środa, 22 października 2025



Zarówno w przypadku Pokrowska, jak i Kupiańska, obserwujemy kolejny etap zdobywania przez Rosjan ukraińskich miast. Standardowo proces ten zaczyna się długim okresem walk na przedpolach, kiedy Ukraińcy - mimo rosyjskich prób okrążenia miasta i odcięcia zaopatrzenia - są w stanie powstrzymywać agresora przed uchwyceniem pozycji w zabudowaniach. Kiedy jednak obrońcy słabną, Rosjanie zaczynają infiltrować kolejne dzielnice i w walkach na krótkim dystansie wypierać Ukraińców. Jeszcze dość długo ukraińska obrona może utrzymywać nieliczne pozycje na skraju miasta, ale zwykle ich los jest przesądzony.

Aktualnie w przypadku obu wspomnianych wyżej miast jesteśmy na środkowym etapie. Rosjanie infiltrują centralne dzielnice Pokrowska i Kupiańska, które stały się ziemią niczyją, gdzie często dochodzi do chaotycznych walk na krótkich dystansach. Trzeba przyznać, że dojście do tego etapu trwało jednak długo. W przypadku Pokrowska nawet bardzo długo, bo nieco ponad rok. Rosjanie dotarli do jego przedmieść już na przełomie sierpnia i września 2024 roku. Ukraińcy zdołali jednak wówczas ustabilizować front, który przez następne pół roku prawie się nie ruszył. Sytuacja zaczęła się pogarszać wiosną, gdy Rosjanie odnieśli spore sukcesy na jego wschodniej flance, doprowadzając latem do częściowego okrążenia przy pomocy dronów. Stwarza to teraz sytuację, kiedy wszystkie drogi utwardzone i gruntowe na terenie nominalnie kontrolowanym przez Ukraińców, stają się zbyt niebezpieczne, by swobodnie poruszać się po nich samochodami. Znacząco ogranicza zdolność do zaopatrywania obrońców miasta, a co za tym idzie, ich skuteczność. Tego rodzaju działania nie prowadzą do natychmiastowego załamania, ale raczej "podduszania" obrony. Efekty narastają z czasem, co właśnie zaczynamy obserwować.

Choć Ukraińcom późnym latem udało się zablokować proces dalszego przebijania się Rosjan na tyły Pokrowska, to niemal równocześnie agresor zwiększył presję od frontu. Jeszcze we wrześniu ukraińscy albo proukraińscy twórcy map kontroli zaczęli zaznaczać południowe skraje miasta jako ziemię niczyją. Rosjanie na tyle często byli w stanie się tam zapędzać, że nie sposób było uznać je za pewnie kontrolowane przez Ukraińców. Ci mieli regularnie eliminować małe grupki infiltrujących rosyjskich żołnierzy, ale ponoszone w trakcie takich walk straty, połączone z atakami dronów, artylerii i lotnictwa, osłabiały też obrońców.

Efekt jest taki, że aktualnie część bardziej proukraińskich lub neutralnych twórców map zaznacza już prawie całą południową część Pokrowska jako ziemię niczyją, aż po dzielące miasto - mniej więcej na pół - tory kolejowe. Pojawiły się nawet nagrania z dronów, na których widać cywilów (w mieście pozostaje grupa ludzi odmawiających ewakuacji), postrzelonych podczas przeprawiania się przez nie z zapasami. Ukraińcy twierdzą, że to efekt działania jednej z grup Rosjan, którzy przeniknęli do centrum miasta. Mieli zostać już wyeliminowani, ale sam fakt jak daleko dotarli, świadczy o słabości obrony. Jednocześnie pojawiło się kilka nagrań pokazujących zasadzki Rosjan na ukraińskich żołnierzy prawie w centrum miasta i wymianę ognia na krótkich dystansach. Nawet Ukraińcy piszą, że sytuacja jest zła i gwałtownie się pogorszyła w ciągu ostatnich kilku tygodni.

(...)

Podobnie rozwijają się wydarzenia w położonym daleko na północy Kupiańsku. Ukraińcy odbili to miasto jesienią 2022 roku. Położone nad dużą - jak na ten region - rzeką Oskił, stanowiło bardzo ważny węzeł logistyczny dla znacznego odcinka frontu. Długo było bezpieczne. Rosjanie od 2023 roku łamali sobie zęby na ukraińskiej obronie stojącej dalej na wschód, po drugiej stronie rzeki. Na przełomie 2024 i 2025 roku zaczęli jednak przenikać przez najwyraźniej słaby odcinek obrony na północ od miasta, gdzie do Oskiłu przylega duży kompleks leśny. Z trudnościami i mozolnie, ale zbudowali sobie przyczółek po drugiej stronie rzeki, którego Ukraińcy nigdy nie zdołali zlikwidować. Postępy Rosjan były bardzo powolne, a intensywność walk relatywnie niska, na przykład w porównaniu z Pokrowskiem. Od zimy do końca lata zdołali dotrzeć od przyczółka na północ od Pokrowska, do przedmieść Kupiańska. Jednak kiedy już się tam znaleźli, to sytuacja zaczęła się pogarszać kaskadowo.

Na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy obrona miasta przeszła od etapu Rosjan na dalekich przedmieściach do Rosjan w centrum Kupiańska. Sytuacja przypomina to, co dzieje się w Pokrowsku. Przez nieszczelną ukraińską obronę przenikają coraz większe grupy rosyjskich żołnierzy, którzy zajmują pozycje w coraz dalszych budynkach. Aktualnie mają nie tyle okazjonalnie docierać do centrum, co według niektórych, wręcz już je kontrolować. Większość miasta nawet na najbardziej zachowawczych ukraińskich mapach przedstawiona jest już jako ziemia niczyja. Ogólnie sytuację w Kupiańsku sami Ukraińcy często określają jako chaotyczną i narzekają na brak adekwatnych przygotowań do obrony. Może w tym być sporo prawdy, skoro tutaj Rosjanie nawet nie musieli brać miasta w kleszcze i nie podduszali jego obrońców miesiącami, utrudniając im aprowizację. Zdołali się wbić do niego, atakując tylko z jednego kierunku i to na dość wąskim froncie, na dodatek mając za plecami prowizoryczne przeprawy przez rzekę.

