*Ochrona praw i wolności (prawa amerykańskich obywateli muszą być chronione, dlatego agencjom dano „straszliwe” uprawnienia, ale ich nadużycie musi być bezwzględnie karane, podobnego postępowania oczekuje się od sojuszników – tutaj mamy dwie kwestie, poszerzenia uprawnień służb ale deklaratoryjnym zapewnieniu, że nie wolno ich nadużywać. Jednocześnie jest to wygodny pretekst do dyscyplinowania sojuszników)

*Dzielenie się ciężarami (rozumianymi jako ponoszenie większych wydatków przez sojuszników, którzy wezmą odpowiedzialność za własny region i będą mogli liczyć na amerykańskie wsparcie w postaci korzystniejszych umów handlowych, kontraktów obronnych i dostępu do technologii)

*Reorganizacja przez pokój (rozumiana jako próba zakończenia konfliktów poprzez oferty intratnej współpracy bez oglądania się na przyczyny danej wojny – w tym kontekście wyraźnie podkreślona rola Trumpa)

*Bezpieczeństwo ekonomiczne (wyrównana wymiana handlowa, dostęp do surowców krytycznych, reindustrializacja, odbudowa przemysłu zbrojeniowego, dominacja energetyczna, dominacja sektora finansowego).

*

Po określeniu podstawowych zasad, dokument przechodzi do opisania polityki wobec poszczególnych regionów świata. Rozbudowują one w szczegółach to co napisano w poprzednich fragmentach. Przede wszystkim wprost podkreśla się, że USA nie stać jest na rozciąganie sił i uwagi. Dlatego Amerykanie jasno określają, że priorytetem będzie bezpośrednio sąsiedztwo – zachodnia półkula. W pozostałych regionach (z wyjątkiem Azji) Amerykanie wycofają się albo całkowicie, albo w określonym zakresie.

Podkreśla się, że Donald Trump wprowadza własne poprawki do doktryny Monroe’a. USA nie będą tolerować żadnej zewnętrznej ingerencji w tym regionie. W tym celu wzmocnią relacje z sojusznikami, których wykorzystają do kontroli migracji, walki z biznesem narkotykowym oraz zaprowadzenia bezpieczeństwa na lądzie i morzu.

USA zamierza wzmocnić swoją obecność wojskową w regionie, także poprzez wycofanie się z innych, odległych teatrów. Wspomina się o wzmocnieniu straży przybrzeżnej i marynarki, obciążeniu ich zadaniami kontroli migracji, przeciwdziałania handlu ludźmi i narkotykami oraz utrzymywaniu bezpieczeństwa żeglugi.

Głównym narzędziem politycznym będą cła oraz umowy handlowe, co oznacza tyle, że sojusznicy zostaną wzmocnieni finansowo (vide Javier Milei w Argentynie), a przeciwników będzie się dusić cłami tak długo aż poddadzą się dyktatowi USA (np. Wenezuela). Waszyngton chce aby Stany stały się dominującą potęgą gospodarczą i najważniejszym partnerem handlowym państw regionu. Ich relacje z partnerami spoza regionu będą zaś zwalczane.

Podsumowując, Amerykanie będą używać narzędzi gospodarczych w sposób długofalowy, oraz militarnych tam gdzie będzie to możliwe, w krótkich odcinkach czasu. Za powód do interwencjonizmu posłuży pretekst istnienia organizacji przestępczych i i karteli narkotykowych. Schemat ten obserwujemy już teraz w przypadku Wenezueli.

Co prawda dokument zakłada, że zachęty gospodarcze same w sobie wystarczą do zbliżenia z państwami regionu, jednakże monopolizacja relacji źle wróży nastrojom w Ameryce Południowej. A ta ma zdecydowanie złe skojarzenia z imperialną polityką Amerykanów, podobną zresztą do tego jak my sami myślimy o Rosji.

Wygrać gospodarczą przyszłość, zapobiec konfrontacji militarnej. To hasło przewodnie dobrze oddaje charakter fragmentu o rywalizacji z Chinami. USA dostrzegają gwałtowny wzrost potęgi Chin (pada sformułowanie „prawie równorzędna”) i zamierzają przywrócić równowagę handlową. Rejon Indo-Pacyfiku nazywają „polem bitwy”, ale nie w sensie dosłownym tylko strategicznej rywalizacji o wpływy i profity, w którym USA wspierane będą przez sojuszników.

