poniedziałek, 8 grudnia 2025



Na początek zacytuję komentarz politologa Abbasa Gallamowa o logice Putina i o sygnałach zniecierpliwienia społecznego: „Jeśli popatrzeć na wojnę z punktu widzenia rosyjskiej opinii publicznej, to im dłużej ona trwa, tym łatwiej ją zakończyć. Bo to tylko na początku naród żądał zwycięstwa, a teraz już na nie nie czeka. Teraz już wystarczy, żeby ten koszmar jak najszybciej się skończył. Jeszcze niedawno myśl o tym, że Rosja nie może pokonać Ukrainy, była dla przeciętnego Rosjanina czymś nie do zaakceptowania, jak przeciągnięcie sierpem po gardle, a obecnie obywatel już się do tej myśli przyzwyczaił. To nieprzyjemne, owszem, ale da się żyć. A tak naprawdę można po prostu o tym nie myśleć”.

I dalej: „Putin z tej zmiany nastrojów nie zdaje sobie sprawy. Uważa, że im więcej przelano krwi, tym bardziej przekonujący będzie końcowy wynik, bo inaczej ludzie zechcą go za przelanie krwi rozliczyć, zapytają, po co to wszystko było. […] Logika Putina to logika gracza w kasynie, kogoś, kto przegrywa, ale podnosi stawki, licząc, że się odegra. Zaczyna czuć, że za chwilę będzie bankrutem, ale nie może się zatrzymać”.

Śmiała teza. Trudno ją zweryfikować. Ale można się przyjrzeć reakcji społecznej na tzw. aferę Dolinej. Łarisa Dolina to popularna piosenkarka, putinistka, z tych, co to wszystko wyśpiewają, o co umiłowany wódz poprosi, od grudnia 2024 r. jest objęta sankcjami UE. W zeszłym roku Dolina dała się podejść oszustom, którzy rozegrali ją koncertowo: podprowadzili pod sprzedaż wielkiego mieszkania w moskiewskich Chamownikach (pieniądze ze sprzedaży zostały przelane pod wskazane przez oszustów konta). Oszuści zostali dość szybko namierzeni, a sąd zdecydował o zwrocie mieszkania Dolinej (bo padła ofiarą oszustwa), w wyniku czego pieniądze straciła osoba, która to mieszkanie kupiła (a w rezultacie decyzji sądu, następnie straciła). W mediach społecznościowych zawrzało. Na głowę piosenkarki wylał się nieprawdopodobny hejt za to, że wykorzystała swoją pozycję osoby uprzywilejowanej, aby odzyskać forsę. Gazety zaczęły pisać, że ludzie masowo zwracają bilety na koncerty piosenkarki, z filmów wycina się jej wizerunek w obawie, że ludzie nie przyjdą do kina, restauracje i salony piękności jeden za drugim ogłaszają, że nie wpuszczą piosenkarki za próg itd. Dolina ugięła się i wystąpiła z inicjatywą zwrotu przynajmniej części pieniędzy niedoszłej nowej właścicielce mieszkania. Jak sprawa się skończy – nie wiadomo. Przy okazji zwrócono uwagę na masowe (udane) oszustwa w rodzaju tego, jak rozegrano Doliną (nawet ukuto termin „efekt Dolinej”). Ale to temat na inną rozprawkę.

Wróćmy do kazusu Dolinej. „Skandal związany z mieszkaniem Dolinej stał się okazją do wyrażenia emocji. Ludzie, którzy mają różne problemy – boją się wojny albo nie dają sobie rady w życiu, nie znajdują miejsca w społeczeństwa – wszyscy odnaleźli się w tym przypadku. […] Naród stracił cierpliwość, bo zdał sobie sprawę, że niektórym wybrańcom losu żyje się w Rosji o wiele lepiej niż ogółowi, ale ostrze swojego niezadowolenia zwrócił nie na źródło problemu, to znaczy reżim Putina, tylko na jedną z jego drobnych beneficjentek” – napisał politolog Iwan Prieobrażenski (...). „W normalnych warunkach postępek Dolinej nie stałby się powodem takiej masowej kampanii społecznej”. Ale sytuacja normalna nie jest. Władze stale dokręcają śrubę, tego nie wolno, tamtego nie wolno, wsadzają do łagru za słowa, za piosenki, za westchnienia. Zdaniem Prieobrażenskiego, „to frustracja zmęczonego i zastraszonego, zatomizowanego społeczeństwa i poszukiwanie punktu, w którym zbiega się niezadowolenie różnych grup społecznych. Czasem od tego zaczynają się rewolucje. Ale nie w Rosji. Bo choć niezadowolenie z polityki władz jest masowe (obniżenie poziomu życia, niewypłacanie pensji, rozczarowanie z tego powodu, że wojna nadal się ciągnie), to nie przekuwa się ono w zorganizowaną formę”.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

niedziela, 7 grudnia 2025



Słabość gospodarki Węgier na niespełna pół roku przed wyborami parlamentarnymi w dużym stopniu tłumaczy otwartość urzędującego od 15 lat premiera Viktora Orbana na współpracę z Rosją, wbrew polityce Unii Europejskiej. Ostatnie lata jego rządów to okres zapaści inwestycyjnej, której konsekwencją jest m.in. utrzymujące się uzależnienie Węgier od rosyjskich surowców energetycznych. Spotykając się w miniony piątek z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem – nie pierwszy raz od ataku Rosji na Ukrainę - Orban chciał pokazać wyborcom, że jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego kraju i pośrednio konkurencyjności węgierskiej gospodarki.

Ścieżki rozwoju gospodarczego Węgier i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, które wstąpiły do UE, rozbiegły się już wcześniej. Od początku 2004 r., czyli rozszerzenia Unii na wschód od Odry, do połowy bieżącego roku węgierski PKB zwiększył się realnie o zaledwie 50 proc., mniej niż któregokolwiek innego z tej grupy krajów. W Polsce, która w takim horyzoncie była liderem wzrostu, PKB zwiększył się o 120 proc., a w Rumunii o 108 proc. Zwyżki o mniej niż 60 proc., oprócz Węgier, odnotowały tylko Estonia, Słowenia i Łotwa.

(...)

Dlaczego mimo to Orban przez 15 lat zdołał utrzymać się u władzy i dopiero teraz sondaże dają przewagę opozycji? Po pierwsze, choć Węgry rozwijały się wolniej niż inne kraje regionu, wciąż goniły zachodnią Europę. Węgrzy ubożeli relatywnie do Polaków, Litwinów i Rumunów, ale bogacili się relatywnie do Niemców i Francuzów. Mogli więc nie mieć poczucia, że zostają w tyle.

Po drugie – i ważniejsze – okres rządów lidera Fideszu nie był pasmem gospodarczych porażek. Przeciwnie, jego wygrana w wyborach w 2010 r. – i powrót do władzy po ośmiu latach w opozycji - była bezpośrednim następstwem recesji, w której Węgry znalazły się w poprzednich latach, pod rządami lewicy. W dużej mierze była to konsekwencja globalnego kryzysu finansowego, ale też błędów w polityce gospodarczej rządu Ferenca Gyurcsánya. Na koniec 2009 r. PKB Węgier był realnie o 7 proc. mniejszy niż trzy lata wcześniej, podczas gdy PKB Polski był o niemal 16 proc. większy.

Lata poprzedzające kolejne wybory parlamentarne nad Balatonem, które zostały zorganizowane w 2014 r., były dla tamtejszej gospodarki równie udane, co dla polskiej. Podobnie było tuż przed pandemią Covid-19. Dopiero od tego czasu Węgry ponownie zostały wyraźnie w tyle.

Jak do tego doszło? – Głównym źródłem obecnych problemów gospodarczych Węgier jest to, że cztery lata temu, przed wyborami parlamentarnymi, rząd bardzo wyraźnie zwiększył wydatki budżetowe, a następnie, już po wyborach, zdecydował się na wycofanie tego bodźca – tłumaczy money.pl Piotr Kalisz, główny ekonomista ds. Europy Środkowo-Wschodniej w banku Citi Handlowy.

- Gwałtowne zacieśnienie fiskalne dotyczyło między innymi inwestycji publicznych, które wcześniej były na relatywnie wysokim poziomie. To wydatki, które mają wysoki mnożnik fiskalny (to znaczy, że przekładają się wyraźnie na koniunkturę w gospodarce – red.). Zacieśnienie fiskalne podkopało więc wzrost gospodarczy, co z kolei podkopało dochody budżetowe, wymuszając dalsze zacieśnienie fiskalne i ponownie osłabiając wzrost. To swego rodzaju błędne koło – mówi.

Rzeczywiście, biorąc pod uwagę główne składowe PKB – popyt konsumpcyjny, popyt inwestycyjny oraz eksport netto – Węgry w ostatnich latach wyraźnie odstawały od innych państw regionu właśnie pod względem dynamiki inwestycji. Od końca 2019 r. do połowy bieżącego roku nakłady brutto na środki trwałe nad Balatonem załamały się realnie (w cenach stałych) o ponad 20 proc. W pozostałych krajach UE-11 nakłady te wzrosły o co najmniej 7 proc. (Słowacja), a maksymalnie (Chorwacja) aż o 43 proc.

Polityka Orbana przyczyniła się do załamania inwestycji nie tylko bezpośrednio, przez cięcia wydatków publicznych na ten cel. – Silne wyhamowanie inwestycji publicznych było związane też z bardzo niską absorpcją środków unijnych, które są w dużej mierze zawieszone w związku ze sporami toczonymi przez Budapeszt z Komisją Europejską. A inwestycje publiczne są skorelowane z inwestycjami firm. To tzw. "efekt wpychania". Gdy rząd buduje autostradę, to powstanie przy niej prywatna stacja. Brak inwestycji publicznych ograniczył więc też inwestycje prywatne – mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

Odpowiedzią Viktora Orbana na zapaść w inwestycjach było i jest pompowanie popytu konsumpcyjnego, m.in. przez hojne podwyżki wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz płacy minimalnej. Do tego dochodzą transfery społeczne. W lutym, niedługo przed wyborami, emeryci mają otrzymać dodatkowe świadczenia ("czternastki"). Z początkiem 2026 r. podwojone zostaną ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi, a kobiety do 40. roku życia, wychowujące dwójkę dzieci, będą całkowicie zwolnione z podatku dochodowego. Już od października, niezależnie od wieku, PIT-u nie płacą matki co najmniej trojga dzieci. We wrześniu ruszył z kolei program dopłat do kredytów na pierwsze mieszkanie.

Dzięki takiej polityce konsumpcja od lat jest głównym motorem wzrostu gospodarczego Węgier. Od końca 2019 r. wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych zwiększyły się tam realnie o niemal 16 proc., nawet bardziej niż w Polsce (13 proc.). Pod tym względem Węgry należały w ostatnich latach, ale też w całej minionej dekadzie, do liderów grupy UE-11. Problem w tym, że skutkuje to trwałą presją inflacyjną, która również przyczynia się do inwestycyjnego paraliżu.

Po pierwsze, uporczywa inflacja skutkuje wysokim poziomem stóp procentowych. Nawet po serii obniżek z przełomu 2023-2024 r. główna stopa procentowa Węgierskiego Banku Narodowego wynosi 6,5 proc. – w porównaniu do 4,25 proc. w Polsce i 3,5 proc. w Czechach. Po drugie, aby stłumić wzrost cen konsumpcyjnych, rząd Orbana uciekł się do daleko idących interwencji na rynku towarów. Wprowadził m.in. limity marży handlowej w odniesieniu do kilkudziesięciu produktów spożywczych i artykułów gospodarstwa domowego. Równocześnie zwiększył opodatkowanie sieci handlowych w sposób, który według KE dyskryminuje inwestorów zagranicznych.

