piątek, 18 lipca 2025



Na początku marca 2022 r. na Zachód padł blady strach. Putin wie, że po latach zimnej wojny i katastrofie w Czarnobylu sprzed blisko 40 lat Europa i USA są szczególnie wyczulone na każdy komunikat, w którym znajduje się fraza "bezpieczeństwo atomowe". To status quo zostało naruszone w momencie, gdy stara elektrownia została pozbawiona prądu w marcu 2022 r. Choć jądrowe reaktory już od lat nie funkcjonują, to wciąż trzeba chłodzić np. zużyte paliwo. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej natychmiast poinformowała świat, że brak energii elektrycznej to naruszenie "kluczowego filaru bezpieczeństwa" w Strefie. Jednocześnie dodano, że ilość wody chłodzącej wypalone paliwo jest wystarczająca, a przez 48 godzin sytuację ratowały awaryjne generatory diesla.

W rosyjskiej niewoli znajdowało się wówczas blisko 100 pracowników elektrowni i 200 ochroniarzy. Jedną z więzionych osób była inż. Ludmiła Kozak, która pilnuje procedur bezpieczeństwa w nieczynnej elektrowni od 2003 r. – 24 lutego nad ranem na wszystkich monitorach zobaczyłam, że przez płoty, ogrodzenia i bramy przechodzą czarne ludziki. Było ich bardzo dużo i po kilku godzinach nasze dotychczasowe miejsce pracy stało się więzieniem. Rosjanie przyszli z automatami. Początkowo po prostu kazali nam pracować dalej. Nic szczególnego z nami nie robili, ale nie pozwolili nam ze sobą rozmawiać ani korzystać z telefonów. Po prostu mieliśmy robić swoje, ale za plecami siedzieli nam żołnierze z karabinami – opowiada kobieta.

– Żadnych świństw narobić nie chcemy, ale rozumiecie, że obiekt jest znaczący, więc będzie wokół dużo zamieszania – mówili. Dla nich okupacja Czarnobyla to była reklama na cały świat. Chcieli, żeby Zachód wyraźnie zarejestrował, że zaczęła się wojna. Na początku dotarli tu ludzie dość wykształceni. Dobrze znali teren, procedury i konstrukcję. Wyglądało, jakby przygotowywali się do tej operacji w innych tego typu stacjach np. w Petersburgu czy w Kursku, bo tam znajdują się bliźniacze elektrownie. Bardzo dobrze wiedzieli, co i jak u nas działa. Czuli się jak u siebie – opowiada pracowniczka czarnobylskiej elektrowni.

– Musieliśmy pracować niemal 24 godziny na dobę. Ludzie panikowali. Płakali. Tracili przytomność. Nie wytrzymywaliśmy stresu. Rosjanie też po kilku dniach zrobili się bardziej nerwowi, bo nie udał im się trzydniowy marsz na Kijów. Zaczęły się bombardowania. Słyszeliśmy wystrzały, wybuchy. Było coraz gorzej. Im więcej ich przyjeżdżało z Kijowa poturbowanych i rannych, tym częściej zaczynali snuć różne scenariusze, co z nami zrobią. Zaczęli się na nas wyżywać. Mówili, że Kijowa już nie ma. My nie wiedzieliśmy, co dzieje się z naszymi rodzinami. To chyba było w tym wszystkim najgorsze. Im dłużej trwały walki, tym mniej było tu na miejscu tych wykształconych oficerów, a coraz więcej takich prymitywnych wojskowych – wspomina Ludmiła Kozak.

Rosjanie na terenie elektrowni atomowej w Czarnobylu i w Strefie Wykluczenia urządzili sobie bezpieczny przyczółek. Wiedzieli dobrze, że tego obszaru Ukraina nie może zaatakować ciężkim kalibrem. Dlatego "zona" zamieniła się w bazę wojskową. Tutaj Rosjanie przyjeżdżali odetchnąć po bojach, odnowić siły, przegrupować się.

