niedziela, 28 września 2025



Na lotnisku Schiphol w Amsterdamie przez 45 minut wstrzymano ruch na pasie Polderbaan po zgłoszeniach o dronie zauważonym w pobliżu samolotów. Maszyna i jej operator nie zostali odnalezieni, poinformował nadawca publiczny NOS.

Jak poinformowała Królewska Żandarmeria Wojskowa (Koninklijke Marechaussee), około godziny 12:10 kilka załóg przekazało kontrolerom ruchu lotniczego informacje o urządzeniu lecącym na wysokości około 150 metrów.

Na jednej z internetowych transmisji na żywo słychać, jak kapitan samolotu linii Transavia zgłasza, że dron znajdował się zaledwie 50 metrów od jego maszyny.

Na miejsce skierowano kilka jednostek poszukiwawczych, w tym śmigłowiec policyjny, jednak ani dron, ani jego operator nie zostali odnalezieni. Według Marechaussee prawdopodobnie była to jedna osoba. Rzecznik podkreślił, że przypadki wstrzymania ruchu na pasie startowym z powodu drona są "dość rzadkie".

Na czas zamknięcia Polderbaan ruch lotniczy został przekierowany na sąsiedni pas Zwanenburgbaan. Około godziny 13:00 wznowiono normalne operacje.

W pobliżu Schiphol, podobnie jak nad innymi holenderskimi lotniskami, obowiązuje całkowity zakaz używania dronów ze względu na ryzyko dla bezpieczeństwa lotów. Od początku roku zgłoszono już 22 przypadki podejrzeń obecności dronów w rejonie portów lotniczych.

Do podobnych incydentów doszło w ostatnich dniach w Danii i Norwegii, gdzie czasowo zamknięto tamtejsze lotniska. Rząd duński określił sytuację jako "atak" i "zamach" na stołeczny port lotniczy.

PAP


W piątek Sąd Najwyższy zezwolił administracji Donalda Trumpa na wstrzymanie 4 miliardów dolarów pomocy zagranicznej, zatwierdzonej przez Kongres. Zostawił prezydentowi szerokie pole manewru w polityce zagranicznej.

"New York Times" zwrócił uwagę, że konserwatywna większość sędziów orzekła, że elastyczność prezydenta w polityce zagranicznej przeważa nad "potencjalnymi szkodami" dla beneficjentów pomocy. Decyzja ma charakter tymczasowy, dopóki toczy się postępowanie sądowe, ale w rzeczywistości zamraża fundusze.

Orzeczenie piątkowe stanowi ważny krok w staraniach Trumpa o zakwestionowanie kontroli Kongresu nad wydatkami rządowymi. Fundusze przeznaczono na bezpieczeństwo żywnościowe, rozwój handlu i pomoc humanitarną, w tym wsparcie dla ofiar tortur.

Dwie organizacje non-profit, AIDS Vaccine Advocacy Coalition i Global Health Council, wniosły pozew, argumentując, że zamrożenie funduszy narusza Konstytucję.

Sędzia Elena Kagan, a także Sonia Sotomayor i Ketanji Brown Jackson, wyrazili sprzeciw. Uznali, że "Stawka jest wysoka: chodzi o podział władzy między władzą wykonawczą a Kongresem".

- Ten wynik jeszcze bardziej podważa zasadę podziału władzy - ocenił Nicolas Sansone z organizacji non-profit Public Citizen Litigation Group. Dodał, że decyzja ta będzie miała "poważne konsekwencje humanitarne".

Trump wstrzymał finansowanie rozporządzeniem wykonawczym wydanym pierwszego dnia po objęciu urzędu w Białym Domu w drugiej kadencji. Chce dostosować pomoc do celów swej polityki zagranicznej.

- Sąd Najwyższy, z konserwatywną większością sześciu sędziów, wielokrotnie przychylał się do wniosków prezydenta o pomoc w nagłych wypadkach. Chociaż zarządzenia te mają formalnie charakter tymczasowy, miały daleko idące konsekwencje, pozwalając administracji na zniesienie ochrony setek tysięcy migrantów, zwolnienie niezależnych regulatorów rządowych i usunięcie osób transpłciowych z armii - podkreślił nowojorski dziennik.

PAP

sobota, 27 września 2025



Dowództwo Powietrzne NATO poinformowało 25 września, że w odpowiedzi na jeden rosyjski myśliwiec Su-30, jeden myśliwiec Su-35 i trzy myśliwce przechwytujące MiG-31, które przeleciały w pobliżu łotewskiej przestrzeni powietrznej, ale nie weszły do niej. Władze niemieckie zidentyfikowały kilka nieznanych dronów lecących w pobliżu granicy z Danią w północnoniemieckim kraju związkowym Szlezwik-Holsztyn w nocy z 25 na 26 września. Minister spraw wewnętrznych Szlezwiku-Holsztynu Sabine Sütterlin-Waack oświadczyła, że władze niemieckie prowadzą dochodzenie w sprawie najazdu, ponieważ pochodzenie dronów pozostaje niejasne. AFP poinformowało 25 września, powołując się na delegację francuskiego Departamentu Wojskowego, że niezidentyfikowane drony przeleciały nad bazą wojskową Murmelon-le-Grand w Marnie we Francji, zauważyło jednak, że obecnie nie ma dowodów na zaangażowanie zagraniczne. Duńska policja krajowa poinformowała 25 września, że na krótko zamknęła lotnisko w Aalborgu na północnym krańcu duńskiej wyspy Zelandia z którego korzysta również duńskie wojsko ze względu na niezidentyfikowaną aktywność dronów. Dyrektor generalny duńskiej służby wywiadu bezpieczeństwa Finn Borch Andersen oświadczył 25 września, że Dania nie może jeszcze wskazać konkretnego podmiotu odpowiedzialnego za działalność dronów, ale incydenty te przypominają model wojny hybrydowej obserwowany w innych częściach Europy i że Dania ocenia wysokie ryzyko rosyjskiego sabotażu w Danii. Władze szwedzkie potwierdziły 25 września wielokrotne obserwacje dronów w pobliżu szwedzkiej bazy morskiej w Karlstronie w Szwecji. Urzędnicy europejscy nie oskarżali bezpośrednio Rosji o naruszenie europejskiej przestrzeni powietrznej w tych konkretnych przypadkach — ale niedawny wzrost wrogiej aktywności dronów, podczas gdy Rosja kontynuuje najazdy powietrzne, a postawa wobec państw NATO jest godna uwagi i zdecydowanie sugeruje, że za niezidentyfikowanymi incydentami dronów stoi także Rosja. ISW w dalszym ciągu ocenia, że Rosja prowadzi kampanię mającą na celu przetestowanie obrony powietrznej NATO i woli politycznej w ramach szerszych wysiłków mających na celu zebranie przydatnych informacji wywiadowczych, które Rosja może następnie zastosować w potencjalnym przyszłym konflikcie przeciwko NATO.

(...)

Ukraiński oficer działający w kierunku Kupiańska poinformował, że siły rosyjskie przedostające się do Kupiańska unikają strzelanin z żołnierzami ukraińskimi, zamiast tego starają się zająć pozycje w wielopiętrowych budynkach, w których nadal przebywają cywile, aby chronić się przed ukraińskimi atakami.

understandingwar.org


- Zacznę od tej sceny, kiedy to w nocy z 9 na 10 września do Polski wleciało co najmniej 21 dronów, a zestrzelono pięć. Jak Pan to skomentuje? Co pokazuje ten obraz?

Pokazuje, że NATO zadziałało bardzo dobrze. Proszę nie dać sobie wmówić, że coś nie zadziałało, albo że pojawił się problem proceduralny. Tu wszystko przebiegło prawidłowo, choć nie o wszystkim mogę mówić. Mieliśmy do czynienia z realną operacją w przestrzeni powietrznej i tak naprawdę nie można rozdzielać Polski i NATO. To było wspólne ugrupowanie sojusznicze. Piloci, którzy startowali, mieli tzw. preautoryzację, czyli zgodę na otwieranie ognia do celów. Zarówno polscy, jak i holenderscy piloci mogli strzelać do celów. Jasno im zakomunikowano: jeżeli tylko coś przekroczy granicę i stanowi zagrożenie, mogą natychmiast otworzyć ogień. To zostało bardzo sprawnie przeprowadzone. W tamtym czasie nad Polską operowało wiele sojuszniczych samolotów, część z wyłączonymi transponderami. Widać więc, że NATO odrobiło lekcję. To było solidne ugrupowanie przygotowane do obrony. Nie możemy mówić, że to była polska operacja z udziałem sojuszników. To była operacja NATO w polskiej przestrzeni powietrznej. My jesteśmy NATO i to było tu bardzo widoczne.

- Pojawiały się komentarze, że użycie myśliwców F-16 czy F-35 to nie jest sprzęt do walki z tanimi dronami…

Od razu przerwę. W wojsku nie patrzy się na wartość tego, co zestrzeliwujemy. Patrzy się na wartość tego, co chronimy. Jeżeli bronimy zakładów wartych miliardy, to nie ma znaczenia, czy są atakowane rakietą manewrującą wartą kilka milionów, czy dronem za kilkadziesiąt dolarów. Liczy się, by nie dopuścić do zniszczenia celu. I każdy wojskowy odpowiedzialny za obronę powie, że to jest jedyne racjonalne podejście. Przykład: mamy dron obserwacyjny za 100 tys. dolarów. Ale informacje, które przekaże, pozwolą przeciwnikowi na atak, którego skutki będą liczone w miliardach. Dlatego nie ma znaczenia, czy strącamy go działkiem, czy rakietą Patriot. Taki cel trzeba zniszczyć, bo koszty jego niezniszczenia byłyby większe niż koszty użytej rakiety. U nas wielu ludzi tego nie rozumie i patrzy tylko na ceny, ale to kompletnie błędna perspektywa. Liczy się nie koszt drona czy rakiety, tylko skutki, jakie przyniesie niedostrzeżenie lub niezniszczenie celu.

- Zestrzelono tylko pięć dronów, a wleciał cały rój.

To kwestia terminologii. Gdybyśmy operowali ukraińskimi definicjami, moglibyśmy powiedzieć, że zneutralizowano wszystkie. Ukraina podaje np., że strąciła 750 z 800 dronów. Ale oni za zneutralizowany uznają każdy dron, który nie trafił w cel, także taki, który spadł, został zakłócony lub nie osiągnął zadania. To dlatego ich wskaźniki wyglądają tak imponująco. U nas lotnictwo strzelało do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie. Dlatego oficjalnie mówimy o pięciu strąceniach. Ale byłbym bardzo ostrożny z mówieniem, że to były tylko drony – wabie typu „Gerbera”,

- Jakiego jeszcze rodzaju to były drony?

Tutaj wojsko, prokuratura i inne służby raczej nabierają wody w usta – i muszą. Ale z kilku bardzo dobrze poinformowanych źródeł słyszałem, że to nie były wyłącznie Gerbery.

- W opiniach po tym incydencie czytałam o zmyleniu radarów, znaczeniu krzywizny ziemi czy nocnych warunkach, które utrudniają wykrycie i przechwycenie dronów.

Tak, to są zawsze czynniki utrudniające. Ale przykład Ukrainy pokazuje, że główne zadania w przechwytywaniu dronów i rakiet manewrujących ma dziś lotnictwo. Tu relacja koszt–efekt jest najlepsza. Oczywiście naziemna obrona przeciwlotnicza też działa, ale ma ograniczenia: radar stoi w określonym miejscu, wyrzutnia się nie przemieszcza, chroni ograniczony obszar. Samoloty myśliwskie są mobilne, widzą więcej, mogą łatwiej rozpoznać, czy cel to śmieć, czy coś wartościowego. Dlatego tę rolę lotnictwa widać tu bardzo wyraźnie. I jeszcze raz: nie zakładałbym, że strzelano tylko do Gerberów. Mogą się tu pojawić niespodzianki. A po drugie, strzelano do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie.