Tego rodzaju ingerencje w działanie rynku skutkują niepewnością wśród potencjalnych inwestorów. Szczególnie że – jak wiele innych decyzji rządu Orbana – zdają się faworyzować jego sojuszników. Konsekwencją jest to, że według rankingu Transparency International Węgry są postrzegane jako najbardziej skorumpowany kraj w UE. Także Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju – instytucja wspierająca budowę gospodarki rynkowej w ponad 30 krajach Europy, Azji i Afryki – ocenia, że pod względem szeroko pojętej jakości rządzenia Węgry odstają od standardów w regionie. Znajduje to również odzwierciedlenie w niskich ocenach wiarygodności kredytowej Węgier, a w konsekwencji - wysokiej rentowności tamtejszych obligacji, co podwyższa koszty obsługi pokaźnego długu publicznego Węgier.

money.pl

sobota, 6 grudnia 2025



Grzegorz Sroczyński: Dlaczego Koalicji rośnie, a PiS-owi spada?

Łukasz Pawłowski: Bo ze zwycięstw w polskiej polityce nie wyciąga się wniosków, natomiast z porażek - czasem się wyciąga. Jarosław Kaczyński nic nie zrozumiał z wygranej swojego kandydata w wyborach prezydenckich, a Donald Tusk po porażce coś zrozumiał.

- Co?

Po pierwsze, że przy obecnym klimacie politycznym partia liberalna nie ma szans na wygraną. W ramach badania exit poll po wyborach prezydenckich pytaliśmy o wypowiedzenie paktu imigracyjnego oraz Zielonego Ładu. Wszędzie tu widać dużą przewagę poglądów prawicowych. Tusk z tego wyciągnął wnioski i tak poprzesuwał scenę polityczną w ostatnich miesiącach, żeby trudno się było z nim o cokolwiek pokłócić. Jego wypowiedzi na temat imigracji, Zielonego Ładu, czy ostatnio wyroku TSUE w sprawie małżeństw homoseksualnych, rozmontowują linie sporu. Trudno prawicy się z Tuskiem o to pokłócić, zbudować silne emocje i postawić swój elektorat na baczność. Pamiętasz październikową demonstrację PiS w Warszawie przeciwko paktowi imigracyjnemu? Ilu tam przyszło ludzi? Mizernie. Bo po co przychodzić, jeśli rząd też jest przeciwko temu paktowi.

Po drugiej stronie masz Jarosława Kaczyńskiego, który nie rozumie, że wygrał tylko dlatego, że Nawrocki był inny, był spoza, nie kojarzył się z władzą PiS i narzucił nową narrację, dotyczącą aspiracji oraz podziału: elity kontra lud. Całe zachowanie PiS po wyborach jest takie, że oto Nawrocki wygrał, bo ludzie chcą, żebyśmy wrócili do władzy. No to wracamy, ty, Przemek, będziesz premierem, i tu melduje się cała plejada zgranych twarzy.

- Czyli na tę chwilę Tusk górą?

Po swojej stronie barykady Tusk został hegemonem. Ta lewicowo-liberalna połowa Polski jeszcze nigdy nie była aż tak mocno we władaniu KO. Alternatywne wobec Tuska partie nie były nigdy tak słabe.

- W swojej połówce Tusk jest hegemonem, a Kaczyński w swojej słabnie?

Tak. I to jest odwrotna sytuacja, niż mieliśmy przez lata, kiedy Kaczyński był hegemonem na prawicy i nie pozwalał, żeby mu coś rosło. Po stronie liberalnej zawsze były wtedy różne inne propozycje - Palikot, Nowoczesna, Petru, Polska 2050. A jeszcze do tego była osobno lewica. Dzielenie włosa na troje. Teraz jest KO i praktycznie nic więcej.

Kolejne ogniwo, które powoduje realną zmianę w polskiej polityce, to Grzegorz Braun. On jest prawdziwą polską alt-prawicą. Jeszcze niedawno rozmawiałem z kimś, kto mówił: "Ach, jakie mamy szczęście, że u nas ta alt-prawica to Konfederacja, taka miła i grzeczna w porównaniu do zachodniej alt-prawicy, Krzysiek Bosak, no przecież to nie radykał, ależ mamy fart!". Wystarczyło na tę alt-prawicę poczekać. Bo Konfederacja, kiedy mówi dziś o przewracaniu stolika, sama się już z tego śmieje; jest częścią systemu. "Możemy z tymi, możemy z tamtymi, piwo pijemy z jednymi i drugimi". To Grzegorz Braun jest alt-prawicą, czyli to on będzie rosnąć. Na całym świecie rosną ruchy antysystemowe, stojące zupełnie boku, w kontrze do wszystkiego. A jeśli Braun będzie rosnąć i na prawicy nie da się stworzyć rządu bez Brauna - a tak nam wychodzi z obecnych sondaży - to dla Donalda Tuska jest to dodatkowe paliwo.

- Na jakiej zasadzie to paliwo dla Tuska?

Straszenie Kaczyńskim i Mentzenem już nie działa, w każdym razie nie zadziałało wystarczająco mocno w wyborach prezydenckich, no a Braun jest nowym spoiwem: "Może Tusk nie dowozi, ale alternatywą jest Grzegorz Braun? Jezus Maria!".

(...)

- Serio?

Oczywiście, że tak to działa. Bo w polityce zawsze wypada się na tle innych.

Tusk totalnie położył kampanię prezydencką, nie wytrzymał, pokazał nerwy, poszedł do mediów wygrażać Nawrockiemu i mu nabił punktów. Szczególnie u Rymanowskiego. A teraz podniósł się z tego i zdał sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy: nadal "nieprawica" ma połowę Polski, bo przecież 49 procent dla Trzaskowskiego nie zniknęło. Tylko trzeba im wlać do głów trochę optymizmu. Polityka nie lubi smuty w stylu: "Jest źle, nie dowozimy, nic nie działa". Te dwa elementy się czasowo zbiegły: Tusk wychodzący z jakimś optymizmem plus nowe tło, czyli nowa straszna alternatywa, która się zarysowała. Bo jak popatrzysz na Brauna i jego występy, to zaraz myślisz: może stu konkretów Tusk nie zrealizował, ale dobre i to.

- Bardziej działa tu Braun niż wzrost nastrojów konsumenckich?

Tak. Polityka to głównie emocje. Tło emocjonalne bywa ważniejsze niż dane makroekonomiczne.

(...)

- Czyli Tuskowi opłaca się silny Braun?

Bardzo. On zabiera punkty nie tylko PiS-owi, ale też Konfederacji, Braun przekracza kolejne granice, o nim się mówi, bo rośnie, a jak się będzie więcej mówić, to będzie rósł jeszcze bardziej. Naturalny proces rozrostu marginalnych sił. Braun jako prawdziwa alt-prawica ma potencjał. Weźmy kwestię polexitu: 85 procent Polaków jest za członkostwem w Unii Europejskiej, ale to znaczy, że 15 procent jest przeciwko. A bycie alt-prawicą powoduje, że jesteś w kontrze do wszystkich. Czyli jeśli jest konsensus we wszystkich partiach, że jesteśmy w UE, nawet Konfederacja nie może sobie pozwolić na mówienie, że wychodzimy, to Braun może sobie zagospodarować te 15 procent.

Jeszcze jedna ważna rzecz: prawica stała się dla wielu jej wyborców bezideowa, wyprana z wartości. Jedyne, o czym mówił PiS po wyborach prezydenckich, to że wrócimy, Morawiecki znowu będzie premierem albo Czarnek. Władza. Dopóki tam nie ma żadnej idei, która by mogła odzyskać wyborców, to PiS będzie mało wyrazisty, a Braun jest wyrazisty. "O coś Braunowi chodzi, a tamtym tylko o powrót do koryta" - to są komentarze nie moje, tylko wyborców Kaczyńskiego. I wcale nie jest tak, że ci ludzie są antysemitami i podoba im się w Braunie wszystko. Braun ma kontury, jest wyraźny na tle reszty, łącznie z Konfederacją, która wydaje się elegancka, miła i sympatyczna, twarzą został Mentzen, a nie Bosak, co też jest ich problemem. My to widzimy w przepływach elektoratów, że coraz bardziej centrowi wyborcy w Konfederacji dominują, a ci bardziej prawicowi odchodzą do Brauna. Mentzen mało się kojarzy z prawicą.

- Jak to mało?

No bo powinno być fifty-fifty. Nie przypominam sobie ostatnio żadnego wspólnego wystąpienia Bosaka i Mentzena. Jak masz partię dwóch połówek - bardziej prawicowej i bardziej liberalnej - to powinieneś dbać, żeby było pół na pół. A oni nie występują. Więc oczywiste jest, że ktoś sobie w tę szczelinę wchodzi.

- Te 15 procent elektoratu - antysystemowcy - gdzie dotąd było?

Kiedyś to PiS potrafił ich zagospodarować, dość umiejętnie grając na nastrojach antyelitarnych.

- I co się stało?

Po ośmiu latach rządów pisowcy sami stali się elitami. Gdy robiliśmy badanie o stosunku ludzi do elit, to wyszło, że są tam też Obajtek, Morawiecki, prezesi, działki, mieszkania itd.

(...)

- Jak oceniasz próby zbudowania nowej osi sporu na linii Tusk kontra Nawrocki? Już nie Tusk kontra Kaczyński, ale właśnie z młodszym Nawrockim. Codziennie pojawia się jakiś polaryzacyjny komunikat, a to Sikorski wygraża Nawrockiemu, a to Tusk, a to pomniejsze perełki w postaci posła Treli. A jak nie oni, to z kolei Nawrocki im wygraża, dokłada do pieca, że Tusk to i tamto, i tak to sobie trwa od dwóch miesięcy. Ta nowa linia awantur coś w polityce zmienia?

Ona jest jednak pozorna. KO specjalnie to robi, żeby niedźwiedzia - czyli nadal Kaczyńskiego - w tyłek dźgać kijem, prowokować. "Nie ty rządzisz na prawicy, dziadzie, tylko młodziak Nawrocki". Ale de facto oni nadal z Kaczyńskim się mocują.

Poza tym potyczki Tuska i Sikorskiego z Nawrockim są bardzo wygodne politycznie. Za chwilę nikt nie będzie wiedział, czy rząd nie realizuje obietnic, bo nie chce, czy dlatego, że Nawrocki zawetował setną ustawę. Mam przekonanie, że gdybyś zapytał teraz w kancelarii prezydenta, ile ustaw zawetował i jakich, to sami już by nie wiedzieli. Celem Tuska jest pozbawianie Nawrockiego wszelkiej sprawczości. Żadna ustawa Nawrockiego nie wejdzie w życie, to na bank. On ma się stać takim bardzo popularnym publicystą, który nieustannie zrzędzi i krytykuje - czyli właśnie wetuje - ale to wetowanie staje się codziennością, że już nikt nie wie, czy obniżenie składki zdrowotnej zawetował Nawrocki, czy rząd tego nie przyjął. Już się w tym wszyscy pogubili. Więc nie chodzi o to, żeby tworzyć z nim nową oś polaryzacji, tylko że on jest wygodnym przeciwnikiem, który nic w twoim życiu nie może zmienić. Może tylko blokować i komentować, wygodny przeciwnik, z którym można się obijać. Bo weto dwóch ustaw to wydarzenie, ale weto dwudziestu ustaw to już statystyka.

