sobota, 30 sierpnia 2025



Oficjalnie Rosjanie twierdzili, że pełna inwazja na Ukrainę to będzie spacerek.

John Sullivan, wówczas ambasador USA w Rosji, pamięta, jak jesienią 2021 roku rozmawiał z szefem rosyjskiej rady bezpieczeństwa Nikołajem Patruszewem, który był absolutnie pewny, że Rosja może zgnieść Ukrainę.

– Patruszew nie owijał w bawełnę – wspominał Sullivan. – Mówił: "Możemy to zrobić. Znowu jesteśmy mocarstwem". Opisałbym to tak, że wszystko było już postanowione, a oni mieli absolutną wiarę we własne możliwości. Chciał przekazać: "Nie będziemy mieli problemu, by zrobić to, co chcemy". Amerykanie obawiali się, że Patruszew ma rację. Od wielu lat z analiz Pentagonu wynikało, że zmodernizowane rosyjskie wojsko nabrało energii i jest zdolne do precyzyjnego działania. Putin co roku chełpił się, że wzmocnił tradycyjne rosyjskie siły obronne pociskami hipersonicznymi nie do zatrzymania, zaprojektowanymi tak, by ominąć najbardziej zaawansowane zachodnie systemy obronne. Każdy przegląd ukraińskich możliwości bojowych i uzbrojenia w porównaniu z rosyjskimi odpowiednikami wyraźnie wskazywał przewagę jednej strony: Międzynarodowy Instytut Badań Strategicznych doniósł w 2021 roku, że Ukraina wydawała na zbrojenia dziesięć razy mniej od Rosji. Personel rosyjskich sił zbrojnych był pięciokrotnie liczniejszy od ukraińskiego, a pula rezerwistów – dwukrotnie. A w kwestii sprzętu – bombowców, myśliwców odrzutowych, rakiet atomowych i balistycznych, okrętów podwodnych, czołgów – nie było nawet porównania.

(...)

Dwa tygodnie przed wybuchem wojny w Waszyngtonie przeważało przekonanie – powtarzane w nieskończoność we wszystkich telewizjach informacyjnych – że Kijów upadnie kilka dni po przekroczeniu przez Rosjan granicy. Jak przystało na Waszyngton, konwencjonalna mądrość okazała się nic niewarta w dwa tygodnie po inwazji.

Ku powszechnemu zdumieniu Kijów pozostał w rękach Ukraińców. Rosyjski plan obalenia i wymiany rządu zdał się na nic. Zełenski nadawał komunikaty każdego dnia. Wojsko stawiało opór i wchodziło w rytm walki, czekając na duże dostawy zachodniego uzbrojenia. Zachód już zawczasu uzgodnił pakiet sankcji, dzięki czemu można go było wprowadzić w życie w ciągu kilku godzin. Zamiast pogrążyć się w podziałach, Europejczycy przyjęli ukraińskich uchodźców z otwartymi ramionami, włączając ich do swych społeczeństw ze szczodrością, na którą kilka lat wcześniej nie mogli liczyć Syryjczycy.

Nagle wszyscy zaczęli się zastanawiać, jak długo Putin będzie w stanie kontynuować kosztowną bitwę o stolicę: amerykański wywiad podsłuchiwał rozmowy, w których Rosjanie omawiali strategiczny odwrót na przyjaźniejsze tereny na południu i wschodzie Ukrainy, te same, na których od 2014 roku toczyła się powolna wojna na wyniszczenie.

John Sullivan, jego zastępca Jon Finer i Mark Milley codziennie gromadzili się w centrum zarządzania kryzysowego w Białym Domu wraz z szefami agencji wywiadu, gdzie dowiadywali się, że wszystko, co im mówiono o tym, jak mają się potoczyć pierwsze dni wojny, było nieprawdą.

Szybko stawało się jasne, jak bardzo pomylił się w swoich kalkulacjach Putin – najpierw w szczegółach, potem w całości. Zaczęło się to już w pierwszych godzinach konfliktu. Zdjęcia satelitarne rzutowane na wielkie ekrany podziemnego kompleksu pod Zachodnim Skrzydłem pokazywały jeden po drugim niezrozumiałe rosyjskie błędy (do niektórych doszło dzięki pomocy Białego Domu). Podczas tajnego wyjazdu do Kijowa w połowie stycznia Bill Burns przestrzegł Zełenskiego i jego najważniejszych doradców, że rosyjska ofensywa zacznie się od próby zajęcia portu lotniczego w Hostomelu, położonego około trzydziestu kilometrów od centrum Kijowa. Informacja ta była kluczowa, bo to lotnisko – wykorzystywane niemal w całości do transportu towarowego – byłoby najlepszym sposobem na stworzenie mostu powietrznego do przerzutu żołnierzy, pojazdów i uzbrojenia, których Moskwa potrzebowała do zajęcia Kijowa.

Ostrzeżeni, ale nie całkiem przygotowani Ukraińcy zaimponowali swoim oporem od samego początku. Kiedy rosyjskie śmigłowce przyleciały rano w efektownych kolumnach, przewożących po sto lub więcej żołnierzy desantu, wiele z nich udało się zestrzelić, co uwieczniły filmy nagrane telefonami komórkowymi. Według amerykańskich szacunków w ciągu kilku godzin zginęło ponad trzystu rosyjskich spadochroniarzy, a Ukraińcy rozbijali kolejne fale helikopterów. Awaryjnie lądował nawet dowódca rosyjskiej operacji. Jeden z wyższych rangą wojskowych powiedział mi, że amerykańscy obserwatorzy byli zszokowani: – Oglądaliśmy to na żywo, zdumieni, że Rosjanie nie przejęli od razu kontroli nad przestrzenią powietrzną.