- Kto podejmuje decyzję o otwarciu ognia w takiej operacji?

Pilot, który ma preautoryzację.

- A jeśli chodzi o nalot na obszar cywilny, czy decyzję powinny podejmować także służby lokalne?

Nie. To decyzje wyłącznie wojskowe. Istotny jest tu czas; pilot ma okno około dziesięciu sekund na zniszczenie celu.

- Tylko jak żyć z ryzykiem spadających szczątków, zagrożenia, że mój dom zostanie uszkodzony?

Dlatego wcześniej w Polsce nie podejmowano decyzji o zestrzeliwaniu wszystkiego, co wlatuje. Uznano jednak, że nie można już tego Rosjanom odpuszczać. W momencie nalotu na tak dużą skalę trzeba było działać. Podjęto działania dwutorowo: to, co uznawano za mało wartościowe cele, czyli latające śmieci, to przepuszczano. Jeśli rozpadły się nad Polską, trudno. Natomiast to, co zakwalifikowano jako realne zagrożenie, zostało zestrzelone. Tu już nie było zmiłuj się; odpalano rakiety tak długo, aż wszystkie wskazane cele zostały zniszczone.

- Jak więc zabezpieczyć się przed dronami – proceduralnie i technicznie?

Proceduralnie jesteśmy zabezpieczeni. Ugrupowanie sojusznicze funkcjonuje bardzo dobrze, piloci NATO są cały czas obecni w polskiej przestrzeni powietrznej. Powtórzę: to jest wspólna operacja NATO prowadzona na terenie Polski, a nie „Polska z udziałem sojuszników”. My jesteśmy NATO. Operacja obronna rozciąga się od Bałtyku po Rumunię. Od strony wojskowej i proceduralnej wszystko jest bardzo dobrze dopięte. Wiadomo, kto podejmuje decyzję, wiadomo, kiedy piloci mają preautoryzację użycia uzbrojenia. Mechanizm wygląda tak: decyzję o zgodzie na użycie uzbrojenia podejmuje zarówno dowódca sojuszniczej operacji powietrznej w NATO, jak i generał Tomasz Klisz, dowódca operacyjny. Ale to generał Klisz ma w ręku tzw. czerwoną kartkę, bo jako jedyny może wstrzymać ogień. Cały system został skonstruowany tak, by piloci mieli błogosławieństwo na otwarcie ognia i by zdjąć z nich odpowiedzialność, jeśli szczątki spadną na budynek mieszkalny.

- Są opinie, że w praktyce strzelamy do dronów z czego popadnie, bo brakuje systemów, procedur, szkolenia. Co Pan na to?

To kompletna bzdura. Jeśli ktoś tak twierdzi, to albo nie wie, o czym mówi, albo celowo dezinformuje. Procedury są bardzo jasne i precyzyjne. Ten nalot dronów pokazał właśnie, że procedury zadziałały znakomicie.

- Ale sami wojskowi mówią, że nie mamy systemów, że wojsko czegoś nie zakupiło, że trzeba się spieszyć. O co chodzi?

Mamy F-16, mamy samoloty wczesnego ostrzegania, są kupowane nowe systemy – m.in. w ramach programu Barbara. Wkrótce będą też w Polsce F-35. Systemy istnieją, natomiast nieprzypadkowo oparto tę operację głównie na lotnictwie. NATO jest potęgą w powietrzu. Oczywiście zwalczanie dronów systemami naziemnymi też jest potrzebne, bo to zawsze musi być całość, system złożony z wielu elementów. Ale najbardziej efektywne jest lotnictwo. Ostatnie, co można powiedzieć, to że nie mamy procedur albo że są złe. Jest dokładnie odwrotnie. Problem pojawił się gdzie indziej: w sferze cywilnej i informacyjnej. Rosjanie równolegle odpalili potężną operację dezinformacyjną, próbując wmówić, że to były ukraińskie drony. I w tym obszarze państwo nie zadziałało wystarczająco dobrze. Wojsko swoje zadania wykonało poprawnie.

- Jak więc chronić się przed dronami, także w sensie komunikacyjnym? Na przykładzie tego nalotu: gdzie popełniliśmy błędy?

Do momentu, w którym komunikacja wychodziła z MON, powiedzmy do godziny 9–10 rano następnego dnia, to wszystko było dobrze. Komunikaty Sztabu Generalnego i Ministerstwa Obrony były spójne, prowadzone profesjonalnie. Byłem wręcz zaskoczony, że zaczęto stosować cywilizowany stratcom i to w końcu po trzech latach wojny tuż za naszą granicą. Ale później wszystko się rozjechało. Zaczęły się spory o odpowiedzialność za komunikację: MON kontra BBN, BBN kontra Rada Ministrów. Sprawa uszkodzonego domu mieszkalnego w Wyrkach tylko to pogłębiła. I wtedy rosyjska dezinformacja miała już pełne pole do działania. Trzeba pamiętać, że to nie była jednorazowa akcja, ale operacja trwająca sześć godzin. Pierwszy dron wleciał o 23:30, ostatni o około 5:40. Rosjanie prowadzili ten atak świadomie i równolegle uruchomili kampanię informacyjną. Niestety, zabrakło szybkiej reakcji cywilnej strony państwa. Proszę zauważyć, jak bezprecedensowe było to, że sami wojskowi zaczęli chodzić do mediów. Generałowie Kukuła, Klisz i inni, a oni bardzo nie lubią takich wystąpień. Mimo to pojawiali się w mediach, bo uznali, że to konieczne.

(...)

- Chciałabym wrócić do systemów obrony powietrznej. Który z tych elementów jak wykrywanie, dowodzenie, neutralizacja, jest dziś najsłabszym ogniwem i co można poprawić?

To nie jest problem dowodzenia; wykrywanie też jest w trakcie poprawy i mamy w tym względzie duże, NATO-wskie możliwości. Najwięcej do zrobienia jest w zakresie neutralizacji, zwłaszcza w domenie wojsk lądowych. Siły powietrzne dysponują środkami do neutralizacji, a ugrupowanie sojusznicze też wniosło swoje zasoby, ale zestawy przeciwlotnicze dla wojsk lądowych wymagają wzmocnienia. Jesteśmy i będziemy dobrze przygotowani do zwalczania pocisków manewrujących i balistycznych (np. Kindżał, Iskander). Natomiast do zwalczania dronów potrzebne są inne rozwiązania, bardziej efektywne kosztowo i tańsze w eksploatacji. Tu leży zasadniczy problem.

- Na czym konkretnie trzeba się skupić, jeśli mówimy o neutralizacji?

Po pierwsze, środki walki radioelektronicznej. Potrzebne są systemy zakłócające: zagłuszarki GPS, zagłuszania kierunkowe i inne narzędzia EW. To jednak bardzo wymagająca dziedzina. Toczy się nieustanny wyścig częstotliwości. To, co jest skuteczne dziś, za kilka miesięcy może być nieskuteczne, bo przeciwnik zmieni pasma pracy, charakterystykę sygnału lub zastosuje inne sposoby emisji. Zagłuszarki to nie tylko software; często trzeba zmieniać hardware i anteny, żeby celnie działać na nowych częstotliwościach. Dlatego potrzebne są zarówno: większe zasoby sprzętowe EW, jak i elastyczność technologiczna, szybka wymiana anten, modułów, możliwość aktualizacji sprzętu. Po drugie, zakup większej liczby systemów przeciwlotniczych bliskiego zasięgu, przeznaczonych do zwalczania małych, niskolecących celów. To uzupełnienie lotnictwa, które i tak okazało się najefektywniejsze kosztowo w ostatniej nocy.

(...)

- Czy neutralizacja stanie się dominującą formą walki w kolejnych dekadach?

Nie można wyrokować w oderwaniu od polityki i strategii. NATO nie będzie prowadzić wojny tak jak Ukraina i to jest zasadnicza różnica. Jeśli Rosja zacznie atakować nas masowo falami dronów, naszym celem nie będzie bierne odparcie kolejnych ataków, aż do wyczerpania. Długofalowa reakcja polegałaby na uderzeniu w źródła zagrożenia: w fabryki i infrastruktury, które produkują te drony, a następnie, jeśli będzie to konieczne, w najważniejszą infrastrukturę militarną i cywilną, tak by zmusić agresora do cofnięcia działań. To twarda, ale logiczna strategia odstraszania: uniemożliwić przeciwnikowi prowadzenie masowych nalotów tysięcy dronów takich jak Szachedy i Geranie. Dla potencjalnego agresora musi być jasne przesłanie: że masowe, długotrwałe ataki mają strategiczne konsekwencje i spotkają się z proporcjonalną odpowiedzią I to jest jeden z elementów odstraszania. Dobrze, żeby to Rosjanie wiedzieli. Oni sobie uświadamiają, że NATO nie będzie się bawić i nie będzie walczyć tak, jak walczą Ukraińcy. Choć Ukraińcy teraz wzięli się za rosyjskie rafinerie i owszem, jest to skuteczne, wyłączyli prawie 40 procent przemysłu rafineryjnego, to sporo, ale to dalej jest za mało. Jeśli NATO będzie walczyć z Rosją, to nie będzie się bawić w pozwolenie sobie na bycie okładanym przez tysiące dronów rosyjskich miesięcznie tylko po prostu zniszczy rosyjskie fabryki, w których Rosjanie produkują drony, a następnie będzie niszczyć infrastrukturę cywilną tak długo, aż Rosjanie cofną się cywilizacyjnie do poziomu Iwana Groźnego. I to jest jedyny sposób prowadzenia wojny, jaki włodarze Kremla zrozumieją. Dlatego NATO nie będzie bierne, nie będzie bezwolną ofiarą tylko broniąca się przed gradem ciosów. W początkowej fazie konfliktu oczywiście działania paktu są nastawione na spójność sojuszniczą i obronę zaatakowanego kraju członkowskiego. Ale szybko następuje faza możliwie pewnego wywalczenia dominacji w powietrzu a potem pozbawiania przeciwnika źródeł jego siły – w tym zasobów przemysłowych, eliminowania przywództwa politycznego i dowództwa wojskowego itp. Nie na darmo NATO określane jest mianem najpotężniejszego sojuszu obronnego w dziejach ludzkości. Rosjanie o tym wiedzą, dlatego grają na podzielenie nas i agresję poniżej progu wojny. I NATO obecnie też nie zamierza na to pozwalać.

strefaobrony.pl


Czy w demokratycznym kraju zbudowanym na ideałach wolności słowa krytyczna ocena działań osoby publicznej winna być czynem karalnym? Po śmierci Kirka Amerykanie dowiedzieli się, że jak najbardziej tak. Trump już dzień po morderstwie przestrzegł naród, że nie będzie tolerował żadnego oczerniania "męczennika za prawdę i wolność", a J.D. Vance, który w ramach hołdu Kirkowi cztery dni później wcielił się w gospodarza jego podcastu "The Charlie Kirk Show", zachęcił Amerykanów, by składali donosy do pracodawców na tych, którzy wyrażają się o Kirku niepochlebnie.

Występujący u jego boku Stephen Miller, odpowiedzialny za kształtowanie w Białym Domu polityki imigracyjnej i bezpieczeństwa narodowego, dodał, że administracja wypowiada wojnę wszystkim liberałom i organizacjom liberalnym, bo od tej chwili uznaje je za "ruch terrorystyczny". I nie wygląda na to, że była to tylko hiperbola skonstruowana na potrzeby chwili. Susie Wiles, szefowa sztabu Białego Domu, po śmierci Kirka obwieściła w wywiadzie radiowym: "W zasadzie to już pracujemy (…) nad bardziej kompleksowym planem dotyczącym przemocy w Ameryce" ("The Scott Jennings Show", 11 września 2025 r.).