Dokument zwraca uwagę, że Chiny zareagowały na pierwszą fazę wojny handlowej (2017) mocniej uzależniając od siebie gospodarki państw o niskich lub średnich dochodach per capita (13,800 USD lub mniej). W efekcie chiński eksport do tych państw jest dzisiaj czterokrotnie wyższy niż do USA, a rynku amerykańskiego w chińskim PKB spadł z 4% do 2%. Państwa te, poprzez budowę chińskich fabryk oraz utworzenie sieci dystrybutorów, stały się pośrednikami w eksporcie chińskich produktów do USA (w domyśle ukrywając tożsamość chińskiego producenta).

Waszyngton zamierza temu zaradzić przywracając równowagę i wzajemność w relacjach. Handel może być kontynuowany ku obopólnej korzyści, ale tylko w zakresie niedotyczącym kwestii wrażliwych (w domyśle technologii dających Amerykanom przewagę). Natomiast wspomniane państwa małe i średnie nęcone będą wizją współpracy gospodarczej i amerykańskimi inwestycjami. Amerykańska gospodarka musi też zachować „żywotność” i wzrost gospodarczy, aby utrzymać się na czele wyścigu.

W kontekście budowania „równowagi” wymienia się ogólne zasady, rozumiane jako walkę z:

*Drapieżnymi strategiami przemysłowymi i dotacjami państwowymi

* Nieuczciwymi praktykami handlowymi

* Niszczeniem miejsc pracy i deindustrializacją

* Kradzieżą własności intelektualnej i szpiegostwem przemysłowym

* Zagrożeniami dla łańcuchów dostaw, które narażają Stany Zjednoczone na ryzyko dostępu do kluczowych zasobów, w tym minerałów i pierwiastków ziem rzadkich

* Eksportem prekursorów fentanylu

* Propagandą, operacjami wpływu i innymi formami subwersji kulturowej.

(wszystkie te cele można przypisać Chinom, choć nie są oskarżane wprost o stosowanie tych praktyk)

Wśród sojuszników mających stanowić przeciwwagę dla Chin wymienia się: Indie, Japonię i Australię (Quad), ale włączenie w równoważenie chińskiego bilansu handlowego w zakresie dóbr konsumenckich wymagane jest także od Europy, Korei Południowej, Kanady i Meksyku, oraz wszystkich innych „znaczących” państw. Tak swoją drogą zapisy w tej części są dość chaotyczne i sprawiają wrażenie tekstu publicystycznego a nie dokumentu strategicznego. W skrócie, chodzi o to aby Amerykanie wykorzystali przewagę technologiczną (można dyskutować na ile ona faktycznie istnieje) do odzyskania światowych rynków zbytu i utrzymania (ponownie, to raczej wątpliwe) prymatu gospodarczego. Mowa o inwestycjach w Globalne Południe, dających alternatywę dla chińskiego kapitału. Przytomnie zauważa się jednak, że takowy plan obecnie nie istnieje a jedynie zgłaszana zostaje potrzeba jego utworzenia.

USA widzi swoją przewagę w technologiach wojskowych i podwójnego zastosowania. Przede wszystkim w domenach podwodnej, kosmicznej i jądrowej. Dodatkowo uważa, że dominuje w AI, komputerach kwantowych, systemach autonomicznych oraz energetyce koniecznej do zasilenia tych technologii. Przewagi te mają w przyszłości posłużyć do umocnienia pozycji i nawet zwiększyć dystans do konkurentów. Co więcej, ich rozwój ma być ściśle powiązany ze współpracą z kapitałem prywatnym (w domyśle, ma on się włączyć w politykę państwa) oraz wesprzeć przywrócenie (ważne – to oznacza, że wg autorów USA są w gorszej pozycji w regionie) korzystnej, regionalnej równowagi militarnej.

