wtorek, 25 listopada 2025



"Mam nadzieję, że w tej sali nie ma już osób, które wciąż liczą na jakiś cud, białego łabędzia, który przyniesie Ukrainie pokój, granice z 1991 czy 2022 roku, po czym nastąpi wielkie szczęście. Dopóki przeciwnik ma zasoby, by atakować nasze terytorium i próbować ofensywnych działań, dopóty będzie to robił".

Takimi słowami zwrócił się pod koniec maja br. do uczestników kijowskiego forum gen. Wałerij Załużny, były głównodowodzący ukraińską armią, a obecnie ambasador Ukrainy w Wielkiej Brytanii.

Ukraińska opinia publiczna doświadczała w tym roku huśtawki nastrojów. Od zawyżonych oczekiwań, że Donald Trump szybko zakończy wojnę z Rosją. Przez wściekłość, gdy tenże sam Trump bezpardonowo obszedł się z Wołodymyrem Zełenskim w Gabinecie Owalnym. Po na nowo rozbudzone nadzieje wskutek pojednawczej wizyty europejskich liderów w Waszyngtonie i górnolotnych zapewnień o "koalicji chętnych".

Ukraińskie władze naprawdę liczyły, że Trumpowi uda się zmusić Putina do zawieszenia broni. Politycy w Kijowie co miesiąc przerzucali się datami potencjalnych wyborów. Tymczasem Załużny wylewał kubeł wody na gorące ukraińskie głowy. Nie było great, ale też not terrible.

Pół roku później Ukraina wchodzi w najtrudniejszy okres, odkąd toczy otwartą wojnę z Rosją.

Niedawna afera korupcyjna uderzyła w najbliższe otoczenie prezydenta Zełenskiego i zachwiała stabilnością obozu władzy. Parlament jest coraz bardziej sparaliżowany ze względu na fragmentację (od dawna istniejącej już tylko na papierze) proprezydenckiej większości. Społeczne zaufanie do władz spada. A to dopiero początek. Nagrań pogrążających ekipę władzy jest znacznie więcej. Jest tylko kwestią czasu, kiedy pojawią się w mediach.

Sytuacja na froncie pozostaje trudna. Siły rosyjskie posiadają inicjatywę i posuwają się do przodu, chociaż oczywiście odbywa się to ogromnym kosztem. Działania ukraińskiego dowództwa wojskowego budzą coraz większe wątpliwości. Armia mierzy się z falą dezercji. Z kolei mobilizacja nie cieszy się zbytnim poparciem społecznym.

By kontynuować obronę przed Rosją, Ukraina potrzebuje kilkudziesięciu miliardów dolarów wsparcia finansowego rocznie od partnerów zagranicznych. Bez niego ukraiński budżet może świecić pustkami już wiosną 2026 roku. Afera korupcyjna pojawiła się w samym środku europejskiej dyskusji o konfiskacie rosyjskich aktywów i nie pomaga tej sprawie.

Na dodatek ukraiński system energetyczny znacząco ucierpiał wskutek rosyjskich ataków rakietowych. Mieszkańcom Ukrainy grożą tej zimy nie tylko braki prądu, ale również wody i ogrzewania. Rosja po raz kolejny próbuje złamać wolę walki narodu ukraińskiego.

Nie ma wątpliwości, że zarówno w Moskwie, jak i Waszyngtonie uznano ten moment za dogodny do nacisków na Ukrainę. Kombinacja kryzysów zawęża prezydentowi Zełenskiemu i tak już wąskie pole manewru.

Zasadniczo Ukraina ma dziś przed sobą dwa scenariusze. Ten pierwszy, optymalny, to umiejętnie zagrać na czas, ustabilizować chaos polityczny w kraju, sytuację na froncie i faktycznie doprowadzić do impasu. Ten drugi, alternatywny, to oczywiście próbować dogadać się z Rosją, wychodząc naprzeciw jej maksymalistycznym żądaniom. Co, rzecz jasna, jest o tyle problematyczne (lub o tyle prostsze, jak kto woli), że Rosja wcale nie chce się z Ukrainą dogadać, tylko ją ubezwłasnowolnić.

Wybór jest tym mniejszy, że scenariusz pośredni to iluzja. Takim sposobem jak dotychczas Ukraina nie może walczyć w nieskończoność. Wojna na wycieńczenie z Rosją to wojna prowadzona na rosyjskich warunkach, która wiedzie Ukrainę donikąd. To nic, że Rosja też się wykrwawia. W momencie kulminacyjnym Rosja może zawsze odciąć kupon i wybrać opcję zawieszenia broni. Natomiast Ukraina w momencie kulminacyjnym ryzykuje utratę swojej państwowości. By przetrwać, Ukraina musi zmienić na swoją korzyść zasady gry. To w tym właśnie kontekście Załużny proponuje rewolucję technologiczną. Ta jednak wymaga od Ukrainy czasu, jeszcze większej pomocy ze strony partnerów, a przede wszystkim poprawy szeregu własnych niedociągnięć.