– Zwozili ciężki sprzęt wojenny, broń. Śmiali się, że mają tu sanatorium. Autobus do Homla kursował dwa razy dziennie i przywoził im wszystko, co tylko chcieli. Ci, którzy przyjechali później, nie mieli już takiej wiedzy, jak ci z początku i zachowywali się bardzo nieostrożnie, mimo naszych ostrzeżeń. Chodzili do lasów na polowania, piekli szaszłyki z tego mięsa, dużo pili alkoholu i wtedy robiło się bardzo nieprzyjemnie. Krzyczeli na nas, a im pod Kijowem było gorzej, tym stawali się jeszcze bardziej agresywni. Kłócili się i bili nawet między sobą – opowiada inżynierka.

Z jej opowieści, a także ze słów przewodnika i byłego pracownika elektrowni Wołodymyra Werbickiego, dziś członka lokalnej obrony terytorialnej wynika, że to właśnie Rosjanie z tej późniejszej zmiany kopali wokół Strefy Wykluczenia okopy w najbardziej skażonych miejscach.

– Ci pierwsi mieli dokładne mapy, wiedzieli perfekcyjnie, w jakich miejscach radiacja jest w zonie najwyższa, a gdzie niższa. Nie pomyliliby się – przyznaje Werbicki. – To, co oni narobili w tzw. Czerwonym Lesie to z punktu widzenia zagrożenia radiacyjnego po prostu katastrofa. Kopali w ziemi, w której w latach 80. zakopywano najbardziej napromieniowaną glebę. Kiedyś był tu wielki las, drzewa miały charakterystyczny czerwony kolor, ale większość z nich została ścięta lub obumarła, właśnie ze względu na to, że rośliny przyjęły ogromną dawkę radiacji – wyjaśnia Werbicki, który w dniu katastrofy 26 kwietnia 1986 r. był jednym z mieszkańców Prypeci. Wraz z innymi został ewakuowany z zagrożonego obszaru i nigdy więcej nie wrócił do swojego mieszkania. Kiedy podchodzimy do przypadkowych drzew przy drodze, zbliża do nich licznik Geigera. Wskaźnik promieniowania gwałtownie rośnie.

– Pracownicy elektrowni tłumaczyli Rosjanom, że nie powinni tu niczego ruszać, bo to wyjątkowo niebezpieczne, ale oni z kolei mówili, że w ten sposób robili ich dziadkowie podczas II wojny światowej. Takie podejście wynika najprawdopodobniej z tego, że rosyjska armia ma dotychczas wyższe dzienne normy napromieniowania. Z tego, co wiem, tam dopuszczalna dawka radiacji na wojskowego to 50 rentgenów dziennie. Czyli żołnierz w sytuacji bojowej, w przypadku wojny jądrowej, może przebywać w niebezpiecznym środowisku 12 dni, a później umiera. W tym miejscu, gdzie stoimy, poza asfaltem, radiacja jest wielokrotnie wyższa. Dlatego w trawie można jeszcze znaleźć puste rosyjskie apteczki. Jest wiele opakowań po środkach przeciwwymiotnych. To jeden ze sposobów jak pozbyć się z organizmu skażenia. To bardzo silne substancje, które działają jak środki narkotyczne, ale w wypadku napromieniowania one podtrzymują czynności życiowe – tłumaczy nasz przewodnik.

onet.pl


W Europie obecnie liderem inwestycji w broń pancerną jest Polska, która do tej pory zamówiła 546 czołgów (116 M1A1FEP, 250 M1A2SEPv3 i 180 K2). Do tego należy doliczyć zakup 63 wozów wsparcia (38 wozów zabezpieczenia technicznego M88A2 i 25 mostów szturmowych M1110). Całość dostaw ma się zakończyć do 2026 roku. Natomiast obecnie oczekiwane jest podpisanie drugiej umowy na kolejne 180 czołgów K2/K2PL oraz 80 wozów wsparcia (wozów zabezpieczenia technicznego, czołgów saperskich i mostów szturmowych).

Po realizacji drugiej umowy wykonawczej na K2 łącznie Polska posiadać będzie 959 czołgów wraz z flotą 233 wozów Leopard 2PL/Leopard 2A5. Tym samym RP dysponować będzie jedną z największych i najnowocześniejszych flot czołgów w Europie. Oczywiście potrzebna i planowana jest dalsza rozbudowa struktur. Z czasem czołgi Leopard 2 trzeba będzie wycofać i zastąpić nowymi wozami. MON zapowiadał zresztą kolejne zakupy czołgów K2PL po realizacji drugiej umowy wykonawczej.