Z punktu widzenia współpracy międzynarodowej, USA określane są jako atrakcyjna konkurencja dla Chin ze względu na to, że Amerykanie są „otwarci, transparentni, wiarygodni, oddani wolności i innowacyjności, oraz mają za sobą wolny rynek (kapitalizm)”. Określenia te brzmią pięknie, ale obawiam się, że dokładnie taki wizerunek Amerykanów został z dużą sumiennością zniszczony w trakcie zaledwie kilku miesięcy 2025 roku. Trudno dzisiaj mówić o wiarygodności czy transparentności, jeśli sojusznicy są traktowani gorzej niż wrogowie a polityka Białego Domu potrafi się zmieniać o 180 stopni w ciągu kilku dni.

W pozostałej części autorzy skupiają się na kwestii zagrożenia bezpośrednią konfrontacją zbrojną. W dłuższym okresie, duża przewaga gospodarcza i technologiczna USA mają zniechęcać przeciwników do rozpoczęcia dużego konfliktu. Jednakże aby stan ten był możliwy do utrzymania konieczna będzie równowaga militarna w regionie. USA zamierzają utrzymać otwartą żeglugę na Morzu Południowochińskim oraz w Cieśninie Tajwańskiej, oraz zabezpieczyć tzw. pierwszy łańcuch wysp. Dlatego polityka wobec Tajwanu pozostanie taka jak dawniej, a żadne jednostronne zmiany statusu Cieśniny Tajwańskiej nie będą akceptowane.

Najważniejsze w tym zakresie jest stwierdzenie, że Amerykanie nie zamierzają brać na siebie pełnej odpowiedzialności i wymagać będą od wszystkich regionalnych sojuszników (przede wszystkich tych z pierwszego łańcucha) znaczących nakładów zbrojeniowych i zwiększenia zdolności wojskowych. Mówiąc inaczej, USA wydają się warunkować w ten sposób swój udział w ich obronie.

Z naszego punktu widzenia najbardziej kontrowersyjny rozdział. Przede wszystkim stanowi on bardzo mocną krytykę Unii Europejskiej. Autorzy raportu wspominają problemy z odpowiednio wysokimi wydatkami na obronność i kurczący się potencjał gospodarczy, jednakże jako główne zagrożenie wskazując „wymazanie” cywilizacji.

Cytując:

„Do najważniejszych problemów stojących przed Europą należą: działania Unii Europejskiej i innych organizacji transnarodowych, które podważają wolność polityczną i suwerenność, polityka migracyjna, która przekształca kontynent i wywołuje konflikty, cenzura wolności słowa i tłumienie opozycji politycznej, spadający wskaźnik urodzeń oraz utrata tożsamości narodowych i pewności siebie”.

Trzeba przyznać, że to dość radykalna diagnoza, w dodatku mająca charakter publicystycznej opinii. Niekoniecznie zgodnej z rzeczywistością, a ponieważ wiem jak nośna jest ta narracja chciałbym ją od razu skomentować.

Bez wątpienia problem migracji nie jest wymyślony i został zauważony już wiele lat temu. Od tamtej pory trwały różne próby jego uregulowania, tak na poziomie krajowym jak i unijnym. Wiemy co ostatnio robiła Polska, jak reagują Niemcy, czym jest pakiet migracyjny – wszystko jedno czy oceniamy te działania dobrze czy źle, faktem jest że politycy reagują na nastroje społeczne starając wprowadzić zmiany, a sam problem jest dla wszystkich oczywisty i ma charakter długoterminowy.

Natomiast mówienie o „cenzurze” i „tłumieniu opozycji” to kalka rosyjskiej narracji, bo też jedyne tego typu działania, które mogłyby choćby zbliżać się do podanych definicji dotyczą walki z dezinformacją i agenturą Federacji Rosyjskiej, która próbuje destabilizować wewnętrznie państwa Europy. Dokument całkowicie pomija wątek wojny hybrydowej. Nie ma też przecież mowy o tym, aby wybory nie były wolne i pluralistyczne. Europa cieszy się dużą swobodą i większym rozhermetyzowaniem partii politycznych niż USA.

