poniedziałek, 8 września 2025



Do bezprecedensowej obławy doszło na placu budowy fabryki Hyundai Motor w Stanach Zjednoczonych. Powstaje tam jedna z największych inwestycji koreańskiego producenta samochodów w USA. Amerykańskie władze przeprowadziły śledztwo, w trakcie którego odkryto, że pracujący przy jej budowie imigranci nie mieli odpowiednich zgód na wjazd i pracę w USA. Wyłapano w sumie 475 pracowników, z czego ponad 300 to obywatele Korei Południowej. Niektórzy zaczęli uciekać lub chowali się w stawie na terenie budowy. W operację zaangażowanych było ok. 400 funkcjonariuszy. Uznano ją za największą tego typu akcję w historii. 

Operacja wywołała duże oburzenie. Partia Demokratyczna wydała oświadczenie, w którym wskazała, że nalot był częścią "politycznie motywowanej taktyki zastraszania, mającej na celu terroryzowanie ludzi, którzy ciężko pracują, aby zarobić na życie, napędzając gospodarkę USA i przyczyniając się do rozwoju społeczności". Także Ministerstwo Spraw Zagranicznych Korei Południowej wyraziło ubolewanie i zaniepokojenie w związku z nalotem. "Działalność gospodarcza naszych firm inwestujących w Stanach Zjednoczonych oraz interesy naszych obywateli nie mogą być bezprawnie naruszane podczas egzekwowania prawa przez USA" - przekazano.

Prezydent USA Donald Trump niezbyt się tym  jednak przejmuje. W piątek nazwał setki pracowników aresztowanych podczas nalotu na południowokoreański "nielegalnymi imigrantami", podkreślając, że urzędnicy "po prostu wykonywali swoją pracę". W ten sam sposób tłumaczył zatrzymania rzecznik gubernatora Georgii (tam zlokalizowana była fabryka) Briana Kempa. - W Georgii zawsze będziemy egzekwować prawo, w tym wszystkie stanowe i federalne przepisy imigracyjne - podkreślał. Co ciekawe, przedstawiciele firmy Hyundai Motor America twierdzą, że żadna z zatrzymanych osób nie jest bezpośrednio zatrudniona w Hyundai Motor. Zapewniono też, że "Hyundai zobowiązuje się do pełnego przestrzegania wszystkich przepisów i regulacji obowiązujących na każdym rynku, na którym działa w tym wymogów weryfikacji zatrudnienia oraz przepisów imigracyjnych".

gazeta.pl

niedziela, 7 września 2025



Francja zdecydowała się na ograniczenie smartfonów, smartwatchów czy tabletów na terenie szkół podstawowych i średnich już w 2018 r. Złamanie zakazu grozi konfiskatą sprzętu do końca dnia, nakazem pozostania w szkole dłużej lub dodatkowymi pracami domowymi. W przypadku nagminnego łamania zakazu uczeń może zostać nawet relegowany. Mimo tak ostrych ograniczeń zakaz nie wywołał kontrowersji ze względu na drastyczne przypadki rówieśniczej cyberprzemocy. Obecnie Francuzi sprawdzają nowy sposób na ograniczenie elektroniki w szkole. Testuje się tam pause numérique – rozwiązanie, które zakłada oddanie urządzeń na czas pobytu w szkole przez niemal 50 tys. uczniów. Celem jest nie tylko cisza na lekcji, ale też budowanie uważności i zdrowych relacji rówieśniczych.

O krok dalej poszła Belgia – tam w ponad 370 placówkach (region Walonii i Brukseli) uczniowie oddają telefony do depozytów lub zamykanych szafek już od przedszkola.

W grudniu 2022 r. włoskie ministerstwo oświaty wprowadziło zakaz używania telefonów komórkowych podczas zajęć lekcyjnych w szkołach podstawowych. Po trzech latach we Włoszech wprowadzany jest taki sam zakaz dotyczący szkół średnich.

Rząd Portugalii zatwierdził na początku lipca tego roku zakaz korzystania przez uczniów ze smartfonów w szkołach podstawowych oraz gimnazjach. "Dekret rządu został podyktowany dobrymi wynikami uczniów szkół, w których w ostatnich latach obowiązywał zakaz korzystania z telefonów komórkowych", tłumaczył premier Luís Montenegro. Restrykcje zaczną obowiązywać z początkiem nowego roku szkolnego, czyli w połowie września.

W kolejnych państwach smartfon w szkole staje się synonimem rozproszenia. Ograniczanie używania tego typu urządzeń jest zaś sposobem na odbudowę uwagi i relacji oraz polepszenie jakości nauki. W Wielkiej Brytanii i Norwegii, które jako jedne z pierwszych zdecydowały się na bardziej rygorystyczne traktowanie telefonów w szkołach, widać wyraźną poprawę wyników egzaminów. Największy skok odnotowano wśród uczniów, którzy wcześniej mieli najsłabsze wyniki.

Spektakularne są jednak dopiero dane dotyczące zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa. W norweskich szkołach po wprowadzeniu zakazu liczba wizyt uczniów u psychologów i psychiatrów zmalała o 60 proc. Znacząco poprawiły się również statystyki dotyczące przemocy rówieśniczej – odnotowano 43-procentowy spadek. Eksperci wiążą to bezpośrednio z ograniczeniem dostępu do narzędzia cyberprzemocy, jakim w tym wypadku jest smartfon. Drugie ważne osiągnięcie to większe zaangażowanie uczniów w życie szkolnej społeczności.

W Danii czy w Niemczech ograniczenia wprowadzane są lokalnie. Obserwuje się jednak takie same zmiany. Uczniowie są nie tylko bardziej skoncentrowani na lekcjach, ale też zaczęli inaczej spędzać przerwy. Częściej rozmawiają, bawią się, integrują, wracają do gier analogowych, a nawet czytają. Zmniejsza się napięcie, w jego miejsce pojawia się poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa.

(...)

W Polsce nie ma centralnego zakazu korzystania ze smartfonów w szkołach. I chociaż MEN coraz częściej wypowiada się w sprawie ich wyeliminowania w klasach I-III, to nawet kiedy wspomina o opracowywanej przez siebie ustawie, nie dzieli się konkretami. Przedstawicielki MEN jeszcze w kwietniu br. w wypowiedziach medialnych zasłaniały się stwierdzeniem, że wprowadzanie zakazu powinno leżeć w gestii szkolnych społeczności. Słowem, ciężar decyzji spada na dyrekcje, które mają zapisywać zakazy w statutach placówek, o ile rodzice im pozwolą.

(...)

W 2017 r. naukowcy Adrian F. Ward, Kristen Duke, Ayelet Gneezy i Maarten W. Bos przeprowadzili serię eksperymentów, których wyniki przedstawili w publikacji "Brain Drain: The Mere Presence of One’s Own Smartphone Reduces Available Cognitive Capacity" (Drenaż mózgów: Sama obecność smartfona zmniejsza dostępną pojemność poznawczą). Badacze sprawdzali, jaki wpływ na skupienie ludzi ma obecność ich smartfona w pomieszczeniu.

Eksperyment odbywał się w trzech wersjach. Telefon albo leżał na biurku, albo znajdował się w kieszeni/plecaku, albo lądował w innym pomieszczeniu. W każdym z trzech opisanych przypadków komórka była wyłączona. Następnie za pomocą testów badano zakres uważności i tzw. inteligencję płynną. Osoby ze smartfonem na biurku miały najgorsze wyniki. Niewiele lepsze osiągnęli ci, którzy schowali go do kieszeni. Dopiero nieobecność telefonu znacznie poprawiła skupienie badanych.

Naukowcy podsumowują, że smartfon samą swoją obecnością zakłóca możliwości poznawcze – w psychiatrii mówi się o zaburzeniu myślenia. Im większa zależność od smartfona, tym silniejsze zaburzenie. Samo wyłączenie urządzenia lub położenie go ekranem do dołu niczego nie zmienia. Trzeba je wynieść do innego pomieszczenia. W kontekście szkolnych rozważań można założyć, że jedynym sposobem na to, by dzieci były skupione, jest zostawienie telefonów w depozycie przed wejściem do szkoły.