Rosjanom wreszcie udało się zająć lotnisko następnego dnia. W trakcie walk został zniszczony największy samolot na świecie – Antonow An-225 Mrija, który w dniu inwazji czekał w Hostomelu na serwis silników. Okazało się jednak, że dla Rosjan było to pyrrusowe zwycięstwo: port lotniczy i pasy startowe były tak zniszczone, że nie mogły odegrać roli, którą zaplanowano w Moskwie. Wiele miesięcy później jeden z wysokich rangą wojskowych powiedział mi, że "z perspektywy czasu widać, że była to jedna z wczesnych zapowiedzi dalszych wydarzeń".

/Uproszczony i zniekształcony opis wydarzeń - red./

Nie brakowało innych dowodów niewystarczającego przygotowania rosyjskich oddziałów do rzeczywistości nowoczesnej wojny. Żołnierze, którym mówiono, że jadą na "manewry" w Białorusi i na terenie Rosji, dzwonili z własnych komórek – przez ukraińskie sieci telefoniczne – do rodzin i partnerek ze skargami, że zostali okłamani i znaleźli się nagle na prawdziwym froncie. Inni zamieszczali posty na TikToku albo Instagramie. Ukraińcy umieli wykorzystać taką amatorszczyznę: nowi rekruci umieszczeni w ukrytych ośrodkach monitorowania pracowicie namierzali rosyjskie telefony i przekazywali ich położenie wojskowym, którzy przeprowadzali precyzyjne ataki na te pozycje.

Oficjele z Pentagonu obserwujący przebieg inwazji od razu zauważyli też, że rosyjskie zaopatrzenie i logistyka stanowiły beznadziejnie zagmatwaną sieć opóźnień. Rosjanie nie tylko mieli zapasy żywności na zaledwie kilka dni, ale w ogóle nie mogli ruszyć kolumny żołnierzy maszerujących na Kijów. Sześćdziesięciokilometrowy korek rosyjskich czołgów, transporterów opancerzonych i cystern stał się symbolem rosyjskich błędów na początku wojny.

Sytuacja ta ujawniła też coś mniej oczywistego, jak powiedział mi jeden z analizujących ją oficerów wojska.

– Rosjanie ewidentnie nie ćwiczyli z dowódcami swoich jednostek samodzielnego myślenia i improwizacji – mówił. – Nasi natychmiast skręciliby w las i znaleźli inną trasę.

Rosjanie natomiast siedzieli tam jak kaczki na strzelnicy i jak do kaczek strzelali do nich Ukraińcy, atakujący cysterny z paliwem uwięzione w zatorze. Gdy pojazdy stawały w płomieniach, rosyjscy żołnierze porzucali je, przerażeni, że będą celem następnego pocisku.

Mark Milley diagnozował później, że sednem problemu była charakterystyka rosyjskich wojsk jako siły "hierarchicznej i z natury bardzo, bardzo mocno sterowanej z góry", w której są "niepodlegające zmianie rozkazy przychodzące ze szczytu piramidy, co niekoniecznie najlepiej sprawdza się na dynamicznym polu walki".

Bez wątpienia była to prawda. Ale tajne analizy szły o wiele dalej, niż odważył się powiedzieć na publicznym spotkaniu z komisją Kongresu. Na podstawie licznych badań Pentagonu sformułowano wniosek, że rosyjskie wojsko zainwestowało w broń, którą Putin mógł się chwalić. Miało mnóstwo nowych pocisków hipersonicznych, pochłaniających dźwięki okrętów podwodnych, myśliwców, pocisków nuklearnych. Jednak od lat nie wykorzystywało podstawowego sprzętu, na którym szkoliło żołnierzy. Mimo biegłości w walce elektronicznej nigdy nie wyłączyli Ukraińcom łączności. Nie wykorzystali skutecznie taktycznego wsparcia lotniczego – po części dlatego, że Ukraina miała lepszą obronę przeciwlotniczą, niż się spodziewali. Od pierwszych dni walk wychodziło na jaw, jak w efekcie szalejącej w Rosji korupcji wozy bojowe nie miały odpowiednich opon, a starzejącym się samolotom brakowało części zamiennych. Od jednego z oficjeli usłyszałem, że poziom korupcji w Federacji Rosyjskiej był Amerykanom "dobrze znany". Mimo to "ponieważ nigdy nie widać, jak bardzo coś jest kruche, póki nie sprawdzi się tego w walce, więc trudno dokonywać celnych osądów".

Najbardziej druzgocącym wnioskiem wyciągniętym przez ekspertów Pentagonu była jednak nieudolność Rosjan w zakresie, w którym mieli być najlepsi: w operacjach z użyciem połączonych rodzajów wojsk, czyli zdolności do zintegrowania posunięć oddziałów lądowych, morskich i powietrznych w precyzyjnie skoordynowane działania bojowe.

– Nie przewidzieliśmy dwóch rzeczy – powiedział mi urzędnik Departamentu Obrony.

Pierwszą z nich był "stopień, w jakim rosyjskie wojsko nie przestrzegało własnej doktryny dotyczącej połączonych rodzajów wojsk", choć na tego typu operacje kładziono duży nacisk podczas manewrów ćwiczebnych, tak bacznie obserwowanych przez Stany Zjednoczone. Gdy Amerykanie przeprowadzali grę wojenną symulującą rosyjską inwazję, zakładali, że po przećwiczeniu współpracy rodzajów wojsk tak wiele razy i z taką energią Rosjanie będą umieli zrealizować ją na prawdziwym polu bitwy.

