czwartek, 9 października 2025



Gazeta oceniła, że z perspektywy czasu „świetni mówcy, tacy jak Obama czy kanclerz Angela Merkel, zawiedli”.

„Teraz Donald J. Trump – najbardziej nielubiany spośród nielubianych w królestwie elokwentnych mówców. Po raz kolejny dotrzymał słowa. Swoim szorstkim, często nieeleganckim, a nawet wulgarnym stylem udowodnił, że jest genialnym strategiem i politykiem” – napisano w „Die Welt”. Według dziennika, pomijając „chamską retorykę wyborczą”, Trump w drugiej kadencji otoczył się „najlepszymi profesjonalistami, zdolnymi do prowadzenia skomplikowanych negocjacji, takich jak plan pokojowy dla Strefy Gazy, który w czwartek doprowadzono do końca”.

„Donald Trump zasługuje na Pokojową Nagrodę Nobla jak żaden inny zachodni polityk” - stwierdzono.

„Die Welt” ostrzegła, że „arogancja Europejczyków wobec »pomarańczowego« prezydenta USA może się zemścić”. Europa – jak pisze gazeta – „po raz kolejny nie odgrywa praktycznie żadnej roli w rozwiązywaniu globalnych konfliktów”. „Cynicznie można by powiedzieć, że tylko turecka część Europy ma jeszcze coś do powiedzenia. A nawet życzenie, że Europejczycy wyciągną z tego wnioski, wydaje się nierealne” - dodano.

PAP


Jak podała agencja, powołując się na osoby zaznajomione ze sprawą, Kijów przekazał sojusznikom na początku tygodnia, że potężne rosyjskie uderzenia w obwody charkowski i potławski 3 października spowodowały zmniejszenie produkcji o 60 proc.

Bloomberg przypomina, że infrastruktura gazowa Ukrainy, która przed pełną inwazją Rosji była w stanie zaspokoić popyt krajowy, od początku tego roku coraz częściej jest obiektem ataków rakietowych i dronowych. Gaz jest kluczowym źródłem energii dla ukraińskich gospodarstw domowych, w związku z czym, aby osłabić morale, Rosja atakuje ukraińską infrastrukturę energetyczną każdej zimy od początku wojny na pełną skalę.

Według cytowanych źródeł, jeśli ataki będą trwały, Ukraina spodziewa się, że do końca marca będzie musiała kupić ok. 4,4 mld metrów sześc. gazu, co stanowi prawie 20 proc. jej rocznego zużycia gazu i będzie kosztowało prawie 2 mld euro.

Po atakach Ukraina zwróciła się z pilną prośbą do partnerów z G7 o dostarczenie sprzętu do naprawy systemu energetycznego i ponowiła prośby o dostarczenie dodatkowych systemów obrony powietrznej, które pomogą chronić infrastrukturę energetyczną. Ukraina poszukuje również wsparcia finansowego na pokrycie kosztów niezbędnego importu gazu.

Jak podaje Bloomberg, w tym roku Ukraina zakupiła od zagranicznych dostawców 4,58 mld metrów sześc. gazu, w tym 3,67 mld od zakończenia ostatniego sezonu grzewczego. Chociaż Kijów oszacował, że do końca tego roku zapotrzebowanie kraju na import osiągnie 5,8 mld, to według informacji przekazanych sojusznikom na początku tego tygodnia liczba ta może wzrosnąć z powodu ataków rosyjskich.

Agencja dodaje, że zwiększone dostawy gazu do Ukrainy z Unii Europejskiej mogą spowodować napięcia na rynku regionalnym, a obawy te przyczyniły się już do wzrostu cen gazu w Europie na początku tego tygodnia. Zapasy gazu w UE są nadal poniżej historycznych norm, co sprawia, że blok jest podatny na potencjalne zakłócenia. Mroźna zima może szybko wyczerpać rezerwy i spowodować dalsze wzrosty cen, zwiększając presję na konsumentów.

PAP


Tej jesieni, podobnie jak w poprzednich trzech latach, rosyjska armia przeprowadza zmasowane ataki na ukraińskie obiekty energetyczne. Amnesty International i Human Rights Watch uznały za zbrodnie wojenne niszczenie infrastruktury cywilnej, co w przededniu zimy pozbawia ludność cywilną dostępu do energii elektrycznej, ciepła i wody. Ukraina uważa takie działania Rosji za terroryzm państwowy.

Rosyjskie uderzenie w Ukrainę w nocy 28 września było jednym z największych w ostatnich miesiącach. Według ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego rosyjska armia wystrzeliła ponad 500 dronów i ponad 40 pocisków rakietowych, w tym kindżały. Sam atak trwał ponad 12 godzin.

W Kijowie zginęły cztery osoby, w tym 12-letnia dziewczynka, a w Zaporożu ponad 27 zostało rannych. Zełenski powiedział wówczas, że Ukraina weźmie odwet: "Kremlowi opłaca się kontynuować tę wojnę i terror, dopóki istnieją fundusze z sektora energetycznego i działa flota cieni. Będziemy nadal uderzać, aby pozbawić Rosję tych możliwości zarabiania pieniędzy i zmusić ją do zaangażowania się w dyplomację."

Również 1 października rosyjskie wojsko przeprowadziło zmasowany atak na infrastrukturę krytyczną. Mieszkańcy zgłaszali przerwy w dostawie prądu w Dnieprze i obwodzie kijowskim, a także w Zaporożu, Sumach i Czernihowie. Atak na podstację w obwodzie kijowskim spowodował, że sarkofag w elektrowni jądrowej w Czarnobylu pozostał bez prądu.

2 października ok. 50 tys. mieszkańców Odessy zostało pozbawionych zasilania po nocnym rosyjskim ataku. Również dwa miasta w obwodzie czernihowskim, Nowogród Siewierski i Semeniwka, zostały pozbawione prądu po ataku na infrastrukturę krytyczną. W Sławutyczu w obwodzie kijowskim rozpoczęły się godzinowe i awaryjne wyłączenia, a szkoły przeszły na pracę zdalną.

4 października rosyjski atak wpłynął na system energetyczny obwodu sumskiego na Ukrainie, w wyniku czego miasto Szostka i część rejonu szosteckiego zostały tymczasowo pozbawione zasilania.

Według ukraińskich władz, w nocy 5 października Rosja przeprowadziła jeden z największych jesiennych ataków, wystrzeliwując ponad 500 dronów i pocisków rakietowych na ukraińskie miasta i wsie. Zaatakowane zostały obwody lwowski, iwanofrankowski, zaporoski, czernihowski, sumski, charkowski, chersoński, odeski i kirowogradzki. W wyniku ataku zginęło pięć osób, a 10 zostało rannych. Czteroosobowa rodzina, w tym 15-letnia dziewczynka, zginęła w ataku w obwodzie lwowskim.

Według Zełenskiego rosyjska armia uderzyła w infrastrukturę, która zapewnia ludziom życie. Serhij Koreckij, szef zarządu ukraińskiego Naftohazu, również powiedział, że podczas nocnego ataku 5 października Rosja zaatakowała obiekty infrastruktury gazowej.

W nocy 6 października rosyjska armia zaatakowała Charków za pomocą dronów szturmowych. Mer miasta, Ihor Teriechow, powiedział, że dwie podstacje transformatorowe, które zasilały Charków, zostały zniszczone podczas ostatnich ataków.

— To poważny cios dla możliwości spółki Charkowoblenergo. A patrząc na dynamikę ataków, jest już jasne, że nadchodząca zima będzie najtrudniejsza dla Charkowa przez wszystkie lata wojny — powiedział.

