sobota, 27 września 2025



Czy w demokratycznym kraju zbudowanym na ideałach wolności słowa krytyczna ocena działań osoby publicznej winna być czynem karalnym? Po śmierci Kirka Amerykanie dowiedzieli się, że jak najbardziej tak. Trump już dzień po morderstwie przestrzegł naród, że nie będzie tolerował żadnego oczerniania "męczennika za prawdę i wolność", a J.D. Vance, który w ramach hołdu Kirkowi cztery dni później wcielił się w gospodarza jego podcastu "The Charlie Kirk Show", zachęcił Amerykanów, by składali donosy do pracodawców na tych, którzy wyrażają się o Kirku niepochlebnie.

Występujący u jego boku Stephen Miller, odpowiedzialny za kształtowanie w Białym Domu polityki imigracyjnej i bezpieczeństwa narodowego, dodał, że administracja wypowiada wojnę wszystkim liberałom i organizacjom liberalnym, bo od tej chwili uznaje je za "ruch terrorystyczny". I nie wygląda na to, że była to tylko hiperbola skonstruowana na potrzeby chwili. Susie Wiles, szefowa sztabu Białego Domu, po śmierci Kirka obwieściła w wywiadzie radiowym: "W zasadzie to już pracujemy (…) nad bardziej kompleksowym planem dotyczącym przemocy w Ameryce" ("The Scott Jennings Show", 11 września 2025 r.).

Poleciały już pierwsze głowy. Pracę stracił Howard Kurtz, popularny komentator i gospodarz programów w stacji Fox News, bo powiedział na antenie, że "Charlie Kirk nie był święty". "The Washington Post" zwolnił czarnoskórą publicystkę Karen Attiah, która przypomniała na prywatnym koncie społecznościowym, że Kirk był rasistą. Sugerował, że grono prominentnych czarnoskórych Amerykanek, w tym Michelle Obama, zrobiło karierę wyłącznie dzięki akcji afirmatywnej. Sekretarz transportu Sean Duffy ogłosił, że American Airlines zawiesiły kilku pilotów po odkryciu, że "celebrowali" oni na Facebooku śmierć Kirka. Republikańska senator z Tennessee Marsha Blackburn doprowadziła zaś do zwolnienia wykładowców i rektorów kilku stanowych uczelni za "nieodpowiednie" komentarze po tragedii w Utah.

Mamy już nawet pierwszą zagraniczną "ofiarę" trendu kasowania ludzi za nieprawomyślne opinie o amerykańskim prawicowcu. Jeden z holenderskich koncernów medialnych odwołał dalsze występy brytyjskiego duetu Bob Vylan, ponieważ lider grupy "zadedykował" na koncercie piosenkę Kirkowi, który był "kompletnym gnojem jako człowiek".

Inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi, o czym świadczą posty udostępniane w mediach społecznościowych. Czas pokaże, czy jej ofiarą nie padną także eksperci, którzy zwracają uwagę, że doszło do kuriozalnego odwrócenia ról. Oto prawica, oskarżająca onegdaj oponentów o ograniczanie wolności słowa poprzez praktykowanie wokeizmu i niszczącej ludziom życie cancel culture, robi dziś dokładnie to samo. Tylko teraz nie widzi w tym nic złego, twierdząc wręcz, że broni wolności słowa, którą — jej zdaniem — propagował swoją osobą i działaniami Charlie Kirk.

Nie ma wątpliwości — Ameryka znalazła się w pułapce. Specyficzna odpowiedź rządu i części sceny politycznej na akt przemocy może skutkować eskalacją. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że sytuację, w jakiej znalazł się obecnie kraj — skrajnie podzielony i skłócony politycznie, ideowo i kulturowo — obie strony przedstawiają jako historyczny przełom lub wręcz katastrofę. A ta wymaga ekstremalnych środków zaradczych. Apokaliptyczna retoryka, w której nie brakuje, zwłaszcza na prawicy, biblijnego motywu ostatecznej, rozstrzygającej walki dobra ze złem, zbiegła się z czasem autentycznej słabości amerykańskiego państwa.

"W historii demokracji bywają chwile wielkiej desperacji, gdy wydaje się, że system polityczny nie jest wystarczająco responsywny, zaangażowany, a nawet w całości legalny, i z tym mamy dziś do czynienia", mówi Jon Michaels, prawnik z Uniwersytetu Kalifornii w Los Angeles i autor książki "Vigilante Nation. How State-Sponsored Terror Threatens our Democracy" ("Naród samosądów. W jaki sposób terror wspierany przez państwo zagraża naszej demokracji"). Oczywiście, jak wskazuje Michaels, nie jest to zjawisko Ameryce nieznane. Przemoc zawsze wzrasta w okresach wzmożonych przemian społecznych. W latach 60. minionego wieku, gdy trwała walka o równość rasową i obywatelską, kraj mierzył się z falą terroryzmu wewnętrznego.

"Martwi mnie co innego — tłumaczy Michaels. — To, że akty przemocy zdarzają się dziś częściej, w krótszych odstępach czasu, a podziały, które przecież charakteryzowały nas od zawsze, opuściły arenę ideologicznej debaty i kontestacji i stały się o wiele bardziej kinetyczne".

Przypomnijmy, że w czerwcu tego roku zastrzelono demokratkę z Minnesoty, byłą spikerkę stanowej Izby Reprezentantów, Melissę Hortman i jej męża. Również w czerwcu zamordowani zostali pracownicy ambasady izraelskiej w Waszyngtonie, a w Boulder w stanie Kolorado doszło do podpalenia uczestników manifestacji przeciwko wojnie w Gazie. W kwietniu podpalono dom demokratycznego gubernatora Pensylwanii Josha Shapiro (Shapiro uszedł z życiem), w grudniu 2024 r. w Nowym Jorku został zaś zastrzelony dyrektor koncernu ubezpieczeniowego UnitedHealth Brian Thompson. Morderca, Luigi Mangione, w niektórych kręgach uchodzi za bohatera wojny o sprawiedliwość społeczną.

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o zamachu na Donalda Trumpa podczas jego wiecu wyborczego latem 2024 r. (drugi zamach udaremniono), o makabrycznym pobiciu w 2022 r. męża Nancy Pelosi, wieloletniej przewodniczącej demokratów w niższej izbie Kongresu, i o próbie egzekucji w 2011 r. demokratycznej kongresmenki Gabrielle Giffords w Tucson w Arizonie. Giffords przeżyła, ale w wyniku ataku jest niepełnosprawna.

(...)

Przywodzi nas to jednocześnie do ostatniego punktu w rozważaniach o tym, co napędza i co może jeszcze bardziej napędzać przemoc polityczną w USA. Barbara Walter, politolożka i historyczka z Uniwersytetu Kalifornii w San Diego oraz autorka bestselleru "How Civil Wars Start And How To Stop Them" ("Jak wybuchają wojny domowe i jak je powstrzymać"), ma na to odpowiedź zawartą w dwóch słowach: broń i algorytmy.

Na każdego ze 100 mieszkańców w USA (w tym niemowlęta) przypada już dziś 120 sztuk broni. Większość morderców ma do niej legalny dostęp. Zabójstwo Kirka nie było jedyną tragedią, w której broń odegrała tego dnia główną rolę, choć media ledwie o tym napomknęły. W sąsiadującym z Utah stanie Kolorado mniej więcej w tym samym czasie 16-letni licealista urządził strzelaninę w swojej szkole. Ofiarami śmiertelnymi byli dwójka uczniów i on sam.

"Za radykalizacją polityczną, która często poprzedza akt przemocy, oraz polaryzacją ideową, która prowadzi do coraz większego upadku norm społecznych, odpowiada internet. Nie przypadkiem problem z mową nienawiści zaczął narastać od końca pierwszej dekady XXI w., gdy dostaliśmy do ręki smartfona i mogliśmy jeszcze bardziej zanurzyć się w media społecznościowe. Odkąd big techy odkryły, że najłatwiej utrzymać naszą uwagę, serwując informacje dające nam poczucie, że ktoś lub coś stanowi dla nas niemal śmiertelne zagrożenie — było po sprawie. Prawda jest taka, że gdyby nie algorytmy, morderca Kirka najprawdopodobniej byłby dziś studentem z przyszłością, a Charlie Kirk by żył", powiedziała Walter w podcaście Scotta Gallowaya "Civil War Ahead" (14 września 2025 r.).

Czy eskalacja przemocy oznacza, że Ameryka rzeczywiście może się znajdować w przededniu wojny domowej?

Specjalny zespół zadaniowy CIA badający zagrożenie krajów wojną domową już jesienią 2020 r., po tym jak Trump zanegował wyniki wyborów i ruszył z akcją "Stop the Steal", uznał Amerykę za anokrację i wpisał na listę krajów do obserwacji. Walter uważa, że sytuacja obecnie jest dużo gorsza.

"Ostatni raz, gdy mieliśmy do czynienia z porównywalnym do dzisiejszego ruchem uzbrojonych po zęby bojówek i milicji, które doprowadziły do zamachu bombowego w Oklahomie w 1995 r., społeczeństwo jednomyślnie potępiło ten akt przemocy jako niedopuszczalny, a FBI rozpoczęło agresywną akcję przeciwko tym ugrupowaniom, co doprowadziło do załamania się ich aktywności. Nic takiego nie ma dzisiaj miejsca, ani ze strony służb, ani społeczeństwa. Przeciwnie, słyszymy głosy, że już mamy wojnę i dobrze, bo trzeba się zemścić, wyeliminować wroga. To przerażająca dynamika. Jeszcze bardziej przerażająca jest jednak świadomość, że nie mamy w tej chwili polityków, którzy chcieliby powstrzymać to szaleństwo w racjonalny sposób. Nie ma ich po żadnej stronie", konkluduje prof. Walter.

onet.pl


Gulbachar Dżaliłowa jest Ujgurką z Kazachstanu. Urodziła się i dorastała jeszcze w ZSRR, w obwodzie ałmackim, w dużej rodzinie, z sześcioma braćmi. Ukończyła technikum, pracowała w gastronomii, wyszła za mąż. W latach 90. XX w. zajęła się przedsiębiorczością. W 1995 r. po raz pierwszy pojechała do Chin po towary. Wtedy z sąsiedniego kraju przywożono i korzystnie sprzedawano dosłownie wszystko: obuwie, odzież, teczki, torebki damskie, bieliznę. Gulbachar początkowo również przywoziła co się da, ale z czasem się "wyspecjalizowała".

— Najpierw byłam "torebkową", a następnie "obuwniczką" — mówi Gulbachar. — Buty z Chin do Kazachstanu woziłam ciężarówkami Kamaz. Od 2010 r. zaczęłam handlować biżuterią. Jeśli chodzi o Chińczyków, nigdy nie miałam żadnych problemów. W ogóle nie było jakichkolwiek nieprzyjemności, ani w kraju, ani w Chinach. Nie łamałam prawa, płaciłam podatki, miałam zarejestrowaną jednoosobową działalność gospodarczą. Nie czułam żadnego zagrożenia. Chociaż około 2014 r. zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Przykładowo w Kantonie, gdzie przyjeżdżałam po towar, nie przyjmowano Ujgurów do hoteli. Po prostu odmawiano im miejsca. Od 2015 r. pracownicy konsulatu chińskiego, gdzie załatwiałam wizy, ostrzegali żeby nie wdawać się w żadne rozmowy z miejscowymi Ujgurami, zajmować się tylko swoimi sprawami, przyjechać, kupić, wyjechać. I zapowiedzieli, że w nocy do hotelu może przyjść policja, by sprawdzić dokumenty. Poinstruowali mnie, bym się nie martwiła — podczas kontroli mam po prostu spokojnie pokazać wizę.

