piątek, 28 listopada 2025



Analityk we wpisie zatytułowanym "Czarny piątek dla Jermaka" opisał działania Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) jako sygnał, że ukraińska polityka wchodzi w nową fazę przesileń i "ukrytych politycznych konfrontacji", które mogą się jedynie nasilać. Według Szlinczaka "ta sprawa praktycznie zakopała szanse Zełenskiego na reelekcję".

Ekspert zauważył również, że "NABU nie przyjdzie bezpośrednio do Zełenskiego, bo po pierwsze chroni go immunitet prezydencki, a po drugie — jakiekolwiek działania procesowe mają sens tylko wtedy, gdy można je doprowadzić do realnego finału".

(...)

W piątek ukraińskie agencje antykorupcyjne — NABU oraz SAP (Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej) przeprowadziły przeszukanie w mieszkaniu Andrija Jermaka, bliskiego współpracownika Zełenskiego i od lat jego najbliższego doradcy. 54-latek pełni kluczową funkcję w rozmowach z USA, kierując zespołem negocjacyjnym w sprawie porozumienia pokojowego. To również przyjaciel Zełenskiego jeszcze sprzed czasów prezydentury.

Przeszukania przeprowadzono w związku z szeroko zakrojonym śledztwem dotyczącym afery korupcyjnej w sektorze energetyki jądrowej, w której wg. ustaleń NABU, uczestnicy procederu mieli pobierać łapówki na poziomie 10–15 proc. wartości kontraktów.

onet.pl

Siły rosyjskie po raz pierwszy wkroczyły do Pokrowska do 31 lipca, a siły rosyjskie posuwały się w Pokrowsku średnio 0,12 km dziennie od 31 lipca do 26 listopada. Siły rosyjskie nie zajęły Pokrowska —, miasta o powierzchni 11,5 mil kwadratowych —, mimo że działały na terenie miasta przez ponad 118 dni. ISW zaobserwowało jedynie dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie skonsolidowały postęp w 66 procentach Pokrowska według stanu na 26 listopada, co stanowi niski odsetek, biorąc pod uwagę czas i siłę roboczą (elementy co najmniej dwóch połączonych armii zbrojnych), które Rosja poświęciła na kontynuowanie tych wysiłków.

(...)


Maszowiec poinformował 26 listopada, że niepowodzenie sił rosyjskich w szybkim zajęciu Kupiańska i osiągnięciu znacznych zdobyczy w mieście w ciągu ostatnich dwóch tygodni naraża siły rosyjskie w Kupiańsku na ryzyko okrążenia w wyniku ukraińskich kontrataków, ponieważ rosyjska logistyka do Kupiańska jest zależna od co najwyżej 4,3-kilometrowego korytarza, który kontrolują siły rosyjskie w pobliżu Zapadnego, Holubiwki, Radkiwki, i Kindraszywka (cała północ od Kupiańska).

understandingwar.org

środa, 26 listopada 2025



W 2022 roku, kiedy Pekin zareagował histerycznie na wizytę przewodniczącej Izby Reprezentantów USA Nancy Pelosi na Tajwanie, przeprowadzając duże ćwiczenia wojskowe wokół wyspy. Chińskie pociski balistyczne spadły wtedy na południe od Yonaguni w japońskiej wyłącznej strefie ekonomicznej. Dla Tokio to był moment przełomowy. Jak to określił jeden z ekspertów: Japońskie elity przestały zadawać sobie pytanie, czy Japonia ma się zbroić i przygotowywać na konflikt z Chinami, a zaczęły zastanawiać, jak to zrobić?

Yonaguni jest ostatnią wyspą w łańcuchu wysp Ryukyu, do którego należy także archipelag Miyako. Rozciąga się na kilkaset mil od wysp japońskich. W związku z eskalacją dyplomatyczną z Tokio w ostatnich dniach chińskie media państwowe opublikowały artykuły kwestionujące suwerenność Japonii nad wyspami i podkreślające, że kilkaset lat temu królestwo Ryukyu było niezależne od Japonii.

zawielkimmurem.net


Nadchodzi "wielkie wymieranie" sektora motoryzacyjnego w Europie?

News z dziś: Volkswagen odkrywa, że w Chinach jest w stanie zaprojektować samochód o 50% taniej i 3 razy szybciej. Stąd mały krok, by przenieść tam produkcję i R&D, a do Europy eksportować samochody. Inni z resztą już to robią.

Nic dziwnego, bo Chińczycy intensywnie zabiegają by "udomowić" europejskie koncerny i związać je z własną bazą produkcyjną, coraz częściej licencjonują Niemcom własne technologie. I budują przy okazji polityczną zależność nowego typu. A prawdą jest, że chiński ekosystem przemysłowy jest po prostu znacznie szybszy i bardziej elastyczny, innowacyjny, konkurencyjny kosztowo. A - w dodatku do tego wszystkiego - systemowo subsydiowany.

Z resztą to nie tylko niemieckie koncerny samochodowe spoglądają na chińską bazę produkcyjną. Nie dalej jak w lipcu br. widzieliśmy z OSW w Chinach na deskach kreślarskich chińskiego biura projektowego projekt pewnego europejskiego samochodu, wymyślonego tam i opartego na chińskich komponentach. A teraz, tej, jesieni widzę go już na reklamach polskich auto portali z tytułem "Europa udowadnia, że umie robić tanie samochody elektryczne". Dość to zabawnie wygląda. Nie mówię tu już o Tesli, która długo była największym eksporterem elektryków z Chin do Europy, wysyłając do nas dziesiątki tysięcy samochodów z Gigafactory z Szanghaju.

"Wielkie wymieranie" w zasadzie już trwa, tylko odbywa się po cichu. Jeśli wytężyć wzrok, każdego tygodnia w Niemczech upada jakaś mała lub średnia firma z branży motoryzacyjnej, w całym regionie zwolnienia w fabrykach, na placach składowych rosną góry nieodbieranych części. Najsilniej obrywa mały i średni biznes - niemiecki Mittelstand, ale i cały łańcuch dostaw w Europie Środkowej. Koncerny sobie poradzą, o ile zaczną wybierać Chiny jako bazę przemysłową. 

