środa, 19 listopada 2025



Rosyjski resort spraw zagranicznych zapowiedział w środę zredukowanie liczby pracowników polskiego personelu dyplomatycznego i konsularnego w Rosji w związku z decyzją władz Polski o zamknięciu rosyjskiego konsulatu w Gdańsku.

- Rosja w odpowiedzi na zamknięcie konsulatu w Gdańsku ograniczy liczbę pracowników służb dyplomatycznych i konsularnych Polski w Rosji - zapowiedziała rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, cytowana przez agencję Reutera.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, komentując decyzję o zamknięciu rosyjskiego konsulatu w Gdańsku, wyraził pogląd, że doszło do "pełnej degradacji" relacji z Polską. - Polska stara się sprowadzić do zera relacje dyplomatyczne z Rosją. Moskwa w związku z tym może jedynie wyrazić ubolewanie - powiedział Pieskow w rozmowie z przedstawicielami rosyjskich mediów państwowych. Dodał, że decyzja strony polskiej "nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem".

- Podjąłem decyzję o wycofaniu zgody na funkcjonowanie ostatniego w naszym kraju rosyjskiego konsulatu w Gdańsku - poinformował w środę podczas konferencji prasowej wicepremier, szef MSZ Radosław Sikorski. Podkreślił, że nie jest to jeszcze pełna odpowiedź na niedawne akty dywersji i wrogie działania Kremla.

W październiku 2024 r. i maju 2025 r. Polska zamknęła rosyjskie konsulaty w Poznaniu i Krakowie. W odpowiedzi Rosja podjęła decyzję o zamknięciu polskich konsulatów w Petersburgu i Królewcu.

Polskimi placówkami konsularnymi w Rosji pozostają Ambasada RP w Moskwie (Wydział Konsularny i Polonii w strukturze tej misji) oraz Konsulat Generalny RP w Irkucku. 

PAP

wtorek, 18 listopada 2025


Dwa tygodnie temu wróciłem z 10 wizyty studyjnej na Ukrainę. Poniżej znajduje się kilka wniosków płynących z tej wizyty (Baardzo długi wątek).

Najpierw jednak krótkie przypomnienie o najważniejszym wniosku z lipcowego wyjazdu.

Z tamtej wizyty wróciłem z nieco ostrożniejszą oceną ukraińskich perspektyw obrony. Wówczas Ukraina miała już coraz większe trudności adaptacyjne na coraz bardziej zorganizowane rosyjskie taktyki użycia dronów, w szczególności rozwijane przez jednostkę Rubikon. Rubikon systematycznie niwelował jedyną przewagę, którą Ukraina wciąż posiadała – przewagę w dronach. Do połowy 2025 roku rosyjska aktywność UAV koncentrowała się głównie na atakowaniu ukraińskich żołnierzy w pobliżu linii styczności, podczas gdy Ukraińcy próbowali razić siły rosyjskie, zanim zdążyły podjąć kontakt. Rubikon całkowicie zmienił tę logikę: operując na dystansie 10–20 km w głąb zaplecza, atakuje nie tylko elementy wsparcia – w dużej mierze uzależnione dziś od UAV – ale także kluczowe zdolności, na których opiera się ukraińska obrona – WRE, artyleria, drużyny dronowe, drony.

Od tego czasu rosyjskie wykorzystanie dronów nadal ewoluuje. Rosyjskie pododdziały ogólnowojskowe stosują lepiej zorganizowane taktyki atakami dronami, rażąc ukraińskie oddziały do 10 km w głąb, podczas gdy Rubikon wciąż wywiera presję na tyłach - +10km. W efekcie straty ukraińskie wśród personelu wsparcia i operatorów dronów przekraczają dziś straty piechoty – choć trzeba podkreślić, że liczebność ukraińskiej piechoty jest już poważnie uszczuplona.

Teoretycznie ukraińska mobilizacja nadal generuje co miesiąc znaczącą liczbę nowych żołnierzy, lecz nie ma to żadnego odczuwalnego wpływu na front. Powody są strukturalne, organizacyjne i głęboko zakorzenione w ukraińskim systemie. Według doniesień ukraińskich mediów liczba przypadków samowolnych oddaleń (AWOL) nadal rośnie. Choć wielu żołnierzy ostatecznie wraca do swoich jednostek, nic nie wskazuje, by problem ten miał zostać szybko rozwiązany.

Po stronie rosyjskiej infiltracja pozostaje jednym z filarów działań. Małe grupy nieustannie sondują linię styczności, szukając słabych punktów i wykorzystując każdą lukę, zamiast naciskać tam, gdzie obrona jest silniejsza. Gdy uda im się opanować choćby niewielki fragment terenu, natychmiast wchodzą tam pododdziały ogólnowojskowe w celu konsolidacji zajętych pozycji.

Rosyjski potencjał dronowy znacząco wzrósł. Regularne oddziały używają dużej liczby FPV, w tym wariantów na światłowodzie, oraz coraz bardziej zaawansowanych systemów walki elektronicznej. Szahidy – używane często na poziomie taktycznym też jako drony FPV - są znacznie skuteczniejsze niż rok temu dzięki modyfikacjom taktyki ich użycia i zmianom w systemach pokładowych. Lepsza koordynacja rosyjskich UAV z EW systematycznie zawęża ukraińskie strefy rażenia i zmusza operatorów dronów do działania coraz dalej od frontu.

Patrząc całościowo, dostępne dane wskazują na pogłębiającą się lukę. Ukraiński system obrony — oparty na dronach, zdecentralizowanym ogniu i uderzeniach przechwytujących  (interdiction) — jest stopniowo osłabiany przez rosyjskie działania infiltracyjne, rosnący potencjał UAV oraz utrzymujące się uderzenia lotnicze. Bez zdolności do głębokiego rażenia, zakłócania rosyjskiego zaplecza oraz ustabilizowania kluczowych odcinków, takich jak Hulajpole i Pokrowsk, odpowiednio przygotowanymi formacjami, zdolność Ukrainy do utrzymania pozycji będzie nadal maleć.

Problemy te stają się dziś wyraźnie widoczne na kilku kierunkach. Rosyjskie postępy przyspieszają wokół Łymanu (obecnie zagrożonego częściowym okrążeniem i prawdopodobnie jednego z kluczowych sektorów tej zimy), Siewierska, na północ od Wielkiej Nowosiłki oraz — co najbardziej niepokojące — na północ od Hulajpola. Od lipca Rosjanie przesunęli się o 20–25 km w głąb ukraińskich pozycji między Hulajpolem a Pokrowskie, co stwarza ryzyko okrążenia tego pierwszego. Ponad połowa rosyjskich zdobyczy terytorialnych w Ukrainie przypada obecnie na kierunki Wielka Nowosiłka–Hulajpole, choć odpowiadają one jedynie za 17% wszystkich raportowanych rosyjskich ataków lądowych. Ta dysproporcja pokazuje, jak ograniczony nacisk może przynosić nieproporcjonalnie duże rezultaty.

To już drugi raz, gdy Rosja wykorzystuje coraz cieńsze ukraińskie linie. W rejonie Dobropola w czerwcu Ukraińcy zatrzymali rosyjskie natarcie tylko dzięki szybkiemu przerzutowi dodatkowych jednostek. Tym razem, gdy Pokrowsk pełni rolę ukraińskiego centrum ciężkości, a walka o miasto jest postrzegana jako dowód, że Ukraina nie przegrywa wojny, Kijowowi może zabraknąć zasobów, by skutecznie zareagować na coraz szybsze tempo zajmowania terenu przez Rosjan.

Jeśli Rosjanie nie zostaną szybko zatrzymani na południu, to konsekwencje mogą być poważniejsze niż upadek Pokrowska czy Konstantynówki.

Z drugiej strony rosyjska taktyka uniemożliwia im szybkie postępy, ponieważ tempo natarcia ogranicza marsz piechoty — pieszo lub na motocyklach. W rezultacie przełamanie na poziomie operacyjnym wydaje się mało prawdopodobne. Co więcej, jak pokazały ostatnie ukraińskie kontrataki, siły rosyjskie — mimo postępów — często działają przy niskiej gęstości sił. Umożliwia to stosunkowo niewielkim ukraińskim pododdziałom, takim jak kompania czy batalion, znacząco odrzucić linię styczności, zwłaszcza gdy wspierają je drony, systemy walki elektronicznej i artyleria.

Tymczasem ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę nie tylko będą trwać, ale niemal na pewno zwiększą się pod względem skali i intensywności. W lipcu Ukraina przeprowadziła jeden atak na rosyjską infrastrukturę krytyczną. W październiku było ich 40, a do połowy listopada liczba ta osiągnęła +30. Wraz ze wzrostem dostępności rakiet (Długi Neptun, FP-5) i dronów rosyjska infrastruktura krytyczna będzie atakowana i niszczona. Z ukraińskiego punktu widzenia kluczowe jest posiadanie zdolności dostarczania pocisków o odpowiednim ładunku bojowym oraz wystarczającej liczby platform startowych, aby utrzymać wysoką częstotliwość salw.