Gra na czas jest warta świeczki. Wraz z nadejściem wiosny kryzys energetyczny przestanie być tak odczuwalny jak obecnie. Z czasem kryzys polityczny będzie można opanować. Partnerzy będą kontynuować wsparcie, nawet jeśli nie zawsze do końca wiadomo, w jakim zakresie. Wszystko to powinno, chociaż w niewielkim stopniu zmniejszyć nierównowagę sił na korzyść Ukrainy i wzmocnić jej pozycję negocjacyjną.

Ale jak każda gra, ta też obarczona jest ryzykiem. Bo co, jeśli nierównowaga wcale się nie zmniejszy? Partnerzy zawiodą. Kryzysów jednak nie da się opanować. A Rosja ani drgnie.

(...)

Trzeba jednak mieć świadomość, że odkąd administracja Trumpa zainicjowała swoją wahadłową dyplomację między Kijowem i Moskwą, ukraińskie władze wykazywały niezwykle elastyczne podejście do negocjacji. Nawet w odniesieniu do kwestii, które uważano za absolutne czerwone linie, jak liczebność sił zbrojnych, status terytoriów okupowanych czy członkostwo w NATO. W ostatnich dniach zaskakujące było w zasadzie nie to, że Rosjanie zrobili przeciek swojego planu do mediów, ale to, że częściowo zdecydowali się uwzględnić w nim ukraińskie stanowisko. Co bynajmniej wcale nie zmienia ogólnej oceny tej propozycji jako wciąż nie do przyjęcia.

Rzecz jasna, Ukraina nie może kategorycznie odrzucić rosyjskiego planu, by znów nie narazić na szwank stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, bez których wsparcia (nawet jeśli ktoś inny musi za nie płacić) kontynuować tę wojnę byłoby jej już naprawdę trudno. Aczkolwiek nie odrzuca go też dlatego, że rzeczywiście negocjować chce. Być może po to, by po prostu wciąż grać z Rosją w grę "kto pierwszy powie Trumpowi NIE" (Zełenski zbyt późno zrozumiał zasady tej gry i dlatego przegrał w Gabinecie Owalnym). W ten sposób zyskiwać czas i szukać dodatkowych możliwości zwiększenia presji na Rosję. Ale być może po to, by szukać nadarzającej się możliwości złapania, choć na chwilę, oddechu.

Przyjęcie przez społeczność międzynarodową podejścia do pomocy Ukrainie "tak długo, jak trzeba" oznacza bowiem, że to sama Ukraina wybierze, jaki jest jej próg bólu. Perspektywa kolejnych lat nocowania w schronach pod gradem rosyjskich rakiet bynajmniej nie cieszy się w Ukrainie powszechną aprobatą. Błędem jest przyjmowanie a prori założenia, że Ukraina na pewno się nie ugnie. W wielu poważnych, ukraińskich opracowaniach analitycznych scenariusz wymuszonego na Ukrainie kompromisu jest właśnie scenariuszem bazowym.

Wojen nie wygrywa się moralnym oburzeniem – trzeba pieniędzy, broni, większej presji na Rosję. Państwa europejskie miały wystarczająco czasu, by skonfiskować rosyjskie aktywa. By dozbroić Ukrainę w rakiety dalekiego zasięgu. By dokręcić Rosji dopływ pieniędzy, biorąc na cel ‘flotę cieni’. Ukraina mogła być dziś w zupełnie innej sytuacji, ale nie jest. Europejscy liderzy nie wypracowali nawet wspólnej wizji zwycięstwa w Ukrainie.

Trudno znaleźć w Ukrainie kogoś, kto miałby wątpliwości, że każde potencjalne zawieszenie broni będzie kruche i obarczone ryzykiem zerwania. Dlatego faktycznie stawką toczących się negocjacji jest nie tyle trwałe uregulowanie stosunków ukraińsko-rosyjskich, co wywalczenie jak najlepszej pozycji wyjściowej do kolejnej odsłony tej wojny w przyszłości. Stąd ukraińskie dążenia do zachowania pod kontrolą mocno ufortyfikowanego Donbasu czy instytucjonalizacji wsparcia od partnerów zagranicznych. Bo wojna któregoś dnia się skończy, ale konflikt pozostanie. Rosyjska elita po prostu nie akceptuje istnienia samodzielnego państwa ukraińskiego.