Według prognoz ekspertów przyszła zima będzie jedną z najtrudniejszych nie tylko dla mieszkańców Charkowa, ale także dla wszystkich Ukraińców: ciosy w strukturę energetyczną są nieuniknione, a mieszkańcy ukraińskich miast staną w obliczu przerw w dostawie światła i ciepła, twierdzi Stanisław Ignatiew, doktor nauk technicznych i przewodniczący rady Ukraińskiego Stowarzyszenia Energii Odnawialnej. Prognozy pogody przewidują, że zima będzie ciężka, z silnymi mrozami i opadami śniegu.

7 października Priluki w obwodzie czernihowskim zostały zaatakowane przez Federację Rosyjską. W wyniku ataku na obiekt energetyczny ponad 60 tys. gospodarstw domowych zostało pozbawionych prądu.

Według "The Wall Street Journal" Ukraina rozmieściła sieć baterii wyprodukowanych w USA, które mają pomóc jej przetrwać zimę pod ostrzałem. Ukraińskie władze ukrywają lokalizację baterii, a także utajniły swoje środki obronne, aby nie uczynić tych obiektów celem ataków, podała gazeta.

27 września Zełenski zagroził przerwą w dostawie prądu w Moskwie, jeśli Rosja będzie chciała przeprowadzić masowe ataki na system energetyczny Kijowa.

Jeśli blackout grozi np. stolicy Ukrainy, Moskwa powinna wiedzieć, że w stolicy Rosji też będzie blackout. Rosja powinna wyraźnie zrozumieć, że cywilizowane kraje różnią się od dzikich krajów tym, że nigdy nie zaczynają pierwsze i nie są agresorami. Nie oznacza to jednak, że są słabe — powiedział.

Szef kancelarii prezydenta Andrij Jermak powiedział również 2 października, że ostrzał infrastruktury energetycznej przez rosyjskie wojska nie pozostanie bez odpowiedzi.

Pierwsze od kilku miesięcy uderzenie w rosyjski system energetyczny, które doprowadziło do częściowej przerwy w dostawie prądu, miało miejsce 23 września. W tym czasie gubernator obwodu kurskiego zgłosił przerwę w dostawie prądu we Lgowie po ukraińskim ataku. Do poważnego ataku doszło również 28 września, w odpowiedzi na kolejny zmasowany rosyjski atak dronów na Ukrainę. Ukraińskie siły zbrojne zaatakowały wówczas elektrociepłownię w Łucz w pobliżu stacji kolejowej w Biełgorodzie. W rezultacie w mieście i rejonie zgasło światło, a przerwy trwały kilka dni. Na kluczowych skrzyżowaniach stacjonowali kontrolerzy ruchu.

Jednak koncern energetyczny Rossieti przekonywał, że przerwa w dostawie prądu w regionie była spowodowana "niesprzyjającymi warunkami pogodowymi", a Wiaczesław Gładkow, gubernator obwodu białogrodzkiego, odmówił podania terminu wznowienia pełnej edukacji w szkołach i przedszkolach, aby "nie stwarzać pretekstu do agresji ze strony Ukraińców".

Z powodu ataku AFU na obwód rostowski, energia elektryczna została odcięta w kilku wioskach. Jednak według lokalnych władz zasilanie zostało przywrócone przy użyciu systemu rezerwowego.

Drugie poważne uderzenie miało miejsce 5 października, w odpowiedzi na jeden z najbardziej zmasowanych rosyjskich ataków jesienią. Ukraińskie siły zbrojne ponownie zaatakowały elektrownię cieplną Łucz, pozostawiając 40 tys. mieszkańców Biełgorodu i obwodu biełgorodzkiego bez prądu. Niektóre osady w regionie straciły nawet wodę.

Według gubernatora do rana 6 października ponad 5 tys. osób było pozbawionych światła. Do rana 7 października — ok. 1 tys. osób. Gładkow poprosił mieszkańców prywatnych domów o zapewnienie sobie zapasowych generatorów na wypadek awarii zasilania. — Rozumiemy dokładnie, że w ilości, którą mamy, nie możemy fizycznie, z definicji, zapewnić każdemu budynkowi mieszkalnemu zapasowej generacji — powiedział gubernator.

Ponadto 6 października, według serwisu Astra, ukraińskie drony zaatakowały elektrownię cieplną w Klińcach w obwodzie briańskim, w wyniku czego dostawy gazu do elektrowni cieplnej zostały odcięte, a ponad połowa mieszkańców miasta została bez ogrzewania.

onet.pl\Nowa Gazieta


Putin spotkał się 7 października z rosyjskim Ministerstwem Obrony (MON) i kierownictwem Sztabu Generalnego, szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) Aleksandrem Bortnikowem oraz dowódcami rosyjskich ugrupowań sił i stwierdził, że siły rosyjskie zajęły do tej pory w 2025 r. 4900 kilometrów kwadratowych terytorium UkrainY — mniej więcej wielkości Delaware. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że w 2025 r. siły rosyjskie zajęły jedynie 3561 kilometrów kwadratowych. Putin twierdził, że siły ukraińskie wycofują się na całej linii styku i że rosyjska baza przemysłu obronnego (DIB) w przyspieszonym tempie zaspokaja wszystkie potrzeby rosyjskiego wojska w zakresie broni i sprzętu. Putin twierdził, że Rosja pozostaje zaangażowana w realizację swojego celu, jakim jest bezwarunkowe osiągnięcie wszystkich swoich celów podczas wojny. Rosyjski szef Sztabu Generalnego Generał Armii Walerij Gierasimow twierdził, że siły rosyjskie posuwają się w “praktycznie we wszystkich kierunkach” na froncie. Twierdzenia Putina i Gerasimova są zgodne z długo utrzymywaną teorią zwycięstwa Putina, która zakłada, że siły rosyjskie będą w stanie kontynuować stopniowe postępy w nieskończoność, uniemożliwiając Ukrainie przeprowadzenie udanych operacji kontrofensywnych, i wygrać wojnę na wyniszczenie z siłami ukraińskimi. Putin w dalszym ciągu wierzy, że rosyjska armia i gospodarka mogą przetrwać i przezwyciężyć zachodnie poparcie dla Ukrainy oraz zdolność Ukrainy do dalszej obrony przed rosyjską agresją. Urzędnicy Kremla, w tym Putin, wielokrotnie potwierdzali swoje zaangażowanie w osiągnięcie pierwotnych celów wojennych Rosji na lata 2021 i 2022. Publiczne oświadczenia Putina w dalszym ciągu świadczą o jego niechęci do angażowania się w negocjacje w dobrej wierze, które skutkują czymś innym niż pełną kapitulacją Ukrainy i determinacją w przedłużaniu wojny, aby osiągnąć swoje cele wojenne na polu bitwy.

(...)

Kreml zmierza do wycofania się z Porozumienia o zarządzaniu i usuwaniu plutonu (PMDA), a rosyjska Duma Państwowa potępiła to porozumienie 8 października. PMDA zobowiązała Stany Zjednoczone i Rosję do pozbycia się co najmniej 34 ton swoich zapasów plutonu przeznaczonego do broni, który ma kluczowe znaczenie dla produkcji broni jądrowej, pozostałego po głowicach nuklearnych z czasów zimnej wojny. Rosja i Stany Zjednoczone zgodziły się na PMDA w 2000 r., które weszło w życie w 2011 r. Putin wydał dekret zawieszający udział Rosji w porozumieniu w 2016 r., powołując się na sankcje USA wobec Rosji, amerykańskie przepisy wspierające Ukrainę, ekspansję NATO na wschód oraz rzekome gromadzenie sił amerykańskich w Europie Wschodniej. Duma twierdziła, że 8 października potępiła PMDA w związku z antyrosyjskimi krokami Stanów Zjednoczonych, które zmieniły równowagę strategiczną istniejącą w momencie zawarcia porozumienia i stwarzają zagrożenie dla stabilności strategicznej. Rada Federacji i Putin nadal muszą zatwierdzić ustawę o wypowiedzeniu, ale Kreml prawdopodobnie już zdecydował się wycofać z porozumienia.