Rosja podejmuje działania adaptacyjne — buduje gęstszą sieć sensorów, mobilizuje cywilów do zadań anty-dronowych i wzmacnia lokalne obrony przeciwlotnicze — lecz działania te najprawdopodobniej nie zrównoważą wzrastającej ukraińskiej zdolności do prowadzenia masowych, rozproszonych i ciągłych uderzeń.

Chciałbym zakończyć ostrożnym, ale pozytywnym akcentem. Istnieje wiele przykładów ukraińskiej pomysłowości na poziomie taktycznym. W wielu sytuacjach ukraińskie oddziały osiągają imponujące efekty pomimo ograniczonych zasobów. Często wykazują większą kreatywność, elastyczność i zdolność rozwiązywania problemów niż Rosjanie, a ta pomysłowość wciąż generuje nowe narzędzia, metody i rozwiązania bojowe. Można mieć nadzieję, że takie praktyki będą stopniowo przenikały szerzej do sił lądowych. Lecz główne przeszkody stojące przed Ukrainą wynikają nie z braku innowacyjności taktycznej, lecz z barier organizacyjnych i biurokratycznych, które uniemożliwiają wdrażanie skutecznych rozwiązań na poziomie operacyjnym.

x.com/konrad_muzyka


Z ustaleń Res Futury – fundacji badawczej zajmującej się analizą narracji w mediach i internecie oraz wpływem dezinformacji – wynika, że od niedzieli na rosyjskojęzycznych kanałach Telegramu intensywnie kolportowano narrację o rzekomych „partyzantach w Polsce”, którzy mieliby stać za incydentami na trasie Warszawa–Dorohusk. W dniach 15–17 listopada doszło tam do dwóch aktów dywersji: w miejscowości Mika (woj. mazowieckie, pow. garwoliński) eksplozja ładunku wybuchowego zniszczyła tor kolejowy, a niedaleko stacji kolejowej Gołąb (pow. puławski, woj. lubelskie) pociąg z 475 pasażerami musiał nagle hamować z powodu uszkodzonej linii kolejowej.

Jak w rozmowie z PAP podkreślił dr Jakub Olchowski z Zespołu Badań Propagandy i Dezinformacji UMCS oraz Instytutu Europy Środkowej, przekaz o rzekomych „partyzantach w Polsce”, podobnie jak inne narracje kolportowane na polecenie Kremla, przedostają się do polskiej infosfery. – Propaganda jest konstruowana tak, aby działać zarówno na wewnętrznym rynku rosyjskim, jak i pełnić rolę „towaru eksportowego” – powiedział PAP Olchowski. 

(...)

W rosyjskich źródłach – jak wskazano w analizie Res Futury – za domniemanych „polskich partyzantów” uznawano trzy grupy: obywateli Polski przeciwnych dostawom broni na Ukrainę, ukraińskich dezerterów i uchodźców infiltrujących logistykę oraz radykalne grupy polityczne – konserwatywno-nacjonalistyczne lub antysystemowe. Rzekomym celem ich działań miało być zakłócenie dostaw wojskowych, podważenie morale elit oraz sygnalizowanie sprzeciwu wobec sojuszu z Zachodem.

Zdaniem Jakuba Olchowskiego do kolportowania przekazów propagandowych w Polsce Rosję zachęcił incydent dronowo-dezinformacyjny we wrześniu br. Skoordynowana rosyjska akcja łącząca działania kinetyczne i niekinetyczne wykazała, że polskie społeczeństwo wykazuje niską odporność na manipulacje i ataki dezinformacyjne. Dlatego teraz Kreml próbuje powtórzyć schemat.

- Pół biedy, że robią to zadaniowani, czyli rosyjskie trolle, farmy trolli i prorosyjskie środowiska w Polsce, których jest niewiele, ale są hałaśliwe. Problem w tym, że zwykli obywatele podchwytują te treści i rozpowszechniają je dalej - Dr Jakub Olchowski.

Ekspert zwrócił uwagę, że narracje takie jak ta o „polskim ruchu oporu” świetnie wpisują się w to, co w rosyjskich i białoruskich mediach mówi się o Polsce. Przedstawia się w nich Polaków, np. Tomasza Szmydta, jako osoby twierdzące, że władze Polski są rusofobiczne, prześladują obywateli chcących utrzymywać dobre relacje z Rosją, a tak naprawdę mają dość Ukrainy i Ukraińców. 

- Tu mamy do czynienia z prostą kontynuacją tych narracji: że za aktem dywersji stoją Ukraińcy. Treść ta błyskawicznie jest podchwytywana i rozpowszechniana przez różne środowiska, z Konfederacją na czele - Dr Jakub Olchowski.

Znawca kreowanych przez Kreml mechanizmów dezinformacji podkreślił, że Polacy mają inny sposób percepcji Rosji i wprost prorosyjski przekaz u nas by się nie sprzedał. 

- Ale antyukraiński już tak. Moskwa wykorzystuje naszą historię, resentymenty i fakt, że rzeź wołyńska sama się nie zrobiła. Dla niej hasło „Wołyń, pamiętamy” to samograj - Dr Jakub Olchowski.

W rosyjskich mediach i kanałach na Telegramie pojawiają się także sugestie, że akty dywersji na linii kolejowej w Polsce to efekt działań Berlina. Ten miałby rzekomo sabotować dostawy wojskowe na Ukrainę w ramach zemsty za wysadzenie gazociągu Nord Stream 2. Tego rodzaju przekazy wpisują się w szerzoną przez Moskwę teorię o „wewnątrzeuropejskiej wojnie hybrydowej” oraz o rosnącym chaosie i braku jedności w Unii Europejskiej. W kontekście wydarzeń, do których doszło na linii kolejowej Warszawa-Lublin, w rosyjskich przekazach przypominane są też wcześniejsze ataki na infrastrukturę w Niemczech, Francji i Czechach – mają one rzekomo potwierdzać, że Europa sama staje się ofiarą chaosu, który wywołała, wspierając Ukrainę.

Jak wskazał Jakub Olchowski, wszystko, co podważa spójność Zachodu, godzi w dobre relacje pomiędzy poszczególnymi państwami, uderza w Unię Europejską i NATO, jest w interesie Kremla. 

Ponieważ w Polsce antyniemieckie nastroje i narracje, przy dużym udziale polityków niektórych ugrupowań, są bardzo widoczne, to dla Moskwy grzechem byłoby tego nie wykorzystać – wyjaśnił rozmówca PAP.

pap.pl


Kreml prowadzi operacje informacyjne przeciwko państwom bałtyckim. Prawdopodobnie to tzw. faza zero – przygotowanie do ewentualnego ataku – podał Instytut Studiów nad Wojną. Eksperci, z którymi rozmawiała PAP są jednak zdania, że to zbyt pochopne wnioski i że takie oceny działają na korzyść Rosji.

ISW w opublikowanym w tym tygodniu raporcie napisał, że „Kreml prowadzi liczne operacje informacyjne przeciwko państwom bałtyckim, podobnie jak miało to miejsce w celu uzasadnienia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 r., prawdopodobnie w ramach fazy zerowej – przygotowania do ewentualnego ataku na państwa bałtyckie w przyszłości”.

Jak zastrzegli autorzy, ISW nie zakłada obecnie szybkiego ataku Rosji na państwa bałtyckie.

W raporcie przywołano wypowiedzi szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa, które padły w wywiadzie udzielonym we wtorek rosyjskim mediom. Oskarżył on państwa bałtyckie o „rusofobię”, złe traktowanie osób rosyjskojęzycznych oraz nieprzestrzeganie porozumień z Rosją. Przedstawił państwa bałtyckie jako pozbawione suwerenności marionetki Wielkiej Brytanii. Zasugerował, że nie są one częścią Europy, lecz Rosji.

W ocenie autorów raportu te oświadczenia Ławrowa to część wysiłków Kremla mających stworzyć warunki informacyjne dla możliwego przyszłego ataku na jedno lub wszystkie państwa bałtyckie i stanowią element fazy zero - działań mających na celu przygotowanie się do potencjalnej wojny NATO-Rosja w przyszłości.

Zarazem w opracowaniu podkreślono, że nie zaobserwowano bezpośrednich oznak rosyjskich przygotowań do ataku na państwa NATO, a działania w ramach fazy zero mogą trwać latami. Kreml może również zdecydować się na powstrzymanie ataku, nawet po ustaleniu jego warunków.

Jak w rozmowie z PAP wyjaśnił płk prof. Marek Wrzosek, wykładowca w Akademii Sztuki Wojennej, faza zero to etap informacyjnego i psychologicznego przygotowania społeczeństwa do ewentualnego konfliktu zbrojnego.

Po stronie rosyjskiej pierwszym elementem tej fazy jest kształtowanie środowiska społecznego w taki sposób, żeby było podatne na manipulowanie informacjami. – Z formalnego punktu widzenia to już się dzieje. Bardzo często to, co się pojawia w przekazach w mediach społecznościowych to są elementy pokazujące brak odporności albo brak spójności – wskazał płk. Wrzosek.