Tylko że Rosja wcale nie musi mieć siły do tego, by Ukrainę sobie podporządkować. Jak wskazuje Andrij Zahorodniuk, w latach 2019-2020 minister obrony w ekipie Zełenskiego – czyniąc wojnę dla Rosji bezcelową z operacyjnego punktu widzenia, Ukraina może przetrwać, dostosować się i osiągnąć sukces, bez względu na to, jak długo ta wojna potrwa. Oto teoria zwycięstwa dla państwa w stanie permanentnego konfliktu. Zwycięstwem Ukrainy w tej wojnie jest utrzymanie silnej, bezpiecznej i niezależnej (od Rosji), nawet jeśli tymczasowo okrojonej państwowości ukraińskiej. Z tego punktu widzenia rosyjska kampania przeciw Ukrainie jest jak dotąd strategiczną porażką.

wp.pl


Jednak nie tylko przekonanie Cenckiewicza o wyjątkowej pozycji przy boku głowy państwa jest, jak słyszymy, źródłem konfliktów. Problemem są też promocje na pierwszy stopień oficerski w służbach i związana z tym awantura. Nasi rozmówcy uważają, że to pod wpływem Cenckiewicza Nawrocki postanowił wziąć kadetów na zakładników i nie podpisać im promocji, dopóki szefowie służb nie złożą mu wizyty. W jakim właściwie celu mieliby to zrobić, nie jest do końca jasne, bo o ile zgodnie z konstytucją prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, to służby specjalne podlegają wyłącznie premierowi. Nawet w PiS jest przekonanie, że używanie młodych, przyszłych oficerów w rozgrywce "ze starymi" było co najmniej niefortunne i zamiast przynieść korzyści, przynosi same straty.

— Co mam pani powiedzieć? Oczywiście, że słychać głosy, że to obsesje Cenckiewicza podyktowały takie rozegranie tej sprawy i że można to było zupełnie inaczej załatwić, bo teraz nie ma już dobrego wyjścia. Jak szefowie służb nie przyjdą do pałacu, to co się stanie? Przez następne dwa lata nikt nie dostanie promocji na pierwszy stopień oficerski? Nie będzie służb? Nie będzie nowych powołań? Jak to rozegramy? — głośno zastanawiają się nasi rozmówcy.

Cenckiewicz jest w konflikcie z szefami Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. Jarosławem Stróżykiem i płk. Krzysztofem Duszą. Oczywiście, chodzi między innymi o cofnięcie obecnemu szefowi BBN certyfikatu dostępu do informacji niejawnych (sprawa wciąż jest w sądzie, na razie sąd I instancji uznał, że Cenckiewicz powinien odzyskać certyfikat).

Cenckiewicz nigdy nie ukrywał wyjątkowo negatywnego stosunku do obu dowódców. Zanim został szefem BBN, na portalu X pisał o zdradzie, "chlaniu z kacapami" i niskim poziomie intelektualnym. Wszystko w niezwykle emocjonalnych wpisach. Post "Stróżyk z Duszą to zagrożenie!" należy do wyjątkowo wyważonych i merytorycznych.

Tajemnicą nie jest również to, że BBN całymi tygodniami przetrzymuje wysłane z SKW awanse, ale ostatnio do pałacu dotarła informacja, która sprawiła, że konkurenci Cenckiewicza zaczęli trochę inaczej patrzeć na jego konflikt z SKW.

Otóż parę dni temu doszło do spotkania wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza z nowym amerykańskim ambasadorem Thomasem Rose'em. Do rozmowy doszło w siedzibie Służby Kontrwywiadu Wojskowego w towarzystwie gen. Stróżyka i płk. Duszy. "Ma to szczególne znaczenie, ponieważ w siedzibie SKW wraz z gen. Jarosławem Stróżykiem mogliśmy zobaczyć drony, które we wrześniu zagroziły bezpieczeństwu naszego kraju" — napisał Kosiniak-Kamysz w serwisie X.

Dla ludzi prezydenta to był wyraźny sygnał, że problem, jaki szef BBN ma z szefami SKW, to jego osobista sprawa. Amerykanie są naszym największym sojusznikiem, jak największym sojusznikiem Karola Nawrockiego jest Donald Trump, a jeśli Amerykanie pozwalają swojemu ambasadorowi spotkać się z wicepremierem i szefami SKW w siedzibie SKW, to znaczy, że uważają to spotkanie za bezpieczne i przynajmniej część zarzutów Cenckiewicza wynika z pobudek osobistych. Alternatywą byłoby uznanie, że amerykańskie służby puściły swoich dyplomatów na żywioł, czego jednak nikt w Pałacu Prezydenckim nikt uznać nie zamierza. To w otoczeniu prezydent wywołało niepokój i przekonanie, że osobiste, często emocjonalne, rozgrywki skończą się kłopotami nie dla szefa BBN, a dla samego prezydenta.

onet.pl

poniedziałek, 24 listopada 2025



Wiceminister spraw zagranicznych Ukrainy Serhij Kysłycia, obecny na sali jako członek ukraińskiej delegacji podczas ważnych rozmów w Genewie, stwierdził, że spotkanie było „napięte”, ale „produktywne”, czego efektem był starannie zrewidowany projekt dokumentu, który wzbudził „pozytywne” odczucia po obu stronach. Według niego po kilku godzinach żmudnych negocjacji, które omal nie zakończyły się fiaskiem jeszcze przed ich rozpoczęciem, przedstawiciele USA i Ukrainy osiągnęli porozumienie w szeregu kwestii, ale „odrzucili” najbardziej sporne kwestie, w tym kwestie terytorialne i relacje między NATO, Rosją i USA, które zostały pozostawione do rozstrzygnięcia Donaldowi Trumpowi i Wołodymyrowi Zełenskiemu.