Ale jak powiedział mi wspomniany urzędnik, w rzeczywistości było inaczej. – A gdy wojsko nie przestrzega reguł, które samo sobie ustaliło, poborowi i dowódcy średniego szczebla nie wiedzą, co mają robić. Ich armia i bez tego jest mocno zależna od dyrektyw z góry. Więc na polu walki od razu powstał wielki zamęt.

Analitycy Pentagonu nie przewidzieli jeszcze jednego kluczowego czynnika – reakcji Ameryki. Może to wspomnienie Iraku i Afganistanu kazało założyć, że Stany Zjednoczone nie będą chętne do angażowania się w kolejny poważny konflikt za granicą – zwłaszcza przeciwko mocarstwu atomowemu. Może to pokłosie epoki Trumpa albo groźby Putina, których kulminacją była złożona w dzień inwazji obietnica, że na interwencję z zewnątrz Rosja odpowie "konsekwencjami (…), których nie widzieliście w całej swojej historii". W każdym razie modele gier wojennych, jak powiedział mi wspomniany urzędnik, "nie przewidziały, w jak wielkim zakresie Stany Zjednoczone będą aktywnie wspierać Ukrainę informacjami i do jakiego stopnia pozwoli to – zwłaszcza na początku – na bardzo skuteczne kontrataki".

– Gdy organizujemy gry wojenne, widzimy wiele przykładów względnie małych armii zdominowanych przez rosyjskie wojsko na granicy, zanim Stany Zjednoczone i NATO zdążą przyjść z pomocą. W Ukrainie tak nie było – tłumaczył.

Rosjanie popełnili też wiele innych niewymuszonych błędów. Ich brutalność wzmocniła opór Ukraińców, nawet tych, którzy odczuwali wcześniej do Rosji sympatię. 

onet.pl


Sąd apelacyjny w Waszyngtonie orzekł w piątek stosunkiem głosów 7 do 4, że większość ceł nałożonych przez administrację Donalda Trumpa jest nielegalna. Decyzja dotyczy głównie tzw. "wzajemnych" ceł wprowadzonych w kwietniu, a także oddzielnych taryf na towary z Chin, Kanady i Meksyku.

Choć orzeczenie nie obejmuje ceł na stal i aluminium, sąd uznał, że prezydent przekroczył swoje kompetencje, kiedy powołał się na ustawę o międzynarodowych uprawnieniach gospodarczych głowy państwa w sytuacjach nadzwyczajnych z lat 70. XX wieku.

Według większości sędziów, ustawa ta nie daje Trumpowi prawa do nakładania tak daleko idących ceł, a jej zapisy nie przewidują wyraźnie możliwości wprowadzania podatków, czy taryf handlowych.

Amerykański przywódca bronił swojej polityki celnej, twierdząc, że stawki wahające się od 15 proc. na towary z Unii Europejskiej do 50 proc. na import z Indii są niezbędne do przywrócenia równowagi w globalnym handlu. Jego zdaniem obecny system wymiany handlowej szkodzi interesom Stanów Zjednoczonych.

Wielu ekonomistów ostrzega, że taka polityka może zaszkodzić amerykańskim przedsiębiorstwom i konsumentom, prowadząc do wzrostu cen i inflacji. Radio publiczne (NPR), zauważyło, że skutki ceł mogą być odczuwalne dopiero po pewnym czasie, a same taryfy spotkały się z licznymi pozwami, w tym jednym złożonym przez kilkanaście stanów.

Sąd apelacyjny wstrzymał wykonanie decyzji do połowy października, dając administracji czas na złożenie odwołania do Sądu Najwyższego. Biały Dom wyraził przekonanie, że Sąd Najwyższy uchyli to orzeczenie.

Donald Trump zareagował na decyzję sądu w emocjonalnym wpisie na platformie Truth Social, ostrzegając, że jeśli orzeczenie pozostanie w mocy, "dosłownie zniszczy to Stany Zjednoczone Ameryki".

W innym poście wyraził oburzenie wobec sędziów, pytając retorycznie: "Skąd pochodzą ci sędziowie? Jak to możliwe, że mogli wyrządzić taką szkodę Stanom Zjednoczonym? Czy to czysta nienawiść do TRUMPA?".

Trump skrytykował również Federalist Society, organizację, której rekomendacjom zawdzięczał część nominacji sędziowskich, zarzucając jej przewodniczącemu Leonardowi Leo "nienawiść do Ameryki" i "własne ambicje". W jego ocenie decyzja sądu to nie tylko błąd prawny, ale zagrożenie dla fundamentów amerykańskiej gospodarki.