- Czyli nowy spot KO - "Nawrocki to wetomat" - oraz nieustanne wrzutki, że Nawrocki uprawia "sabotaż konstytucyjny", że służby nie złapały szpiegów, bo Nawrocki nie podpisał awansów oficerskich, więc nie miał kto łapać, a jak coś nawala, to przez Nawrockiego, bo nie mianował ambasadora, nie podpisał ustawy - to może działać?

Może. Trzaskowski założył kiedyś ruch "Tak dla Polski". Wszystko niby dobrze, tylko szybko tam zdali sobie sprawę, że nazwa jest pozytywna, a cała aktywność polegała na mówieniu: nie. "Nie zgadzamy się". "Nie pozwolimy". W ten sposób walczyli z rządem PiS-u. "Tak dla Polski" funkcjonowało tylko przez to, że nie masz żadnej sprawczości, możesz tylko krytykować, czyli mówić nie. I tak samo jest z Nawrockiem. Blokuje, zatrzymuje, nie zgadza się. I to jest pułapka. Nie możesz być ciągle na "nie".

- Nawrocki będzie słabnąć?

Politycznie - pewnie tak. Miesiąc miodowy ma za sobą. Ale to nie zmienia faktu, że może mu rosnąć zaufanie społeczne albo przynajmniej może pozostawać na bardzo wysokim poziomie. Jest takie pytanie: "Jak oceniasz prezydenta?". No to ankietowany odpowiada: oceniam pozytywnie, widziałem go, przemawiał, ładnie ręce składał, radzi sobie, silny facet. Ale nie ma to przełożenia na politykę. Komorowski miał 70 procent w takich sondażach. Nic to nie zmieniło. Duda przez wiele lat był liderem zaufania w Polsce, nie miało to żadnego przełożenia na jego siłę. Był najpopularniejszym polskim politykiem, a jak zgłosił swoich kandydatów do europarlamentu na listach PiS-u, to oni przepadli.

(...)

- Jak patrzysz na awantury w PiS? Na te ich spory, wypychanie Morawieckiego. Po co oni to robią?

Pasuje tu powiedzenie, że jak wojsko nie maszeruje, to wojsku odbija. Jak nie ma celu, do którego idziemy, to się zajmujemy sobą. Trzeba maszerować, żeby wygrać wybory, a oni jeszcze przed miesiącem uważali, że wybory już wygrali, tylko czekali na termin.

- Zrobili kongres programowy.

Tylko że ten kongres powinien się nazywać: Wracamy! Bo jedyne, co udało się tam pokazać, to przypomnieć całą ekipę, która straciła władzę w 2023 roku. I to jest dokładnie ten problem: ludzie wcale nie uważają, że władza się PiS-owi znów należy, za to PiS uważa, że ludzie o tym wręcz marzą.

Można było oczekiwać, że po eksperymencie z Nawrockim, który się fantastycznie udał, PiS wyczaruje kolejne nazwisko. Czterdziestoletni kandydat na premiera, oto PiS zmienia oblicze, mówi o aspiracjach, wsie, małe miasta, Nawrocki dał nam przykład. Tymczasem Kaczyński powiedział: premierem będzie Morawiecki albo Czarnek, a w ogóle to wracamy. No i jeszcze patrzcie, mamy Kurskiego i nie zawahamy się go użyć. To mnie zaskoczyło bardzo. Bo żadne dane exit poll zrobione w ramach wyborów prezydenckich nie pokazały, żeby wygrana Nawrockiego oznaczała, że ludzie chcą powrotu PiS do władzy. On wygrał, bo nie był z PiS-u. Każdy inny kandydat PiS-u by przegrał: Czarnek, Bocheński, Morawiecki, ktokolwiek, dlatego właśnie powtarzam, że w Polsce nie wyciąga się wniosków ze zwycięstw. Powinni wiedzieć, dlaczego wygrali prezydenturę, z jakiego powodu, a nie wmawiać sobie, że ludzie chcieli powrotu PiS-u do władzy.

(...)

- No ale plan jest jaki? Sprytny? Bo w sondażach większość i tak ma koalicja PiS-Konfa-Braun.

Plan jest pewnie taki, że powstanie jedna lista. Tym bardziej, że Braun daje kolejne alibi: trzeba bronić kraju przed faszyzmem. A jak masz listę, która daje 40, 41, 42 procent, to już jesteś blisko sukcesu. Myśmy robili sondaż z jedną listą, tylko Razem daliśmy osobno. I wyszło 46 procent na tę jedną listę, i trzy procent na Razem. Czyli to w sumie daje 49 procent Trzaskowskiego. Ale najważniejsze, że te 46 procent dawało 236 mandatów.

- Nie lepiej by zadziałał osobny Czarzasty?

Nie. Bo żeby to dawało całej koalicji funkcjonalnie więcej mandatów, to musisz mieć partię na 9-10 procent. Jeśli mniej, to mandaty dostaje druga strona.

- A połączenie Czarzastego i Razem? To nie dałoby 9-10 procent?

To się nie sumuje. Połowa listy mówi, że mamy świetny rząd, a druga połowa, że fatalny rząd nie dowozi, musimy inaczej. To się nie poskłada. Albo jesteś w jednym obozie, albo nie jesteś.

gazeta.pl


Michael Burry, szef funduszu hedgingowego Scion Asset Management, w ostatnim czasie zaczął niespodziewanie często dzielić się swoimi spostrzeżeniami. Tym razem wziął na celownik akcje Tesli i Palantira.

– Tesla rozwadnia udziały swoich akcjonariuszy o około 3,6 proc. rocznie i nie organizuje skupu akcji własnych – stwierdził. – Wraz z wieściami o pakiecie wynagrodzeń dla Elona Muska wartym 1 bln USD rozwodnienie z pewnością będzie trwać. Kapitalizacja rynkowa Tesli jest dziś absurdalnie przewartościowana i taka była od dłuższego czasu.

– Kolejnym „pięknisiem” – zdaniem inwestora – jest Palantir.

Ta spółka rozwadnia własność akcjonariuszy o 4,6 proc., pomimo prowadzonych skupów akcji własnych.

– Palantir nie wypracowuje zysku po skorygowaniu wyników o części wynagrodzeń wypłacane w akcjach – konstatuje Burry.

(...)

– Czy mamy teraz rok 2000? Czy mamy bańkę? Nie – stwierdziła Savita Subramanian, szefowa strategii akcji amerykańskich w Bank of America. – Czy AI nadal będzie cieszyć się nieskrępowaną pozycją lidera? Również nie.

Nakłady inwestycyjne firm budujących centra danych wzrosły do 60 proc. ich przepływów pieniężnych z działalności operacyjnej, w porównaniu z 30 proc. dekadę temu. Jednak w erze dot-comów wskaźnik ten sięgał 140 proc.

Subramanian przyznała, że wyśrubowane wyceny i koncentracja rynku „rymują się z rokiem 2000”. Przypomniała jednak o kilku różnicach.

Alokacja funduszy w akcje jest znacznie mniejsza niż w erze dot-comów, wzrost wycen wynika z rosnących zysków, oferty publiczne (IPO) są mniejsze, a spekulacja akcjami nierentownych firm nie są tak szalona, jak pod koniec ubiegłego wieku.

Subramanian postrzega obecną sytuację raczej jako pauzę niż początek krachu. Opisuje ją jako potencjalną „dziurę powietrzną”, w której wydatki inwestycyjne wyprzedzają wzrost przychodów. To opóźnienie między inwestycjami a ich monetyzacją – zwłaszcza w kontekście wąskich gardeł energetycznych i infrastrukturalnych – może w krótkim terminie zaniepokoić inwestorów.

bankier.pl


Przemawiając w sobotę na "antywojennym wiecu" w Kecskemet w centralnych Węgrzech premier Viktor Orban ostrzegł, że "przyszłoroczne wybory będą ostatnimi przed wojną". To, jaki rząd w nich wybierzemy, będzie naszym losem w czasie wojny - stwierdził Orban.

Kecskemet jest trzecim miastem, w którym rządzący Fidesz premiera Orbana i najważniejsza partia opozycyjna kraju - TISZA - organizują tego samego dnia swoje kampanijne spotkania.

Wybory parlamentarne na Węgrzech mają się planowo odbyć w kwietniu 2026 roku. Większość przedwyborczych sondaży daje przewagę opozycyjnej TISZY, chociaż w ostatnich badaniach różnica pomiędzy dwiema głównymi partiami kraju zmalała.

- Dobrze jest, że Stany Zjednoczone mają prezydenta, który działa przeciwko wojnie. W obliczu walk toczących się w naszym sąsiedztwie i przygotowań Europy do wojny, jedynym pytaniem jest, czy uda nam się uniknąć wojny - stwierdził premier Orban.

Zauważył, że "stosunki dyplomatyczne (Europy z Rosją) zostały zerwane, nałożono sankcje, (w Europie) wraca pobór do wojska oraz trwa transformacja w gospodarkę wojenną". - Dopiero potem nastąpi faza konfrontacji - zauważył Orban.

Podkreślił, że "aby uniknąć wciągnięcia w wojnę, musimy sprawić, by Węgry były silne". - Musimy uczyć się z historii! Wybory w przyszłym roku będą ostatnimi wyborami przed wojną. To, jaki rząd wybierzemy, będzie naszym losem w czasie wojny. Z rządem narodowym mamy szansę uniknąć najgorszego - ocenił węgierski premier.

Orban określa swój gabinet mianem "rządu narodowego", a swojego głównego rywala, Petera Magyara, i jego ugrupowanie oskarża o zależność od urzędników Unii Europejskiej i kierowanie się ich priorytetami.

W wystąpieniu węgierski premier zapewnił też, że prowadzi rozmowy z USA i Rosją, by przygotować kraj na przyszłość.

PAP


Waszyngton oficjalnie rezygnuje z roli światowego hegemona, wycofując się na półkulę zachodnią. Świat podzielony zostaje na trzy strefy wpływów, z mocarstwami oddzielonymi bezpiecznymi oceanami. Europa staje się ważnym, ale pobocznym teatrem działań, który wymaga odgórnie narzuconej stabilizacji ponieważ w założeniach dokumentu, nie jest zdolna do zadecydowania o sobie. Chiny pozostają wyzwaniem, jednakże ich status zostaje deklaratywnie zdegradowany z głównego wroga, na rywala z którym należy konkurować utrzymując obecną strefę wpływów na Indo-Pacyfiku, bez doprowadzania do bezpośredniej konfrontacji.

Bliski Wschód zostaje zmarginalizowany, z maksymalnie ograniczoną amerykańską obecnością, zaś Afryka całkowicie pominięta, wspominana jedynie jako źródło eksploatacji surowców. W przeciwieństwie do strategii z 2022 roku i dokumentów NATO, Rosja wymieniana jest jako zagrożenie jedynie w kontrze do błędnej (w opinii autorów) polityki Europy. Jednocześnie dość obszerny fragment dokumentu kreuje Unię Europejską na główne zagrożenie wobec państw europejskich, a także całej „europejskiej cywilizacji”. Za podobnie wrogie uznaje się organizacje i instytucje międzynarodowe. Waszyngton otwarcie zapowiada ingerowanie w politykę krajową sojuszników, wspieranie partii i organizacji „patriotycznych”, dążących do rozbicia europejskiej solidarności.