Należy przypomnieć, że aplikacje w smartfonach są zaprojektowane tak, aby powodować uzależniający behawioralnie wyrzut dopaminy. Instant scrolling, czyli bezmyślne przewijanie kolejnych treści na TikToku, Instagramie czy Facebooku, można przyrównać do brania działki przez narkomana. Mówił o tym otwarcie Sean Parker, były członek rady nadzorczej Facebooka: "Wykorzystaliśmy słaby punkt ludzkiej psychiki, dajemy ci działeczkę dopaminy".

Wszystko w nowych technologiach i mediach społecznościowych jest zbudowane tak, aby cały czas pobudzać układ nagrody w mózgu. Wydzielająca się przy tym dopamina, hormon przyjemności, sprawia, że chcemy w kółko sięgać do jej źródła.

Badania przedstawione w "Social Science Computer Review" wskazują, że większa liczba godzin spędzona przed ekranem wiąże się z gorszym samopoczuciem osób w wieku 2-17 lat. Wielokrotnie wskazywano też (m.in. naukowcy z Boston University czy Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne), że media takie jak TikTok, Snapchat, a szczególnie Instagram zwiększają ryzyko zaburzeń dysmorficznych, które najczęściej objawiają się jako ciągłe poczucie, że wygląda się nieestetycznie. Najczęściej dotyka to nastoletnie dziewczęta, ale odnosi się do każdego użytkownika.

onet.pl\Tygodnik Przegląd

sobota, 6 września 2025



29 sierpnia 2025. W środę wieczorem na lotnisku Domodiewo w Moskwie wylądował samolot Egypt Air. Przywiózł kilkadziesiąt osób. Kim są pasażerowie tego samolotu? I dlaczego wokół ich przylotu jest tak dużo znaków zapytania?

Prezes organizacji Russian America for Democracy in Russia (pomagającej obywatelom Federacji Rosyjskiej, którzy znaleźli się w obozach dla imigrantów na terytorium Stanów Zjednoczonych) Dmitrij Wałujew twierdzi, że to osoby deportowane z USA. I że to już druga grupa Rosjan wysłanych z Ameryki na chłodne łono Putina. Pierwsza deportacja miała miejsce w czerwcu i objęła około czterdziestu osób. Tym razem – z przesiadką w Kairze – dostarczono od 30 do 60 deportowanych.

Jak pisze „Nowa Gazeta. Europa” (...), powołując się na Wałujewa, na lotnisku w Kairze deportowanych otoczyli funkcjonariusze służb specjalnych, którzy następnie doprowadzili Rosjan na pokład samolotu lecącego do Moskwy. Kilka osób próbowało odmówić zajęcia miejsc w tym samolocie. Ale stanowczo wybito im z głowy zmianę trasy. Opornych dotkliwie pobito.

Kim są deportowani? To obywatele Rosji, którzy z takich czy innych względów, takimi czy innymi drogami i z takich czy innych powodów znaleźli się w Ameryce w obozach dla imigrantów. Niektórzy z nich ubiegali się o prawo pobytu, ale sąd im odmówił. Niektórzy chcieli uzyskać azyl polityczny, ale nie otrzymali zgody (m.in. były rosyjski wojskowy, który samowolnie opuścił jednostkę, uciekł z Rosji, trafił do USA, tam przegrał swoją sprawę w sądzie). Wśród wysłanych jest też grupa, która zdecydowała się opuścić USA, nie doczekawszy decyzji sądu.

W Moskwie na pasażerów tego wyjątkowego rejsu oczekiwała ekipa w mundurach. Deportowani zostali sprawdzeni i wypytani o wszystkie interesujące służby aspekty pobytu w USA i powrotu. Zatrzymano jedną osobę, reszta została wypuszczona po złożeniu odpowiednich zobowiązań (np. o nieopuszczaniu miejsca zamieszkania). Jak mówi założyciel organizacji Gulagu.net Władimir Osieczkin, niektórzy byli maglowani przez kilka godzin, niektórzy zostali pobici.

Zdaniem Wałujewa, w maju 2024 r. w Stanach zmieniono podejście do Rosjan, którzy przedostali się do USA przez meksykańską granicę: „Wcześniej wjazd od strony Meksyku wydawał się jednym z najprostszych sposobów ucieczki od wojny. Po przejściu granicy ludziom, którzy występowali o azyl, wręczano wezwanie do sądu, ale mogli oni pozostać na wolności. Wszystko zmieniło się ponad rok temu: Rosjan, którzy występowali o azyl lub prawo pobytu, kierowano do obozów dla imigrantów, tam spędzali całe miesiące. Niektórzy z tych, których deportowano ostatnio, siedzieli tam około roku”.

Jak pisze „The Insider”, w ostatnich latach o możliwość pobytu w USA ubiegały się dziesiątki tysięcy Rosjan. Po przejściu wymaganych procedur mogli zalegalizować swój status. Już przez ostatnie półrocze prezydentury Joe Bidena szanse na otrzymanie azylu w USA spadły, natomiast za czasów Trumpa, po zaostrzeniu polityki migracyjnej, amerykańskie władze mocno ograniczyły możliwości otrzymania zezwolenia na pobyt.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

piątek, 5 września 2025



Opracowując budżet na 2025 r., ministerstwo finansów liczyło na radykalne zmniejszenie deficytu, który w ciągu trzech lat wojny osiągnął 10 bln rubli (445 mld zł). Oczekiwano, że wydatki przekroczą dochody tylko o 1,17 bln rubli (52 mld zł), czyli 0,5 proc. PKB. Jednak spadające ceny ropy naftowej i gwałtowne spowolnienie gospodarcze pokrzyżowały te optymistyczne plany.

Do końca lipca w federalnej kasie powstała "dziura" w wysokości 4,9 bln rubli (217 mld zł) — 4,4 razy więcej niż rok wcześniej, a co piąty rubel wydany przez rząd pozostał bez pokrycia z dochodów podatkowych.

Latem wprowadzono poprawki do ustawy budżetowej, które obniżyły plan dochodów z ropy i gazu o prawie 20 proc. i zwiększyły deficyt do 1,7 proc. PKB, czyli 3,8 bln rubli (169 mld zł). Jednak nawet ta prognoza najprawdopodobniej nie zostanie zrealizowana — poinformowało na początku tygodnia agencję Interfax źródło bliskie rządowi.

onet.pl


Branża odzieżowa jest jedną z najbardziej zanieczyszczających, zaraz po przemyśle wydobywczym, czyli takim ciężkim przemyśle, co wiąże się z dużymi emisjami gazów cieplarnianych, ale też z dużą chłonnością, jeśli chodzi o wodę, emisje i zużywanie chemikaliów. Jest to też branża, która generuje ogromne ilości odpadów. Dlatego jak pomyślimy sobie o szybkiej modzie, jako o takiej, w której dominuje zasada kupuj szybko i szybko pozbywaj się tego, co kupiłeś, żeby mieć miejsce na nowe ubrania, to mamy przepis na bardzo negatywny dla środowiska model biznesu. - dr Agata Rudnicka, UŁ.

„Szybka moda drastycznie zwiększyła światowe zużycie energii. W rzeczywistości odpowiada ona za 2 proc. całkowitego światowego zużycia energii. Ten wzrost zużycia jest wynikiem szybkich cykli produkcyjnych, zwiększonej produkcji i energochłonnych procesów produkcyjnych” – przekazał w komentarzu dla E24 Todd Leahy z międzynarodowego ośrodka analitycznego IEEFA. Takie kraje jak Chiny, Bangladesz, Indie, Wietnam, Pakistan i Kambodża to światowe centra produkcji tekstyliów, gdzie wysokie zapotrzebowanie na energię jest często zaspokajane przez elektrownie węglowe. Do tego dochodzą kwestie tkanin syntetycznych, barwników i procesów wykończeniowych.

Z kolei kraje zalewane odpadami tekstylnymi to w przeważającej mierze kraje o niższym PKB. Wśród nich przodują Ghana, Kenia i Maroko, które rozwinęły przemysł zajmujący się utylizacją odpadów poprzez spalanie – dodał Leahy.