PAP

piątek, 29 sierpnia 2025



O decyzji Trybunału Stanu poinformował obrońca Małgorzaty Manowskiej. Podał, że w piątek (29 sierpnia) na posiedzeniu niejawnym trzyosobowy skład sędziów Trybunału Stanu uwzględnił wniosek o wyłączenie 12 sędziów z rozprawy ws. immunitetu Manowskiej. Obradom przewodniczył Piotr Andrzejewski, obecni byli sędziowie Józef Zych i Piotr Sak, który pełnił także funkcję sprawozdawcy. "Właśnie 3-osobowy skład Trybunału Stanu uwzględnił mój wniosek i stwierdził, że 12 sędziów Trybunału, których Prokuratura przesłuchała w charakterze świadków, nie może brać udziału w rozpoznaniu sprawy z uwagi na treść jasnego przepisu art. 40 par. 1 pkt 4 KPK. Trybunał Stanu może zdecydować w obecności co najmniej 2/3 z 19-osobowego składu Trybunału. Czyli nie ma składu Trybunału do rozpoznania wniosku prokuratora" - napisał Bartosz Lewandowski z Ordo Iuris. Przytoczony przepis mówi, że sędzia jest z mocy prawa wyłączony od udziału w sprawie, jeżeli był świadkiem czynu, o który sprawa się toczy, albo w tej samej sprawie był przesłuchany w charakterze świadka lub występował jako biegły.

gazeta.pl


29 sierpnia ministrowie obrony państw Unii Europejskiej omawiali gwarancje bezpieczeństwa, które mogą zapewnić Ukrainie. Stanowisko Warszawy relacjonował wiceszef MON-u Paweł Zalewski. Podkreślił, że bez "zaplecza logistycznego, które oferuje Polska, nie będzie żadnych gwarancji bezpieczeństwa". - Polska w tej operacji będzie odgrywała kluczową rolę, dlatego że będzie tworzyła możliwości dla tworzenia baz, zaplecza dla tych oddziałów, które będą na Ukrainie, oraz będzie organizowała logistykę dla tych oddziałów, jak również będzie udostępniać lotniska dla samolotów, które z Polski będą chroniły ukraińskiego nieba - zaznaczył. Zalewski dodał, że Polska nie wyśle wojsk na Ukrainę i nie będzie brała udziału w operacji lądowej. - Tego zresztą dzisiaj już nikt nie oczekuje - dodał. - Gwarancje przygotowywane w ramach "koalicji chętnych" zakładają obecność wojsk europejskich w Ukrainie oraz operację chronienia ukraińskiego nieba, co będzie możliwe po zakończeniu walk rosyjsko-ukraińskich - uzupełnił Zalewski.

gazeta.pl

czwartek, 28 sierpnia 2025



Dmitrij Miedwiediew postanowił skomentować weto polskiego prezydenta do tzw. specustawy o pomocy Ukraińcom w czasie wojny, a także zapowiedzi wprowadzenia zakazu propagowania banderyzmu w Polsce.

– Butne polaki pokłóciły się z neonazistami z Kijowa o masowe zabójstwo Polaków podczas Rzezi Wołyńskiej. Nowy prezydent Nawrocki, chociaż to zadeklarowany rusofob, trzyma temat krótko i przypilił banderowskich popaprańców na Bankowej. A ci mu odpowiadają w stylu: no tak, może i nie negujemy, że jesteśmy naśladowcami Stepana Bandery, ale to dlatego, że nienawidzimy wszystkiego, co rosyjskie i w praktyce jesteśmy waszymi, polscy panowie, młodszymi braćmi! - napisał w mediach społecznościowych.

Rosyjskiego polityka szczególnie ucieszyła perspektywa odebrania Ukraińcom w Polsce przywilejów wynikających z faktu, że są uchodźcami wojennymi. Miedwiediew przy tym wykorzystał stały element rosyjskiej propagandy,  która utrzymuje, że “polscy panowie” cierpią na kompleks wyższości.

– I nawalają się tak na poważnie już nie pierwszy tydzień, polewając się g**nem z armatek. W ruch poszły groźby pozbawienia ukronazistów tego, co najświętsze - pajdy słoniny i szklanki polskiej wódki, albo i w ogóle wygnania  niedomytych parobków precz z Rzeczypospolitej. A banderowcy w odpowiedzi otworzyli swoje śmierdzące gęby i wrzeszczą o europejskich wartościach i jednoczeniu się przeciwko przeklętym orkom [Rosjanom - belsat.pl]. Tak w skrócie – wyszło to świetnie - dodał.

belsat.pl 

środa, 27 sierpnia 2025



Hajle Sellasje był ojcem nowoczesnej Etiopii czy ostoją starej monarchii?

– Podzielił klasyczny los modernizatora w zacofanym kraju. Jako ambitny cesarz chciał unowocześnić swój kraj. Wybierał zdolnych młodych ludzi i wysyłał ich na studia za granicę, zarówno na Wschód, jak i na Zachód, oczekując, że wrócą i będą pracować na rzecz tego kraju. Z każdym spotykał się osobiście przed wyjazdem i po nim. Ale te pięć lat w Londynie, Nowym Jorku czy nawet Moskwie całkowicie ich zmieniało. Nie tylko nauczyli się budować drogi, leczyć, ale też zobaczyli, jak działają nowoczesne państwo, system demokratyczny, urzędy, edukacja, jakie prawa mają obywatele, a jakie obowiązki państwo. I chcieli wprowadzać nie tylko nowe technologie, ale też głębokie reformy polityczne. A cesarz w ich oczach przestawał być reformatorem, widzieli w nim raczej wielkiego hamulcowego, przeszkodę w jeszcze szybszej modernizacji. Z czasem buntowników przybywało, wybuchały protesty i ostatecznie to oni wystąpili przeciwko cesarzowi.

Jaka była skala jednowładztwa? Czy były decyzje na poziomie centralnym, których nie podejmował cesarz osobiście?