Wolne od Rosjan pozostają tylko południowe przedmieścia i przemysłowa dzielnica po wschodniej stronie Oskiłu. Jak na tempo tej wojny, utrata miasta postępuje wręcz błyskawicznie. Bez istotnego wzmocnienia tego kierunku przez ukraińskie dowództwo, miasto może zostać ostatecznie stracone w ciągu miesiąca. Przełoży się to znacząco na sytuację w całej okolicy. Na wschód od Kupiańska Ukraińcy ciągle utrzymują znaczny obszar po drugiej stronie rzeki Oskił. Jest on zaopatrywany dzięki licznym prowizorycznym przeprawom na południe od miasta, ale jego utrata ułatwi Rosjanom ich atakowanie. Dodatkowo stworzy warunki do dalszego ataku wzdłuż rzeki, by jeszcze głębiej wejść za plecy Ukraińców. Można przypuszczać, że w perspektywie kilku miesięcy wymusi to ewakuację całego tego obszaru i cofnięcie się za Oskił.

Losy obu miast są symptomatyczne dla sytuacji na całym froncie. Ukraińcom skrajnie brakuje żołnierzy piechoty do obsadzania pierwszej linii obrony. W efekcie jest ona porowata, bo pomiędzy poszczególnymi punktami oporu znajdują się słabo dozorowane i chronione obszary. Punkty oporu są symbolicznie obsadzone i liczą zazwyczaj kilku ludzi, a Rosjanie - jeśli je wykryją - "zmiękczają" je bombami lotniczymi, dronami i artylerią. Analiza miejsc pojawiania się lejów stała się wręcz narzędziem do ustalania przebiegu linii frontu. Tam, gdzie spadają bomby, tam musi być skupiona uwaga Rosjan; kiedy zaczynają je zrzucać gdzieś dalej, oznacza to najprawdopodobniej zdobycie danej pozycji.

Głównym fundamentem obrony pozostają drony rozpoznawcze, które mają wykryć rosyjskie ataki i skierować na nie inne drony oraz artylerię. Dodatkowo dużą rolę odgrywają miny i - w przypadku rzadkich większych ataków przy pomocy ciężkich pojazdów - także rakiety przeciwpancerne. Generalnie chodzi o wykrwawienie i zatrzymanie Rosjan, zanim dotrą do efemerycznej faktycznej linii obrony. Ta strategia działa, jeśli chodzi o zadawanie agresorowi ciągłych znacznych strat i spowalnianie go. Nie działa jednak jeśli chodzi o zatrzymanie. Rosjanie mają znacznie więcej ludzi. Giną na dużą skalę, ale pozostający przy życiu docierają do ukraińskich pozycji lub za nie.

Ukraińcom pozostaje używać swoich skromnych rezerw do wzmacniania najbardziej krytycznych odcinków frontu, gdzie wyczerpanie i błędy brygad, które trzymają pierwszą linię, prowadzą do lokalnej zapaści. Tak jak to było latem na północ od Pokrowsk,a w rejonie miasta Dobrobilla. Rosjanie przebili się tam przez obronę, zaczęli gwałtownie iść naprzód, ale na miejsce skierowano specjalne oddziały szturmowe, które ustabilizowały sytuację i nawet lokalnie ich odrzuciły. Zabrakło jednak podobnych sił, by analogicznie zareagować na sytuację w Kupiańsku, czego skutki właśnie widzimy.

gazeta.pl

wtorek, 21 października 2025



Ukraińskie źródła potwierdziły opanowanie przez siły agresora centrum Kupiańska. Grupy rosyjskich żołnierzy podejmują próbę wkroczenia do jego południowej części. Będą najprawdopodobniej dążyły do dalszych postępów na południe wzdłuż rzeki Oskoł w celu przejęcia kontroli nad ważnym węzłem kolejowym Kupianśk-Wuzłowyj. Przebiegająca tam trasa kolejowa łączy od północy Wałujki w obwodzie biełgorodzkim FR – stanowiące ważny punkt zaplecza dla armii rosyjskiej – z położonym na południe Swiatohirśkiem i dalej z Siewierskiem oraz Słowiańskiem, Kramatorskiem i Konstantynówką. Opanowanie węzła Kupianśk-Wuzłowyj nie tylko odcięłoby możliwości zaopatrzenia sił obrońców na prawym brzegu rzeki Oskoł, lecz także znacznie poprawiło zdolności logistyczne i aprowizacyjne wojsk rosyjskich potrzebne do ofensywy na dotychczas nieokupowaną część obwodu donieckiego.

Przeciwnik kontynuuje działania zaczepne na kierunku pokrowskim, który pozostaje głównym teatrem działań. Rosyjskim grupom szturmowym udało się uzyskać postępy na zachód od Nowoekonomicznego do wschodnich przedmieść Myrnohradu oraz na południe od Zbiornika Senianskiego aż po Kozaćke.

Pokrowsk podlega uporczywym próbom przenikania do miasta małych grup dywersyjnych, od południa i od południowego zachodu (obszar na linii Kotłyne – Łeontowyczi – Trojanda – Czunyszyne). Ich celem jest znalezienie luk w linii obrony. Według relacji ukraińskich jednostek kilku żołnierzom armii wroga udało się przeniknąć do centrum miasta, zabić kilku cywilów i zająć budynek dworca kolejowego, gdzie następnie mieli zostać zlikwidowani.