Poleciały już pierwsze głowy. Pracę stracił Howard Kurtz, popularny komentator i gospodarz programów w stacji Fox News, bo powiedział na antenie, że "Charlie Kirk nie był święty". "The Washington Post" zwolnił czarnoskórą publicystkę Karen Attiah, która przypomniała na prywatnym koncie społecznościowym, że Kirk był rasistą. Sugerował, że grono prominentnych czarnoskórych Amerykanek, w tym Michelle Obama, zrobiło karierę wyłącznie dzięki akcji afirmatywnej. Sekretarz transportu Sean Duffy ogłosił, że American Airlines zawiesiły kilku pilotów po odkryciu, że "celebrowali" oni na Facebooku śmierć Kirka. Republikańska senator z Tennessee Marsha Blackburn doprowadziła zaś do zwolnienia wykładowców i rektorów kilku stanowych uczelni za "nieodpowiednie" komentarze po tragedii w Utah.

Mamy już nawet pierwszą zagraniczną "ofiarę" trendu kasowania ludzi za nieprawomyślne opinie o amerykańskim prawicowcu. Jeden z holenderskich koncernów medialnych odwołał dalsze występy brytyjskiego duetu Bob Vylan, ponieważ lider grupy "zadedykował" na koncercie piosenkę Kirkowi, który był "kompletnym gnojem jako człowiek".

Inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi, o czym świadczą posty udostępniane w mediach społecznościowych. Czas pokaże, czy jej ofiarą nie padną także eksperci, którzy zwracają uwagę, że doszło do kuriozalnego odwrócenia ról. Oto prawica, oskarżająca onegdaj oponentów o ograniczanie wolności słowa poprzez praktykowanie wokeizmu i niszczącej ludziom życie cancel culture, robi dziś dokładnie to samo. Tylko teraz nie widzi w tym nic złego, twierdząc wręcz, że broni wolności słowa, którą — jej zdaniem — propagował swoją osobą i działaniami Charlie Kirk.

Nie ma wątpliwości — Ameryka znalazła się w pułapce. Specyficzna odpowiedź rządu i części sceny politycznej na akt przemocy może skutkować eskalacją. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że sytuację, w jakiej znalazł się obecnie kraj — skrajnie podzielony i skłócony politycznie, ideowo i kulturowo — obie strony przedstawiają jako historyczny przełom lub wręcz katastrofę. A ta wymaga ekstremalnych środków zaradczych. Apokaliptyczna retoryka, w której nie brakuje, zwłaszcza na prawicy, biblijnego motywu ostatecznej, rozstrzygającej walki dobra ze złem, zbiegła się z czasem autentycznej słabości amerykańskiego państwa.

"W historii demokracji bywają chwile wielkiej desperacji, gdy wydaje się, że system polityczny nie jest wystarczająco responsywny, zaangażowany, a nawet w całości legalny, i z tym mamy dziś do czynienia", mówi Jon Michaels, prawnik z Uniwersytetu Kalifornii w Los Angeles i autor książki "Vigilante Nation. How State-Sponsored Terror Threatens our Democracy" ("Naród samosądów. W jaki sposób terror wspierany przez państwo zagraża naszej demokracji"). Oczywiście, jak wskazuje Michaels, nie jest to zjawisko Ameryce nieznane. Przemoc zawsze wzrasta w okresach wzmożonych przemian społecznych. W latach 60. minionego wieku, gdy trwała walka o równość rasową i obywatelską, kraj mierzył się z falą terroryzmu wewnętrznego.

"Martwi mnie co innego — tłumaczy Michaels. — To, że akty przemocy zdarzają się dziś częściej, w krótszych odstępach czasu, a podziały, które przecież charakteryzowały nas od zawsze, opuściły arenę ideologicznej debaty i kontestacji i stały się o wiele bardziej kinetyczne".

Przypomnijmy, że w czerwcu tego roku zastrzelono demokratkę z Minnesoty, byłą spikerkę stanowej Izby Reprezentantów, Melissę Hortman i jej męża. Również w czerwcu zamordowani zostali pracownicy ambasady izraelskiej w Waszyngtonie, a w Boulder w stanie Kolorado doszło do podpalenia uczestników manifestacji przeciwko wojnie w Gazie. W kwietniu podpalono dom demokratycznego gubernatora Pensylwanii Josha Shapiro (Shapiro uszedł z życiem), w grudniu 2024 r. w Nowym Jorku został zaś zastrzelony dyrektor koncernu ubezpieczeniowego UnitedHealth Brian Thompson. Morderca, Luigi Mangione, w niektórych kręgach uchodzi za bohatera wojny o sprawiedliwość społeczną.

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o zamachu na Donalda Trumpa podczas jego wiecu wyborczego latem 2024 r. (drugi zamach udaremniono), o makabrycznym pobiciu w 2022 r. męża Nancy Pelosi, wieloletniej przewodniczącej demokratów w niższej izbie Kongresu, i o próbie egzekucji w 2011 r. demokratycznej kongresmenki Gabrielle Giffords w Tucson w Arizonie. Giffords przeżyła, ale w wyniku ataku jest niepełnosprawna.

(...)

Przywodzi nas to jednocześnie do ostatniego punktu w rozważaniach o tym, co napędza i co może jeszcze bardziej napędzać przemoc polityczną w USA. Barbara Walter, politolożka i historyczka z Uniwersytetu Kalifornii w San Diego oraz autorka bestselleru "How Civil Wars Start And How To Stop Them" ("Jak wybuchają wojny domowe i jak je powstrzymać"), ma na to odpowiedź zawartą w dwóch słowach: broń i algorytmy.

Na każdego ze 100 mieszkańców w USA (w tym niemowlęta) przypada już dziś 120 sztuk broni. Większość morderców ma do niej legalny dostęp. Zabójstwo Kirka nie było jedyną tragedią, w której broń odegrała tego dnia główną rolę, choć media ledwie o tym napomknęły. W sąsiadującym z Utah stanie Kolorado mniej więcej w tym samym czasie 16-letni licealista urządził strzelaninę w swojej szkole. Ofiarami śmiertelnymi byli dwójka uczniów i on sam.

"Za radykalizacją polityczną, która często poprzedza akt przemocy, oraz polaryzacją ideową, która prowadzi do coraz większego upadku norm społecznych, odpowiada internet. Nie przypadkiem problem z mową nienawiści zaczął narastać od końca pierwszej dekady XXI w., gdy dostaliśmy do ręki smartfona i mogliśmy jeszcze bardziej zanurzyć się w media społecznościowe. Odkąd big techy odkryły, że najłatwiej utrzymać naszą uwagę, serwując informacje dające nam poczucie, że ktoś lub coś stanowi dla nas niemal śmiertelne zagrożenie — było po sprawie. Prawda jest taka, że gdyby nie algorytmy, morderca Kirka najprawdopodobniej byłby dziś studentem z przyszłością, a Charlie Kirk by żył", powiedziała Walter w podcaście Scotta Gallowaya "Civil War Ahead" (14 września 2025 r.).

Czy eskalacja przemocy oznacza, że Ameryka rzeczywiście może się znajdować w przededniu wojny domowej?

Specjalny zespół zadaniowy CIA badający zagrożenie krajów wojną domową już jesienią 2020 r., po tym jak Trump zanegował wyniki wyborów i ruszył z akcją "Stop the Steal", uznał Amerykę za anokrację i wpisał na listę krajów do obserwacji. Walter uważa, że sytuacja obecnie jest dużo gorsza.

"Ostatni raz, gdy mieliśmy do czynienia z porównywalnym do dzisiejszego ruchem uzbrojonych po zęby bojówek i milicji, które doprowadziły do zamachu bombowego w Oklahomie w 1995 r., społeczeństwo jednomyślnie potępiło ten akt przemocy jako niedopuszczalny, a FBI rozpoczęło agresywną akcję przeciwko tym ugrupowaniom, co doprowadziło do załamania się ich aktywności. Nic takiego nie ma dzisiaj miejsca, ani ze strony służb, ani społeczeństwa. Przeciwnie, słyszymy głosy, że już mamy wojnę i dobrze, bo trzeba się zemścić, wyeliminować wroga. To przerażająca dynamika. Jeszcze bardziej przerażająca jest jednak świadomość, że nie mamy w tej chwili polityków, którzy chcieliby powstrzymać to szaleństwo w racjonalny sposób. Nie ma ich po żadnej stronie", konkluduje prof. Walter.

onet.pl


Gulbachar Dżaliłowa jest Ujgurką z Kazachstanu. Urodziła się i dorastała jeszcze w ZSRR, w obwodzie ałmackim, w dużej rodzinie, z sześcioma braćmi. Ukończyła technikum, pracowała w gastronomii, wyszła za mąż. W latach 90. XX w. zajęła się przedsiębiorczością. W 1995 r. po raz pierwszy pojechała do Chin po towary. Wtedy z sąsiedniego kraju przywożono i korzystnie sprzedawano dosłownie wszystko: obuwie, odzież, teczki, torebki damskie, bieliznę. Gulbachar początkowo również przywoziła co się da, ale z czasem się "wyspecjalizowała".

— Najpierw byłam "torebkową", a następnie "obuwniczką" — mówi Gulbachar. — Buty z Chin do Kazachstanu woziłam ciężarówkami Kamaz. Od 2010 r. zaczęłam handlować biżuterią. Jeśli chodzi o Chińczyków, nigdy nie miałam żadnych problemów. W ogóle nie było jakichkolwiek nieprzyjemności, ani w kraju, ani w Chinach. Nie łamałam prawa, płaciłam podatki, miałam zarejestrowaną jednoosobową działalność gospodarczą. Nie czułam żadnego zagrożenia. Chociaż około 2014 r. zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Przykładowo w Kantonie, gdzie przyjeżdżałam po towar, nie przyjmowano Ujgurów do hoteli. Po prostu odmawiano im miejsca. Od 2015 r. pracownicy konsulatu chińskiego, gdzie załatwiałam wizy, ostrzegali żeby nie wdawać się w żadne rozmowy z miejscowymi Ujgurami, zajmować się tylko swoimi sprawami, przyjechać, kupić, wyjechać. I zapowiedzieli, że w nocy do hotelu może przyjść policja, by sprawdzić dokumenty. Poinstruowali mnie, bym się nie martwiła — podczas kontroli mam po prostu spokojnie pokazać wizę.

Gulbachar zastosowała się do zaleceń konsulatu — nie wdawała się z nikim w rozmowy. Ale jakieś niejasne plotki, pogłoski stale towarzyszyły jej w podróży. Jednego dnia pewien Ujgur pracował przy załadunku jej towaru, następnego tego człowieka już nie było. Zniknął i nikt nie wie, co się z nim stało. A raczej wszyscy domyślają się, ale nie można o tym głośno mówić.

Potem zaczęto szeptać, że "zabrano go na naukę". Pojawił się taki eufemizm: na naukę, czyli do obozu. Nie wypowiada się tego słowa, ale wszyscy rozumieją, o co chodzi. Gulbachar Dżaliłowa jeździła do Chin co dwa-trzy miesiące i nie odczuwała żadnego niepokoju. Jak z czasem wyznała, sądziła nawet, że Ujgurzy sami są sobie winni, bo może wdają się w bójki, może zachowują się nieodpowiednio, więc aresztuje się ich za zakłócanie porządku. Potem, gdy wylądowała w obozie, mówiła współwięźniarkom. — Dziewczyny, nie żałuję, że tu trafiłam. Bo inaczej nigdy bym nie poznała prawdy.

21 maja 2017 r. Gulbachar po raz kolejny przyjechała do Chin, tym razem do Urumczi, stolicy regionu Sinciang-Ujgur. Zatrzymała się w hotelu, rano miała jechać po towar. Planowała wyjść z hotelu o 9. Lekko przed tą godziną ktoś zapukał do drzwi. Gulbachar nawet się nie zdenerwowała, w konsulacie uprzedzano, że policja może chcieć skontrolować gości w hotelu. — Otworzyłam drzwi, na progu stały trzy osoby. Jedna kobieta i dwóch mężczyzn. Byli w ubraniach cywilnych, ale pokazali legitymacje. Poprosili o paszport. Był u administratora hotelu, bo tam oddaje się ten dokument do zameldowania. Zeszliśmy na dół. Wzięłam ze sobą tylko telefon i klucz do pokoju. Zabrali mój paszport, ale nawet go nie otworzyli. Jeden z policjantów — Kazach, nazywał się Abaj — powiedział: proszę z nami, mamy kilka pytań.