Ukraińcy mieli oświadczyć, że „nie są upoważnieni” do podejmowania decyzji w kwestiach terytorialnych, a w szczególności w sprawie cesji ziem, jak przewidziano w pierwotnym projekcie planu, który zgodnie z konstytucją ich kraju wymagałby referendum ogólnokrajowego. Jak powiedział Kysłycia, nowy projekt jedynie w niewielkim stopniu przypomina wcześniejszą wersję propozycji pokojowej, która wywołała oburzenie w Kijowie. 

– Z pierwotnej wersji pozostało bardzo niewiele. Opracowaliśmy solidny zestaw założeń i kilka punktów, w których możemy pójść na kompromis. Reszta będzie wymagała decyzji kierownictwa – stwierdził.

Co ważne, projekty planu przekazane szefom delegacji USA i Ukrainy były jedynymi dokumentami, które opuściły salę negocjacyjną. Kysłycia poinformował, że wszystkie pozostałe egzemplarze zostały zwrócone po zakończeniu spotkania. Zauważy też, że Amerykanie byli uważni, starali się wysłuchać punktu widzenia Ukraińców i byli otwarci na sugestie. Stwierdził też, że “prawie wszystkie” propozycje Ukraińców zostały uwzględnione.

W materiale zwrócono uwagę, że chociaż negocjacje zakończyły się pozytywnie, początkowo sytuacja była “bardzo napięta”.  Amerykanie przybyli na spotkanie sfrustrowani przeciekami medialnymi, które pojawiły się kilka dni wcześniej, oraz publiczną debatą na temat genezy pierwszego projektu propozycji.

Według informatorów FT potrzeba było prawie dwugodzinnej rozmowy między Andrijem Jermakiem - szefem gabinetu Zełenskiego a sekretarzem stanu USA Markiem Rubio, zanim napięcie zostało złagodzone i sytuacja wróciła do normy.

(...)

Według amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) rosyjska opinia publiczna jest ukształtowana przez prowojenną propagandę, a rosyjscy urzędnicy i ultranacjonaliści w internecie w ostatnich dniach odrzucają wszelkie plany pokojowe, w tym 28-punktowy plan pierwotnie zaproponowany przez Stany Zjednoczone, wskazując jednocześnie na cele maksymalistyczne. Analitycy przytoczyli wypowiedź wiceministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Riabkowa, który 22 listopada stwierdził, że Kreml nie może wycofać się z żądań Władimira Putina.

belsat.eu


Przed wojną ocenia się, że zapasy strategiczne Rosji wynosiły około 2620 czołgów T-72 Ural/Ural-1, T-72A, T-72B i T-72B1. Dziś te zapasy to ponad 600 wozów rodziny T-72, przynajmniej jeśli chodzi o pojazdy przechowywane na placach, które są widoczne na zdjęciach satelitarnych i mogą być z grubsza policzone. Nie wiadomo, ile pojazdów znajdowało lub znajduje się w garażach lub hangarach. Ogólnie w zapasach pozostało 40% czołgów T-72 Ural/T-72A i 13% czołgów T-72B.

Do zakładów UralWagonZawod trafiło już około 482 czołgów T-72 Ural/Ural-1 i T-72A, które widoczne są na zdjęciach satelitarnych na terenie zakładów. Więcej wozów znajduje się zapewne wewnątrz budynków. Działania te są szerszym planem mającym na celu odbudowę i rozbudowę wojsk pancernych i zmechanizowanych Federacji Rosyjskiej. Zakłady UralWagonZawod zajmują się zarówno remontami, modernizacją starszych maszyn, jak również produkcją nowych czołgów od podstaw.

Obecnie produkowane są wozy T-90M Proryw-3, trwają prace nad nowym wariantem T-90M2 Rywok-1. Remontowane i modernizowane są czołgi T-72B i T-72B1 do standardu T-72B3, czołgi T-90 i T-90A modernizowane są do standardu T-90M. Niewykluczone, że część T-90, T-90A, T-72B, T-72B1 i T-72B3 zostanie zmodernizowanych i przebudowanych do standardu T-90M2. W latach 2027-2029 Rosjanie planują wyprodukować 765 nowych czołgów oraz wyremontować i zmodernizować 353 starsze czołgi. Są to liczby, których nie można bagatelizować!

defence24.pl


Warto mieć świadomość w jakim kontekście wewnątrzamerykańskim powstał ostatni plan zakończenia wojny na Ukrainie. My take 👇

1) W Białym Domu istnieją frakcje o odmiennym nastawieniu co do zakończenia tej wojny, walczące o wpływy, uwagę Trumpa i swoje interesy. Wygląda na to, że ostatni sprzedawany przez Witkoffa i Vance’a plan zakończenia wojny nie był szerzej konsultowany w Białym Domu (WH), a Rubio został poinformowany na późnym etapie. 