Podobnie Niemcy planują również zwiększyć swoją flotę czołgów do maksymalnie około 1000 maszyn z obecnych około 300-400. Zakupy na mniejszą skalę prowadzą inne państwa, jak Australia (M1A2SEPv3), Bahrajn (M1A2SEPv3), Rumunia (M1A2SEPv3), Szwecja (Strv123A i Strv123B), Norwegia (Leopard 2A8), Węgry (Leopard 2A7HU), Holandia (Leopard 2A8), Czechy (Leopard 2A4 i Leopard 2A8) czy Słowacja (Leopard 2A4). Niektóre z tych państw również zastanawiają się nad zakupem dodatkowych maszyn innych typów (np. Słowacja i Rumunia nad czołgami K2).

Wielka Brytania pracuje nad modernizacją czołgów Challenger 2 do standardu Challenger 3, natomiast Francja modernizuje czołgi Leclerc do standardu Leclerc Rénové (Leclerc XLR). Z kolei Izrael kupuje kolejne wozy Merkawa Mk4. Nawet Włochy modernizują czołgi C1 Ariete do standardu C2 oraz nawiązały współpracę z Rheinmetall w celu pozyskania nowych czołgów.

(...)

Tutaj warto zwrócić uwagę na tworzenie rozwiązań zwiększających przeżywalność czołgów i innych pojazdów opancerzonych, w tym ich odporności na ataki prowadzone za pomocą dronów FPV. Takie rozwiązania to między innymi aktywne systemy ochrony pojazdów, jak Trophy, który zainstalowany może być na czołgach M1A2SEPv3 i K2PL. System ten został już zmodyfikowany pod kątem zwalczania dronów i ponownie umożliwia on swobodę manewru.

Należy tutaj również podkreślić, że także Rosja i Chiny inwestują w broń pancerną. Rosja nie tylko remontuje i modernizuje starsze konstrukcje, ale również produkuje nowe czołgi T-90M Proryw-3 oraz pracuje nad jego modernizacją do standardu T-90M2 Rywok-2. Kontynuowane są także prace nad czołgiem T-14 Armata oraz projektem jego dalszej modernizacji w ramach programu Rywok. Rosjanie również intensywnie pracują nad integracją aktywnych systemów ochrony pojazdów Arena-M i Afganit.

Nie inaczej jest w Chinach, które wznowiły produkcję czołgów ZTZ-99A. Pracują również nad modernizacją swoich maszyn instalacji aktywnych systemów ochrony. Przeprowadzono już pierwsze udane próby ataków z górnej półsfery, także za pomocą dronów. A zatem znajdujemy się obecnie w swego rodzaju okresie przejściowym, w którym czołgi i inne pojazdy opancerzone przechodzą ewolucję mającą dostosować je do nowych warunków obecnego i przyszłego pola walki.

Nie inaczej jest na Zachodzie, choćby w USA, gdzie od 40 lat ciągle na bazie nowych doświadczeń pola walki rozwijana jest konstrukcja czołgu M1 Abrams. Choć od 2018 produkowana jest najnowsza wersja czołgu M1 M1A2SEPv3, to obecnie U.S. Army pracuje równolegle zarówno nad jego dalszą modernizacją, choćby poprzez implementację dodatkowego opancerzenia stropu wieży, jak również nad czołgiem nowej generacji M1E3/M1A3, który będzie posiadał o wiele większą przeżywalność, skuteczniejszą ochronę pancerną, lepiej zintegrowany aktywny system ochrony, napęd hybrydowy, a wszystko to przy niższej masie.

Podobne inwestycje w aktywne systemy ochrony i nowe technologie widzimy w wypadku Japonii oraz Republiki Korei, które pracują zarówno nad modernizacją istniejących konstrukcji jak w wypadku Republiki Korei oraz nad maszynami nowej generacji. Inne państwa posiadające ograniczone zdolności kupują gotowe konstrukcje jak Tajwan (M1A2T), tudzież wchodzą w kooperację z większymi producentami i starają się pozyskać odpowiednie kompetencje, czego przykładem są Indie (T-90S) czy Pakistan (Haider).

defence24.pl

czwartek, 17 lipca 2025



Portal dziennika "Jerusalem Post" zauważył, że była to co najmniej trzecia fala starć miedzy siłami rządowymi a jedną z mniejszości religijnych i etnicznych w Syrii od obalenia rządu Baszara al-Asada w grudniu 2024 r. Zdaniem portalu początkiem konfliktów są zazwyczaj lokalne zatargi, ale szybko przeradzają się one w starcia uzbrojonych grup etnicznych czy religijnych (w obecnym przypadku - druzów i Beduinów), co prowadzi do interwencji rządu.