Taktyka wroga świadczy o tym, że Rosjanie najwyraźniej nie chcą podjąć frontalnego szturmu Pokrowska, tak jak wcześniej Bachmutu i Awdijiwki, ponieważ wiązałoby się to ze znacznymi stratami. Zamiast tego agresor stara się doprowadzić do przecięcia ostatnich dróg zaopatrzenia, prowadząc natarcie na zachód od miasta w kierunku szosy Pokrowsk–Pawłohrad oraz na północ w kierunku Dobropola. Natarcia w rejonie Myrnohradu i południowej części Pokrowska służą jako działania pomocnicze mające na celu związanie sił i środków obrońców.

Głównodowodzący sił ukraińskich generał Ołeksandr Syrski oświadczył, że wiosenno-letnia ofensywa armii rosyjskiej została skutecznie powstrzymana przez siły ukraińskie. Syrski stwierdził także, że „za cenę ogromnych strat przeciwnik osiągnął jedynie niewielkie postępy”. Jego oświadczenie zbiegło się z oceną rosyjskich strat dokonanych przez „The Economist”. W okresie od stycznia do 13 października br. wzrosły one względem lat 2022–2024 o prawie 60%. Od wybuchu pełnoskalowej wojny liczba ofiar rosyjskich miała wynieść od 984 tys. do 1 mln 148 tys., z czego od 190 tys. do 480 tys. poległych. Tygodnik ocenia też, że biorąc pod uwagę tempo ofensywy z ostatniego miesiąca, zajęcie pozostałego obszaru obwodów ługańskiego, donieckiego, chersońskiego i zaporoskiego zajęłoby Rosji kolejne cztery lata, zaś okupacja całości terytorium Ukrainy aż 103.

Armia rosyjska kontynuuje ataki powietrzne na obiekty infrastruktury energetycznej Ukrainy. 15 października doszło do kombinowanych dronowo-rakietowych uderzeń w obwodzie dniepropetrowskim (w Pawłohradzie i Kamieńskiem), czernihowskim (m.in. w Czernihowie i Niżynie), sumskim (m.in. w Sumach) oraz charkowskim (celem były m.in. obiekty infrastruktury wydobycia gazu), w wyniku czego na znacznych obszarach Ukrainy doszło do wyłączeń prądu. 16 października zaatakowane zostały z kolei obiekty energetyczne w obwodzie połtawskim i w Krzywym Rogu, składy kolejowe w Czernihowie oraz Muzeum Krajoznawcze i Dom Kultury w Chersoniu.

18 października celami ataków były Zaporoże, Sumy, Charków (jeden z dronów uderzył w akademik) oraz obiekty infrastruktury energetycznej w obwodzie czernihowskim (w rezultacie bez prądu pozostaje ponad 55 tys. abonentów). 19 października ponownie zaatakowano infrastrukturę energetyczną w obwodach czernihowskim i chersońskim oraz infrastrukturę kolejową w obwodzie sumskim.

W nocy z 20 na 21 października celami ataków były dzielnica przemysłowa Charkowa, obiekty energetyczne w obwodach czerkaskim, czernihowskim i dniepropetrowskim. Ogółem według Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy w okresie od 14 do 21 października agresor użył 887 różnego typu dronów uderzeniowych, w tym 550 bezzałogowców typu Shahed, siedmiu kierowanych rakiet X-59, 31 rakiet balistycznych Iskander M/KN-23 i dwóch manewrujących Iskander-K, dwóch pocisków hipersonicznych Kindżał, siedmiu rakiet S-300 oraz dziewięciu nieokreślonych typów. 197 rosyjskich bezzałogowców trafiło w cel, zaś obrona przeciwlotnicza unieszkodliwiła zaledwie 616 dronów i pięć rakiet.

Rosja przeprowadziła masowy atak na kopalnię węgla należącą do holdingu DTEK w obwodzie dniepropetrowskim. Pod ziemią przebywało wówczas 192 pracowników kopalni, którym ostatecznie udało się wydostać na zewnątrz. Był to już czwarty z rzędu atak na obiekty DTEK w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.

(...)

Sztab Generalny SZU poinformował, że w nocy z 15 na 16 października ukraińskie drony uderzyły w należącą do koncernu Rosnieftʹ rafinerię w Saratowie. Gubernator obwodu potwierdził atak, ale według Ministerstwa Obrony FR zestrzelono wszystkie 12 bezzałogowców. Strona rosyjska nie powiadomiła o żadnych zniszczeniach. Dzień później ukraińskie drony miały trafić w należącą do koncernu Łukoil rafinerię w miejscowości Kstowo w obwodzie niżnonowogrodzkim. Nie potwierdzono jednak skutków także i tego uderzenia.

W nocy z 16 na 17 października wojska rosyjskie prawdopodobnie zestrzeliły własny samolot Su-30SM podczas odpierania ataku ukraińskich bezzałogowców na Krymie. Drony uderzyły w skład paliw należący do sieci stacji benzynowych Atan w miejscowości Gwardiejskoje pod Symferopolem.

W nocy z 18 na 19 października ukraińskie drony uderzyły w rosyjską infrastrukturę naftową w obwodach samarskim i orenburskim. Sztab Generalny SZU poinformował, że celem ataku były rafinerie ropy naftowej w Nowokujbyszewsku w obwodzie samarskim oraz zakład przetwórstwa gazu ziemnego w Orenburgu. Według Agencji Reutera w Nowokujbyszewsku wstrzymano pracę dwóch instalacji, a ich naprawa może potrwać do początku listopada. Z kolei w Orenburgu czasowo wstrzymano przyjmowanie gazu z Kazachstanu.

osw.waw.pl

poniedziałek, 20 października 2025



Oficer ukraińskiej brygady działającej w kierunku Siwierska poinformował 17 października, że siły rosyjskie atakują wyłącznie pieszo w małych grupach piechoty przy wsparciu dronów i artylerii, zamiast atakować na motocyklach. Ukraiński oficer oświadczył, że siły rosyjskie dostosowały obecnie taktykę izolowania ukraińskich pozycji obronnych poprzez zakazanie ich logistyki.

understandingwar.org

niedziela, 19 października 2025



Podczas ostatniego spotkania w Waszyngtonie prezydent USA Donald Trump nakłaniał ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego do przyjęcia warunków Rosji, ostrzegając, że Władimir Putin zapowiedział "zniszczenie" Ukrainy, jeśli nie wyrazi ona na nie zgody - poinformował w niedzielę portal dziennika "Financial Times".

