wtorek, 7 października 2025



- W tym roku B'tselem opublikowało raport pod tytułem "Nasze ludobójstwo", w którym jak pierwsza izraelska organizacja określacie w ten sposób to, co dzieje się w Strefie Gazy. 

Od dekad dokumentujemy naruszenia praw człowieka. A w ciągu ostatnich dwóch lat pracujemy dniami i nocami, by zbierać dane i świadectwa oraz śledzić działania zbrojne Izraela w Gazie i na Zachodnim Brzegu. To wszystko skłania się na całościowy obraz - i jest nim to, że Izrael systematycznie i celowo atakuje ludność cywilną Gazy.

- Rząd powtarza, że celem cały czas jest Hamas, a nie niewinni cywile

Tyle że w praktyce uważają, że w Gazie nie ma niewinnych cywilów. I rządzący mówią o pozbyciu się mieszkańców ze Strefy Gazy, zniszczeniu zabudowań i zasiedleniu tego obszaru. A kiedy spojrzymy nie tylko na słowa, ale też na działania, to widzimy, że niszczą całą infrastrukturę, dom po domu, ulica po ulicy, żeby nie było do czego wrócić. Doprowadzają do klęski głodu wśród mieszkańców, atakując w ten sposób całą populację. 

Zgodnie z prawem międzynarodowym ludobójstwo nie oznacza tylko sytuacji, w której dąży się do zabicia każdego członka danej grupy. To także działania, które mają uniemożliwić tej grupie funkcjonowanie i przetrwanie. I dokładnie to robi Izrael w Gazie.

- Jak wasz raport został przyjęty w Izraelu?

Izraelski rząd często reaguje na jakąkolwiek krytykę twierdząc, że stoi za nią antysemityzm. W naszym przypadku było inaczej - wybrali negowanie i ignorowanie. W izraelskich mediach głównego nurtu praktycznie nie wspominano o naszym raporcie. Chociaż miałem ogrom wywiadów z zagranicznymi mediami, które informowały na temat raportu, to w samym Izraelu wiele osób nawet o tym nie słyszało. 

Reżim, który dopuszcza się ludobójstwa, musi jednocześnie kontrolować własne społeczeństwo - to, co ono wie, a czego nie wie, co mu się pokazuje, a czego nie. I coraz bardziej zaczynają używać narzędzi znanych z dyktatur, by manipulować społeczeństwem. 

- Przez ostatnie dwa lata uwaga zagranicznych mediów skupiała się na Strefie Gazy, ale B'tselem monitoruje też sytuację Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. Co zmieniło się tam w tym czasie?

Trzeba zacząć od tego, że izraelska okupacja tam nie jest niczym nowym. Trwa już ponad 50 lat. Władze Izraela w tym czasie zacieśniały swoją kontrolę, powstawały nowe osiedla żydowskie na terenach okupowanych, zagrabianych było coraz więcej ziem palestyńskich mieszkańców. 

To, co jest nowe w ostatnich kilku latach, to ekstremiści w rządzie, którzy nawet nie udają, że dbają o prawo międzynarodowe. Oni zobaczyli, że świat nie powstrzymał Izraela przed popełnieniem ludobójstwa w Gazie, więc dostrzegli w tym szansę na postęp czystki etnicznej na Zachodnim Brzegu. Ostatecznym celem ma być jego aneksja.

- Co oznacza to dla żyjących tam milionów Palestyńczyków?

Coraz częściej schemat: wkraczanie władz, czasem przy wsparciu armii, do palestyńskich obozów uchodźców, przymusowe wysiedlenia tysięcy mieszkańców, przejmowanie terenu, burzenie domów. W ostatnich latach odnotowujemy coraz więcej aresztowań, blokad dróg, zamykania wjazdu do palestyńskich miejscowości. Wojsko może mieć całkowitą kontrolę nad przemieszczaniem się ludzi, raz otwierając, raz zamykając punkty kontrolne, co ma ogromny wpływ na życie codzienne. 

Na terenach okupowanych powstaje więcej i więcej nielegalnych osiedli izraelskich oraz przyczółków, a wraz z tym rośnie przemoc osadników wobec Palestyńczyków. Ich brutalność narasta, a do ataków osadników na palestyńskich mieszkańców dochodzi każdego dnia.

- Jak wyglądają te ataki?

Osadnicy fizycznie atakują Palestyńczyków, podpalają domy, samochody czy pola uprawne. Armia, która odpowiada za bezpieczeństwo na terenach okupowanych, albo stoi z boku i nie robi nic, by ich powstrzymać, albo sama w tym uczestniczy. Cel jest jeden: przymusowe wysiedlanie społeczności, spychając je do miast i miasteczek, aby jak najwięcej ziemi pozostało dla Izraelczyków. 

- Jak działają przyczółki osadników, o których wspomniałeś?

Przyczółkiem osadników (tzw. outpost) może być nawet jeden barak albo małe gospodarstwo, umiejscowione najczęściej na wzgórzu. Ich tworzenie na terenach okupowanych jest nielegalne nawet według izraelskiego prawa. Ale Izrael i tak je wspiera: zapewnia podłączenie do prądu i wody, wysyła żołnierzy do ich ochrony. Osadnicy mogą liczyć na pomoc finansową czy inne wsparcie, np. specjalne samochody.

Kiedy już powstanie taki przyczółek, osadnicy przejmują kontrolę nad obszarem wokół - po prostu uniemożliwiają Palestyńczykom dostęp do tych terenów, nawet jeśli to ich gaje oliwne czy pola. Stosują przemoc, groźby, prowokują, wzywają armię, żeby aresztowała Palestyńczyków. Już wiele razy nagrano zdarzenia, gdy osadnicy atakowali, nawet strzelali do Palestyńczyków - i nic, żadnych konsekwencji. To skuteczny sposób na przejmowanie ziemi - Palestyńczycy zaczynają się bać tam wracać, bo wiedzą, że nikt ich nie ochroni. Od 7 października 2023 roku doszło do przymusowego wysiedlenia 41 społeczności. Dziesiątki innych codziennie padają ofiarą ataków. 

- We wrześniu kilka krajów oficjalnie uznało państwowość Palestyny. Czy to w jakikolwiek sposób zmienia sytuację na miejscu?