Drugi etap fazy zero wymieniony przez rozmówcę PAP to infiltracja. Rosjanie wysyłają przygotowane osoby, żeby działały na szkodę danego państwa. – Mówimy o agentach wywiadu, ale to przesada. To po prostu ludzie, którzy podejmują się różnych zadań za pieniądze. Monitorują ruch na szlakach komunikacyjnych, szczególnie kolejowych, prowadzą obserwację poligonów, czy robią zdjęcia przemieszczającym się jednostkom wojskowym – wymienił ekspert.

Trzeci element tej fazy to polaryzacja i chaos. Polega na wywoływaniu niezadowolenia i podsycaniu konfliktów społecznych, bo wówczas społeczeństwo przestaje być spójne. – Jedni są za prawicą, inni są za lewicą. Jeszcze inni wolą środek, a kto inny jest za tym, żeby powstały nowe partie polityczne. Rosjanie bardzo często to podnoszą: „sami widzicie, że nie możecie się na tym zachodzie dogadać” – wskazał rozmówca PAP i dodał, że Polska nie stanowi tu wyjątku, bo Rosja próbuje grać również polityką wewnętrzną Włoch czy Francji.

Czwartym wskazanym przez niego elementem fazy zero są bezpośrednie kampanie dezinformacyjne, dezorganizacja całego systemu komunikacji i wprowadzania w błąd liderów politycznych oraz budowania kampanii informacyjnych mających na celu przygotowanie określonego sposobu myślenia lub wręcz zastraszania. Przykład tego ostatniego stanowią niedawne doniesienia o wystrzeleniu rakiety o napędzie atomowym Buriewiestnik. – To sygnał wysłany do społeczności zachodnich, głównie Amerykanów, „mamy broń atomową i nie zawahamy się jej użyć. A wy nie jesteście bezpieczni” – wyjaśnił ekspert.

Marek Wrzosek zwrócił uwagę, że te działania nie są niczym nowym. Jak podkreślił, podpalenia na terenie Polski nie zaczęły się w ostatnich miesiącach, a zdejmowanie przez ABW grup monitorujących szlaki kolejowe odbywało się w zasadzie od początku pełnoskalowej wojny na Ukrainie. To, co się zmieniło, to intensywność tych sygnałów. Na początku była na tyle nieduża, że z wyłączeniem nielicznych grup eksperckich, nie dostrzegano ich. Teraz jest już to tak widoczne, że nie da się powiedzieć „Rosjanie zawsze tak robili”.

– Częstotliwość naruszenia przestrzeni powietrznej, loty zintensyfikowane, loty nad Morzem Bałtyckim, przemieszczanie wojsk na terytorium Federacji Rosyjskiej. To są sygnały, które powinny wzbudzić zaniepokojenie. Z tym, że od momentu, kiedy – jak my mówimy po wojskowemu – wszyscy trafią do rejonów odpowiedzialności, to jeszcze chwilę zajmie – zastrzegł Wrzosek.

Rozmówca PAP zwrócił uwagę, że Rosja stoi przed dylematem: albo ogłosić mobilizację, co będzie dla Zachodu jednoznacznym sygnałem rychłej wojny, albo powoływać grupami, akceptując, że sprawność tego systemu mobilizacyjnego będzie mniejsza. Na razie Rosja realizuje drugi wariant.

Jak zaznaczył ekspert, ISW pokusił się o prognozę, ale to wcale nie oznacza, że podejmowane działania militarne są równoznaczne z tym, co się dzieje w fazie zerowej. Z punktu widzenia wojskowego patrzy się na to, ile dzieli armię rosyjską od uzyskania pełnej gotowości bojowej. Dopóki trwa konflikt na Ukrainie, dopóty mamy pewność, że kierunek wschodni czy flanka wschodnia jest bezpieczna. – Pod warunkiem, że gdzieś na kierunku Finlandii czy krajów bałtyckich nie nastąpi zgrupowanie wojsk rosyjskich. Byłby to sygnał, że Rosja rzeczywiście zechce wyprowadzić je na któryś z tych kierunków – zastrzegł Wrzosek.

Kolejny rozmówca PAP – kmdr por. rez. Maksymilian Dura – jest zdania, że ISW powinien zachować większą powściągliwość w formułowaniu takich wniosków: – Analiza, która pokazuje, że jest jakaś faza zero, że Rosjanie próbują coś zrobić, jeżeli chodzi o kraje bałtyckie, działa na korzyść Federacji Rosyjskiej. Niestety takich analiz będzie coraz więcej, bo Rosjanie o to dbają – przekonywał.

Jak podkreślił, obecnie nie ma żadnej możliwości, żeby Rosja fizycznie zaatakowała kraje bałtyckie. Bo te są w NATO. Nawet, gdyby udało się zająć jakiś fragment ich terytorium, odpowiedź byłaby natychmiastowa. I nie tylko zbrojna, lecz przede wszystkim polityczna.

(...)

Zdaniem eksperta w wypowiedziach Ławrowa wyraża się fakt, że Rosja ma poważny problem z obwodem królewieckim. – Połączenia lotnicze mogą być realizowane tylko w międzynarodowej przestrzeni powietrznej, a statków Rosji brakuje. Jeśli kraje bałtyckie całkowicie zablokują transport lądowy, po prostu zaduszą obwód królewiecki. Rosja o tym wie, dlatego straszy – zaakcentował Maksymilian Dura i dodał, że najlepsze, co obecnie można zrobić, to spokojnie przygotowywać się do ewentualnego konfliktu zbrojowego, który o ile w ogóle nastąpi, to nie prędzej niż za pięć lat.

Zwolennikiem twierdzeń zawartych w raporcie ISW nie jest również trzeci rozmówca PAP, Konrad Muzyka, analityk ds. wojskowości Rosji i Białorusi, Rochan Consulting. – Określanie tych działań jako faza zero, sugeruje, że po niej nastąpi faza jeden, dwa czy trzy. A to podprogowo może prowadzić do wybuchu konfliktu – przekonywał.

Jak wyjaśnił ekspert, Rosja uważa, że na Ukrainie toczy się wojna, w której aktywnie biorą udział trzy strony – Rosja, Ukraina oraz świat zachodni. Przy czym komponent kinetyczny konfliktu jest ograniczony do terytorium Ukrainy. To nie oznacza, że Rosja nie podejmuje działań poniżej poziomu wojny wobec „trzeciej ze stron”. Robi to nie tylko w krajach bałtyckich, lecz w Polsce, Niemczech, Francji, generalnie w Europie Zachodniej. – Ale robi to przez ostatnie parę lat i jestem przekonany, że będzie to robić w dającej się przewidzieć przyszłości – ocenił rozmówca PAP.

Jak podkreślił analityk, atak Rosji na kraje bałtyckie nie jest kwestią tego, co robi Rosja, tylko jak na jej działania odpowiada NATO. – Jeżeli Sojusz zachowa spójność, jeżeli będą tam siły amerykańskie, siły europejskie, jeżeli dalej zostanie utrzymane duże tempo wydatków na zbrojenia, to po prostu wojny w naszym rejonie nie będzie – uspokoił Konrad Muzyka. 

pap.pl


Przypomnijmy, że w niedzielę rano maszynista pociągu zgłosił telefonicznie nieprawidłowości w infrastrukturze kolejowej w rejonie miejscowości Życzyn w powiecie garwolińskim (woj. mazowieckie), niedaleko stacji PKP Mika. Wstępne oględziny miejsca "wykazały uszkodzenie fragmentu torowiska, które spowodowało zatrzymanie pociągu".

Tory zostały zniszczone w wyniku wysadzenia materiału wybuchowego. W pobliżu miejsca uszkodzenia torów we wsi Mika funkcjonariusze mieli znaleźć kamerę, a także drugi ładunek wybuchowy, który nie eksplodował.

Według ustaleń "Rzeczpospolitej" karta SIM, którą sprawcy zostawili w telefonie nagrywającym efekty sabotażu, pozwoliła śledczym w ciągu 70 godzin ustalić tożsamość dywersantów. Analiza połączeń i logowań do różnych urządzeń umożliwiła szybkie namierzenie użytkownika karty. Dodatkowo, na miejscu znaleziono odciski palców należące do mężczyzny notowanego w ukraińskich bazach kryminalnych, co potwierdził we wtorek premier Donald Tusk, informując, że chodzi o Ukraińca ze Lwowa, który był wcześniej skazany za dywersję.

Połączenie danych z karty SIM i odcisków palców pozwoliło zidentyfikować pierwszego sprawcę, a następnie drugiego — również obywatela Ukrainy, pochodzącego z Donbasu — wskazuje "Rzeczpospolita". Obaj mężczyźni przyjechali do Polski przez Białoruś, a po przeprowadzeniu sabotażu uciekli na Białoruś przez przejście graniczne w Terespolu.

(...)