– Zrozummy, kim był Hajle Sellasje: to nie był młody rewolucjonista, który porwał naród do walki o wolność, a z czasem tak się mu spodobała władza, że odkrył w sobie dyktatorskie zapędy. On urodził się i wychował w ustroju monarchicznym, całe jego życie przypadło na czasy autorytaryzmu. Miał wielki talent polityczny, który szedł w parze z podejrzliwością. Gdyby jej nie miał, toby nie rządził 60 lat, tylko zginął w jakimś zamachu albo został wypędzony z kraju przez przeciwników. I właśnie ta jego podejrzliwość kazała mu podejmować możliwie wszystkie decyzje. Premier Etiopii większość czasu spędzał pod drzwiami gabinetu cesarza, a nie na naradach z ministrami. Bo wtedy miał pewność, że nikt na niego nie donosi. I cesarz to akceptował. Nie umiał ani nie mógł funkcjonować w państwie demokratycznym, nawet w monarchii konstytucyjnej.

(...)

Hajle Sellasje był ojcem nowoczesnej Etiopii czy ostoją starej monarchii?

– Podzielił klasyczny los modernizatora w zacofanym kraju. Jako ambitny cesarz chciał unowocześnić swój kraj. Wybierał zdolnych młodych ludzi i wysyłał ich na studia za granicę, zarówno na Wschód, jak i na Zachód, oczekując, że wrócą i będą pracować na rzecz tego kraju. Z każdym spotykał się osobiście przed wyjazdem i po nim. Ale te pięć lat w Londynie, Nowym Jorku czy nawet Moskwie całkowicie ich zmieniało. Nie tylko nauczyli się budować drogi, leczyć, ale też zobaczyli, jak działają nowoczesne państwo, system demokratyczny, urzędy, edukacja, jakie prawa mają obywatele, a jakie obowiązki państwo. I chcieli wprowadzać nie tylko nowe technologie, ale też głębokie reformy polityczne. A cesarz w ich oczach przestawał być reformatorem, widzieli w nim raczej wielkiego hamulcowego, przeszkodę w jeszcze szybszej modernizacji. Z czasem buntowników przybywało, wybuchały protesty i ostatecznie to oni wystąpili przeciwko cesarzowi.

Jaka była skala jednowładztwa? Czy były decyzje na poziomie centralnym, których nie podejmował cesarz osobiście?

– Zrozummy, kim był Hajle Sellasje: to nie był młody rewolucjonista, który porwał naród do walki o wolność, a z czasem tak się mu spodobała władza, że odkrył w sobie dyktatorskie zapędy. On urodził się i wychował w ustroju monarchicznym, całe jego życie przypadło na czasy autorytaryzmu. Miał wielki talent polityczny, który szedł w parze z podejrzliwością. Gdyby jej nie miał, toby nie rządził 60 lat, tylko zginął w jakimś zamachu albo został wypędzony z kraju przez przeciwników. I właśnie ta jego podejrzliwość kazała mu podejmować możliwie wszystkie decyzje. Premier Etiopii większość czasu spędzał pod drzwiami gabinetu cesarza, a nie na naradach z ministrami. Bo wtedy miał pewność, że nikt na niego nie donosi. I cesarz to akceptował. Nie umiał ani nie mógł funkcjonować w państwie demokratycznym, nawet w monarchii konstytucyjnej.

To, co przez lata było jego siłą, okazało się słabością.

– Doprowadził do tego, że urzędnicy bali się podejmować jakiekolwiek decyzje, a on z wiekiem stawał się coraz mniej sprawny.

W nieodległej Ugandzie do władzy w 1986 r. doszedł Yoweri Museveni, młody buntownik, komendant. Wygrał wojnę domową i zakończył okres krwawych walk wewnętrznych, w których zginęły setki tysięcy ludzi. Zaprowadził spokój i zbudował kraj, który na długo był wzorem dla Afryki. Tylko że rządzi do dzisiaj i nie zamierza odchodzić, choć dziś niszczy to, co wielkiego stworzył, i staje się karykaturą dawnego siebie. Dawny, młody Museveni byłby wrogiem dzisiejszego. Władza to nieprawdopodobnie silny narkotyk.

Cesarz programowo co jakiś czas wymieniał urzędników, nie pozwalając im zbudować swojej pozycji. Latami przeciwników nie zabijał, ale zsyłał do dalekich prowincji lub proponował małżeństwo z kimś ze swojej rodziny.

– To sprawdzone od stuleci metody pacyfikowania wrogów. W sumie to dopiero pod koniec panowania, kiedy dochodziło do coraz ostrzejszych wystąpień, w stosunku do buntowników zapadały wyroki śmierci, wykonywano egzekucje. Ale do końca cesarstwa ktoś skazany na śmierć w Etiopii, nawet za planowanie zamachu stanu, mógł liczyć, że wyrok zostanie mu zamieniony na dożywocie albo skrócony. Zresztą w Afryce tylko nieliczni przywódcy sięgali po krwawy, bezwzględny terror. I to byli zwykle ludzie przypadkowo wyniesieni do władzy, tacy jak Francisco Macías Nguema z Gwinei Równikowej czy Idi Amin z Ugandy, który z sierżanta awansował na prezydenta, a sierżantem też został nie za zasługi wojskowe, tylko dlatego, że dobrze walczył jako bokser wagi ciężkiej. Przywódcy afrykańscy raczej korumpują, kupują przeciwników, niż mordują. Nic tak nie osłabia opozycyjności jak przywileje: dobry samochód, szofer, gabinet z telefonem, który ma bezpośrednie połączenie z prezydentem. Kiedy Hajle Sellasje jechał w długą podróż zagraniczną, zwłaszcza do Europy czy do Ameryki, zabierał ze sobą największych przeciwników politycznych, żeby podczas jego nieobecności nie mogli knuć za jego plecami.