Nastroje w polskiej branży na tym tle bardzo minorowe, słyszałem niedawno od liderów branży, że interesy Polski i Niemiec (a dokładnie - kilku koncernów, które długo kształtowały politykę Berlina) zaczęły fundamentalnie się rozjeżdżać na tym tle.

Europa ociągała się z cłami na Chiny, podczas gdy cały świat stawiał bariery (nie tylko USA, ale i Indie, Turcja, Brazylia...). Trudno teraz by europejski koncern był konkurencyjny, skoro jego rywal z Chin może wysyłać do Europy samochody wytworzone w ultra-konkurencyjnym ekosystemie przemysłowym w Azji. Więc racjonalne - jeśli myślimy głównie o wynikach w przyszłym kwartale... - jest zrobić to samo. Pytanie tylko, czy potrafimy wyobrazić sobie Europę, Niemcy, bez przemysłu motoryzacyjnego.

Żeby nie kończyć kolejnego posta niekonstruktywnie, strasząc tylko Chinami, powiem tyle - idzie wielkie przetasowanie, w którym musimy szukać szans. Jednym ze sposobów, to tzw. "odwrócony Deng Xiaoping" (copyright: @WnukowskiDamian), czyli dopuszczenie Chin do europejskiego rynku w zamian za transfery technologii i formowanie joint-ventures w Europie. Takie z resztą jest dziś myślenie w Komisji Europejskiej, ale i wielu stolicach UE. Polska ma również karty w tej grze. 

Nie mamy swojego samochodowego koncernu, ale stawka jest wysoka, bo polskim poddostawcom, którzy mogą niedługo zostać "osieroceni" przez koncerny migrujące do Chin, trzeba znaleźć nowe przestrzenie do wzrostu i awansu technologicznego. Być może czas postawić Chinom warunek: dostęp do rynku w zamian za technologię i włączenie w łańcuch dostaw. Skoro daliśmy się jako Europa wyrolować Chińczykom, to przynajmniej czegoś się od nich nauczmy.

x.com/J_Jakobowski


28-punktowy plan przyjęty przez Biały Dom Trumpa w celu zakończenia wojny na Ukrainie, rzekomo napisany przez amerykańskich negocjatorów z „uwagą” Kirilla Dmitriewa, szefa rosyjskiego funduszu majątku narodowego i osoby z wewnątrz Kremla, jest w rzeczywistości w swojej istocie przetworzonym rosyjskim dokumentem, który „The Insider” zobaczył kilka miesięcy temu dzięki źródłu zbliżonemu do rosyjskiego rządu.

Jak donoszą portale Axios i Wall Street Journal, 28-punktowy plan USA, silnie zorientowany na Moskwę, wywołał międzynarodowy kryzys w związku z obawami, że administracja Trumpa forsuje prorosyjską agendę, próbując jednocześnie zmusić Ukrainę do kapitulacji. Dokument miał być miesięcznym wspólnym przedsięwzięciem trzech osób: specjalnego wysłannika USA Steve'a Witkoffa, zięcia Trumpa Jareda Kushnera i Dmitriewa.

Wiele kluczowych założeń planu, który wyciekł do amerykańskiej prasy 18 listopada, zostało w rzeczywistości zaczerpniętych z wcześniejszego projektu, opracowanego przez Dmitrijewa niedługo po powrocie Trumpa do Białego Domu pod koniec stycznia 2025 roku. Należą do nich:
  • Faktyczne uznanie przez Stany Zjednoczone okupowanego przez Rosję Krymu, Ługańska i Doniecka (postrzegane jako wycofanie się Rosji z bardziej wiążącego de jure uznania tych terytoriów);
  • Zamrożenie terytoriów wzdłuż obecnej linii kontaktowej w obwodach zaporoskim i chersońskim;
  • Sekwencyjny proces znoszenia sankcji wobec Rosji;
  • Przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej;
  • Trwałe wykluczenie Ukrainy z NATO;
  • Zakaz obecności sił pokojowych Zachodu i NATO na Ukrainie;
  • Schemat, w ramach którego Stany Zjednoczone czerpią zyski z zamrożonych rosyjskich aktywów w posiadaniu Unii Europejskiej, a jednocześnie inwestują w powojennej Ukrainie, a także zaproszenie dla Stanów Zjednoczonych do inwestowania w Rosji.
Najbardziej niesamowite podobieństwo dotyczy ostatniego punktu:

„100 miliardów dolarów zamrożonych rosyjskich aktywów zostanie zainwestowanych w prowadzone przez USA działania na rzecz odbudowy i inwestycji na Ukrainie” – czytamy w 28-punktowym planie. „Stany Zjednoczone otrzymają 50% zysków z tego przedsięwzięcia. Europa dołoży 100 miliardów dolarów, aby zwiększyć kwotę inwestycji dostępnych na odbudowę Ukrainy. Zamrożone fundusze europejskie zostaną odmrożone”.

„Oligarchowie nadal będą mieli szansę na zyski jako inwestorzy na Ukrainie” – wyjaśniło rosyjskie źródło, które pokazało The Insiderowi pierwszą wersję. Innymi słowy, aktywa nie zostaną utracone, a jedynie przekierowane na przyszłe możliwości biznesowe, aby wzbogacić miliarderów i przyjaciół Putina.

Rosyjska koncepcja zawierała również dwa „słodziki”, mające trafić bezpośrednio do nastawionego na transakcje Białego Domu Trumpa. Oba były niezwykłe, ale tylko jeden z nich został powtórzony w planie, który wyciekł do amerykańskich mediów.