Rosyjscy urzędnicy w dużej mierze obwiniali Stany Zjednoczone za nieprzestrzeganie PMDA, prawdopodobnie w celu wykorzystania wycofania się z porozumienia jako szantażu dla dalszych ustępstw. Wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow stwierdził, że dalsze przestrzeganie przez Rosję zobowiązań wynikających z porozumienia jest “nie do przyjęcia” i “niewłaściwe”. Ryabkov twierdził, że Stany Zjednoczone nie mogą spełnić żadnego z warunków Rosji dotyczących wznowienia PMDA, ponieważ sytuacja radykalnie się zmieniła. Ryabkov twierdził, że rosnący “graveyard” porozumień o kontroli zbrojeń wynika z destrukcyjnej polityki Stanów Zjednoczonych, która odrzuciła zasady leżące u podstaw stabilności strategicznej przez kilka dziesięcioleci. Pierwszy zastępca przewodniczącego Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Wiaczesław Nikonow stwierdził, że Rosja i Stany Zjednoczone mogą ponownie zwrócić się do PMDA, jeśli Stany Zjednoczone “zachowają się dobrze”. Pierwszy zastępca przewodniczącego Komitetu Obrony Dumy Aleksiej Żurawlew stwierdził, że Zachód prowokuje wyścig zbrojeń w taki sposób, że przestrzeganie przez Rosję starych porozumień byłoby “głupie”, ponieważ Rosja “powinna mieć najlepszą broń na świecie”. Przewodniczący Dumy Wiaczesław Wołodin stwierdził, że ci, którzy chcą wykorzystać Rosję, muszą zrozumieć, że nie jest to możliwe i że Rosja powinna była już dawno zakończyć PMDA.

(...) Kreml kontynuował 8 października swoją refleksyjną kampanię kontrolną, mającą na celu wywarcie wpływu na proces decyzyjny USA w sprawie dostaw Tomahawków na Ukrainę. Urzędnicy Kremla w dalszym ciągu twierdzili, że personel USA będzie musiał bezpośrednio uczestniczyć w ukraińskich atakach Tomahawków i że rakiety nie wpłyną na determinację Rosji w dążeniu do osiągnięcia swoich celów wojennych ani na sytuację na polu bitwy. Urzędnicy Kremla również zareagowali na możliwe dostawy Tomahawków, grożąc Stanom Zjednoczonym. Kremlowski serwis informacyjny TASS wzmocnił twierdzenie Aleksandra Stiepanowa z Instytutu Prawa i Bezpieczeństwa Narodowego Rosyjskiej Prezydenckiej Akademii Gospodarki Narodowej i Administracji Publicznej, że ratyfikacja przez Dumę rosyjskiej umowy o współpracy wojskowej z Kubą jest symetryczną rosyjską odpowiedzią na możliwe dostawy Tomahawków. tiepanow twierdził, że rosyjskie dostawy rakiet balistycznych Iskander i Oreshnik na Kubę będą uzasadnioną reakcją. Twierdzenia Stepanova  pojawiają się na tle spotkania białoruskiego ministra obrony generała porucznika Wiktora Chrenina 8 października na Białorusi z kubańskim szefem Sztabu Generalnego i pierwszym wiceministrem Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Roberto Legrą Sotolongo. ISW w dalszym ciągu ocenia, że Kreml podejmuje różne wielotorowe wysiłki informacyjne, aby powstrzymać Stany Zjednoczone od sprzedaży Ukrainie rakiet Tomahawk. Wycofanie się Rosji z PMDA 8 października prawdopodobnie ma na celu wzmocnienie wysiłków Kremla na rzecz uznania stosunków amerykańsko-rosyjskich za wchodzące w niebezpieczny etap i odwrócenie uwagi USA od Ukrainy na stosunki dwustronne i rozmowy w sprawie kontroli zbrojeń.

(...)

Rzecznik ukraińskiej brygady działającej w kierunku Lymanu poinformował 8 października, że siły rosyjskie stosują taktykę infiltracji, aby ominąć pozycje ukraińskie i zająć pozycje w piwnicach i innych schronach. Rzecznik stwierdził, że siły rosyjskie atakują w grupach liczących od jednego do dwóch żołnierzy zamiast od trzech do czterech. Rzecznik stwierdził, że siły rosyjskie zmniejszają liczebność swoich grup szturmowych, ale zwiększają promień swoich ataków i atakują z różnych punktów, aby odwrócić uwagę ukraińskich dronów.

(...)

Rosyjski milbloger i były instruktor Storm-Z twierdził, że rosyjskie posiłki w obszarze penetracji Dobropillya składają się głównie ze starszych rekrutów, którzy nie są w stanie przejść 15 kilometrów na linię frontu, przewożąc zaopatrzenie pod ukraińskimi atakami dronów. Bloger militarny twierdził, że główne posiłki w okolicy składają się z żołnierzy, którzy byli nieobecni bez urlopu (AWOL), ale których schwytały władze rosyjskie, oraz że posiłki często odmawiają przeprowadzania ataków. Bloger stwierdził, że problemy z rosyjskim finansowaniem społecznościowym i wsparciem wolontariuszy, rosnące ceny i rosnące straty w sprzęcie utrudniają siłom rosyjskim zapewnianie wsparcia dronami grupom szturmowym, prowadzenie rozpoznania dronów i dostosowywanie pożarów.

(...)

Rzecznik ukraińskiej brygady działającej w kierunku Nowopawłówki poinformował, że siły rosyjskie zwiększyły ostatnio tempo swoich ataków; atakują w małych grupach piechoty liczących od dwóch do trzech żołnierzy; i używają dronów-statków-matek Molniya do przenoszenia i zwiększania zasięgu dronów FPV. Rzecznik stwierdził, że siły rosyjskie próbują infiltrować pozycje ukraińskie, aby gromadzić się w punktach koncentracji w oczekiwaniu na posiłki. Rzecznik stwierdził, że rosyjskie drony czekają na drogach, aby zaatakować ukraińskie pojazdy, a siły rosyjskie usiłują przekroczyć rzekę Wowcza.

understandingwar.org


Kilka dni temu magazyn "The Cut" opisał historię 27-letniej Karoliny Krzyżak, która od lat pokazywała w sieci idealne "zdrowe" posiłki - kolorowe miski pełne owoców i jagód. Tylko nieliczni wiedzieli, że w rzeczywistości jej ciało wyniszczała choroba.

Jak opisują dziennikarze, w 2017 roku Krzyżak zafascynowała się frutarianizmem, propagowanym przez influencerkę Daniellę Siira, i przeszła na dietę niemal wyłącznie owocową. Gdy jej zdrowie nagle się pogorszyło, wróciła do Polski i trafiła na leczenie. Jednak po terapii znów popadła w głodówkę i coraz bardziej izolowała się od bliskich.

Jako osoba z historią zaburzeń odżywiania i choroby psychicznej, Karolina była znacznie bardziej niż większość skłonna do popadania w skrajność. Ukształtowała się na wzór influencerów, których obserwowała w mediach społecznościowych, publikując perfekcyjnie skomponowane zdjęcia jagód posypanych cynamonem i misek z pitai. Podczas gdy ona marniała, jej wierni obserwatorzy dopingowali ją - brzmiał fragment artykułu "The Cut".