Władze Syrii nie są zwolennikiem autonomicznych regionów z uzbrojonymi milicjami. Druzowie interpretują to jako represje wobec swojej społeczności, dlatego wielu z nich nie zgodziło się na złożenie broni. Natomiast wielu popierających rząd sunnickich Arabów postrzega druzów jako potencjalne zagrożenie dla stabilności w południowej Syrii.

W przypadkach zamieszek i zbrojnych konfliktów lokalnych obecne władze Syrii wykorzystują państwowe siły zbrojne, które jednak - jak podkreślił "Jerusalem Post" - są w zasadzie uzbrojonymi milicjami, ponieważ rząd syryjski nie wyszkolił wystarczającej liczby żołnierzy od czasu dojścia do władzy. Dlatego władze w Damaszku uciekają się również do mobilizowania ochotników. Jednak poleganie na uzbrojonych mężczyznach, którzy mogą, ale nie muszą być odpowiednio wyszkoleni, a także - być może - utrzymują kontakty z grupami ekstremistycznymi, prowadzi do spirali przemocy.

Mniejszości religijne takie jak druzowie, obawiające się ataków ze strony ekstremistów, podejmują walkę z siłami rządowymi, wkraczającymi do Suwejdy. Izrael (zobowiązany zarówno do zapewnienia sobie bezpieczeństwa od strony Syrii, jak i do ochrony tamtejszych druzów - pobratymców druzów izraelskich) przeprowadza w odpowiedzi naloty i cykl przemocy się powtarza - zauważył "Jerusalem Post". 

PAP


Moskwa przełknęła porażkę i dostarczyła Syrii drogą morską ponad 6,6 tys. ton zboża. Ale w ogromnych potrzebach kraju zorientowała się też dyplomacja ukraińska, która zaproponowała zboże z Ukrainy. Kijów wykorzystuje to, że USA zniosły sankcje na Syrię, a prezydent Donald Trump spotkał się z nowym syryjskim prezydentem Ahmadem asz-Szarą, mimo iż formalnie Waszyngton nadal go poszukuje i gotów jest zapłacić 10 mln dol. za informacje o miejscu jego pobytu.

– Kijów i Damaszek mają podobny pogląd na obecność rosyjskich wojsk – powiedział w czasie wizyty w Syrii ukraiński minister Andrij Sybiha. Próbując blokować ukraińskie dostawy, rosyjski koncern spożywczy Pallad wytoczył syryjskim władzom proces i domaga się kilkuset milionów dolarów odszkodowania za zboże dostarczone jeszcze władzom Asada.

Wydanie zaś obalonego prezydenta (który uciekł do Moskwy) jest warunkiem pozostawienia rosyjskich baz, który postawił asz-Szara. Kreml oczywiście nie zgadza się, gdyż podkopałoby to zaufanie do niego wśród autorytarnych sojuszników oraz wywołało panikę wśród tych, którzy już uciekli do Moskwy (m.in. były prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz).

Ale Syryjczycy nie mają sił, by pod przymusem wyrzucić Rosjan. – Bazy są teraz „izolowanymi wyspami” na terenach, na których rozciąga się dość powierzchowna kontrola nowych władz. Dlatego są punktami zapalnymi różnych konfliktów – mówi jeden z miejscowych dziennikarzy.

W marcu wybuchły gwałtowne starcia w prowincji Latakia (gdzie Rosjanie stacjonują w Tartus i Hmeimim) między siłami rządowymi a Alawitami stanowiącymi tam większość. Wcześniej Alawici wspierali reżim Asada. „Na wybrzeżu (w prowincji Latakia – red.) krążą informacje, że miesiąc wcześniej z bazy w Hmeimim Rosja dostarczyła broń i amunicję alawickim formacjom” – piszą w internecie syryjscy dziennikarze. Po przegranych starciach kolejne grupy alawickich wojskowych lojalnych Asadowi schroniły się w rosyjskiej bazie.