To samo w sobie oczywiście nic nie zmieniło. Powiedziałbym wręcz, że efekt był odwrotny, bo osadnicy i rząd uznają, że trzeba działać jeszcze szybciej. Dlatego, dopóki kraje nie przejdą od samego oficjalnego uznania państwa palestyńskiego do realnych działań wywierających presję na Izrael, nic to nie pomoże.

gazeta.pl


Żołnierz wypowiadający się pod pseudonimem Yoni opisał zdarzenie z Bajt Lahiji. Usłyszał okrzyk "terroryści!", więc dobiegł do karabinu maszynowego i zaczął strzelać. Ale to nie byli terroryści. - Zobaczyłem ciała dwójki dzieci, może 8- i 10-letnie. Krew była wszędzie, ślady strzałów. Wiedziałem, że to moja wina, że to ja zrobiłem. Poczułem, że zwymiotuję. Po kilku minutach przyjechał dowódca i powiedział chłodno, jakby to nie byli ludzie: "Weszli do strefy eksterminacji, to ich wina, taka jest wojna" - opowiedział dziennikarzom.

Po kilku miesiącach widok martwych dzieci nie przestawał dręczyć Yoniego, więc poprosił dowódców o spotkanie ze specjalistą zdrowia psychicznego. - Opowiedziałem mu o wszystkim, a on wytłumaczył, że istnieje coś takiego jak "naruszenie zasad moralnych". To stan, kiedy postępuje się wbrew swoim zasadom i dochodzi do dysonansu między wartościami, w które wierzysz, a twoim zachowaniem" - zreferował żołnierz. Specjalista zarekomendował, by Yoni nie wracał na front. - Mam flashbacki z tego zdarzenia. Ciągle wracają do mnie ich twarze, nie wiem, czy kiedykolwiek je zapomnę - przyznał.

- Zaczęło się jakieś dwa miesiące temu. Codziennie mieliśmy to samo zadanie: zabezpieczenie pomocy humanitarnej na północy Strefy Gazy - opowiadał Benny, snajper z brygady Nahal. Codziennie rano obierał pozycję i czekał na rozładunek ciężarówek GHF, zmilitaryzowanej fundacji, którą Izrael jako jedyną wpuszcza do Gazy. Kiedy Palestyńczycy podchodzą - według strony izraelskiej - za blisko, snajper ma obowiązek do nich strzelać. - Próbują podchodzić z różnych stron, a ja jestem tu ze snajperką. Oficerowie krzyczą: "zdejmuj go!". Oddaję 50-60 strzałów codziennie, przestałem liczyć zabitych. Nie mam pojęcia, ile osób zabiłem. Wielu. Dzieci - wyznał.

Benny już po kilku dniach czuł efekty psychologiczne, od tego czasu się pogorszyły. - To mnie zabija, naznaczyło mnie na całe życie. Myśli o śmierci mnie nie opuszczają. Czuję brzydki zapach i od razu przychodzi na myśl zapach ciał - opowiedział Haaretzowi. - Trzy razy zsikałem się pod siebie jak czterolatek. Raz przyśniło mi się, że morduję swoją rodzinę. Budzę się 5-6 razy w nocy. Widzę ludzi, których zabiłem. Zrozum, że snajper to nie pilot. Widzi swoje ofiary przez lupę. To okropne - dodał.

Benny stara się o zwolnienie ze służby. Zaciągnął się, bo myślał, że w ten sposób chroni swoich bliskich, dziś uważa, że to błąd. - Nie wierzę oficerom, nie wierzę rządowi. Chcę tylko wydostać się z armii i zacząć życie. Nie wiem, czy to się uda, czy to w ogóle możliwe - przyznał. 

Telewizja Kan opisała z kolei przypadek żołnierza, który twierdził, że jego oddział zastrzelił kobietę i jej dwójkę dzieci, którzy weszli do "strefy zabijania". - Zobaczyliśmy trzy sylwetki i strzelaliśmy, zgodnie z rozkazami. Po tym zdarzeniu straciliśmy trzech żołnierzy z powodu PTSD. Mieli koszmary, cierpieli z powodu bezsenności. Ciągle widzieli te dzieci - powiedział. Oficer od zdrowia psychicznego miał uznać, że straumatyzowani żołnierze nadają się do powrotu na front. Inny żołnierz miał usłyszeć od dowódcy, że próbuje wyłgać się ze służby i chce "zdradzić lud Izraela". 

(...)

CNN w ubiegłym roku opisał historię operatora buldożerów, który prowadził wyburzenia w Strefie Gazy. 40-letni Eliran Mizrahi zastrzelił się dwa dni przed planowanym powrotem do enklawy. - Wyszedł z Gazy, ale Gaza nie wyszła z niego - powiedziała CNN matka mężczyzny. Jego kolega opowiadał w Knesecie o tym, że buldożerami "rozjeżdżano terrorystów, żywych i martwych, w setkach". - Wszystko wytryskuje - mówił, tłumacząc, dlaczego przestał jeść mięso.

We wrześniu w parlamencie odbyło się wysłuchanie ws. zapobiegania samobójstwom wśród żołnierzy. Weterani rzucili na stół opakowania leków. - Wyleczcie mnie, wyleczcie nas. Życie wymyka mi się z rąk, do cholery. Moim marzeniem jest dostać kulkę między oczy. Jestem żywym trupem, człowiekiem, który nie żyje. (...) Dlaczego muszę tak cierpieć? Dlaczego codziennie próbuje się zabić? Wymazano mnie z tego niby wspaniałego państwa - wykrzykiwał Israel Hayat, młody żołnierz, u którego zdiagnozowano PTSD. 

gazeta.pl

poniedziałek, 6 października 2025



W rozmowie z węgierskim kanałem internetowym "Partizan" Merkel oznajmiła, że uważa, iż koronawirus "zmienił światową politykę" i nie da się powiedzieć, czy "Putin napadłby na Ukrainę, gdyby nie było pandemii". Jak dodała, choć porozumienie mińskie z 2015 r. "nie było doskonałe" i Rosja "nigdy tak naprawdę go nie przestrzegała", to "przyniosło one pewne uspokojenie". Dzięki temu Ukraina między 2015 a 2021 r. mogła "zebrać siły i lepiej się bronić".