A skąd się bierze wielka potrzeba utylizacji odzieży, w tym nieużywanej? Właśnie z szybkości. Jak przekazała Zofia Piwowarek, współzałożycielka INTU Circularity, wykładowczyni Uniwersytetu Łazarskiego na kierunku Prawo i Biznes w Modzie, w przeszłości pracująca dla ONZ przy projektach związanych ze zrównoważoną modą, obecnie sklepy są przepełnione towarem. W jednym sklepie znajduje się kilka, a nawet kilkaset tysięcy ubrań „i tak naprawdę w przeciągu dwóch tygodni taka firma jest w stanie całkowicie wymienić cały sklep”. „Obok produktów, które stoją miesiącami, mamy nieustanny zalew nowych trendów i marketingową presję, by kupować więcej. Efekt? Przy tak szerokim asortymencie zawsze coś zostaje w tyle” – wyjaśniła Piwowarek.

„Ten system się nie sprawdza. Nie ma dość ludzi, by to kupić. Produkujemy odzież, która nigdy nie zostanie włożona. Zbyt wiele ubrań zabija ubrania” – oświadczył dramatycznie w 2016 r. francuski projektant mody haute-couture Jean-Paul Gaultier.

Unia Europejska pozbywa się rocznie 5,6 mln ton odzieży i tekstyliów. Na całym świecie wyrzucamy ich aż 2,1 mld ton. Autorka słynnego reportażu „Modopolis” Dana Thomas określiła trafnie to zjawisko „modową bulimią”.

Moda, a w szczególności moda szybka (fast fashion), w dużej mierze opiera się na materiałach syntetycznych, takich jak poliester. Z prognozowanym udziałem w rynku przekraczającym 188 miliardów dolarów do 2027 roku, produkcja tekstyliów stanowi 2 proc. światowego zapotrzebowania na ropę naftową. Oznacza to, że firmy naftowe postrzegają tkaniny jako sposób na kontynuację, a nawet zwiększenie, produkcji. - Todd Leahy, IEEFA.

energetyka24.com


Kreml ogłosił, że od czerwca tego roku Rosja zdobyła około 2346 km kw ukraińskiego terytorium oraz przejęła kontrolę nad 130 miejscowościami. W te dane nie uwierzyli nawet rosyjscy milblogerzy powiązani z reżimem skrytykowali Ministerstwo Obrony oraz generała Walerija Gierasimowa za zawyżanie wyników, twierdząc, że rzeczywiste postępy są znacznie mniejsze. Według nich Rosja nie zdobyła nawet 1 tys. km kw. terytorium podczas lata. I taki wynik potwierdzają dane geolokalizacyjne, które zbierają analitycy. Zarówno rosyjscy, jak i zachodni, powiązani choćby z Instytutem Studiów nad Wojną.

Oznacza to, że rosyjska wielka letnia ofensywa okazała się niewypałem. Według dostępnych informacji, przed letnią ofensywą w Donbasie w 2025 roku Rosja skoncentrowała około 700 tys. żołnierzy. Mimo dużej koncentracji sił ofensywa nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Rosyjskie jednostki napotkały silny opór, co spowodowało znaczne straty w ludziach i sprzęcie.

Wysokim kosztem padł jedynie Czasiw Jar, którego zdobycie zajęło Rosjanom ponad 600 dni, a średnie tempo natarcia w tym czasie wynosiło 14 metrów dziennie. A jeśli do tego dodamy, że ich zdobycie kosztowało Rosjan życie ok. 7-8 tys. żołnierzy, to już całkowicie dobrze nie świadczy o rosyjskich dowódcach. Przy czym Czasiw Jar to nie jest jakaś wielka metropolia, aby walczyć o nią przez niemal dwa lata. Przed wojną liczyła ok. 12 tys. mieszkańców. Czyli wielkości Brzegu Dolnego, Aleksandrowa Kujawskiego, czy Koluszek. Same działania w tym rejonie toczyły się na odcinku szerokości 20 km, co przy froncie liczącym 1,5 tys. km stanowi zaledwie 1,3 proc. całości.

Rosjanom nie udało się zdobyć ani Pokrowska, który był głównym celem ofensywy, ani Welikiej Nowosiłki. Nie udało się także dotrzeć do granicy obwodu dniepropietrowskiego, co miało być symbolicznym znakiem "wyzwolenia" Donbasu. Nie doszło także do przełamania frontu, choć rosyjska propaganda bardzo by tego chciała. Rosyjskie media w zasadzie już przestały informować o sytuacji pod Dobropilem.

Wyłom, który w dalszej perspektywie pozwoliłby im obejść Myrnohrad począwszy od 25 sierpnia jest powoli likwidowany. Odzyskali m.in. Nowe Szachowe, Zapowidne oraz Kuczeriw Jar, leżące na południowy-wschód od miasta. Wszystkie miejscowości mają spore znaczenie operacyjne, ponieważ zabezpieczają drogę prowadzącą w głąb miasta oraz blokują Rosjanom poszerzenie klina w kierunku północnym. Te trzy miejscowości były kluczowe, ponieważ stanowiły oparcie dla rosyjskiej flanki i umożliwiały im rozwinięcie ataku na zachód.

Ukraińskie działania były prowadzone w sposób zdecydowanie bardziej elastyczny niż rosyjskie natarcie. Zamiast frontalnych ataków dużymi formacjami pancerno-zmechanizowanymi, które w obecnych warunkach kończą się zwykle stratami, Ukraina zastosowała taktykę podgryzania odciętych rosyjskich punktów oporu. Polegały one na krótkotrwałym, ale skoordynowanym użyciu oddziałów piechoty wspartej dronami szturmowymi i artylerią lufową.

Każdy kontratak poprzedzało intensywne rozpoznanie powietrzne, które wyłapywało rosyjskie pozycje, w tym ukryte transportery opancerzone i stanowiska artylerii u podstawy wyłomu. Dopiero po ich zneutralizowaniu ogniem artylerii samobieżnej do akcji wchodziły oddziały szturmowe.

Według doniesień Armyinform, w działaniach tych brały udział pododdziały jedenastu samodzielnych brygad i 1. Korpusu Azow, które są regularnie rotowane. Jednak choć Ukraińcy likwidują rosyjskie pozycje, to tych oddziałów zabrakło na innych odcinkach frontu, co komplikuje choćby sytuację na kierunku Konstatniniwki. Zmiana kierunku Rosyjskie ugrupowania, w tym elementy 36. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych, która prowadzi natarcie, koncentrują wysiłki na oskrzydleniu od południowego wschodu. Ich celem jest przede wszystkim przejęcie kontroli nad szlakami zaopatrzeniowymi, co przełoży się na destabilizację linii obrony. Według raportów ISW oraz Armyinform oddziały rosyjskie działają tu w dwu lub trzyosobowych grupach, często wspieranych przez artylerię dalekiego zasięgu i drony FPV.

Od północnego wschodu nacisk Rosjan jest bardziej zorganizowany i systematyczny. Wykorzystują tu główne drogi prowadzące w kierunku Konstantyniwki, próbując oskrzydlić ukraińskie pozycje przy użyciu zmotoryzowanych grup bojowych, czasem wspartych pojazdami gąsienicowymi i ogniem artyleryjskim.

Ukraińskie dowództwo utrzymuje tu linię obrony, wykorzystując naturalne przeszkody terenowe, pozycje ufortyfikowane oraz wspomagając działania piechoty i jednostek lekkiej artylerii i bezzałogowcami. W ostatnich tygodniach Ukraińcy przeprowadzali także ograniczone kontrataki na flanki rosyjskich ugrupowań, co zmuszało ich do zwinięcia pozycji.

Na kierunku Konstantyniwki sytuacja jest wciąż dynamiczna. Rosjanie wykazują zdolność do przeprowadzania lokalnych manewrów i zdobywania niektórych pozycji, ale nie odnotowano dotąd znaczącego przełamania linii obrony Ukrainy ani opanowania samego miasta. Ukraińska armia pozostaje zdolna do odpierania kolejnych ataków dzięki skutecznej koordynacji bezzałogowców uderzeniowych, artylerii i systemów rozpoznania.