USA będą unikać zaangażowania na wielu frontach, skupiając się na odstraszaniu i zapobieganiu konfliktom. Pokój z Rosją ma być Europie narzucony, ponieważ niezdolna jest do samodzielnego porozumienia. Sojusznicy powinni wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo regionu, a Amerykanie będą im pomagać głównie poprzez udostępnienie technologii oraz preferencyjną sprzedaż uzbrojenia. Mimo braku bezpośredniego zakwestionowania sensu istnienia NATO, pewne wątpliwości pojawiają się w kontekście przyszłości sojuszu. Jedna ze wzmianek hipotetycznie zakłada, że niektóre państwa mogą stać się wewnętrznie niekompatybilne ze względu na zachodzące w nich zmiany społeczno-kulturowe.

Publikacja ta zbiegła się w czasie z ujawnieniem przez agencję Reuters informacji, że USA dają Europejczykom czas do 2027 roku na przejęcie większości konwencjonalnych zdolności obronnych NATO, od wywiadu po rakiety. Jeśli termin nie zostanie dotrzymany, Pentagon grozi wstrzymaniem niektórych mechanizmów koordynacji obronności NATO. Nie wiadomo jakich, ale jest to postępowanie tożsame z tym jak traktowana jest Ukraina (w jej przypadku było to czasowe wstrzymywanie dostaw uzbrojenia i pomocy wywiadowczej), o czym NSS wydaje się kilkukrotnie wspominać.

Reasumując. Dokument ten powinien stanowić ostatni zimny prysznic, szczególnie dla państw naszego regionu. Przesłanek było wystarczająco wiele, aby w minionych miesiącach dostrzec symptomy niedobrej dla nas przemiany Stanów Zjednoczonych z idealizowanego protektora, w wyrachowanego szantażystę. Amerykanie odchodzą, zarówno w sensie geograficznym wycofując się do zachodniej hemisfery, jak i w sensie politycznym. Przestają być strażnikiem praw i porządku. Nie tylko opuszczają, ale całkowicie palą gmach świata zachodniej powojennej demokracji, opartej na wspólnych interesach, kulturze i solidarności.

Istnieje wyłącznie merkantylizm i interesowność. Sojusze są jedynie tak dobre, jak długo pozostają kontrolowane przez Waszyngton realizując amerykańskie interesy narodowe. Więcej nawet, Waszyngton zachęca do rywalizacji uznając ją za normalną kolej rzeczy i akceptuje ryzyka jakie niesie. Występuje jednak z pozycji jednego z najsilniejszych państw świata, tymczasem większość pozostałych jest na tyle słaba aby obawiać się o swoją suwerenność.

Przekonany jestem, że jeszcze długo będzie się mówić o znaczeniu tych zapisów, a na temat amerykańskiej polityki pojawi się setki opracowań i artykułów. Pozwólcie więc, że spróbuję omówić treść tego naprawdę przełomowego dokumentu, mimo że kwituje on jedynie obserwowane status quo. Przynajmniej mamy to czarno na białym, nie może być więc żadnych wątpliwości co do intencji Białego Domu.

(...)

Pierwsza część ma charakter reinterpretacji amerykańskiej polityki zagranicznej ostatnich dekad. Jest wobec niej zdecydowanie krytyczna. Powtarzają się stwierdzenia, które w minionych miesiącach wielokrotnie słyszeliśmy z ust wiceprezydenta JD Vance’a i innych polityków obozu rządzącego.

Autorzy stwierdzają, że USA nie stać na to żeby być wszędzie. Co więcej, celem polityki zagranicznej jest wyłącznie obrona interesów narodowych rozumianych jako całkowite podporządkowanie relacji międzynarodowych osiąganiem korzyści materialnych. Ich dotychczasowa forma miała być wbrew amerykańskiej racji stanu, a ponadto niezrozumiała dla przeciętnych Amerykanów. Sojusznicy mieli zrzucać odpowiedzialność za bezpieczeństwo na USA, które nie czerpało żadnych korzyści. Co więcej, system ten umożliwiał rozwój instytucji i organizacji międzynarodowych, które są w swoim charakterze antyamerykańskie, a nawet dążą do ograniczenia suwerenności poszczególnych narodów.

Kolejne dwa rozdziały dokonują przeglądu celów zarówno w odniesieniu do samych Stanów Zjednoczonych, jak i reszty świata. Nadrzędnym jest:

„Dalsze przetrwanie i bezpieczeństwie Stanów Zjednoczonych jako niezależnej, suwerennej republiki, której rząd chroni nadane przez Boga prawa naturalne swoich obywateli i stawia na pierwszym miejscu ich dobrobyt i interesy”.

W tym kontekście wymieniane się bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne, gospodarcze i terytorialne. Poruszone są kwestie przeciwdziałania szpiegostwu, przestępczości, migracji, subwersji kulturowej i propagandzie. Wiele uwagi poświęca się wewnętrznej reformie mającej wzmocnić państwo na wielu szczeblach: społeczeństwa, kultury, bezpieczeństwa wewnętrznego, silnej gospodarki, rozbudowanej armii, oraz daleko posuniętej samowystarczalności. To połączenie postulatów MAGA z wizją izolacjonizmu, oraz wprowadzenia popartego siłą merkantylizmu w polityce międzynarodowej.

Dość zaskakujący jest fragment o amerykańskiej „soft power” rozumianej jako kolejną wersję „amerykańskiej wyjątkowości” (american exceptionalism). Pozytywny wkład USA w rozwój świata ma polegać nie na krzewieniu demokracji (jak było dotychczas) tylko na poszanowaniu innych kultur, religii i systemów politycznych. Wizja ta kłóci się z naszym wyobrażeniem amerykańskiej polityki w jej tradycyjnym wydaniu, ale wbrew pozorom jest zgodna z przeprowadzoną na początku roku całkowitą likwidacją wszystkich narzędzi miękkiej polityki, które dotychczas pozostawały w amerykańskiej dyspozycji. Należy je interpretować poprzez aktualny stosunek do Rosji lub Arabii Saudyjskiej.

Amerykanie zamierzają deeskalować poprzez akceptację roszczeń aktorów o polityce rewizjonistycznej godząc się na przynajmniej część ich postulatów i żądań, tak długo jak nie będą w bezpośredniej sprzeczności z amerykańskim interesem (tj. nie przyniosą bezpośrednich szkód USA, co niekoniecznie łączy się ze szkodami sojuszników lub partnerów). Pokrótce omówienie założeń objawia nam się w pełnej krasie dopiero w ostatnim, najbardziej rozbudowanym rozdziale dokumentu.

Na początek przytoczę główne zasady amerykańskiej polityki, które są pieczołowicie wyliczone w treści dokumentu. Ich oryginalne brzmienie posiada krótka interpretację mojego autorstwa umieszczoną w nawiasie. W dokumencie opisy te są dłuższe i nieco bardziej zniuansowane.

* Zawężenie celów interesu narodowego (wycofanie się do izolacjonizmu)

* Pokój przez siłę (odstraszanie przeciwników)

* Zasada odejścia interwencjonizmu (stwierdza się, że całkowite jest niemożliwe, ale jego maksymalne ograniczenie będzie pożądane)

* Elastyczny realizm (wspomniane wcześniej porzucenie zasad zachodniej cywilizacji w wizji stosunków międzynarodowych, mówiąc inaczej – prymat silnych nad słabymi bez zmuszania do przestrzegania norm)

* Pierwszeństwo narodów (stosunki bilateralne ważniejsze od relacji z organizacjami międzynarodowymi)

* Suwerenności i szacunek (USA dbać będą wyłącznie o własną niezależność sprzeciwiając się organizacjom międzynarodowym – w tym kontekście podaje się cenzurę, wolność słowa, operacje wpływu, migrację, konflikty zbrojne – potencjalnie bardzo groźny sygnał -> vide NATO/ONZ/UE)

*Równowaga sił (USA odrzuca własną rolę hegemona, ale nie pozwoli aby inne mocarstwo po nią sięgnęło – mówiąc inaczej, koncert mocarstw)

*Polityka propracownicza (odbudowa gospodarki w oparciu o prymat amerykańskiej wytwórczości)

*Uczciwość (USA wymagać będą wzajemności w relacjach z sojusznikami, rozumianej jako branie na siebie podobnego ciężaru wydatków i obowiązków. Co więcej, sojusznicy powinni wydawać nawet więcej by wyrównać trwające dekady „nierówności” na niekorzyść USA. Co rozumiem jako politykę płacenie haraczu za ochronę)

*Kompetencje i zasługi (wyeliminowanie radykalizmu i ideologii, postawienie na rzeczywiste kompetencje i zasługi w odbudowie infrastruktury, bezpieczeństwie narodowym, technologii, przemyśle, obronie i innowacjach. Przy czym z pierwszeństwem Amerykanów nad innymi nacjami)

*Koniec ery masowej migracji (swobodna migracja jest niedopuszczalna i niebezpieczna)

*Ochrona praw i wolności (prawa amerykańskich obywateli muszą być chronione, dlatego agencjom dano „straszliwe” uprawnienia, ale ich nadużycie musi być bezwzględnie karane, podobnego postępowania oczekuje się od sojuszników – tutaj mamy dwie kwestie, poszerzenia uprawnień służb ale deklaratoryjnym zapewnieniu, że nie wolno ich nadużywać. Jednocześnie jest to wygodny pretekst do dyscyplinowania sojuszników)

*Dzielenie się ciężarami (rozumianymi jako ponoszenie większych wydatków przez sojuszników, którzy wezmą odpowiedzialność za własny region i będą mogli liczyć na amerykańskie wsparcie w postaci korzystniejszych umów handlowych, kontraktów obronnych i dostępu do technologii)

*Reorganizacja przez pokój (rozumiana jako próba zakończenia konfliktów poprzez oferty intratnej współpracy bez oglądania się na przyczyny danej wojny – w tym kontekście wyraźnie podkreślona rola Trumpa)

*Bezpieczeństwo ekonomiczne (wyrównana wymiana handlowa, dostęp do surowców krytycznych, reindustrializacja, odbudowa przemysłu zbrojeniowego, dominacja energetyczna, dominacja sektora finansowego).

*

Po określeniu podstawowych zasad, dokument przechodzi do opisania polityki wobec poszczególnych regionów świata. Rozbudowują one w szczegółach to co napisano w poprzednich fragmentach. Przede wszystkim wprost podkreśla się, że USA nie stać jest na rozciąganie sił i uwagi. Dlatego Amerykanie jasno określają, że priorytetem będzie bezpośrednio sąsiedztwo – zachodnia półkula. W pozostałych regionach (z wyjątkiem Azji) Amerykanie wycofają się albo całkowicie, albo w określonym zakresie.

Podkreśla się, że Donald Trump wprowadza własne poprawki do doktryny Monroe’a. USA nie będą tolerować żadnej zewnętrznej ingerencji w tym regionie. W tym celu wzmocnią relacje z sojusznikami, których wykorzystają do kontroli migracji, walki z biznesem narkotykowym oraz zaprowadzenia bezpieczeństwa na lądzie i morzu.

USA zamierza wzmocnić swoją obecność wojskową w regionie, także poprzez wycofanie się z innych, odległych teatrów. Wspomina się o wzmocnieniu straży przybrzeżnej i marynarki, obciążeniu ich zadaniami kontroli migracji, przeciwdziałania handlu ludźmi i narkotykami oraz utrzymywaniu bezpieczeństwa żeglugi.

Głównym narzędziem politycznym będą cła oraz umowy handlowe, co oznacza tyle, że sojusznicy zostaną wzmocnieni finansowo (vide Javier Milei w Argentynie), a przeciwników będzie się dusić cłami tak długo aż poddadzą się dyktatowi USA (np. Wenezuela). Waszyngton chce aby Stany stały się dominującą potęgą gospodarczą i najważniejszym partnerem handlowym państw regionu. Ich relacje z partnerami spoza regionu będą zaś zwalczane.