Była liderka niemieckich chadeków powiedziała, że w czerwcu 2021 r. odniosła wrażenie, że Putin "nie traktuje już porozumienia mińskiego poważnie". Dlatego wraz z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem "chciała nowego formatu", by "bezpośrednio jako UE rozmawiać z Putinem". — Ale nie wszyscy to poparli. Przede wszystkim państwa bałtyckie i Polska były przeciwne, bo obawiały się, że nie ma wspólnej polityki wobec Rosji — powiedziała Merkel.

onet.pl


WELT: Jak prawdopodobna jest wojna o Tajwan?

James Stavridis: Postawmy się w sytuacji prezydenta Xi (Jinpinga, przywódcy Chin). Musi on zadać sobie pytanie, czy Tajwańczycy będą walczyć do samego końca, tak jak Ukraińcy. Musi zadać sobie pytanie, czy Zachód wesprze ich przynajmniej bronią i informacjami wywiadowczymi. Musi też przyjrzeć się sytuacji, w jakiej znalazł się jego "najlepszy przyjaciel na zawsze", Władimir Putin, w związku z Ukrainą — nie jest to zbyt atrakcyjny obraz.

Nie zapominajmy też, że prezydent Xi nigdy nie był na Tajwanie. A ja byłem. Dobrze znam tamtejsze siły zbrojne. Dobrze znam tamtejszych przywódców. Wierzę, że będą walczyć jak lwy. I proszę mi wierzyć, pod powierzchnią Tajwanu znajdują się setki kilometrów tuneli przeznaczonych do walki. Myślicie, że Hamas ma sieć tuneli? W porównaniu z tym, co znajduje się pod Tajwanem, wygląda to jak plac zabaw dla dzieci. Cała wyspa jest marzeniem dla bojowników ruchu oporu, są tam góry i lasy. Tajwańczycy mogą więc walczyć długo.

Drugą niepewnością dla Xi jest brak doświadczenia jego sił zbrojnych. Podczas parad prezentują się dobrze. Ale od niepamiętnych czasów nie oddali ani jednego strzału w sytuacji kryzysowej. Trzecia niepewność: nie wie, jak będą wyglądały sankcje. I co stanie się z przemysłem czipowym? Co stanie się z fabrykami? Proszę mi wierzyć, Tajwan nie powie: "O Boże, podbiliście nas, oto klucze do fabryki". Ta fabryka nigdy więcej nie będzie działać. Tak więc to jest walka w głowie Xi. Uważam, że nie zaatakuje, dopóki Tajwańczycy nie ogłoszą niepodległości. I nie sądzę, aby mieli taki zamiar.

WELT: Załóżmy, że Tajwan ogłasza niepodległość. Jak wyglądałaby ta inwazja?

Byłaby bardzo trudna dla Chin. To 100 mil [161 km] otwartego morza. Przepływałem przez Cieśninę Tajwańską niezliczoną ilość razy. Wody tam są wzburzone. Przetransportowanie floty inwazyjnej przez te wody na plaże, a następnie podporządkowanie Tajwańczyków to ogromne wyzwanie militarne. Gdyby Stany Zjednoczone zdecydowały się pomóc, najskuteczniejsze byłyby okręty podwodne. Wtedy można by zobaczyć, jak chińskie okręty wojenne są zatapiane jeden po drugim. Nie sądzę, aby Chiny miały wiele odpowiednich środków do przeciwstawienia się.

WELT: Co jeszcze mógłby zrobić Xi?

Mógłby zablokować Tajwan i przeprowadzić cyberataki. Mógłby zastosować wojnę hybrydową, w szczególności propagandę, aby przejąć kontrolę nad procesem demokratycznym. Myślę, że sytuacja potoczy się w tym kierunku.

onet.pl\Die Welt


WELT: Jak daleko jesteśmy od trzeciej wojny światowej?

James Stavridis: Dzięki Bogu, nadal daleko. Nie jesteśmy tak blisko trzeciej wojny światowej, jak na przykład w 1962 r. Jestem wystarczająco stary, aby pamiętać zimną wojnę. To była rywalizacją między dwiema ogromnymi flotami wojennymi, które grały w "Polowanie na Czerwony Październik" na oceanach świata. Zimna wojna to 25 tys. broni atomowych w stanie najwyższej gotowości bojowej. Jej punktem kulminacyjnym był oczywiście kryzys kubański w 1962 r. Był to moment, w którym świat był najbliżej całkowitej zagłady. W tej chwili nie sądzę, abyśmy mieli popaść w globalną wojnę na superlatywy. Ale aby temu zapobiec, potrzebna jest uwaga, wytrwałość i dyplomacja.

WELT: Publicznie wspomniał pan, że przyłączenie Grenlandii do Stanów Zjednoczonych "nie jest szalonym pomysłem". Czy naprawdę tak pan uważa?

Szalonym pomysłem byłoby, gdyby Stany Zjednoczone po prostu wkroczyły do Grenlandii. Jednak pomysł znalezienia rozwiązania, które włączyłoby Grenlandię do strefy wpływów USA, nie jest wcale szalony. W jaki sposób Stany Zjednoczone stały się właścicielem Wysp Dziewiczych? Kupiliśmy je od Danii około 100 lat temu. Alaskę nabyliśmy od Rosji w ramach umowy handlowej. Ten kraj powstał w wyniku zakupu Luizjany — podkreślam słowo "zakupu" — od Francji. Istnieje więc wiele precedensów dotyczących transakcji handlowych, ale nie można tego osiągnąć siłą broni. I oczywiście musi to odbywać się przede wszystkim we współpracy z mieszkańcami Grenlandii.

(...)

WELT: Czego naprawdę Putin chce od Ukrainy?

Cel Władimira Putina jest jasny: chce podbić całą Ukrainę. Proszę zapomnieć o rosyjskim mistycyzmie w stylu "Zawsze byliśmy częścią Krymu i to tam Puszkin pisał swoje wiersze". Chce Ukrainy z tradycyjnych powodów: jest ona spichlerzem Europy, bogatym w węglowodory [to główne składniki paliw kopalnych takich jak ropa naftowa i węgiel], ma godną pozazdroszczenia linię brzegową Morza Czarnego i 40 mln mieszkańców. Putin potrzebuje ludzi. Gdy tylko podbije całą Ukrainę, zwróci swoją uwagę na Mołdawię, Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Jego cel jest jasny: przywrócenie ZSRR. Runda pierwsza — Ukraina. Runda druga — pozostałe byłe republiki radzieckie. Runda trzecia — kraje bałtyckie: Estonia, Łotwa, Litwa. Nie uważam, żeby cele Putina były tajemnicą.