Zabrali Gulbachar do miejscowego wydziału Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (MBP). Zaprowadzili ją do gabinetu na trzecim piętrze i zabrali telefon. Po czterech godzinach — cały ten czas po prostu siedziała w gabinecie — przynieśli sprzęt, ale nie otrzymała go z powrotem. Został zapieczętowany w kopercie, na której coś odnotowano. Ponownie usłyszała: "proszę z nami". Sądziła, że ją wypuszczają, ci jednak zaprowadzili ją do piwnicy. Po obu stronach korytarza znajdowały się małe pokoje przesłuchań. Z niektórych dochodziły krzyki.

Gulbachar trafiła do jednego z tych pomieszczeń. Stało tam "krzesło tygrysa" — narzędzie tortur używane w Chinach. To żelazne krzesło z podłokietnikami i małym blatem z przodu, w którym znajdują się metalowe obejmy na ręce. Są one zaciskane na przedramionach więźnia, stolik wgniata brzuch, a osoba siedząca na krześle odczuwa duszności i silny ból. O tych krzesłach mówili zarówno tybetańscy, jak i ujgurscy więźniowie chińskich władz, którzy przeżyli tortury, uwięzienie i uciekli z kraju. Przedstawiciele Chin w ONZ twierdzili, że narzędzie to stosuje się wyłącznie dla wygody i bezpieczeństwa więźniów.

— Przesłuchiwano mnie na tym krześle do 23 — wspomina Gulbachar. — Śledczy mówili, żebym się nie ruszała, jeśli nie chcę czuć bólu. Wypytywali o moich rodziców i dzieci, domagali się szczegółów z mojego życia. Nie dostałam łyka wody, nie pozwolili mi wyjść do toalety. Potem pokazali mi jakiś dokument w języku chińskim i kazali go podpisać. Zdałam sobie sprawę z tego, że to pułapka, z której się nie wydostanę. Odmówiłam podpisania, zażądałam adwokata i tłumacza. Bardzo mocno mnie pobili, a potem oświadczyli: "nie chcesz podpisywać – nie musisz. Zabierzemy cię teraz do takiego miejsca, gdzie szybko wszystko podpiszesz".

O godz. 1 w nocy Gulbachar przywieziono do obozu w Urumczi. Tam wydano jej kartkę z długim numerem, którego musiała nauczyć się na pamięć. Od teraz nie miała imienia i nazwiska — stała się numerem.

— Zabrali mi ubranie i wydali strój więzienny — żółty T-shirt i szary trykot. Na nogi założyli pięciokilogramowe kajdany. Potem zdjęcie, pobranie krwi i moczu (od wszystkich pobierają mocz, aby sprawdzić, czy więźniarka nie jest w ciąży, a jeśli się okaże ciężarna, to natychmiast jest wysyłana na aborcję). Zaprowadzili mnie do celi numer cztery — długiej na 7 m i szerokiej na 3,5 m. 40 kobiet w środku. Wchodzę. Około 20 osób stoi pośrodku, reszta śpi na boku, mocno przylegając do siebie, na wąskich pryczach. Co dwie godziny następuje zmiana. Te kobiety, które spały, wstają, te wcześniej stojące się kładą. Zaczęłam płakać i krzyczeć: dlaczego mnie tu wsadzono? przecież nic nie zrobiłam, nie jestem nikim ważnym! Dyżurna w celi wyjaśniła. "Wszystkie tu jesteśmy zwykłymi osobami i żadna nie jest niczemu winna. Tu nie wolno płakać, nie wolno rozmawiać, bo inaczej ukarzą i zabiorą do czarnego pokoju. Jutro wszystko ci wyjaśnimy" – wspomina Gulbachar.

Dokument w języku chińskim, którego Gulbachar nie podpisała, został wysłany do jej rodziny w Kazachstanie. Rodzina nie zna chińskiego, ale poszukała Ujgurów, którzy nim władają i przetłumaczyli pismo. Okazało się aktem oskarżenia Dżaliłowej o przygotowywanie zamachu terrorystycznego. Gdyby Gulbachar w nadziei na uwolnienie podpisała dokument, czekałaby ją kara śmierci.

W 2017 r. nikt jeszcze nie wiedział, że w Chinach stworzono obozy dla Ujgurów, więc dzieci Gulbachar zaczęły pisać listy w jej sprawie do wszelkich możliwych instancji: MSZ, ambasady Chin, Komitetu Praw Człowieka ONZ. Ślad po niej jednak zaginął. Wprawdzie instytucje skierowały zapytania do Chin i rozpoczęły poszukiwania Gulbachar, ale ona o tym nie miała pojęcia. Bo obóz oznacza izolację. Nawet krewni uwięzionych obywatelek Chin nie wiedzieli, gdzie się one znajdują.

— Myślałam, że tam umrę – mówi Gulbachar. — Rok, trzy miesiące i dziesięć dni tortur, bicia i gwałtów. Tylko nie pytajcie, jak mnie gwałcono. Opowiadanie o tym nie przechodzi mi przez gardło. Po obozie przez pół roku leżałam w szpitalu, a ponad rok leczyłam się z depresji. Gwałtów dokonywali w piwnicy, w której odbywały się przesłuchania lub w pomieszczeniu poza obozem, na mieście. Jeśli kobietę zabierano do piwnicy, to mogło się skończyć zwykłym pobiciem. Ale jeśli wyprowadzano ją na ulicę, to z pewnością prowadzono do miejsca gwałtów. Wszystkie więźniarki przez to przechodziły. Zaraz po wyjściu na wolność zapisałam z pamięci 67 imion, bo dziewczyny prosiły: jeśli przeżyjesz i wyjdziesz z obozu, opowiedz wszystkim o nas i o tym, co się tu dzieje. Bo my, nawet jeśli przeżyjemy i wyjdziemy, to i tak będziemy milczeć, ponieważ musimy zostać na miejscu".

Każdego wieczoru, od 19 do 21, więźniarki musiały śpiewać hymn Chin. Była to jedyna okazja do rozmowy. Gdy część z nich śpiewała, inne szeptem rozmawiały — bo porozumiewanie się jest w obozie zabronione. I dotyczy to nie tylko rozmów, nawet patrzenie w twarz drugiej osoby jest zakazane. Więźniowie muszą spuszczać oczy, kierować wzrok w jeden punkt, a do tego milczeć. Podczas tych konspiracyjnych rozmów z kobietami, które były w obozie od dawna, Gulbachar dowiedziała się, że żółty kolor koszulki oznacza brak wyroku, noszą je te kobiety, które siedzą bez procesu. Niebieskie przeznaczono dla osób po procesie i z wyrokiem. Jest jeszcze kolor pomarańczowy.

— Wszyscy śpiewają hymn, a ona mówi: "Widzisz dziewczynę w pomarańczowej koszulce, innej niż nasza? Kolor pomarańczowy oznacza, że będą zabite. One nie wracają. Podobno mają być dawczyniami organów. Te w koszulkach niebieskich mają szansę odsiedzieć wyrok i wyjść. Ale te w pomarańczowych znikają. Rozejrzałam się. Wśród nas były cztery kobiety w takich T-shirtach. I faktycznie nigdy nie wróciły. Były młode i zdrowe. Zapytałam kiedy nadejdzie nasza kolej, żeby założyć pomarańczowe koszulki, bo byłam przekonana, że prędzej czy później wszystkie zostaniemy zabite. Zawsze kiedy wyprowadzano mnie na przesłuchanie, z workiem założonym na głowę, myślałam, że właśnie idę na śmierć — mówi.

Na przesłuchania więźniów wyciągano z celi o każdej porze dnia i nocy. Gulbachar przesłuchiwano kiedyś całą dobę. Przez 24 godziny siedziała przykuta do "krzesła tygrysa". Śledczy machali jej przed nosem dokumentem w języku chińskim i krzyczeli: "Tu jest napisane, że przygotowywałaś zamach terrorystyczny, więc lepiej mów! Myślisz, że twój Nazarbajew ci pomoże? Nikt ci nie pomoże! Podpisz szczere przyznanie się i puścimy cię, pojedziesz do domu, do Kazachstanu. A jeśli nie podpiszesz, to będziesz tu siedzieć i nikt cię nigdy nie znajdzie".

Gulbachar niczego nie podpisała. Zdawała sobie sprawę z tego, że w każdym przypadku, czy podpisze dokument, czy nie, pozostanie w obozie. Ale jeśli podpisze, nie będzie już żadnej nadziei na uwolnienie. A tak przynajmniej pozostaje niewielka szansa — niemal niedostrzegalna, ale jednak. Gulbachar nie pomyliła się. Instynkt przetrwania zadziałał, chociaż ręka aż rwała się, by złożyć podpis. Żeby tylko przestali bić i gwałcić.

Plan dnia w obozie jest prosty. O 5.30 wyje syrena oznaczająca początek nowego dnia. Dla tych kobiet, które o tej porze stoją, jest to ulga, ponieważ mogą usiąść na pryczach. Te, które do tej pory spały przez dwie godziny, muszą się obudzić i również usiąść. I tak do wieczora. Siedzieć, patrzeć w jeden punkt, nie rozmawiać. Nie wolno nawet odwracać głowy, bo za to biją. Strażnicy podejrzewają, że odwrócenie głowy może towarzyszyć modlitwie. O 8.00 można się umyć — na jedną więźniarkę przypada dokładnie 60 sekund przy umywalce. Przestrzeganie czasu jest monitorowane przez system kamer. Strażnicy upominają: "nie myślcie, że tylko my was obserwujemy. Obserwują was również w Pekinie!".

Ujgurki, nawet jeśli faktycznie patrzyły w jeden punkt i nie rozmawiały, i tak podejrzewano o potajemne modlitwy. Kilka razy w tygodniu do celi wpadali policjanci, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i zmuszali wszystkie kobiety do rozebrania się do naga i kilkukrotnego przysiadania. Doświadczone więźniarki wyjaśniły Gulbachar, że w ten sposób szukają sur i ajatów ukrytych w miejscach intymnych.

— O 9 rano przynoszono śniadanie. Pół szklanki wody, kawałek chleba z ciasta drożdżowego i miska zupy, czyli mąki ugotowanej na wodzie. Potem następowała kontrola i raport dyżurnej: liczba osób w celi, kogo wyprowadzono, kogo przyprowadzono. O 12 przynoszono obiad: taką samą zupę, ale czasem pływał w niej ogórek lub kawałeczek kapusty. O 19 to samo. A potem przez dwie godziny trzeba było śpiewać hymny. Nie pozwalano się myć. Wszystkie pokryłyśmy się wrzodami i miałyśmy wszy. Po miesiącu wszystkie kobiety ogolono do gołej skóry. W ciągu dnia tę czy inną kobietę wywoływano z celi. Jeśli po upływie doby dziewczyna wracała, to znaczy, że była na przesłuchaniu. Jeśli nie wracała, to znaczyło, że ją zabili — wspomina Gulbachar Dżaliłowa.

— Pewną kobietę na przesłuchaniu pobito tak, że oszalała. Po powrocie do celi poszła do toalety (mieliśmy toaletę za szklanym przepierzeniem), narysowała sobie kałem na twarzy wąsy i powtarzała: "stałam się mężczyzną!". Potem zabrano ją i nikt jej już nigdy nie widział. W każdej celi jest telewizor. Włącza się go w piątki po obiedzie. Więźniarkom pokazuje się na ekranie piękne obrazki i filmy: a to Xi Jinping spotyka się z ludem, a to pędzą szybkie pociągi, a to wiją się wielopasmowe autostrady z węzłami drogowymi. I różne inne osiągnięcia Komunistycznej Partii Chin. A potem każda dostaje kartkę papieru i ołówek. Strażnicy każą im pisać, co widziały w telewizji — dodaje.