Gulbachar zastosowała się do zaleceń konsulatu — nie wdawała się z nikim w rozmowy. Ale jakieś niejasne plotki, pogłoski stale towarzyszyły jej w podróży. Jednego dnia pewien Ujgur pracował przy załadunku jej towaru, następnego tego człowieka już nie było. Zniknął i nikt nie wie, co się z nim stało. A raczej wszyscy domyślają się, ale nie można o tym głośno mówić.

Potem zaczęto szeptać, że "zabrano go na naukę". Pojawił się taki eufemizm: na naukę, czyli do obozu. Nie wypowiada się tego słowa, ale wszyscy rozumieją, o co chodzi. Gulbachar Dżaliłowa jeździła do Chin co dwa-trzy miesiące i nie odczuwała żadnego niepokoju. Jak z czasem wyznała, sądziła nawet, że Ujgurzy sami są sobie winni, bo może wdają się w bójki, może zachowują się nieodpowiednio, więc aresztuje się ich za zakłócanie porządku. Potem, gdy wylądowała w obozie, mówiła współwięźniarkom. — Dziewczyny, nie żałuję, że tu trafiłam. Bo inaczej nigdy bym nie poznała prawdy.

21 maja 2017 r. Gulbachar po raz kolejny przyjechała do Chin, tym razem do Urumczi, stolicy regionu Sinciang-Ujgur. Zatrzymała się w hotelu, rano miała jechać po towar. Planowała wyjść z hotelu o 9. Lekko przed tą godziną ktoś zapukał do drzwi. Gulbachar nawet się nie zdenerwowała, w konsulacie uprzedzano, że policja może chcieć skontrolować gości w hotelu. — Otworzyłam drzwi, na progu stały trzy osoby. Jedna kobieta i dwóch mężczyzn. Byli w ubraniach cywilnych, ale pokazali legitymacje. Poprosili o paszport. Był u administratora hotelu, bo tam oddaje się ten dokument do zameldowania. Zeszliśmy na dół. Wzięłam ze sobą tylko telefon i klucz do pokoju. Zabrali mój paszport, ale nawet go nie otworzyli. Jeden z policjantów — Kazach, nazywał się Abaj — powiedział: proszę z nami, mamy kilka pytań.

Zabrali Gulbachar do miejscowego wydziału Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (MBP). Zaprowadzili ją do gabinetu na trzecim piętrze i zabrali telefon. Po czterech godzinach — cały ten czas po prostu siedziała w gabinecie — przynieśli sprzęt, ale nie otrzymała go z powrotem. Został zapieczętowany w kopercie, na której coś odnotowano. Ponownie usłyszała: "proszę z nami". Sądziła, że ją wypuszczają, ci jednak zaprowadzili ją do piwnicy. Po obu stronach korytarza znajdowały się małe pokoje przesłuchań. Z niektórych dochodziły krzyki.

Gulbachar trafiła do jednego z tych pomieszczeń. Stało tam "krzesło tygrysa" — narzędzie tortur używane w Chinach. To żelazne krzesło z podłokietnikami i małym blatem z przodu, w którym znajdują się metalowe obejmy na ręce. Są one zaciskane na przedramionach więźnia, stolik wgniata brzuch, a osoba siedząca na krześle odczuwa duszności i silny ból. O tych krzesłach mówili zarówno tybetańscy, jak i ujgurscy więźniowie chińskich władz, którzy przeżyli tortury, uwięzienie i uciekli z kraju. Przedstawiciele Chin w ONZ twierdzili, że narzędzie to stosuje się wyłącznie dla wygody i bezpieczeństwa więźniów.

— Przesłuchiwano mnie na tym krześle do 23 — wspomina Gulbachar. — Śledczy mówili, żebym się nie ruszała, jeśli nie chcę czuć bólu. Wypytywali o moich rodziców i dzieci, domagali się szczegółów z mojego życia. Nie dostałam łyka wody, nie pozwolili mi wyjść do toalety. Potem pokazali mi jakiś dokument w języku chińskim i kazali go podpisać. Zdałam sobie sprawę z tego, że to pułapka, z której się nie wydostanę. Odmówiłam podpisania, zażądałam adwokata i tłumacza. Bardzo mocno mnie pobili, a potem oświadczyli: "nie chcesz podpisywać – nie musisz. Zabierzemy cię teraz do takiego miejsca, gdzie szybko wszystko podpiszesz".

O godz. 1 w nocy Gulbachar przywieziono do obozu w Urumczi. Tam wydano jej kartkę z długim numerem, którego musiała nauczyć się na pamięć. Od teraz nie miała imienia i nazwiska — stała się numerem.

— Zabrali mi ubranie i wydali strój więzienny — żółty T-shirt i szary trykot. Na nogi założyli pięciokilogramowe kajdany. Potem zdjęcie, pobranie krwi i moczu (od wszystkich pobierają mocz, aby sprawdzić, czy więźniarka nie jest w ciąży, a jeśli się okaże ciężarna, to natychmiast jest wysyłana na aborcję). Zaprowadzili mnie do celi numer cztery — długiej na 7 m i szerokiej na 3,5 m. 40 kobiet w środku. Wchodzę. Około 20 osób stoi pośrodku, reszta śpi na boku, mocno przylegając do siebie, na wąskich pryczach. Co dwie godziny następuje zmiana. Te kobiety, które spały, wstają, te wcześniej stojące się kładą. Zaczęłam płakać i krzyczeć: dlaczego mnie tu wsadzono? przecież nic nie zrobiłam, nie jestem nikim ważnym! Dyżurna w celi wyjaśniła. "Wszystkie tu jesteśmy zwykłymi osobami i żadna nie jest niczemu winna. Tu nie wolno płakać, nie wolno rozmawiać, bo inaczej ukarzą i zabiorą do czarnego pokoju. Jutro wszystko ci wyjaśnimy" – wspomina Gulbachar.

Dokument w języku chińskim, którego Gulbachar nie podpisała, został wysłany do jej rodziny w Kazachstanie. Rodzina nie zna chińskiego, ale poszukała Ujgurów, którzy nim władają i przetłumaczyli pismo. Okazało się aktem oskarżenia Dżaliłowej o przygotowywanie zamachu terrorystycznego. Gdyby Gulbachar w nadziei na uwolnienie podpisała dokument, czekałaby ją kara śmierci.

W 2017 r. nikt jeszcze nie wiedział, że w Chinach stworzono obozy dla Ujgurów, więc dzieci Gulbachar zaczęły pisać listy w jej sprawie do wszelkich możliwych instancji: MSZ, ambasady Chin, Komitetu Praw Człowieka ONZ. Ślad po niej jednak zaginął. Wprawdzie instytucje skierowały zapytania do Chin i rozpoczęły poszukiwania Gulbachar, ale ona o tym nie miała pojęcia. Bo obóz oznacza izolację. Nawet krewni uwięzionych obywatelek Chin nie wiedzieli, gdzie się one znajdują.

— Myślałam, że tam umrę – mówi Gulbachar. — Rok, trzy miesiące i dziesięć dni tortur, bicia i gwałtów. Tylko nie pytajcie, jak mnie gwałcono. Opowiadanie o tym nie przechodzi mi przez gardło. Po obozie przez pół roku leżałam w szpitalu, a ponad rok leczyłam się z depresji. Gwałtów dokonywali w piwnicy, w której odbywały się przesłuchania lub w pomieszczeniu poza obozem, na mieście. Jeśli kobietę zabierano do piwnicy, to mogło się skończyć zwykłym pobiciem. Ale jeśli wyprowadzano ją na ulicę, to z pewnością prowadzono do miejsca gwałtów. Wszystkie więźniarki przez to przechodziły. Zaraz po wyjściu na wolność zapisałam z pamięci 67 imion, bo dziewczyny prosiły: jeśli przeżyjesz i wyjdziesz z obozu, opowiedz wszystkim o nas i o tym, co się tu dzieje. Bo my, nawet jeśli przeżyjemy i wyjdziemy, to i tak będziemy milczeć, ponieważ musimy zostać na miejscu".

Każdego wieczoru, od 19 do 21, więźniarki musiały śpiewać hymn Chin. Była to jedyna okazja do rozmowy. Gdy część z nich śpiewała, inne szeptem rozmawiały — bo porozumiewanie się jest w obozie zabronione. I dotyczy to nie tylko rozmów, nawet patrzenie w twarz drugiej osoby jest zakazane. Więźniowie muszą spuszczać oczy, kierować wzrok w jeden punkt, a do tego milczeć. Podczas tych konspiracyjnych rozmów z kobietami, które były w obozie od dawna, Gulbachar dowiedziała się, że żółty kolor koszulki oznacza brak wyroku, noszą je te kobiety, które siedzą bez procesu. Niebieskie przeznaczono dla osób po procesie i z wyrokiem. Jest jeszcze kolor pomarańczowy.

— Wszyscy śpiewają hymn, a ona mówi: "Widzisz dziewczynę w pomarańczowej koszulce, innej niż nasza? Kolor pomarańczowy oznacza, że będą zabite. One nie wracają. Podobno mają być dawczyniami organów. Te w koszulkach niebieskich mają szansę odsiedzieć wyrok i wyjść. Ale te w pomarańczowych znikają. Rozejrzałam się. Wśród nas były cztery kobiety w takich T-shirtach. I faktycznie nigdy nie wróciły. Były młode i zdrowe. Zapytałam kiedy nadejdzie nasza kolej, żeby założyć pomarańczowe koszulki, bo byłam przekonana, że prędzej czy później wszystkie zostaniemy zabite. Zawsze kiedy wyprowadzano mnie na przesłuchanie, z workiem założonym na głowę, myślałam, że właśnie idę na śmierć — mówi.

Na przesłuchania więźniów wyciągano z celi o każdej porze dnia i nocy. Gulbachar przesłuchiwano kiedyś całą dobę. Przez 24 godziny siedziała przykuta do "krzesła tygrysa". Śledczy machali jej przed nosem dokumentem w języku chińskim i krzyczeli: "Tu jest napisane, że przygotowywałaś zamach terrorystyczny, więc lepiej mów! Myślisz, że twój Nazarbajew ci pomoże? Nikt ci nie pomoże! Podpisz szczere przyznanie się i puścimy cię, pojedziesz do domu, do Kazachstanu. A jeśli nie podpiszesz, to będziesz tu siedzieć i nikt cię nigdy nie znajdzie".

Gulbachar niczego nie podpisała. Zdawała sobie sprawę z tego, że w każdym przypadku, czy podpisze dokument, czy nie, pozostanie w obozie. Ale jeśli podpisze, nie będzie już żadnej nadziei na uwolnienie. A tak przynajmniej pozostaje niewielka szansa — niemal niedostrzegalna, ale jednak. Gulbachar nie pomyliła się. Instynkt przetrwania zadziałał, chociaż ręka aż rwała się, by złożyć podpis. Żeby tylko przestali bić i gwałcić.

Plan dnia w obozie jest prosty. O 5.30 wyje syrena oznaczająca początek nowego dnia. Dla tych kobiet, które o tej porze stoją, jest to ulga, ponieważ mogą usiąść na pryczach. Te, które do tej pory spały przez dwie godziny, muszą się obudzić i również usiąść. I tak do wieczora. Siedzieć, patrzeć w jeden punkt, nie rozmawiać. Nie wolno nawet odwracać głowy, bo za to biją. Strażnicy podejrzewają, że odwrócenie głowy może towarzyszyć modlitwie. O 8.00 można się umyć — na jedną więźniarkę przypada dokładnie 60 sekund przy umywalce. Przestrzeganie czasu jest monitorowane przez system kamer. Strażnicy upominają: "nie myślcie, że tylko my was obserwujemy. Obserwują was również w Pekinie!".