Za to od innych władców afrykańskich różnił się dostępnością dla swego ludu, zwłaszcza urzędników dworskich. Nikt nie kwestionuje prawdziwości opisu Kapuścińskiego, kiedy poddani najjaśniejszego pana podczas publicznych posłuchań pchali mu się przed oczy, żeby ich jakoś zapamiętał, zwrócił uwagę. To mogło być początkiem awansu. Kazał też wozić się zarówno po stolicy Addis Abebie, jak i po kraju. Otwierał każdą szkołę, szpital, a witającym go na ulicach ludziom rzucał z samochodu pieniądze. Dobry, miłościwy pan.

To dlaczego upadł?

– Stawał się coraz starszy, a jego sposób rządzenia – coraz bardziej nieskuteczny. Do tego doszły krwawe powstanie w Erytrei, bunty w wojsku, susza i klęska głodu, której cesarz zaprzeczał. To wszystko złożyło się na potworny kryzys. Śmiertelny cios zadali mu młodzi oficerowie, którzy byli bardziej zapatrzeni we Wschód i tamtejsze metody sprawowania władzy. W 1974 r. zdetronizowali cesarza, znieśli monarchię i zaprowadzili republikę. Ale tak naprawdę kolejni przywódcy stylem rządzenia przypominali władców absolutnych, w porównaniu z nimi Hajle Sellasje wypadłby na przywódcę naprawdę łagodnego.

Dlaczego nie zdecydowano się na zabicie cesarza?

– Publiczna egzekucja znienawidzonego przywódcy może przysporzyć rewolucjonistom poparcia rodaków. Ale cesarz nie był znienawidzonym przywódcą. To był starszy pan, który na dodatek nie stawiał oporu. Pozwolił się zapakować do swojego volkswagena garbusa i odwieźć do miejsca internowania. Tam spędził ostatni rok życia.

onet.pl\Newsweek

wtorek, 26 sierpnia 2025



21 sierpnia ceny hurtowe za dwa typy benzyny w Rosji – 92- i 95-oktanową – osiągnęły najwyższe w historii poziomy: odpowiednio 73,1 oraz 81,4 tys. rubli za tonę. Przebito cenowy rekord z jesieni 2023 r., kiedy decyzja rosyjskich władz o czasowym obniżeniu subsydiowania sektora doprowadziła do punktowych deficytów paliw na stacjach benzynowych (zob. Gaszenie pożaru benzyną: kryzys na rynku paliwowym w Rosji). Od początku obecnego roku stawki za benzynę wzrosły o ok. 50%, szczególnie podniosły się latem. Poskutkowało to wprowadzeniem zakazu jej eksportu dla wszystkich firm sektora od 28 lipca do końca sierpnia (regulacja nie dotyczy sprzedaży do krajów zrzeszonych w Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej). Pomimo rządowej interwencji wzrost cen nie zahamował – od połowy sierpnia odnotowuje się brak tego paliwa w niektórych regionach Federacji Rosyjskiej (m.in. na okupowanym Krymie, w Kraju Zabajkalskim, Kraju Nadmorskim).

Skok cen benzyny to bezpośrednia konsekwencja ukraińskich ataków na sektor naftowo-paliwowy. Latem bezzałogowce uderzyły w co najmniej 10 różnych rafinerii w Rosji, w wyniku czego doszło do zniszczeń instalacji i wstrzymania produkcji w znacznej części tych zakładów. Ocenia się, że obecna fala ataków – uszkadzająca m.in. największe krajowe rafinerie w Riazaniu i Wołgogradzie, wytwarzające paliwa przeznaczone głównie na rynek wewnętrzny – doprowadziła do wyłączenia ponad 10% całości mocy rafineryjnych w Rosji. Wznowienie rafinacji wymaga przeprowadzenia prac naprawczych, co jest utrudnione ze względu na obowiązywanie reżimu sankcyjnego, który komplikuje sprowadzanie części zamiennych. Należy przy tym zaznaczyć, że większość rosyjskiego parku samochodowego używa oleju napędowego, co ogranicza negatywne implikacje spadku produkcji benzyny dla całej gospodarki FR.

Komentarz

Ukraińskie uderzenia skutecznie rozregulowują rosyjski rynek paliwowy, a ich efektywność wzrosła. Choć Ukraińcy przypuszczają ataki na rafinerie i infrastrukturę paliwową od początku pełnoskalowej agresji (zob. Sankcje Budanowa: konsekwencje ukraińskich ataków na rosyjskie rafinerie), to obecna intensyfikacja przyniosła najpoważniejsze konsekwencje. W porównaniu z poprzednimi bombardowaniami te z sierpnia wyróżniają się skoncentrowaniem – wcześniej były w większym stopniu rozłożone w czasie. To, że skuteczne uderzenia prowadzone są w sezonie letnim – a więc w okresie, w którym popyt na paliwa rośnie – wzmacnia ich dotkliwość dla sektora.