Zarzucając europejskim demokracjom praktyki autorytarne, mimo że to właśnie w USA wprowadza się państwową cenzurę ograniczającą wolność mediów, a sam prezydent Trump mści się na dziennikarzach zadających niewygodne dla niego pytania jest dowodem albo na oryginalne poczucie humoru, albo daleko posunięty cynizm. Wzmianka o spadającym wskaźniku urodzeń, osłabieniu tożsamości narodowej i braku pewności siebie (objawiającym się w relacjach z Rosją) to z kolei zabieg propagandowy, którego cel staje się jasny w kolejnym akapicie.

Cytat:

„W wyniku wojny Rosji na Ukrainie relacje europejskie z Rosją uległy znacznemu osłabieniu, a wielu Europejczyków postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne. Utrzymanie relacji europejskich z Rosją będzie wymagało znaczącego zaangażowania dyplomatycznego Stanów Zjednoczonych, zarówno w celu przywrócenia warunków strategicznej stabilności na obszarze Eurazji, jak i w celu ograniczenia ryzyka konfliktu między Rosją a państwami europejskimi.”

Mówiąc inaczej, Amerykanie uważają że Europejczyków należy zmusić do nawiązania relacji z Rosją ponieważ sami są do tego niezdolni, a nierozwiązanie tej sprawy destabilizuje Euroazję i prowadzić może do bezpośredniej konfrontacji. Przywołana wcześniej argumentacja ma tę wizję uprawdopodobnić. Skoro Unia Europejska jest konstruktem całkowicie upadłym, nie może o sobie decydować. To ta sama narracją jaką Rosjanie stosują wobec Ukrainy.

Autorzy słowem nie wspominają o praprzyczynie konfliktu z Rosją, czyli rosyjskim imperializmie i powtarzającej się agresji terytorialnej trwającej cyklicznie od 2008 do 2022 roku. Mało tego, w całym dokumencie nie ma słowa o tym jak powstrzymać Rosję, czy też jakim zagrożeniem jest polityka tego kraju. Pomija się także dekady jakie państwa europejskie poświęciły na zbliżenie przez „ucywilizowanie” Rosji, z Niemcami i Francją na czele i jaki efekt działania te przyniosły.

Mowa o Ukrainie.

Dokument podkreśla, że w podstawowym interesie Stanów Zjednoczonych leży wynegocjowanie szybkiego zakończenia działań wojennych, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub rozlania się wojny. Ma to przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić odbudowę Ukrainy po zakończeniu działań wojennych i jej przetrwanie jako funkcjonującego (a nie upadłego) państwa. Nie ma wzmianki o suwerenności lub integralności terytorialnej.

Jednocześnie stwierdza się, że amerykańska administracja pozostaje w konflikcie z europejskimi politykami, którzy mają „nierealistyczne oczekiwania” wobec wojny, co ma być w sprzeczności z dążeniem ogółu do jej zakończenia. Politycy ci mają reprezentować mniejszościowe, niestabilne rządy i działać wbrew woli społeczeństwa. Stwierdzenie to jest zasadniczo sprzeczne z rzeczywistością bowiem różnorakie wsparcie Ukrainy popiera większość obywateli UE, co potwierdzają najnowsze badania opinii publicznej (średnia ok. 60%), natomiast relatywnie niewielka ilość rządów europejskich ma charakter mniejszościowy. Jest to więc kolejne stwarzanie narracji pod fikcyjne przesłanki.

Dalej czytamy, że USA zamierzają pomagać Europie w odzyskaniu konkurencyjności i „korekcie” kursu, ponieważ chcą aby była stabilnym i mocnym sojusznikiem, jednakże nie w rozumieniu zrzeszenia w jednym organizmie politycznym, tylko jako wiele pojedynczych, suwerennych państw. W całym tekście wybrzmiewa przekaz stawiający Unię Europejską w roli wroga większego niż Rosja. USA zamierzają ingerować w politykę wewnętrzną tych państw tak aby doprowadzić do korzystnych dla siebie wyników wyborów, a także zablokować możliwość samodzielnego rozstrzygania relacji z Rosją, w tym dalszego rozszerzania NATO.