👉 Witkoff (wysłannik prezydenta ds. Bliskiego Wschodu), który został chwilowo odsunięty po nieudanym szczycie w Anchorage z Putinem, jest jego spiritus movens. Jest jasno zainteresowany zakończeniem wojny i biznesowymi dealami z Rosjanami, którzy w niego mocno inwestują i zapewne wiele mu już obiecali.

👉 Rubio (nie tylko sekretarz stanu, ale i szef Narodowej Rady Bezpieczeństwa, przez to obecny stale w WH) dużo bardziej rozumie Rosję i odsunął kolejny szczyt Trump-Putin w Budapeszcie. Jego rola ostatnio wzrosła i ewidentnie chciał przejąć i kształtować ten kierunek polityki, jednocześnie będąc odpowiedzialny za politykę wobec Ameryki Płd. i obecną presję na Wenezuelę.

👉 Vance, wiceprezydent, który ma poglądy bardziej izolacjonistyczne, do tej pory nie był zbyt aktywny w negocjacjach. Wejście we współpracę z Witkoffem nie tylko odzwierciedla jego poglądy, ale daje mu możliwość wzmocnienia swojej pozycji w WH. To jego człowiek - sekretarz armii Driscoll - przywiózł do Kijowa plan zakończenia wojny, i to Vance rozmawiał z Zelenskim przed jego piątkowym orędziem.

Co z Trumpem? - ten chce jak najszybszego zakończenia wojny, chce odwrócić uwagę od problemów wewnętrznych (afera Epsteina, konsekwencje shutdownu, wygrana demokratów w wyborach stanowych), ale jest podatny na wpływ ze strony współpracowników, ale też Europy. Jego ostatnie wypowiedzi wskazują na to, że według niego „plan” jest negocjowalny. 

2) Oprócz różnych frakcji w WH w szerszej administracji Trumpa nie ma obecnie żadnego procesu koordynacji działań poszczególnych departamentów, bo nie ma też jednej polityki Waszyngtonu, a formalne procesy koordynacji działań nie istnieją. Mamy Pentagon, który dopiero co zaakceptował pakiet modernizacji systemów Patriot na Ukrainie, czy Departament Skarbu, który wdraża październikowe sankcje na Łukoil. 

Poza tym wszystkim mamy jeszcze Europę, która do tej pory jednak wpływała na działania Trumpa w miarę efektywnie. Zobaczymy jak pójdzie teraz, tym razem nie tylko przeciwko reprezentującemu rosyjskie interesy Witkofowi, ale przede wszystkim przeciwko JD Vance’owi, który gra w swoją grę o wpływy w Białym Domu i szerzej w MAGA. Jego zaangażowanie jest bardzo niepokojące, bo przesuwa środek ciężkości z uregulowania zewnętrznego problemu jakim jest wojna na Ukrainę na wewnętrzne rozgrywki w Białym Domu. Ale ostatecznie zadecyduje sam prezydent Trump.

x.com/jgotkowska


Pochodzenie planu rodzi nowe pytania o to, w jaki sposób Kreml znalazł nowy przyczółek wpływów w otoczeniu Trumpa.

Według urzędników zaznajomionych z wewnętrznymi dyskusjami dokument ten bardzo przypomina rosyjski projekt, który w zeszłym miesiącu zniweczył planowane spotkania w Budapeszcie — i ten, który Rubio odrzucił bez wahania.

Potajemny plan ludzi Putina i Donalda Trumpa jest niebezpieczny nie tylko dla Ukrainy. Cztery wnioski dla Polski i całej Europy
Tym razem Rosja podobno przedstawiła go Witkoffowi, który okazał się znacznie bardziej otwarty.

Rosjanie wyczuli słabość i otwartą furtkę — powiedział zachodni dyplomata.

— Wzięli tę samą listę życzeń, którą odrzucił Rubio, i znaleźli w Waszyngtonie kogoś innego, kto był skłonny ją poprzeć — twierdzi źródło.

onet.pl


Z pozoru niewinna zmiana na platformie X wywołała duże polityczne zamieszanie. Otóż od kilku dni w należącym do Elona Muska serwisie można sprawdzić lokalizację danego konta, datę i sposób dołączenia do platformy, a także to, ile razy zmieniano nazwę użytkownika. W ten sposób zarządzający serwisem chcą zwiększyć weryfikację autentyczności zamieszczanych treści i ograniczyć wpływ dezinformacji. Emocje wzbudziło zwłaszcza pochodzenie kont. 

Zacznijmy od sytuacji w USA, bo tam afera wybuchła jako pierwsza. Szybko okazało się bowiem, że wiele kont tzw. ruchu MAGA, które przedstawiają się jako konta amerykańskich patriotów, w rzeczywistości ma siedzibę za granicą, m.in. w Europie Wschodniej, Tajlandii, Nigerii i Bangladeszu. Mowa tutaj o kontach, które mają milionowe zasięgi i są szalenie popularne, a za tym także mocno wpływowe, w Stanach Zjednoczonych. Podobnie wygląda sytuacja w Polsce.