Na pogłębianie się kryzysu wpływają również czynniki wewnętrzne, w tym polityka władz FR. Letnie wzrosty cen paliw w Rosji mają charakter cykliczny – m.in. ze względu na zwiększony popyt w czasie sezonu turystycznego oraz żniw, a także konieczność przygotowania zapasów przed jesiennym okresem prac konserwacyjnych w rafineriach. W warunkach przedwojennych sektor bezproblemowo odpowiadał na zwyżkę zapotrzebowania dzięki sporym rezerwom zdolności produkcyjnych. Według obliczeń agencji Argus roczne zużycie benzyn w Rosji wynosi 35–36 mln ton, podczas gdy potencjał rafinerii znacząco przewyższa tę wielkość (w 2023 r. wyprodukowano blisko 44 mln ton tego paliwa). Niemniej w 2024 r. władze utajniły dane dotyczące produkcji ropopochodnych, co utrudnia branży funkcjonowanie – m.in. niemożliwe jest prognozowanie kształtowania się podaży na podstawie oficjalnych statystyk. Według doniesień medialnych część sektora nie zdecydowała się na zwiększenie zapasów wiosną br. – będąc przekonana o niskim popycie na benzynę, jak również ze względu na wysokie stopy procentowe rzutujące na opłacalność kredytowania zakupów.

osw.waw.pl

poniedziałek, 25 sierpnia 2025



Megarakieta Starship multimiliardera Elona Muska, opracowana z myślą o podróży na Księżyc i Marsa, zakończyła we wtorek udany lot testowy, zgodnie z planem lądując w Oceanie Indyjskim.

Ta ogromna jednostka, która eksplodowała podczas trzech ostatnich lotów testowych, tym razem pomyślnie uruchomiła symulatory satelitarne - po raz pierwszy - i powróciła na Ziemię, kończąc podróż w wodach Oceanu Indyjskiego, nieco ponad godzinę po starcie.

Firma SpaceX Elona Muska wystrzeliła we wtorek swoją gigantyczną rakietę Starship w dziesiąty lot testowy, mający na celu pokonanie przeszkód rozwojowych i osiągnięcie długo oczekiwanych technicznych kamieni milowych, kluczowych dla projektu rakiety marsjańskiej wielokrotnego użytku.

Wysoki na 123 metry system Starship wystartował około godziny 19:30 czasu lokalnego (około 1:30 w Polsce) z bazy SpaceX Starbase w południowym Teksasie, w ramach misji testującej nowe płytki osłony termicznej statku i możliwości rozmieszczania satelitów, a także setki innych ulepszeń z poprzednich iteracji.

Górna część rakiety oddzieliła się zgodnie z planem od jej Super Heavy, mierzącego 71 metrów pierwszego stopnia, który zazwyczaj ląduje w gigantycznych łapach wieży startowej, ale we wtorek obrał za cel wody Zatoki Meksykańskiej, aby zademonstrować alternatywną konfigurację silnika do lądowania.

W międzyczasie Starship dotarł w przestrzeń kosmiczną po trajektorii wiodącej do Oceanu Indyjskiego, gdzie był gotowy do wodowania po przejściu intensywnego ciepła podczas wejścia w atmosferę - kluczowej fazy testu, która zniszczyła rakietę w poprzednich lotach, poinformowała Firma SpaceX Elona Muska.

PAP


Matt i Maria Raine z Kalifornii pozwali do sądu firmę OpenAI w związku z samobójczą śmiercią swego 14-letniego syna Adama. Rodzice twierdzą, że ChatGPT zachęcał go do odebrania sobie życia.

To pierwszy przypadek, gdy przeciw OpenAI podjęto działania prawne w związku z zawinieniem śmierci.
Do pozwu dołączono wymianę wpisów między Adamem, który zmarł w kwietniu, a ChatGPT. Rodzice twierdzą, że program ten utwierdził ich syna w "najbardziej szkodliwych i autodestrukcyjnych myślach".

OpenAI poinformowało stację BBC, że analizuje pozew. "Przekazujemy rodzinie Raine’ów najgłębsze wyrazy współczucia w tym trudnym czasie" - napisano w komunikacie.

We wtorek OpenAI opublikowało na swojej stronie internetowej oświadczenie, że "ostatnie dramatyczne przypadki korzystania z ChatGPT przez osoby przechodzące ostre kryzysy są dla nas bardzo bolesne".

Jak zapewniono, ChatGPT jest uczony, by zachęcać użytkowników do korzystania z profesjonalnej pomocy, np. linii telefonicznej dla osób mających myśli samobójcze. Przyznano jednak, że "zdarzały się sytuacje, gdy nasz system w delikatnych sytuacjach nie reagował w zamierzony sposób".

Według pozwu, do którego BBC uzyskała wzgląd, Adam zaczął używać ChatGPT we wrześniu 2024 roku i w ciągu kilku miesięcy program stał się jego "najbardziej zaufanym rozmówcą".

W styczniu nastolatek zaczął omawiać z ChatGPT sposoby odbierania sobie życia, przy czym program dostarczał mu "szczegółów praktycznych". Chłopak przesyłał też swoje fotografie świadczące o wyrządzaniu sobie krzywdy. ChatGPT "rozpoznał, że sytuacja wymaga pilnej interwencji lekarskiej", ale mimo to nadal udzielał informacji.

Gdy w ostatnich wpisach Adam przedstawił plan odebrania sobie życia, dostał odpowiedź: "Dziękuję, że jesteś szczery. Ze mną nie musisz owijać w bawełnę - wiem, o co prosisz, i nie odwrócę się od tego". Tego samego dnia znaleziono Adama martwego.

Według rodziców nastolatka jego śmierć "była przewidywalnym skutkiem umyślnego sposobu zaprogramowania". Oskarżają oni OpenAI o zaprojektowanie ChatGPT "tak, by psychicznie uzależniał użytkowników".
W swym wtorkowym oświadczeniu OpenAI zapewnia, że jej celem jest "bycie autentycznie pomocną", nie zaś "przyciąganie uwagi ludzi". 