Brytyjski dziennik podał, powołując się na osoby zaznajomione z przebiegiem wydarzeń, że piątkowe spotkanie prezydentów w Białym Domu wielokrotnie przeradzało się w "krzykliwą wymianę zdań", podczas której Trump "przez cały czas przeklinał".

Źródła "FT" twierdzą, że prezydent USA odrzucał mapy linii frontu na Ukrainie, nalegał, aby Zełenski oddał Putinowi cały Donbas. Miał też wielokrotnie powtarzać - co do słowa - argumenty, które rosyjski przywódca przedstawił mu podczas rozmowy telefonicznej w czwartek i to nawet jeśli były one sprzeczne z jego własnymi niedawnymi wypowiedziami na temat słabości Rosji - poinformowali europejscy urzędnicy zaznajomieni z przebiegiem spotkania.

Chociaż stronie ukraińskiej ostatecznie udało się przekonać Trumpa do poparcia zamrożenia obecnych linii frontu, to jednak tak burzliwe spotkanie wydaje się odzwierciedlać zarówno niestabilność stanowiska prezydenta USA w sprawie wojny jak i jego gotowość do poparcia maksymalistycznych żądań Putina - podkreślił dziennik.

Zełenski i jego zespół udali się do Białego Domu z nadzieją, że przekonają Trumpa do dostarczenia Ukrainie dalekosiężnych pocisków manewrujących Tomahawk, ale prezydent USA ostatecznie odmówił tej prośbie.

Według europejskiego urzędnika posiadającego wiedzę na temat spotkania, Trump oświadczył, że ukraiński przywódca musi zawrzeć porozumienie. Amerykański prezydent powiedział Zełenskiemu, iż przegrywa wojnę, ostrzegając: "Jeśli (Putin) tego zechce, zniszczy cię".

W pewnym momencie prezydent USA odrzucił na bok mapy pokazujące przebieg linii frontu na Ukrainie - powiedział urzędnik. W wyemitowanym w niedzielę wywiadzie dla stacji Fox Business, Trump oświadczył, że jest przekonany o możliwości zakończenia konfliktu i dodał, że Putin zdobył pewne terytoria na Ukrainie.

W czwartek Putin złożył Trumpowi nową ofertę, zgodnie z którą Ukraina miałaby oddać kontrolowane przez siebie tereny w Donbasie w zamian za niewielkie obszary dwóch południowych regionów przyfrontowych - chersońskiego i zaporoskiego. Propozycja ta była niewielkim ustępstwem w stosunku do poprzedniej oferty, przedstawionej podczas spotkania Putina z Trumpem na Alasce w sierpniu - przypomniał "Financial Times".

Jednak oddanie pozostałej części Donbasu, która nadal znajduje się pod kontrolą Ukrainy jest dla Kijowa nie do przyjęcia, ponieważ oznaczałoby to przekazanie Rosji terytorium, którego nie udało się jej zdobyć pomimo wysiłków podejmowanych od czasu rozpoczęcia przez Putina inwazji na pełną skalę w 2022 roku.

Siły rosyjskie walczą o utrzymanie terenów w obwodach chersońskim i zaporoskim, które Putin zaoferował w zamian, i od 2022 r. nie osiągnęły tam praktycznie żadnych postępów na polu walki - podkreślił "FT".

- Oddanie (Donbasu) Rosji bez walki jest nie do przyjęcia dla społeczeństwa ukraińskiego i Putin o tym wie - powiedział Ołeksandr Mereżko, przewodniczący komisji spraw zagranicznych ukraińskiego parlamentu. Dodał, że Putin może forsować tę kontrowersyjną koncepcję "w celu wywołania podziałów na Ukrainie i osłabienia naszej jedności". - Nie chodzi o zdobycie większego terytorium dla Rosji, chodzi o to, jak zniszczyć nas od wewnątrz - wyjaśnił deputowany.

Fakt wykorzystania przez Trumpa argumentów Putina zniweczył nadzieje wielu europejskich sojuszników Ukrainy, sądzących, że prezydenta USA da się przekonać do silniejszego wsparcia dla Kijowa - ocenił dziennik.

Trzech innych europejskich urzędników poinformowanych o rozmowach w Białym Domu potwierdziło, że Trump spędził większość spotkania pouczając Zełenskiego, powtarzając argumenty Putina dotyczące konfliktu i nakłaniając go do przyjęcia rosyjskiej propozycji.

Jeden z europejskich urzędników, z którymi rozmawiał "FT", ocenił, że po spotkaniu Zełenski wydawał się być pesymistycznie nastawiony. Urzędnik stwierdził również, że europejscy przywódcy "nie byli optymistyczni, ale pragmatyczni w planowaniu kolejnych kroków".

W niedzielnym oświadczeniu Zełenski powiedział, że "konieczne są zdecydowane działania ze strony Stanów Zjednoczonych, Europy, krajów G20 i G7", aby zakończyć wojnę - poinformował "Financial Times". 

PAP

sobota, 18 października 2025



"Spotkanie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim było bardzo interesujące i serdeczne, ale powiedziałem mu, tak jak z całą stanowczością zasugerowałem prezydentowi Putinowi, że czas powstrzymać zabijanie i zawrzeć UKŁAD!" - napisał Trump na portalu społecznościowym Truth Social. "Dość już przelano krwi, granice posiadania zostały wyznaczone przez wojnę i krew. Powinni się zatrzymać tam, gdzie są. Niech obie strony zadeklarują zwycięstwo, niech zadecyduje Historia!" - dodał Trump.

Prezydent USA wezwał do zaprzestania zabijania i wydawania "niemożliwych do utrzymania sum pieniędzy". "Tysiące ludzi jest masakrowanych każdego tygodnia - KONIEC Z TYM, WRACAJCIE DO DOMU DO SWOICH RODZIN W POKOJU!" - zaznaczył.