Po pierwsze, Stany Zjednoczone miały zainwestować w powojenną gospodarkę Rosji, która – jak się spodziewano – miała „cierpieć na brak gotówki i pilnie potrzebować inwestycji” po całkowitym przestawieniu się na produkcję wojskową po pełnej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Jak wyjaśniło źródło, zapoczątkowałoby to „nową… erę amerykańsko-rosyjskich inwestycji wewnętrznych, podobną do tej z lat 90.”.

Znajduje to odzwierciedlenie w 28-punktowym planie, który brzmi następująco: „Pozostała część zamrożonych rosyjskich funduszy zostanie zainwestowana w oddzielny amerykańsko-rosyjski instrument inwestycyjny, który będzie wdrażał wspólne projekty w określonych obszarach. Fundusz ten będzie miał na celu zacieśnienie relacji i wzmocnienie wspólnych interesów, aby stworzyć silną zachętę do unikania powrotu do konfliktów”.

Drugie ujawnienie w pierwszym planie jest całkowicie nieobecne w planie Witkoff-Kushner-Dmitriev. Źródło Insidera podsumowało to następująco: „Bylibyśmy skłonni wymienić Chiny na USA”, dodając, że rosyjskie elity są „wkurzone rosnącą rolą Chin w gospodarce cywilnej, wykorzystujących luki pozostawione przez exodus zachodnich inwestorów”. Biorąc pod uwagę dobrze znaną rywalizację Trumpa z Pekinem, oferta dotyczyła koalicji przeciwko wschodzącemu azjatyckiemu supermocarstwu, opisanej przez źródło jako „rodzaj nowej koalicji chrześcijańskiej”. Wydawało się to odpowiadać powszechnemu w MAGA zaleceniu porzucenia Ukrainy – że Waszyngton powinien skoncentrować swoje wysiłki militarne i dyplomatyczne na przeciwdziałaniu wzrostowi Pekinu jako globalnego supermocarstwa. Postanowienie to zostało prawdopodobnie usunięte, ponieważ Rosja nie chciała sugerować, że kiedykolwiek zerwie ze swoim najważniejszym strategicznym sojusznikiem.

(...)

Obecny, 28-punktowy plan jest przesiąknięty tym chaosem. „The Journal” doniósł 24 listopada, że ​​Witkoff i Kushner napisali swój pierwszy projekt /w czasie - red./ „lotu powrotnego z Bliskiego Wschodu, w blasku negocjacji w sprawie porozumienia między Izraelem a Hamasem”, a szczegóły dopracowali wspólnie z Dmitriewem, który w październiku udał się do Miami na spotkania z oboma Amerykanami. „Większość” planu została napisana przez Witkoffa i Kushnera, podała gazeta, powołując się na „osobę znającą się na jego tworzeniu”.

Jednak pomimo ewoluującej i sprzecznej narracji na temat tego, jak te ramy pokojowe zostały skonstruowane, „The Insider” może ujawnić, że dokument zawiera specyficzne sformułowania, które pojawiły się niemal dosłownie słowo w słowo we wcześniejszym tekście – sporządzonym wyłącznie przez Dmitriewa niedługo po drugiej inauguracji Trumpa. Celem tego pierwotnego dokumentu, według źródła, które go opisało, było przedstawienie nowemu prezydentowi USA wielkiej umowy, która utwierdzała maksymalistyczne żądania Rosji, często określane przez Kreml jako „podstawowe przyczyny” wojny: mianowicie ponowne rozpatrzenie amerykańskiej architektury bezpieczeństwa dla Europy po zimnej wojnie, która obowiązywała przez ostatnie 34 lata. Opakowanie tej umowy miało odwołać się do dobrze znanych uprzedzeń administracji Trumpa i skłonności do zawierania umów quid pro quo, nawet jeśli to, co jest przedmiotem handlu, nie należy do Rosji ani Stanów Zjednoczonych.

Skłonności te były w pełni widoczne podczas rozmowy telefonicznej z 14 października między Witkoffem a wysoko postawionym rosyjskim dyplomatą Jurijem Uszakowem, której zapis trafił na łamy Bloomberga po południu 25 listopada.

Podczas tej rozmowy, która miała miejsce dwa tygodnie po ogłoszeniu wynegocjowanego przez Trumpa planu pokojowego dla Gazy, Witkoff doradzał Uszakowowi, jakie podejście powinien przyjąć Putin podczas rozmów ze swoim amerykańskim odpowiednikiem.

„Chciałbym zadzwonić i po prostu powtórzyć, że gratulujecie prezydentowi tego osiągnięcia, że ​​je wspieraliście, że je wspieraliście, że szanujecie to, że jest człowiekiem pokoju i po prostu, naprawdę cieszycie się, że to się stało” – powiedział Witkoff, dodając, że nadchodzące dni to idealny moment dla Kremla na przekazanie takiego przesłania. „Zełenski przyjedzie do Białego Domu w piątek [17 października]” – powiedział Witkoff. „Pójdę tam, bo chcą, żebym tam był, ale myślę, że jeśli to możliwe, porozmawiamy z waszym szefem przed tym piątkowym spotkaniem”.

„Oto, co moim zdaniem byłoby niesamowite” – dodał Witkoff. „Może powie prezydentowi Trumpowi: wiesz, Steve i Yuri omawiali bardzo podobny, 20-punktowy plan pokojowy i to mogłoby być coś, co naszym zdaniem mogłoby trochę ruszyć sprawę, jesteśmy otwarci na takie rzeczy”.