Podsumowując, Amerykanie będą używać narzędzi gospodarczych w sposób długofalowy, oraz militarnych tam gdzie będzie to możliwe, w krótkich odcinkach czasu. Za powód do interwencjonizmu posłuży pretekst istnienia organizacji przestępczych i i karteli narkotykowych. Schemat ten obserwujemy już teraz w przypadku Wenezueli.

Co prawda dokument zakłada, że zachęty gospodarcze same w sobie wystarczą do zbliżenia z państwami regionu, jednakże monopolizacja relacji źle wróży nastrojom w Ameryce Południowej. A ta ma zdecydowanie złe skojarzenia z imperialną polityką Amerykanów, podobną zresztą do tego jak my sami myślimy o Rosji.

Wygrać gospodarczą przyszłość, zapobiec konfrontacji militarnej. To hasło przewodnie dobrze oddaje charakter fragmentu o rywalizacji z Chinami. USA dostrzegają gwałtowny wzrost potęgi Chin (pada sformułowanie „prawie równorzędna”) i zamierzają przywrócić równowagę handlową. Rejon Indo-Pacyfiku nazywają „polem bitwy”, ale nie w sensie dosłownym tylko strategicznej rywalizacji o wpływy i profity, w którym USA wspierane będą przez sojuszników.

Dokument zwraca uwagę, że Chiny zareagowały na pierwszą fazę wojny handlowej (2017) mocniej uzależniając od siebie gospodarki państw o niskich lub średnich dochodach per capita (13,800 USD lub mniej). W efekcie chiński eksport do tych państw jest dzisiaj czterokrotnie wyższy niż do USA, a rynku amerykańskiego w chińskim PKB spadł z 4% do 2%. Państwa te, poprzez budowę chińskich fabryk oraz utworzenie sieci dystrybutorów, stały się pośrednikami w eksporcie chińskich produktów do USA (w domyśle ukrywając tożsamość chińskiego producenta).

Waszyngton zamierza temu zaradzić przywracając równowagę i wzajemność w relacjach. Handel może być kontynuowany ku obopólnej korzyści, ale tylko w zakresie niedotyczącym kwestii wrażliwych (w domyśle technologii dających Amerykanom przewagę). Natomiast wspomniane państwa małe i średnie nęcone będą wizją współpracy gospodarczej i amerykańskimi inwestycjami. Amerykańska gospodarka musi też zachować „żywotność” i wzrost gospodarczy, aby utrzymać się na czele wyścigu.

W kontekście budowania „równowagi” wymienia się ogólne zasady, rozumiane jako walkę z:

*Drapieżnymi strategiami przemysłowymi i dotacjami państwowymi

* Nieuczciwymi praktykami handlowymi

* Niszczeniem miejsc pracy i deindustrializacją

* Kradzieżą własności intelektualnej i szpiegostwem przemysłowym

* Zagrożeniami dla łańcuchów dostaw, które narażają Stany Zjednoczone na ryzyko dostępu do kluczowych zasobów, w tym minerałów i pierwiastków ziem rzadkich

* Eksportem prekursorów fentanylu

* Propagandą, operacjami wpływu i innymi formami subwersji kulturowej.

(wszystkie te cele można przypisać Chinom, choć nie są oskarżane wprost o stosowanie tych praktyk)

Wśród sojuszników mających stanowić przeciwwagę dla Chin wymienia się: Indie, Japonię i Australię (Quad), ale włączenie w równoważenie chińskiego bilansu handlowego w zakresie dóbr konsumenckich wymagane jest także od Europy, Korei Południowej, Kanady i Meksyku, oraz wszystkich innych „znaczących” państw. Tak swoją drogą zapisy w tej części są dość chaotyczne i sprawiają wrażenie tekstu publicystycznego a nie dokumentu strategicznego. W skrócie, chodzi o to aby Amerykanie wykorzystali przewagę technologiczną (można dyskutować na ile ona faktycznie istnieje) do odzyskania światowych rynków zbytu i utrzymania (ponownie, to raczej wątpliwe) prymatu gospodarczego. Mowa o inwestycjach w Globalne Południe, dających alternatywę dla chińskiego kapitału. Przytomnie zauważa się jednak, że takowy plan obecnie nie istnieje a jedynie zgłaszana zostaje potrzeba jego utworzenia.

USA widzi swoją przewagę w technologiach wojskowych i podwójnego zastosowania. Przede wszystkim w domenach podwodnej, kosmicznej i jądrowej. Dodatkowo uważa, że dominuje w AI, komputerach kwantowych, systemach autonomicznych oraz energetyce koniecznej do zasilenia tych technologii. Przewagi te mają w przyszłości posłużyć do umocnienia pozycji i nawet zwiększyć dystans do konkurentów. Co więcej, ich rozwój ma być ściśle powiązany ze współpracą z kapitałem prywatnym (w domyśle, ma on się włączyć w politykę państwa) oraz wesprzeć przywrócenie (ważne – to oznacza, że wg autorów USA są w gorszej pozycji w regionie) korzystnej, regionalnej równowagi militarnej.

Z punktu widzenia współpracy międzynarodowej, USA określane są jako atrakcyjna konkurencja dla Chin ze względu na to, że Amerykanie są „otwarci, transparentni, wiarygodni, oddani wolności i innowacyjności, oraz mają za sobą wolny rynek (kapitalizm)”. Określenia te brzmią pięknie, ale obawiam się, że dokładnie taki wizerunek Amerykanów został z dużą sumiennością zniszczony w trakcie zaledwie kilku miesięcy 2025 roku. Trudno dzisiaj mówić o wiarygodności czy transparentności, jeśli sojusznicy są traktowani gorzej niż wrogowie a polityka Białego Domu potrafi się zmieniać o 180 stopni w ciągu kilku dni.

W pozostałej części autorzy skupiają się na kwestii zagrożenia bezpośrednią konfrontacją zbrojną. W dłuższym okresie, duża przewaga gospodarcza i technologiczna USA mają zniechęcać przeciwników do rozpoczęcia dużego konfliktu. Jednakże aby stan ten był możliwy do utrzymania konieczna będzie równowaga militarna w regionie. USA zamierzają utrzymać otwartą żeglugę na Morzu Południowochińskim oraz w Cieśninie Tajwańskiej, oraz zabezpieczyć tzw. pierwszy łańcuch wysp. Dlatego polityka wobec Tajwanu pozostanie taka jak dawniej, a żadne jednostronne zmiany statusu Cieśniny Tajwańskiej nie będą akceptowane.

Najważniejsze w tym zakresie jest stwierdzenie, że Amerykanie nie zamierzają brać na siebie pełnej odpowiedzialności i wymagać będą od wszystkich regionalnych sojuszników (przede wszystkich tych z pierwszego łańcucha) znaczących nakładów zbrojeniowych i zwiększenia zdolności wojskowych. Mówiąc inaczej, USA wydają się warunkować w ten sposób swój udział w ich obronie.

Z naszego punktu widzenia najbardziej kontrowersyjny rozdział. Przede wszystkim stanowi on bardzo mocną krytykę Unii Europejskiej. Autorzy raportu wspominają problemy z odpowiednio wysokimi wydatkami na obronność i kurczący się potencjał gospodarczy, jednakże jako główne zagrożenie wskazując „wymazanie” cywilizacji.

Cytując:

„Do najważniejszych problemów stojących przed Europą należą: działania Unii Europejskiej i innych organizacji transnarodowych, które podważają wolność polityczną i suwerenność, polityka migracyjna, która przekształca kontynent i wywołuje konflikty, cenzura wolności słowa i tłumienie opozycji politycznej, spadający wskaźnik urodzeń oraz utrata tożsamości narodowych i pewności siebie”.

Trzeba przyznać, że to dość radykalna diagnoza, w dodatku mająca charakter publicystycznej opinii. Niekoniecznie zgodnej z rzeczywistością, a ponieważ wiem jak nośna jest ta narracja chciałbym ją od razu skomentować.

Bez wątpienia problem migracji nie jest wymyślony i został zauważony już wiele lat temu. Od tamtej pory trwały różne próby jego uregulowania, tak na poziomie krajowym jak i unijnym. Wiemy co ostatnio robiła Polska, jak reagują Niemcy, czym jest pakiet migracyjny – wszystko jedno czy oceniamy te działania dobrze czy źle, faktem jest że politycy reagują na nastroje społeczne starając wprowadzić zmiany, a sam problem jest dla wszystkich oczywisty i ma charakter długoterminowy.

Natomiast mówienie o „cenzurze” i „tłumieniu opozycji” to kalka rosyjskiej narracji, bo też jedyne tego typu działania, które mogłyby choćby zbliżać się do podanych definicji dotyczą walki z dezinformacją i agenturą Federacji Rosyjskiej, która próbuje destabilizować wewnętrznie państwa Europy. Dokument całkowicie pomija wątek wojny hybrydowej. Nie ma też przecież mowy o tym, aby wybory nie były wolne i pluralistyczne. Europa cieszy się dużą swobodą i większym rozhermetyzowaniem partii politycznych niż USA.

Zarzucając europejskim demokracjom praktyki autorytarne, mimo że to właśnie w USA wprowadza się państwową cenzurę ograniczającą wolność mediów, a sam prezydent Trump mści się na dziennikarzach zadających niewygodne dla niego pytania jest dowodem albo na oryginalne poczucie humoru, albo daleko posunięty cynizm. Wzmianka o spadającym wskaźniku urodzeń, osłabieniu tożsamości narodowej i braku pewności siebie (objawiającym się w relacjach z Rosją) to z kolei zabieg propagandowy, którego cel staje się jasny w kolejnym akapicie.

Cytat:

„W wyniku wojny Rosji na Ukrainie relacje europejskie z Rosją uległy znacznemu osłabieniu, a wielu Europejczyków postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne. Utrzymanie relacji europejskich z Rosją będzie wymagało znaczącego zaangażowania dyplomatycznego Stanów Zjednoczonych, zarówno w celu przywrócenia warunków strategicznej stabilności na obszarze Eurazji, jak i w celu ograniczenia ryzyka konfliktu między Rosją a państwami europejskimi.”

Mówiąc inaczej, Amerykanie uważają że Europejczyków należy zmusić do nawiązania relacji z Rosją ponieważ sami są do tego niezdolni, a nierozwiązanie tej sprawy destabilizuje Euroazję i prowadzić może do bezpośredniej konfrontacji. Przywołana wcześniej argumentacja ma tę wizję uprawdopodobnić. Skoro Unia Europejska jest konstruktem całkowicie upadłym, nie może o sobie decydować. To ta sama narracją jaką Rosjanie stosują wobec Ukrainy.

Autorzy słowem nie wspominają o praprzyczynie konfliktu z Rosją, czyli rosyjskim imperializmie i powtarzającej się agresji terytorialnej trwającej cyklicznie od 2008 do 2022 roku. Mało tego, w całym dokumencie nie ma słowa o tym jak powstrzymać Rosję, czy też jakim zagrożeniem jest polityka tego kraju. Pomija się także dekady jakie państwa europejskie poświęciły na zbliżenie przez „ucywilizowanie” Rosji, z Niemcami i Francją na czele i jaki efekt działania te przyniosły.

Mowa o Ukrainie.