We wrześniu 2024 roku Karolina spełniła swoje marzenie i przeprowadziła się na Bali. Zamieszkała w Ubud, wśród społeczności wegan i frutarian, uczestniczyła w wykładach i spotkaniach influencerów, których wcześniej śledziła w sieci. Gdy w grudniu dotarła do ośrodka Sumberkima Hill, personel był w szoku. Karolina była wychudzona, z zapadniętymi oczami i wystającymi kośćmi. Wcześniej zaczęły jej wypadać włosy, paznokcie zżółkły, a zęby ulegały rozkładowi. Nie mogła samodzielnie chodzić, a posiłki składające się z samych owoców przynoszono jej prosto do pokoju. Nie była nawet w stanie samodzielnie przewrócić się w łóżku; wezwała obsługę na pomoc - czytamy w tekście.

Trzeciego dnia została znaleziona martwa.

Leżała sztywno i nieruchomo na podłodze, z plamistą skórą i siwymi włosami - relacjonowali pracownicy.

(...)

W chwili śmierci Karolina Krzyżak ważyła 27 kilogramów.

pudelek.pl


Jak wyjaśniają eksperci w rozmowie z portalem Middle East Eye, nawet gdyby dziś doszło do zawieszenia broni i wszyscy Palestyńczycy otrzymaliby pomoc humanitarną, ślad głodu i traum naznaczy nie tylko tych, którzy ich doświadczyli, ale też kolejne pokolenia. Jak wynika z badań m.in. nad Holokaustem, klęską głodu w Chinach na przełomie lat 50. i 60. i ludobójstwem w Rwandzie, głód, stres, urazy i traumy "powodują zmiany chemiczne, które wpływają na ekspresję genów, nie zmieniając podstawowej sekwencji". "Ten proces jest znany jako epigenetyka, gdzie ciężar wojny przekazywany jest z pokolenia na pokolenie" - czytamy. Jako przykład podano klęskę głodu w części Holandii w latach 1944-1945 - u dzieci matek, które były narażone na głód, stwierdzano wyższe ryzyko poważnych problemów zdrowotnych w późniejszym życiu. Biolożka prof. Tessa Roseboom z Uniwersytetu Amsterdamskiego wyjaśnia, że hormony stresu u matek miały wpływ na ciała i psychikę ich dzieci.

Jak dowiadujemy się z badania przeprowadzonego w 2011 roku pod przewodnictwem prof. Roseboom, osoby poczęte w trakcie klęski głodu były bardziej narażone na schizofrenię i depresję, miały aterogenny profil lipidowy osocza (podwyższone stężenie cholesterolu LDL i trójglicerydów), były bardziej wrażliwe na stres i dwukrotnie częściej występowała u nich choroba wieńcowa. Gorzej radziły sobie także z zadaniami poznawczymi, co może być oznaką przyspieszonego starzenia.

Middle East Eye przytacza też badanie, którym kierowała prof. Rachel Yehuda, w ramach którego przeprowadzono badania genetyczne u 32 Żydów i Żydówek, którzy w czasie II wojny światowej byli w obozach koncentracyjnych, byli świadkami lub doznali tortur albo musieli się ukrywać. Przebadano również ich dzieci. U wszystkich sprawdzono region genu związanego z regulacją hormonów stresu i znaleziono "znaczniki epigenetyczne" zarówno u ocalałych z Holokaustu, jak i u ich potomstwa. Tej korelacji nie stwierdzono w grupie kontrolnej.

Prof. Leon Mutesa, genetyk, rozpoczął badania nad epigenetyczną spuścizną ludobójstwa w Rwandzie, gdy zauważono, że dzieci urodzone w jego trakcie cierpią m.in. z powodu depresji, zaburzeń lękowych, zaburzenia afektywnego dwubiegunowego i halucynacji. - Dziś w Strefie Gazy już widzimy symptomy: strach, stres i wysoki poziom cholesterolu - wszystko to są wczesne oznaki nadchodzących zmian epigentycznych, podobnych do tych, które obserwowaliśmy w Rwandzie - mówi prof. Mutesa i dodaje, że w strefach wojennych nakładają się kolejne warstwy cierpienia - głód, przesiedlenia, przemoc - które pozostawiają jeszcze głębsze ślady epigenetyczne.

(...)

Middle East Eye przywołuje też wnioski z badania Randy'ego Jirtle'a i Michaela Skinnera z 2007 r. Biolodzy przeprowadzali na myszach badania genu odpowiadającego za zmienność koloru. Wykazano, że ekspozycja na bisfenol A (BPA, związek stosowany do produkcji tworzyw sztucznych) w ciąży zwiększa częstość występowania żółtego umaszczenia u potomstwa i ich późniejszej otyłości, a także wyższego ryzyka wystąpienia cukrzycy i raka. Naukowcy wskazali jednak, że jeśli w okresie wczesnego rozwoju płodu matce zostaną podane m.in. kwas foliowy, witamina B12 lub genisteina, mogą one zredukować szkody spowodowane przez BPA. To i inne badania wskazują, że tryb życia i środowisko mogą wpływać na markery epigenetyczne. W przypadku dzieci ze Strefy Gazy część szkód mogą naprawić bezpieczeństwo, dostęp do pożywnego jedzenia i opieka medyczna. 

gazeta.pl


Goldman Sachs przewidywał, że bariera 4 tys. dolarów pęknie dopiero w połowie przyszłego roku, a jest znany z "jastrzębich" prognoz, inne szacunki były więc bardziej zachowawcze. Obecnie Goldman Sachs zaktualizował swoje oczekiwania i teraz sądzi, że cena kruszcu na koniec przyszłego roku może sięgnąć nawet 4,9 tys., a może nawet 5 tys. dolarów za uncję. 

(...)

Czynniki napędzające popyt są wielowymiarowe. Ostatnie lata to przede wszystkim olbrzymie zakupy instytucjonalne. Banki Centralne w obliczu rosnących geopolitycznych napięć skupują złoto na potęgę, jest to bowiem uniwersalna waluta i bezpieczna przystań na czas kryzysów - tłumaczy Tekliński. Tak duży popyt napędza natomiast wzrost cen. Polska skupuje złoto od 2016 roku z krótką przerwą na okres kryzysu pandemicznego. Rekordowy pod tym względem był rok 2023, gdy kupiliśmy 130 ton kruszcu. Na początku września złoto stanowiło 24 proc. aktywów rezerwowych naszego kraju (obecnie celem jest próg 30 proc.) i było warte 229 mld dolarów, na co składa się 515 ton surowca. To plasowało nas na 10. miejscu na świecie w drugim kwartale tego roku według World Gold Council (WGC). 

Póki co, nic nie wskazuje na to, że banki zaczną wyprzedawać złoto, raczej należy spodziewać się napędzania popytu i dalszych wzrostów cen, twierdzi Tekliński. Elementów, które na to się składają jest jednak znacznie więcej niż tylko zakupy banków. Istotną rolę odgrywają tu zapowiedzi obniżek stóp procentowych przez Banki Centralne na całym świecie. Koszt i wartość pieniądza wówczas maleje, więc inwestorzy kierują się ku bardziej opłacalnemu złotu. 

Spadające w USA stopy procentowe to zresztą jeden z głównych czynników tak dynamicznego wzrostu cen kruszcu w ostatnich siedmiu miesiącach. Dzieje się tak, bo złotem handluje się głównie w dolarach, a gdy wartość USD spada, to wartość złota rośnie. Zatem inwestorzy posługujący się innymi walutami, gdy dolar słabnie, mogą alokować zasoby w drożejącym złocie, w którym ich potencjalne zyski byłyby zabezpieczone, wyjaśnia Tekliński. Bo jeśli dolar tanieje, to można go kupić więcej za euro czy złotówki, co z kolei pozwala ulokować więcej środków w drożejącym złocie. - wyjaśnia Tekliński. 