16 października, na prośbę Rosji, Trump i Putin odbyli ponad dwugodzinną rozmowę telefoniczną. Spotkanie z jego ukraińskim odpowiednikiem następnego popołudnia miało podobno charakter burzliwy. Tydzień później Trump wysłał Witkoffa do Miami, aby osobiście spotkał się z Dmitrijewem. 29 października, według innego zapisu rozmowy opublikowanego przez Bloomberga , Dmitrijew i Uszakow rozmawiali telefonicznie po rosyjsku i dyskutowali o tym, jak mocno Moskwa powinna forsować swoje żądania w ewentualnej propozycji pokojowej:

Dmitriev: Nie, posłuchaj. Myślę, że ten dokument po prostu zrobimy, tak jakby, w naszym położeniu, a ja po prostu nieformalnie go przekażę, mówiąc, że to wszystko jest nieformalne. I mogą to przedstawić jako swoje. Nie sądzę jednak, żeby przyjęli dokładnie naszą wersję, ale przynajmniej będzie ona jak najbliższa. [(...)]
Uszakow: No właśnie o to chodzi. Mogą nie przyjąć tego do wiadomości i powiedzieć, że to było z nami uzgodnione. Tego się obawiam.
Dmitriev: Nie, nie, nie. Powiem dokładnie tak, jak ty, słowo w słowo.
Uszakow: Mogą to później przekręcić, i tyle. Jest takie ryzyko. Jest. No dobra, nieważne. Zobaczymy.

Podobnie jak niedoświadczony politycznie Wikoff, Dmitriew jest również postrzegany jako intruz w grze dyplomatycznej. Jednak jego rzekome powiązania z rosyjskimi służbami bezpieczeństwa – wraz z powiązaniami jego żony z córką Putina, Kateriną Tichonową – pomagają wyjaśnić jego nagły wzrost znaczenia w Moskwie. „Kiryl nie wykazał się geniuszem, ale był skłonny przypisywać sobie zasługi za pracę innych i wykorzystywać wymienianie nazwisk i kontakty, aby awansować” – powiedział The Insider źródło bliskie Dmitriewowi . „Biorąc pod uwagę jego przeszłość, nie powinien był otrzymać rosyjskiego zezwolenia ani mieć mandatu do negocjacji, ale teraz jest częścią rodziny i robi się wyjątki, tak jak w Białym Domu Trumpa”.

theins.press


Na sesji 21 listopada wycena amerykańskiego koncernu farmaceutycznego Eli Lilly przekroczyła bilion dolarów. To pierwsza na świecie firma farmaceutyczna o tak wysokiej wycenie, przy czym analitycy twierdzą, iż może się ona utrzymać.

Jak stwierdzają analitycy zapytywani przez Bloomberg i Financial Times ta wycena nie jest przypadkiem – inwestorzy „dali firmie premię” za przejęcie sporej części amerykańskiego rynku leków odchodzących i przeciwcukrzycowych od dotychczasowego lidera, duńskiego koncernu Novo Nordisk. Jeszcze 8 lat temu wartość rynkowa Eli Lilly wynosiła około 100 mld dolarów, zaś jej obecny wzrost wynika właśnie z wygranej w konkurencji na rynku leków GLP-1.

Jak przyznał sam prezes Lilly David Ricks w odcinku podcastu „Cheeky Pint”, leki GLP-1 „stanowią prawdopodobnie 80% wartości ekonomicznej firmy”, zaś lek GLP-1/GIP, tirzepatid – sprzedawany jako Zepbound i Mounjaro – przekroczył 10 mld dolarów sprzedaży w III kwartale, jeśli chodzi o ,wskazania do leczenia cukrzycy i kontroli wagi.

Tym samym Eli Lilly dołączyła do firm sztucznej inteligencji, jak Nvidia, oraz dominujących na rynku technologii, takich jak Meta i Apple. Jak do tej pory ten „klub bilionerów” jest niewielki, bo tego typu wyceny zawsze wiążą się z wygórowanymi oczekiwaniami inwestorów. Jak do tej pory Eli Lilly się udaje, w III kw. sprzedaż koncernu przekroczyła prognozy Wall Street o około 1,5 mld dolarów. Tyle że firma w końcu będzie musiała stawić czoła wygaśnięciu patentów i konkurencji leków generycznych, co znaczy, że jej główne leki trafią na tańszą konkurencję. Ricks twierdzi, że mimo tego Eli Lilly będzie konkurować „z firmami, takimi jak Bristol Myers lub Pfizer”.

„To duże firmy, których przychody nie różnią się aż tak bardzo od naszych, a my konkurujemy z nimi w tych innych segmentach rynku. Ich kapitalizacja rynkowa wynosiła 100-200 mld dolarów. My obracamy około 800 mld dolarów. I ta różnica to fenomen GLP-1. Myślę, że Wall Street również uważa, że ​​nasza produktywność w zakresie badań i rozwoju jest wyższa” – dodał Ricks.

Istotnie, Eli Lilly wydaje około 20-25% swoich przychodów na badania i rozwój. Zapytywany przez inwestorów czy to tempo utrzyma się, jeśli roczna sprzedaż przekroczy 120 mld dolarów, stwierdził, że „postarałby się wydać 20% tej kwoty, co byłoby zbliżone do budżetu” rządowych Narodowych Instytutów Zdrowia.

isbiznes.pl


Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla "Rzeczpospolitej", na największe poparcie wciąż może liczyć Koalicja Obywatelska, którą popiera 30,4 proc. (bez zmian w stosunku do października). Drugie miejsce na partyjnym podium zajmuje Prawo i Sprawiedliwość z wynikiem 27,1 proc. (spadek o 0,5 pp.) , a trzecie - Konfederacja, na którą głosować chce 16,1 proc. badanych (wzrost o 1,1 pp.). Gdyby teraz odbywały się wybory parlamentarne, do Sejmu weszłyby jeszcze dwa ugrupowania: Lewica (7,2 proc.) i Konfederacja Korony Polskiej (5,1 proc.).

Reszta partii nie przekroczyła progu wyborczego. Na Partię Razem głosować chce bowiem 3,9 proc. respondentów, na Polskie Stronnictwo Ludowe - 3,2 proc., a na Polskę 2050 - 1,7 proc. osób. 5,2 proc. ankietowanych nie wie, na kogo chciałoby oddać swój głos. Frekwencja wyniosłaby 58 proc. - Utrwalił się pozytywny trend dla Koalicji Obywatelskiej i negatywny dla PiS. Niewielkie wzrosty poparcia dla Konfederacji i Lewicy są w granicach błędu statystycznego - powiedział "Rzeczpospolitej" prezes IBRiS Marcin Duma. Jak dodał, "PiS nie ma premii sondażowej po wygranej swojego kandydata" w wyborach prezydenckich. Sondaż został przeprowadzony w dniach 21-22 listopada. 

gazeta.pl

wtorek, 25 listopada 2025



- W słowniku miejskiego slangu czytamy, że to osoba, która przegrywa życie, nie odnosi sukcesów w żadnej dziedzinie, nie ma pieniędzy, pracy, partnera i spędza swój wolny czas w internecie.