PAP

niedziela, 24 sierpnia 2025



Jednym z największych nieporozumień w ekonomii jest zasada minimaks. Minimalizacja jednego celu przy jednoczesnej maksymalizacji innego jest nie do pogodzenia. Podobnie jest w przypadku polityki pieniężnej amerykańskiego banku centralnego: Rezerwa Federalna, w skrócie Fed, ma za cel maksymalne zbliżenie inflacji do dwóch proc. Jednocześnie jej polityka pieniężna ma stymulować zatrudnienie. Oba te cele są trudne do pogodzenia. Bo dynamicznie rozwijająca się gospodarka z nowymi miejscami pracy zwiększa konsumpcję i powoduje wzrost cen. Zazwyczaj bank centralny musi wziąć pod uwagę, że nieco większa stabilność cen oznacza nieco mniejszy wzrost gospodarczy i odwrotnie.

W polityce pieniężnej konflikty celów są więc nieuniknione. Odkąd Donald Trump po raz drugi został prezydentem Stanów Zjednoczonych, konflikt ten stał się ewidentny i publiczny. Szef amerykańskiego banku centralnego Jerome Powell chce stabilnych cen, a Trump maksymalnego ożywienia gospodarczego – minimaks nie jest możliwy.

(...)

Dlaczego to ważne: już dziś Stany Zjednoczone płacą prawie bilion dolarów, aby pokryć roczne koszty odsetek od długu publicznego. Stanowi to około 17 proc. całkowitych wydatków federalnych. Trump potrzebuje niskich stóp procentowych, aby sfinansować stare i nowe długi.

Eksport: Trumpowi przeszkadza deficyt bilansu handlowego z Europą, Chinami i innymi częściami świata. Dlatego nałożył 15-procentowe cła na import z UE do USA. Prezydent USA chce w ten sposób przyciągnąć do Stanów Zjednoczonych zagraniczne przedsiębiorstwa produkujące poza Ameryką. Nie można wykluczyć, że mu się to uda.

Jednym ze wspomnianych powodów jest też zjawisko "tariff-hopping foreign direct investment" (inwestycje zagraniczne wykorzystujące różnice w cłach). Gdy rynki są wystarczająco duże, cła zwiększają motywację do przenoszenia produkcji.

Jednak to nie wystarcza Trumpowi. Niewielu zwraca uwagę na "porozumienie z Mar-a-Lago". Zawiera ono doktrynę Trumpa i jego doradcy ds. polityki gospodarczej Stephena Mirana. Obaj nie mają na myśli wolnego handlu, ale system gospodarczy i walutowy, który podporządkowuje się ich zasadom: prawu silniejszego (gospodarczo i militarnie) – przy osłabionym dolarze i wzmocnionych miejscach pracy w przemyśle w USA.

Słaby dolar byłby korzystny dla Trumpa i jego ambicji, aby produkty amerykańskie stały się tańsze i bardziej pożądane za granicą. Jednak taki scenariusz jeszcze bardziej podsyciłby inflację. Fed i tak krytycznie ocenia skutki polityki celnej Trumpa. Powell dał do zrozumienia, że nie jest jasne, czy cła spowodują jednorazowy wzrost cen, czy też będą miały charakter długotrwały.

onet.pl

sobota, 23 sierpnia 2025



- Było jasne, że spotkanie jest nadzwyczaj mało prawdopodobne, z tego powodu, że Władimir Putin w zasadzie nie był gotowy się na nie zgodzić, wbrew temu, co niewłaściwie zrozumiał (prezydent USA) Donald Trump - powiedział Preobrażeński, politolog i komentator mieszkający od lat poza Rosją.

- (Putin) chciał jedynie stworzyć wrażenie, że nie odrzuca propozycji Trumpa; nie powiedzieć "nie", nie mówiąc również "tak". Kreml ma własny plan, który właściwie się nie zmienia - kontynuować ofensywę wojskową, wykorzystując to, że Trump nie nakłada sankcji, ani też nie stosuje innych środków nacisku - dodał Preobrażeński.

Zwrócił uwagę, że odmowa rozmów jest bardzo łatwa i można to uczynić, wysuwając dodatkowe warunki, co właśnie uczynił Ławrow. Po jego wypowiedziach "stało się jasne, że spotkanie jest niemożliwe" - ocenił ekspert.

Jego zdaniem władze rosyjskie "nie będą chciały prowadzić rozmów z Wołodymyrem Zełenskim, dopóki ofensywa (rosyjska) nie załamie się, bądź też (Rosjanie) nie zwyciężą" w wojnie.

- Teraz więc po prostu (Rosjanie) żądają spełnienia ich ultimatum. Z tego powodu Putin gotów jest spotykać się albo z Donaldem Trumpem, albo w trójkę, z Trumpem i Zełenskim - ocenił politolog.

- (Spotkanie trójstronne) jest bardziej prawdopodobne niż dwustronne, dlatego że Donald Trump jest gotów słuchać Władimira Putina, wierzy mu. Jak wiemy, mówi (prezydentowi Francji) Emmanuelowi Macronowi, że Putin chce zawrzeć pokój po prostu dla niego - Trumpa - osobiście. Tak więc dla Putina manipulowanie Trumpem jest bardzo łatwe i dlatego jest gotów się z nim spotykać. Każde takie rozmowy w przeszłości (...) pozwalały mu na odwlekanie podjęcia ważnych decyzji i anulowanie wprowadzenia nowych sankcji (wobec Rosji - powiedział Preobrażeński.

Ławrow powiedział w piątek, że spotkanie Putina z Zełenskim nie jest planowane. Oznajmił, że Putin będzie mógł się z nim spotkać, kiedy zostanie przygotowana agenda ewentualnego szczytu. Obecnie takowej nie ma - stwierdził minister w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji NBC.

PAP