Gulbachar początkowo nie rozumiała, po co ma pisać o Xi Jinpingu, pociągach i drogach. Ale współwięźniarka, która siedziała w obozie już od dawna, szepnęła: "Poczekaj chwilę, napiszę co trzeba i dam ci to przeczytać, a ty napiszesz swój tekst, według tego wzorca". Gulbachar przeczytała i zrozumiała. Trzeba wypisywać takie rzeczy jak: dziękujemy Xi Jinpingowi, dziękujemy Komunistycznej Partii Chin, żyje się nam tu dobrze, jesteśmy żywione i ubierane bezpłatnie, Chiny są najbardziej wolnym krajem. Wszystkie więźniarki pisały to samo w każdy piątek. Na początku Dżaliłowa zapytała współwięźniarkę, czy musi pisać takie rzeczy, skoro jest obywatelką innego państwa i nigdy nie mieszkała w Chinach. Współwięźniarka odpowiedziała: pisz, bo inaczej trafisz do czarnego pokoju. A czarny pokój to najstraszniejsze miejsce. Stamtąd można nie wrócić.

— Pewnego razu jednej z nas zrobiło się słabo i zemdlała — wspomina Gulbachar. — Wołałyśmy o pomoc, prosiłyśmy o lekarza. Ale zanim ktokolwiek przyszedł, jedna z młodych kobiet, miała 25 lat, zaczęła masować zemdlonej ręce. Gdy w końcu pojawili się lekarz i policjanci, zaczęli krzyczeć: "co ty, do diabła robisz? Po co trzymasz ją za ręce? Jesteś lekarzem, żeby robić masaż? Jeśli umrze, to ty będziesz winna!".

I zabrali ją do czarnego pokoju na siedem dni. Nie da się tam wytrzymać dłużej. Wróciła jakaś inna, jakby oszalała. Po dwóch-trzech dniach zaczęła dochodzić do siebie i opowiadać, czego doświadczyła. Czarny pokój, którego wszyscy się boją, to bardzo mały karcer o pomalowanych na czarno ścianach, bez oświetlenia. Nie da się tam ani stać, ani leżeć. W tej norze jest metalowy stolik i metalowe krzesło z otworem w siedzisku. Pod krzesłem znajduje się dziura w podłodze. Więźniarka siada na tym krześle i nie rusza się z miejsca przez cały tydzień. Zupę, chleb i trochę wody podają jej przez okienko w drzwiach. Kiedy się ono otwiera, pojawia się nieco światła. Przez resztę czasu panuje ciemność. I są szczury. Kobiety trafiające do czarnego pokoju nie jedzą chleba — zostawiają go szczurom w nadziei, że zjedzą chleb i nie zaatakują.

Podczas codziennego śpiewania hymnu, gdy kobiety mogły konspiracyjnie porozmawiać, prosiły Gulbachar, by — jeśli uda jej się wyjść z obozu — opowiedziała o wszystkim, co w nim się dzieje. Wśród więźniarek były wykształcone, odnoszące sukcesy kobiety — lekarki, adwokatki, właścicielki dużych firm. Ale wszystkie były obywatelkami Chin. A to oznaczało, że nawet jeśli kiedyś zostaną zwolnione z obozu, będą milczeć, aby nie trafić tam ponownie. A Gulbachar Dżaliłowa jest obywatelką Kazachstanu, co zwiększało jej szanse na uwolnienie i wyjazd tam, gdzie nie dosięgną jej chińskie służby specjalne.

— Przysięgłam dziewczynom, że nie zapomnę o nich i że wszędzie, gdzie będę mogła, zaświadczę, co tam się dzieje. Nie wiedziałam, że mnie uwolnią. 28 sierpnia 2018 r., podczas kolejnej rewizji, kiedy przyszła moja kolejka na rozebranie się, policjanci powiedzieli: "nie, nie trzeba — idziesz na przesłuchanie". Założyli mi kajdanki, worek na głowę i wyprowadzili na ulicę. Myślałam, że skoro wychodzimy na ulicę, to znowu będą mnie gwałcić. Ale wsadzili do samochodu i gdzieś zawieźli. Okazało się, że do szpitala. Tam też były kraty w oknach, kamery, żelazne drzwi. Zrobiono mi różne badania, EKG, USG. Spędziłam tam trzy dni. Codziennie podawali mi po 20 tabletek. Jak się później domyśliłam były to witaminy — mówi Gulbachar.

Po trzech dniach przyjechali policjanci i zdjęli jej kajdany z nóg. Nie udało się ich otworzyć kluczem, zamek się zaciął, trzeba było przepiłować. Gulbachar nie pojmowała, co się dzieje, dopóki nie wyjaśniono jej, że została zwolniona z obozu. Nawet kiedy to usłyszała, w pierwszej chwili nie uwierzyła.

Zawieźli ją, tym razem bez kajdanek i worka na głowie, na posterunek policji, stamtąd do hotelu, gdzie razem z nią zamieszkała policjantka. — Dopóki nie wyślą cię do Kazachstanu, będę tu z tobą — oświadczyła. Przez trzy dni Dżaliłowa nie mogła wyjść z pokoju, potem znowu zawieziono ją na policję. — Jesteś mądrą kobietą, jeśli chcesz kontynuować działalność biznesową, to nie ma przeszkód, dostaniesz wizę. A oto nasze numery telefonów, dzwoń gdyby pojawiły się jakieś problemy. Oczywiście rozumiesz, że nie możesz nikomu mówić o tym, gdzie byłaś? Zapomnij o tym" — usłyszała. Jeden z policjantów bezceremonialnie podsumował sprawę. — Jeśli będziesz rozpowiadać, co się z tobą działo i o miejscu, w którym byłaś, znajdziemy cię i zabijemy — powiedział. Oczywiście nie zwrócono jej rzeczy osobistych, w tym torby z pieniędzmi, z którymi prawie półtora roku temu Gulbachar przyjechała po towar. Dostała tylko paszport i telefon, w którym przywrócono ustawienia fabryczne.

— Policjanci eskortowali mnie do samolotu — opowiada Gulbachar. — Nie miałam żadnych dokumentów potwierdzających, gdzie zniknęłam na półtora roku, żadnych rzeczy osobistych. Wróciłam tylko z paszportem. W domu byłam 20 dni. Myślałam, że będę składać zeznania, zdawać relacje. Ale nikt nawet nie zamierzał mnie o cokolwiek pytać. Dzieci wysłały mnie do Turcji na odpoczynek. Jakiś czas tam zostałam, ale nie czułam się bezpiecznie. Obiecałam dziewczynom, że będę publicznie informować o obozach dla Ujgurów w Sinciangu. Pamiętałam też jednak, że chińska policja groziła mi śmiercią. Ostatecznie przekonałam się, że Turcja nie jest dla mnie bezpieczna, gdy w centrum Stambułu zaczął mnie śledzić samochód. Zwróciłam się do ambasady Francji i otrzymałam status uchodźcy.

Gulbachar mieszka we Francji od 2020 r., ale — jak się okazało — tam również nie jest do końca bezpiecznie. 8 maja 2024 r., zaraz po zakończeniu wizyty Xi Jinpinga, sąsiadka zadzwoniła do Dżaliłowej. — Nie wracaj do domu, przed wejściem stoi duży samochód z Chińczykami, wezwałam policję — powiedziała. Podczas kontroli dokumentów u jednego z podejrzanych o próbę porwania znaleziono legitymację pracownika chińskich służb specjalnych.

Gulbachar zrozumiała wówczas, że nie ma bezpiecznych miejsc, jeśli jest się Ujgurką, która przeżyła obóz w Sinciangu i poświęciła swoje życie, aby mówić publicznie o tym, co się w nim działo.

onet.pl


W środę izraelskie siły zbrojne poinformowały, że wyznaczyły "tymczasową trasę tranzytową" dla mieszkańców miasta Gaza. Według rzecznika armii Avichaya Adrai ruch jest organizowany przez ulicę Salah ad-Din, skąd można kontynuować podróż dalej — za Wadi-Gaza, w centralnej części wybrzeża sektora. Trasa ta jest dostępna przez 48 godzin w okresie od 16 do 19 września.

To druga droga ewakuacji. Biegnie ona równolegle do wybrzeża sektora Gazy z północy na południe. Pierwsza trasa przebiega przez nadmorską drogę Al-Rashid, ale trzeba tam stać w długich korkach. Palestyńczycy skarżą się też na wysokie koszty przejazdu korytarzem humanitarnym. Uciekinierzy opowiadają redakcji "Washington Post", że za transport musieli zapłacić od 1600 do 4000 szekli (od 1726 do 4316 zł), w zależności od ilości bagażu i wielkości rodziny. Wielu obawia się również, że po przybyciu do centralnej lub południowej części Gazy nie uda im się znaleźć namiotu lub innego miejsca na nocleg.

Mieszkaniec Gazy Izz al-Din Shihab powiedział telefonicznie redakcji The Times of Israel, że po ostrzeżeniach izraelskiej armii o przygotowywanej operacji lądowej jego rodzina długo zastanawiała się, czy opuścić miasto. Ostatecznie zapłacił 450 dol. (1631 zł) za przewóz rzeczy samochodem do centralnej części sektora i kolejne 300 dol. (1088 zł) za ich transport na południe.

— Moi koledzy, lekarze, powiedzieli mi, że wynajem namiotu kosztuje 4000 szekli (4316 zł), a wynajem samochodu — 1500 szekli (5438 zł). Ludzie nie mają dochodów, nie mogą sobie na to pozwolić — powiedział Shihab.

Izrael ogłosił strefy humanitarne w Al-Mawasi — dziewięciokilometrowym odcinku wzdłuż południowego wybrzeża. Obóz stał się schronieniem dla setek tysięcy ludzi, którzy uciekli przed ostrzałem. Al-Arabi Al-Jadid (arabskie wydawnictwo powiązane z Katarem z siedzibą w Londynie) pisze, że ze względu na gęste zaludnienie Al-Mawasi stało się siedliskiem chorób. Publikacja zauważa również, że ludzie nadal przybywają do obozu — izraelska armia rozrzuca ulotki w mieście Gaza, wzywając do ewakuacji na południe, w szczególności do obszaru Al-Mawasi w Khan Yunis.

— Na południu nie ma ziemi, nie ma mieszkań do wynajęcia. Proszą ludzi, aby opuścili miasto i wyruszyli w nieznane — skarży się Karim Jude, mieszkaniec Gazy, który 7 września wyjechał wraz z rodzicami i siostrą do centralnej części enklawy. (...)

— W Al-Mawasi mieszka ok. 900 tys. osób, z których zdecydowana większość, według szacunków ONZ, to przesiedleńcy — powiedział przedstawiciel gminy Khan Yunis Saib Lukan w wywiadzie dla Al-Arabi Al-Jadid. Zaznaczył, że obszar ten jest całkowicie przeludniony i nie ma już miejsca na rozbicie nowych namiotów.

Zauważył, że ogłoszone przez Izrael strefy humanitarne znajdują się w pobliżu linii frontu i są stale ostrzeliwane. Według niego w Chan Junus Izrael w wyniku nalotów zniszczył 40 z 44 studni. Obecnie władze miejskie wykorzystują prywatne studnie głębinowe z mobilnymi generatorami i dostarczają wodę za pomocą naziemnych sieci. Organizacje międzynarodowe, w tym UNICEF, uzupełniają zbiorniki w celu bezpłatnej dystrybucji wody.