Długoterminowo kierunek Konstantyniwki pozostaje newralgiczny. Ewentualne przełamanie ukraińskiej obrony w tym rejonie mogłoby umożliwić Rosjanom dalsze manewry w kierunku północno zachodnim i stanowić zagrożenie dla integralności całego sektora Pokrowska i Myrnohradu. Ukraińskie siły, aby utrzymać pozycję, będą musiały stale rotować jednostki, co jest dość mocno skomplikowane przez brak sił. Pokrowsk-Myrnohrad Myrnohrad znajduje się pod coraz większym naciskiem ze wschodu i północnego wschodu. Rosjanie próbują wykorzystać fakt, że ukraińska obrona opiera się tu na stosunkowo wąskim pasie terenów zurbanizowanych oraz dawnych kopalniach, które trudno utrzymać przy ciągłym ostrzale artyleryjskim.

Głównym celem przeciwnika jest zmuszenie Ukraińców do odwrotu w kierunku Konstantyniwki, co pozwoliłoby Rosjanom połączyć natarcie z południa i północy. Jeżeli Rosjanie zdołają połączyć natarcie z obu kierunków, miasto może znaleźć się w półokrążeniu. To zmusi Ukraińców do wycofania znacznych sił w kierunku Konstantyniwki. To będzie oznaczało, że w zasadzie los Pokrowska będzie niemal przesądzony. Dlatego też Ukraińcy bronią pozycji niemal za wszelką cenę. Rosjanom dopiero po ponad tygodniu udało się zlikwidować ukraiński wyłom pod Nowoekonomicznym, choć ci nie mieli zamiaru go rozszerzać, a wprost Armyinform poinformował, że wypad miał na celu jedynie odrzucenie jednego ze skrzydeł rosyjskiego uderzenia. Co też się udało.

Wejście w rosyjskie pozycje spowodowało, że Rosjanie zatrzymali swoje operacje i przerzucili w rejon wyłomu większe grupy piechoty. Ukraińcy wykorzystali ten czas, aby umocnić pozycje polowe na tym odcinku, których Rosjanie nadal nie są w stanie pokonać. 

onet.pl\Newsweek

czwartek, 4 września 2025



W dniach 31 sierpnia – 3 września Władimir Putin przebywał w ChRL, gdzie uczestniczył w szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW) w Tiencinie, a następnie odbył wizytę w Pekinie i był gościem honorowym na paradzie z okazji rocznicy zakończenia II wojny światowej i kapitulacji Japonii. W trakcie pobytu podpisano ok. 20 porozumień dwustronnych o charakterze ramowym i technicznym. Na marginesie szczytu doszło też m.in. do spotkania przywódców ChRL, Rosji i Mongolii. Według Gazpromu podpisano „prawnie wiążące memorandum” z chińską CNPC o budowie gazociągu Siła Syberii-2 biegnącego z Rosji przez terytorium Mongolii do północno-wschodnich Chin, a także uzgodniono zwiększenie dostaw za pośrednictwem istniejących gazociągów (łącznie o 8 mld m3 rocznie). Jak dotąd strona chińska nie potwierdziła jednak żadnych szczegółów dotyczących porozumień gazowych.

Szczyt był polityczną demonstracją skierowaną przeciwko USA i Zachodowi. Pokazał efekty kilkunastoletniego procesu rozszerzania SzOW. Z chińsko-rosyjskiego projektu kontroli nad Azją Centralną organizację przekształcono w kolejną platformę gromadzenia poparcia dla supermocarstwowych ambicji ChRL. Moskwa również de facto w pełni poparła chińską wizję przebudowy porządku światowego, którą uznaje za wspólną, a także uznała aspiracje Pekinu do przywództwa nad państwami Globalnego Południa. W zamian uzyskała dalsze wsparcie polityczne i perspektywy pogłębiania współpracy politycznej i gospodarczej – w tym ogólnikową obietnicę szansy na zwiększenie eksportu gazu ziemnego do Chin.

Komentarz
  • Na szczycie SzOW, przy poparciu Rosji, ChRL przeprowadziła słabo zawoalowany atak na USA i ich system sojuszy. Na spotkaniu Xi Jinping ogłosił „Inicjatywę na rzecz globalnego zarządzania”, która ma przeciwstawić się „zimnowojennej mentalności, hegemonizmowi i protekcjonizmowi” poprzez „przestrzeganie suwerennej równości państw, międzynarodowego porządku prawnego czy praktykowanie prawdziwego multilateralizmu”. W tym samym duchu sformułowano ogłoszoną na szczycie „Deklarację z Tiencinu Rady Głów Państw SzOW”. Przyjęto też – z chińskiej inicjatywy – szereg porozumień, które mają być realizowane w ramach „Strategii rozwoju SzOW do 2035 r.”. Priorytetami są wzmocnienie bezpieczeństwa regionalnego, zwalczanie terroryzmu i ekstremizmu oraz promowanie integracji gospodarczej – skupienie się na transporcie, energii i technologiach informacyjnych. Zdaniem Wang Yi, ministra spraw zagranicznych ChRL, to „dziesięcioletni plan budowy świata wielobiegunowego”.
  • Wspólna narracja historyczna dotycząca II wojny światowej, przypisująca zwycięstwo nad Państwami Osi wspólnej walce ZSRR i KPCh w Chinach, ma na celu uzasadniać pretensje Pekinu i Moskwy do przebudowy porządku międzynarodowego. Ma delegitymizować system globalny stworzony przez USA i ich sojuszników, pomniejszając ich rolę lub wręcz negując istotny wkład w zwycięstwo. Jest również propagandowym fundamentem de facto sojuszu chińsko-rosyjskiego, co stanowi przekaz do sceptycznych wobec zacieśniania stosunków grup w obydwu państwach. Wspólna narracja o „braterstwie przelanej krwi” potwierdza także rosnącą koordynację propagandową – liczne podpisane dokumenty dotyczyły współpracy instytucji medialnych. Jest też manifestacją trwałości przymierza i ma być dowodem braku możliwości jego rozbicia, na co ma nadzieję część amerykańskiego establishmentu. Ogromna, perfekcyjnie przygotowana parada umożliwiła Pekinowi zaprezentowanie nowoczesnego potencjału militarnego, który ma być dla Globalnego Południa kolejnym dowodem sukcesu chińskiego modelu modernizacji.
  • Wizyta w Chinach pozwoliła Putinowi po raz kolejny zademonstrować, że Rosja nie jest izolowana międzynarodowo. Rozmiar jej delegacji (m.in. dwóch wicepremierów, 10 ministrów, szefowie korporacji państwowych i przedstawiciele biznesu) podkreślił znaczenie, jakie mają dla Moskwy relacje z Pekinem. Kreml wysłał zarazem zakamuflowany sygnał Waszyngtonowi, licząc na uzyskanie większych ustępstw USA, zaniepokojonych postępującym uzależnieniem Rosji od Chin. Dla Moskwy korzystne jest również ocieplenie stosunków na linii Pekin–Nowe Delhi (obecny na szczycie premier Narendra Modi spotkał się z Putinem), które w obliczu ostatnich napięć indyjsko-amerykańskich umożliwia Rosji przynajmniej czasowe odwrócenie negatywnego trendu w jej relacjach z Indiami (...). Zaproszenie i umieszczenie Kim Dzong Una na drugim miejscu, zaraz za Putinem, na liście honorowych gości na paradzie to sygnał, że ChRL zaakceptowała pogłębioną współpracę FR i KRLD (...).
  • Rosyjskie doniesienia w sprawie gazociągu Siła Syberii-2 tworzą wrażenie postępu w rozmowach, ukrywając zarazem rzeczywisty brak wymiernych korzyści ekonomicznych. Choć Rosja i Chiny podpisały ponad 20 dokumentów dotyczących kooperacji w różnych obszarach (m.in. energetycznym, rolniczym czy badań kosmosu), nie mają one większego znaczenia gospodarczego. Mimo niepotwierdzonych przez stronę chińską wypowiedzi szefa Gazpromu Aleksieja Millera negocjacje wokół projektu Siła Syberii-2 najprawdopodobniej nie posunęły się naprzód. Uzyskanie zgody na to połączenie jest kluczowe dla Moskwy, jako że Chiny są jedynym odbiorcą zdolnym do zaabsorbowania dużego wolumenu surowca pochodzącego z zachodniosyberyjskich złóż, które przed wojną zasilały rynek europejski (Siła Syberii-2 ma przesyłać 50 mld m3 gazu rocznie). Jeżeli gazociąg zostanie uruchomiony w latach 30., eksport Gazpromu mógłby zwiększyć się o blisko jedną trzecią pod względem wolumenu, a sprzedaż do Chin wzrosłaby dwukrotnie. Kwestie kluczowe (formuła cenowa i rozłożenie kosztów inwestycji) nadal są przedmiotem rozmów. Stronom nie udało się także porozumieć w sprawie poszerzenia współpracy bankowej (wznowienia działalności systemu UnionPay w Rosji i honorowania kart płatniczych Mir w Chinach). Za przychylny gest w stronę Moskwy należy uznać wprowadzenie od 15 września na rok „próbnego” reżimu bezwizowego dla wszystkich Rosjan (dotąd dotyczył on tylko zorganizowanych grup).
osw.waw.pl