Pytany o ten wpis prezydenta USA podczas konferencji prasowej po spotkaniu w Białym Domu, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że zgadza się z jego zdaniem, lecz zaznaczył, że przeszkodą w tym jest Putin, a nie on. Zełenski sugerował przy tym, że zgadza się, iż Ukraina odniosła sukces, powstrzymując agresję o wiele większego sąsiada.

- Prezydent (Trump) ma rację, powinniśmy zatrzymać się tam, gdzie jesteśmy, a potem rozmawiać. Inne zespoły mogą spotkać się i zdecydować, co zrobić, jak podjąć prawdziwe kroki prowadzące do prawdziwego pokoju, sprawiedliwego i trwałego pokoju (...) Ale między nami, tu chodzi o Putina, bo nie my zaczęliśmy tę wojnę - skwitował ukraiński prezydent.

PAP

piątek, 17 października 2025



Niemieckie Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło komentarza w sprawie nieudzielenia przez polski sąd zgody na ekstradycję Wołodymyra Ż. podejrzanego o dokonanie eksplozji gazociągów Nord Stream. Natomiast minister spraw zagranicznych Johann Wadephul powiedział dziennikarzom podczas pobytu w Ankarze jedynie, że szanuje decyzję polskiego sądu. - Kiedy zapadają decyzje sądowe, zwłaszcza w innych krajach, nie jest zadaniem władzy wykonawczej ingerować w te sprawy - powiedział Wadephul.

Z kolei w Schwerinie, w piątek 17 października, przed komisją śledczą parlamentu krajowego Meklemburgii-Pomorza Przedniego budowy gazociągów bronił były kanclerz Niemiec, a później szef zarządu Nord Stream 2 Gerhard Schröder. Powiedział on, że chodziło o uniezależnienie niemieckiego zaopatrzenia w energię od energii jądrowej i węglowej oraz o pozyskiwanie gazu ziemnego z Rosji "po rozsądnych cenach". Według Gerharda Schrödera nie było powodu, aby odstępować od "sprawdzonej współpracy", którą jego poprzednicy na stanowisku kanclerza Niemiec nawiązali z Rosją w zakresie polityki energetycznej.

Sprzeciwy wobec budowy rurociągu przez Morze Bałtyckie, na przykład ze strony Polski, "nie interesowały mnie" - wyjaśnił polityk SPD. Rurociąg został zaprojektowany w ten sposób, "ponieważ nie chcieliśmy interwencji innych krajów".

Schröder nazwał ówczesną współpracę gospodarczą z Rosją "polityką pokojową" i według niego tak należy ją nazywać również dzisiaj. Schröder uzasadnił również utworzenie przez rząd kraju związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie w 2021 r. fundacji na rzecz ochrony klimatu. Fundacja miała między innymi zabezpieczyć ukończenie budowy gazociągu Nord Stream 2 za pomocą potajemnych transakcji, ponieważ firmy zaangażowane w projekt były rzekomo zagrożone sankcjami ze strony USA. Fundacja otrzymała 20 milionów euro od konsorcjum Nord Stream i według Schrödera "służyła kontynuacji projektu bez obawy przed sankcjami ze strony Stanów Zjednoczonych".

(...)

Poza ogólnymi ocenami dotyczącymi rurociągu i fundacji klimatycznej 81-latek nie udzielił konkretnych odpowiedzi na pytania posłów. Wielokrotnie powtarzał, że nie pamięta. Niektóre pytania określił jako "absurdalne" lub "nieistotne". W pewnym momencie zwrócił się do przewodniczącego komisji Sebastiana Ehlersa z CDU z pytaniem: "Czy może pan położyć kres tym bzdurom?". Inne pytania reinterpretował i próbował odpowiadać na nie z humorem. Zaprzeczył na przykład, jakoby miał wpływ na politykę zagraniczną USA. - Gdyby było na odwrót, polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych wyglądałaby inaczej - powiedział były kanclerz.

gazeta.pl


Stefan Schocher: W pewnym sensie amerykańsko-europejskie stosunki sprowadzają się do słynnego numeru telefonu, pod który Waszyngton nie może zadzwonić, gdy potrzebuje Europy.

Meaghan Mobbs, jedna z centralnych postaci obozu MAGA [...], zagorzała republikanka, córka specjalnego wysłannika USA ds. Ukrainy, gen. Keitha Kellogga: Tak i nie. Uważam, że w pewnym sensie wykazujemy większą jedność niż wcześniej. Ostatecznie europejscy przywódcy państw i rządów przybyli wspólnie do Waszyngtonu, aby pokazać światu, co się dzieje, gdy Europa i Stany Zjednoczone współpracują. Być może UE jest mozaiką różnych osobowości i państw narodowych. Ale wszyscy połączyli się w niezwykły sposób. Wszyscy swoją obecnością dali wyraz pragnieniu wspólnej polityki. I niezależnie od tego, co ich tam sprowadziło, wynik jest dokładnie tym, do czego powinien dążyć każdy, kto wierzy w relacje transnarodowe lub w wolną, suwerenną Ukrainę.

onet.pl\Die Welt


- Dla tych, którzy nie wiedzą czym jest tradycjonalizm Genona — o czym należy wspomnieć i jaki ma to związek z Duginem?

Jest to ezoteryczna filozofia pochodzenia francuskiego, rozwinięta przede wszystkim przez Rene Genona na początku XX w. Opiera się na przekonaniu o istnieniu czegoś, co Genon nazywał "tradycją pierwotną". Miało być to coś uniwersalnego, co istniało w najwcześniejszych kulturach. Według tradycjonalizmu to coś jest wspólną podstawą dla wszystkich religii i cywilizacji. Dlatego mówi się o "tradycji" — nie w rozumieniu zwykłego konserwatyzmu, ale jako pierwotnego rdzenia, który należy odtworzyć.