Dokument podkreśla, że w podstawowym interesie Stanów Zjednoczonych leży wynegocjowanie szybkiego zakończenia działań wojennych, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub rozlania się wojny. Ma to przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić odbudowę Ukrainy po zakończeniu działań wojennych i jej przetrwanie jako funkcjonującego (a nie upadłego) państwa. Nie ma wzmianki o suwerenności lub integralności terytorialnej.

Jednocześnie stwierdza się, że amerykańska administracja pozostaje w konflikcie z europejskimi politykami, którzy mają „nierealistyczne oczekiwania” wobec wojny, co ma być w sprzeczności z dążeniem ogółu do jej zakończenia. Politycy ci mają reprezentować mniejszościowe, niestabilne rządy i działać wbrew woli społeczeństwa. Stwierdzenie to jest zasadniczo sprzeczne z rzeczywistością bowiem różnorakie wsparcie Ukrainy popiera większość obywateli UE, co potwierdzają najnowsze badania opinii publicznej (średnia ok. 60%), natomiast relatywnie niewielka ilość rządów europejskich ma charakter mniejszościowy. Jest to więc kolejne stwarzanie narracji pod fikcyjne przesłanki.

Dalej czytamy, że USA zamierzają pomagać Europie w odzyskaniu konkurencyjności i „korekcie” kursu, ponieważ chcą aby była stabilnym i mocnym sojusznikiem, jednakże nie w rozumieniu zrzeszenia w jednym organizmie politycznym, tylko jako wiele pojedynczych, suwerennych państw. W całym tekście wybrzmiewa przekaz stawiający Unię Europejską w roli wroga większego niż Rosja. USA zamierzają ingerować w politykę wewnętrzną tych państw tak aby doprowadzić do korzystnych dla siebie wyników wyborów, a także zablokować możliwość samodzielnego rozstrzygania relacji z Rosją, w tym dalszego rozszerzania NATO.

Reasumując, cele amerykańskiej polityki wobec Europy to:

* Przywrócenie warunków stabilności w Europie i stabilności strategicznej z Rosją

* Umożliwienie Europie stanięcia na własnych nogach i działania jako grupa sprzymierzonych suwerennych państw, w tym poprzez wzięcie na siebie głównej odpowiedzialności za własną obronę, bez bycia zdominowanym przez jakiekolwiek wrogie mocarstwo

* Kultywowanie oporu wobec obecnej trajektorii Europy w państwach europejskich

* Otwarcie rynków europejskich na towary i usługi ze Stanów Zjednoczonych oraz zapewnienie sprawiedliwego traktowania pracowników i przedsiębiorstw ze Stanów Zjednoczonych

* Budowanie zdrowego społeczeństwa państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej poprzez powiązania handlowe, sprzedaż broni, współpracę polityczną oraz wymianę kulturalną i edukacyjną

* Położenie kresu rozszerzaniu NATO

* Zachęcanie Europy do podjęcia działań w celu zwalczania „merkantylistycznej nadwyżki mocy produkcyjnych, kradzieży technologicznej, cybernetycznego szpiegostwa i innych wrogich praktyk gospodarczych” (czyli wobec Chin).

Amerykanie wycofują się z Bliskiego Wschodu w rozumieniu obecności militarnej i angażowania się w długotrwałe konflikty. Powody tej decyzji są według autorów dwa. Po pierwsze USA stały się samowystarczalne energetycznie, a po drugie największe regionalne konflikty miały zostać zażegnane. Osłabiono Iran oraz jego wpływy (zniszczenie programu nuklearnego), zawarto rozejm w konflikcie izraelsko-palestyńskim, osłabiono głównych sponsorów Hamasu, ustabilizowano Syrię.

Wobec powyższego region przestaje być „wiecznym problemem”, a staje się partnerem inwestycyjnym (nie tylko ropa, ale też energia jądrowa, AI, technologie obronne) i polem współpracy gospodarczej (łańcuchy dostaw, rynki w Afryce itp.). Konkluzja jest taka, że podstawowe interesy Ameryki (bezpieczeństwo dostaw ropy, otwartość Cieśniny Ormuz i Morza Czerwonego, walka z terroryzmem, bezpieczeństwo Izraela, rozszerzanie Porozumień Abrahamowych) da się realizować bez wielkich wojen i demokratycznego „budowania narodów”.

Amerykanie cedują stabilizację na lokalne państwa i odstępują od ingerowania w ich sprawy wewnętrzne lub narzucania ścieżek rozwoju politycznego (jaka zmiana w stosunku do Europy!). W razie potrzeby będą interweniować wojskowo, ale nie zamierzają już angażować się tak dalece jak w minionych dekadach. Warto zauważyć, że w tym bardzo krótkim fragmencie kilkukrotnie wymienia się zasługi Donalda Trumpa dla stabilizacji regionu, co ociera się o hagiografię i to w dokumencie, który ma być przecież strategiczną sygnalizacją dla świata, a nie panegirykiem.

Afryce poświęca się jeszcze mniej uwagi, zaledwie trzy akapity. Podobnie jak w przypadku Bliskiego Wschodu amerykańska polityka odstąpi od szerzenia „liberalnej ideologii” (czyli demokracji) na rzecz pragmatycznej współpracy gospodarczej w postaci amerykańskich inwestycji. Jakich? W surowce naturalne, w tym przede wszystkim pierwiastki rzadkie oraz energetykę. W zamian USA oferować będą technologię energetyki nuklearnej, skroplonego gazu oraz eksploatacji metali ziem rzadkich. Do współpracy zaproszone zostaną wszystkie państwa otwarte na amerykańskie inwestycje. W zaledwie jednym zdaniu wspomina się o problemie islamskiego terroryzmu, ale jednocześnie podkreślone zostanie, że Amerykanie unikać będą długotrwałych zobowiązań i obecności zbrojnej.

Innymi słowy, Afryka ma być przedmiotem gospodarczego kolonializmu z pominięciem jakichkolwiek działań mających stabilizować kontynent.

(...)

globalnagra.pl

piątek, 5 grudnia 2025



Polityka USA w sprawie Europy powinna traktować jako priorytet m.in. powrót do stabilności strategicznej w relacjach z Rosją, umożliwienie Europie wzięcia odpowiedzialności za własną obronę i zapobieganie dalszemu rozszerzaniu NATO - podkreślono w nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych.

Dokument wyznaczający priorytety polityki zagranicznej i bezpieczeństwa USA mówi o zerwaniem z dotychczasową polityką zagraniczną w wielu podstawowych aspektach i zmienia główny nacisk polityki zagranicznej z rywalizacji z Chinami na bezpieczeństwo wewnętrzne oraz wyznaczenie zachodniej półkuli jako amerykańskiej strefy wpływów. Powołuje się przy tym się na XIX-wieczną doktrynę Monroe, której uaktualnieniem ma być "uzupełnienie Trumpa".

"Dni, kiedy Stany Zjednoczone podtrzymywały cały porządek światowy jak Atlas skończyły się" - ogłoszono w dokumencie, zapowiadając przełożenie odpowiedzialności za bezpieczeństwo w poszczególnych regionach na sojuszników Ameryki. Wedle tej wizji, USA mają być organizatorem i wspierać sieć takich sojuszy, lecz odgrywać mniejszą rolę.

W dokumencie mowa jest też o odrzuceniu "niefortunnej koncepcję globalnej dominacji" USA przy równoczesnym zapewnieniu "równowagi sił", by żadne inne mocarstwo nie osiągnęło pozycji dominującej. Dotyczy to również Europy, która w dokumencie jest mocno krytykowana.

W części poświęconej Staremu Kontynentowi napisano, że głównym priorytetem polityki wobec Europy powinny być m.in.: "przywrócenie warunków stabilności w Europie i stabilności strategicznej (w relacjach) z Rosją", wzięcie przez państwa europejskie głównej odpowiedzialności za własną obronę, "brak dominacji jakiekolwiek wrogiego mocarstwa", "poprawa" obecnego kursu politycznego kontynentu oraz "zakończenie postrzegania NATO jako stale rozszerzającego się sojuszu".

Dokument krytykuje m.in. podejście państw europejskich do wojny Rosji z Ukrainą.

"Administracja Trumpa znajduje się w sporze z europejskimi urzędnikami, którzy mają nierealistyczne oczekiwania co do wojny (w Ukrainie) wyrażane przez niestabilne rządy mniejszościowe, z których wiele depcze podstawowe zasady demokracji, aby stłumić opozycję. Zdecydowana większość europejska pragnie pokoju, ale pragnienie to nie przekłada się na politykę, w dużej mierze z powodu podważania przez te rządy procesów demokratycznych" - napisano.

Autorzy stwierdzili, że podstawowym interesem USA jest wynegocjowanie końca wojny Rosji z Ukrainą, "aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub ekspansji wojny oraz przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić odbudowę Ukrainy po zakończeniu działań wojennych, aby umożliwić jej przetrwanie".

W dokumencie stwierdzono, że działania Unii Europejskiej podważają swobody polityczne obywatelskie i suwerenność, a amerykańska dyplomacja ma na celu promocję "prawdziwej demokracji" w Europie, wolności słowa, indywidualnego charakteru państw i "patriotycznych partii" europejskich. Jako jedno z największych zagrożeń podano erozję narodowych tożsamości i "cywilizacyjne wymazanie" krajów europejskich w związku z imigracją.

"W dłuższej perspektywie jest więcej niż prawdopodobne, że najpóźniej w ciągu kilku dekad, niektórzy członkowie NATO staną się państwami w większości nieeuropejskimi. W związku z tym pozostaje otwarte pytanie, czy będą postrzegać swoje miejsce na świecie, lub swój sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, tak samo jak ci, którzy podpisali Traktat NATO" - napisali autorzy strategii.

Wśród europejskich priorytetów wymienione jest też "wsparcie budowy zdrowych narodów Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej poprzez powiązania handlowe, sprzedaż broni, współpracę polityczną oraz wymianę kulturalną i edukacyjną".

Europa jako region wymieniona jest w dokumencie w trzeciej kolejności, po zachodniej półkuli i Azji, a przed Bliskim Wschodem i Afryką. W części dotyczącej Azji mowa jest o przebudowie relacji gospodarczych z Chinami oraz zapobieganiu konfliktowi i odstraszaniu agresji, przede wszystkim przeciwko Tajwanowi. Autorzy podtrzymują dotychczasową politykę USA wobec wyspy, lecz zaznaczają, że USA nie są w stanie same odstraszyć Chin od agresji i większą odpowiedzialność za to muszą wziąć na siebie azjatyccy sojusznicy Ameryki.

Dokument, którego przygotowanie jest nakazane przez Kongres, to pierwszy z trzech oczekiwanych dokumentów mających wyznaczać kierunki polityki USA. Kolejnymi mają być Narodowa Strategia Obronności (National Defense Strategy) przygotowywana przez Pentagon oraz Global Posture Review, czyli rewizja rozmieszczenia sił USA na świecie. Ich końcowym efektem mogą być zmiany w rozmieszczeniu wojsk USA, w tym w Europie, gdzie spodziewana jest redukcja sił. Według obietnic prezydenta Donalda Trumpa ma to jednak nie dotyczyć Polski. 

PAP

czwartek, 4 grudnia 2025



Putin złoży wizytę państwową w Indiach w dniach 4-5 grudnia 2025 r., aby wziąć udział w 23. dorocznym szczycie Indie-Rosja. W jego delegacji znajdują się szefowie Sbierbanku, Rosoboronexportu, a także kierownictwo Rosniefti i Gazpromu Nieft (banki, broń, koncerny naftowe).