No właśnie – „przegrywa życie” – a to dlatego, że życie stało się dla nas sportem, myślimy o nim, jakby było zawodami. A w sporcie albo się wygrywa, albo przegrywa – nie ma innej opcji. Dotąd jednak prawie nikt nie rozpatrywał swojego życia w kategoriach sportowych – ludzie mieli swoją pracę, rodzinę, pasje i na tym się skupiali.

- Kto nam tę presję – aby nie być „przegrywem” i coś w życiu osiągnąć – nakłada i dlaczego?

Narzucają nam ją trzy dominujące dyskursy współczesności: dyskurs indywidualizmu, neoliberalizmu i coachingu oraz poppsychologii.

- Zacznijmy od pierwszego, czyli indywidualizmu.

To dyskurs, który początkowo odwoływał się do buntu jednostki, którą przeciwstawiał społeczeństwu. Ale potem ten indywidualizm przesiąkł myślą neoliberalną i coachingiem połączonym z poppsychologią.

A mianowicie: dziś każdy ma obowiązek zdiagnozować samego siebie pod kątem optymalizacji i perfekcjonizacji „ja” na rynek pracy. Musi przeanalizować silne i słabe strony i nieustannie się rozwijać, inwestować czas w obszary zdiagnozowane jako ważne. Z tego powodu, za pomocą narzędzi poppsychologicznych czy coachingowych, wciąż grzebiemy we własnym „ja”, żeby je dostosować do neoliberalnych, czyli wolnorynkowych założeń, zgodnie z którymi musimy odnieść indywidualny sukces.

- Ponieważ inaczej będziemy „przegrywami”?

Tak. Dziś mamy przymus myślenia o sobie samych i innych jak o wielkim neoliberalnym wyścigu. I to raczej nie jest wyścig po zwycięstwo, czyli żeby być „wygrywem”, tylko po to, żeby nie być „przegrywem”. Ta stylistyka sportowa sprawia, że stajemy się trenerami – coachami samych siebie: że w „wielkich zawodach życia”, w których bierzemy udział, musimy nieustannie pracować nad sobą, żeby ten zawodnik, czyli „ja”, coś osiągnął.

(...)

- Po co ten wyścig? Po pieniądze? Karierę? Udane życie prywatne?

To nie tylko ucieczka przed byciem „przegrywem”, ale też przed byciem nieszczęśliwym. A zdaniem moich studentów nieszczęśliwi będą ci ludzie, którzy nie odnieśli sukcesu finansowego. Ale uwaga, nie chodzi wcale o jakieś szczególne bogactwa – na początek wystarczy im średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw, żeby móc bez stresu wynająć mieszkanie i pomyśleć o jakimś związku, być może dzieciach.

- Z wiekiem ta presja na osiągnięcia jednak rośnie. Dla 30-, 40-latków przyzwoita pensja to za mało, żeby inni nie uznali ich za przegrywów.

Bo im dalej w tym wyścigu, tym intensywniejsze zabarwienie finansowe. A sukces ma polegać na tym, żeby zapewnić „przyszłość” – bo to jest słowo kluczowe – swoim dzieciom. Czyli kupię jakąś nieruchomość, dzięki czemu dziecko dostanie lepszy start, ponieważ w ten sposób oszczędzę mu jednej z największych bolączek współczesności, jaką jest brak własnego dachu nad głową. Poza własnym mieszkaniem to mogą być też regularne wakacje na Lofotach albo podróże na Arktykę.

- Czyli typowe aspiracje klasy średniej.

Co nie zmienia faktu, że na co dzień takie osoby żyją pod nieustanną presją. Z jednej strony mamy bowiem przymus samorozwoju, ale z drugiej sprzeczny z nim przymus korzystania z życia: „Podróżuj, konsumuj, idź na koncert, uwikłaj się w gorący romans, oglądaj filmy i seriale itp.”. I przeważnie jest tak, że ten, kto spędza czas, „marnując” go, ma potem wyrzuty sumienia, że się nie rozwija. Z kolei jak się cały czas rozwija, nie ma czasu ani na związki, ani na przyjaźń, ani na lenistwo czy odpoczywanie. Dopadają go więc wyrzuty sumienia, że nie korzysta z życia, dlatego kupuje sobie wycieczkę do Afryki, żeby mieć poczucie, że jednak odpoczął.

(...)

(...) czytanie poezji czy choćby zbieranie znaczków.

-Ale przecież to właśnie te z pozoru nieprzydatne czynności często pozwalają nam zachować równowagę psychiczną, nie zatracić siebie w tym wielkim „wyścigu szczurów”.

Wiele zależy od rodzaju pracy. Jeżeli wykonujemy to, co David Graeber, amerykański badacz i antropolog, nazywał pracą z sensem, a więc z misją, jak nauczanie, informowanie, pomaganie, leczenie itp., to mamy dużo satysfakcji z tego, co robimy, i jest nam ogólnie łatwiej funkcjonować. Natomiast praca, którą Graeber nazywa bez sensu, z ang. bullshit jobs, to typowe zajęcia w korporacjach, gdy wypełnia się tabelki w Excelu. Ta praca nikomu nie przynosi pożytku i gdyby jej nie było, to nic by się na świecie nie zmieniło. Jeśli ktoś robi coś, co nie daje mu żadnej satysfakcji, żadnego poczucia sprawstwa, wtedy trudno mu robić karierę na entuzjazmie.

- Przykre.