Idea ta istnieje od dawna, lecz tradycjonalizm łączy ją z głęboką krytyką współczesności. Skąd ta krytyka? Bo według tradycjonalistów, w okresie między początkami renesansu a Wielką Rewolucją Francuską [lata 1789–1799] z "tradycją" utracono kontakt. W efekcie ludzie coraz bardziej skupili się na sprawach — z punktu widzenia tradycjonalizmu — wtórnych: technologicznym rozwoju, rzekomym ideałom takim jak równość ludzi (co dla tradycjonalistów jest iluzją), demokracja (która w ich oczach nie istnieje w ogóle).

- A Dugin proponuje wersję tradycjonalizmu, w której prawosławie — a konkretnie prawosławie rosyjskie, a nie np. greckie — jest kulturą najbliższą tej "tradycji"?

Dokładnie. To jest kluczowa zmiana, którą wprowadził do teorii tradycjonalizmu. U Genona tradycja mogła być odnaleziona na Wschodzie ("Orient") — dziś nazywanym Bliskim i Dalekim Wschodem — lub w hinduizmie czy islamie. Dugin natomiast, mówiąc o "Wschodzie", ma na myśli cywilizację rosyjską. W jednej ze swoich prac stwierdził, że prawosławie rosyjskie ucieleśnia "tradycję".

(...)

- A skąd bierze się tak wielka rozbieżność w ocenach wpływu Dugina między rosyjskimi a zachodnimi obserwatorami?

To cecha ludzka: jeśli ktoś nas krytykuje, często w pierwszej kolejności szukamy winy w nim, a nie w sobie. Dlatego zachodni dziennikarze często szukają wyjaśnienia, które nie zakłada, że to Zachód popełnił błąd — mówią wtedy: winny jest rosyjski filozof. Choć uważam, że do tanga trzeba dwojga: konflikt wymaga zaangażowania obu stron.

Natomiast rosyjscy dziennikarze nie potrzebują Dugina. Czasem przytaczają jego myśli, by interpretować stanowisko Zachodu. W każdym razie dziś jego idee są tak rozpowszechnione, że trudno stwierdzić, czy ludzie czerpią je bezpośrednio od niego.

- Jeśli chodzi o te "idee", to ma pan na myśli krytykę liberalizmu?

Tak, ale przede wszystkim krytykę nowoczesności, współczesności, a co za tym idzie całej cywilizacji zachodniej. Dugin robi coś takiego: najpierw adaptuje definicję Wschodu i ezoteryki do realiów rosyjskich, a potem włącza perspektywę geopolityczną. Mówi: nowoczesność to Zachód, tradycja to Wschód. To generuje konflikt cywilizacyjny — apokaliptyczny spór między Wschodem i Zachodem.

Jedna z jego najważniejszych idei polega na twierdzeniu, że po rozpadzie Związku Radzieckiego wszyscy myśleli, że będą żyli w zgodzie. Tak się jednak nie stało, bo między Wschodem a Zachodem istnieje nieunikniony konflikt cywilizacyjny.

(...)

- Czego rosyjskie państwo potrzebuje od Dugina i co on sam z tego ma?

Zacznę od niego. Ma z tego platformę i wsparcie. Chwilowo utracił je w 2014 r. po słowach "Ukraińców trzeba zabijać, zabijać i zabijać, mówię to jako profesor". Teraz wrócił do łask i prawdopodobnie ktoś go finansuje. Konferencja Forum Przyszłości 2050 bez wątpienia kosztowała niemało, a zapłacił za nią sam.

A co rosyjskie państwo zdobywa dzięki Duginowi? Przez lata był kontaktem z europejską skrajną prawicą — pomagał finansowo np. [szefowej frakcji parlamentarnej francuskiego skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine] Le Pen. Wpływy Dugina za granicą świetnie wpisują się w tę strategię. Uważam, że nadal tak jest. Dugin to też skuteczny mówca i wygląda na to, że cenią go sobie także ludzie z otoczenia Donalda Trumpa.

(...)

- A nie uważa pan, że Dugin to po prostu wygodny eksport soft power ("miękkiej", kulturowej siły wpływu) — fasada "rosyjskiej cywilizacji" dla europejskiej i amerykańskiej skrajnej prawicy — podczas gdy ważniejsi dla tej koncepcji myśliciele pozostają na Zachodzie mniej znani?

Bez wątpienia eurazjatyzm [czyli ideologia rosyjskiej jedności kontynentalnej] istnieje od dawna i nie sprowadza się tylko do Dugina. Ale jego zasługą jest to, że tchnął nowe życie w tę starą część rosyjskiej myśli, dodając do niej elementy Genona. Oprócz tego Dugin, w odróżnieniu od reszty myślicieli mówi po francusku, hiszpańsku, angielsku i portugalsku. W wywiadach prezentuje się świetnie.

- Dlaczego zachodni ultrakonserwatyści popierają Dugina, skoro jego wizja "rosyjskiej" lub "eurazjatyckiej cywilizacji" uznaje za wroga właśnie cywilizację zachodnią?

Jest to ważny paradoks, szczególnie dziś, gdy konflikt między Rosją a Zachodem narasta. Logika ultrakonserwatywnych środowisk zachodnich jest taka: trzeba wrócić do podstaw ich wspólnej ideologii, czyli tradycjonalistycznej krytyki współczesności. Prawicowiec w Stanach Zjednoczonych nie mówi: "Jestem patriotą amerykańskim, więc kocham Putina". Mówi: "Jestem patriotą, cenię tradycję i gardzę nowoczesnością. Kto dziś broni tradycji? Putin!"

- Na początku lat 2000., pisząc o tradycjonalizmie, mówił pan, że tradycjonaliści z perspektywy większości Amerykanów czy Europejczyków wyglądali jak szaleńcy. Myślę, że niewiele się zmieniło.