Ujgurki, nawet jeśli faktycznie patrzyły w jeden punkt i nie rozmawiały, i tak podejrzewano o potajemne modlitwy. Kilka razy w tygodniu do celi wpadali policjanci, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i zmuszali wszystkie kobiety do rozebrania się do naga i kilkukrotnego przysiadania. Doświadczone więźniarki wyjaśniły Gulbachar, że w ten sposób szukają sur i ajatów ukrytych w miejscach intymnych.

— O 9 rano przynoszono śniadanie. Pół szklanki wody, kawałek chleba z ciasta drożdżowego i miska zupy, czyli mąki ugotowanej na wodzie. Potem następowała kontrola i raport dyżurnej: liczba osób w celi, kogo wyprowadzono, kogo przyprowadzono. O 12 przynoszono obiad: taką samą zupę, ale czasem pływał w niej ogórek lub kawałeczek kapusty. O 19 to samo. A potem przez dwie godziny trzeba było śpiewać hymny. Nie pozwalano się myć. Wszystkie pokryłyśmy się wrzodami i miałyśmy wszy. Po miesiącu wszystkie kobiety ogolono do gołej skóry. W ciągu dnia tę czy inną kobietę wywoływano z celi. Jeśli po upływie doby dziewczyna wracała, to znaczy, że była na przesłuchaniu. Jeśli nie wracała, to znaczyło, że ją zabili — wspomina Gulbachar Dżaliłowa.

— Pewną kobietę na przesłuchaniu pobito tak, że oszalała. Po powrocie do celi poszła do toalety (mieliśmy toaletę za szklanym przepierzeniem), narysowała sobie kałem na twarzy wąsy i powtarzała: "stałam się mężczyzną!". Potem zabrano ją i nikt jej już nigdy nie widział. W każdej celi jest telewizor. Włącza się go w piątki po obiedzie. Więźniarkom pokazuje się na ekranie piękne obrazki i filmy: a to Xi Jinping spotyka się z ludem, a to pędzą szybkie pociągi, a to wiją się wielopasmowe autostrady z węzłami drogowymi. I różne inne osiągnięcia Komunistycznej Partii Chin. A potem każda dostaje kartkę papieru i ołówek. Strażnicy każą im pisać, co widziały w telewizji — dodaje.

Gulbachar początkowo nie rozumiała, po co ma pisać o Xi Jinpingu, pociągach i drogach. Ale współwięźniarka, która siedziała w obozie już od dawna, szepnęła: "Poczekaj chwilę, napiszę co trzeba i dam ci to przeczytać, a ty napiszesz swój tekst, według tego wzorca". Gulbachar przeczytała i zrozumiała. Trzeba wypisywać takie rzeczy jak: dziękujemy Xi Jinpingowi, dziękujemy Komunistycznej Partii Chin, żyje się nam tu dobrze, jesteśmy żywione i ubierane bezpłatnie, Chiny są najbardziej wolnym krajem. Wszystkie więźniarki pisały to samo w każdy piątek. Na początku Dżaliłowa zapytała współwięźniarkę, czy musi pisać takie rzeczy, skoro jest obywatelką innego państwa i nigdy nie mieszkała w Chinach. Współwięźniarka odpowiedziała: pisz, bo inaczej trafisz do czarnego pokoju. A czarny pokój to najstraszniejsze miejsce. Stamtąd można nie wrócić.

— Pewnego razu jednej z nas zrobiło się słabo i zemdlała — wspomina Gulbachar. — Wołałyśmy o pomoc, prosiłyśmy o lekarza. Ale zanim ktokolwiek przyszedł, jedna z młodych kobiet, miała 25 lat, zaczęła masować zemdlonej ręce. Gdy w końcu pojawili się lekarz i policjanci, zaczęli krzyczeć: "co ty, do diabła robisz? Po co trzymasz ją za ręce? Jesteś lekarzem, żeby robić masaż? Jeśli umrze, to ty będziesz winna!".

I zabrali ją do czarnego pokoju na siedem dni. Nie da się tam wytrzymać dłużej. Wróciła jakaś inna, jakby oszalała. Po dwóch-trzech dniach zaczęła dochodzić do siebie i opowiadać, czego doświadczyła. Czarny pokój, którego wszyscy się boją, to bardzo mały karcer o pomalowanych na czarno ścianach, bez oświetlenia. Nie da się tam ani stać, ani leżeć. W tej norze jest metalowy stolik i metalowe krzesło z otworem w siedzisku. Pod krzesłem znajduje się dziura w podłodze. Więźniarka siada na tym krześle i nie rusza się z miejsca przez cały tydzień. Zupę, chleb i trochę wody podają jej przez okienko w drzwiach. Kiedy się ono otwiera, pojawia się nieco światła. Przez resztę czasu panuje ciemność. I są szczury. Kobiety trafiające do czarnego pokoju nie jedzą chleba — zostawiają go szczurom w nadziei, że zjedzą chleb i nie zaatakują.

Podczas codziennego śpiewania hymnu, gdy kobiety mogły konspiracyjnie porozmawiać, prosiły Gulbachar, by — jeśli uda jej się wyjść z obozu — opowiedziała o wszystkim, co w nim się dzieje. Wśród więźniarek były wykształcone, odnoszące sukcesy kobiety — lekarki, adwokatki, właścicielki dużych firm. Ale wszystkie były obywatelkami Chin. A to oznaczało, że nawet jeśli kiedyś zostaną zwolnione z obozu, będą milczeć, aby nie trafić tam ponownie. A Gulbachar Dżaliłowa jest obywatelką Kazachstanu, co zwiększało jej szanse na uwolnienie i wyjazd tam, gdzie nie dosięgną jej chińskie służby specjalne.

— Przysięgłam dziewczynom, że nie zapomnę o nich i że wszędzie, gdzie będę mogła, zaświadczę, co tam się dzieje. Nie wiedziałam, że mnie uwolnią. 28 sierpnia 2018 r., podczas kolejnej rewizji, kiedy przyszła moja kolejka na rozebranie się, policjanci powiedzieli: "nie, nie trzeba — idziesz na przesłuchanie". Założyli mi kajdanki, worek na głowę i wyprowadzili na ulicę. Myślałam, że skoro wychodzimy na ulicę, to znowu będą mnie gwałcić. Ale wsadzili do samochodu i gdzieś zawieźli. Okazało się, że do szpitala. Tam też były kraty w oknach, kamery, żelazne drzwi. Zrobiono mi różne badania, EKG, USG. Spędziłam tam trzy dni. Codziennie podawali mi po 20 tabletek. Jak się później domyśliłam były to witaminy — mówi Gulbachar.

Po trzech dniach przyjechali policjanci i zdjęli jej kajdany z nóg. Nie udało się ich otworzyć kluczem, zamek się zaciął, trzeba było przepiłować. Gulbachar nie pojmowała, co się dzieje, dopóki nie wyjaśniono jej, że została zwolniona z obozu. Nawet kiedy to usłyszała, w pierwszej chwili nie uwierzyła.

Zawieźli ją, tym razem bez kajdanek i worka na głowie, na posterunek policji, stamtąd do hotelu, gdzie razem z nią zamieszkała policjantka. — Dopóki nie wyślą cię do Kazachstanu, będę tu z tobą — oświadczyła. Przez trzy dni Dżaliłowa nie mogła wyjść z pokoju, potem znowu zawieziono ją na policję. — Jesteś mądrą kobietą, jeśli chcesz kontynuować działalność biznesową, to nie ma przeszkód, dostaniesz wizę. A oto nasze numery telefonów, dzwoń gdyby pojawiły się jakieś problemy. Oczywiście rozumiesz, że nie możesz nikomu mówić o tym, gdzie byłaś? Zapomnij o tym" — usłyszała. Jeden z policjantów bezceremonialnie podsumował sprawę. — Jeśli będziesz rozpowiadać, co się z tobą działo i o miejscu, w którym byłaś, znajdziemy cię i zabijemy — powiedział. Oczywiście nie zwrócono jej rzeczy osobistych, w tym torby z pieniędzmi, z którymi prawie półtora roku temu Gulbachar przyjechała po towar. Dostała tylko paszport i telefon, w którym przywrócono ustawienia fabryczne.

— Policjanci eskortowali mnie do samolotu — opowiada Gulbachar. — Nie miałam żadnych dokumentów potwierdzających, gdzie zniknęłam na półtora roku, żadnych rzeczy osobistych. Wróciłam tylko z paszportem. W domu byłam 20 dni. Myślałam, że będę składać zeznania, zdawać relacje. Ale nikt nawet nie zamierzał mnie o cokolwiek pytać. Dzieci wysłały mnie do Turcji na odpoczynek. Jakiś czas tam zostałam, ale nie czułam się bezpiecznie. Obiecałam dziewczynom, że będę publicznie informować o obozach dla Ujgurów w Sinciangu. Pamiętałam też jednak, że chińska policja groziła mi śmiercią. Ostatecznie przekonałam się, że Turcja nie jest dla mnie bezpieczna, gdy w centrum Stambułu zaczął mnie śledzić samochód. Zwróciłam się do ambasady Francji i otrzymałam status uchodźcy.

Gulbachar mieszka we Francji od 2020 r., ale — jak się okazało — tam również nie jest do końca bezpiecznie. 8 maja 2024 r., zaraz po zakończeniu wizyty Xi Jinpinga, sąsiadka zadzwoniła do Dżaliłowej. — Nie wracaj do domu, przed wejściem stoi duży samochód z Chińczykami, wezwałam policję — powiedziała. Podczas kontroli dokumentów u jednego z podejrzanych o próbę porwania znaleziono legitymację pracownika chińskich służb specjalnych.

Gulbachar zrozumiała wówczas, że nie ma bezpiecznych miejsc, jeśli jest się Ujgurką, która przeżyła obóz w Sinciangu i poświęciła swoje życie, aby mówić publicznie o tym, co się w nim działo.

onet.pl


W środę izraelskie siły zbrojne poinformowały, że wyznaczyły "tymczasową trasę tranzytową" dla mieszkańców miasta Gaza. Według rzecznika armii Avichaya Adrai ruch jest organizowany przez ulicę Salah ad-Din, skąd można kontynuować podróż dalej — za Wadi-Gaza, w centralnej części wybrzeża sektora. Trasa ta jest dostępna przez 48 godzin w okresie od 16 do 19 września.

To druga droga ewakuacji. Biegnie ona równolegle do wybrzeża sektora Gazy z północy na południe. Pierwsza trasa przebiega przez nadmorską drogę Al-Rashid, ale trzeba tam stać w długich korkach. Palestyńczycy skarżą się też na wysokie koszty przejazdu korytarzem humanitarnym. Uciekinierzy opowiadają redakcji "Washington Post", że za transport musieli zapłacić od 1600 do 4000 szekli (od 1726 do 4316 zł), w zależności od ilości bagażu i wielkości rodziny. Wielu obawia się również, że po przybyciu do centralnej lub południowej części Gazy nie uda im się znaleźć namiotu lub innego miejsca na nocleg.