Podobnie jest z bazą w Kamiszli na północnym wschodzie kraju. W czerwcu lądowały tam duże rosyjskie samoloty transportowe, przywożące żołnierzy i broń. Później Rosjanie rozpoczęli loty helikopterowe nad pobliskim regionem – nikogo nie pytając o zgodę. Syryjczycy sądzą, że Kreml chce nawiązać ścisłe kontakty z Syryjskimi Siłami Demokratycznymi (SDF), zdominowanym przez Kurdów sojuszem kontrolującym ten region. SDF prowadzi obecnie trudne negocjacje z władzami w Damaszku o przyszłości syryjskiego Kurdystanu, co Rosja próbuje wykorzystać, prawdopodobnie oferując im broń.

Jednocześnie z bazy w Kamiszli Rosjanie próbują monitorować gazociągi, którymi z Azerbejdżanu przez Turcję do Syrii popłynie azerski gaz.

rp.pl


Piotr Kaszuwara, Onet: - Wróćmy do Andrija Jermaka. Skąd taka jego siła?

Jewhen Magda, ukraiński politolog, dyrektor ukraińskiego Instytut Polityki Światowej: On jest "producentem" prezydenta. Gdy w 2020 r. mianowano go szefem kancelarii, dobrano go według cech psychologicznych Zełenskiego. On zawsze był przyzwyczajony do pracy z efektywnymi producentami. Ceni sobie ludzi skutecznych, którzy wykonują zadania, a on może zająć się czymś innym.

- Tylko czy po 2022 r. można to w ogóle porównywać? Czwarty rok Zełenski u boku z Jermakiem zarządzają krajem walczącym z Rosją, a sam Jermak prowadził negocjacje z Rosjanami w Stambule.

I to jest właśnie problem, bo ma ogromny wpływ na wewnętrzną i zagraniczną politykę Ukrainy, a wobec zajmowanego stanowiska odpowiedzialność ma niemal zerową.

- Czyli Jermak to taka ukraińska "szara eminencja"?

Tak, to odpowiednie określenie. Ale pamiętajmy – ten system powstał w czasie pandemii i inwazji. Zmienić go w warunkach stanu wojennego – niemożliwe. Ale wojna się skończy, a wtedy pojawią się wobec Jermaka i Zełenskiego poważne roszczenia prawne.

(...)

- Tu, gdzie teraz rozmawiamy, czyli na Majdanie Niepodległości w Kijowie, w 2014 r. odbywały się protesty, które były początkiem wojny z Rosją, walką o dołączenie Ukrainy do Unii Europejskiej. Julia Swyrydenko nazywana jest osobą z "pokolenia Majdanu". Była tutaj jako młoda dziewczyna.

Na Majdanie w tym czasie były tysiące ludzi. Byli tu też w 2004 r. podczas Pomarańczowej Rewolucji. Ja nie odczuwam wpływu Rewolucji Godności we współczesnej ukraińskiej polityce. Gdyby one były, to np. konkurs na stanowisko Biura Bezpieczeństwa Gospodarczego Ukrainy nie zostałby anulowany i jego szefem zostałby legalnie wybrany Ołeksandr Cywiński. Funkcjonowanie tego organu to jeden z kluczowych warunków krajów Zachodu dla udzielania dalszej pomocy Ukrainie i warunkujący przyszłą akcesję do Unii Europejskiej. Biuro miało przeciwdziałać korupcji i zachęcać do inwestowania w Ukrainie, a od kilku lat jest raczej dowodem, że nie ma woli politycznej, by w kraju cokolwiek się zmieniło. Konkurs anulowano na podstawie kiepskich argumentów o rosyjski paszport ojca Cywińskiego, moim zdaniem dlatego, że ten organ stałby się niezależny i obiektywny, a zatem niebezpieczny.

- Może właśnie nowa twarz, taka jak Swyrydenko, to ktoś, na kogo czeka społeczeństwo?

Jeśli to nowa twarz, to pytam – gdzie byli ci ludzie, kiedy w 2019 r. powoływano Szmyhala? Przecież wtedy też wybrano ludzi bez doświadczenia. I co? Kiedyś kradli starzy – dziś kradną młodzi. Brakuje nie tyle doświadczenia, co moralnych ograniczeń.