Sprawcy podłożyli dwa ładunki wybuchowe w odległości około jednego metra od siebie. Służby nie mają pewności, czy nie było trzeciego ładunku lub czy nie znaleziono jedynie pozostałości po urządzeniach. Eksplodował tylko pierwszy ładunek, powodując pęknięcie w szynie. Z informacji Onetu wynika, że po uszkodzonych torach przejechało aż 12 pociągów.

Pociągi nie wykoleiły się wyłącznie dlatego, że poruszały się z prędkością ponad 160 km na godz. Jednak z każdym kolejnym przejazdem uszkodzenie szyny się powiększało. Dopiero nad ranem w niedzielę maszynista dostrzegł wyrwę w torach i zdecydował się na zatrzymanie pociągu.

Materiał wybuchowy użyty przez dywersantów pochodził z zasobów wojskowych, a do zainicjowania eksplozji wykorzystano kabel elektryczny o długości 300 metrów. Wybór miejsca nie był przypadkowy — sprawcy wybrali łuk trasy na nasypie, gdzie w razie wykolejenia pociągu siła odśrodkowa mogłaby zepchnąć skład z dużą siłą w dół, co mogłoby doprowadzić do tragicznych skutków.

onet.pl


- Rosja jest oskarżana o wszelkie przejawy wojny hybrydowej i bezpośredniej, do jakich dochodzi - powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow dziennikarzowi rosyjskiej telewizji państwowej.

- Można powiedzieć, że w Polsce wszyscy próbują pod tym względem wyprzedzić europejską lokomotywę. I oczywiście kwitnie tam rusofobia - dodał.

Na trasie Warszawa - Dorohusk doszło 15-17 listopada do dwóch aktów dywersji. Podczas pierwszego, w miejscowości Mika (woj. mazowieckie, pow. garwoliński), eksplozja ładunku wybuchowego zniszczyła tor kolejowy. W innym miejscu, niedaleko stacji kolejowej Gołąb (pow. puławski, woj. lubelskie) w niedzielę, pociąg z 475 pasażerami musiał nagle hamować z powodu uszkodzonej linii kolejowej.

Premier Donald Tusk poinformował we wtorek w Sejmie, że udało się ustalić osoby odpowiedzialne za akt dywersji na infrastrukturę linii kolejowej nr 7 - to dwóch obywateli Ukrainy współpracujących od dłuższego czasu z rosyjskimi służbami. - To, na czym zależy władzom rosyjskim, to nie tylko na bezpośrednim efekcie tego typu akcji, ale także na konsekwencjach społecznych, politycznych faktu, że ta akcja ma miejsce. To jest oczywiście dezorganizacja, chaos, panika, spekulacje, niepewność - ocenił Tusk. Przestrzegł przed rozbudzaniem nastrojów antyukraińskich, szerzeniem dezinformacji i uleganiu spekulacjom. Zapewnił, że służby będą na bieżąco informować o sytuacji opinie publiczną.

PAP


Dziennikarskie śledztwo Radia Wolna Europa ujawnia jeden z najbardziej skrywanych elementów putinowskiej władzy: sieć tajnych, niemal identycznych kopii gabinetu Władimira Putina, rozsianych po różnych jego rezydencjach. To właśnie tam - z dala od Moskwy, opinii publicznej i nawet własnego rządu - rosyjski przywódca miał podejmować kluczowe decyzje ostatnich lat. Do tych miejsc przywożono ministrów, gubernatorów, patriarchę Cerkwi i całe delegacje urzędników, którzy - jak ustalili reporterzy - odgrywali teatr przygotowany dla Putina. Analiza zdjęć, nagrań, dokumentów państwowych, planów budynków i tras dziennikarzy państwowych mediów pozwoliła ustalić, gdzie faktycznie znajdował się rosyjski dyktator w przełomowych momentach współczesnej historii.

Śledczy opisują m.in. sytuację po tragedii w centrum handlowym Zimowa Wiśnia w Kemerowie, gdzie w pożarze zginęło 60 osób, w tym 37 dzieci. Choć Kreml zapewniał, że narada Putina odbyła się w oficjalnej rezydencji w Nowo-Ogariowie pod Moskwą, okazało się to nieprawdą. Całą delegację urzędników przewieziono kilkaset kilometrów dalej - do Waldaju, ulubionej rezydencji Putina, gdzie mieszka również jego nieoficjalna rodzina. Tam zbudowano kopię gabinetu do złudzenia przypominającą tę z Nowo-Ogariowa. Drobne detale, uchwycone na zdjęciach i nagraniach, pozwoliły dziennikarzom zdemaskować mistyfikację. To tylko jeden z wielu przypadków - śledztwo wykazało, że Putin ma co najmniej trzy takie bliźniacze gabinety, dzięki którym Kreml od lat fałszuje informacje o rzeczywistym miejscu pobytu rosyjskiego przywódcy.

Centralnym miejscem władzy Władimira Putina od dwóch dekad pozostaje jego oficjalna podmoskiewska rezydencja w Nowo-Ogariowie. To właśnie tam, na początku trzeciej kadencji, zbudowano dla niego nowy, 120-metrowy gabinet - jasny, ascetyczny, urządzony w beżach i drewnie, całkowicie pozbawiony dekoracji. W tym wnętrzu Putin miał prowadzić większość narad, podpisywać dokumenty i podejmować strategiczne decyzje dotyczące Rosji i wojny.

Jednak, jak ustalili dziennikarze, już wtedy władca Kremla czuł się coraz mniej bezpiecznie. Po aneksji Krymu w 2014 roku obsesja Rosjanina na punkcie ochrony gwałtownie narosła: Putin zaczął zakładać realną możliwość ataku rakietowego na rezydencję. Od tamtej chwili środki bezpieczeństwa stały się - jak mówią badacze - wręcz "makabryczne": opustoszałe ulice dla przejazdu kolumny, pełna kontrola nad mediami, a także coraz częstsze używanie tzw. konserw, czyli wcześniej nagranych materiałów udających aktualne wystąpienia.

Nowo-Ogariowo, w którym na co dzień pracuje ponad 1500 osób, a setki kolejnych stale wjeżdżają na teren, przestało być dla Putina miejscem, które można w pełni zabezpieczyć. Dlatego od 2015 roku - równolegle z korzystaniem z oryginalnego gabinetu - rozpoczęto budowę tajnych, niemal identycznych kopii tego pomieszczenia w innych rezydencjach. Każda z nich została przygotowana tak, by na zdjęciach i nagraniach nie sposób było odróżnić ich od "prawdziwego" gabinetu Putina.

W grudniu 2020 roku dziennikarz kremlowskiej telewizji Paweł Zarubin pokazał rzekomo ekskluzywne nagrania z gabinetu Putina w Nowo-Ogariowie. Na ekranie widać, jak Zarubin naciska klamkę drzwi, a w kolejnym ujęciu identyczną klamkę chwyta prezydent, wychodząc na konferencję. Jednak, jak zauważyli dziennikarze, drzwi były podobne - ale już nie takie same. Różnice w panelach, wentylacji, podstawie telewizora czy wyposażeniu biurka wskazywały, że nagrania powstały w różnych pomieszczeniach. - Przeanalizowaliśmy ponad 700 publikacji i takie rozbieżności powtarzają się regularnie - podkreślili.

Prawdziwy przełom nastąpił po wycieku korespondencji państwowej telewizji w 2022 roku. Wśród tysięcy plików znaleziono delegacje dziennikarzy wysyłanych nie do Moskwy, lecz do luksusowego hotelu Dagomys w Soczi, położonego obok prezydenckiej rezydencji Bocharow Ruczjej. Daty ich pobytu pokrywały się z dniami, kiedy Putin pojawiał się w telewizji w "gabinecie z Nowo-Ogariowa".

Z dokumentów wynika, że socziński gabinet-dubler ukończono latem 2018 roku, a w czasie pandemii stał się faktyczną główną "sceną" Putina. Każda osoba mająca kontakt z prezydentem musiała najpierw przejść dwutygodniową izolację właśnie w Dagomysie lub pobliskim sanatorium "Ruś".

Jak ustalili dziennikarze, istnieje co najmniej jeszcze jeden, trzeci identyczny gabinet. Mimo to rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow w 2020 roku zapewniał, że nikt żadnych dublerów nie budował. Śledztwo pokazuje jednak, że budowa klonów gabinetu była elementem systemowej dezinformacji - mającej ukryć, gdzie faktycznie przebywa Putin.

To właśnie w trzecim, najmniej znanym gabinecie Putin prowadził narady po tragedii w Kemerowie w 2018 roku. Choć na pierwszy rzut oka pomieszczenie wyglądało identycznie jak gabinet w Nowo-Ogariowie, śledczy zauważyli subtelne różnice: inaczej przebiegały łączenia paneli na ścianach, przełącznik światła znajdował się w innym miejscu, a wzór na wyposażeniu biurka i kolor blatu nieco się różniły. Analiza zdjęć i nagrań wykazała, że to właśnie w tym gabinecie Putin przeprowadził około 130 spotkań - głównie zdalnych, choć czasem także osobistych.