Mieszkaniec Gazy Izz al-Din Shihab powiedział telefonicznie redakcji The Times of Israel, że po ostrzeżeniach izraelskiej armii o przygotowywanej operacji lądowej jego rodzina długo zastanawiała się, czy opuścić miasto. Ostatecznie zapłacił 450 dol. (1631 zł) za przewóz rzeczy samochodem do centralnej części sektora i kolejne 300 dol. (1088 zł) za ich transport na południe.

— Moi koledzy, lekarze, powiedzieli mi, że wynajem namiotu kosztuje 4000 szekli (4316 zł), a wynajem samochodu — 1500 szekli (5438 zł). Ludzie nie mają dochodów, nie mogą sobie na to pozwolić — powiedział Shihab.

Izrael ogłosił strefy humanitarne w Al-Mawasi — dziewięciokilometrowym odcinku wzdłuż południowego wybrzeża. Obóz stał się schronieniem dla setek tysięcy ludzi, którzy uciekli przed ostrzałem. Al-Arabi Al-Jadid (arabskie wydawnictwo powiązane z Katarem z siedzibą w Londynie) pisze, że ze względu na gęste zaludnienie Al-Mawasi stało się siedliskiem chorób. Publikacja zauważa również, że ludzie nadal przybywają do obozu — izraelska armia rozrzuca ulotki w mieście Gaza, wzywając do ewakuacji na południe, w szczególności do obszaru Al-Mawasi w Khan Yunis.

— Na południu nie ma ziemi, nie ma mieszkań do wynajęcia. Proszą ludzi, aby opuścili miasto i wyruszyli w nieznane — skarży się Karim Jude, mieszkaniec Gazy, który 7 września wyjechał wraz z rodzicami i siostrą do centralnej części enklawy. (...)

— W Al-Mawasi mieszka ok. 900 tys. osób, z których zdecydowana większość, według szacunków ONZ, to przesiedleńcy — powiedział przedstawiciel gminy Khan Yunis Saib Lukan w wywiadzie dla Al-Arabi Al-Jadid. Zaznaczył, że obszar ten jest całkowicie przeludniony i nie ma już miejsca na rozbicie nowych namiotów.

Zauważył, że ogłoszone przez Izrael strefy humanitarne znajdują się w pobliżu linii frontu i są stale ostrzeliwane. Według niego w Chan Junus Izrael w wyniku nalotów zniszczył 40 z 44 studni. Obecnie władze miejskie wykorzystują prywatne studnie głębinowe z mobilnymi generatorami i dostarczają wodę za pomocą naziemnych sieci. Organizacje międzynarodowe, w tym UNICEF, uzupełniają zbiorniki w celu bezpłatnej dystrybucji wody.

— Trudno jest również zdobyć jedzenie — opowiada mieszkaniec Gazy Ahmed Ruwaished. —Polegamy na nielicznych bezpłatnych stołówkach, których nie wystarcza dla dużej liczby ludzi w tej okolicy. Wydają one ograniczoną ilość jedzenia, a czasami nie dają nam w ogóle żadnej porcji. Te obejmują zwykle ryż, soczewicę lub makaron. Czujemy się również nieswojo z powodu bliskości namiotów, nie mówiąc już o niedogodnościach związanych z korzystaniem ze wspólnych toalet. Środowisko w tej okolicy nie nadaje się do życia, szerzą się choroby, zwłaszcza skórne, szczególnie wśród dzieci — dodaje.

(...)

Dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Tedros Adhanom Ghebreyesus ostrzegł, że izraelska ofensywa lądowa w północnej części Gazy doprowadziła i tak już przepełnione szpitale "na skraj załamania". Według niego działania wojenne uniemożliwiają WHO dostarczanie niezbędnych artykułów.

(...)

We wtorek Biuro ONZ ds. Praw Człowieka oświadczyło, że ofensywa izraelskich sił zbrojnych na miasto Gaza "niszczy ostatni żywotny element infrastruktury cywilnej sektora". Biuro określiło również izraelską strategię wojskową w mieście jako "równoważną czystce etnicznej" i stwierdziło, że "najwyraźniej ma ona na celu wywołanie nieodwracalnej zmiany demograficznej".

15 września Netanjahu stwierdził, że "Izrael znajduje się w pewnego rodzaju izolacji". W kontekście stopniowego zaostrzania przez kraje europejskie embarga na dostawy broni i sankcji wobec Izraela z powodu trwającej wojny premier ostrzegł, że Izrael może znaleźć się w sytuacji, w której jego przemysł zbrojeniowy zostanie zablokowany. Kraj będzie musiał "sam produkować to, czego potrzebuje" — powiedział.

— Będziemy musieli coraz bardziej dostosowywać się do gospodarki o cechach autarkii. Będziemy musieli stać się Atenami i super-Spartą — powiedział premier.

gazeta.pl

piątek, 26 września 2025



Pod koniec sierpnia szef węgierskiej dyplomacji Peter Szijjarto poinformował, że w odpowiedzi na ostatni ukraiński atak na rurociąg naftowy Przyjaźń rząd węgierski podjął decyzję o zakazie wjazdu na Węgry i do całej strefy Schengen dowódcy jednostki wojskowej odpowiedzialnej za ostrzał.

Jest to major Robert "Madiar" Browdi (węg. Brovdy) - wynika z dokumentu węgierskich władz, udostępnionego przez tygodnik "Mandiner". Browdi urodził się w 1975 r. w zakarpackim Użhorodzie, jest etnicznym Węgrem i dowódcą Sił Systemów Bezzałogowych Ukrainy (SBS).

Mjr Browdi opublikował wcześniej na Telegramie nagranie, pokazujące atak na ropociąg Przyjaźń niedaleko granicy rosyjsko-białoruskiej. Na końcu wpisu, po węgiersku, zawołał: "Rosjanie, do domu!".

Komentując na Telegramie decyzję węgierskich władz, "Madiar" polecił im, aby "wsadziły sobie w d... te sankcje". "Jestem Ukraińcem, a do kraju mojego ojca przyjadę, gdy Ciebie nie będzie" - napisał, zwracając się do Szijjarto. "A co do ograniczeń dotyczących Schengen - nie bierz na siebie więcej, niż jesteś w stanie udźwignąć" - dodał.

"Naprawiając rurociąg Przyjaźń, nie chronicie suwerenności Węgier, lecz własne brudne kieszenie, wypełniane tanimi surowcami. Płacicie za nie pieniędzmi, które wracają w postaci rakiet i shahedów nad spokojne miasta Ukrainy" - stwierdził Browdi.

W odpowiedzi na decyzję Budapesztu polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zaprosił Browdiego do Polski.

"Podczas gdy rosyjskie pociski sieją śmierć w Kijowie, Węgry ogłaszają zakaz wymierzony w odważnego etnicznego Węgra, który ośmiela się walczyć o wolność Ukrainy. Dowódco Madiar (pseudonim bojowy Roberta Browdiego - PAP), jeśli potrzebujesz odpoczynku i relaksu, a Węgry cię nie wpuszczą, jesteś mile widziany w Polsce" - napisał szef polskiego resortu dyplomacji.

PAP


Rosyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło, że w okresie od 1 stycznia do 25 września 2025 r. siły rosyjskie zajęły przez teatr co najmniej 4714 kilometrów kwadratowych: 205 kilometrów kwadratowych w obwodzie ługańskim; 3308 kilometrów kwadratowych w obwodzie donieckim; 261 kilometrów kwadratowych w obwodzie zaporoskim; 175 kilometrów kwadratowych w obwodzie dniepropietrowskim; 542 km2 w obwodzie charkowskim; i 223 km2 w obwodzie sumskim. Rosyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło, że w tym okresie siły rosyjskie zajęły 205 osiedli na Ukrainie. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że od 1 stycznia siły rosyjskie zajęły zaledwie 3434 km2: 151 km2 w obwodzie ługańskim; 2481 km2 w obwodzie donieckim; 248 km2 w obwodzie zaporoskim; 96 kilometrów kwadratowych w obwodzie dniepropietrowskim; 255 kilometrów kwadratowych w obwodzie charkowskim; i 210 kilometrów kwadratowych w obwodzie sumskim. ISW ocenia, że rosyjskie Ministerstwo Obrony zawyża deklarowane zaliczki o 36 proc. w obwodzie ługańskim; 33 proc. w obwodzie donieckim; pięć procent w obwodzie zaporoskim; 83 proc. w obwodzie dniepropietrowskim; 112 proc. w obwodzie charkowskim; i sześć procent w obwodzie sumskim.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony często zawyża swoje roszczenia terytorialne, aby ukształtować zachodnie myślenie o zdolnościach militarnych Rosji i perspektywach zwycięstwa. Szef rosyjskiego Sztabu Generalnego, generał armii Walerij Gierasimow, stwierdził 30 sierpnia, że od marca 2025 r. siły rosyjskie zajęły 3500 kilometrów kwadratowych terytorium i 149 osiedli, podczas gdy ISW oceniało wówczas, że od 1 marca siły rosyjskie zyskały jedynie około 2346 kilometrów kwadratowych. Twierdzenia rosyjskiego Ministerstwa Obrony z 25 września stanowią kontynuację szerszych wysiłków mających na celu wykorzystanie dużych ilości fałszywych danych ilościowych w celu wywołania wrażenia, że siły rosyjskie posuwają się na polu bitwy w szybkim tempie, mimo że siły rosyjskie w dalszym ciągu posuwają się naprzód w powolne tempo. ISW ocenia również, że rosyjskie Ministerstwo Obrony wykorzystuje materiał filmowy przedstawiający rosyjskich żołnierzy trzymających flagi w określonych osadach, aby twierdzić, że siły rosyjskie zajęły całe osady. Rosyjski materiał filmowy pokazuje jednak jedynie misje infiltracyjne małych grup na obszary, gdzie siły rosyjskie nie są w stanie zapewnić sobie trwałych pozycji. Kreml próbuje przekonać Zachód, że Rosja nieuchronnie osiągnie swoje pierwotne cele wojenne na polu bitwy, aby zmusić Ukrainę i jej partnerów do ustąpienia rosyjskim żądaniom.

(...) Ukraiński obserwator wojskowy Kostyantyn Maszowiec poinformował 24 września, że rosyjskie dowództwo wojskowe dokonuje przegrupowania sił w celu przeprowadzenia kilku wysiłków na poziomie operacyjnym na całej linii frontu, w tym operacji ofensywnych w kierunkach Kupiańsk, Łyman, Kostyantyniwka, Pokrowsk i Zaporoże, w ramach szerszego planu strategicznego Rosji na rok 2025. Wiele z tych rosyjskich wysiłków nie wspiera się wzajemnie, ponieważ siły przydzielone do jednego sektora frontu nie prowadzą operacji ofensywnych w sposób wspierający operacje ofensywne innego sektora. (...) Maszowiec oświadczył, że rosyjskie dowództwo wojskowe przerzuciło elementy 76. Dywizji Powietrznodesantowej (VDV) z obwodu sumskiego na obszar odpowiedzialności (AoR) 5. Armii Połączonej (CAA, Wschodni Okręg Wojskowy [EMD]) w kierunku południowym Donieck (prawdopodobnie nawiązując do kierunków Nowopawłówka i Wełykomychajłówka) oraz do AoR 35. CAA (EMD) w kierunku Hulajpole. Rosyjskie WDW należą do stosunkowo bardziej zdolnych do walki sił Rosji, a Rosja ma tendencję do przenoszenia tych sił do najbardziej priorytetowych obszarów frontu, w tym do obszarów Kostyantynówka i Dobropillya. Maszowiec podał, że nieokreślone źródła spodziewają się, że Rosja przerzuci elementy 76. Dywizji WDW do zachodniego obwodu zaporoskiego w celu wzięcia udziału w operacjach ofensywnych na południe od miasta Zaporoże. Maszowiec poinformował, że Rosja tworzy rezerwy operacyjne w 58. CAA (Południowym Okręgu Wojskowym [SMD]) działającym w pozbawionym uprawnień kierunku chersońskim z 25. CAA (Centralny Okręg Miliarny [CMD]), który obecnie działa w kierunku Lymanu, zamiast z jednostek i formacji samego 58. CAA. Maszowiec poinformował, że dowództwo rosyjskie w podobny sposób tworzy rezerwy operacyjne w 3. CAA (dawniej 2. Korpusie Armii Ługańskiej Republiki Ludowej, SMD), który obecnie działa w kierunku Lymanu, z elementów 70. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych (18. CAA, SMD) w kierunku Chersoniu.