— Trudno jest również zdobyć jedzenie — opowiada mieszkaniec Gazy Ahmed Ruwaished. —Polegamy na nielicznych bezpłatnych stołówkach, których nie wystarcza dla dużej liczby ludzi w tej okolicy. Wydają one ograniczoną ilość jedzenia, a czasami nie dają nam w ogóle żadnej porcji. Te obejmują zwykle ryż, soczewicę lub makaron. Czujemy się również nieswojo z powodu bliskości namiotów, nie mówiąc już o niedogodnościach związanych z korzystaniem ze wspólnych toalet. Środowisko w tej okolicy nie nadaje się do życia, szerzą się choroby, zwłaszcza skórne, szczególnie wśród dzieci — dodaje.

(...)

Dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Tedros Adhanom Ghebreyesus ostrzegł, że izraelska ofensywa lądowa w północnej części Gazy doprowadziła i tak już przepełnione szpitale "na skraj załamania". Według niego działania wojenne uniemożliwiają WHO dostarczanie niezbędnych artykułów.

(...)

We wtorek Biuro ONZ ds. Praw Człowieka oświadczyło, że ofensywa izraelskich sił zbrojnych na miasto Gaza "niszczy ostatni żywotny element infrastruktury cywilnej sektora". Biuro określiło również izraelską strategię wojskową w mieście jako "równoważną czystce etnicznej" i stwierdziło, że "najwyraźniej ma ona na celu wywołanie nieodwracalnej zmiany demograficznej".

15 września Netanjahu stwierdził, że "Izrael znajduje się w pewnego rodzaju izolacji". W kontekście stopniowego zaostrzania przez kraje europejskie embarga na dostawy broni i sankcji wobec Izraela z powodu trwającej wojny premier ostrzegł, że Izrael może znaleźć się w sytuacji, w której jego przemysł zbrojeniowy zostanie zablokowany. Kraj będzie musiał "sam produkować to, czego potrzebuje" — powiedział.

— Będziemy musieli coraz bardziej dostosowywać się do gospodarki o cechach autarkii. Będziemy musieli stać się Atenami i super-Spartą — powiedział premier.

gazeta.pl

piątek, 26 września 2025



Pod koniec sierpnia szef węgierskiej dyplomacji Peter Szijjarto poinformował, że w odpowiedzi na ostatni ukraiński atak na rurociąg naftowy Przyjaźń rząd węgierski podjął decyzję o zakazie wjazdu na Węgry i do całej strefy Schengen dowódcy jednostki wojskowej odpowiedzialnej za ostrzał.

Jest to major Robert "Madiar" Browdi (węg. Brovdy) - wynika z dokumentu węgierskich władz, udostępnionego przez tygodnik "Mandiner". Browdi urodził się w 1975 r. w zakarpackim Użhorodzie, jest etnicznym Węgrem i dowódcą Sił Systemów Bezzałogowych Ukrainy (SBS).

Mjr Browdi opublikował wcześniej na Telegramie nagranie, pokazujące atak na ropociąg Przyjaźń niedaleko granicy rosyjsko-białoruskiej. Na końcu wpisu, po węgiersku, zawołał: "Rosjanie, do domu!".

Komentując na Telegramie decyzję węgierskich władz, "Madiar" polecił im, aby "wsadziły sobie w d... te sankcje". "Jestem Ukraińcem, a do kraju mojego ojca przyjadę, gdy Ciebie nie będzie" - napisał, zwracając się do Szijjarto. "A co do ograniczeń dotyczących Schengen - nie bierz na siebie więcej, niż jesteś w stanie udźwignąć" - dodał.

"Naprawiając rurociąg Przyjaźń, nie chronicie suwerenności Węgier, lecz własne brudne kieszenie, wypełniane tanimi surowcami. Płacicie za nie pieniędzmi, które wracają w postaci rakiet i shahedów nad spokojne miasta Ukrainy" - stwierdził Browdi.

W odpowiedzi na decyzję Budapesztu polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zaprosił Browdiego do Polski.

"Podczas gdy rosyjskie pociski sieją śmierć w Kijowie, Węgry ogłaszają zakaz wymierzony w odważnego etnicznego Węgra, który ośmiela się walczyć o wolność Ukrainy. Dowódco Madiar (pseudonim bojowy Roberta Browdiego - PAP), jeśli potrzebujesz odpoczynku i relaksu, a Węgry cię nie wpuszczą, jesteś mile widziany w Polsce" - napisał szef polskiego resortu dyplomacji.

PAP


Rosyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło, że w okresie od 1 stycznia do 25 września 2025 r. siły rosyjskie zajęły przez teatr co najmniej 4714 kilometrów kwadratowych: 205 kilometrów kwadratowych w obwodzie ługańskim; 3308 kilometrów kwadratowych w obwodzie donieckim; 261 kilometrów kwadratowych w obwodzie zaporoskim; 175 kilometrów kwadratowych w obwodzie dniepropietrowskim; 542 km2 w obwodzie charkowskim; i 223 km2 w obwodzie sumskim. Rosyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło, że w tym okresie siły rosyjskie zajęły 205 osiedli na Ukrainie. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że od 1 stycznia siły rosyjskie zajęły zaledwie 3434 km2: 151 km2 w obwodzie ługańskim; 2481 km2 w obwodzie donieckim; 248 km2 w obwodzie zaporoskim; 96 kilometrów kwadratowych w obwodzie dniepropietrowskim; 255 kilometrów kwadratowych w obwodzie charkowskim; i 210 kilometrów kwadratowych w obwodzie sumskim. ISW ocenia, że rosyjskie Ministerstwo Obrony zawyża deklarowane zaliczki o 36 proc. w obwodzie ługańskim; 33 proc. w obwodzie donieckim; pięć procent w obwodzie zaporoskim; 83 proc. w obwodzie dniepropietrowskim; 112 proc. w obwodzie charkowskim; i sześć procent w obwodzie sumskim.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony często zawyża swoje roszczenia terytorialne, aby ukształtować zachodnie myślenie o zdolnościach militarnych Rosji i perspektywach zwycięstwa. Szef rosyjskiego Sztabu Generalnego, generał armii Walerij Gierasimow, stwierdził 30 sierpnia, że od marca 2025 r. siły rosyjskie zajęły 3500 kilometrów kwadratowych terytorium i 149 osiedli, podczas gdy ISW oceniało wówczas, że od 1 marca siły rosyjskie zyskały jedynie około 2346 kilometrów kwadratowych. Twierdzenia rosyjskiego Ministerstwa Obrony z 25 września stanowią kontynuację szerszych wysiłków mających na celu wykorzystanie dużych ilości fałszywych danych ilościowych w celu wywołania wrażenia, że siły rosyjskie posuwają się na polu bitwy w szybkim tempie, mimo że siły rosyjskie w dalszym ciągu posuwają się naprzód w powolne tempo. ISW ocenia również, że rosyjskie Ministerstwo Obrony wykorzystuje materiał filmowy przedstawiający rosyjskich żołnierzy trzymających flagi w określonych osadach, aby twierdzić, że siły rosyjskie zajęły całe osady. Rosyjski materiał filmowy pokazuje jednak jedynie misje infiltracyjne małych grup na obszary, gdzie siły rosyjskie nie są w stanie zapewnić sobie trwałych pozycji. Kreml próbuje przekonać Zachód, że Rosja nieuchronnie osiągnie swoje pierwotne cele wojenne na polu bitwy, aby zmusić Ukrainę i jej partnerów do ustąpienia rosyjskim żądaniom.

(...) Ukraiński obserwator wojskowy Kostyantyn Maszowiec poinformował 24 września, że rosyjskie dowództwo wojskowe dokonuje przegrupowania sił w celu przeprowadzenia kilku wysiłków na poziomie operacyjnym na całej linii frontu, w tym operacji ofensywnych w kierunkach Kupiańsk, Łyman, Kostyantyniwka, Pokrowsk i Zaporoże, w ramach szerszego planu strategicznego Rosji na rok 2025. Wiele z tych rosyjskich wysiłków nie wspiera się wzajemnie, ponieważ siły przydzielone do jednego sektora frontu nie prowadzą operacji ofensywnych w sposób wspierający operacje ofensywne innego sektora. (...) Maszowiec oświadczył, że rosyjskie dowództwo wojskowe przerzuciło elementy 76. Dywizji Powietrznodesantowej (VDV) z obwodu sumskiego na obszar odpowiedzialności (AoR) 5. Armii Połączonej (CAA, Wschodni Okręg Wojskowy [EMD]) w kierunku południowym Donieck (prawdopodobnie nawiązując do kierunków Nowopawłówka i Wełykomychajłówka) oraz do AoR 35. CAA (EMD) w kierunku Hulajpole. Rosyjskie WDW należą do stosunkowo bardziej zdolnych do walki sił Rosji, a Rosja ma tendencję do przenoszenia tych sił do najbardziej priorytetowych obszarów frontu, w tym do obszarów Kostyantynówka i Dobropillya. Maszowiec podał, że nieokreślone źródła spodziewają się, że Rosja przerzuci elementy 76. Dywizji WDW do zachodniego obwodu zaporoskiego w celu wzięcia udziału w operacjach ofensywnych na południe od miasta Zaporoże. Maszowiec poinformował, że Rosja tworzy rezerwy operacyjne w 58. CAA (Południowym Okręgu Wojskowym [SMD]) działającym w pozbawionym uprawnień kierunku chersońskim z 25. CAA (Centralny Okręg Miliarny [CMD]), który obecnie działa w kierunku Lymanu, zamiast z jednostek i formacji samego 58. CAA. Maszowiec poinformował, że dowództwo rosyjskie w podobny sposób tworzy rezerwy operacyjne w 3. CAA (dawniej 2. Korpusie Armii Ługańskiej Republiki Ludowej, SMD), który obecnie działa w kierunku Lymanu, z elementów 70. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych (18. CAA, SMD) w kierunku Chersoniu.

Decyzja Rosji o reorganizacji sił z kierunku lymańskiego do rezerwy operacyjnej w kierunku chersońskim i z kierunku chersońskiego do rezerwy operacyjnej w kierunku lymańskim jest niezwykła, biorąc pod uwagę obecne skupienie się Rosji na operacjach w obwodzie donieckim, zwłaszcza między Kostyantyniwką a Pokrowskiem. Siły rosyjskie niedawno przerzuciły na ten obszar WDW i stosunkowo elitarne elementy piechoty morskiej i według doniesień część z tych sił weszła do walki. Elementy rosyjskiego 177. pułku piechoty morskiej (Flotylla Kaspijska) oraz 40. i 155. brygady piechoty morskiej (obie Floty Pacyfiku) niedawno weszły do walki w pobliżu Połtawki po przerzuceniu z północnego obwodu sumskiego, a elementy 336. Brygady Piechoty Morskiej (Flota Bałtycka) podobno walczą w pobliżu Nove Shakhove po przeniesieniu z kierunku Nowopawliwka. Według doniesień rosyjskie dowództwo wojskowe przetrzymuje elementy 61. Brygady Piechoty Morskiej (Flota Północna) w rezerwie na tyłach obszaru Dobropillya po przesunięciu z kierunku Chersonia, chociaż ISW w dalszym ciągu obserwuje doniesienia, że elementy 61. Brygady Piechoty Morskiej działają w kierunku Chersonia, co wskazuje, że elementy brygady są prawdopodobnie podzielone (...).

(...)

Rosyjscy urzędnicy prywatnie przyznali, że Rosja jest odpowiedzialna za wtargnięcie 19 września trzech odrzutowców przechwytujących MiG-31 w estońską przestrzeń powietrzną.

(...) Rosyjski dyplomata podobno powiedział europejskim dyplomatom, że najazdy — prawdopodobnie odnosząc się do najazdu na Estonię, a także kilka innych niedawnych rosyjskich naruszeń przestrzeni powietrznej państwa NATO — były odpowiedzią na ukraińskie ataki na okupowany Krym. Bloomberg zauważył, że rosyjski urzędnik twierdził, że wsparcie NATO umożliwiło ukraińskie ataki i stwierdził, że Rosja uważa się już za zaangażowaną w konfrontację, w tym z państwami europejskimi.

(...)