Identyfikację lokalizacji umożliwiły dokumenty delegacyjne rosyjskiej telewizji państwowej. Wynikało z nich, że operatorzy i dziennikarze regularnie podróżowali do miejscowości Wałdaj - znanej również jako nazwa jednej z najściślej strzeżonych rezydencji Putina. To właśnie tam, w państwowym ośrodku Wałdaj, nocowali wtedy, gdy na kremlowskich kanałach pojawiały się materiały rzekomo nagrane w Nowo-Ogariowie. Wałdaj od lat uchodzi za ulubioną rezydencję rosyjskiego prezydenta. Według ustaleń to tam mieszka Alina Kabajewa z dziećmi - rodzina, której istnienia Kreml oficjalnie nie potwierdza.

Wraz z wybuchem pełnowymiarowej wojny zmieniły się także nawyki Putina. Jeszcze w 2022 roku często przebywał w Soczi, gdzie łączył pracę z odpoczynkiem nad morzem, ale sytuacja na froncie to przerwała. Od początku 2024 roku socziński gabinet całkowicie znika z oficjalnych materiałów - według ekspertów to efekt rosnącego strachu przed atakami ukraińskich dronów. - Soczi leży w otwartym terenie, z widokiem na morze - a to działa w obie strony. Jeśli ty widzisz morze, z morza widać ciebie - tłumaczy socjolog Konstantin Gaaze.

Od 2025 roku Putin przestał też korzystać z gabinetu w podmoskiewskim Nowo-Ogariowie. Spośród 30 publicznych wystąpień w beżowym gabinecie w okresie od stycznia do września aż 29 zarejestrowano właśnie w wałdajskim gabinecie-dublerze. Powód jest oczywisty: bezpieczeństwo. Okolice Nowo-Ogariowa trudno byłoby w pełni zabezpieczyć bez widowiskowego rozmieszczania systemów obrony przeciwlotniczej. Na Wałdaju natomiast - według ustaleń Radia Swoboda - rozlokowano już 14 stanowisk obrony przeciwlotniczej.

Ukrywanie się w odizolowanych rezydencjach, często nawet przed własnym otoczeniem, to - jak podkreślają śledczy - charakterystyczna cecha przywódców autorytarnych reżimów. Putin doprowadził ją do perfekcji, zamieniając własne życie w serię starannie wyreżyserowanych scenografii.

gazeta.pl


Nie milkną echa słów, które Takaichi wygłosiła na forum parlamentu 7 listopada. Premier Japonii mówiła wówczas, że ewentualny atak Chin na Tajwan mógłby stworzyć sytuację stanowiącą „zagrożenie dla istnienia” Japonii, co z kolei oznacza, że Tokio mogłoby w takim wypadku zdecydować się na działania militarne. 

W ubiegły czwartek /13.11.2025 - red./ japoński ambasador w Pekinie, Kenji Kanasugi, został wezwany przez chiński MSZ w związku z wypowiedzią Takaichi. Wiceszef MSZ Chin Sun Weidong przekazał japońskiemu dyplomacie żądanie Pekinu, by Takaichi wycofała się ze swoich słów. Japońska premier wcześniej to wykluczyła tłumacząc, że mówiła o najgorszym potencjalnym scenariuszu i że jej stanowisko nie różni się od stanowiska poprzednich rządów Japonii. Dzień później oświadczenie wydał rzecznik resortu obrony Chin, Jiang Bin. Jak podkreślił, słowa Takaichi były „skrajnie nieodpowiedzialne i groźne”. Jiang zagroził też „miażdżącą porażką”, jaką zada Japonii chińska armia.

MSZ Chin wyraził w piątek „poważną obawę” w związku z ostatnimi posunięciami Japonii dotyczącymi obronności i bezpieczeństwa, w tym „niejednoznacznością” w kwestii zasad nierozprzestrzeniania broni atomowej. To ostatnie dotyczy tego, że Japonia nie wyklucza obecnie starań o pozyskanie okrętów podwodnych o napędzie atomowym.

Dzień po wypowiedzi japońskiej premier, chiński konsul generalny w Osace Xue Jian umieścił w serwisie X wpis, w którym link do artykułu ze słowami japońskiej premier opatrzył komentarzem: „Nie mamy innego wyboru, jak tylko odciąć tę plugawą szyję, która zaatakowała nas bez chwili wahania. Czy jesteście gotowi?”. Wpis, który wywołał protest w Tokio, został usunięty. Ambasador Kanasugi miał przekazać wiceszefowi MSZ Chin protest wobec tej wypowiedzi i wezwał Pekin do reakcji na zachowanie konsula.

rp.pl


Proces pozbawiania samorządów autonomii rozpoczął się wkrótce po objęciu sterów państwa przez Władimira Putina w 2000 r. i toczył równolegle do nowej, centralizacyjnej polityki Kremla. Zainicjowana pod pozorem rozgraniczenia jurysdykcji i kompetencji pomiędzy władzą państwową a lokalną reforma z 2003 r. z pogwałceniem Konstytucji FR ujednolicała strukturę organizacyjną samorządu. W miejsce różnorodnych municypalitetów wyższego i niższego stopnia (te drugie wchodziły w skład tych pierwszych) pojawiły się okręgi miejskie oraz rejony municypalne, obejmujące osiedla wiejskie i miejskie.

Aby osłabić pozycję szefów municypalitetów, uniemożliwiono (wyjątek stanowiły miejscowości poniżej tysiąca mieszkańców) łączenie funkcji zwierzchnika lokalnej administracji i naczelnika organu przedstawicielskiego. Jako pretekst podano chęć ograniczenia dominacji miejscowej władzy wykonawczej nad ustawodawczą, stwarzającej rzekomo szerokie pole do korupcji.

W efekcie ustanowiona została instytucja tzw. city-menedżera – kontraktowego zarządcy administracji lokalnej wyłanianego w drodze konkursu – alternatywna wobec stanowiska szefa wybranego w głosowaniu powszechnym. Powołanie takiego urzędnika, niedysponującego mandatem społecznym, nie tylko oznaczało konflikt interesów (szef municypalitetu, wybrany spośród lokalnych deputowanych musiał przekazać gros swoich uprawnień najemnemu zarządcy), lecz także rozmywało odpowiedzialność przed mieszkańcami i ograniczało ich wpływ na miejscową politykę.

Do 2014 r. city-menedżerowie zarządzali 58 regionalnymi stolicami, a liczba centrów administracyjnych, w których mera wybierano bezpośrednio, spadła z 75 do 19 (na 83). W 2015 r. wprowadzono przepisy pozwalające na nadanie im pozorów wybieralności – po przejściu procedury konkursowej nad każdą kandydaturą głosują lokalni deputowani. Dziś bezpośrednia ordynacja wyborcza zachowała się już tylko w Jakucku (Republika Sacha), Chabarowsku (Kraj Chabarowski), Anadyrze (Czukocki Okręg Autonomiczny) i Abakanie (Chakasja).

Wraz ze zmianami strukturalnymi samorząd lokalny w Rosji, choć formalnie oddzielony od władz państwowych, w rzeczywistości przeszedł pod ich kontrolę. Władze regionalne – będące de facto terenowymi przedstawicielstwami Kremla – uzyskały prawo do określania trybu wyboru organów samorządowych na swoim terenie, jak również do obsadzania połowy miejsc w komisjach konkursowych wyłaniających zarządców. W 2024 r. gubernatorzy zyskali możliwość udzielania głowom municypalitetów i szefom lokalnych administracji upomnień i nagan oraz ich odwoływania lub wnioskowania do miejscowych ciał ustawodawczych o ich usunięcie.

Nowelizacja konstytucji w 2020 r., cementująca system superprezydencki i centralizację władzy w Rosji, stanowiła impuls do ostatecznego demontażu autonomii lokalnej samorządności. Projekt ustawy gruntownie reformującej (a w istocie likwidującej) ten system złożono w grudniu 2021 r. Z uwagi na kontekst wewnątrzpolityczny (inwazja na Ukrainę, wybory prezydenckie w 2024 r. oraz oddolny opór) Putin podpisał ten akt prawny dopiero w marcu 2025 r.

Jednym z głównych założeń reformy było zniesienie dwustopniowego systemu municypalnego poprzez scalenie jednostek niższego szczebla w większe. Przykładowo w Kraju Krasnojarskim przed zmianami istniały 472 jednostki – 17 okręgów miejskich i 12 municypalnych, 32 rejony municypalne, 389 osiedli wiejskich i 22 miejskie. Potem zostanie ich zaledwie 39 – sześć okręgów miejskich i 33 municypalne.

Odgórny nakaz miał przyspieszyć już praktykowane przekształcenia – do czasu uchwalenia ustawy pod presją Kremla wdrożyło je 20 regionów (włączając terytoria okupowane na Ukrainie – tzw. Doniecką i Ługańską Republiki Ludowe, a od 2022 r. – obwody chersoński i zaporoski), co znalazło odzwierciedlenie w regularnie spadającej liczbie jednostek municypalnych.