Decyzja Rosji o reorganizacji sił z kierunku lymańskiego do rezerwy operacyjnej w kierunku chersońskim i z kierunku chersońskiego do rezerwy operacyjnej w kierunku lymańskim jest niezwykła, biorąc pod uwagę obecne skupienie się Rosji na operacjach w obwodzie donieckim, zwłaszcza między Kostyantyniwką a Pokrowskiem. Siły rosyjskie niedawno przerzuciły na ten obszar WDW i stosunkowo elitarne elementy piechoty morskiej i według doniesień część z tych sił weszła do walki. Elementy rosyjskiego 177. pułku piechoty morskiej (Flotylla Kaspijska) oraz 40. i 155. brygady piechoty morskiej (obie Floty Pacyfiku) niedawno weszły do walki w pobliżu Połtawki po przerzuceniu z północnego obwodu sumskiego, a elementy 336. Brygady Piechoty Morskiej (Flota Bałtycka) podobno walczą w pobliżu Nove Shakhove po przeniesieniu z kierunku Nowopawliwka. Według doniesień rosyjskie dowództwo wojskowe przetrzymuje elementy 61. Brygady Piechoty Morskiej (Flota Północna) w rezerwie na tyłach obszaru Dobropillya po przesunięciu z kierunku Chersonia, chociaż ISW w dalszym ciągu obserwuje doniesienia, że elementy 61. Brygady Piechoty Morskiej działają w kierunku Chersonia, co wskazuje, że elementy brygady są prawdopodobnie podzielone (...).

(...)

Rosyjscy urzędnicy prywatnie przyznali, że Rosja jest odpowiedzialna za wtargnięcie 19 września trzech odrzutowców przechwytujących MiG-31 w estońską przestrzeń powietrzną.

(...) Rosyjski dyplomata podobno powiedział europejskim dyplomatom, że najazdy — prawdopodobnie odnosząc się do najazdu na Estonię, a także kilka innych niedawnych rosyjskich naruszeń przestrzeni powietrznej państwa NATO — były odpowiedzią na ukraińskie ataki na okupowany Krym. Bloomberg zauważył, że rosyjski urzędnik twierdził, że wsparcie NATO umożliwiło ukraińskie ataki i stwierdził, że Rosja uważa się już za zaangażowaną w konfrontację, w tym z państwami europejskimi.

(...)

Reuters24 września poinformował, że zapoznał się z dokumentami rosyjskiego Ministerstwa Finansów stwierdzającymi, że Rosja planuje przeznaczyć 12,6 biliona rubli (około 150 miliardów dolarów) na wydatki “National Defense” w 2026 roku — w porównaniu z 13,5 biliona (około 160 miliardów dolarów) w 2025 roku. Rosyjskie Ministerstwo Finansów oświadczyło 24 września, że do kluczowych priorytetów w projekcie budżetu na lata 2026-2028 należy wypełnianie zobowiązań społecznych wobec obywateli, wsparcie potrzeb Rosji w zakresie obronności i bezpieczeństwa oraz wsparcie społeczne dla rodzin rosyjskich żołnierzy walczących na Ukrainie. Ministerstwo Finansów stwierdziło, że w budżecie przeznacza się środki finansowe na wyposażenie wojska przez Rosję, opłacenie personelu wojskowego i jego rodzin oraz modernizację bazy przemysłu obronnego (DIB), w tym poprzez przeznaczenie 87,9 miliardów rubli (około 1 miliarda dolarów) na projekt Bezzałogowych Systemów Lotniczych w ciągu trzech lat. Ministerstwo Finansów ogłosiło także podwyżkę podatku od wartości dodanej (VAT) od stycznia 2026 r. z 20 proc. do 22 proc. oraz obniżenie rocznego progu przychodów dla firm, które muszą płacić podatek VAT z 60 mln rubli (około 714 tys. dolarów) do 10 mln rubli (około 119 tys. dolarów). Ministerstwo Finansów zauważyło, że zmiany w podatku VAT mają przede wszystkim na celu finansowanie obronności i bezpieczeństwa. Reuters podał, że w niepublikowanych dokumentach rosyjskiego Ministerstwa Finansów oszacowano, że podwyżka podatku VAT wygeneruje w 2026 roku dodatkowe dochody w wysokości około 1,2 biliona rubli (około 14,2 miliarda dolarów). Minister finansów Rosji Anton Siluanov stwierdził 18 września, że władze rosyjskie spodziewają się, że udział dochodów Rosji ze sprzedaży ropy i gazu finansującego rosyjski budżet federalny wyniesie w 2026 r. około 20-22 proc., co według Siluanova oznacza spadek z około 50 proc. wcześniej. Kreml prawdopodobnie poszukuje innych źródeł dochodów, takich jak dochody z ropy i gazu, na których Rosja polegała, finansując swoją wojnę na Ukrainie zmniejszają się w obliczu zbliżających się zachodnich sankcji i ukraińskich ataków na rosyjską infrastrukturę naftową.

(...)

Niedawne relacje w mediach państwowych Kremla i kampanie w mediach społecznościowych po ogłoszeniu podwyżki podatku VAT sugerują, że Kreml jest świadomy możliwości niezadowolenia społecznego w związku z wynikającym z tego wzrostem cen towarów codziennego użytku. Rosyjska opozycyjna placówka Meduza poinformowała 24 września, że główne rosyjskie kanały telewizji państwowej informowały o podwyżce podatku VAT “dyskretnie, ” wspominając o zmianie dopiero pod koniec audycji po doniesieniach o wojnie na Ukrainie, przemówieniu prezydenta USA Donalda Trumpa w ONZ, oraz zbliżających się wyborach parlamentarnych w Mołdawii. Meduza zauważył, że rosyjskie placówki państwowe Pervyi Kanal, Rossiya 1 i NTV wspomniały o zmianie podatku VAT tylko w jednym zdaniu. 

(...)

Źródła Głównej Dyrekcji Wywiadu Ukrainy (GUR) potwierdziły ukraińskiemu outletowi Suspilne 24 września, że operatorzy dronów morskich GUR uderzyli w porty Noworosyjsk i Tuapse w Kraju Krasnodarskim. Źródła GUR podały, że strajki uszkodziły kompleks tankowców Transnieft i terminal Konsorcjum Rurociągów Kaspijskich (CPC) w pobliżu Noworosyjska, powodując tymczasowe zaprzestanie działalności terminalu oraz spowodowały nieokreślone uszkodzenia terminalu załadunku ropy w porcie Tuapse — jednym z największych terminali załadunkowych w Rosji.

(...)

Dowódca ukraińskiego pułku dronów działającego w kierunku kupiańskim poinformował 25 września, że siły ukraińskie wstrzymały rosyjskie natarcie w Kupiańsku i uniemożliwiły siłom rosyjskim natarcie poza północno-zachodnie obrzeża miasta. Dowódca stwierdził, że siły rosyjskie nie sprawują kontroli doktrynalnej nad żadnym obszarem Kupiańska, lecz rosyjska działalność dywersyjno-rozpoznawcza w mieście pozostaje wysoka. Dowódca poinformował, że siły rosyjskie w dalszym ciągu przebierają się za cywilów lub ukraińskich żołnierzy, co zgodnie z prawem międzynarodowym zostanie uznane za perfidię — w celu potajemnego ustalenia punktów obserwacyjnych. Dowódca oświadczył, że siły rosyjskie zintensyfikowały wysiłki w celu przeprawy na zachodni (prawy) brzeg rzeki Oskił po tym, jak siły ukraińskie zniszczyły rurociąg, którym siły rosyjskie gromadziły się na północnych obrzeżach Kupiańska w połowie września 2025 r., hamując dalsze próby infiltracji. Dowódca oświadczył, że rosyjskie oddziały barierowe /zaporowe, wzorem z 2WŚ - red./ zmuszają rosyjskich żołnierzy do przeprawy przez rzekę pod groźbą rozstrzelania. Rosyjski milbloger zaprzeczył doniesieniom, jakoby siły rosyjskie “praktycznie zajęły” Kupiańsk i twierdził, że siły rosyjskie przekazują rosyjskie Ministerstwu Obrony Rosji (MON) fałszywe raporty, zgodne z wcześniejszymi obserwacjami ISW na temat sytuacji operacyjnej w rejonie Kupiańska.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 3. Korpusu Armii Oleksandr Borodin poinformował 25 września, że siły rosyjskie w dalszym ciągu nie przeprowadzają ataków ciężkim sprzętem w kierunku Lymanu ze względu na znaczne straty w sprzęcie. Borodin stwierdził, że siły rosyjskie atakują głównie w małych grupach piechoty składających się z nieprzeszkolonego personelu, który otrzymuje stopniowe rozkazy od swoich dowódców. Rzecznik ukraińskiej brygady działającej w kierunku Lymanu poinformował, że siły rosyjskie w dalszym ciągu przeprowadzają ataki w małych grupach, wykorzystując liście do ukrycia, ale taktyka ta nie będzie wykonalna jesienią i zimą 2025 r., ponieważ liście się przerzedzają. Rzecznik stwierdził, że siły rosyjskie wykorzystują czołgi w ukrytych pozycjach do odtworzenia funkcji artyleryjskich.

(...)

Rzecznik ukraińskiej marynarki wojennej kapitan trzeciej rangi Dmytro Pletenczuk poinformował 25 września, że władze rosyjskie zaczęły wykorzystywać most Kerczeński do transportu paliwa na okupowany Krym w związku z ukraińskimi atakami na linie kolejowe na okupowanej południowej Ukrainie, które wstrzymały transport ładunków. Pletenczuk poinformował, że niedobory paliwa dotykają zarówno ludność cywilną na okupowanym Krymie, jak i wojsko rosyjskie.

understandingwar.org


Przedstawiciele władz amerykańskich, australijskich i nowozelandzkich twierdzą, że gdyby nie ich wysiłki mające na celu zablokowanie tego przedsięwzięcia, Chiny miałyby już bazę w regionie. Jednak dostęp Pekinu do obiektów komercyjnych, takich jak porty, które mogą okazać się przydatne w przypadku konfliktu, budzi niemal równie duże obawy, twierdzi Mihai Sora z Lowy Institute, think tanku w Sydney. Obiekty te "posiadają wszystkie niezbędne elementy, nawet jeśli nie wisi na nich tabliczka z napisem: »To jest chińska baza wojskowa«".

Od 2019 r. chińskie przedsiębiorstwa państwowe starają się o dzierżawę głębokowodnego portu na Wyspach Salomona. Niektóre z takich portów znajdują się w pobliżu pasów startowych zbudowanych przez amerykańskich marynarzy podczas II wojny światowej. W jednym przypadku chińska firma poinformowała lokalnych urzędników, że interesujący ją port będzie wykorzystywany przez chińską marynarkę wojenną. Próby pozyskania podobnych obiektów zostały udaremnione w Kiribati, na Samoa i Papui-Nowej Gwinei.