Reasumując, cele amerykańskiej polityki wobec Europy to:

* Przywrócenie warunków stabilności w Europie i stabilności strategicznej z Rosją

* Umożliwienie Europie stanięcia na własnych nogach i działania jako grupa sprzymierzonych suwerennych państw, w tym poprzez wzięcie na siebie głównej odpowiedzialności za własną obronę, bez bycia zdominowanym przez jakiekolwiek wrogie mocarstwo

* Kultywowanie oporu wobec obecnej trajektorii Europy w państwach europejskich

* Otwarcie rynków europejskich na towary i usługi ze Stanów Zjednoczonych oraz zapewnienie sprawiedliwego traktowania pracowników i przedsiębiorstw ze Stanów Zjednoczonych

* Budowanie zdrowego społeczeństwa państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej poprzez powiązania handlowe, sprzedaż broni, współpracę polityczną oraz wymianę kulturalną i edukacyjną

* Położenie kresu rozszerzaniu NATO

* Zachęcanie Europy do podjęcia działań w celu zwalczania „merkantylistycznej nadwyżki mocy produkcyjnych, kradzieży technologicznej, cybernetycznego szpiegostwa i innych wrogich praktyk gospodarczych” (czyli wobec Chin).

Amerykanie wycofują się z Bliskiego Wschodu w rozumieniu obecności militarnej i angażowania się w długotrwałe konflikty. Powody tej decyzji są według autorów dwa. Po pierwsze USA stały się samowystarczalne energetycznie, a po drugie największe regionalne konflikty miały zostać zażegnane. Osłabiono Iran oraz jego wpływy (zniszczenie programu nuklearnego), zawarto rozejm w konflikcie izraelsko-palestyńskim, osłabiono głównych sponsorów Hamasu, ustabilizowano Syrię.

Wobec powyższego region przestaje być „wiecznym problemem”, a staje się partnerem inwestycyjnym (nie tylko ropa, ale też energia jądrowa, AI, technologie obronne) i polem współpracy gospodarczej (łańcuchy dostaw, rynki w Afryce itp.). Konkluzja jest taka, że podstawowe interesy Ameryki (bezpieczeństwo dostaw ropy, otwartość Cieśniny Ormuz i Morza Czerwonego, walka z terroryzmem, bezpieczeństwo Izraela, rozszerzanie Porozumień Abrahamowych) da się realizować bez wielkich wojen i demokratycznego „budowania narodów”.

Amerykanie cedują stabilizację na lokalne państwa i odstępują od ingerowania w ich sprawy wewnętrzne lub narzucania ścieżek rozwoju politycznego (jaka zmiana w stosunku do Europy!). W razie potrzeby będą interweniować wojskowo, ale nie zamierzają już angażować się tak dalece jak w minionych dekadach. Warto zauważyć, że w tym bardzo krótkim fragmencie kilkukrotnie wymienia się zasługi Donalda Trumpa dla stabilizacji regionu, co ociera się o hagiografię i to w dokumencie, który ma być przecież strategiczną sygnalizacją dla świata, a nie panegirykiem.

Afryce poświęca się jeszcze mniej uwagi, zaledwie trzy akapity. Podobnie jak w przypadku Bliskiego Wschodu amerykańska polityka odstąpi od szerzenia „liberalnej ideologii” (czyli demokracji) na rzecz pragmatycznej współpracy gospodarczej w postaci amerykańskich inwestycji. Jakich? W surowce naturalne, w tym przede wszystkim pierwiastki rzadkie oraz energetykę. W zamian USA oferować będą technologię energetyki nuklearnej, skroplonego gazu oraz eksploatacji metali ziem rzadkich. Do współpracy zaproszone zostaną wszystkie państwa otwarte na amerykańskie inwestycje. W zaledwie jednym zdaniu wspomina się o problemie islamskiego terroryzmu, ale jednocześnie podkreślone zostanie, że Amerykanie unikać będą długotrwałych zobowiązań i obecności zbrojnej.

Innymi słowy, Afryka ma być przedmiotem gospodarczego kolonializmu z pominięciem jakichkolwiek działań mających stabilizować kontynent.

(...)

globalnagra.pl