Tak dynamiczny wzrost -  w tym roku złoto podrożało już o ponad 50 proc. - to szerszy trend i za to przyśpieszenie odpowiadają nie tylko stopy procentowe. Wartość dolara spada bowiem również z innych przyczyn. Gdy Donald Trump objął władzę, dużo mówiło się o tym, że chce obniżyć wartość amerykańskiej waluty, by tamtejszy rynek ponownie stał się konkurencyjny. Rozpoczął się więc proces dedolaryzacji, m.in. poprzez wywołane przez Trumpa wojny handlowe.

ch skutki są różne, bo te rozmowy trwają, są przerywane i wznawianie, ale samo to, że ten proces się rozpoczął, osłabia zaufanie do amerykańskiej waluty i w efekcie wartość dolara spada - tłumaczy nasz rozmówca. 

Ponadto znajdujemy się w okresie, gdy następuje przewartościowanie się znanego dotychczas systemu, w którym złoto opierało się głównie na dolarze. Obecnie wykuwa się nowy paradygmat, a więc tym bardziej złoto jest bezpieczną przystanią, w czasie gdy zawirowania nie pozwalają jeszcze dokładnie określić, jaka waluta stanie się tą najbezpieczniejszą. Tekliński tłumaczy, że złoto jest podstawą bogactwa naszej cywilizacji i pozostaje niezależne od działań emitenta, w przeciwieństwie do walut. Dlatego też w ostatnich latach widać repatriację kruszcu, czyli ściąganie go z powrotem do kraju, tak by rezerwy były niezależne od banków, w których się je przechowuje. 

W ślad za tym idzie rosnąca popularność funduszy ETF, które są oparte na fizycznym zabezpieczeniu złotem i odwzorowują jego ruchy cenowe. Jak się okazuje, w samym tylko trzecim kwartale tego roku fundusze te zwiększyły zasoby o rekordowe 26 mld dolarów, podaje World Gold Council. 

Ten rok pokazuje, że na rynku dzieje się wiele zupełnie nowych rzeczy, które koniec końców mogą nas doprowadzić do przeformułowania świata finansów na zupełnie nowych zasadach - mówi Tekliński.

Przestanie obowiązywać system znany od 1971 roku, który umocnił się w latach 90., gdy upadł system dwubiegunowy i zostało tylko jedno światowe mocarstwo. Ten czas powoli odchodzi i wyłania się nowy porządek - dodaje ekspert.

W procesie dedolaryzacji duża rolę odgrywają też Chiny, które podwyższają cenę złota poprzez masowy skup, licząc w efekcie na osłabienie wartości i znaczenia dolara na świecie, mówi nasz rozmówca. Nie należy jednak spodziewać się, że dolar całkowicie przestanie być walutą rezerwową świata, to trudno sobie wyobrazić, dodaje. Ale możliwe, że pozycję hegemona będzie musiał dzielić z inną walutą i nie będzie już tak istotny jak przez ostatnie 50 lat. Ray Dalio, szef funduszu inwestycyjnego Bridgewater Associates, mówił zresztą w tym tygodniu, że w jego oczach to złoto jest prawdziwą wartością i obecnie wydaje się pewniejsze niż dolar.

(...)

Tekliński ostrzega, że złoto nie powinno służyć do doraźnego reperowania finansów państwa. Tak postąpił Gordon Brown, minister finansów Wielkiej Brytanii w latach 1999-2002. Urzędnik sprzedał dużą część brytyjskiego złota, aby podreperować finanse państwa. Zrobił to jednak po najgorszej możliwej cenie, w okresie gdy złoto było najtańsze od 20 lat. Do dziś jest to uznawane za "jeden z największych błędów politycznych i gospodarczych", który pozbawił Brytyjczyków zabezpieczenia na okresy kryzysów, mówi Tekliński. I dodaje, że banki centralne mają zupełnie inne zadanie. 

Podstawową rolą złota dla banków centralnych jest dbanie o stabilność własnej waluty - tłumaczy. 

A im więcej złota posiada bank centralny - kontynuuje ekspert - tym ma więcej narzędzi do dbania o stabilność krajowej waluty. W jaki sposób może to robić? Poprzez stymulację popytu, a w efekcie ceny własnej waluty. W zależności od potrzeby NBP może podnieść lub obniżyć wartość złotego, jeśli ta obecna utrudnia prowadzenie polityki gospodarczej. Wyprzedaje wówczas złoto, a za zarobione dolary (rzadziej euro) sprzedaje lub skupuje złotówki, kształtując wartość PLN-a. W lipcu NBP sprzedał 150 kg kruszcu właśnie w celu "dbania o stabilność waluty".

gazeta.pl

środa, 8 października 2025



Dwa miesiące temu, podczas szczytu na Alasce, prezydent USA Donald Trump dał do zrozumienia, że jest skłonny przyjąć wiele postulatów Władimira Putina, licząc, że w zamian Moskwa pójdzie na ustępstwa — i zakończy wojnę z Ukrainą. Tymczasem w ostatnich tygodniach Rosja nasiliła ataki na Ukrainę i zintensyfikowała hybrydowe uderzenia na terytorium Europy. Kreml najprawdopodobniej postanowił wykorzystać słabość i rozdrobnienie wewnątrz NATO, by odnieść symboliczne zwycięstwo nad "zbiorowym Zachodem". Aleksandr Baunow analizuje, dlaczego reakcja na rosyjskie bezpilotowce pozostaje mieszana, a Kreml ryzykuje powtórzeniem błędu z 2022 r. — i wejściem na nowy etap eskalacji konfliktu z Zachodem.

Podczas gdy wojna w Ukrainie praktycznie utknęła w miejscu, Rosja przekroczyła nową granicę w Europie. Nie wiemy, co działo się za zamkniętymi drzwiami między Putinem a Trumpem w Anchorage, ale po ich spotkaniu Rosja nie tylko intensywniej uderza w ukraińskie miasta, lecz po raz pierwszy atakuje również kraje NATO w Europie.

Mało prawdopodobne, żeby Trump po cichu dał Putinowi błogosławieństwo. Po szczycie wielokrotnie wyrażał niezadowolenie, rozczarowanie, a nawet uciekał się do gróźb. Jednak po spotkaniu Putin, sądząc po jego słowach i działaniach, wyciągnął trzy wnioski. Po pierwsze: Trump nie jest gotów zapewnić mu zwycięstwa i zakończyć wojnę wyłącznie kosztem Ukrainy. Po drugie: Trump zgadza się na rozwijanie stosunków z Rosją bez konieczności natychmiastowego zakończenia wojny, choć ich pełnego odnowienia nie przewiduje przed ustaniem działań zbrojnych. Po trzecie: Trump nie ceni przesadnie Ukrainy — będzie jej pomagać tylko w ostateczności i nie za wszelką cenę.

Aby odebrać Ukraińcom możliwość oporu, Moskwa musi wyeliminować z gry Europę. Po Anchorage Rosja celowo zabrała się właśnie za ten kierunek. Według rosyjskich ocen Trump też nie przepada za Europą, uważa, że tam nie dopuszcza się do władzy jego zwolenników, postrzega NATO jako pasożyta, a UE jako konkurenta.

(...)

W każdym razie w ciągu trzech tygodni, łącząc różne metody i cele ataków, Rosja stworzyła w Europie nową rzeczywistość. Kreml już dawno nauczył się obwiniać Zachód za to, że prowadzi wojnę, ale po wycofaniu Ameryki z grona głównych wrogów, to właśnie Europa pozostała ostatnią przeszkodą na drodze do "rosyjskiego zwycięstwa". Trzeba pokazać, że za wspieranie Ukrainy Europejczycy będą teraz płacić nie tylko pieniędzmi: Rosja jest w stanie zniszczyć dotychczasowy europejski porządek i skierować gniew obywateli przeciwko ich politykom.