Na naszym podwórku lokalizacja kont także wywołała niemałe zamieszanie. Okazuje się, że wiele prawicowych kont z Polski zostało założone poza naszym krajem. Przykładowo konto Rodacy Kamraci jest z Holandii. Tak jak konto partii Grzegorza Brauna - Korona Warszawa.

"Wysyp POLEXITowych kont 'polskich Polaków z Polski' (zwykle dodatkowo wspierających rosyjską narrację) z umiejscowieniem w Holandii i ze znaczkiem tarczy z wykrzyknikiem z boku. Co oznacza VPN. Co nie jest niczym dziwnym, ponieważ przez Holandię łączą się VPNy chętnie wykorzystywane przez Rosjan i rosyjskie ośrodki szerzące propagandę. Co od dawna jest znanym faktem" - zauważa politolog specjalizujący się w tematyce obronności Jarosław Wolski. Dodaje, że właśnie te konta szerzą treści krytyczne wobec NATO, POLEXIT-owe oraz antyukraińskie.

gazeta.pl


Już w niedzielę 23 listopada odbyło się w Genewie spotkanie przedstawicieli USA i Ukrainy na temat planu. Delegacjom przewodniczył Rubio i szef administracji Zełenskiego, Andrij Jermak. Obie strony po rozmowach oznajmiły, że były one "bardzo konstruktywne" i prace nad kształtem proponowanego porozumienia pokojowego będą nadal prowadzone. Rosja na razie w żaden istotny sposób nie odniosła się do całego zamieszania. Putin powiedział jedynie ogólnikowo, że ujawniona propozycja porozumienia może być dobrą "bazą", pod warunkiem uwzględnienia rosyjskich oczekiwań. Stwierdził przy tym, że jeśli Ukraina tego nie zaakceptuje, to Rosja i tak osiągnie swoje cele zbrojnie. Na marginesie tego wszystkiego znajduje się Europa, która zupełnie została pominięta w otwarciu tej rundy negocjacji. W niedzielę 23 listopada przedstawiciele Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii opublikowali swoją propozycję planu pokojowego, opartą na tych informacjach, które już trafiły do przestrzeni publicznej, ale zmodyfikowaną bardziej po myśli Europy i Ukrainy.

Wszystko to może wydawać się niepokojące, ale taka jest polityka zagraniczna USA Trumpa. Od początku tej kadencji przynosi ona kolejne okresy wzmożenia w efekcie niepokoju o przyszłość Europy i jej bezpieczeństwo, które po pewnym czasie zostają wygaszone wobec braku konkretnych i przełomowych decyzji. Warto nauczyć się zachowywać dystans wobec tego. Amerykańskie media twierdzą, że w tym konkretnym przypadku wyciek propozycji pokojowej nastąpił z inicjatywy Rosjan, którzy tak chcieli wymusić rozpoczęcie dyskusji na warunkach korzystnych dla siebie. Uruchomili w ten sposób lawinę, po raz kolejny wywołując mocne emocje i rozdźwięki pomiędzy USA, Europą oraz Ukrainą. I jakby tego było mało, także w samej amerykańskiej administracji, demonstrując przy tym ograniczoną kontrolę Rubio nad polityką zagraniczną Waszyngtonu.

W rzeczywistości daleko jednak od tego planu do faktycznego przymuszenia Ukrainy właściwie do kapitulacji na warunkach bliskich oczekiwaniom Rosji. Rozmowy trwają i można się domyślać, że intencją części administracji Trumpa - i być może jego samego - było ponowne zmuszenie do udziału w nich wszystkich zainteresowanych. Po fiasku szczytu z Putinem w Budapeszcie, wstępnie zapowiedzianym przez Trumpa w połowie października, rozmowy praktycznie zamarły. Prezydent USA był zmuszony go odwołać, ponieważ Rosjanie najpewniej nie byli skłonni zejść ze swoich maksymalistycznych żądań wobec Ukrainy. Dodatkowo USA wprowadziły ostrzejsze sankcje na rosyjski eksport ropy. Minęło kilka tygodni i znów jesteśmy w fazie wysokich emocji.

gazeta.pl


"ODZIEDZICZYŁEM WOJNĘ, KTÓRA NIGDY NIE POWINNA SIĘ WYDARZYĆ, WOJNĘ, KTÓRA JEST PORAŻKĄ DLA WSZYSTKICH, SZCZEGÓLNIE DLA MILIONÓW LUDZI, KTÓRZY TAK NIEPOTRZEBNIE ZGINĘLI. "WŁADZE" UKRAINY NIE WYRAZIŁY ŻADNEJ WDZIĘCZNOŚCI ZA NASZE WYSIŁKI, A EUROPA NADAL KUPUJE ROPĘ OD ROSJI" - napisał Trump na swoim portalu społecznościowym Truth Social.

"USA NADAL SPRZEDAJĄ OGROMNE ILOŚCI BRONI NATO, ABY BYŁA DYSTRYBUOWANA NA UKRAINIE (PRZEKRĘT JOE ODDAŁ WSZYSTKO ZA DARMO, DARMO, DARMO ZA DARMO, W TYM "DUŻE" PIENIĄDZE!). NIECH BOŻE BŁOGOSŁAWI WSZYSTKIM ŻYCIOM, KTÓRE ZGINĘŁY W TEJ KATASTROFIE LUDZKIEJ!" - dodał.