WELT: Czy ma na to środki?

Nie sądzę. Jego gospodarka zaczyna słabnąć. Podnosi podatek VAT o dwa punkty procentowe. Obniża budżet obronny. Nie wiem, czy to zauważyliście. Rosyjski budżet obronny zmaleje z ponad 163 mld dol. do 156 mld dol. [590 mld zł do 565 mld zł według informacji podawanych przez "The New York Times"] — to dość znamienne. [Dzieje się tak] nie dlatego, że [Putin] wygrywa wojnę. Powoli kończą mu się opcje gospodarcze. Nadal dysponuje silną, potężną machiną wojskową. Ma broń atomową. Nie należy tego lekceważyć, ale nie jest to zbyt dobry układ. Ma jednak jeszcze asy w rękawie: wojnę hybrydową. [W Europie] należy więc spodziewać się większej liczby cyberataków, większego wykorzystania sztucznej inteligencji i propagandy, większej liczby ataków na kluczową infrastrukturę morską, większej liczby uciążliwych lotów dronów. Putin może również rozważać zamachy i akty sabotażu. Zrobi wszystko, aby zdestabilizować Europę Zachodnią.

WELT: Jak jako naczelny dowódca sił sojuszniczych postąpiłby pan w przypadku rosyjskich samolotów naruszających przestrzeń powietrzną NATO?

Nadszedł czas, aby powiedzieć Rosji: "Hej, jeśli następnym razem Siergiej i Iwan wlecą swoimi MiGami na terytorium NATO, zestrzelimy ich". To uczciwe ostrzeżenie. Rosyjskie wojsko wie: kiedy wbijasz bagnet i trafiasz w coś miękkiego, idziesz dalej. Kiedy trafiasz w stal, wycofujesz się [to maksyma Włodzimierza Lenina]. Nie można po prostu pozwolić Iwanowi i Siergiejowi latać nad cudzym krajem, kiedy tylko mają na to ochotę. Nadszedł czas, aby wyeliminować kilku z nich, aby dać Putinowi do zrozumienia w jedyny sposób, jaki on rozumie, że mówimy poważnie.

onet.pl\Die Welt

niedziela, 5 października 2025



Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci (UNICEF) po raz kolejny zaapelował w piątek o natychmiastową pomoc dla dzieci w Strefie Gazy. Rzecznik organizacji James Elder podkreślił, że w enklawie nie ma miejsca, o którym można by powiedzieć, że jest bezpieczne.

Na spotkaniu z dziennikarzami w Genewie Elder przypomniał, że w piątek izraelskie władze wydały nakaz opuszczenia miasta Gaza przez kolejnych 200 tys. osób. Podkreślił, że do przesiedlenia na południe enklawy zmuszono już łącznie ok. 600 tys. cywilów.

- Jeden ze szpitali w Gazie, w którym byłem, codziennie przyjmuje od 60 do 80 dzieci z niedożywieniem i innymi chorobami. Oddział intensywnej opieki medycznej dla niemowląt i noworodków w szpitalu Al-Helou jest przepełniony, a w zeszłym tygodniu placówka została ostrzelana - relacjonował rzecznik UNICEF.

Elder zarzucił też izraelskim władzom brak logiki w podejmowanych działaniach. Zwrócił uwagę, że z jednej strony północ Strefy Gazy ogłoszono "wrogim terytorium", a ci, którzy tam pozostają, "mają być traktowani jak podejrzani" i stąd nakazy ewakuacji. Z drugiej jednak strony - podkreślił rzecznik UNICEF - wbrew zapewnieniom Izraela na południu enklawy, gdzie utworzono tak zwane strefy bezpieczne, sytuacja nie różni się w istotny sposób.

- Sama koncepcja "stref bezpiecznych" na południu jest farsą; bomby spadają z przerażającą regularnością. Szkoły wyznaczone jako tymczasowe schronienia regularnie zamieniają się w gruzy. Namioty rozstawiane na pustych placach nie dają żadnej ochrony przed odłamkami. Często stają w płomieniach podczas nalotów - powiedział Elder.
Podkreślił, że z formalnego punktu widzenia Izrael nie ma prawa z automatu pozbawiać statusu cywilów tych osób, które nie zastosują się do nakazów ewakuacji. Dodał, że region Al-Mawasi na południu enklawy jest obecnie "jednym z najbardziej zaludnionych miejsc na ziemi".

- Jest groteskowo przeludnione i pozbawione podstawowych warunków do przeżycia. 85 proc. rodzin mieszka w odległości mniejszej niż dziesięć metrów od otwartych ścieków, odchodów zwierzęcych, stert śmieci, stojącej wody lub plag gryzoni. Dwie trzecie rodzin nie ma dostępu do mydła. Rozmawiałem z dziesiątkami ludzi w Gazie, którzy mówili to samo: nie mają pieniędzy, aby się przenieść; nie mają miejsca ani namiotu, do którego mogliby się przeprowadzić - podkreślił rzecznik UNICEF.

- Dwa dni temu widziałem dzieci w szpitalu Nasser; sparaliżowane, poparzone lub pozbawione kończyn w wyniku bezpośrednich trafień. Kilka dni wcześniej w szpitalu Al-Aksa spotkałem wiele dzieci, które zostały postrzelone przez drony - poinformował Elder.

PAP


Sędzia federalna Karin J. Immergut tymczasowo zablokowała decyzję administracji Donalda Trumpa dotyczącą wysłania wojsk do miasta Portland w stanie Oregon. Swoją decyzję argumentuje naruszeniem prawa stanu do kontroli nad Gwardią Narodową, które jest gwarantowane przez Dziesiątą Poprawkę do Konstytucji USA. Orzeczenie ma obowiązywać do 18 października.

— Ten kraj ma długotrwałą i fundamentalną tradycję oporu wobec nadużyć władzy, zwłaszcza w formie ingerencji wojska w sprawy cywilne. To kraj prawa konstytucyjnego, a nie stanu wojennego — orzekła sędzia okręgowa Karin J. Immergut, nominowana przez prezydenta Donalda Trumpa.