W wyniku likwidacji niższego poziomu municypalnego może zniknąć nawet 99% wszystkich wybieralnych stanowisk w kraju. Nowa legislacja wywołała sprzeciw elit regionalnych i lokalnych (...), w którego obliczu Kreml poczynił pewne ustępstwa na ich rzecz. Dopuszczono możliwość decydowania o strukturze samorządowej przez władze regionalne – w 24 podmiotach federalnych zapowiedziano jedynie częściową reformę, a w kolejnych 17 zdecydowano się zachować stary model. Nie wiadomo jednak, czy utrzymanie dwupoziomowej organizacji będzie możliwe po roku 2035, kiedy zakończy się 10-letni okres przejściowy. Nie można wykluczyć, że Moskwa zmusi regiony do jeszcze szybszego wdrożenia zmian.

Reforma ingerowała nie tylko w strukturę samorządu, lecz także w podstawowe zasady jego organizacji wewnętrznej. Po jej wprowadzeniu głowy miejscowości, gdzie nie dochodzi do wyborów bezpośrednich, wyłania się na drodze konkursu nie z grona aplikujących, którzy przeszli uprzednią selekcję, lecz z listy przedstawionej przez gubernatora. System ten zmuszone są wprowadzić wszystkie stolice regionalne, co oznacza, że ostatnie cztery centra administracyjne wkrótce przestaną bezpośrednio wybierać swoich szefów.

Kandydatów mogą zgłaszać partie polityczne i regionalne organy przedstawicielskie, ale też organy szczebla federalnego, jak deputowani do Dumy Państwowej, Izba Społeczna FR czy Wszechrosyjskie Stowarzyszenie Rozwoju Samorządu Lokalnego (skupiające lokalne stowarzyszenia). Stwarza to ryzyko obsadzania lokalnych stanowisk urzędnikami niezwiązanymi z miejscową polityką. Praktykę tę stosowano do tej pory przede wszystkim na poziomie regionalnym.

Kreml już przygotowuje nowe kadry. W 2023 r. uruchomiono tzw. szkołę merów (przez analogię do istniejącej od 2017 r. tzw. szkoły gubernatorów) – program realizowany przez Rosyjską Akademię Gospodarki Narodowej i Administracji Publicznej przy Prezydencie FR oraz koordynowany przez Siergieja Kirijenkę, wpływowego pierwszego zastępcę szefa Administracji Prezydenta. Cztery edycje szkolenia ukończyło 321 osób, zajmujących wcześniej wysokie stanowiska lokalne i regionalne. Rotowanie takich „profesjonalnych menedżerów” pomiędzy poszczególnymi municypalitetami pozwoli Moskwie uniknąć sytuacji, w której szefowie samorządów zbytnio zrosną się z miejscowymi elitami biznesowymi i urzędniczymi.

Reformę systemu samorządowego oficjalnie tłumaczy się potrzebą zwiększenia efektywności jego działania i poprawy stanu jego finansów. W rzeczywistości służy ona jednak sukcesowi polityki Kremla obliczonej na konsolidację władzy. Prawne podporządkowanie władz miejscowych tym regionalnym, równoznaczne z objęciem ich ścisłym nadzorem Moskwy, wpisuje się w centralizacyjną logikę reżimu putinowskiego.

Faktyczna destrukcja samorządu terytorialnego umożliwia skuteczną demobilizację elektoratu miejskiego, stanowiącego tradycyjną bazę ruchów opozycyjnych, oraz znacznie osłabia potencjał oddolnego protestu i zmniejsza ryzyko wsparcia go przez tamtejsze elity. Wdrażane równolegle rozwiązania, takie jak digitalizacja administracji i upowszechnienie głosowania elektronicznego, zwiększają oddziaływanie Kremla na proces wyborczy w terenie i redukują zależność federalnego centrum od miejscowych urzędników.

Zacieśnienie kontroli nad szczeblem lokalnym premiuje putinowską partię Jedna Rosja, a jednocześnie ogranicza wpływy koncesjonowanej opozycji politycznej, która na poziomie municypalnym była dotychczas w stanie realnie przeciwstawiać się władzom (dotyczy to zwłaszcza Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej – KPFR), oraz niezależnych aktywistów. Konsekwencją scalania jednostek samorządowych jest m.in. korzyść w postaci równoważenia dysydenckich nastrojów w miastach za pomocą głosów mieszkańców mniejszych miejscowości, bardziej lojalnych wobec Moskwy.

Dzięki dominacji Jednej Rosji w samorządach Kreml będzie w stanie jeszcze skuteczniej manipulować wyborami gubernatorskimi za pomocą tzw. filtrów municypalnych oraz wykorzystywać tzw. zasoby administracyjne (np. głosy urzędników, pracowników sfery budżetowej i dużych przedsiębiorstw) do osiągania pożądanych wyników w głosowaniach do parlamentów regionalnych, do Dumy Państwowej czy w wyborach prezydenckich.

W ostatnich latach Moskwa podkreślała potrzebę zwiększenia samodzielności finansowej samorządów. Wydaje się jednak, że zmiany idą w przeciwnym kierunku. Municypalitety są w znacznym stopniu uzależnione od transferów międzybudżetowych (regionalnych i federalnych) – subwencji (na wsparcie realizacji określonych zadań delegowanych przez jednostki wyższego szczebla) oraz subsydiów i dotacji budżetowych – bez których nie byłyby w stanie pokrywać nawet swoich bieżących wydatków.

(...)

Zniesienie niższego poziomu municypalnego eliminuje niemal wszystkie wybieralne stanowiska w kraju. Bardziej eksponowane z nich często zajmowały osoby powiązane z regionalnymi elitami. Zmiany uderzyły zatem w interesy miejscowego aparatu urzędniczego i jego protektorów.

Szczególne niezadowolenie reforma wzbudziła w republikach narodowych, gdzie – mimo centralizacyjnej polityki Kremla – zjawisko klanowości (zespolenia się władz z aparatem urzędniczym i elitami gospodarczymi) zachowało się w największym stopniu. Sprzeciw względem niej publicznie wyrazili wpływowi przywódcy Tatarstanu – Rustam Minnichanow – i Baszkortostanu – Radij Chabirow. Za kompromisowymi poprawkami do ustawy opowiedział się przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin.

Oddolny opór elit okazał się względnie skuteczny – procedowanie aktu prawnego znacznie się opóźniło, zaś Moskwa, spotkawszy się z krytyką, złagodziła pierwotne zapisy ustawy i dopuściła pewne ustępstwa – okres przejściowy do 2035 r. i możliwość zachowania dwupoziomowego modelu samorządu w regionach. Utrzymanie zdobytych koncesji stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. Dotychczasowa dynamika centralistycznej polityki Putina sugeruje, że centrum będzie wywierało presję na pozostające przy starym systemie podmioty federalne, aby zaimplementowały nowe rozwiązania.

Zmiany napotkały też niechęć społeczeństwa. Co warte uwagi, akcje sprzeciwu zainicjowali nie mieszkańcy dużych miast, a ludność obszarów peryferyjnych, którą demontaż systemu samorządowego dotknie w największym stopniu. W protestach niekiedy wspierali ją lokalni urzędnicy i deputowani (zwłaszcza z ramienia KPFR).

Tłem dla oporu jest szybko postępująca degradacja mniejszych ośrodków miejskich (również tych położonych w rozwiniętych regionach). Obecnie w Rosji istnieje 1120 miast, z czego 70% stanowią te średnie i małe. W nieodległej perspektywie czasowej faktycznie zniknąć może 129 z nich, zamieszkanych przez blisko 3,5 mln ludzi. W ciągu ostatniej dekady ich populacja skurczyła się o ponad 300 tys. Przyczynami zapaści są m.in.: koncentracja wokół nieperspektywicznych gałęzi przemysłu (np. węglowego), odpływ młodych ludzi do wielkich aglomeracji, starzejąca się infrastruktura komunalna, niedorozwinięta sieć transportowa, zły stan miejscowej oświaty i ochrony zdrowia oraz brak odpowiednich inwestycji.

Przynajmniej część tych problemów wiąże się z zaledwie minimalną samodzielnością samorządu lokalnego i ze skupieniem życia gospodarczo-politycznego w regionalnych stolicach. W ramach tzw. optymalizacji w miejscowościach uznanych za „nieperspektywiczne” zamykane są obiekty użyteczności publicznej (przychodnie, szkoły, placówki pocztowe etc.), co jeszcze pogłębia wykluczenie społeczno-ekonomiczne miejscowej ludności.