Dwa lata temu Colby ostrzegał, że amerykańska prawica, szczególnie ta nowa, redefiniująca się po erze „wiecznych wojen”, nie może pozwolić sobie na obojętność wobec rosnącej potęgi Chin. Jak twierdzi, zagrożenie ze strony Pekinu jest jakościowo odmienne od tych, z którymi mierzyły się Stany Zjednoczone w przeszłości i „znacznie poważniejsze niż to, które stwarzały »państwa zbójeckie«, terroryzm czy nawet Rosja”.

Colby odwołuje się do naturalnego instynktu konserwatystów, by unikać kosztownego interwencjonizmu i uzdrawiać amerykańską politykę zagraniczną przez pryzmat interesów zwykłego obywatela. Jednak ostrzega, że jeśli USA pozwolą Chinom zdobyć hegemonię nad Azją, będzie to oznaczać nie tylko porażkę geostrategiczną, ale i degradację ekonomiczną społeczeństwa amerykańskiego. Bo – jak pisze – „zastąpienie Stanów Zjednoczonych przez Chiny jako najważniejszą gospodarkę światową oznaczałoby z definicji spadek dobrobytu i bezpieczeństwa ekonomicznego Amerykanów”.

Wizja przedstawiona przez Colby’ego to nie świat równowagi czy współistnienia, ale podporządkowany chińskim interesom, w którym centrum ekonomiczne, regulacyjne i technologiczne przenosi się do Azji – a dokładniej do Pekinu. Jego zdaniem Chiny chcą stworzyć ogromną, bezpieczną strefę wpływów gospodarczych, która zapewni im dostęp do rynków zbytu, surowców, danych i inwestycji – wszystko to w skali, która pozwoli im „wyprzedzić i zastąpić USA”. Jak zauważa, naturalnym centrum tej strefy będzie Azja, która już wkrótce będzie odpowiadać za ponad połowę światowego PKB.

Taka dominacja oznaczałaby, że Stany Zjednoczone straciłyby wpływ na podstawowe procesy gospodarcze i technologiczne świata, a wszelkie próby reindustrializacji, repatriacji łańcuchów dostaw czy ochrony własności intelektualnej stałyby się iluzoryczne. Colby pyta: „Jak dużo akademickich badań i własności intelektualnej można by utrzymać w USA, gdyby najważniejsze konferencje i źródła finansowania znajdowały się po drugiej stronie Pacyfiku?”.

Co więcej, taka sytuacja nie byłaby jedynie przegraną w grze o wpływy – to byłaby strukturalna zmiana układu sił, w której Stany Zjednoczone z głównego rozgrywającego stałyby się petentem.

Zamiast lobbować w Waszyngtonie, innowatorzy i przedsiębiorcy musieliby szukać aprobaty w Pekinie – nowym centrum światowej regulacji, waluty i technologii.

Colby nie ogranicza się jednak do alarmistycznych diagnoz. Proponuje realistyczne rozwiązanie: strategię odmowy (denial defense), czyli budowę takiej siły militarnej i sieci sojuszy, która uniemożliwi Chinom zdobycie i utrzymanie kluczowych terytoriów w Azji. Kluczowy jest tutaj sojusz z krajami regionu, które – choć często handlują z Chinami – nie chcą żyć pod ich polityczną dominacją.

„Większość państw chce korzystać z chińskiego bogactwa, ale nie chce żyć pod jego butem” – pisze Colby. Problem w tym, że Pekin coraz chętniej sięga po instrumenty przymusu – w tym również militarnego. Dlatego właśnie – podkreśla Colby – „jeśli Pekin nie będzie mógł zdobyć i utrzymać terytorium państwa sojuszniczego, prawdopodobnie nie podporządkuje sobie zdecydowanych państw”.

Tym, co szczególnie wyróżnia analizę Colby’ego, jest spójność jego argumentów z filozofią polityczną Nowej Prawicy, która coraz wyraźniej odrzuca globalistyczne dogmaty ery neoliberalnej. Przypomina on, że „wbrew prognozom Toma Friedmana i jemu podobnych, to kto sprawuje władzę – i w jakim celu – ma ogromne znaczenie także dla ekonomii”. Konserwatyści od dawna wiedzą to na gruncie polityki krajowej, a Colby przekonuje, że pora przenieść tę świadomość na poziom polityki globalnej.

Jego przesłanie do Nowej Prawicy jest jasne: walka o interesy klasy średniej i suwerenność ekonomiczną USA wymaga twardej strategii wobec Chin, nie dlatego, że Nowa Prawica ma wrócić do starego interwencjonizmu, ale dlatego, że brak działania oznacza realną stratę – i to nie tylko w punktach procentowych PKB, ale również w pozycji USA jako wolnego, samostanowiącego państwa.

Choć Colby uchodzi w niektórych kręgach za architekta przyszłej polityki obronnej USA, jego nominacja na stanowisko podsekretarza obrony ds. polityki wywołuje gwałtowne kontrowersje nie tylko wśród demokratów, ale też wewnątrz obozu Trumpa. „Colby coraz bardziej oddala się od rzeczywistych poglądów prezydenta” – powtarzają z niepokojem nawet jego dotychczasowi sojusznicy. Wskazują, że jego doktryna – skupienie się wyłącznie na Chinach i niemal całkowite porzucenie Europy oraz Bliskiego Wschodu – przypomina bardziej zwrot w kierunku Azji z czasów Obamy niż politykę „America First” firmowaną przez Trumpa.

W tym sensie Colby staje się dla Demokratów figurą podwójnie dwuznaczną. Z jednej strony jego biografia – współpraca z CNAS i WestExec Advisors, think tankami wyrosłymi z administracji Obamy – sugeruje im bliskość ideologiczną. Z drugiej – jego pomysły na demilitaryzację zaangażowania USA w Europie i ostrożne podejście wobec Iranu oraz Rosji są dla demokratycznego establishmentu równie podejrzane jak dla republikańskich jastrzębi. Gdy Colby twierdzi, że „Ameryka mogłaby przetrwać bez Tajwanu” i że „uderzenie w irański program nuklearny byłoby błędem większym niż sam fakt posiadania przez Teheran broni jądrowej” – nie brzmi to jak głos człowieka, który zamierza realnie odstraszać przeciwników Stanów Zjednoczonych.

Demokraci nie ufają mu także dlatego, że jego deklarowany realizm coraz częściej wygląda jak cyniczne wycofywanie się z globalnych zobowiązań pod płaszczykiem pragmatyzmu. W ich oczach to polityka kosztów i rachunków, a nie wartości i zobowiązań. Sceptycy pytają: skoro Colby sam uważa, że Tajwan to „ważny, ale nie egzystencjalny interes USA”, to dlaczego akurat on ma być odpowiedzialny za strategiczne myślenie o przyszłości regionu Indo-Pacyfiku?

Co więcej, zarzuca się mu niekonsekwencję i tendencję do przesuwania definicji interesu narodowego zgodnie z aktualnym trendem. Gdy argumentował, że USA nie stać na obecność w Europie i na Bliskim Wschodzie, uzasadniał to potrzebą koncentracji na Chinach. Ale gdy napięcia w Azji Wschodniej rzeczywiście wzrosły, zaczął publicznie powątpiewać, czy obrona Tajwanu jest w ogóle możliwa – wskazując, że „Ameryka wyczerpała zapasy” i że „Tajwańczycy sami wydają za mało na obronność”.