Trump ponownie stwierdził, że do rosyjskiej agresji na pełną skalę nigdy by nie doszło przy "silnym i właściwym przywództwie USA i Ukrainy", ponownie bezpodstawnie twierdząc, że wybory 2020 były sfałszowane. 

PAP

niedziela, 23 listopada 2025



W sierpniu, po spotkaniu Donalda Trumpa i Władimira Putina na Alasce, gdy wydawało się, że Amerykanie bez szczególnego oporu przyjęli maksymalistyczne rosyjskie żądania, do Waszyngtonu udali się czołowi europejscy przywódcy.

Ich wizyta, niezależnie od tego, że towarzyszyła jej oprawa sprawiająca wrażenie, iż oto Europa oddaje Trumpowi nieomalże hołd, miała na celu wysłanie jednoznacznego sygnału, że ani Ukraina, ani Europa rosyjskich żądań nie przyjmą.

Mija kilka miesięcy i USA do spółki z Rosjanami przedstawiają Europie to, co Amerykanie jednoznacznie usłyszeli, że jest nie do zaakceptowania. Powstaje zasadnicze pytanie, w jakim celu Moskwa i Waszyngton proponują plan, o którym wiedzą, że nie zostanie zaakceptowany?

onet.pl

sobota, 22 listopada 2025



"Republikanie z Izby Reprezentantów powinni głosować za ujawnieniem akt Epsteina, ponieważ nie mamy nic do ukrycia i nadszedł czas, aby odejść od tej mistyfikacji Demokratów" — napisał w niedzielę wieczorem na Truth Social, dodając: "NIE OBCHODZI MNIE TO! Jedyne, na czym mi zależy, to aby republikanie WRÓCILI DO RZECZY" i zajęli się kwestiami gospodarczymi.

To zwrot Trumpa o 180 stopni po wielu miesiącach walk o projekt ustawy, która zmusiłaby Departament Sprawiedliwości do ujawnienia wszystkich akt dotyczących Epsteina. W zeszłym tygodniu wysiłki Trumpa i spikera Izby Reprezentantów Mike'a Johnsona, aby zapobiec głosowaniu nad projektem, zakończyły się fiaskiem. Stało się tak, mimo że Biały Dom intensywnie na to naciskał, próbując utrzymać republikanów w ryzach. Głosowanie ma się odbyć we wtorek.

Pod koniec ubiegłego tygodnia Trump i Johnson wydawali się bezsilni. Chcieli powstrzymać grupę nawet 100 Republikanów przed złamaniem dyscypliny partyjnej i głosowaniem wraz z Demokratami za ujawnieniem akt.

Sytuacja pogorszyła się w weekend. W Partii Republikańskiej się gotuje. Ujawniamy kulisy walki prezydenta ze swoimi dawnymi wyznawcami.

Trump ostro zaatakował werbalnie republikańskiego kongresmena Thomasa Massiego z Kentucky. Massi przewodzi bowiem politycznej grupie, która chce wymusić na Izbie Reprezentantów głosowania w sprawie Epsteina. Prezydent USA, jak twierdzą sami republikanie, ma obsesję na punkcie Massiego. Teraz publicznie skrytykował też Marjorie Taylor Greene, niegdyś bliską sojuszniczkę, która ostatnio zerwała sojusz z Trumpem m.in. w sprawie Epsteina.

(...)

Kongresmen Blake Moore z Utah, wiceprzewodniczący konferencji republikańskiej, mówił w zeszłym tygodniu, że zazwyczaj nie rozmawia o tym, jak będzie głosował.

Z kolei Kevin Hern z Oklahomy, przewodniczący komisji politycznej republikanów w Izbie Reprezentantów, przyznał, że w partii panuje "duże poruszenie" w związku z tym, co należy zrobić. Zapytany o swój własny głos, Hern odpowiedział wymijająco, że "podjęcie tej decyzji nastąpi w odpowiednim momencie".

(...)

Jeszcze w piątek prezydent USA publikował wiele postów na Truth Social, w których oskarżał Demokratów o forsowanie "mistyfikacji Epsteina... w celu odwrócenia uwagi od wszystkich swoich złych polityk i porażek". Nakazał prokurator generalnej Pam Bondi zbadanie powiązań Demokratów z Epsteinem. Według trzech republikanów, którzy przyznają anonimowo w rozmowie z POLITICO, że publikacja postów miała konkretny cel — ograniczenie masowego łamania dyscypliny partyjnej w Partii Republikańskiej podczas głosowania w tym tygodniu.

"Niektórzy słabi republikanie wpadli w ich szpony, ponieważ są miękcy i głupi" — napisał, dodając: "Nie traćcie czasu na Trumpa. Mam kraj do rządzenia!".