W ostatnich miesiącach Ukraina sprawiła, że mieszkańcy Rosji poczuli wojnę na własnej skórze. Ukraińskie drony blokowały lotniska, podpalały rafinerie, wreszcie częściowo unieruchomiły elektrociepłownie w obwodzie biełgorodzkim. Zastraszanie Ukrainy podobnym odwetem jest więc mało efektywne, bo Rosja atakuje dowolne cele. Na przykład bombardowania ukraińskich elektrociepłowni i elektrowni rozpoczęły się już trzy lata temu.

Repertuar pt. "zastraszanie Ukrainy" został już w zasadzie wyczerpany. Nie dotyczy to jednak nieustraszonych Europejczyków: jeśli nie dotrze to do nich teraz, to będziemy musieli wziąć się za infrastrukturę energetyczną.

Wysyłając drony do krajów europejskich, Rosja przekroczyła ważny symboliczny próg. Zrobiła to jednak w taki sposób, by zachować możliwość wycofania się — zastosować tradycyjną technikę rozmywania faktów dzięki zaprzeczeniom, drwinom i różnym wersjom wydarzeń.

Zadaniem ataków jest nie tylko odstraszenie Europejczyków od Ukrainy. Po czterech latach wojny rosyjskie zwycięstwo w Ukrainie, jeśli w ogóle osiągalne, będzie miało zupełnie inne znaczenie niż wcześniej.

Część rosyjskiego kierownictwa politycznego i wojskowego doszła do wniosku, że wynik przedłużającej się wojny coraz bardziej przeczy pierwotnym założeniom. Zamiast demonstrować siłę, Rosja okazuje słabość. Nie chodzi o zwycięstwo nad NATO i zbiorowym Zachodem na ukraińskich polach bitew, lecz o nieobecność w walce z deklarowanym przeciwnikiem. Obrazu tej słabości nie rozproszy już żaden militarny sukces w Ukrainie, intensywność uderzeń czy nawet jej hipotetyczna kapitulacja.

Trudno ukryć prosty fakt: uznając NATO i zachodnich sojuszników Ukrainy za swoich prawdziwych wrogów, Moskwa uderzała głównie i wyłącznie w Ukrainę, starając się przy tym nie zranić tych, których nazywała swoimi przeciwnikami — nawet jeśli chodziło o wyraźnie mniejsze, słabsze kraje, niezdolne samodzielnie stawić czoła rosyjskiej sile zbrojnej.

Przedłużająca się "specjalna operacja wojskowa" nie podważyła, lecz wręcz wzmocniła przekonanie, że NATO pozostaje wiarygodnym, praktycznie jedynym gwarantem bezpieczeństwa w Europie. Gdyby Ukraina była członkiem sojuszu, ta wojna — jak teraz często mówią w Waszyngtonie — w ogóle by się nie zaczęła.

Wśród rosyjskich rewizjonistów narasta poczucie, że Rosja wybrała tym razem zbyt dużego, zbyt mocnego i zbyt zmotywowanego przeciwnika — którego pokonanie, choć ważne dla "odtworzenia historycznej sprawiedliwości", ma niewielki związek z zamknięciem parasola NATO nad Europą.

W 2022 r. nikt poważnie nie myślał o innym przeciwniku. Sukces w Ukrainie miał szybko przekonać wszystkich i we wszystkim. Tak się jednak nie stało, a ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden ogłosił, że najmniejsze naruszenie terytorium NATO byłoby przekroczeniem progu prowadzącym do wojny światowej. Nastroje w Europie były wtedy jeszcze bardziej napięte niż dziś, ale od tamtej pory konflikt się zlokalizował, a wraz z nim — zdolności militarne Sił Zbrojnych Rosji i nawet ewentualne rosyjskie zwycięstwo. Gdyby dziś miało ono nastąpić, miałoby raczej znaczenie lokalne niż strategiczne, a Europejczycy znowu "przestaliby się bać".

Nowa amerykańska polityka obojętności wobec Europy wzmocniła pozycję tych, którzy wysuwali hipotezę o dekoracyjnym charakterze piątego artykułu Traktatu Północnoatlantyckiego o zbiorowej obronie. Według tej tezy członkowie NATO dzielą się na kilka kategorii i ani Stany Zjednoczone, ani Europa Zachodnia nie będą poświęcać swoich ludzi za sojuszników "drugiej kategorii", co więcej będą wahać się nawet wobec tych "pierwszej kategorii".

Nagły zwrot Trumpa plecami wobec Ukrainy w pierwszych miesiącach jego kadencji obudził w Moskwie zupełnie inne siły. Upewniły Putina w tym, że nadszedł czas, by podkopać wiarę w NATO poprzez bezpośrednie ataki.

Problem hybrydowych ataków jest oczywisty: dają "hybrydowy" efekt. To znaczy przekonują tych, którzy są już gotowi się przekonać, a pozostałym dają możliwość ich zignorowania. Ataki tego typu pozornie przekraczają czerwoną linię agresji militarnej przeciwko krajom członkowskim NATO, lecz robią to ostrożnie i niepewnie. Doskonale ilustrują maksymę złodziei "dopóki cię nie złapią, pozostajesz niewinny".

Hybrydowość ataków odbija się na przekonującej sile ich skutków. UE i NATO mają możliwość reagować w mieszany sposób: potraktować rosyjskie ataki jako powód do mobilizacji, ale nie uznać ich za atak uruchamiający art. 5. Takie wtargnięcia mogą pomóc Kremlowi zemścić się na Europejczykach za wsparcie dla Kijowa, zepsuć im życie, a nawet stworzyć propagandowy obraz ich zbiorowej bezradności. Nie wystarczą one jednak, aby rządy europejskie uznały tę bezradność lub aby stała się ona oczywista dla wszystkich.

Na europejskim szczycie w Kopenhadze 2 października dyskutowano nie tylko o przezbrojeniu Europy i "murze dronowym" na jej wschodniej granicy, lecz również o rozsądnym pomyśle Szwecji, by obronę przed dronami zdecentralizować do poziomu krajowego. Skróci to łańcuch uzgodnień potrzebnych do reakcji i wesprze lokalny przemysł obronny. Poza tym uwolni od konieczności traktowania każdego przelotu drona nad terytorium jako ataku na wszystkich członków NATO.

Innymi słowy, NATO jest w stanie rozsądnie podnieść swój własny próg bólu do poziomu bezpiecznego dla siebie i swojej reputacji. Na niejednoznaczne ataki Rosji sojusz odpowiada w sposób odczuwalny, ale nie do końca jednoznaczny — demonstrując póki co nie tyle tchórzostwo, co sztukę różnicowania poziomów zagrożeń.

Tak jak w Ukrainie, cele postawione przez Rosję mogą okazać się nieosiągalne przy użytych środkach. Aby sam Kreml nie doznał symbolicznej porażki, będzie zmuszony zbliżyć się do niebezpiecznego progu, by wyglądać bardziej wiarygodnie. Istnieje ryzyko, że, testując NATO i odstraszając Europę od Ukrainy, Putin sam stanie się sprawcą "swego Franciszka Ferdynanda". Kto wie, gdzie wyląduje przypadkowy dron.

Nie ma gwarancji, że nie powtórzy się rosyjski błąd z 2022 r. Wtedy na Kremlu wychodzono z założenia o słabości i nieistotności Ukrainy — jej armii, społeczeństwa i "nieprawdziwego" prezydenta-aktora. Teraz wychodzą z założenia o słabości i rozproszeniu NATO, dosłownie cytując własną propagandę.