Dla Putina jest to ważna wizyta z kilku powodów.

‼️ Co Putin zamierza negocjować w Indiach:

▪️Energia: ropa naftowa, węgiel, nawozy

Putin udaje się do Indii, aby wzmocnić bazę energetyczną swoich wysiłków wojennych. W ciągu ostatniego roku budżetowego dwustronny handel między Rosją a Indiami osiągnął około 68-69 miliardów dolarów, a lwią jego część stanowią rosyjskie towary - przede wszystkim ropa naftowa.

W szczytowych miesiącach 2025 r. Indie skupowały do 1,6-1,8 mln baryłek rosyjskiej ropy dziennie, co stanowi około 30-40% całkowitego importu Rosji. Pod presją sankcji ilości te stopniowo maleją, ale Kreml stara się utrzymać rynek indyjski, oferując coraz głębsze rabaty: rabat na Ural ponownie się zwiększa. W sektorze nawozów zależność jest jeszcze większa: w przypadku kilku kategorii 80-90% indyjskiego importu pochodzi z Rosji, co bezpośrednio wpływa na bezpieczeństwo żywnościowe i ceny indyjskich rolników.

Zainteresowanie Rosji jest oczywiste: scementować Indie jako drugi co do wielkości rynek po Chinach - ropy, węgla, nawozów, a częściowo gazu. To zrównoważy utratę UE i zapewni stabilny przepływ środków pieniężnych dla rosyjskiej gospodarki wojennej.

New Delhi ze swojej strony pragmatycznie wykorzystuje osłabioną pozycję negocjacyjną Kremla. Indie starają się zablokować najlepsze możliwe ceny, długoterminowe kontrakty i elastyczne warunki dostaw, co zasadniczo zmienia kryzys Rosji we własną przewagę energetyczną i rolniczą.

▪️Obrona: od S-400 do AK-203

Drugim ważnym aspektem wizyty jest współpraca obronna. Indie od dziesięcioleci są jednym z największych nabywców rosyjskiej broni, ale model ten szybko się zmienia pod presją sankcji, zachodnią konkurencją i indyjskimi programami zbrojeniowymi. Putin przyjeżdża do New Delhi z jasnym celem: zapobiec całkowitemu przejęciu tej niszy rynkowej przez USA, Francję i krajowych indyjskich producentów.

Rozmowy skupią się na zakończeniu dostaw pięciu zestawów S-400, ewentualnej przyszłej współpracy w zakresie obrony powietrznej i warunkach obsługi, a także na zwiększeniu skali wspólnej produkcji karabinów AK-203: oczekuje się, że do 2030 r. fabryka Amethi wyprodukuje ponad 600 000 sztuk przy maksymalnej lokalizacji. Równolegle Moskwa stara się promować nowe platformy - od lotnictwa bojowego po elektroniczne systemy bojowe - oprawione nie tylko w gotowe produkty, ale pod hasłem „transferu technologii" i wspólnego montażu.

Interesy Indii są równie pragmatyczne. New Delhi chce przekształcić stary model obciążony importem w taki, w którym produkcja i kluczowe komponenty są kontrolowane na ziemi indyjskiej, a rosyjskie kontrakty stają się tylko jedną częścią szerszego, zdywersyfikowanego portfela. Dla Indii jest to kolejne narzędzie równoważenia stosunków z Waszyngtonem, Moskwą, Paryżem i Pekinem.

Dla Kremla jest to walka o zachowanie wizerunku ważnego (choć już nieodzownego) partnera obronnego.

Warto zauważyć, że według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem udział Rosji w imporcie broni do Indii stale spada: z 72% w latach 2010-2014 do 36% w latach 2020-2024. Indie dążą do dywersyfikacji i rozwoju własnego przemysłu obronnego.

▪️Architektura finansowa, BRICS i nowy porządek globalny

Za ceremonialnym językiem "specjalnego partnerstwa strategicznego" kryje się znacznie bardziej praktyczny cel: odbudować architekturę finansową na długą wojnę i długotrwałe życie pod sankcjami.

Moskwa i New Delhi stopniowo wypychają dwustronny handel spod dolara i euro: rozszerzają rozliczenia w rublach i rupiach, omawiają powiązania systemów płatniczych Mir i RuPay oraz integrują rosyjski SPFS z indyjskim UPI (lokalnymi systemami płatniczymi).

Dla Kremla jest to sposób na zmniejszenie ryzyka blokad transakcyjnych za pośrednictwem zachodnich banków i uczynienie transakcji energetycznych i obronnych bardziej odpornymi na sankcje. Dla Indii jest to szansa na zakup tanich rosyjskich zasobów przy mniejszym ryzyku politycznym i finansowym, przy jednoczesnym wzmocnieniu własnej autonomii walutowej i płatniczej.

Te dwustronne mechanizmy wpisują się w szerszą narrację BRICS jako alternatywnego porządku międzynarodowego (...). Dla Rosji BRICS jest przede wszystkim polityczną wizytówką „nieizolacji": sygnalizacją, że nadal ma klub i własny ekosystem finansowy.

Dla Indii wartość polega na posiadaniu platformy, na której mogą współpracować zarówno z Rosją, jak i Chinami, zachowując dystans i unikając stania się częścią formalnego bloku antyzachodniego. 

‼️ Porównanie z Chinami jest odkrywcze

W stosunkach z Pekinem Rosja popadła już w głęboką asymetryczną zależność: juan, chińskie technologie i duże projekty infrastrukturalne dają Chinom znacznie większy wpływ. W przypadku Indii sytuacja jest inna: jest to duży, ale nie monopolistyczny rynek, a New Delhi jednocześnie pogłębia więzi z USA, UE i Japonią. Dlatego Kreml tak chętnie przedstawia wizytę w Indiach jako „drugi filar" równoważący jego nadmierne poleganie na Chinach.

‼️ Dla UE i USA sytuacja ta jest sprawdzianem rzeczywistej skuteczności sankcji i polityki powstrzymywania.

Dla Europy jest to przypomnienie, że nawet bez dostępu do rynku UE Rosja może znaleźć nowe rynki zbytu dla swojej energii i broni na Globalnym Południu.

Dla Waszyngtonu podkreśla, że Indie nie są „młodszym partnerem", ale autonomicznym centrum władzy: współpracują z USA w zakresie bezpieczeństwa Indo-Pacyfiku, kontynuując jednocześnie zakup taniej rosyjskiej ropy i broni.

Niewygodne pytanie dla zachodnich stolic brzmi następująco:

Czy są gotowi w znaczący sposób ograniczyć przestrzeń manewrową Rosji na Globalnym Południu, jeśli będzie to wymagało skonfrontowania się z interesami kluczowych partnerów - przede wszystkim Indii?

A jakie stanowisko zajmą Indie?

Nie chodzi już tylko o umowy handlowe czy interesy gospodarcze. To, co się teraz kształtuje, to przyszła architektura globalnego porządku i globalnego bezpieczeństwa.

Jakie są prawdziwe interesy Indii?

Indie są głównym regionalnym rywalem Chin. New Delhi widzi rosnącą zależność Rosji od Pekinu - i jest to czynnik ograniczający dla Indii.

W przeciwieństwie do Rosji Stany Zjednoczone mogą zaoferować Indiom nie tylko ropę naftową, ale także zaawansowane technologie, broń i kapitał inwestycyjny.

Indie otrzymują już od Rosji wszystko, czego naprawdę potrzebują - ropę płaconą w rupiach i z coraz głębszym rabatem.

Rosja sprzeciwia się Zachodowi; Indie poszukują współpracy z Zachodem.

Czy Indie zacieśnią swoje więzi z Rosją kosztem stosunków ze Stanami Zjednoczonymi?

Do tej pory Rosja była stałym partnerem handlowym Indii - nie strategicznym.

Czy ten status się zmieni?

Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Rosja stopniowo przestaje być "biegunem geopolitycznym" i zamienia się w satelitę - nawet wasala - Chin.

Rosja i Putin ucieleśniają imperialny, kolonialny sposób myślenia, który jest zasadniczo obcy Indiom.

A dziś Putin prowadzi brutalną, niesprawiedliwą, niesprowokowaną wojnę przeciwko naszemu niepodległemu państwu - Ukrainie.

Świat pogrąży się w całkowitym chaosie, jeśli kwestie terytorialne zaczną być rozwiązywane przy użyciu siły militarnej. A jeśli Ukraina przegra, ten chaos nieuchronnie nastąpi.

Dlatego kraje, które dążą do przywrócenia globalnego systemu bezpieczeństwa i unikają popadnięcia w liczne konflikty zbrojne, mają wyraźny interes w sprawiedliwym pokoju dla Ukrainy.

Mówiłem już, że moim zdaniem to Indie - a nie Rosja czy Chiny - mogą przewodzić państwom Globalnego Południa i wykazać się przywództwem w ustanawianiu pokoju na Ukrainie i w regionie.

Takie przywództwo stanowiłoby zasadniczy wkład w naród ukraiński i pokój na świecie.

x.com/Gerashchenko_en


Siły rosyjskie dokonały taktycznego przełomu na północny wschód i wschód od Hulajpola w połowie listopada 2025 r., prawdopodobnie częściowo poprzez koncentrację i zaangażowanie grupy sił porównywalnej wielkością do tej operującej na kierunku Pokrowsk-Dobropole. Ukraiński obserwator wojskowy Kostiantyn Maszowec poinformował, że rosyjska Wschodnia Grupa Sił (GoF) obecnie operująca na kierunku Hulajpola i Dniepropietrowska jest porównywalna pod względem skuteczności bojowej i liczebności do Centralnej Grupy Sił operującej w sektorach Pokrowsk i Dobropole, a Wschodnia Grupa Sił może nawet dysponować większą koncentracją siły roboczej w swoim rejonie odpowiedzialności. Ukraińscy urzędnicy poinformowali w listopadzie 2025 r., że rosyjskie dowództwo wojskowe zaangażowało od 170 000 do 220 000 żołnierzy na kierunku Pokrowska. Rosyjska Wschodnia Zatoka Sił w pobliżu Hulajpola składa się z trzech brygad 35. Połączonej Armii (CAA, Wschodni Okręg Wojskowy [EMD]) operujących na południe od Hulajpola; jednej dywizji i dwóch brygad 5. CAA (EMD) operujących bezpośrednio na wschód i północ od Hulajpola; dwóch brygad 36. CAA (EMD) operujących w pobliżu Wełykomychajiwki i na południowy zachód od Nowopawlówki; oraz jednej brygady i jednego pułku 29. CAA (EMD) prowadzących aktywną obronę wspólnie z 36. CAA. Rosyjskie dowództwo wojskowe znacząco wzmocniło Wschodnią Zatokę Sił latem-jesienią 2025 r., przerzucając szereg elementów do tego obszaru. Rosyjskie dowództwo wojskowe przerzuciło elementy 76. Dywizji Powietrznodesantowej (WDW) w kierunku Hulajpola z obwodu sumskiego we wrześniu 2025 r.; elementy 228. Pułku Strzelców Zmotoryzowanych (90. Dywizja Pancerna, 41. Pułk Strzelców Zmotoryzowanych, Centralny Okręg Wojskowy [CMD]) z obszaru obronnego Centralnego Okręgu Wojskowego na obszar między Nowopawlówką a Hulajpolem; oraz elementy 38. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych i 69. Samodzielnej Brygady Osłonowej (obie z 35. Pułku Strzelców Zmotoryzowanych, Centralny Okręg Wojskowy) na obszar obronny 5. Pułku Strzelców Zmotoryzowanych na północny wschód i wschód od Hulajpola.[19]