Do największych akcji sprzeciwu doszło w geograficznie odległych od stolicy Republice Ałtaju i Kraju Krasnojarskim. Pod koniec czerwca 2025 r. w Gornoałtajsku w wiecu protestacyjnym uczestniczyło kilka tysięcy osób. Domagano się dymisji przysłanego przez Kreml gubernatora Andrieja Turczaka (byłego sekretarza rady generalnej Jednej Rosji). Mieszkańcy blokowali też drogi, a decyzję władz zaskarżono do republikańskiego sądu najwyższego (wniosek został odrzucony). Do mniej licznych demonstracji w Kraju Krasnojarskim w maju 2025 r. dołączyli z kolei lokalni urzędnicy i weterani inwazji na Ukrainę.

Nie można zapominać o lokalnym kontekście tych wystąpień. Utrzymująca się z hodowli bydła i turystyki Republika Ałtaju (gdzie żyje zaledwie 210 tys. osób, z czego ok. 70% na wsi) znajduje się w obliczu ekspansji wielkiego biznesu spoza regionu (w tym największego banku w Rosji – Sbierbanku), któremu zmiany ułatwią wykup gruntów. Sprzeciw wywołują również podnoszone co kilka lat plany połączenia republiki  z sąsiednim Krajem Ałtajskim.

W przypadku Kraju Krasnojarskiego decydujący okazał się czynnik geograficzny – region o powierzchni ponad 2,3 mln km² zamieszkiwany jest przez niecałe 3 mln ludzi. Odległości między miejscowościami są znaczne, a komunikacja między nimi – ograniczona. Ważną rolę odgrywa także tożsamość lokalna. Niezadowolenie wśród populacji Jenisejska, nazywanego „ojcem miast syberyjskich” (powstał w 1619 r.), wywołała wizja inkorporacji do okręgu miejskiego z centrum w powstałym w latach 70. XX wieku Lesosibirsku.

Odpowiedzią rządzących na demonstracje było przyspieszenie prac nad reformą samorządową (i przegłosowanie zmian w tajemnicy przed ludnością) oraz zastosowanie punktowych represji. Przekształcenia w oponujących przeciwko nich regionach przyjęto w swoim pierwotnym kształcie, z wyjątkiem okazjonalnych, drobnych ustępstw. Protesty społeczne, w przeciwieństwie do oporu ze strony elit, okazały się zatem bezskuteczne.

osw.waw.pl


Polska podjęła decyzję o szybkim wdrożeniu Meropsa kilka tygodni temu, w reakcji na wydarzenia w nocy z 9 na 10 września, kiedy 23 rosyjskie drony naruszyły naszą przestrzeń powietrzną. – Ten incydent oraz doświadczenia płynące z wojny w Ukrainie zmusiły nas do podjęcia działań wyprzedzających – tłumaczył obecny na pokazie gen. Stanisław Czosnek, zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Nie mogliśmy czekać na długotrwałe prace badawczo-rozwojowe. Potrzebowaliśmy rozwiązania, które sprawdziło się w boju i które można wdrożyć natychmiast – podkreślił generał.

Merops – system łączący radary, sensory optoelektroniczne i środki kinetyczne (antydrony) – jest obecnie wykorzystywany bojowo przez armię ukraińską. – Skuteczność w granicach dziewięćdziesięciu procent, potwierdzona w walce z rosyjskimi dronami typu Shahed, daje nam pewność, że to rozwiązanie spełni swoje zadanie także w Polsce – zaznaczył gen. Czosnek. Dodał, że sprzęt trafi w pierwszej kolejności do 16 i 18 Pułku Przeciwlotniczego, które odpowiadają za ochronę wschodniej granicy.

– Przy pomocy Amerykanów przeszkoliliśmy dwunastu instruktorów – ujawnił zastępca szefa SGWP. – Jest to wystarczająca liczba, żeby móc przygotować te pododdziały, które chcemy wyposażyć w Meropsa, już we własnym zakresie.

Kiedy jednostki Wojska Polskiego wyposażone w system antydronowy będą gotowe do działania? – Nastąpi to bardzo szybko – zadeklarował gen. Czosnek, zastrzegł jednak, że o konkretnych datach wolałby nie mówić.

Generał Czosnek zwrócił uwagę, że Merops jest rozwiązaniem pomostowym, tzw. gap fillerem, który zostanie wycofany, gdy polski przemysł obronny opracuje własne systemy. – Nie zależy nam na kupowaniu sprzętu, który będzie leżał na półkach. Technologie zmieniają się tak szybko, że musimy reagować elastycznie. Merops zabezpieczy nasze bieżące operacje kryzysowe, a równolegle rozwijamy własne rozwiązania – podkreślił.

polska-zbrojna.pl

poniedziałek, 17 listopada 2025



Papierosy są na Białorusi kilkakrotnie tańsze niż na Litwie. Legalnie eksportowane będą droższe z powodu wysokiej akcyzy. W ubiegłym roku paczka papierosów kosztowała na Białorusi w przeliczeniu przeciętnie 0,72 euro (ok. 3 zł), a na Litwie 4,46 euro (ok 18,80 zł). Nie płacąc akcyzy, można więc sporo zarobić na ich sprzedaży.

W tym roku litewska straż graniczna i służba celna skonfiskowały ponad 6 mln paczek papierosów z białoruskimi znakami akcyzy. Jak informuje Biuro, to prawie dwa razy więcej niż w całym poprzednim roku. Przemytnicy transportują papierosy ciężarówkami (na przykład kryjąc je pod ogórkami lub konserwami rybnymi) lub koleją (na przykład ukryte pod materiałem termoizolacyjnym, żwirem lub w obudowie).

W obliczu kryzysu migracyjnego Litwa początkowo zamknęła niektóre graniczne i zaczęła dokładniej kontrolować pojazdy. Obecnie prawie całkowicie zamknęła dwa ostatnie przejścia. Dodatkowo, jak zauważyłoBiałoruskie Centrum Śledcze, sankcje objęły towary, które często służyły jako przykrywka dla przemytu papierosów.

Przemyt papierosów powędrował innym szlakiem: powietrzem. Początkowo wykorzystywano drony, które mogły transportować niewielkie ilości. Jednak, jak powiedział w komentarzu dla Biura Antanas Montvydas, zastępca szefa Litewskiej Państwowej Straży Granicznej, drony są drogie, a ich utrata oznacza duże straty zysków.

Jakiś czas później, kontrabandowe papierosy zaczęły latać przyczepione do balonów: w tym roku litewscy strażnicy graniczni przechwycili około 550 balonów meteorologicznych i 51 dronów przemycających kontrabandę z Białorusi (w zeszłym roku liczba ta była trzykrotnie niższa). Około 28 proc. dronów i mniej więcej tyle samo balonów zostało zestrzelonych.

Od początku 2025 roku Państwowy Komitet Graniczny Białorusi podał do opinii publicznej informację o ponad 20 przypadkach zatrzymania obywateli Białorusi z balonami i dronami. Skonfiskowano 81 dronów, 88 balonów meteorologicznych, 359 butli z gazem, 98 nadajników GPS, 2 kamery termowizyjne, 10 telefonów komórkowych i 36 kart SIM należących do litewskich operatorów. W Grodnie odkryto nawet podziemny warsztat, w którym produkowano drony.

Istnieją jednak powody, by sądzić, że papierosy są przemycane na Litwę za zgodą, a nawet z pomocą straży granicznej.

Były przemytnik, z którym rozmawiało Biuro, twierdzi, że aby dołączyć do społeczności przemytniczej, trzeba „obracać się w pewnych kręgach”, gdzie jedni mają dostęp do fabryki tytoniu, aby kupować duże ilości, inni szukają możliwości przemytu produktu za granicę, a jeszcze inni szukają sprzedawców na Litwie.

– Po prostu muszą cię znać. Każdy szuka własnego sposobu na przemyt: niektórzy używają balonów, inni pociągów, inni samochodami, a jeszcze inni transportują towary w blokach przez granicę. Ludzie próbują zarobić – wyjaśnia były przemytnik.

Jak mówi, zarobione pieniądze były wcześniej przewożone przez granicę głównie w gotówce, ale teraz przemytnicy częściej używają do płatności kryptowalut.

Przemytnicy działają w przygranicznych rejonach białorusi ostrowieckim, werenowskim i grodzieńskim. Zazwyczaj poruszają się wzdłuż granicy samochodami. Butle z gazem do napełniania balonów meteorologicznych przewożą w samochodach. Po zapadnięciu zmroku wypuszczają balony w kierunku Litwy. Zazwyczaj balon może pomieścić trzy pudła papierosów – 1500 paczek.

Balon jest praktycznie niesterowalny i może przelecieć dziesiątki kilometrów od miejsca startu. Aby śledzić miejsce lądowania balonu, używa się lokalizatorów GPS i przedpłaconych kart SIM do przesyłania danych o lokalizacji (do 2025 roku litewskie karty SIM można było kupić bez dowodu tożsamości, co pozwalało zachować anonimowość). Według LRT około połowa kart SIM pochodzi z Litwy, a druga połowa z Polski i Łotwy. Przemytnicy mogą szybko zlokalizować papierosy za pomocą współrzędnych, ale straż graniczna czasami jest szybsza.

Po orzeczeniu sądu w Wilnie, Biuro dotarło do informacji o losach jednej z grup przemytniczych.