Trump zazwyczaj cieszy się ogromną popularnością wśród republikanów w Izbie Reprezentantów i utrzymuje kontrolę żelazną ręką. Rzadko nie są posłuszni prezydentowi. Ostatnio jednak amerykański przywódca dostrzegł oznaki sprzeciwu.

W sprawie Epsteina całkowicie stracił jednak kontrolę. Republikanie na Kapitolu coraz bardziej nieufnie podchodzą do obsesji Trumpa na tym punkcie. Tak twierdzi pięć osób, które anonimowo rozmawiają z POLITICO na temat wewnętrznych sporów w Partii Republikańskiej.

Jeden z wysokich rangą republikanów był zdumiony "nieobliczalnymi" i niepokojącymi wysiłkami Trumpa w zeszłym tygodniu, których celem było zniweczenie ponadpartyjnej inicjatywy Massiego i demokraty Ro Khanny z Kalifornii.

Politycy chcieli sprowadzić republikańską kongresmenkę Lauren Boebert z Kolorado do Pokoju Dowodzenia [Situation Room] w Białym Domu, aby spróbować usunąć jej nazwisko z petycji o zwolnienie, którą podpisała wraz z kongresmenkami Partii Republikańskiej Nancy Mace z Karoliny Południowej i Marjorie Taylor Greene z Georgii.

Wysiłki te zakończyły się niepowodzeniem. Urzędnicy administracji Trumpa w prywatnych rozmowach ostrzegli, że bunt Mace prawdopodobnie będzie ją kosztować poparcie w wyborach na stanowisko gubernatora Karoliny Południowej. Nawet jeden z jej republikańskich przeciwników w tej kampanii, kongresman Ralph Norman, zasugerował w zeszłym tygodniu, że sprawa tego, czy i jak zagłosuje, jest otwarta: — Och, nie wiem. Zobaczymy — odpowiedział lakonicznie.

Głównym źródłem obsesji Trumpa na punkcie głosowania w Izbie Reprezentantów jest Massie, który sprzeciwił się szeregowi ważnych ustaw republikańskich, w tym ustawom o wydatkach i megaustawie, która została przyjęta tego lata. Trump jest teraz zdecydowany usunąć Massiego w przyszłorocznych prawyborach, ale republikanin z Kentucky zdołał przechytrzyć prezydenta, mimo że Trump i Johnson przez wiele miesięcy próbowali go powstrzymać.

Massie mówi, że głosowanie w sprawie Epsteina odzwierciedli sposób, w jaki republikanie zaczynają oceniać świat po Trumpie.

Muszą spojrzeć poza rok 2028 i zastanowić się, czy chcą, aby ta sprawa pozostała w ich aktach przez resztę ich kariery politycznej — tłumaczy.

— W tej chwili można kryć pedofilów, ponieważ prezydent będzie cię bronił, jeśli jesteś w czerwonych [republikańskich] okręgach — taka jest umowa — mówi Massie. — Ale ta umowa działa tylko tak długo, jak długo jest on popularny lub jest prezydentem. [...] Jeśli zastanawiacie się nad tym, co należy zrobić, to jest to dość oczywiste: głosujecie za tym.

Duża grupa republikanów w Izbie Reprezentantów oświadczyła w zeszłym tygodniu, że jest gotowa poprzeć Massiego. Wśród nich są konserwatywni twardogłowi, umiarkowani negocjatorzy i politycy zagrożoneni utratą mandatu, w tym kongresmeni Tom Barrett z Michigan oraz Rob Bresnahan i Ryan Mackenzie z Pensylwanii.

— Jeśli trafi to pod głosowanie, będę za — zaznacza Mackenzie.

Po prawej stronie sceny politycznej Eli Crane z Arizony, Warren Davidson z Ohio, Eric Burlison z Missouri i Tim Burchett z Tennessee oświadczyli, że zamierzają poprzeć projekt. [W zeszłym tygodniu Burchett próbował przegłosować projekt w głosowaniu jawnym, ale Demokraci nalegali na głosowanie imienne].

Bardziej centrowi Jeff Van Drew z New Jersey, Kevin Kiley z Kalifornii i Don Bacon z Nebraski oświadczyli, że zagłosują za przyjęciem projektu. Bacon, który przechodzi na emeryturę, sugeruje, że kampania nacisku ze strony Białego Domu w ostatniej chwili była nieprzemyślana. — Pociąg już odjechał ze stacji, więc powinniśmy iść dalej — przekonuje.

Johnson, argumentując, że republikanie od początku opowiadali się za "maksymalną przejrzystością akt Epsteina", w zeszłym tygodniu dał jasno do zrozumienia, że sam nie zagłosuje za przyjęciem ustawy. Twierdził, że ustawa nie zapewni wystarczającej ochrony ofiarom Epsteina. Massie i Khanna odrzucają taką argumentację.

Khanna już przed zmianą stanowiska Trumpa przekonywał, ustawa prawdopodobnie uzyska powszechne poparcie Demokratów, a także znaczne wsparcie Republikanów.

onet.pl\Politico