Jej nakaz obowiązuje tymczasowo i ma wygasnąć 18 października. Rozprawa dotycząca ewentualnego przedłużenia decyzji została wyznaczona na dzień wcześniej, 17 października. Immergut ostro skrytykowała uzasadnienie prezydenta Trumpa, określając je jako "po prostu oderwane od faktów".

Prokurator generalny Oregonu, Dan Rayfield, nazwał orzeczenie "sygnałem alarmowym".

— Żaden prezydent nie może zmyślać faktów ani opierać się na trollingu w mediach społecznościowych lub straszyć rozmieszczaniem wojsk Stanów Zjednoczonych w naszych miastach — podkreślił prokurator.

Po ogłoszeniu przez Trumpa decyzji o wysłaniu 200 żołnierzy Gwardii Narodowej do stanu Oregon, stan ten wniósł sprzeciw do sądu. Nakaz rozmieszczenia żołnierzy na 60 dni wydał sekretarz obrony Pete Hegseth.

Według "Washington Post" administracja Trumpa planuje odwołać się od nakazu sędzi Immergut, argumentując, że prezydent działał legalnie, chcąc chronić federalne aktywa w obliczu gwałtownych zamieszek. Władze stanu Oregon określiły jednak ten ruch jako "oczywiście bezprawny" i starają się zablokować federalizację Gwardii Narodowej.

W dokumentach przedstawionych przez stan ostrzegano, że decyzja Waszyngtonu może wywołać "większe i potencjalnie bardziej brutalne protesty", utrudniając działania organów ścigania. Tymczasem w Portland demonstracje pod ośrodkiem Urzędu do spraw Imigracji i Egzekwowania Ceł (ICE) trwają od połowy czerwca, ale mają charakter niewielki i pokojowy.

Administracja Trumpa uzasadniała swoje działania koniecznością ochrony federalnych agentów i placówek imigracyjnych, wskazując na groźby i szkody wyrządzone przez "okrutnych aktywistów".

onet.pl\PAP

sobota, 4 października 2025



Każde zdanie Putina z wystąpienia w Soczi trzeba by dekonstruować, bo nawet w terminach przez niego użytych zawarte są kłamstwa - powiedział PAP dr Witold Rodkiewicz, analityk OSW. (...)

W 4-godzinnym wystąpieniu na konferencji Klubu Wałdajskiego w Soczi, głównej platformie propagandowej Kremla służącej kształtowaniu międzynarodowej opinii, Putin skupił się na kontynuacji kłamliwej narracji przedstawiającej Rosję jako "ofiarę zbrojącego się Zachodu". W opinii dr. Witolda Rodkiewicza, głównego specjalisty w Zespole Rosyjskim Ośrodka Studiów Wschodnich, nowością było to, że w przemówieniu rosyjskiego przywódcy pojawiło się kilka polskich wątków.

- To nie był przypadek. Kreml dotąd dążył do izolowania "konfliktu ukraińskiego", a obecnie być może Rosjanie uznali, że należy zwiększyć nacisk na państwa wspierające Ukrainę, abyśmy od niej się odcięli, w tym przede wszystkim państwa "frontowe", wśród których Polskę postrzegają (Rosjanie - PAP) jako najważniejszego aktora - ocenił Rodkiewicz.

Putin - nawiązując do wywiadu prezydenta Polski Karola Nawrockiego dla Radia Zet, w którym wspomniał on Józefa Piłsudskiego - stwierdził, że marszałek był wrogo nastawiony do Rosji oraz że "Polska popełniła bardzo wiele błędów przed II wojną światową". Rosyjski przywódca pominął przy tym fakt, że Nawrocki mówił o Piłsudskim w kontekście wojny polsko-bolszewickiej z 1920 r. oraz obecnej agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę, a nie II wojny światowej.

Według Putina Polska popełniła też błąd, odrzucając "pokojowe rozwiązanie" kwestii Gdańska i korytarza gdańskiego, w wyniku czego "Polska padła pierwszą ofiarą nazistowskiej agresji".

Przywódca Rosji stwierdził także, że Polska popełniła inny błąd, który uczynił z niej ofiarę nazistowskiej agresji. Powiedział, że w 1938 r. Polska nie "pozwoliła wojskom rosyjskim na pomoc Czechosłowacji", ostrzegając, że zestrzeli nadlatujące sowieckie samoloty.

- Proszę zwrócić uwagę na ten paradoks: z jednej strony Putin zarzuca Polsce, że nie prowadziła polityki ustępstw wobec Niemiec, a z drugiej strony nie chciała przeciwstawić się hitlerowskim Niemcom w sprawie Czechosłowacji - zwrócił uwagę Rodkiewicz. Ekspert przypomniał, że w rzeczywistości ZSRR nie zamierzał wysłać żadnych samolotów na pomoc Czechosłowacji, a Polska deklarowała jedynie, że jeśli sowieckie samoloty wlecą bez pozwolenia w jej przestrzeń powietrzną, to będzie je zestrzeliwać.

- To było więc nieprzypadkowe i bezpośrednie nawiązanie Putina do wypowiedzi wicepremiera Radosława Sikorskiego na forum ONZ - ocenił Rodkiewicz.

(...)

Ekspert zwrócił uwagę, że Putin wspomniał o Polsce jeszcze raz, dając do zrozumienia, że Rosja widzi polskie aspiracje do bycia jednym z liderów Unii Europejskiej.

Rodkiewicz powiedział PAP, że kiedy połączy się polskie wątki, przesłanie Putina jest bardzo proste: według Putina Polska ma wysokie aspiracje, ale nic z tego nie wyniknie, bo nie ma na to potencjału. Putin uważa ponadto, że Polska powinna zachowywać się tak jak Orban i Fico, i wtedy "być może zdoła w tym całym chaosie rozkładającej się Europy się ocalić".

Zdaniem eksperta polskie wydatki na zbrojenia oraz aktywność na polu dyplomatycznym, "przede wszystkim aktywne wspieranie sankcji oraz stanowisko w sprawie konfiskaty zamrożonych rosyjskich aktywów", zrobiły na Kremlu wrażenie i dlatego "Polska staje się jednym z priorytetów polityki rosyjskiej".

Większość wystąpienia w Soczi Putin poświęcił kreowaniu Rosji na ofiarę zachodnich zbrojeń i na tłumaczeniu, że Zachód niesłusznie traktuje Rosję jako wroga. "Rosja tylko się broni i nigdy sama z siebie nie wszczęła zbrojnej konfrontacji" - powiedział Putin.