Ostatnie przemówienie Putina podczas spotkaniu Klubu Wałdajskiego przesiąknięte było irytacją, że Europa nie działa zgodnie z jego planem. A plan jest przecież taki prosty: w wyniku hybrydowych ataków Europejczycy przestaną wspierać Ukrainę i przyznają, że boją się uruchomić art. 5. Strategiczne zwycięstwo nad Zachodem osiągnięte, więc pełnowymiarowe zwycięstwo w Ukrainie przestaje być konieczne.

— "Czy nie czuje się pan jak Aleksander I na jakimś nowym Kongresie Wiedeńskim? [chodzi o cara Aleksandra I Romanowa, inicjatora Kongresu Wiedeńskiego]" — podpowiada, wyprzedzając wydarzenia, dworski moderator podczas audiencji dla zagranicznych politologów, którzy ulegli rosyjskiemu władcy zamiast europejskim rządom. W odpowiedzi rosyjski lider z pobłażliwością zauważa, że jego poprzednik Aleksander krótkowzrocznie zajmował się restauracją monarchii absolutnych, zamiast — jak on obecnie — wyczuwać i właściwie realizować zapotrzebowanie na przyszłość.

Putin formułuje propozycję dla Europy: jeśli nie chcecie, żeby latały nad wami drony — przyznajcie się, że NATO to papierowy tygrys, a ja jestem nowym Aleksandrem, tylko lepszym.

Stąd paradoksalne połączenie tonów pokojowych i groźby oraz kolejne zanurzenie w przeszłość, któremu towarzyszy żal wobec przywództwa nazistowskiego: "W końcu Niemcy proponowały Polakom pokojowe rozwiązanie sprawy Gdańska i korytarza polskiego — rząd ówczesnej Polski kategorycznie odmówił". I jak tu nie współczuć, skoro jego własna propozycja dla Polski i Europy niewiele się różni — tylko zamiast Gdańska jest Ukraina: "Jeżeli dzisiejsza polityczna elita najwyższego szczebla w Polsce wyciągnie z tego wnioski, to zda sobie sprawę z tego, że to nie taki zły pomysł".

Putin już w 2021 r. wystosował Zachodowi ultimatum. Wtedy ceną odmowy miała być wojna z Ukrainą. Nowe ultimatum skierowane jest bezpośrednio do Europy w nadziei, że udowodni ono bezsensowność NATO. Poparte jest na razie dość ostrożnymi prowokacjami wojskowymi wobec kilku państw sojuszniczych i osobiście wyjaśnione przez Putina.

Ostrożny, hybrydowy, zamaskowany charakter rosyjskich uderzeń nie pozwala osiągnąć potrzebnej "terapeutycznej" wygranej nad Zachodem zamiast wciąż nieosiągalnego zwycięstwa nad Ukrainą. Chęć osiągnięcia jasności i mocniejszego dowodu swojej tezy może popchnąć Rosję za pewną granicę, po przekroczeniu której trudno będzie się już wycofać.

onet.pl\Meduza


7 października Władimir Putin obchodził 73. urodziny. 

(...)

Rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow poinformował, że Putin spędzi swoje 73. urodziny w pracy, a w planach ma m.in. posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i rozmowy telefoniczne z przywódcami innych krajów.

Tych jednak nie było za wiele. Do Putina zadzwonił prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew. Politycy po raz pierwszy rozmawiali po tym, jak w czerwcu 2025 r. siły bezpieczeństwa w Jekaterynburgu przeprowadziły nalot na dziesiątki osób pochodzenia azerskiego w związku z morderstwem sprzed 20 lat. W wyniku zatrzymania zginęli bracia Husejn i Zijaddin Safarow.

Podczas rozmowy Alijew złożył Putinowi życzenia urodzinowe, a także omówił z nim "aktualny stan i perspektywy stosunków między Azerbejdżanem a Rosją".

Rosyjski dyktator otrzymał również tradycyjne gratulacje od przywódców Białorusi, Kazachstanu, Turkmenistanu, Korei Północnej, Nikaragui, Indii, Turcji, a także od przywódców samozwańczych republik Abchazji i Osetii Południowej.

(...)

Podczas posiedzenia plenarnego deputowani Dumy Państwowej poświęcili też czas na złożenie Putinowi życzeń urodzinowych.

— Mamy szczęście. Na czele Federacji Rosyjskiej stoi silny prezydent. Dzisiaj są urodziny Władimira Władimirowicza. Złóżmy mu życzenia! Jeśli jest Putin — jest Rosja — powiedział przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin.

Jego zdaniem Rosja przeszła "ogromne próby" i dopiero wraz z wyborem Putina odnalazła siebie i podniosła się z kolan.

— Dzisiaj jest największą gospodarką Europy, czwartą na świecie, największą pod względem terytorium. Wszystkie wyzwania, przed którymi stoimy, może pokonać tylko kraj, na czele którego stoi silny prezydent, popierany przez społeczeństwo. Musimy być bardziej niż kiedykolwiek zjednoczeni wokół głowy państwa — apelował.

Następnie wszyscy deputowani wstali i zaczęli oklaskiwać Putina.

(...)

Serwis Agenctwo odkrył, że ​​urzędnicy otrzymali instrukcje, jak prawidłowo złożyć gratulacje Putinowi. Czoudura Erenede, koordynatorka Ruchu Kobiet Jednej Rosji i posłanka tej partii z Republiki Tuwy, opublikowała na portalu VKontakte "Specyfikację kampanii internetowej #GratulacjeOdDonbasuDoKamczatki". Później usunęła post, ale dziennikarze zdążyli go zobaczyć.

"Wpis powinien odzwierciedlać istotę kampanii (i być opatrzony tekstem, zdjęciem tematycznym lub zdjęciem autora). W poście należy: pogratulować prezydentowi Federacji Rosyjskiej. Jako treść towarzyszącą możesz wykorzystać zdjęcia prezydenta Władimira Putina. Opowiedz o najnowszych osiągnięciach, które miały miejsce w twoim regionie lub w całym kraju. Podaj przykłady poprawy w dziedzinie gospodarki, kultury, sportu, budownictwa państwowego" — napisano w instrukcji.

Dziennikarze przejrzeli posty oznaczone tym hashtagiem i znaleźli gratulacje od urzędników i polityków różnego szczebla, w tym senatora Rusłana Smaszniewa, naczelnika gurjewskiego okręgu miejskiego obwodu kaliningradzkiego Aleksieja Kuriłowa oraz Denisa Pestunowa, członka Izby Społecznej obwodu smoleńskiego. Projekt Botnadzor wyjaśnił, że boty kremlowskie również włączyły się w kampanię: opublikowały już 111 postów na VKontakte z hashtagiem "#GratulacjeOdDonbasuDoKamczatki".

Pod tym samym hasłem odbyła się akcja w Moskwie. Zorganizowała ją Młoda Gwardia, a uczestnicy ustawili się przed Ogólnorosyjskim Centrum Wystawowym, tworząc napis "Gratulacje od Donbasu do Kamczatki". Jak donosi kanał "Groza", za udział w akcji studenci mieli otrzymać tysiąc rubli (ok. 450 zł) i dyplomy.

W tym roku propagandziści nie wymyślili niczego nowego i złożyli gratulacje Putinowi według standardowego scenariusza. Władimir Sołowjow napisał na swoim kanale na Telegramie, że Putin zmienił bieg historii, "kiedy wydawało się, że kraj przestanie istnieć, że nie chodzi o to, czy się rozpadnie, ale o to, kiedy".