- Swyrydenko opisywana jest przez niektóre media jako ta, która sprzyja oligarchom. Ich społeczeństwo nie chce widzieć więcej u władzy.

Jakakolwiek władza w Ukrainie przyjdzie dogadywać się z oligarchami, bo to oni są właścicielami znacznej części pieniędzy w kraju, wytwórcami sporego procentu PKB i największymi pracodawcami. Wchodzić więc z nimi w konflikt to wielkie ryzyko i nie sądzę, żeby jakikolwiek rząd się na to zdecydował.

- Nawet wbrew woli obywateli?

Nie powiedziałbym, że w Ukrainie są jakieś silne antyoligarchiczne nastroje. Nastroje są antyrosyjskie.

- Zupełnie nic się nie zmieni w ciągu najbliższych 48 godzin?

Nic, a nic. Tak jak dziś walczymy z Rosjanami, tak i będziemy walczyć jutro.

- W 2026 r., jeśli nic się nie zmieni, nie uda się zdławić wewnętrznych problemów, w tym korupcji, to być może Zachód powie "dość" pomocy dla Ukrainy. Może nowy rząd ma właśnie tym się zająć?

Zachód dalej będzie pomagał, bo wciąż taniej wychodzi wesprzeć nas, niż zaakceptować zmiany terytorialne, układ sił i dawać nowe paliwo Moskwie do ataku na kolejne kraje. Nowy rząd i premier nie będą mieć kompetencji, by wypowiedzieć otwartą wojnę korupcji, bo to nie jego zadanie. Działania antykorupcyjne są w pełni kierowane ręcznie przez administrację prezydenta.

(...)

- Wielu wojskowych twierdzi, że po powrocie z frontu będą chcieli mieć ważną pozycję w kraju, za który walczyli z bronią w ręku.

Nie spodziewałbym się, żeby powstała kiedyś partia złożona z wojskowych. Raczej będą oni trafiać do różnych ugrupowań i próbować swoich sił ze znanymi partiami.

- Andrij Bilecki, były dowódca Azowa i twórca 3. Brygady Szturmowej, pana zdaniem nie zechce spróbować sił samemu? W przeszłości stworzył już partię, która weszła do parlamentu, o nazwie Korpus Nacjonalistyczny.

On zechce na pewno powalczyć sam. Widać gołym okiem, że jego Brygada, 3. Szturmowa, to projekt mający w przyszłości stać się siłą polityczną. Bez wątpienia byli żołnierze czy wolontariusze będą stanowili sporą część przyszłego parlamentu.

- Czyli Ukraina będzie jak Francja po II wojnie światowej, gdzie rząd stworzył generał Charles de Gaulle, po to by wojenne nastroje miały czas na okres przejściowy między walką a powrotem do czasów pokoju. W ten sposób uniknięto np. wojny domowej.

Ukraina zawsze będzie sobą. Nie będzie drugą Francją. Zrobimy to po swojemu, ale na pewno wojsko odegra ważną rolę, bo to normalny proces po zakończeniu konfliktów. Tak było po I wojnie światowej w Niemczech, czy we Włoszech. To nic dziwnego.

- Żołnierze mówią, że jak wyjdą z okopów, to wrócą i zrobią porządek wewnątrz kraju.

Myślę, że wielu z nich będzie miało inne problemy, takie jak leczenie, rehabilitacja, odpoczynek, rodzina. Niemniej to więcej niż pewne, że niektórych z nich politycy będą próbowali wykorzystywać.

- Najpierw jednak musi zakończyć się wojna, a do tego chyba jeszcze długa droga.