Rzeczywiście, niewiele.

onet.pl\Meduza


"Sprawa ta ma niezwykle emocjonalny kontekst polityczny. A polityka nie jest domeną sądów, a polityków. Niezależnie od poglądów sądu na ten temat, odcinając się od wszelkich tematów politycznych, kwestie te nie zostały poddane ocenie w tym postępowaniu" - rozpoczął uzasadnianie postanowienia sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie Dariusz Łubowski.

Sędzia Łubowski zaznaczył, że właściwość sądów ogranicza się wyłącznie do oceny aspektów prawnych sprawy. 

- W sprawie należało ocenić, czy opisany w ENA czyn stanowi przestępstwo w rozumieniu prawa polskiego i nie zachodzą okoliczności prawne wyłączające odpowiedzialność karną ściganego - usłyszeli zgromadzeni w sali rozpraw.

Sędzia przypomniał, że czyn, za który ścigany jest Ukrainiec, został dokonany w trakcie trwającej od 2014 roku "krwawej i ludobójczej napaści Rosji na Ukrainę". - Należy przypomnieć, że tylko w latach 2014-2021 poległo kilkanaście tysięcy rosyjskich żołnierzy, zatem wojna nie zaczęła się w 2022 roku - mówił Łubowski.

"A jaka to jest wojna z punktu widzenia Ukrainy?" - postawił pytanie sędzia i kontynuował: - Czy działania militarne mieszczą się w kategorii wojny sprawiedliwej? Sięgnąć należy do fundamentów prawa międzynarodowego i prawa wojny. Przypomnieć trzeba prawną koncepcję wojny sprawiedliwej.

Sędzia Łubowski powoływał się na historyczne opracowania, uznające wojnę za ostateczność, a jej prowadzenie słuszne tylko w obronie obrony ojczyzny i zaprowadzenia pokoju. 

Wszystkie te warunki niewątpliwie spełnia Ukraina w walce z rosyjską agresją i ludobójstwem. Ukraińscy żołnierze i wszyscy działający w ramach Sił Zbrojnych Ukrainy, także sił specjalnych, albo na zlecenie sił specjalnych, nie mogą być uznawani za terrorystów i sabotażystów, albowiem realizując wszelkimi sposobami cel, jakim jest obrona ich ojczyzny, osłabiają wroga. Wysadzenie infrastruktury krytycznej dowolnego państwa w czasie pokoju przez wrogie służby czy grupy terrorystyczne są sabotażem, natomiast tego rodzaju działania podejmowane w czasie wojny, ale wojny sprawiedliwej, obronnej, na infrastrukturze krytycznej agresora, nie są sabotażem, a działaniem militarnym o charakterze dywersji, które w żadnym razem przestępstwami być nie mogą. – powiedział orzekający w tej sprawie sędzia.

Sędzia Łubowski powiedział wprost: jeżeli to Ukraina i jej siły specjalne zorganizowały wysadzenie Nord Stream, to jej działania nie były bezprawne. 

- Przeciwnie, były uzasadnione, racjonalne i sprawiedliwe. Działanie w ramach wojny sprawiedliwej należy uznać za kontratyp wyłączający odpowiedzialność karną. Ściganemu przysługuje tzw. immunitet funkjonalny, który przysługuje w związku z działaniem w imieniu państwa ukraińskiego i nie ustaje wraz z zakończeniem funkcji. Czyn ten, ze względu na swój urzędowy charakter, przypisany może być jedynie państwu ukraińskiemu, na rzecz którego działał - dodał sędzia.

Sąd uznał, że jeśli to rzeczywiście Ukraina była organizatorem tego aktu dywersji, to wyłącznie państwo ukraińskie, a nie Wołodymyr Ż., może ponosić odpowiedzialność za to zdarzenie.

W ocenie Łubowskiego, gazociągi Nord Stream 1 i 2 należy uznać za infrastrukturę krytyczną wroga Ukrainy - Rosji. 

- W konsekwencji zniszczenie tych rosyjskich gazociągów i pozbawienia miliardów euro wypłacanych przez Niemcy za pompowany nimi gaz, miało głęboki sens militarny. Bo osłabiło potencjał zbrojny Rosji. Pośrednio państwo niemieckie, kupując gaz z Rosji i transferując miliardy euro w czasie już pełnoskalowej agresji militarnej i znanych już przed tym zdarzeniem, także stronie niemieckiej, aktów ludobójstwa dokonanych przez Rosję na ukraińskiej ludności cywilnej, państwo niemieckie współfinansowało tę agresję. Zachowanie Niemiec było z tego punktu widzenia wrogie wobec Ukrainy - powiedział sędzia Dariusz Łubowski.

Dodał, że oba gazociągi są własnością państwa wrogiego Ukrainie, czyli Rosji. W ocenie sędziego Łubowskiego, poważne wątpliwości budzi również sam niemiecki wniosek - gdyż prawo Niemiec ściśle wskazuje na to, jakie przestępstwa mogą być ścigane i gdzie miałyby być popełnione. W większości niemiecki kodeks karny może być stosowany do czynów popełnionych jedynie na terytorium Niemiec lub na niemieckich statkach wodnych, co w tym przypadku nie miało miejsca, bo zdarzenie działo się na wodach międzynarodowych.

"Niezależnie od tego, kto dokonał wysadzenia gazociągów Nord Stream 1 i 2, to o ile działał w ramach sprawiedliwej wojny obronnej na rzecz Ukrainy, nie popełnił przestępstwa. Państwo niemieckie nie ma juryscykcji do ścigania jakiejkolwiek osoby fizycznej za spowodowanie eksplozji rurociągów i nie miało podstaw do użycia prawa UE, wydając Europejski Nakaz Aresztowania" - podsumował sędzia Dariusz Łubowski.

niezalezna.pl


W ubiegłym miesiącu akredytowani dziennikarze, którzy pracowali na co dzień w Pentagonie, otrzymali notatkę od szefostwa departamentu zawierającą nowe wytyczne na temat dostępu do informacji. Przedstawiciele mediów mieli czas do środy, 15 października, na podpisanie się pod tą nową polityką. W przeciwnym razie zostaliby wydaleni z Pentagonu. Gdy wybiła godzina 16 tego dnia, dziennikarze z różnych redakcji solidarnie opuścili budynek. Można było ich zobaczyć, jak wychodzili z Pentagonu, wynosząc pudła z dokumentami, książki, osobiste przedmioty, a nawet krzesła czy kserokopiarki. - To jest smutne, ale jestem naprawdę dumna z korpusu prasowego, który się zjednoczył - powiedziała Associated Press Nancy Youssef, reporterka "The Atlantic", która w Pentagonie pracowała od 2007 roku. Na stosowanie się do nowych wytycznych nie zgodziły się czołowe redakcje, takie jak "The New York Times", "The Washington Post", CNN, BBC czy Reuters. Także kilka prawicowych stacji i gazet, w tym Fox News, "Washington Times" i Newsmax, oświadczyło, że ich reporterzy nie podpiszą się pod nową polityką. 