"Fakt, że Rosja nie tylko nie rozpadła się, ale także powiększyła swoje terytoria za rządów Putina, już wszystko wyjaśnia. (…) Putin zjednoczył kraj, powiększył go. Zwrócił kraj narodowi. Zwrócił nam ojczyznę" — stwierdził dziennikarz.

onet.pl


Ogólnie rzecz biorąc, nie ma pewnych danych na temat całościowych rosyjskich strat, podobnie jak ukraińskich. Pozostaje wyciąganie uśrednionych liczb spośród tych dostępnych oficjalnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że to bezsprzecznie najkrwawsza rosyjska wojna od II wojny światowej. Nie ma też wątpliwości, że nawet jeśli przyjmiemy za prawdziwy poziom strat z szacunków ukraińskich oraz zachodnich, to skala rosyjskiej rekrutacji powinna je pokrywać. Według wyliczeń, bazujących na rosyjskich danych budżetowych, prowadzonych przez niemieckiego analityka Janisa Kluge, Rosjanie właściwie już od dwóch lat rekrutują średnio po 30-35 tysięcy ludzi miesięcznie. Chodzi o tych, którzy dobrowolnie podpisują kontrakty na służbę w zamian za bardzo atrakcyjne wynagrodzenie. Jego wysokość na przestrzeni ostatnich dwóch lat systematycznie rośnie, co pokazuje, że coraz trudniej ich znaleźć. O ile na początku 2024 roku wypłata za samo podpisanie kontraktu wynosiła około 500 tysięcy rubli (około 22 tysiące złotych), to teraz jest to około 2 milionów (88 tysięcy złotych). Dla wielu Rosjan, zwłaszcza z prowincji, są to ogromne pieniądze, wręcz z kategorii nie do zdobycia w inny sposób. Oznacza to też znaczne obciążenie dla finansów państwa, bo według wyliczeń Kluge, cały ten program kosztuje Rosję rocznie około 0,4 procent PKB.

Konkluzja jest jednak taka, że pomimo poważnych strat na froncie, Rosji na razie żołnierzy nie brakuje. Wręcz przeciwnie, ma ich albo dość na pokrycie strat, albo nawet na ciągłą rozbudowę liczebną.

gazeta.pl


Na razie w ogóle nie jest pewne, czy Waszyngton zdecyduje się przekazać tę broń Ukraińcom. Prezydent Donald Trump niby wyraźnie to sugeruje, ale nie padła żadna konkretna deklaracja. Być może Tomahowków pozostanie na dłużej w sferze niedomówień jako forma nacisku na Kreml. Rakiety te niewątpliwie mają bardzo dobrą reputację, są uznawane za groźną i skuteczną broń, co czyni je dobrym straszakiem. Tymczasem faktyczne przekazanie ich Ukraińcom wiązałoby się z serią problemów.

Podstawowym problemem jest sposób, w jaki trzeba by je odpalać. Standardowo Amerykanie robią to z okrętów US Navy, nawodnych i podwodnych. Tomahawki opracowano w latach 70. przede wszystkim jako broń morską. Tyle że Ukraińcy właściwie nie posiadają floty. Możliwości odpalania standardowych morskich Tomahawków więc nie mają i mieć nie będą. Wersji wystrzeliwanej z samolotów nigdy nie było. Wydawałoby się, że pozostaje najbardziej oczywiste rozwiązanie, czyli odpalanie ich z ziemi. Tylko że ono wcale nie jest takie oczywiste, bo lądowa wersja Tomahawka to aktualnie rarytas.

Kiedyś było inaczej. Jeszcze przed ukończeniem prac nad morską wersją rakiety w latach 70. zdecydowano się stworzyć dodatkowo wersję lądową. Obie weszły do służby równocześnie w 1983 roku. Lądową nazwano Gryphon. Około setkę wyrzutni, każdą z czterema rakietami, rozmieszczono w pięciu bazach w Europie Zachodniej. Tyle że w 1991 roku wszystkie wycofano ze służby i zezłomowano zgodnie z traktatem rozbrojeniowym INF [Intermediate-Range Nuclear Forces Treaty - przyp.red], podpisanym z ZSRR. Wszystko to stało się pod dokładną kontrolą Rosjan. Przez ponad dwie dekady nie widziano potrzeby odtworzenia tego rodzaju broni, tak długo jak w mocy pozostawał traktat INF. Morska wersja jak najbardziej wystarczała. Traktat INF umarł jednak w 2019 roku, wraz z wycofaniem się z niego USA. Wersja oficjalna głosiła, że to z powodu Rosjan, którzy - choć temu zaprzeczali - w ukryciu opracowywali zakazaną lądową rakietę manewrującą. Amerykanie przy okazji wskazywali, że INF to anachronizm, skoro nie są nim objęte Chiny. Zwracali też uwagę, że tworzy to niekorzystną dla nich sytuację na Pacyfiku.

Właściwie natychmiast po wycofaniu się z traktatu, Amerykanie zaczęli oficjalnie prace nad odtworzeniem lądowych Tomahawków. Nieoficjalnie trwały już wcześniej. Przyjęte rozwiązanie jest bardzo proste. W dużym kontenerze umieszcza się podnoszoną do pionu lekko zmodyfikowaną morską wyrzutnię rakiet Mk 70, instalowaną zwykle na mniejszych okrętach US Navy. Każda zawiera do czterech pocisków Tomahawk lub przeciwlotniczych/przeciwrakietowych SM-6. Cztery takie kontenery na naczepach holowanych przez ciężarówki, wraz z dodatkowymi pojazdami dowodzenia i wsparcia, stanowią baterię systemu Typhoon. Pierwsza weszła wstępnie do służby w 2023 roku.

Teoretycznie narzędzie odpowiednie dla Ukraińców więc jest. Problem w tym, że to jeden z priorytetowych programów modernizacyjnych Pentagonu, a nowe i bardzo pożądane rozwiązanie jest aktualnie produkowane na bardzo małą skalę. W służbie są tylko dwie baterie przeznaczone do służby na Pacyfiku. Trzecia jest w przygotowaniu z przeznaczeniem dla europejskiego teatru działań. Plany zakładają, że trafi tu w 2026 roku, a trzy kolejne są zamówione i też podzielone pomiędzy Pacyfik i Europę. Mają być produkowane w tempie jednej rocznie. To oznacza więc sześć baterii dla wojsk USA, rozrzuconych na dwóch krańcach globu. Można być właściwie pewnym, że perspektywa nagłego oddania jednej Ukraińcom, wywołuje w Pentagonie palpitacje serca. 

(...)

Same rakiety Tomahawk, przynajmniej teoretycznie, nie powinny być problemem. Gorzej z praktyką. Amerykanie od początku lat 80. kupili ich dla swojego wojska prawie dziewięć tysięcy. Około dwa i pół tysiąca wystrzelili. Nawet zakładając, że część sprzętu przekroczyła tak zwany resurs (termin przydatności broni do użycia), to powinni mieć znaczny ich zapas, idący w tysiące. Tyle że ten jest zapewne rozdysponowany pomiędzy różne dowództwa, które nie będą skore do oddawania swoich zapasów. Zwłaszcza to pacyficzne, które regularnie alarmuje, iż ma za mało amunicji na wypadek ewentualnego konfliktu z Chinami. Produkcja Tomahawków ciągle trwa, ale jest na poziomie kilkudziesięciu sztuk rocznie. Na przyszły rok zaplanowano zakup 57 dla wojsk USA. Dodatkowo trwa produkcja dla Australii, Holandii i Japonii. Nie jest to więc skala pozwalająca bez problemu i szybko pokryć potencjalne potrzeby Ukrainy z bieżącej produkcji. Amerykańskie zapasy to co innego, ale Pentagon raczej będzie się bronił przed ich uszczuplaniem. Agencja Reutera już cytowała kilku anonimowych urzędników związanych z administracją w Waszyngtonie, którzy wprost twierdzili, że przekazywanie Ukrainie Tomahawków nie będzie możliwe z uwagi na własne potrzeby wojska USA.

gazeta.pl