Reuters24 września poinformował, że zapoznał się z dokumentami rosyjskiego Ministerstwa Finansów stwierdzającymi, że Rosja planuje przeznaczyć 12,6 biliona rubli (około 150 miliardów dolarów) na wydatki “National Defense” w 2026 roku — w porównaniu z 13,5 biliona (około 160 miliardów dolarów) w 2025 roku. Rosyjskie Ministerstwo Finansów oświadczyło 24 września, że do kluczowych priorytetów w projekcie budżetu na lata 2026-2028 należy wypełnianie zobowiązań społecznych wobec obywateli, wsparcie potrzeb Rosji w zakresie obronności i bezpieczeństwa oraz wsparcie społeczne dla rodzin rosyjskich żołnierzy walczących na Ukrainie. Ministerstwo Finansów stwierdziło, że w budżecie przeznacza się środki finansowe na wyposażenie wojska przez Rosję, opłacenie personelu wojskowego i jego rodzin oraz modernizację bazy przemysłu obronnego (DIB), w tym poprzez przeznaczenie 87,9 miliardów rubli (około 1 miliarda dolarów) na projekt Bezzałogowych Systemów Lotniczych w ciągu trzech lat. Ministerstwo Finansów ogłosiło także podwyżkę podatku od wartości dodanej (VAT) od stycznia 2026 r. z 20 proc. do 22 proc. oraz obniżenie rocznego progu przychodów dla firm, które muszą płacić podatek VAT z 60 mln rubli (około 714 tys. dolarów) do 10 mln rubli (około 119 tys. dolarów). Ministerstwo Finansów zauważyło, że zmiany w podatku VAT mają przede wszystkim na celu finansowanie obronności i bezpieczeństwa. Reuters podał, że w niepublikowanych dokumentach rosyjskiego Ministerstwa Finansów oszacowano, że podwyżka podatku VAT wygeneruje w 2026 roku dodatkowe dochody w wysokości około 1,2 biliona rubli (około 14,2 miliarda dolarów). Minister finansów Rosji Anton Siluanov stwierdził 18 września, że władze rosyjskie spodziewają się, że udział dochodów Rosji ze sprzedaży ropy i gazu finansującego rosyjski budżet federalny wyniesie w 2026 r. około 20-22 proc., co według Siluanova oznacza spadek z około 50 proc. wcześniej. Kreml prawdopodobnie poszukuje innych źródeł dochodów, takich jak dochody z ropy i gazu, na których Rosja polegała, finansując swoją wojnę na Ukrainie zmniejszają się w obliczu zbliżających się zachodnich sankcji i ukraińskich ataków na rosyjską infrastrukturę naftową.

(...)

Niedawne relacje w mediach państwowych Kremla i kampanie w mediach społecznościowych po ogłoszeniu podwyżki podatku VAT sugerują, że Kreml jest świadomy możliwości niezadowolenia społecznego w związku z wynikającym z tego wzrostem cen towarów codziennego użytku. Rosyjska opozycyjna placówka Meduza poinformowała 24 września, że główne rosyjskie kanały telewizji państwowej informowały o podwyżce podatku VAT “dyskretnie, ” wspominając o zmianie dopiero pod koniec audycji po doniesieniach o wojnie na Ukrainie, przemówieniu prezydenta USA Donalda Trumpa w ONZ, oraz zbliżających się wyborach parlamentarnych w Mołdawii. Meduza zauważył, że rosyjskie placówki państwowe Pervyi Kanal, Rossiya 1 i NTV wspomniały o zmianie podatku VAT tylko w jednym zdaniu. 

(...)

Źródła Głównej Dyrekcji Wywiadu Ukrainy (GUR) potwierdziły ukraińskiemu outletowi Suspilne 24 września, że operatorzy dronów morskich GUR uderzyli w porty Noworosyjsk i Tuapse w Kraju Krasnodarskim. Źródła GUR podały, że strajki uszkodziły kompleks tankowców Transnieft i terminal Konsorcjum Rurociągów Kaspijskich (CPC) w pobliżu Noworosyjska, powodując tymczasowe zaprzestanie działalności terminalu oraz spowodowały nieokreślone uszkodzenia terminalu załadunku ropy w porcie Tuapse — jednym z największych terminali załadunkowych w Rosji.

(...)

Dowódca ukraińskiego pułku dronów działającego w kierunku kupiańskim poinformował 25 września, że siły ukraińskie wstrzymały rosyjskie natarcie w Kupiańsku i uniemożliwiły siłom rosyjskim natarcie poza północno-zachodnie obrzeża miasta. Dowódca stwierdził, że siły rosyjskie nie sprawują kontroli doktrynalnej nad żadnym obszarem Kupiańska, lecz rosyjska działalność dywersyjno-rozpoznawcza w mieście pozostaje wysoka. Dowódca poinformował, że siły rosyjskie w dalszym ciągu przebierają się za cywilów lub ukraińskich żołnierzy, co zgodnie z prawem międzynarodowym zostanie uznane za perfidię — w celu potajemnego ustalenia punktów obserwacyjnych. Dowódca oświadczył, że siły rosyjskie zintensyfikowały wysiłki w celu przeprawy na zachodni (prawy) brzeg rzeki Oskił po tym, jak siły ukraińskie zniszczyły rurociąg, którym siły rosyjskie gromadziły się na północnych obrzeżach Kupiańska w połowie września 2025 r., hamując dalsze próby infiltracji. Dowódca oświadczył, że rosyjskie oddziały barierowe /zaporowe, wzorem z 2WŚ - red./ zmuszają rosyjskich żołnierzy do przeprawy przez rzekę pod groźbą rozstrzelania. Rosyjski milbloger zaprzeczył doniesieniom, jakoby siły rosyjskie “praktycznie zajęły” Kupiańsk i twierdził, że siły rosyjskie przekazują rosyjskie Ministerstwu Obrony Rosji (MON) fałszywe raporty, zgodne z wcześniejszymi obserwacjami ISW na temat sytuacji operacyjnej w rejonie Kupiańska.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 3. Korpusu Armii Oleksandr Borodin poinformował 25 września, że siły rosyjskie w dalszym ciągu nie przeprowadzają ataków ciężkim sprzętem w kierunku Lymanu ze względu na znaczne straty w sprzęcie. Borodin stwierdził, że siły rosyjskie atakują głównie w małych grupach piechoty składających się z nieprzeszkolonego personelu, który otrzymuje stopniowe rozkazy od swoich dowódców. Rzecznik ukraińskiej brygady działającej w kierunku Lymanu poinformował, że siły rosyjskie w dalszym ciągu przeprowadzają ataki w małych grupach, wykorzystując liście do ukrycia, ale taktyka ta nie będzie wykonalna jesienią i zimą 2025 r., ponieważ liście się przerzedzają. Rzecznik stwierdził, że siły rosyjskie wykorzystują czołgi w ukrytych pozycjach do odtworzenia funkcji artyleryjskich.

(...)

Rzecznik ukraińskiej marynarki wojennej kapitan trzeciej rangi Dmytro Pletenczuk poinformował 25 września, że władze rosyjskie zaczęły wykorzystywać most Kerczeński do transportu paliwa na okupowany Krym w związku z ukraińskimi atakami na linie kolejowe na okupowanej południowej Ukrainie, które wstrzymały transport ładunków. Pletenczuk poinformował, że niedobory paliwa dotykają zarówno ludność cywilną na okupowanym Krymie, jak i wojsko rosyjskie.

understandingwar.org


Przedstawiciele władz amerykańskich, australijskich i nowozelandzkich twierdzą, że gdyby nie ich wysiłki mające na celu zablokowanie tego przedsięwzięcia, Chiny miałyby już bazę w regionie. Jednak dostęp Pekinu do obiektów komercyjnych, takich jak porty, które mogą okazać się przydatne w przypadku konfliktu, budzi niemal równie duże obawy, twierdzi Mihai Sora z Lowy Institute, think tanku w Sydney. Obiekty te "posiadają wszystkie niezbędne elementy, nawet jeśli nie wisi na nich tabliczka z napisem: »To jest chińska baza wojskowa«".

Od 2019 r. chińskie przedsiębiorstwa państwowe starają się o dzierżawę głębokowodnego portu na Wyspach Salomona. Niektóre z takich portów znajdują się w pobliżu pasów startowych zbudowanych przez amerykańskich marynarzy podczas II wojny światowej. W jednym przypadku chińska firma poinformowała lokalnych urzędników, że interesujący ją port będzie wykorzystywany przez chińską marynarkę wojenną. Próby pozyskania podobnych obiektów zostały udaremnione w Kiribati, na Samoa i Papui-Nowej Gwinei.

Kolejnym obszarem wpływów Chin jest policja. Tylko trzy kraje wyspiarskie Pacyfiku posiadają siły zbrojne, więc wspólne inicjatywy sił policyjnych są głównym sposobem współpracy tych miejsc z podmiotami zewnętrznymi w zakresie bezpieczeństwa. Chiny mają własną policję w trzech krajach Pacyfiku, w tym w Kiribati, najbliższym Hawajom łańcuchu wysp Pacyfiku, oraz w najbliższym Australii Vanuatu (chińskie jednostki mają między innymi szkolić lokalną policję). W 2023 r. Pekin zawarł porozumienie w sprawie wzmocnienia bezpieczeństwa podczas Igrzysk Pacyfiku, które odbyły się w tym roku na Wyspach Salomona. Gdy impreza się skończyła, sportowcy opuścili wyspy, ale chińscy policjanci nadal tam pozostają.

Nie wszystkie kraje wyspiarskie Pacyfiku są w równym stopniu podatne na chińskie wpływy. Geografowie dzielą region na trzy strefy. Mikronezja ma historyczne i polityczne powiązania z Ameryką, Polinezja jako regionalną potęgę postrzega Nową Zelandię, Melanezja ma najbliższe stosunki z Australią.

To właśnie kraje melanezyjskie, z których wiele jest zdominowanych przez politykę patronacką w stylu "wielkiego człowieka", okazały się najbardziej otwarte na chińskie zaloty. W tej grupie to właśnie na Wyspach Salomona Pekin osiągnął największy postęp. Chińskie firmy są tam wszechobecne; miejscowi nazywają jedną z nich, CCECC, "China, China, Everything China, China" (Chiny, Chiny, Wszystko Chiny, Chiny). Wielu mieszkańców Wysp Salomona twierdzi, że nie podoba im się obecność Chińczyków. Jednak lokalni politycy i urzędnicy stają w obronie Chin, gdy ich działania w tym kraju są poddawane kontroli.

Australia dokłada wszelkich starań, aby zablokować postępy Chin na Wyspach Salomona. W kwestii pomocy dla tego kraju więcej niż dorównała Pekinowi. Jednak rywalizacja jest wyrównana. W Honiarze, mieście z jedną drogą, można znaleźć zarówno australijskie, jak i chińskie billboardy chwalące się szczodrą współpracą.

onet.pl\The Economist


- Polska, reagując na ćwiczenia "Zapad", zamknęła granicę z Białorusią. W poniedziałek, 15 września, w Warszawie na spotkanie z ministrem Radosławem Sikorskim przybył szef chińskiej dyplomacji Wang Yi. To pierwsza od lat oficjalna wizyta wysłannika Pekinu tej rangi w Polsce. Jak na obecne zawirowania reagują Chiny, biorąc pod uwagę, że przez polsko-białoruską granicę przechodzą chińskie towary?

Prof. Łukasz Gacek: Z punktu widzenia Pekinu sytuacja wokół polsko-białoruskiej granicy to kolejny dowód, że eskalacja napięć w Europie Środkowo-Wschodniej nie sprzyja interesom Chin. Chińscy komentatorzy podkreślają, że wtargnięcie rosyjskich dronów na terytorium Polski to nie zapowiedź nowej fazy wojny, lecz sygnał ostrzegawczy i testowanie czujności NATO.