To jest właśnie ta ironia samorozwoju: człowiek inwestuje w siebie, żeby uczynić swój los lepszym, a potem latami wykonuje pracę bez sensu, od czego z czasem dostaje wypalenia i depresji. Przy czym jeszcze jakiś czas będą go nakręcały zarobki, bo ogólny mechanizm jest taki, że prace z sensem są niskopłatne, a bez sensu wysokopłatne.

- Wysokopłatne, czyli specjalistyczne? Menedżerskie?

Psychologiczną tajemnicą poliszynela jest, że im wyżej w hierarchii korporacyjnej, tym rośnie liczba prawdziwych socjopatów. Takich, co to im ani ręka, ani powieka nie zadrży, jak jednym kliknięciem w tabelce w Excelu zwolnią tysiąc ludzi, bo tego oczekują akcjonariusze. A jakby tego było mało, współczesna praca ma być pracą emocjonalną, dlatego firma wymaga, aby wykonywać ją z zaangażowaniem, w rodzinnej atmosferze i silnych więzach team workowych. Idzie przekaz: „Nie tylko musisz wykonywać swoją pracę, ale jeszcze dokładać entuzjazm, a nawet kochać swoją pracę. Masz inspirować, motywować resztę zespołu i wspólnie tworzyć rodzinną atmosferę”.

- Takie podejście francuska filozofka Sophie Galabru nazywa imperium obowiązkowego szczęścia i fałszywej życzliwości w biurach pełnych zielonych roślin, które mają nas uspokajać. „Za nakazem radości kryje się forma przemocy” – twierdzi Galabru.

W tych działaniach chodzi generalnie o to, żeby utrzymywać ogromną hipokryzję na rynku pracy. Dlatego – obok doniczek z roślinkami i różnych pokojów do odstresowania – pojawiło się stanowisko: Happiness Manager, czyli menedżer od szczęśliwości pracowników, bo przecież praca oznacza szczęście, dynamiczny zespół, dobrą atmosferę, owocowe czwartki. Ale to, niestety, gigantyczna obłuda, którą od kilkudziesięciu lat żywi się kapitalizm. Bo pod spodem jest nic innego jak wyzysk. Jest mobbing nasz powszedni. I miejscami nadal XIX-wieczne stosunki pracy.

(...)

- Co takiego?

Aż 90 proc. społeczeństwa zachodniego to pracownicy najemni, a ja sytuację takiego pracownika nazywam tercialnym niewolnictwem. Bo my na osiem godzin dziennie, czyli jedną trzecią dnia, stajemy się własnością innego człowieka. Tracimy podmiotowość i robimy to, co nam każe. Mamy wykonywać polecenia, być posłuszni. Od dawnego niewolnictwa różni się to tylko tym, że po pierwsze: jest na osiem godzin, a nie na cały dzień, a po drugie: niewolnik może zmienić pana. I to wszystko. A potem przychodzimy do takiej firmy i jesteśmy np. gaslighterami, klakierami, konformistami, „miernymi, ale wiernymi” itp., bo dbamy o to, żeby tę pracę mieć.

W ogóle sytuacja pracy najemnej wraz z powiązaną z nią władzą, tercialnym niewolnictwem itp., jest nierozerwalnie związana z traumą i mobbowaniem. I tu dochodzimy do sedna, że mobbing jest wpisany w logikę pracy kapitalistycznej. Po prostu. Kiedyś społeczeństwo znosiło to łatwiej, ponieważ byliśmy do takiej sytuacji – pozbawienia podmiotowości – przygotowywani przez dwie instytucje.

- Jakie instytucje?

Autorytarną rodzinę i szkołę. Rodzina oczywiście autokratyczna, gdzie dziecko nie miało nic do gadania, miało być grzeczne, posłuszne, pracowite itd. A potem pruski dryl szkolny, który do dzisiaj funkcjonuje. Bo wbrew temu, co się mówi, uczniowie w szkołach muszą posłusznie wykonywać polecenia władzy nauczycielskiej, niezależnie od tego, czy one w ogóle mają sens. Więc byliśmy przygotowywani przez autorytarną rodzinę i pruską szkołę do bycia ślepymi wykonawcami poleceń przełożonych, do tego, żeby mogli nas mobbować. Przekraczać nasze granice. Szczęśliwie dzisiaj ludzie, przez obsesję autodiagnozowania się i wszechobecną poppsychologię, są bardziej wyczuleni na relacje, także w pracy, i mówią „dość”.

- Mimo tego wyczulenia i większej świadomości nadal na rynku pracy panuje ogromna hipokryzja.

Ta hipokryzja jest ubrana we wspomniane owocowe czwartki, rodzinną atmosferę, ale też w networking, który tak naprawdę jest eufemizmem oznaczającym kolesiostwo lub kumoterstwo. Innym przykładem na obłudę w świecie pracy jest tzw. kultura indywidualizmu, za którą kryją się mroczne rzeczy.

- W jakim sensie mroczne?

W takim, że jest ona niczym innym, jak kulturą narcystycznego egoizmu. I to, że dziś te stosunki pracy są takie złe, wynika także i z tego, że ludzie są już kompletnie zatomizowani, każdy myśli tylko o sobie: „To jest moja kariera, moje życie, moja praca”. Tylko ja, ja i ja. Tu już nie ma miejsca na partnerów, na innych ludzi.

forbes.pl


Kreml podwaja fałszywą narrację, że sukcesy Rosji na polu bitwy są tak powszechne, że zwycięstwo Rosji jest nieuniknione. ISW w dalszym ciągu ocenia, że zwycięstwo Rosji nie jest nieuniknione i że realia “na ziemi” pokazują, że Rosja napotyka wiele przeszkód na swojej drodze do zajęcia reszty obwodu donieckiego. ISW ocenia, że rosyjskie tempo natarcia nasiliło się od szczytu na Alasce, a siły rosyjskie posuwały się średnio o 9,3 km2 dziennie między 15 sierpnia a 20 listopada. Zwłaszcza rosyjskie zyski nadal ograniczały się do tempa, nawet w okresie szybszych postępów. Siły rosyjskie sfinalizowałyby zajęcie pozostałej części obwodu donieckiego dopiero w sierpniu 2027 r. przy takim tempie natarcia, zakładając, że siły rosyjskie będą w stanie utrzymać obecne szybsze tempo natarcia, ukraińska obrona pozostanie silna, a zachodnie zaopatrzenie Ukrainy w broń pozostanie spójne. Prezydent Rosji Władimir Putin próbuje nakłonić Ukrainę do przekazania tego terytorium, aby zaoszczędzić Rosji znaczną ilość czasu, wysiłku, siły roboczej i zasobów, które mogłaby wykorzystać gdzie indziej na Ukrainie podczas ponownej agresji.