Maszowiec ocenił, że przegrupowanie elementów obu brygad na obszar obronny 5. Pułku Strzelców Zmotoryzowanych znacznie poprawiło jego zdolność bojową, umożliwiając 5. Pułkowi Strzelców Zmotoryzowanych wypracowanie taktycznego przełomu o głębokości 17 kilometrów, przeprowadzenie szerokiej przeprawy przez rzekę Janczur w pobliżu Uspieniówki (na północny wschód od Hulajpola) i dotarcie do obrzeży Hulajpola od północy i północnego wschodu.[20] Maszowec spekulował, że rosyjskie dowództwo wojskowe mogło skierować do tego obszaru pewne elementy 49. Południowego Okręgu Wojskowego (POW), w tym oddziały 34. i 205. brygady zmotoryzowanej lub ewentualnie elementy 7. Bazy Wojskowej, ponieważ rosyjskie dowództwo wojskowe często wykorzystuje te elementy do wzmocnienia różnych grup artylerii – w tym Dniepru (działającego w zachodnich obwodach zaporoskim i chersońskim) oraz Zachodniej Grupy Artylerii (działającej na kierunkach Kupiańskim i Lymańskim).[21] Maszowec stwierdził, że 5. Południowy Okręg Artylerii prawdopodobnie ma dwie brygady w rezerwie i ostrzegł, że siły rosyjskie mogą próbować przerzucić elementy 76. Dywizji WDW lub 90. Dywizji Pancernej w celu wzmocnienia taktycznego przełomu 5. Południowego Okręgu Wojskowego.[22] Zaangażowanie i ponowne rozmieszczenie elementów kilku jednostek z innych sektorów frontu dodatkowo sugeruje, że niedawny rosyjski przełom taktyczny w kierunku Hulajpola jest częściowo spowodowany znaczną koncentracją sił ludzkich w tym rejonie przez kilka miesięcy, a nie nagłym przełomem lub załamaniem się obrony Ukrainy, jak niedawno próbowali twierdzić urzędnicy Kremla.[23] Ta znacząca koncentracja sił sugeruje, że Rosja prawdopodobnie będzie musiała skoncentrować jeszcze więcej sił i obniżyć priorytet innych sektorów frontu, aby wykorzystać taktyczne postępy wokół Hulajpola i spróbować przekształcić je w sukcesy operacyjne.

(...)

Niepotwierdzone twierdzenia: Rosyjscy milblogerzy twierdzili, że siły rosyjskie posuwały się w środkowym i południowym Siwiersku oraz wzdłuż autostrady T-0513 Siwiersk-Lyman w centrum Świato-Pokrowskiego. Rosyjski milbloger twierdził, że siły rosyjskie zajęły połowę Świato-Pokrowskiego.

Siły rosyjskie zaatakowały w pobliżu samego Siwierska i w jego obrębie; na północny zachód od Siwierska w pobliżu Droniwki, Płatonówki i Zakitnego; na północny wschód od Siwierska w pobliżu Serebryanki; i na południowy zachód od Siwierska w pobliżu Fiodoriwki i Świato-Pokrowskiego w dniach 2 i 3 grudnia.

Rosyjscy milblogerzy twierdzili, że siły rosyjskie przecięły główne ukraińskie naziemne linie komunikacyjne (GLOC) do Siwierska, zmuszając siły ukraińskie do prowadzenia logistyki przez pola. ISW ocenia, że ataki te są prawdopodobnie częścią szerszej kampanii sił rosyjskich dotyczącej zakazu powietrznego na polu bitwy (BAI), mającej na celu degradację ukraińskiej logistyki w celu ułatwienia przyszłych ataków naziemnych w kierunku Siwierska.

understandingwar.org


Od obalenia Muammara Kaddafiego w 2011 r. Libia pozostaje państwem podzielonym, w którym funkcjonują konkurujące ze sobą ośrodki władzy. Po jednej stronie jest Rząd Porozumienia Narodowego (GNA) w Trypolisie – uznawany na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ z 2015 r. za prawomocne władze – kontrolujący północno-zachodnią Libię oraz popierany przez Katar i Turcję. Po drugiej znajduje się zaś Libijska Armia Narodowa (LNA) pod dowództwem Haftara, dominująca we wschodniej części państwa ze stolicą w Bengazi, wspierana przez Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Arabię Saudyjską, Francję i Rosję. Konflikt na linii GNA–LNA to pokłosie różnic politycznych, regionalnych i plemiennych oraz rywalizacji o kontrolę nad bogactwami naturalnymi, szczególnie złożami ropy i gazu.

Turcja bezpośrednio zaangażowała się w spór w kwietniu 2019 r., gdy siły Haftara, przy wsparciu Grupy Wagnera, rozpoczęły ofensywę na Trypolis. Ankara wykorzystała ten moment, dostarczając GNA drony, systemy obrony przeciwlotniczej, doradców wojskowych oraz ok. 3,5 tys. płatnych syryjskich bojowników (dane Departamentu Obrony USA), co umożliwiło Trypolisowi odparcie ataku i odzyskanie kluczowych obszarów oraz doprowadziło do zawieszenia broni w październiku 2020 r.

Opowiedzenie się Turcji po stronie GNA wiązało się ściśle z jej interesami regionalnymi. Po pierwsze, władze w Trypolisie były ideologicznym sojusznikiem Turcji, powiązanym z Bractwem Muzułmańskim – organizacją, którą wspierała ona w regionie, co stawiało ją w opozycji do takich państw jak Egipt i ZEA, postrzegających Bractwo jako zagrożenie dla własnych ustrojów politycznych. Po drugie, udzielenie wsparcia dla GNA było inwestycją Ankary w zabezpieczenie swoich interesów w basenie Morza Śródziemnego.

Kluczowy element tej strategii stanowiło podpisanie z GNA w listopadzie 2019 r. umowy o rozgraniczeniu wyłącznych stref ekonomicznych (EEZ). Na jej mocy połączono strefy morskie Turcji i Libii (zob. mapa), co zagwarantowało Ankarze prawa do eksploracji oraz wydobycia libijskich złóż gazu i ropy w wodach przybrzeżnych tego drugiego państwa. Porozumienie to miało też utrudnić budowę gazociągu EastMed, forsowanego przez Grecję, Cypr, Egipt i Izrael, z którego wykluczono Turcję, mimo że według jej interpretacji prawa morskiego jego trasa przecinała obszar należący do jej EEZ. Porozumienie Ankary z Trypolisem, naruszające EEZ wysp greckich (np. Krety i Kastelorizo) oraz częściowo Egiptu, wywołało sprzeciw Aten i Kairu, które uznały je za niezgodne z prawem międzynarodowym.

Umowa turecko-libijska stała się więc przedłużeniem sporu turecko-greckiego o granice morskie, wynikającego z różnych interpretacji prawa morskiego. Ankara nie podpisała Konwencji ONZ o prawie morza z 1982 r. (UNCLOS) i tym samym nie uznaje wyłącznych stref ekonomicznych wysp greckich. Stąd w jej postrzeganiu Grecja m.in. nie ma praw do EEZ wokół Krety czy Kastelorizo. Przy takiej interpretacji prawa morskiego umowa z Libią stała się dla Turcji nie tylko narzędziem do umocnienia swojej pozycji politycznej i energetycznej w regionie – do czego konieczne było utrzymanie GNA przy władzy – lecz także kolejną szansą na podważenie greckiej wizji granic morskich.

W 2025 r. Turcja dokonała zwrotu w swojej polityce wobec Libii, odchodząc od wyłącznego wsparcia GNA w Trypolisie na rzecz podjęcia dialogu z Haftarem i LNA. W kwietniu 2025 r. syn lidera, Saddam – nowo mianowany zastępca dowódcy dotychczas wrogiej Turcji LNA – odwiedził Ankarę w celu omówienia współpracy wojskowej. Kolejnym przejawem zmiany kursu była – pierwsza od obalenia Kaddafiego – wizyta szefa tureckiego wywiadu Ibrahima Kalına w Bengazi w sierpniu 2025 r., podczas której omówił on z Haftarem i LNA kwestie stosunków bilateralnych, bezpieczeństwa regionalnego, walki z nielegalną migracją oraz kooperacji wywiadowczej i wojskowej.

Ten zwrot w relacjach między LNA a Ankarą zdaje się także inicjatywą samego Haftara, który z uwagi na swój podeszły wiek (81 lat) dąży do utrwalenia dynastycznej sukcesji. W tym celu awansował on swoich synów na kluczowe stanowiska: obok Saddama również Khaleda – został on szefem sztabu – oraz Belqasima – mianowano go zarządcą funduszy rekonstrukcyjnych. Nawiązanie kontaktów z Turcją służy wzmocnieniu międzynarodowej legitymacji tej sukcesji. Jednocześnie działania te mają służyć rozszerzeniu rodzinnych sojuszy poza tradycyjnych patronów, takich jak Rosja, co jest szczególnie istotne w kontekście osłabienia militarnego Kremla (dotąd głównego partnera militarnego Haftara) spowodowanego wojną na Ukrainie.

Z perspektywy Turcji nowe otwarcie w stosunkach z LNA niesie liczne korzyści. W zamian za reset relacji i wsparcie militarne dla Bengazi – obejmujące potencjalne dostawy uzbrojenia oraz szkolenia wojskowe – Ankara uzyskała wstępne zapewnienia co do ratyfikacji porozumienia z 2019 r. przez prohaftarowski parlament w Tobruku. Gdyby do tego doszło, otrzymałoby ono brakującą akceptację ze strony LNA, która dotychczas podważała decyzję Trypolisu w tej sprawie i stanowczo sprzeciwiała się ingerencji Turcji w jej EEZ. Dzięki temu Ankara zyskałaby pełny i legalny dostęp do operacji poszukiwawczych i wydobywczych ropy oraz gazu we wschodnich wodach Libii, co wzmocniłoby jej roszczenia w sporach delimitacyjnych z Grecją.

Jednocześnie Turcja mogłaby ugruntować swoją pozycję w Libii jako kluczowy mediator oraz siła stabilizująca region i dążąca do zjednoczenia Libii (zgodnie z celem ONZ), legitymizując zarazem swoją obecność militarną. W takiej sytuacji Ankara nie tylko przejęłaby dominującą rolę w kształtowaniu trajektorii konfliktu libijskiego – osłabiając przy tym np. powiązania polityczne Rosji z Haftarem – lecz także umocniłaby swoją pozycję militarną w basenie Morza Śródziemnego przez współpracę z obiema administracjami w Libii. Również GNA postrzega zbliżenie Ankary z Bengazi jako szansę na złagodzenie napięć z LNA i wznowienie dialogu politycznego.

osw.waw.pl


Ambasadorka Ukrainy w USA Ołha Stefaniszyna oceniła, że wtorkowe spotkanie przedstawicieli USA z Władimirem Putinem nie przyniosło dużego postępu.

(...)

Pytana przez PAP o słowa prezydenta Donalda Trumpa, który stwierdził w czwartek, że Putin chce pokoju, lecz dodał, że "do tanga trzeba dwojga", w odpowiedzi przywołała słowa szefa Pentagonu Pete’a Hegsetha z niedawnego wywiadu, w którym stwierdził, że jego wymarzonymi gośćmi na kolacji byliby Trump, Putin i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Stwierdził on, że zaserwowałby steki i frytki oraz rosyjski dressing.

- Pokój z rosyjskim dressingiem to nie jest pokój, jakiego my chcemy - stwierdziła Stefaniszyna.

PAP