Reakcja Warszawy — donośna politycznie, a jednocześnie powściągliwa w praktycznych działaniach — interpretowana jest jako dowód świadomości ryzyka i ograniczeń sojuszniczych. Innymi słowy: Polska nie chce bezpośredniej konfrontacji z Rosją, ale musi pokazać, że nie pozostaje bierna.

Znacznie większe poruszenie w Pekinie wywołała decyzja o zamknięciu granicy z Białorusią. Dla Chin to nie jest jedynie gest polityczny, ale cios w jeden z kluczowych korytarzy handlowych na trasie Chiny–Europa.

Rzecznik chińskiego MSZ nie pozostawił złudzeń: zaapelował do władz w Warszawie o przywrócenie płynności tranzytu i przypomniał, że kolejowe połączenia między Chinami a Europą to "projekt flagowy" współpracy oraz ważny element stabilności globalnych łańcuchów dostaw.

Według Chińczyków Polska, zamykając granicę, sama podcina gałąź, na której siedzi — osłabia swoją pozycję w Europie i podważa reputację jako głównego węzła logistycznego regionu.

Chińska narracja idzie jeszcze dalej.

Według Pekinu decyzja Warszawy uderza nie tylko w Chiny, ale także w europejskich importerów i w samą Polskę, której rola jako bramy dla azjatyckiego handlu staje pod znakiem zapytania.

Pekin akcentuje, że to przykład nieodpowiedzialnej polityki, w której doraźne gesty bezpieczeństwa destabilizują handel i burzą podstawy długoterminowej współpracy.

Jednocześnie Chiny nie zamierzają dolewać oliwy do ognia. Wręcz przeciwnie — apelują o dialog i deeskalację. Incydent z dronami w chińskich komentarzach przedstawiany jest jako dowód, że nawet pojedynczy epizod może wymknąć się spod kontroli i sprowokować nieprzewidywalny rozwój wydarzeń. Dlatego Pekin powtarza, że wojna w Ukrainie nie powinna rozlewać się poza linię frontu, a wszelkie naruszenia — takie jak loty rosyjskich dronów nad Polską — muszą być rozwiązywane przy stole negocjacyjnym, a nie poprzez kolejne gesty eskalacyjne.

Niewątpliwie dla Chin priorytetem pozostaje utrzymanie otwartych szlaków transportowych i ochrona globalnych łańcuchów dostaw przed skutkami geopolitycznych napięć. Rosja, zdaniem Pekinu, testuje cierpliwość NATO i bada zdolność reakcji sojuszu, ale to Polska — zamykając granicę — daje się wciągnąć w spiralę, która bardziej szkodzi jej samej niż Moskwie.

- Wtargnięcie rosyjskich dronów to jedno z wielu istotnych wydarzeń w ostatnim czasie. W Pekinie odbyła się parada wojskowa z okazji 80. rocznicy kapitulacji Japonii, a tym samym zakończenia II wojny światowej na Dalekim Wschodzie. W poprzednich dniach odbył się ponadto szczyt Szanghajskiej Organizacji. Jaki sygnał wysłały Chiny w świat? Trump stwierdził, że przywódcy w Pekinie spiskowali przeciwko Stanom Zjednoczonym. Czy jest to przekaz skierowany przeciwko Zachodowi, wysłany do Globalnego Południa, czy też oba powyższe stwierdzenia są prawdziwe?

Obydwa wydarzenia — paradę wojskową oraz szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy — powinniśmy traktować w kategoriach symbolicznych. Pekin kreuje się jako lider świata wielobiegunowego, przywódca globalnego Południa, który stoi w kontrze do zachodniego, liberalnego porządku międzynarodowego.

W największej w historii Chin paradzie wojskowej zorganizowanej w 80. rocznicę zakończenia II wojny światowej uczestniczyli m.in. Władimir Putin oraz Kim Dzong Un. W swoim przemówieniu chiński przywódca Xi Jinping podkreślił, że świat stoi dziś przed wyborem między pokojem a wojną. Był to czytelny sygnał pod adresem Stanów Zjednoczonych, który Zachód może odebrać jako wyzwanie rzucone istniejącemu porządkowi międzynarodowemu.

Gwałty, tortury i sterylizacje. Tak wygląda obóz koncentracyjny XXI w.
Xi Jinping oraz Kim Dzong Un deklarowali braterskie wsparcie dla Rosji w wojnie przeciwko Ukrainie — co stanowi doskonały pretekst do rozwijania przyszłej współpracy wojskowej. Podczas parady zaprezentowano też nowe systemy uzbrojenia, w tym pociski hipersoniczne, rakiety międzykontynentalne oraz podwodne drony.

Dobór sprzętu był w mojej ocenie świadomym komunikatem odstraszającym w stosunku do Stanów Zjednoczonych, Europy, ale nie tylko, bo także sąsiadów Chin. Xi Jinping nieprzypadkowo odwołał się do idei "Wielkiego odrodzenia narodu chińskiego", co wprost koreluje z ambicją przejęcia kontroli nad sąsiednim Tajwanem.

Parada w Pekinie była pokazem siły militarnej, lecz także manifestacją politycznego sojuszu z Moskwą i Pjongjangiem przeciwko Zachodowi. Wydarzenie to podkreśliło ambicje Chin w kreowaniu nowego globalnego ładu. Ten obraz byłby jednak niepełny bez uwzględnienia szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy, podczas którego padły już konkretne zobowiązania.

- O jakich zobowiązaniach mowa?

Tegoroczny szczyt był pokazem ambicji Pekinu jako architekta nowego globalnego ładu — pretekstem, który pozwolił zgromadzić liderów państw aspirujących do redefinicji globalnego porządku, czyli m.in. Indii, Rosji, Iranu, Pakistanu. Szczególnie zwraca uwagę obecność premiera Indii Modiego, co sygnalizuje próbę zbliżenia na linii Pekin-New Delhi pomimo wcześniejszych napięć. Reset relacji chińsko indyjskich jest szczególnie istotny.

- Modi ulotnił się jednak jeszcze przed paradą wojskową. Można odczytywać to jako gest, że Indie nie popierają militarnych ambicji Chin.

Co nie zmienia faktu, że dwaj azjatyccy giganci wolą dzisiaj mówić o partnerstwie aniżeli o rywalizacji. W tle ich relacji dostrzegamy wspólne doświadczenie presji ze strony Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza dotkliwych taryf handlowych.

Na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy padły konkrety. Państwa członkowskie zobowiązały się do zacieśniania współpracy w wielu obszarach. Ciekawym wątkiem jest obszar sztucznej inteligencji, budowy wspólnych centrów technologicznych oraz promocji otwartych modeli źródłowych AI.

Padła też propozycja powołania Banku Rozwoju Szanghajskiej Organizacji Współpracy, co jest kolejnym krokiem w stronę budowania alternatywnego mechanizmu w stosunku do dolara.

- Chińczycy mówią o multilateralizmie, postulują odrzucenie hegemonii Stanów Zjednoczonych. Jak w tej międzynarodowej układance Pekin postrzega Rosję?

Działania Moskwy wpisują się w model proponowany przez Pekin, który chętnie podkreśla, że dotychczasowy porządek międzynarodowy chwieje się w posadach. W chińskiej narracji coraz wyraźniej wybrzmiewa teza, że Stany Zjednoczone — a szerzej cały Zachód — tracą zdolność do sprawowania przywództwa.

Relacje z Rosją mają dla Chin wymiar strategiczny. Dobre stosunki z Moskwą gwarantują Pekinowi spokój i bezpieczeństwo na lądowej granicy, pozwalając mu skoncentrować uwagę na innych frontach rywalizacji.

- Czy Pekin nadal opowiada się za rolą rozjemcy? Przedstawił swój plan pokojowy dla Ukrainy, ale od tamtej pory nie słychać wiele o chińskich wysiłkach na rzecz pokoju — w przeciwieństwie np. do działań Trumpa.

Pekin konsekwentnie utrzymuje, że jego stanowisko jest "obiektywne, bezstronne i pragmatyczne". Dzięki temu zachowuje zatem zdolność do elastycznego manewrowania swoim przekazem. Z jednej strony apeluje o rozwiązania polityczne i dialog, a z drugiej — mówi o konieczności zajęcia się "pierwotnymi przyczynami konfliktu", powielając tym samym narrację Moskwy.

Jednocześnie Chiny starają się utrzymywać otwarte kanały dyplomatyczne z Kijowem. Akredytowano chińskiego ambasadora w Ukrainie, odbywają się spotkania i konsultacje wysokiej rangi urzędników, a także regularne kontakty robocze. Pekin podtrzymuje relacje handlowe, sygnalizuje gotowość do współpracy gospodarczej, a nawet wielokrotnie deklarował chęć udziału w odbudowie powojennej Ukrainy.

Chiny konsekwentnie odrzucają też sankcje nakładane na Rosję przez Stany Zjednoczone, Unię Europejską i Wielką Brytanię, argumentując, że są one nielegalne, bo nie zostały zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Pekin utrzymuje również, że nie dostarcza śmiercionośnej broni żadnej ze stron konfliktu i że ściśle kontroluje eksport towarów podwójnego zastosowania — zarówno cywilnego, jak i wojskowego.

Zachód i Ukraina przedstawiają jednak dowody na to, że chińskie komponenty — od chemikaliów, przez drony, po mikroelektronikę — trafiają do rosyjskiego przemysłu obronnego. Pekin odpiera jednak te zarzuty, nazywając je fałszywymi informacjami i przykładem stosowania podwójnych standardów.

- Wydaje się, że dużo z tego, co głoszą Chiny, to po prostu słowa, retoryka. Za deklarowaną chęcią pokoju nie idą bowiem realne działania, np. wywieranie presji na Rosję.

Chiny deklarują przywiązanie do pokoju, ale niechętnie angażują się w realne działania na rzecz jego zapewnienia. Najlepszym przykładem była odmowa udziału w ubiegłorocznym szczycie pokojowym w Szwajcarii. Zamiast tego Pekin promuje własne platformy mediacyjne — inicjatywy, które w praktyce służą przełamaniu dominacji Zachodu i wzmocnieniu głosu Globalnego Południa. Symbolicznym sygnałem pozostaje też obecność chińskich żołnierzy na moskiewskiej paradzie 9 maja. Dla Pekinu była to manifestacja szacunku dla historii i potwierdzenie sojuszniczych więzi, lecz z perspektywy Kijowa stanowiła jaskrawe złamanie zasad neutralności.

Trzeba pamiętać, że w relacjach Pekin–Moskwa mamy do czynienia z daleko idącą zbieżnością poglądów na wiele kwestii międzynarodowych. Rosja konsekwentnie wspiera aspiracje polityczne Chin wobec Tajwanu, a Pekin odwdzięcza się poparciem dla rosyjskich roszczeń wobec najbliższego sąsiedztwa. Oba państwa łączy także sprzeciw wobec amerykańskiej wizji porządku światowego oraz krytyka wobec rozszerzania NATO. W efekcie wspólnota interesów jest dziś wyraźnie głębsza między Chinami a Rosją niż między Pekinem a Kijowem.

- Na spotkaniu przywódców Chin i Rosji 2 sierpnia Moskwa i Pekin osiągnęły porozumienie w sprawie budowy Siły Syberii 2, od dawna odkładanego projektu, który ma w założeniu dostarczać rosyjski gaz do Chin. Jak należy to czytać — czy mamy do czynienia z przełomem?

Chiny podpisały memorandum w sprawie budowy gazociągu Siła Syberia 2 przez Mongolię. To jednak przykład klasycznego "never ending story" — projekt leży na stole od 2006 r. Warto przypomnieć, że podobnie było z istniejącym połączeniem Siła Syberii 1, nad którym negocjacje toczyły się od lat 90. Jak wiemy, gazociąg uruchomiono dopiero po trzech dekadach rozmów. Jeśli więc zachować tę samą logikę, można z przymrużeniem oka domniemywać, że Siła Syberii 2 rzeczywiście powstanie… w latach 40. XXI w.

onet.pl