Kolejnym obszarem wpływów Chin jest policja. Tylko trzy kraje wyspiarskie Pacyfiku posiadają siły zbrojne, więc wspólne inicjatywy sił policyjnych są głównym sposobem współpracy tych miejsc z podmiotami zewnętrznymi w zakresie bezpieczeństwa. Chiny mają własną policję w trzech krajach Pacyfiku, w tym w Kiribati, najbliższym Hawajom łańcuchu wysp Pacyfiku, oraz w najbliższym Australii Vanuatu (chińskie jednostki mają między innymi szkolić lokalną policję). W 2023 r. Pekin zawarł porozumienie w sprawie wzmocnienia bezpieczeństwa podczas Igrzysk Pacyfiku, które odbyły się w tym roku na Wyspach Salomona. Gdy impreza się skończyła, sportowcy opuścili wyspy, ale chińscy policjanci nadal tam pozostają.

Nie wszystkie kraje wyspiarskie Pacyfiku są w równym stopniu podatne na chińskie wpływy. Geografowie dzielą region na trzy strefy. Mikronezja ma historyczne i polityczne powiązania z Ameryką, Polinezja jako regionalną potęgę postrzega Nową Zelandię, Melanezja ma najbliższe stosunki z Australią.

To właśnie kraje melanezyjskie, z których wiele jest zdominowanych przez politykę patronacką w stylu "wielkiego człowieka", okazały się najbardziej otwarte na chińskie zaloty. W tej grupie to właśnie na Wyspach Salomona Pekin osiągnął największy postęp. Chińskie firmy są tam wszechobecne; miejscowi nazywają jedną z nich, CCECC, "China, China, Everything China, China" (Chiny, Chiny, Wszystko Chiny, Chiny). Wielu mieszkańców Wysp Salomona twierdzi, że nie podoba im się obecność Chińczyków. Jednak lokalni politycy i urzędnicy stają w obronie Chin, gdy ich działania w tym kraju są poddawane kontroli.

Australia dokłada wszelkich starań, aby zablokować postępy Chin na Wyspach Salomona. W kwestii pomocy dla tego kraju więcej niż dorównała Pekinowi. Jednak rywalizacja jest wyrównana. W Honiarze, mieście z jedną drogą, można znaleźć zarówno australijskie, jak i chińskie billboardy chwalące się szczodrą współpracą.

onet.pl\The Economist


- Polska, reagując na ćwiczenia "Zapad", zamknęła granicę z Białorusią. W poniedziałek, 15 września, w Warszawie na spotkanie z ministrem Radosławem Sikorskim przybył szef chińskiej dyplomacji Wang Yi. To pierwsza od lat oficjalna wizyta wysłannika Pekinu tej rangi w Polsce. Jak na obecne zawirowania reagują Chiny, biorąc pod uwagę, że przez polsko-białoruską granicę przechodzą chińskie towary?

Prof. Łukasz Gacek: Z punktu widzenia Pekinu sytuacja wokół polsko-białoruskiej granicy to kolejny dowód, że eskalacja napięć w Europie Środkowo-Wschodniej nie sprzyja interesom Chin. Chińscy komentatorzy podkreślają, że wtargnięcie rosyjskich dronów na terytorium Polski to nie zapowiedź nowej fazy wojny, lecz sygnał ostrzegawczy i testowanie czujności NATO.

Reakcja Warszawy — donośna politycznie, a jednocześnie powściągliwa w praktycznych działaniach — interpretowana jest jako dowód świadomości ryzyka i ograniczeń sojuszniczych. Innymi słowy: Polska nie chce bezpośredniej konfrontacji z Rosją, ale musi pokazać, że nie pozostaje bierna.

Znacznie większe poruszenie w Pekinie wywołała decyzja o zamknięciu granicy z Białorusią. Dla Chin to nie jest jedynie gest polityczny, ale cios w jeden z kluczowych korytarzy handlowych na trasie Chiny–Europa.

Rzecznik chińskiego MSZ nie pozostawił złudzeń: zaapelował do władz w Warszawie o przywrócenie płynności tranzytu i przypomniał, że kolejowe połączenia między Chinami a Europą to "projekt flagowy" współpracy oraz ważny element stabilności globalnych łańcuchów dostaw.

Według Chińczyków Polska, zamykając granicę, sama podcina gałąź, na której siedzi — osłabia swoją pozycję w Europie i podważa reputację jako głównego węzła logistycznego regionu.

Chińska narracja idzie jeszcze dalej.

Według Pekinu decyzja Warszawy uderza nie tylko w Chiny, ale także w europejskich importerów i w samą Polskę, której rola jako bramy dla azjatyckiego handlu staje pod znakiem zapytania.

Pekin akcentuje, że to przykład nieodpowiedzialnej polityki, w której doraźne gesty bezpieczeństwa destabilizują handel i burzą podstawy długoterminowej współpracy.

Jednocześnie Chiny nie zamierzają dolewać oliwy do ognia. Wręcz przeciwnie — apelują o dialog i deeskalację. Incydent z dronami w chińskich komentarzach przedstawiany jest jako dowód, że nawet pojedynczy epizod może wymknąć się spod kontroli i sprowokować nieprzewidywalny rozwój wydarzeń. Dlatego Pekin powtarza, że wojna w Ukrainie nie powinna rozlewać się poza linię frontu, a wszelkie naruszenia — takie jak loty rosyjskich dronów nad Polską — muszą być rozwiązywane przy stole negocjacyjnym, a nie poprzez kolejne gesty eskalacyjne.

Niewątpliwie dla Chin priorytetem pozostaje utrzymanie otwartych szlaków transportowych i ochrona globalnych łańcuchów dostaw przed skutkami geopolitycznych napięć. Rosja, zdaniem Pekinu, testuje cierpliwość NATO i bada zdolność reakcji sojuszu, ale to Polska — zamykając granicę — daje się wciągnąć w spiralę, która bardziej szkodzi jej samej niż Moskwie.

- Wtargnięcie rosyjskich dronów to jedno z wielu istotnych wydarzeń w ostatnim czasie. W Pekinie odbyła się parada wojskowa z okazji 80. rocznicy kapitulacji Japonii, a tym samym zakończenia II wojny światowej na Dalekim Wschodzie. W poprzednich dniach odbył się ponadto szczyt Szanghajskiej Organizacji. Jaki sygnał wysłały Chiny w świat? Trump stwierdził, że przywódcy w Pekinie spiskowali przeciwko Stanom Zjednoczonym. Czy jest to przekaz skierowany przeciwko Zachodowi, wysłany do Globalnego Południa, czy też oba powyższe stwierdzenia są prawdziwe?

Obydwa wydarzenia — paradę wojskową oraz szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy — powinniśmy traktować w kategoriach symbolicznych. Pekin kreuje się jako lider świata wielobiegunowego, przywódca globalnego Południa, który stoi w kontrze do zachodniego, liberalnego porządku międzynarodowego.

W największej w historii Chin paradzie wojskowej zorganizowanej w 80. rocznicę zakończenia II wojny światowej uczestniczyli m.in. Władimir Putin oraz Kim Dzong Un. W swoim przemówieniu chiński przywódca Xi Jinping podkreślił, że świat stoi dziś przed wyborem między pokojem a wojną. Był to czytelny sygnał pod adresem Stanów Zjednoczonych, który Zachód może odebrać jako wyzwanie rzucone istniejącemu porządkowi międzynarodowemu.

Gwałty, tortury i sterylizacje. Tak wygląda obóz koncentracyjny XXI w.
Xi Jinping oraz Kim Dzong Un deklarowali braterskie wsparcie dla Rosji w wojnie przeciwko Ukrainie — co stanowi doskonały pretekst do rozwijania przyszłej współpracy wojskowej. Podczas parady zaprezentowano też nowe systemy uzbrojenia, w tym pociski hipersoniczne, rakiety międzykontynentalne oraz podwodne drony.

Dobór sprzętu był w mojej ocenie świadomym komunikatem odstraszającym w stosunku do Stanów Zjednoczonych, Europy, ale nie tylko, bo także sąsiadów Chin. Xi Jinping nieprzypadkowo odwołał się do idei "Wielkiego odrodzenia narodu chińskiego", co wprost koreluje z ambicją przejęcia kontroli nad sąsiednim Tajwanem.

Parada w Pekinie była pokazem siły militarnej, lecz także manifestacją politycznego sojuszu z Moskwą i Pjongjangiem przeciwko Zachodowi. Wydarzenie to podkreśliło ambicje Chin w kreowaniu nowego globalnego ładu. Ten obraz byłby jednak niepełny bez uwzględnienia szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy, podczas którego padły już konkretne zobowiązania.

- O jakich zobowiązaniach mowa?

Tegoroczny szczyt był pokazem ambicji Pekinu jako architekta nowego globalnego ładu — pretekstem, który pozwolił zgromadzić liderów państw aspirujących do redefinicji globalnego porządku, czyli m.in. Indii, Rosji, Iranu, Pakistanu. Szczególnie zwraca uwagę obecność premiera Indii Modiego, co sygnalizuje próbę zbliżenia na linii Pekin-New Delhi pomimo wcześniejszych napięć. Reset relacji chińsko indyjskich jest szczególnie istotny.

- Modi ulotnił się jednak jeszcze przed paradą wojskową. Można odczytywać to jako gest, że Indie nie popierają militarnych ambicji Chin.

Co nie zmienia faktu, że dwaj azjatyccy giganci wolą dzisiaj mówić o partnerstwie aniżeli o rywalizacji. W tle ich relacji dostrzegamy wspólne doświadczenie presji ze strony Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza dotkliwych taryf handlowych.

Na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy padły konkrety. Państwa członkowskie zobowiązały się do zacieśniania współpracy w wielu obszarach. Ciekawym wątkiem jest obszar sztucznej inteligencji, budowy wspólnych centrów technologicznych oraz promocji otwartych modeli źródłowych AI.

Padła też propozycja powołania Banku Rozwoju Szanghajskiej Organizacji Współpracy, co jest kolejnym krokiem w stronę budowania alternatywnego mechanizmu w stosunku do dolara.

- Chińczycy mówią o multilateralizmie, postulują odrzucenie hegemonii Stanów Zjednoczonych. Jak w tej międzynarodowej układance Pekin postrzega Rosję?

Działania Moskwy wpisują się w model proponowany przez Pekin, który chętnie podkreśla, że dotychczasowy porządek międzynarodowy chwieje się w posadach. W chińskiej narracji coraz wyraźniej wybrzmiewa teza, że Stany Zjednoczone — a szerzej cały Zachód — tracą zdolność do sprawowania przywództwa.

Relacje z Rosją mają dla Chin wymiar strategiczny. Dobre stosunki z Moskwą gwarantują Pekinowi spokój i bezpieczeństwo na lądowej granicy, pozwalając mu skoncentrować uwagę na innych frontach rywalizacji.

- Czy Pekin nadal opowiada się za rolą rozjemcy? Przedstawił swój plan pokojowy dla Ukrainy, ale od tamtej pory nie słychać wiele o chińskich wysiłkach na rzecz pokoju — w przeciwieństwie np. do działań Trumpa.

Pekin konsekwentnie utrzymuje, że jego stanowisko jest "obiektywne, bezstronne i pragmatyczne". Dzięki temu zachowuje zatem zdolność do elastycznego manewrowania swoim przekazem. Z jednej strony apeluje o rozwiązania polityczne i dialog, a z drugiej — mówi o konieczności zajęcia się "pierwotnymi przyczynami konfliktu", powielając tym samym narrację Moskwy.