Nowe zasady obowiązujące dziennikarzy wskazują, że wszystkie informacje Pentagonu "muszą zostać zatwierdzone do publicznego udostępnienia przez odpowiedniego urzędnika upoważniającego przed ich udostępnieniem, nawet jeśli nie są tajne". Informacje określone jako tajne podlegają jeszcze surowszym ograniczeniom. Według Associated Press oznacza to w praktyce, że dziennikarze relacjonujący sprawy dotyczące Departamentu Wojny zostaliby wydaleni, jeśli upubliczniliby informacje niezatwierdzone przez Pete'a Hegsetha. - Żądanie od niezależnych dziennikarzy podporządkowania się tego typu ograniczeniom stoi w jawnej sprzeczności z konstytucyjną ochroną wolnej prasy w demokracji i stanowi ciągłą próbę ograniczania prawa społeczeństwa do zrozumienia działań rządu - ocenił Charles Stadlander, rzecznik prasowy "The New York Times". Do tej pory dziennikarze i tak mieli ograniczenia w poruszaniu się po Pentagonie. Nie mieli dostępu do niektórych miejsc oraz informacji niejawnych.

Donald Trump pytany o konflikt między dziennikarzami a szefostwem Pentagonu poparł nowe zasady wprowadzone przez departament. - Prasa jest nieuczciwa - powiedział. Stwierdził następnie, że zmiany były konieczne, ponieważ Hegseth "uważa prasę za bardzo uciążliwą". Dodał, że jego samego "trochę niepokoi", gdy dziennikarze chodzą za wojskowymi i zadają im pytania, ponieważ może to mieć "tragiczne skutki". Sam Hegseth nazwał wówczas nową politykę "zdrowym rozsądkiem", która ma uniemożliwić reporterom "wałęsanie się" po Pentagonie. Warto zaznaczyć, że Pete Hegseth przez wiele lat był dziennikarzem i do 2024 roku prowadził program w Fox News. Wcześniej głos w sprawie zabrał główny rzecznik departamentu. "Nasza polityka jest jasna: nakłanianie żołnierzy DOW (Departamentu Wojny - red.) i cywilów do popełniania przestępstw jest surowo zabronione" - napisał Sean Parnell w mediach społecznościowych. Zaznaczył, że nie wymaga się od dziennikarzy zgody na wprowadzenie nowej polityki, a jedynie potwierdzenia, że ją rozumieją.

gazeta.pl


Prezydent USA Donald Trump powiedział, że Stany Zjednoczone potrzebują pocisków Tomahawk na własne potrzeby i nie mogą uszczuplić ich zapasów. Zasugerował, że nie sprzeda ich Ukrainie i dodał, że może to też nie być odpowiedni moment na wprowadzenie sankcji.

Trump odpowiedział w ten sposób na pytanie, czy rozmawiał na temat sprzedaży pocisków Ukrainie podczas czwartkowej rozmowy z Władimirem Putinem.

- Cóż, trochę o tym rozmawialiśmy. Nie powiedziałem zbyt wiele, ale powiem ci teraz, że Stany Zjednoczone również potrzebują Tomahawków. Mamy ich dużo, ale ich potrzebujemy. To znaczy, nie możemy uszczuplić ich zasobów dla naszego kraju. Więc wiesz, są bardzo ważne, są bardzo potężne, są bardzo dokładne, są bardzo dobre, ale my też ich potrzebujemy, więc nie wiem, co możemy z tym zrobić - powiedział.

We wtorek podczas spotkania z przywódcą Argentyny Javierem Mileiem Trump zapewniał, że USA mają "mnóstwo" Tomahawków.

Trump powiadomił też w czwartek, że zapytał Putina, czy przeszkadzałoby mu, gdyby przekazał kilka tysięcy Tomahawków jego przeciwnikom. - Nie spodobała mu się ta idea - stwierdził z sarkazmem.

Powiedział też, że podczas piątkowego spotkania z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenski powiadomi go o przebiegu rozmowy z Putinem.

Według zapowiedzi sprzedaż tych amerykańskich pocisków manewrujących ma być tematem piątkowej rozmowy Trumpa z Zełenskim. Ukraiński przywódca, który już przybył do Waszyngtonu, ocenił, że Moskwa zechciała wznowić dialog z USA, gdy tylko usłyszała o rakietach Tomahawk dla Kijowa.

Prezydent USA poinformował też, że spotka się w Budapeszcie z przywódcą Rosji Władimirem Putinem najpewniej w ciągu dwóch tygodni. Podkreślił, że gospodarzem spotkania będzie premier Węgier Viktor Orban.

Zaznaczył, że sekretarz stanu Marco Rubio ma spotkać się wkrótce też ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem. - Mają wkrótce ustalić czas i miejsce spotkania. Może już to ustalili. Już ze sobą rozmawiali - przekazał Trump.

Prezydent USA stwierdził również, że "może to nie być odpowiedni moment" na wprowadzenie sankcji przeciwko Rosji, mimo że lider Republikanów w Senacie John Thune wyraził gotowość do procedowania ustawy o nowych restrykcjach.

PAP