- Każde zdanie Putina z tego wystąpienia trzeba by dekonstruować, bo nawet w terminach przez niego użytych jest zawarte fundamentalne kłamstwo - ocenił Rodkiewicz.

Putin powiedział np., że w Donbasie doszło do "eksterminacji narodu rosyjskiego na naszej własnej historycznej ziemi" i że ten proces rozpoczął się w 2014 r., po "krwawym zamachu stanu na Ukrainie".

- To kompletne odwrócenie pojęć i manipulacja faktami. W rzeczywistości mieliśmy tam do czynienia z puczem separatystów, a krew polała się na Ukrainie w tym sensie, że upadek prezydenta Janukowycza został spowodowany krwawym tłumieniem protestów na kijowskim Majdanie przez policję - przypomniał ekspert i podkreślił, że w Donbasie Ukraińcy zaatakowali nie ludność cywilną, ale separatystów, którzy zostali wysłani z Rosji i powstali zbrojnie przeciwko władzy uznanej przez ukraiński parlament.

Putin stwierdził także, że wojnę na Ukrainie sprowokował Zachód i winni są ci, którzy ją "podburzali i uzbrajali" i antagonizowali z Rosją. Nie byłoby według niego wojny "gdyby Ukraina nie stała się niszczycielską bronią w cudzych rękach i gdyby NATO nie zbliżało się do naszych granic".

- Słowa Putina o zagrożeniu przez Zachód są zmyśleniem, kompletnym zakłamaniem rzeczywistości. Przecież do września 2021 roku Zachód nie chciał Ukrainie dawać broni - przypomniał ekspert i dodał, że dopiero jesienią 2021 r. Amerykanie zaczęli wysyłać do Kijowa Stingery i Javeliny, zakładając, że będzie to broń dla partyzantów, "bo Ukraina upadnie".

W opinii Rodkiewicza w 2014 r. nie chodziło o NATO "pod rosyjską granicą", ale o to, że Rosjanie próbowali zapobiec podpisaniu przez Ukrainę porozumienia o strefie wolnego handlu z Unią Europejską.

- Przecież Rosja terroryzowała wtedy Janukowycza, groziła mu i zamknęła granicę z Ukrainą - powiedział ekspert. - Na Zachodzie, niestety, nawet w środowiskach ludzi wykształconych brakuje znajomości podstawowych faktów i wciąż można manipulować, tak jak robi to Putin - dodał Rodkiewicz.

Putin skrytykował także kraje Zachodu i zachodni liberalizm za to, że "demonizują" Rosję zamiast zająć się problemami obywateli i "dbaniem o jakość ich życia". Powiedział, że zachodni politycy zamieniają demokratyczne procedury w "farsę" i wprowadzają coraz to nowe zakazy, sugerując, że na Zachodzie jest jak w czasach Sowietów.

W opinii rozmówcy PAP to bardzo sprytny zabieg Putina i należałoby na niego odpowiedzieć, tak jak to robiono w trakcie zimnej wojny.

- Sowieci wykorzystywali wtedy rzeczywiście istniejące realne problemy kapitalistycznego świata, przede wszystkim wyzysk robotników, przekonując, że system sowiecki oznacza wyzwolenie robotników - przypomniał Rodkiewicz. Według eksperta odpowiedź Zachodu była prosta - rozwiązano kwestię robotniczą.

- Zachód zrozumiał, że to realny problem i trzeba go rozwiązać, i wytrącić argument z rąk Sowietów. Obecnie także zachodni politycy powinni zrozumieć, że zamiast np. wprowadzać cenzurę internetu, trzeba rozwiązać realne problemy, oczywiście nie upodabniając się do drugiej strony - ocenił Rodkiewicz.

PAP


Rzecznik ukraińskiego 2. Korpusu Gwardii Narodowej Wołodymyr Dehtiarew poinformował, że siły rosyjskie w północnym obwodzie charkowskim zazwyczaj odzyskują ciała rosyjskich żołnierzy poległych w akcji (KIA) tylko wtedy, gdy zmarły żołnierz miał stopień wyższy od kapitana lub krewni zmarłych żołnierzy płacą rosyjskiemu dowództwu wojskowemu. Dehtyarev poinformował, że rosyjskie małe grupy piechoty próbują zająć pozycje w pobliżu międzynarodowej granicy między Hlyboke i Łukjantsi (oba na północ od miasta Charków) ale kończą się niepowodzeniem, ponieważ siły ukraińskie rozszerzyły strefę śmierci (obszar bezpośrednio w pobliżu linii frontu, gdzie masa dronów taktycznych i rozpoznawczych stwarza zwiększone ryzyko dla jakiegokolwiek sprzętu lub personelu, który przedostanie się na ten obszar). Rzecznik Ukraińskiej Północnej Grupy Sił Wadym Mysnyk poinformował, że słabo wyszkoleni rosyjscy piechurzy w dalszym ciągu codziennie przeprowadzają ataki w północnym obwodzie charkowskim. Mysnyk poinformował, że siły rosyjskie mają zadania często tak proste, jak zajęcie pojedynczego budynku lub strefy przemysłowej w celu zdobycia przyczółków lub wyprodukowania materiału filmowego wyolbrzymiającego rosyjskie postępy.

(...)

Rzecznik Ukraińskiej Północnej Grupy Sił Wadym Mysnyk stwierdził, że rosyjscy jeńcy wojenni schwytani w Kupiańsku twierdzą, że rosyjskie dowództwo wojskowe nakazało siłom rosyjskim zabijanie wszystkich cywilnych mężczyzn i wykorzystywanie kobiet, dzieci i starszych mieszkańców jako “ludzkich tarcz”. Mysnyk stwierdził również, że siły ukraińskie obserwowały w Kupiańsku siły rosyjskie noszące cywilne ubrania, co prawdopodobnie jest równoznaczne z perfidią, zbrodnią wojenną w rozumieniu Konwencji Genewskiej, której Rosja jest sygnatariuszem. Rzecznik ukraińskiego 10. Korpusu Armii (AC) Tetiana Branycka stwierdziła, że siły rosyjskie w dalszym ciągu stosują taktykę infiltracji małych grup w kierunku Kupiańska. Branycka dodała, że rosyjscy jeńcy wojenni donieśli, że siły rosyjskie nie odzyskują ciał żołnierzy poległych w akcji (KIA) ani nie ewakuują rannych żołnierzy. Branycka poinformowała, że siły rosyjskie poniosły znaczne straty podczas niedawnej próby infiltracji, podczas której 12 września siły rosyjskie wkroczyły do Kupiańska podziemnym gazociągiem.