Jednocześnie Chiny starają się utrzymywać otwarte kanały dyplomatyczne z Kijowem. Akredytowano chińskiego ambasadora w Ukrainie, odbywają się spotkania i konsultacje wysokiej rangi urzędników, a także regularne kontakty robocze. Pekin podtrzymuje relacje handlowe, sygnalizuje gotowość do współpracy gospodarczej, a nawet wielokrotnie deklarował chęć udziału w odbudowie powojennej Ukrainy.

Chiny konsekwentnie odrzucają też sankcje nakładane na Rosję przez Stany Zjednoczone, Unię Europejską i Wielką Brytanię, argumentując, że są one nielegalne, bo nie zostały zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Pekin utrzymuje również, że nie dostarcza śmiercionośnej broni żadnej ze stron konfliktu i że ściśle kontroluje eksport towarów podwójnego zastosowania — zarówno cywilnego, jak i wojskowego.

Zachód i Ukraina przedstawiają jednak dowody na to, że chińskie komponenty — od chemikaliów, przez drony, po mikroelektronikę — trafiają do rosyjskiego przemysłu obronnego. Pekin odpiera jednak te zarzuty, nazywając je fałszywymi informacjami i przykładem stosowania podwójnych standardów.

- Wydaje się, że dużo z tego, co głoszą Chiny, to po prostu słowa, retoryka. Za deklarowaną chęcią pokoju nie idą bowiem realne działania, np. wywieranie presji na Rosję.

Chiny deklarują przywiązanie do pokoju, ale niechętnie angażują się w realne działania na rzecz jego zapewnienia. Najlepszym przykładem była odmowa udziału w ubiegłorocznym szczycie pokojowym w Szwajcarii. Zamiast tego Pekin promuje własne platformy mediacyjne — inicjatywy, które w praktyce służą przełamaniu dominacji Zachodu i wzmocnieniu głosu Globalnego Południa. Symbolicznym sygnałem pozostaje też obecność chińskich żołnierzy na moskiewskiej paradzie 9 maja. Dla Pekinu była to manifestacja szacunku dla historii i potwierdzenie sojuszniczych więzi, lecz z perspektywy Kijowa stanowiła jaskrawe złamanie zasad neutralności.

Trzeba pamiętać, że w relacjach Pekin–Moskwa mamy do czynienia z daleko idącą zbieżnością poglądów na wiele kwestii międzynarodowych. Rosja konsekwentnie wspiera aspiracje polityczne Chin wobec Tajwanu, a Pekin odwdzięcza się poparciem dla rosyjskich roszczeń wobec najbliższego sąsiedztwa. Oba państwa łączy także sprzeciw wobec amerykańskiej wizji porządku światowego oraz krytyka wobec rozszerzania NATO. W efekcie wspólnota interesów jest dziś wyraźnie głębsza między Chinami a Rosją niż między Pekinem a Kijowem.

- Na spotkaniu przywódców Chin i Rosji 2 sierpnia Moskwa i Pekin osiągnęły porozumienie w sprawie budowy Siły Syberii 2, od dawna odkładanego projektu, który ma w założeniu dostarczać rosyjski gaz do Chin. Jak należy to czytać — czy mamy do czynienia z przełomem?

Chiny podpisały memorandum w sprawie budowy gazociągu Siła Syberia 2 przez Mongolię. To jednak przykład klasycznego "never ending story" — projekt leży na stole od 2006 r. Warto przypomnieć, że podobnie było z istniejącym połączeniem Siła Syberii 1, nad którym negocjacje toczyły się od lat 90. Jak wiemy, gazociąg uruchomiono dopiero po trzech dekadach rozmów. Jeśli więc zachować tę samą logikę, można z przymrużeniem oka domniemywać, że Siła Syberii 2 rzeczywiście powstanie… w latach 40. XXI w.

onet.pl


Tak duże zainteresowanie nie jest niczym nowym, podobnie jak dążenie Chin do umiędzynarodowienia juana. Pierwsza taka inicjatywa rozpoczęła się w 2009 r. i spowodowała złagodzenie niektórych kontroli kapitałowych. Skończyło się bolesnym fiaskiem w 2015 r., kiedy to załamanie na giełdzie i dewaluacja waluty spowodowały masowy odpływ kapitału. To doprowadziło do zaostrzenia kontroli kapitałowej, co położyło kres początkowemu wzrostowi wartości juana. Tym razem urzędnicy chcą zapewnić trwałość postępów i zachować ściślejszą kontrolę nad przepływami kapitałowymi.

Chińscy przywódcy uważają, że globalnie akceptowany juan może uchronić ich eksporterów przed wahaniami wartości dolara i jednocześnie osłabić zagrożenie sankcjami finansowymi ze strony Stanów Zjednoczonych. Niektórzy urzędnicy mają nadzieję, że zagraniczne firmy i inwestorzy przeoczą sztywną kontrolę państwa, a może nawet uznają ją za atut. W ostatnich latach osiągnęli zaskakujące zyski. Udział juana w fakturach i kredytach zagranicznych wzrósł, a wraz z nim nastąpiła imponująca rozbudowa infrastruktury finansowej niezwiązanej z dolarem. Urzędnicy zdają sobie jednak sprawę, że obcokrajowcy potrzebują obecnie większych zachęt, aby korzystać z juana i inwestować w aktywa denominowane w tej walucie. Co udało się dotychczas osiągnąć Chinom?

Juanowi brakuje prestiżu — pod każdym względem. Chociaż Chiny odpowiadają za prawie jedną piątą światowej działalności gospodarczej, ich waluta jest wykorzystywana tylko w czterech proc. międzynarodowych płatności pod względem wartości (w porównaniu z 50 proc. w przypadku dolara). Aktywa w juanach stanowią zaledwie dwa proc. światowych rezerw walutowych banków centralnych (w porównaniu z 58 proc. w przypadku aktywów dolarowych). Dużą część tej rozbieżności można przypisać chińskiej kontroli przepływu pieniędzy do i z kraju. Wielu ekonomistów uważa, że umiędzynarodowienie juana jest niemożliwe, dopóki pozostają one w mocy.

Jednak nawet po tym, jak Ameryka stała się największą gospodarką świata, minęły dziesiątki lat, zanim dolar osiągnął dominację. W tej perspektywie czasowej Chiny robią zaskakująco szybkie postępy. Ich skromny udział w płatnościach międzynarodowych podwoił się od 2022 r. Wynika to głównie ze zmian w kraju. Ważnym krokiem było zwiększenie udziału juana w chińskim handlu. Ponad 30 proc. chińskiego handlu towarami i usługami odbywa się obecnie w walucie krajowej (w porównaniu z 14 proc. w 2019 r.). Ponad 50 proc. całkowitych wpływów transgranicznych (w tym przepływów finansowych) rozliczanych jest w juanie, w porównaniu z mniej niż jednym proc. w 2010 r.

Według Dinny'ego McMahona z Trivium China, firmy konsultingowej z siedzibą w Pekinie, ostatecznym celem decydentów jest stworzenie stabilnego obiegu juana w kraju i poza nim. Powinno to zwiększyć wykorzystanie juana offshore i ułatwić obcokrajowcom dostęp do tej waluty. W maju organy regulacyjne poinformowały duże banki, że co najmniej 40 proc. kredytów ułatwiających handel powinno być udzielanych w juanie. Aby zwiększyć obieg, urzędnicy chcą zachęcić partnerów handlowych do akceptowania chińskiej waluty jako środka płatniczego. Główną zachętą jest oferowanie im zobowiązań w juanie. Badanie opublikowane w maju przez ekonomistów z Rezerwy Federalnej wykazało, że po nałożeniu sankcji na Rosję w 2022 r. chińskie banki przeniosły prawie wszystkie swoje nowe kredyty zagraniczne z dolarów na juana (wcześniej tylko 15 proc. kredytów było udzielanych w juanie), potrajając w ten sposób stan niespłaconego zadłużenia w juanie.

Rząd realizuje tę samą strategię w odniesieniu do własnego bilansu. Od momentu rozpoczęcia procesu internacjonalizacji Chiny udzieliły 32 bankom centralnym linii swapowych o wartości 4 bln 500 mld juanów (2 bln 268 mld zł), tworząc globalną sieć bezpieczeństwa finansowego, która pod względem skali dorównuje sieci MFW [Międzynarodowego Funduszu Walutowego]. Tylko niewielka część tych linii została faktycznie wykorzystana. Celem jest zagwarantowanie krajom dostępu do juana w sytuacji kryzysowej, co daje im pewność siebie potrzebną do zaciągania pożyczek i dokonywania zakupów w tej walucie.

Równolegle do tych działań Chiny uporządkowały również własną infrastrukturę finansową. Obecnie mogą one dokonywać transakcji z innymi podmiotami bez konieczności korzystania z systemu dolarowego, wykorzystując różne środki. Należą do nich cyfrowy juan i niebankowe płatności cyfrowe (np. za pomocą kodów QR w popularnych w Azji aplikacjach). Najważniejsze jest wynalezienie CIPS, który jest podobny do SWIFT, zachodniego systemu komunikacji bankowej. Ponieważ chińskie banki mogą i dokonują transakcji poza SWIFT, rola juana w płatnościach międzynarodowych jest prawdopodobnie niedoceniana, twierdzi Josh Lipsky z Atlantic Council, amerykańskiego think tanku.

Ponad 1700 banków na całym świecie przystąpiło do CIPS, co stanowi wzrost o jedną trzecią w porównaniu z okresem przed wojną w Ukrainie. W 2024 r. wolumen transakcji wzrósł szybciej niż kiedykolwiek, o 43 proc. do 175 bln juanów (88 bln 236 mld zł). Banki rozliczeniowe do rozliczania płatności w juanach (prawie wszystkie obsługiwane przez chińskie instytucje) zostały utworzone na 33 rynkach. Niektóre z nich dołączyły w tym roku, w tym banki z Turcji i Mauritiusa. W czerwcu Chiny rozpoczęły współpracę ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi w celu rozszerzenia sieci CIPS na Afrykę Północną i Bliski Wschód.

W zeszłym roku kilka miliardów dolarów zostało rzekomo przetransakcjonowanych za pośrednictwem sieci waluty cyfrowej o nazwie mBridge [ang. mobilny most], zbudowanej przez Chiny we współpracy z innymi bankami centralnymi. Amerykański urzędnik powiedział w styczniu, że chociaż takie płatności są nadal nieistotne z ekonomicznego punktu widzenia, to "przekroczyły już próg konsekwencji geopolitycznych". Chińskie organy regulacyjne nakazały bankom zwiększenie wykorzystania mBridge. Atrakcyjność tego rozwiązania jest oczywista. W sierpniu firma z Xinjiang, regionu, w którym podmioty są objęte sankcjami za stosowanie pracy przymusowej, wykorzystała mBridge do wypłaty wynagrodzeń swoim zagranicznym udziałowcom.

Najbliższe miesiące mogą okazać się kluczowe. Malejące zaufanie do dolara i sprzyjające otoczenie makroekonomiczne powinny wzmocnić wysiłki Chin. Wzrost na giełdzie dał obcokrajowcom finansową zachętę do posiadania aktywów w juanach. Obniżki stóp procentowych i deflacja spowodowały spadek kosztów pożyczek na rynku zagranicznym poniżej dwóch proc., czyli do najniższego poziomu od 2013 r. Firmy, w tym zagraniczne, są na dobrej drodze do wyemitowania w tym roku rekordowej ilości tzw. obligacji "dim sum" w juanach.