Dwa lata temu dwóch Białorusinów spotkało Litwina, gdy jechali na Litwę po samochody. Od tego czasu utrzymywali kontakt za pośrednictwem komunikatora Signal. Białorusini wielokrotnie proponowali Litwinowi dorobienie do pensji na sprzedaży papierosów. Długo odmawiał, ale ostatecznie zgodził się, ponieważ brakowało mu pieniędzy.

11 lutego, około godziny 21:00, Białorusini wypuścili w kierunku Litwy pięć balonów meteorologicznych z przyczepionymi do nich pudełkami papierosów. Balony wylądowały w pobliżu wsi Rakonys i Senasalis, 40 km od Wilna. Litwin znalazł pierwszą paczkę papierosów dwie godziny później, zabrał ją do domu i ukrył w budynku gospodarczym. Tej nocy odbył pięć kursów, zbierając 7 tys. paczek białoruskich papierosów. Zakończył o 6:30 rano 12 lutego.

Około godziny 12:00 zadzwonił do niego Białorusin i kazał mu czekać na kuriera, który miał odebrać papierosy i zapłacić mu 300 euro za każdą paczkę. Kurier nigdy nie dotarł; został zatrzymany przez straż graniczną. Litwin ostatecznie otrzymał grzywnę w wysokości 19,4 tys. euro.

Jak powiedział w komentarzu dla LRT Remigijus Burba, dowódca strażnicy Tribonys w pobliżu przejścia granicznego Beniakoni, jeszcze całkiem niedawno litewscy strażnicy graniczni widzieli i słyszeli napełnianie butli z gazem po stronie białoruskiej,. Strażnicy graniczni słyszeli „puff!” i startował jeden balon, potem drugi, potem trzeci…

Tej jesieni sytuacja się zmieniła. Wcześniej balony lądowały w pobliżu granicy. Teraz litewscy strażnicy graniczni nauczyli się przechwytywać ładunki w pobliżu granicy szybciej niż przemytnicy są w stanie je przewieźć. Według strażników granicznych zmusiło to przemytników do zmiany taktyki.

Obecnie znaczna ilość balonów z papierosami jest wypuszczana kilkadziesiąt kilometrów od granicy litewskiej. Balony są napełniane dużą ilością gazu, co pozwala im wznosić się znacznie wyżej, nawet do 11 km i lądować dalej od granicy. Aby utrudnić ich zauważenie, często wypuszczane balony są czarne.

Balony lądują więc tam, gdzie nie ma litewskich strażników granicznych ani funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, co oznacza, że ​​przemytnicy mają większą szansę na przejęcie ładunku zanim zrobią to służby. Dodatkowo balony docierają aż do Wilna i Kowna, zakłócając funkcjonowanie lotnisk.

Jednak balony meteorologiczne to nie jedyne obiekty latające szkodzące Europie: ostatnio trwa „epidemia” niezidentyfikowanych lotów dronów w pobliżu europejskich lotnisk i obiektów strategicznych.

Alaksandr Łukaszenka twierdzi, że Litwini sami wystrzelili balony meteorologiczne z kontrabandą z terytorium Białorusi. Mówił, że „ci ludzie są mu znani” i że jest ich około piętnastu. Tymczasem litewska straż graniczna zatrzymała w 2025 roku ponad 100 podejrzanych o przemyt – ta liczba jest odległa od kilkunastu, o których mówił Łukaszenka.

Zastępca dowódcy litewskiej Straży Granicznej Montvydas jest przekonany, że nikt na Białorusi nie mógłby wystrzelić tych balonów bez zgody straży granicznej i innych służb – jego zdaniem zostaliby zatrzymani i zamknięci. Nie ma na to jeszcze bezpośrednich dowodów, ale istnieją pośrednie sygnały:

– Biorąc pod uwagę skalę przemytu i poziom skomplikowania metod jego ukrywania (czasem wykorzystywany jest nawet sprzęt jak z fabryk), a nawet po prostu poziom tolerancji dla nielegalnej działalności, trudno zaprzeczyć istnieniu takich powiązań – powiedział w komentarzu dla Biura Gediminas Kulikauskas, główny specjalista wydziału kryminalnego litewskiej służby celnej.

Co więcej, jak zauważa były przemytnik, zdarzyło się, że wystrzelono jednocześnie 60 balonów i 180 pudeł papierosów – do przetransportowania takiej ilości przez granicę potrzebne byłyby co najmniej dwa lub trzy minibusy. Straż graniczna, jak twierdzi kontrabandysta, mogłaby zatrzymać taką grupę w strefie przygranicznej w ciągu 10-15 minut.

Dziennikarze Biuro Media twierdzą, że ​​białoruskie władze stworzyły co najmniej sprzyjające warunki do przemytu. Białoruś produkuje rocznie około 34 miliardów papierosów, czyli około 1,7 miliarda paczek, z czego tylko nieco ponad połowa jest sprzedawana na rynku krajowym i eksportowana. Pozostała część opuszcza Białoruś nielegalnymi szlakami. Litewscy celnicy najczęściej konfiskują tanie papierosy z fabryki tytoniu Nioman – wszystkie przesyłki z tej fabryki były kierowane przez spółkę Energo-Oil, kontrolowaną przez biznesmena Alaksieja Aleksina, który został objęty sankcjami Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych jako „portfel Łukaszenki”.

W 2020 roku, za zgodą rządu, Aleksin otworzył kolejną fabrykę tytoniu, Inter Tobacco. W 2021 roku produkcja papierosów na Białorusi była dwa razy większa niż krajowe spożycie. Co ciekawe, w tym czasie znacznie wzrosła ilość papierosów kontrabandowych skonfiskowanych przez litewskie służby celne. W 2019 roku przemycono 8,6 miliona paczek, w 2020 roku – 16,88 miliona, a w 2021 roku – 22,4 miliona. Zaczęły również rosnąć rozmiary partii przemycanych papierosów.

Według źródeł LRT, przemytnicy spodziewają się, że ich działalność się zwróci, jeśli uda im się przemycić z sukcesem dwie trzecie towaru. Montvydas potwierdza ten odsetek. Zauważa, że ​​Litwa raczej nie odnotuje wszystkich wystrzelonych balonów: część może odlecieć z powrotem na Białoruś, część do Polski. W rzeczywistości liczba balonów może być więc nawet trzykrotnie większa.

Aby zwiększyć zyski, drogie i lekkie drony zastąpiono balonami, które mogą unieść więcej i kosztują mniej mniej. Jednak koszt balonu i gazu do niego nie jest tak niski, aby można było je zignorować.

Białoruski chemik, analityk technologiczny i entuzjasta balonów meteorologicznych Siarhiej Biesarab zwrócił uwagę na wątpliwą opłacalność inwestycji. Aby unieść 1500 paczek papierosów, potrzebny będzie balon meteorologiczny o wartości prawie 900 białoruskich rubli (ok. 961 zł) i prawie siedem butli z helem; napełnienie balonu kosztuje 2133,34 rubla (ok. 2275 zł). Jeśli przemytnik kupi papierosy po 4 ruble (4,30 zł) za sztukę, cały zestaw, łącznie z papierosami i napełnionym balonem, będzie kosztował ponad 9000 rubli (ok. 9600 zł).

Paczka papierosów kupiona za 4 ruble z dostawą drożeje do 6 rubli. To 1,75 euro. Jeśli paczkę sprzeda się Litwinom za 3 euro, można zarobić 1875 euro (ok. 7925 zł) z partii 1500 paczek. Należy to jednak podzielić przez liczbę uczestników procederu (która raczej nie będzie liczyła tylko dwóch, choćby dlatego, że do trzymania balonu podczas napełniania potrzeba kilku osób), biorąc pod uwagę „straty operacyjne” balonów i ryzyko aresztowania.

Jeśli podzielimy kwotę 1875 euro z tych obliczeń przez liczbę pięciu uczestników operacji, otrzymamy 375 euro (ok. 1585 zł) na osobę za balon. Kwota jest podobna do tej, którą śledczy znaleźli w dokumentach sądowych: kurierowi po stronie litewskiej obiecano 300 euro (ok. 1270 zł) za każde pudło.

Balony można napełniać nie tylko drogim helem, ale także znacznie tańszym wodorem. Wodór jest jednak niebezpieczny: może eksplodować podczas napełniania, startu lub lądowania. Biełsat nie był w stanie znaleźć żadnych informacji o wybuchach wodoru powiązanych z przemytnikami. Biuro poinformowało Biełsat, że balony są najprawdopodobniej wypełnione helem, a nie wodorem: co w najmniej dwóch raportach białoruskiej straży granicznej dotyczących zatrzymania przemytników wspomniano o helu, ale nie o wodorze.

Nie można wykluczyć, że przemytnicy znaleźli tańsze źródła helu, balonów lub papierosów. Możliwe jednak, że jakiś czynnik znacznie zmniejszył ryzyko zatrzymania, przynajmniej po stronie białoruskiej.

belsat.eu