(...)

Podoficer ukraińskiej brygady działającej w kierunku Lymanu poinformował, że siły rosyjskie od lata 2025 r. zmniejszyły tempo działań ofensywnych, ale rosyjskie operacje dronowe i powietrzne pozostają intensywne. Podoficer oświadczył, że siły rosyjskie używają dronów uderzeniowych Shahed, Molniya i Lancet do namierzania ukraińskich pozycji i logistyki w kierunku Lymanu.

(...)

/Ukraiński obserwator wojskowy Kostantyn - red./ Maszowiec stwierdził, że siły rosyjskie skoncentrowały około 80.000 do 90.000 pracowników, 240 do 320 czołgów, około 600 pojazdów opancerzonych, 350 do 360 systemów artylerii wyrzutni i do 220 systemów rakiet wielokrotnego startu (MLRS) w kierunku Lymanu. Maszowiec stwierdził, że ta liczba sił jest w przybliżeniu równa liczbie sił rosyjskich skoncentrowanych w kierunku Pokrowska.

(...)

Białoruś rozważa zwiększenie krajowych mocy produkcyjnych w zakresie rafinacji ropy naftowej, co prawdopodobnie uzupełni Rosję w obliczu pogłębiających się niedoborów gazu w Rosji i okupowanej Ukrainie. Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka odbył 2 października spotkania za zamkniętymi drzwiami z nieokreślonymi stronami, aby omówić zwiększenie białoruskich mocy rafinacji ropy naftowej.

understandingwar.org


Maciek Kucharczyk: - Gdyby zadzwonił kolega z Polski i powiedział, że boi się wojny, bo niedawne wtargnięcie rosyjskich dronów, bo incydenty nad Bałtykiem, to co by Pan mu powiedział?

Michael Kofman: Że choć rosyjskie prowokacje zbrojne są powodem do niepokoju, to wojna jest mało prawdopodobna. Nawet kiedy dochodzi do incydentów zbrojnych, należy pamiętać, że to nie incydenty same w sobie zaczynają wojny. Te wybuchają z powodów politycznych. Państwa wszczynają wojny, ponieważ chcą w ten sposób zrealizować jakieś swoje cele. Nie z powodu incydentu, na przykład zestrzelenia jednego samolotu.

- A czy Rosja nie ma celów prowadzących do wojny z NATO?

Jestem bardzo sceptyczny co do tego, żeby rosyjskie przywództwo chciało otwartej wojny z Sojuszem, bo ten byłby w stanie zdecydowanie wygrać. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł wątpić w wiarygodność i zdolność NATO do odstraszania. Tak konwencjonalnego, jak i jądrowego. Niezależnie od tego, przygotowywanie się, pokazywanie swojego potencjału i woli jego użycia, jest bardzo ważne w zapobieganiu wojnie.

- A czy Rosja nie ma celów prowadzących do wojny z NATO?

Jestem bardzo sceptyczny co do tego, żeby rosyjskie przywództwo chciało otwartej wojny z Sojuszem, bo ten byłby w stanie zdecydowanie wygrać. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł wątpić w wiarygodność i zdolność NATO do odstraszania. Tak konwencjonalnego, jak i jądrowego. Niezależnie od tego, przygotowywanie się, pokazywanie swojego potencjału i woli jego użycia, jest bardzo ważne w zapobieganiu wojnie.

- Czy w ogóle rosyjskie wojsko mogło się porywać na NATO bez zakończenia wojny w Ukrainie?

Nie wydaje mi się, żeby Moskwa próbowała konfrontacji z NATO bez uporządkowania tej kwestii. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Choć trzeba mieć na uwadze, że polityczna decyzja o pójściu na wojnę nie musi być oparta o racjonalną i profesjonalną analizę potencjału militarnego. Wiele zależy od tego, jak skończy się wojna Rosji z Ukrainą, zakładając, że w ogóle skończy się w najbliższej przyszłości. Bezpieczeństwo Europy w pewnym stopniu zależy od jej wyniku. Państwa europejskie stoją przed ważnym wyborem w kwestii przyszłości swojego kontynentu. Czyli czy postarają się zapewnić, aby armia ukraińska pozostała istotną siłą nawet po zakończeniu wojny, czy skupią się głównie na swoim własnym bezpieczeństwie.

Patrząc z dystansu, warto zaznaczyć, że odbudowanie rosyjskiego potencjału wojskowego to nie pytanie "czy", ale "kiedy". Debata w kręgach analitycznych toczy się głównie nad tym, czy będzie to 5, czy 7 lat, zanim Rosja będzie znów zdolna do prowadzenia operacji bojowych na dużą skalę, stanowiących zagrożenie dla członków NATO. W przypadku działań na mniejszą skalę, na przykład wymierzonych w kraje bałtyckie, można mówić o znacznie krótszej perspektywie.

- Zakładając czarny scenariusz, że nie zdołamy jednak odstraszyć Rosji i ta postanowi wykorzystać siłę w swojej polityce wobec NATO, to jakiej właściwie wojny możemy się spodziewać?

Wszystko zależy od tego, jakie cele zostałyby postawione przed rosyjskim wojskiem. To one decydują o późniejszej strategii militarnej i o tym, jak zostają użyte siły zbrojne. Każda wojna ma swój własny kontekst i też toczy się w innych warunkach geograficznych. Tak więc patrzenie na to, jak teraz wygląda wojna Rosji z Ukrainą i wyobrażanie sobie, że coś takiego będzie działo się na przykład w państwach bałtyckich, nie jest pomocne. Co więcej, byłbym ostrożny w wyciąganiu wniosków ze złej fazy konfliktu. Czyli z tej obecnej, a nie na przykład wstępnej, która była znacznie bliższa klasycznej wojnie z użyciem manewru i siły ognia. Ponadto zaczynając konflikt z NATO, Rosja miałaby na pewno inne założenia i plany, niż kiedy zaczynała z Ukrainą. Wobec tego wszystkiego wydaje mi się wątpliwe, aby taka wojna potoczyła się w sposób podobny do tej obecnej.