(...)

Siły ukraińskie w dalszym ciągu kontratakują i utrzymują ograniczoną obecność w Pokrowsku i jego okolicach. Ukraiński 7. Korpus Szybkiego Reagowania Sił Powietrzno-Szturmowych poinformował 23 listopada, że w centrum Pokrowska trwają walki i że siły ukraińskie uniemożliwiają siłom rosyjskim zgromadzenie wystarczającej liczby sił, aby przedostać się do północnej części miasta. 7. Korpus zauważył, że siły rosyjskie ponoszą ciężkie straty podczas prób przedostania się koleją doniecką do północnego Pokrowska. 

(...)

ISW w dalszym ciągu ocenia, że siły rosyjskie najprawdopodobniej zakończą zajęcie Pokrowska i Myrnohradu, chociaż termin i skutki operacyjne tych konfiskat pozostają obecnie niejasne. Rosja prawdopodobnie spróbuje wykorzystać ostateczne zajęcie Pokrowska dla uzyskania efektu informacyjnego, aby przekazać fałszywą narrację Kremla, że zwycięstwo Rosji na polu bitwy jest nieuniknione. Zwycięstwo Rosji na polu bitwy nie jest jednak nieuniknione, a zwłaszcza siłom rosyjskim zajęło 21 miesięcy posunięcie się na odległość około 40 kilometrów i rozpoczęcie okrążania kieszeni Pokrowsk-Myrnohrad. Kampania mająca na celu zajęcie pozostałej części obwodu donieckiego, w tym znacznie większego i bardziej zaludnionego Pasa Twierdz, zajęłaby kilka lat żmudnych bitew, a siły rosyjskie nie wykazały zdolności do szybkiego okrążania, penetracji lub w inny sposób zajmowania miast wielkości tych w Pasie Twierdz od 2022 roku.

understandingwar.org


Rosjanie kontynuują natarcie w obwodzie zaporoskim, dążąc do zamknięcia Hulajpola w okrążeniu operacyjnym. Udało im się przejąć kontrolę nad miejscowością Zatyszszia, ok. 2,5 km od północnych przedmieść miasta. W ostatnich dniach obronę utrudnia odcięcie przez wojska agresora jednego z kluczowych szlaków logistycznych prowadzących do Hulajpola od położonego na północ Pokrowśkego. W tym celu najeźdźcy zbliżyli się do leżących na tej trasie Radisnego i Danyliwki, a według niektórych doniesień już je okupują. Starają się w ten sposób zsynchronizować ofensywę w kierunku Hulajpola z natarciem na Pokrowśke w obwodzie dniepropetrowskim.

Na południe od Zaporoża siły rosyjskie nacierają na Prymorśke. Przemieszczając się małymi grupami, próbują wykorzystać sprzyjające warunki terenowe wzdłuż wyschłego Zbiornika Kachowskiego oraz obszary zabudowy letniskowej na wschód od niego. Starają się ominąć Stepnohirśk od zachodu i przebić do położonej na północ Hryhoriwki.

Sytuacja w Pokrowsku niezmiennie pozostaje trudna. Obrońcy utrzymują przyczółki w północnej części miasta, próbując blokować przekroczenie przez wrogie wojska biegnącej tam linii kolejowej i uniemożliwić całkowite zamknięcie Myrnohradu w okrążeniu. Ukraińcy mieli wycofać się z południowej części miasta, zaś walki mają toczyć się o miejscowości Switłe i Riwne pomiędzy Pokrowskiem a Myrnohradem. Ofensywę najeźdźców ograniczają wciąż trwające walki o Krasnyj Łyman na północ od aglomeracji. Agresor uzyskał jednak postępy na północny zachód od Pokrowska, w okolicach wsi Hryszyne.

Wbrew oświadczeniom Moskwy Rosjanom nadal nie udało się przejąć całkowitej kontroli nad Kupiańskiem. W rzeczywistości walki wciąż toczą się w południowo-wschodnich obszarach tej miejscowości oraz w rejonie Kuryliwki na wschód od Kupianśka-Wuzłowego, gdzie najeźdźcy starają się zdobyć przyczółki w celu otoczenia Kupiańska od południa.

(...)

Ogółem według szacunków Sił Powietrznych Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) pomiędzy 19 a 25 listopada wojska wroga przeprowadziły ataki powietrzne z użyciem 1577 statków bezzałogowych (z których 905 stanowiły „szahedy”), 40 pocisków manewrujących Ch-101, czterech rakiet Ch-47M2 Kindżał, 15 pocisków manewrujących Kalibr, czterech rakiet balistycznych Iskander-M i siedmiu rakiet manewrujących Iskander-K. Wszystkie zasoby napadu rakietowego i prawie jedną trzecią bezzałogowców wykorzystano w nocy z 19 na 20 listopada (użyto 476 dronów) i z 24 na 25 listopada (464). W sumie ukraińska obrona powietrzna miała unieszkodliwić 1364 drony szturmowe, jeden pocisk Kindżał, pięć rakiet Iskander-K, 12 rakiet Kalibr, trzy rakiety Iskander-M oraz 34 pociski Ch-101.

(...)