To wszystko sprawia, że demokraci postrzegają Colby’ego jako człowieka „znikąd i zewsząd” – jednego dnia związanego z realistycznym skrzydłem Partii Republikańskiej, drugiego – konsultanta z firm zakładanych przez ludzi Obamy, a trzeciego – krytyka samego Trumpa, który „nie posłuchał jego ostrzeżeń” w sprawie Iranu. Problem polega na tym, że wiceminister nie tyle buduje strategię – ile próbuje jednocześnie uczestniczyć we wszystkich możliwych narracjach. A to w polityce bezpieczeństwa może być groźniejsze niż każda ideologia.

(...)

A co amerykański polityk myśli o Polsce i jej sytuacji geopolitycznej? Kiedy trwała kampania przed ostatnimi wyborami w USA z trumpowskim strategiem rozmawiał Kamil Turecki. Colby formułuje niezwykle wyraźne przesłanie: Polska znajduje się dziś w wyjątkowo korzystnej pozycji strategicznej, a Europa, zwłaszcza jej zachodnia część, powinna podążyć jej śladem. Jak mówi: „Polska zasługuje na ogromne uznanie, ponieważ ma w planach wydawanie 5 proc. swojego PKB na obronę”. Podkreśla przy tym, że Warszawa nie jest problemem w sojuszu transatlantyckim, przeciwnie – to przykład odpowiedzialnego państwa frontowego, które poważnie traktuje rzeczywistość strategiczną.

W ostrym kontraście do postawy Polski amerykański wiceminister przedstawia Niemcy, które według niego nie wywiązały się ze zobowiązań wobec NATO i „od 30 lat wydają nieco ponad 1 proc. PKB na obronność”. Na tle geopolitycznych wyzwań – zwłaszcza wojny w Ukrainie i zagrożenia ze strony Chin – taka postawa jest, jego zdaniem, nieakceptowalna. Amerykanin podkreśla, że to nie Stany Zjednoczone, ale Europa – z Berlinem, Paryżem i Londynem na czele – powinna wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo kontynentu.

Polityk nie ukrywa, że USA są obecnie przeciążone. Wprost mówi, że amerykańskie zasoby wojskowe są zbyt ograniczone, by prowadzić równocześnie dwa duże konflikty – w Europie i Azji. „Nie mamy armii, która byłaby w stanie prowadzić więcej niż jedną poważną wojnę naraz” – mówi. Jego zdaniem największym strategicznym zagrożeniem dla USA są dziś Chiny, a nie Rosja, dlatego priorytetem Waszyngtonu musi być obszar Indo-Pacyfiku. To oznacza, że Europa, jeśli chce nadal cieszyć się amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa, musi realnie się dozbroić.

„Czy powinniśmy poświęcić nasze interesy w Azji z powodu inercji Europy?” – pyta retorycznie i sugeruje, że prośby Europy Zachodniej o zwiększenie amerykańskiej obecności militarnej mogą spotkać się z odmową, jeśli nie będzie im towarzyszyć konkretne zobowiązanie po stronie europejskich partnerów.

(...)

To nie tylko teoretyk nowej ery rywalizacji mocarstw, ale też autor intelektualnego rusztowania, które dziś zaczyna kształtować realną politykę Pentagonu.

Jego myśl można sprowadzić do jednego zasadniczego imperatywu: jeśli chcesz odstraszać, musisz być gotów działać – szybko, precyzyjnie i eskalacyjnie.

Wiceszef Pentagonu wychodzi od diagnozy brutalnej i pozbawionej złudzeń: największym zagrożeniem w epoce po zimnej wojnie nie jest wojna totalna, lecz strategia błyskawicznego uderzenia, które stawia przeciwnika przed faktem dokonanym. To właśnie – przekonuje – uczyniła Rosja na Krymie i to samo planują Chiny względem Tajwanu. „Przewaga przypadnie temu, kto pierwszy podejmie ryzyko i zdoła utrzymać zajęte terytorium” – pisze Colby. W takiej logice liczy się nie liczba dywizji, ale tempo decyzji i gotowość do ponoszenia kosztów.

Z tego założenia wynikają jego najbardziej kontrowersyjne postulaty.

Po pierwsze: ograniczona wojna jądrowa jest realna, a nawet – w pewnych warunkach – racjonalna. Colby domaga się budowy arsenału nuklearnego zdolnego do „selektywnych i użytecznych” uderzeń, np. przeciwko flotom inwazyjnym. Przypomina, że samo przekroczenie nuklearnego Rubikonu – o ile jest kontrolowane – może działać odstraszająco, zmuszając przeciwnika do kalkulowania ryzyka. Dla wielu to herezja, ale dla Colby’ego – niezbędny element wiarygodności odstraszania.

Po drugie, Trumpowski ideolog zrywa z tabu „no first use” i formułuje koncepcję eskalacyjnej przewagi, zakładającą, że to nie ostatnie, lecz pierwsze kroki w eskalacji mogą przesądzić o wyniku konfliktu. Ameryka nie powinna więc ograniczać się do deklaratywnej siły, ale mieć w ręku wachlarz opcji – od cyberataków, przez konwencjonalne uderzenia, po niskojądrowe riposty – które przesuwają ciężar eskalacji na barki Pekinu czy Moskwy.

Z tą koncepcją wiąże się jego czwarty postulat: budowy nowoczesnej, elastycznej doktryny nuklearnej. Takiej, która dopuszcza broń o obniżonej sile rażenia, mniej radioaktywne uderzenia, nowe środki przenoszenia. To nie apokaliptyczne bomby z czasów MAD (doktryna wzajemnego gwarantowanego zniszczenia), ale chirurgiczne narzędzia politycznego nacisku. To także powrót do myślenia o broni jądrowej jako instrumencie gry geopolitycznej, a nie tylko jako ostateczności.

Wreszcie – i to dla Europy najważniejsze – Colby przypomina, że wiarygodność sojuszy nie wynika z moralnych deklaracji, lecz z przekonania przeciwnika, że USA naprawdę podejmą działanie – nawet za cenę eskalacji. W świecie wzajemnego zagrożenia totalną destrukcją kluczowa jest zdolność zarządzania ryzykiem w taki sposób, by to Moskwa lub Pekin musiały kalkulować, czy gra jest warta świeczki.

Wszystko to razem składa się na myśl, która – choć uformowana w 2018 roku – dziś znajduje coraz silniejsze odbicie w realnych debatach strategicznych Waszyngtonu. Ale jej konsekwencje dla Polski i Europy Środkowej są poważne: zastępca sekretarza obrony nie kryje, że Europa nie jest już głównym teatrem interesów USA.

Jeśli Ameryka ma się skoncentrować na Chinach, to od naszych rządów zależy, czy potrafimy zbudować lokalne mechanizmy odstraszania.

oko.press


Im większe nierówności ekonomiczne w społeczeństwie demokratycznym, tym większe jest ryzyko przejęcia władzy przez autokratę. Dzieje się tak, ponieważ w takiej sytuacji ludzie zdają sobie sprawę, że rosnąca fala nie uniesie wszystkich łodzi. Wynikające z tego poczucie pozostawania w tyle może podważyć zaufanie do "elitarnych" instytucji. Na przykład Henry E. Brady i Thomas B. Kent z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley łączą stale malejące w ciągu ostatniego półwiecza zaufanie do instytucji amerykańskich – w tym sądownictwa, Kongresu, prasy i władzy wykonawczej – z pogłębiającą się nierównością.

Ponadto nierówność ma tendencję do korelowania z polaryzacją polityczną, która jest kolejną przyczyną regresu demokracji. Kiedy wyborcy postrzegają swoich przeciwników jako wrogów, są bardziej skłonni tolerować ataki swoich przywódców na instytucje demokratyczne.

Cyniczna, spolaryzowana opinia publiczna gra na korzyść potencjalnych autokratów. Dotyczy to zarówno prawicowych etnonacjonalistów [którzy uważają, że do narodu należą wyłącznie osoby o tej samej tożsamości etnicznej, a nie te, które mają takie samo obywatelstwo czy kulturę], takich jak Trump czy premier Indii Narendra Modi, jak i lewicowych populistów, takich jak prezydent Wenezueli Nicolas Maduro czy były prezydent Meksyku Andres Manuel Lopez Obrador (powszechnie znany jako AMLO). Wszyscy oni wykorzystali niezadowolenie społeczne, podsycając partyjne nieporozumienia i sceptycyzm wobec instytucji demokratycznych.