- Po co w ogóle Kreml miałby chcieć zaczynać wojnę z NATO? W 2022 roku mogło się wydawać, że najazd na Ukrainę nie ma sensu. Teraz podobnie ruszanie na NATO wydaje się nie nieść zysku dla Kremla. Może jednak coś przeoczamy?

Ważne jest, by wyciągać wnioski z tego, co się stało, ale warto jednak mieć pewien dystans. Prawdopodobieństwo wojny pozostaje w mojej ocenie małe, choć wyższe po inwazji na Ukrainę. Warto jednak zastanowić się, dlaczego w 2022 roku Moskwa tak bardzo źle oceniła sytuację oraz dlaczego dysponująca tak dużymi siłami lądowymi Ukraina nie zdołała odstraszyć Rosjan. Można to ująć w ten sposób, że właśnie z powodu tego, co stało się w 2022 roku, nie możemy teraz bagatelizować możliwości pełnoskalowej wojny konwencjonalnej, pomimo względnie małego prawdopodobieństwa jej wybuchu. Właśnie z powodu ryzyka wystąpienia takich konsekwencji, jak te, które widzimy teraz na Ukrainie.

To, co mnie bardziej martwi, to że Rosja może próbować stworzyć kryzys, który będzie testem woli USA do pozostania zaangażowanymi w bezpieczeństwo Europy. To właściwie może się dziać już w tej chwili. Dla Moskwy rozmowa o NATO to głównie kwestia obecności militarnej USA w Europie. Podejrzewam, że nikt nie rozumie tego lepiej niż Polacy, którzy od dawna konsekwentnie pracują nad zwiększeniem amerykańskiej obecności wojskowej w swoim kraju i zobowiązań Waszyngtonu wobec niego. Wobec tego jednym z powodów potencjalnej wojny oraz stojących za nią założeń mogłoby być to, że Moskwa przestanie wierzyć w amerykańskie zaangażowanie w bezpieczeństwo Europy.

Tak czy inaczej, dzisiaj wydaje mi się, że to nie wojna, ale naciski ze strony Rosji poparte groźbą użycia siły, są poważniejszym problemem. Moskwa zdaje się być coraz bardziej bezczelna i podejmująca coraz większe ryzyko. Rosyjskie działania można traktować jako mające na celu zastraszać poszczególnych członków NATO i rzucić wyzwanie całemu sojuszowi.

- Mówił Pan, że chyba nie ma takich, którzy nie wierzą w zdolność odstraszania NATO. Jednak nowa administracja w Waszyngtonie nie pomaga europejskim sojusznikom czuć się pewnie. Wiarygodność USA w tym zakresie istotnie tu spadła.

To, co istotne, to że Europejczycy zdołali na razie utrzymać status quo, czyli zaangażowanie USA w europejskie bezpieczeństwo. Jednak niewątpliwie widzę nadchodzące zmiany. Wiele powiedzą nowe dokumenty strategiczne opracowywane w Waszyngtonie. Jest jednak widoczne, że jesteśmy w trakcie procesu większego skupienia się na obronie naszego własnego terytorium, rywalizacji z Chinami i przeniesienia ciężaru odstraszania oraz obrony w Europie na barki europejskich sojuszników. Tego ciężaru na razie nie jesteście gotowi unieść, biorąc pod uwagę ograniczenia europejskich wojsk oraz przemysłu zbrojeniowego. (...)

- Co w takiej rzeczywistości możemy lepiej robić, żeby jednak tę kwestię udźwignąć i odstraszyć Rosjan?

Wszyscy musimy bardziej się starać w kwestii wspomnianych lekcji z Ukrainy i poprzeć to odpowiednimi inwestycjami. Ogólnie rzecz biorąc, Europa jest na dobrej drodze, zwiększając wydatki na obronność i starając się ograniczać zależność od USA. Jednak jeszcze wiele lat do tego, aby była w stanie prowadzić samodzielnie operacje na dużą skalę. Bez USA pełniących rolę przewodnią i spinających cały wysiłek w całość. Oznacza to, że państwa europejskie muszą czynić największe inwestycje nie tylko w zwiększaniu swoich wojsk, ale też w budowie zdolności do działania z minimalnym wsparciem amerykańskim.

gazeta.pl

piątek, 3 października 2025



Autor artykułu Katsuji Nakazawa, były wieloletni korespondent Nikkei w Chinach, ocenia, że działania te stawiają pod znakiem zapytania stabilność w siłach zbrojnych.

Czystki sprawiły, że Centralna Komisja Wojskowa (CKW), kluczowy organ dowodzenia armią, na którego czele stoi Xi, skurczyła się z siedmiu do zaledwie czterech członków.

W listopadzie 2024 r. zawieszono członka CKW admirała Miao Hua z powodu "poważnych naruszeń dyscypliny", co jest eufemizmem często używanym w odniesieniu do korupcji. Od marca br. nie widziano publicznie generała He Weidonga, jednego z dwóch wiceprzewodniczących CKW, a w 2023 r. zdymisjonowano ministra obrony Li Shangfu.

Stały Komitet Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, sprawujący władzę między sesjami parlamentu, ogłosił 12 września odwołanie czterech wysokich rangą oficerów wojska, w tym generała Wanga Chunninga, ze stanowisk deputowanych. Wang, były dowódca Chińskiej Policji Zbrojnej (PAPF), zniknął po publicznym wystąpieniu w sierpniu.

Ogłoszenie odwołania Wanga, jak zwraca uwagę Nikkei Asia, nastąpiło dopiero dziewięć dni po wielkiej paradzie wojskowej z okazji 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej na Dalekim Wschodzie, by uniknąć niezadowolenia w siłach zbrojnych.

Zdaniem Nakazawy oczekuje się, że na IV plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin, które odbędzie się 20-23 października w Pekinie, zabraknie zawieszonych członków CKW. Autor publikacji ocenia, że plenum, choć formalnie poświęcone planom gospodarczym, będzie kluczowe dla obsadzenia wakatów i przywrócenia równowagi sił w chińskim wojsku, a decyzje personalne wskażą przyszły kierunek polityczny ChRL.

gazeta.pl