22 listopada biuro prasowe Sił Operacji Specjalnych przekazało, że podczas ataku dronowego na Rosję ukraińskie siły zbrojne po raz pierwszy zestrzeliły wrogi śmigłowiec za pomocą bezzałogowca dalekiego zasięgu. Trafiony miał zostać helikopter Mi-8 w pobliżu miejscowości Kutiejnikowo w obwodzie rostowskim.

Ministerstwo Obrony Ukrainy podało w komunikacie z 24 listopada, że 100 tys. dronów FPV zostało dostarczonych armii za pośrednictwem ukraińskiej platformy DOT-Chain Defence, z czego prawie jedna trzecia to bezzałogowce sterowane kablem światłowodowym. DOT-Chain Defence to uruchomiona w czerwcu br. specjalna platforma cyfrowa, za pośrednictwem której brygady walczące na kluczowych odcinkach mogą bezpośrednio składać zlecenia na drony FPV wybranych dostawców. Podkreślono, że użycie platformy pozwoliło znacznie zredukować biurokrację, umożliwiając szybką i sprawną dostawę sprzętu na front. Zaletą programu ma być dostarczanie konkretnych modeli do jednostek, które same wybierają typ dronów FPV potrzebny do ich działań. Na platformie dowódcy formacji mają do wyboru ponad 180 modeli bezzałogowców FPV dostarczanych przez 40 firm. Według szacunków resortu średni czas dostawy dronów za pomocą usługi DOT-Chain wynosi 7 dni, a za płatności, podpisanie umowy i logistykę odpowiada Agencja Zamówień Obronnych Ministerstwa Obrony Ukrainy (MOU).

(...)

Rośnie liczba ukraińskich żołnierzy, którzy po samowolnym opuszczeniu jednostki deklarują powrót do służby. Andrij Illenko – oficer brygady Gwardii Narodowej „Rubiż” – przypomniał 21 listopada, że Rada Najwyższa pod koniec sierpnia br. de facto wprowadziła amnestię za taki czyn, lecz każdorazowo wymaga ona pozytywnej decyzji sądu. Rozwiązaniem usprawniającym proces byłoby przyjmowanie powracających żołnierzy przez dane jednostki wojskowe bez procedury sądowej. Nasilający się problem porzucania służby czy dezercji wynika z chaotycznych lub nielogicznych rozkazów generujących duże straty osobowe, konfliktów osobistych z dowódcami oraz z ignorowania wniosków o przeniesienie. Tylko w październiku br. jednostki wojskowe opuściło samowolnie ponad 20 tys. żołnierzy.

19 listopada ukraiński Koordynacyjny Sztab ds. jeńców wojennych podał, że od lutego 2022 do lipca 2025 r. Rosja przymusowo zmobilizowała 46 327 obywateli Ukrainy z terytoriów okupowanych, w tym ponad 35 tys. na samym Krymie.

Ukraiński wywiad wojskowy zidentyfikował ponad 18 tys. cudzoziemców ze 128 krajów, którzy walczą lub walczyli w ramach Sił Zbrojnych FR przeciwko Ukrainie. W trakcie działań wojennych zginęło co najmniej 3388 zagranicznych najemników. Obecnie Ukraina przetrzymuje w niewoli jeńców z 37 państw, którzy walczyli w armii agresora – Rosja nie zabiega o ich wymianę, z wyjątkiem obywateli Korei Północnej.

osw.waw.pl


Ukraińskie wysiłki mające na celu zablokowanie rosyjskich naziemnych linii komunikacyjnych (GLOC) dronami oraz chaotyczny charakter rosyjskiej taktyki infiltracji prawdopodobnie w dalszym ciągu utrudniają rosyjskie wysiłki na rzecz zgromadzenia wojsk niezbędnych do dokończenia zajęcia Pokrowska. Ukraińskie źródło wojskowe odnotowało 24 listopada, że skuteczny ukraińska blokada rosyjskich GLOC przez drony ograniczyła logistykę do 90 procent rosyjskich grup szturmowych w Pokrowsku, spowalniając tempo rosyjskiego natarcia w mieście. Ukraińskie źródło wojskowe dodało, że siły rosyjskie w Pokrowsku, których jest ponad 500, są stosunkowo nieskoordynowane i czasami dopuszczają się wzajemnych incydentów ogniowych. Ukraińskie źródło wojskowe podało jednak, że siły rosyjskie nadal mają szeroką kontrolę ognia w Pokrowsku i używają dronów do znacznego blokowania ukraińskich GLOC. Ukraiński dziennikarz zauważył, że siły rosyjskie w dalszym ciągu wykorzystują złe warunki pogodowe do gromadzenia sił i ponownego wpływania na obszary wcześniej oczyszczone przez siły ukraińskie, co prowadzi do ciągłych walk w mieście. ISW w dalszym ciągu ocenia, że sezonowe mgliste i deszczowe warunki pogodowe utrudniają operacje ukraińskich dronów na wschodniej Ukrainie, umożliwiając siłom rosyjskim prowadzenie operacji naziemnych do i w Pokrowsku przy mniejszych zagrożeniach ze strony ukraińskiego rozpoznania i ataków dronów.

Siły rosyjskie w dalszym ciągu wykorzystują swój nowy szablon ofensywy, który w dużej mierze opiera się na wysiłkach związanych z przechwytywaniem powietrza na polu bitwy (BAI) i taktyce infiltracji, aby posuwać się w kierunku Hulyaipole.

(...)

Siły rosyjskie wykorzystują długotrwałe kampanie BAI do degradacji ukraińskiej obrony i logistyki opartej na dronach; misje infiltracyjne mające na celu identyfikację, pogorszenie, i wykorzystywać słabe punkty ukraińskiej obrony; oraz masowe ataki małych grup, aby poczynić szybkie postępy i zmusić siły ukraińskie do wycofania się.[.32] Doniesienia o ograniczonych rosyjskich infiltracjach do Hulajpola są zgodne z nowym projektem kampanii.

understandingwar.org