Jednak choć potencjalni autokraci mogą zdobyć głosy klasy robotniczej i obywateli o niskich dochodach, obarczając winą za ich problemy elity polityczne, imigrantów i grupy interesów, strategia ta staje się mniej wiarygodna, gdy już dojdą do władzy. Dlatego wielu z tych przywódców – zwłaszcza tych, którzy wywodzą się z tradycyjnych partii konserwatywnych – przyjęło politykę redystrybucji dochodów i bardziej hojne wydatki socjalne.

W Indiach nacjonalistyczna partia Baratija Janata Party Modiego, która pierwotnie przemawiała bardziej do hindusów z wyższych kast, uznała, że aby wygrać wybory, musi poszerzyć swoje poparcie wśród Hindusów z niższych kast i o niskich dochodach. Tak więc, mimo że Modi podwoił wysiłki na rzecz hinduskiego nacjonalizmu i islamofobii, wdrożył zakrojone na szeroką skalę programy pomocy społecznej, od budowy latryn po dystrybucję paliw do gotowania. Również w Europie prawicowi etnonacjonaliści odstąpili od ortodoksyjnej idei małego rządu, która od dawna charakteryzowała partie konserwatywne.

Mniej zaskakujące jest to, że lewicowi populiści również połączyli politykę na rzecz ubogich z działaniami mającymi na celu osłabienie demokratycznych rządów. Podczas swojej kadencji jako prezydent Meksyku w latach 2018–2024 AMLO podwyższył płacę minimalną i emerytury, jednocześnie umacniając swoją władzę poprzez ataki na prasę, sądownictwo i niezależny organ nadzorujący wybory w tym kraju.

Trump obrał jednak inną drogę, posługując się populistyczną retoryką i nieustannie pogłębiając przepaść między bogatymi a biednymi. Wybitne osobistości ruchu MAGA (Make America Great Again) Trumpa, w tym wiceprezydent J.D. Vance, senator stanu Missouri Josh Hawley i wieloletni sojusznik Trumpa Steve Bannon, ostrzegają, że zwolennicy prezydenta z klasy robotniczej mogą stracić złudzenia. Chociaż Trump dotychczas utrzymywał swoje poparcie dzięki brutalnym represjom wobec imigrantów, skupieniu się na prawie i porządku oraz innym taktykom silnej ręki, pogłębianie nierówności, które napędzały jego wzrost, może przyspieszyć jego wypadnięcie z łask MAGA.

W międzyczasie demokraci powinni wykorzystać nadchodzący wzrost nierówności jako okazję do ponownego zdefiniowania swojego przesłania, promując politykę wspierającą klasę robotniczą i poprawiającą dostępność cenową. Partia musi liczyć się z przejęciem jej przez korporacje i grupy interesów finansowych – to los, który spotkał również wiele partii lewicowych i centrolewicowych w Europie.

Nawet jeśli Trumpowi uda się odwrócić uwagę od zbliżających się konsekwencji swojej ustawy budżetowej i uniknąć gniewu swoich zwolenników w obliczu rosnących nierówności, Partia Demokratyczna musi wykorzystać nowy budżet – który zabiera biednym, aby dać bogatym – do odbudowy swojej platformy politycznej. Platforma ta musi skupiać się na polityce, która rzeczywiście służy interesom klasy średniej i robotniczej oraz zwalcza nierówności dochodów u ich źródeł. Socjaldemokracja może stanowić ostatnią szansę na powstrzymanie rosnącego autorytaryzmu.

onet.pl

środa, 3 września 2025



Maciej Danielewicz: - Rozmowy o pokoju w Ukrainie, perspektywy polityki pieniężnej w USA czy Trump i jego presja na podporządkowanie sobie banku centralnego? Które z tych wydarzeń zdecydują o losach globalnej giełdowej hossy?

Piotr Kuczyński: Te sprawy są faktycznie najważniejsze dla światowych rynków finansowych. Ale ich wpływ na pieniądze inwestorów będzie inny w każdym rejonie świata. Gdyby – co się raczej, moim zdaniem, nie wydarzy – doszło do zawarcia pokoju Rosja-Ukraina, to polski rynek eksplodowałby z zadowolenia, a złoty by się umocnił. Bylibyśmy jednym z największych beneficjentów zawieszenia wojny. Ale na razie chyba ku temu nie idziemy.

Dla globalnych rynków finansowych niewątpliwie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych mają większe znaczenie niż to, co się dzieje w Europie. Jeżeli Wall Street dostanie kataru, to cały świat będzie miał grypę. A katar może się przydarzyć w związku z relacjami na linii Donald Trump – Jerome Powell. Wiemy, że niechęć prezydenta USA do szefa banku centralnego jest olbrzymia. Żeby było zabawniej, Jerome Powell został wybrany na szefa Fed właśnie przez Donalda Trumpa podczas jego pierwszej kadencji. No, ale teraz się nie kochają.

Trump chce, żeby stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych spadały, bo chce pomóc gospodarce. I pokazać, że za jego prezydentury to dopiero gospodarka hula! Do tego potrzebne są tańsze kredyty, więc i niższe stopy procentowe. Trump obrzuca Powella niecenzuralnymi słowami, które nie przystoją prezydentowi. Powell na pytania dziennikarzy zawsze odpowiada: „My polityką się w Fed nie zajmujemy. Nie będziemy tego komentować”.

Trump chciał wyrzucić Powella przed upływem kadencji, która kończy się w maju przyszłego roku. Chyba już odszedł od tej narracji, ale za to teraz zapowiada, że wyznaczy następnego szefa Fed już we wrześniu tego roku.

- Czy to osłabi pozycję Powella na rynkach finansowych jako kreatora polityki pieniężnej USA?

Prezydent otwarcie mówi, że chciałby mieć dużo większy wpływ na bieżące decyzje podejmowane przez bank centralny. To absolutne bluźnierstwo. Niezależność banku centralnego by w takiej sytuacji prysła. Prezydent Trump wszedłby w buty prezydenta Recepa Erdogana z Turcji, który zmieniał szefów banków centralnych jak rękawiczki, bo mu się nie podobała ich polityka. A co się działo z lirą turecką przy takim wpływie polityków na bank centralny, to mogliśmy obserwować. Prezydent Erdogan doprowadził do potężnego osłabienia liry.

- Przewodniczącym Fed pozostaje jednak Powell. Czy Pana zdaniem jego wypowiedzi na sympozjum bankierów w Jackson Hole przybliżają nas do dużych cięć stóp procentowych w USA, co zapewne pomogłoby hossie na światowych giełdach? 

On stara się zazwyczaj być bardzo ostrożny, a ostatnio jest… ostrożny jeszcze bardziej. Ta ostrożność obecnie jest bardziej wskazana niż kiedykolwiek, bo – tak jak mówiłem – prezydent Trump chce zmienić sposób funkcjonowania Fed. To jest naprawdę niebezpieczne.

Jak słyszę o potencjalnych następcach Jerome’a Powella, o możliwych zmianach prawnych dotyczących Fed, o potencjalnym wpływie, jaki może uzyskać prezydent USA na działanie banku centralnego, to się dziwię, że za euro inwestorzy płacą tylko 1,17 dolara. Sytuacja inwestorów w Stanach Zjednoczonych podczas tej prezydentury jest trudna.

- Czyli Ameryka, dolar, amerykańskie obligacje to nie jest już – jak dotychczas – bezpieczna przestań? W ostatnich tygodniach inwestorzy zdawali się wierzyć, że jednak amerykańskie aktywa wciąż nią są.

Sytuacja wyglądała fatalnie w kwietniu, kiedy prezydent Trump wyszedł z propozycją ceł wzajemnych. Amerykanie uwielbiają akronimy i wówczas taki nowy akronim powstał: TIARA. To ozdoba na włosy, ale inwestorzy rozpisali to słowo jako There is a real alternative. Chodzi o to, że są inne, lepsze opcje inwestycyjne, poza Stanami Zjednoczonymi. Na tym skorzystała również warszawska giełda. Ale również real brazylijski, również inne waluty krajów rozwijających się i polski złoty też na tym korzystał. To była ucieczka części kapitału ze Stanów Zjednoczonych.