Kolejnym bezpiecznym posunięciem Chin jest otwarcie krajowych rynków kapitałowych dla swoich partnerów. W lipcu Węgry wyemitowały około 5 mld juanów [około 2 mld 522 mln zł] w tzw. obligacjach "panda", co stanowi największą dotychczasową emisję obligacji państwowych. 8 września "Financial Times" poinformował, że rosyjskie firmy energetyczne otrzymały zgodę na emisję papierów wartościowych denominowanych w juanach. Kenia może wkrótce zamienić swoje zadłużenie w dolarach wobec Chin na juany. W międzyczasie Brazylia rozważa nową emisję, a pakistańscy urzędnicy odwiedzili Pekin, aby pozyskać potencjalnych wierzycieli.

onet.pl\The Economist

czwartek, 25 września 2025



Podczas briefingu w misji USA przy ONZ Wright odniósł się do nacisków prezydenta Trumpa, by Europa zaprzestała importu rosyjskiego gazu i ropy naftowej.

- Kupują gaz ziemny transportowany rurociągami, ale reszta Europy nadal importuje spore ilości gazu LNG. Wszystko to powinno zostać zastąpione amerykańskim LNG lub dostawami gazu z innych źródeł. Uważam, że tak się stanie - powiedział minister. Jak przyznał, Komisja Europejska ma plan zakończenia dostaw rosyjskich źródeł energii, lecz zajmie on niemal dwa lata.

- Chcielibyśmy, aby stało się to szybciej - ze względów pokojowych. Mamy mnóstwo miejsc, gdzie można sprzedawać gaz, więc Ameryka nie potrzebuje na niego klienta, ale im szybciej uda nam się zastąpić rosyjski gaz, tym większą presję możemy wywrzeć na prezydenta Putina - oświadczył Chris Wright.

We wtorek prezydent USA Donald Trump powiedział, że zamierza poprosić węgierskiego premiera Viktora Orbana o zaprzestanie importu rosyjskich surwców energetycznych. Odnosząc się do tego, minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto zapowiedział, że jego kraj nie zrezygnuje z rosyjskiej ropy ze względu na brak alternatyw. Jednak według Wrighta, Ameryka może pokryć całość zapotrzebowania na ropę i gaz w miejsce Rosji.

Wright zaznaczył też, że do Europy trafia nie tylko rosyjska ropa transportowana rurociągiem Przyjaźń do Węgier i Słowacji, ale też paliwa i produkty naftowe rafinowane m.in. w Indiach. Zaznaczył przy tym, że Indie nie muszą sprowadzać rosyjskiej ropy, ale kupują ją, bo jest tania i uznają, że warte jest to przymykania oka na fakt, że przyczyniają się do napędzania rosyjskiej machiny wojennej.

- Indie zdecydowały się na kompromis polegający na zakupie tańszej ropy i przymykaniu oczu na fakt, że jest to dawanie pieniędzy człowiekowi, który morduje tysiące ludzi każdego tygodnia - powiedział. - Oczywiście chcielibyśmy, aby Indie współpracowały z nami w celu zakupów - mogą kupować ropę od każdego kraju na Ziemi, ale nie rosyjską. Takie jest nasze stanowisko. (...) Nie chcemy karać Indii. Chcemy zakończyć wojnę i rozwijać nasze stosunki z Indiami - zaznaczył.

PAP


Komentując wtorkowe wystąpienie Trumpa na forum ONZ, Sikorski powiedział, że zapamięta je na lata. - W wyniku jego wystąpienia i spotkania z prezydentem (Ukrainy Wołodymyrem) Zełenskim brzmiał bardziej otwarcie, jeśli chodzi o wspieranie Ukrainy - dodał.

Pytany o polską strategię bezpieczeństwa, zaznaczył, że "Polska nie oddelegowała swojej suwerenności nikomu". - Więc jeśli ktoś przekroczy naszą granicę czołgiem, okrętem czy samolotem, nasza armia zrobi to, co przewiduje Konstytucja. Ale miło jest czuć, że sojusznicy łączą się z nami w bólu. Cieszymy się, że stacjonuje u nas 10 tys. amerykańskich żołnierzy. Cieszymy się, że dwa tygodnie temu w Białym Domu usłyszeliśmy, że jeśli chcemy, możemy ich mieć nawet więcej. Przeznaczamy 15 tys. dolarów rocznie na każdego amerykańskiego żołnierza. (…) Utrzymywanie ich w Polsce jest tańsze niż w USA. Mamy dobre poligony do ćwiczeń i ich ćwiczenie też jest tańsze - wymieniał Sikorski. - Myślę, że daliśmy (Trumpowi) dobry interes - przyznał w trwającej ok. 40 minut rozmowie.

Zapowiedział też, że Polska nie wyśle do Ukrainy żołnierzy w ramach misji pokojowej ze względów historycznych. - Byliśmy tym samym krajem przez 400 lat. To byłoby tak, jakby Brytyjczycy (wysłali żołnierzy) do Irlandii. Ale zrobimy wszystko inne, by ta operacja była pomyślna - zadeklarował.

- Musimy chronić hubu, musimy chronić linii komunikacji, które są zagrożone szpiegostwem i atakiem. Mogę też wyobrazić sobie operację w przestrzeni powietrznej z polskich lotnisk - powiedział.

Przyznał, że rozmowy o hipotetycznym utworzeniu misji pokojowej w Ukrainie nie są tak pilne, jak wspieranie Ukrainy w walce tu i teraz.

Sikorski ocenił też, że jedynym krajem, który może zmusić Rosję do zakończenia wojny, są Chiny. - Gdyby powiedzieli Rosjanom, żeby zakończyli wojnę, w przeciwnym razie zamkną granicę i przestaną z nimi handlować, myślę, że Rosjanie musieliby się do tego zastosować. Ale nie chcą tego zrobić - powiedział.

Wicepremier przyznał, że wojna w Ukrainie "pasuje Chinom". - Zarabiają dużo pieniędzy, sprzedając towary Rosji. (…) Rosja stała się dużo bardziej zależna od Chin. Więc Chiny zdobyły wasala - powiedział. Według niego Pekin nie byłby prawdopodobnie zadowolony, gdyby Putin stracił władzę w wyniku przegranej wojny. - Ze względu na rywalizację z USA Chiny nie chcą zostać same - dodał.

PAP


Rosyjskie reakcje na zabójstwo Charliego Kirka:

Program „Wielka Gra”, Kanał Pierwszy, 11 września

Politolog Jelena Suponina: To zupełnie nie przypomina obrazu demokracji, jaki amerykańskie władze próbowały kreować przez ostatnie kilka lat. Ameryka jest niebezpiecznie podzielona. Jeśli to nie jest zwiastun możliwej przyszłej wojny domowej, to co nią jest? Społeczeństwo jest podzielone, a Trump nie ma innego sposobu na wywieranie wpływu poza zaostrzaniem podziałów. To z pewnością nie będzie ostatni zamach polityczny w Stanach Zjednoczonych.

Deputowany Dumy Państwowej Wiaczesław Nikonow: Oczywiście, to nie jest zamach na Kennedy'ego, ale pod względem potencjalnych konsekwencji politycznych można go porównać do zamachu na Martina Luthera Kinga. Doszło do niego w 1968 roku i wywołało wówczas bardzo poważne niepokoje rasowe w Ameryce.

Aleksiej Leonkin, analityk militarny: Ameryka jest w chaosie. Polityka Trumpa unikania niepotrzebnych konfliktów ma na celu skupienie się na problemach wewnętrznych. Ale oni mu na to nie pozwalają. Wysyłają mu też sygnały: jeśli nie zajmie się Ukrainą i Bliskim Wschodem, takie rzeczy będą się zdarzać każdemu wokół niego. <…> Myślę, że [Trump] zdał sobie sprawę, że deep state, któremu się sprzeciwia, w zasadzie ogłosiło polowanie (na niego-MM).

Władimir Sołowiow, prezenter telewizyjny, 19 września

Charlie Kirk, młody mężczyzna z piękną żoną i dwójką dzieci, był przedstawicielem prawdziwej Ameryki, która dziś wychodzi z cienia jaki rzucało odrażające, ultraliberalne, antychrześcijańske i odrzucające Boga oblicze ruchu woke. Poświęcił życie walce o tradycyjne wartości. To oczywiście straszny wyrok dla Ameryki. To dowód na toczącą się w każdym mieście wojnę domową. Niektórzy nazywają Charliego Kirka świętą ofiarą. Być może można by go za takiego uważać.

Metropolita Tichon (Szewkunow)

W erze postprawdy, relatywizmu i wojowniczego liberalizmu, kiedy rzeczywistość jest konstruowana przez media i media społecznościowe, a konformizm stał się normą, prawda tonie w morzu poprawności politycznej. Charlie Kirk odważył się płynąć pod prąd. Z czystym sumieniem odrzucał półtony, kompromisy i kompromisy. Nie obchodziło go, co było modne, co było akceptowane, ani co dyktował tłum. Pozwolił sobie na luksus niespotykany w naszych czasach – nazywać rzeczy po imieniu, nawet jeśli oznaczało to, że tak królewski wybór nieuchronnie pociągnie za sobą serię kar, niektóre z nich okrutne.

Co jest szczególnie godne podziwu u Charliego Kirka, to jego gotowość do głoszenia Królestwa Niebieskiego, tradycyjnych wartości i konserwatywnych zasad w pozornie nieodpowiednich miejscach, gdzie większość mieszkańców nawet nie chce słyszeć o takich rzeczach! Wybrał „pole misyjne”, być może najważniejsze, ale, jak widzieliśmy, dalekie od bezpieczeństwa, niczym głoszenie kazań plemieniu kanibali, to kampusy uniwersyteckie, młodzieżowe społeczności pokoleń Z i Y.

Kirill Dmitriev, prezes Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich

Przeprowadziłem bardzo pozytywne rozmowy z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym w sprawie uznania duchowego wkładu Charliego Kirka w chrześcijaństwo. Oczekujemy, że Kościół wkrótce opublikuje artykuł o tym, jak wspierał on sprawę chrześcijańską. Dziedzictwo Charliego nie zna granic.

Charlie Kirk był jednym z najbardziej prorosyjskich głosów wśród amerykańskich konserwatystów: wzywał do konstruktywnych relacji z Rosją i sprzeciwiał się sprzedaży amerykańskiej broni Ukrainie.

Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych:

Chciałabym przypomnieć wszystkim, że [Kirk] szczerze wzywał do pokoju na Ukrainie, dostrzegał pierwotne przyczyny konfliktu i oceniał działania reżimu w Kijowie, mające na celu zabijanie własnych obywateli.
Nie bał się nazywać rzeczy po imieniu i potępiać działań swoich rodaków, obywateli USA, którzy za poprzedniej administracji „rozprzestrzenili” całą tą tragedię.

Reakcja na tą tragedię była kolejnym przejawem głęboko zakorzenionego w ultraliberalnym Zachodzie przekonania, że ​​przemoc i terror to akceptowalne metody tłumienia sprzeciwu i jego tłumienia. Będziemy uważnie monitorować tę sytuację. Dowodzi ona, że ​​Zachód musi przede wszystkim zająć się własnymi problemami, ponieważ są one kolosalne. Nie mają moralnego prawa pouczać innych, a tym bardziej karać ich, dopóki takie praktyki nie zostaną wykorzenione. Nie mówię o samej zbrodni, ale o braku odpowiedniej na nią reakcji.

x.com/MarekMeissner