- Ta TIARA to chyba głos rozpaczy inwestorów. Jak można wyjść z rynku, który skupia największe i najbardziej innowacyjne spółki świata, połowę kapitalizacji światowych rynków kapitałowych, na którym handluje się najpopularniejszymi obligacjami świata i walutą, która ma 60-procentowy udział w światowym handlu? 

Teraz to się trochę uspokoiło. Ale jeżeli prezydent Trump zacznie rzeczywiście mieć widoczny wpływ na działanie Fed, to… może być różnie. Wtedy naprawdę nie chciałbym być blisko dolara. Trzeba się będzie również zmierzyć z kwestią wiarygodności danych makro nadchodzących z USA. Dotąd czasem marudziliśmy, że dane z rynku pracy są weryfikowane po miesiącu, dwóch. BLS, czyli Bureau of Labor Statistics, podawało ostatnio dane z rynku pracy i zrobiło weryfikację wcześniejszych odczytów. Na tyle dużą, że to doprowadziło Trumpa do furii. W związku z tym wyrzucił szefową tego biura.

- Sądzi Pan, że rynki finansowe będą teraz ostrożniej patrzyły na dane z USA?

Ja już to widzę, i w serwisie Bloomberga, i w Reutersie. A trzeba brać pod uwagę, że BLS podaje również dane o inflacji. W związku z tym, gdy ostatnio BLS podawał całkiem niezłe dane o inflacji w USA, to ja już nie wiedziałem – wierzyć w nie czy nie wierzyć? Coraz więcej poważnych agencji mówi, że będą się pojawiały prywatne biura, prywatne ośrodki naukowe, które będą podawały dane inne niż te oficjalne, rządowe. Bo rządowe nie będą już uznawane za wiarygodne.

- Do jakiego poziomu mogą spaść stopy procentowe w USA?

Najwięksi optymiści mówią o trzech obniżkach, w sumie o 75 pkt bazowych. Wtedy stopy spadłyby do poziomu 3,5–3,75%. To wydaje się prawdopodobne, ale jeżeli rzeczywiście inflacja będzie rosła, to członkowie Fed mogą zmienić zdanie w sprawie obniżek.

Powell powiedział na ostatniej konferencji prasowej wyraźnie, że jeżeli chodzi o wpływ polityki celnej Stanów Zjednoczonych na inflację, to jesteśmy dopiero na początkowym etapie tego wpływu. Inaczej mówiąc, jego zdaniem tym, co w tej chwili widzimy, nie należy się przejmować. Mamy niewielkie zmiany inflacji, ale zobaczymy dużo, dużo większe. Trump twierdzi co prawda, że cła spowodują tylko jednorazowe zmiany cen, a już za rok będziemy mieli wyższą bazę i inflacja spadnie.

Ale Powell nie wyklucza, że poza tym jednorazowym wpływem, cła będą miały jednak wpływ bardziej długofalowy na amerykańską gospodarkę i na inflację. Dla mnie jest to oczywiste, bo jeśli bardzo wiele rzeczy zdrożeje, to zdrożeją również usługi. Jak zdrożeją usługi, to będzie presja na rynek pracy, na wynagrodzenia, i mamy jak w banku efekt drugiej rundy, czyli kolejne wzrosty cen.

- Jak ta perspektywa wpłynie na dolara? Czy ten docelowy wpływ ceł na inflację i stopy procentowe już jest zawarty w cenie dolara?

Nie, według mnie dolar tego jeszcze nie wycenił. I – jak mówiłem – dolar nie wycenił wielu rzeczy negatywnych dla tej waluty. Ani obniżek stóp, ani wpływu administracji na Fed, czyli sytuacji, kiedy istnieje ryzyko, że bank centralny traci niezależność. Poza tym – Donald Trump chce mieć słabszego dolara. Dlatego, że słabszy dolar to większa konkurencyjność gospodarki. Słaby dolar ma pomoc gospodarce amerykańskiej. W związku z tym, jeżeli oni sami chcą mieć słabego dolara, to będą go mieli. Tak zakładam.

Słaby dolar może być korzystny dla eksportu. Konkurencyjność gospodarki amerykańskiej rośnie. Jest jedna rzecz, o której ciągle mówię: bardzo łatwo jest rozpocząć taki proces, trudniej zakończyć. Pamiętamy porozumienie Plaza Accord z 1985 r., kiedy najważniejsze postaci zarządzające pięcioma największymi wówczas gospodarkami świata zdecydowali o osłabieniu dolara. Po dwóch latach trzeba było zawierać kolejne porozumienie – Louvre Accord, bo dolar był… za słaby. Żebyśmy przypadkiem nie poszli w tym kierunku.

subiektywnieofinansach.pl


Przywódca Chin Xi Jinping, inaugurując defiladę z okazji 80. rocznicy kapitulacji Japonii i zakończenia II wojny światowej na Dalekim Wschodzie, stwierdził w środę, że naród chiński "zdecydowanie stoi po właściwej stronie historii, po stronie postępu ludzkości". Na trybunie honorowej zasiedli przywódcy Rosji i Korei Płn. - Władimir Putin i Kim Dzong Un.

W transmitowanym przez telewizję przemówieniu na placu Tiananmen w Pekinie, Xi Jinping podkreślił, że "chińska wojna ludowa oporu przeciwko japońskiej agresji stanowiła ważną część światowej wojny antyfaszystowskiej". - Naród chiński, kosztem ogromnych ofiar, wniósł wielki wkład w ratowanie Europy i obronę pokoju na świecie - dodał przywódca, ubrany w mundur w stylu przewodniczącego Mao Zedonga.

Chiński przywódca zaapelował o budowanie "społeczności o wspólnej przyszłości dla ludzkości", ostrzegając przed powtórką historii. Podkreślił, że naród chiński "nie boi się przemocy, opiera się na własnych siłach i stale się doskonali". Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (ALW) ma "wiernie wypełniać swoje święte obowiązki", chronić jedność państwa i przyczyniać się do "wielkiego odrodzenia narodu chińskiego".

Po dziesięciominutowym przemówieniu Xi dokonał przeglądu wojsk.

W defiladzie, określanej jako największa parada wojskowa w historii komunistycznych Chin, uczestniczyło ponad 10 tys. żołnierzy z 45 formacji wojskowych, w tym oddziały piechoty, sił powietrznych, marynarki wojennej, wsparcia informatycznego, które pojawiły się po raz pierwszy, oraz formacje historyczne.

Wzdłuż alei Chang'an przecinającej plac Tiananmen przejechały setki pojazdów wojskowych z najnowocześniejszym uzbrojeniem. Jak podkreślono, większość sprzętu została zaprezentowana po raz pierwszy. Wśród nich można było dostrzec międzykontynentalne pociski balistyczne (ICBM), takie jak DF-61, DF-31BJ, pociski manewrujące YJ-19 i CJ-1000.

Na platformach zaprezentowano nowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, jak HQ-9C, pociski przeciwokrętowe i podwodne, w tym YJ-15, systemy radarowe oraz jednostki bezzałogowe powietrzne i morskie. Zadebiutował także czołg podstawowy typu 99A, wyposażony w działo kalibru 125 mm.

Nad ponad 50 tys. widzów zgromadzonych na placu centralnym stolicy przeleciały helikoptery, tworząc kształt liczby 80. Nastąpił także przelot eskadr z udziałem ponad 100 samolotów, w tym myśliwców, bombowców oraz samolotów transportowych.

Na zakończenie wypuszczono 80 tys. "gołębi pokoju".

Na trybunie honorowej wśród zagranicznych gości znaleźli się przedstawiciele 26 państw, m.in. przywódcy Rosji i Korei Północnej - Władimir Putin i Kim Dzong Un - oraz prezydent Iranu Masud Pezeszkian. Najwyżsi rangą przedstawiciele Europy, którzy obecni byli na defiladzie, to prezydent Serbii Aleksandar Vucić i premier Słowacji Robert Fico.

Podczas transmisji państwowej telewizji CCTV pokazano gestykulującego Xi Jinpinga, który wymienił kilka słów z Kim Dzong Unem.

(...)

PAP