Bardzo długa.

onet.pl


Pieskow stwierdził, że „Europejczycy utrzymują wściekłą militarystyczną postawę wobec Moskwy” w odpowiedzi na pytanie dotyczące inicjatywy prezydenta USA Donalda Trumpa, mającej na celu zwiększenie pomocy wojskowej dla Ukrainy za pośrednictwem państw członkowskich NATO. Pieskow wezwał również społeczność międzynarodową do wywierania presji na Ukrainę, by ta przeprowadziła dwustronne negocjacje z Rosją — co stanowi odwrócenie wezwań Zachodu do wywierania presji na Rosję, by podjęła znaczące dwustronne negocjacje w celu zakończenia wojny — co prawdopodobnie fałszywie przedstawi Rosję jako gotową do negocjacji, jednocześnie podważając wiarygodność Ukrainy. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow stwierdził 15 lipca, że wojna Rosji na Ukrainie ma na celu wyeliminowanie „zagrożeń, jakie NATO stworzyło” na granicach Rosji. Kreml posługuje się tymi samymi liniami retorycznymi, których stale używał przez całą wojnę, aby odstraszyć Zachód od wsparcia dla Ukrainy, ale zmienił swój cel z zapobiegania udzielaniu  nowego wsparcia Ukrainie na odwrócenie niedawnego wsparcia i oderwanie Stanów Zjednoczonych od ich transatlantyckich sojuszników, prawdopodobnie w odpowiedzi na niedawną demonstrację prezydenta Trumpa dotyczącą odnowionego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w zbrojenie Ukrainy i wspieranie NATO. Pod koniec czerwca 2025 r. Trump ponownie potwierdził, że Stany Zjednoczone będą przestrzegać klauzuli o obronie zbiorowej zawartej w Artykule 5 NATO i niedawno zażądał, aby Rosja zgodziła się na zawieszenie broni do 2 września, w przeciwnym razie zaryzykuje nałożenie przez USA surowych ceł wtórnych. Kreml priorytetowo traktuje kampanie informacyjne mające na celu podważenie jedności NATO i podsycanie niezadowolenia między Stanami Zjednoczonymi a ich europejskimi sojusznikami, aby osłabić zdolności obronne Ukrainy i osiągnąć długofalowe cele wojenne, które sprowadzają się do kapitulacji Ukrainy.

(...)

Rzecznik ukraińskiej brygady operującej w kierunku Pokrowska poinformował, że siły rosyjskie w rejonie odpowiedzialności brygady koncentrują się na wysiłkach zmierzających do natarcia w kierunku Szachowego (na północny wschód od Pokrowska) i prowadzą bardzo wyniszczające ataki piechoty. Rzecznik poinformował, że siły rosyjskie atakują w trzyosobowych drużynach ogniowych: jeden w pełni opancerzony żołnierz z bronią, jeden bez pancerza z amunicją i dodatkową bronią oraz ostatni żołnierz zamykający tyły. Rzecznik poinformował, że siły rosyjskie zintensyfikowały ataki bombami ślizgowymi w kierunku Pokrowska.

(...)

Rzecznik ukraińskiego batalionu operującego na kierunku Nowopawlówki poinformował, że siły rosyjskie atakują głównie w małych formacjach piechoty, używając pojazdów terenowych i motocykli, ale czasami atakują przy użyciu ciężkiego sprzętu, w tym bojowych wozów piechoty (BWP) lub transporterów opancerzonych (APC), a czasem wielozadaniowych bojowych pojazdów opancerzonych (MTLB) i jednego lub dwóch czołgów. Rzecznik poinformował, że siły rosyjskie osłaniają te ciężkie pojazdy opancerzone konstrukcjami ochronnymi i systemami walki elektronicznej (EW) oraz że siły rosyjskie nadal borykają się z niedoborem pojazdów opancerzonych. Żołnierz ukraińskiej brygady operującej na kierunku Nowopawlówki poinformował, że siły rosyjskie przegrupowują się i przerzucają znaczną liczbę sił na kierunek Nowopawlówki po tym, jak nie udało im się zapewnić taktycznie istotnych postępów na kierunku Pokrowskim.

understandingwar.org

środa, 16 lipca 2025



Czwórka spiskowców pozbyła się Stalina, ale pytanie, co robić dalej, podzieliło koalicję na dwa obozy.

Marszałek Związku Radzieckiego Beria i generał porucznik Malenkow proponowali swoje rozwiązania.

Marszałek Związku Radzieckiego Bułganin i generał porucznik Chruszczow – diametralnie inne.

Bułganin, a szczególnie Chruszczow, byli gorącymi zwolennikami zachowania kultu Stalina.

Beria i Malenkow byli jego zagorzałymi przeciwnikami. Drugiego dnia po pogrzebie Stalina Malenkow powiedział na posiedzeniu prezydium KC: „Uważamy za konieczne zaprzestanie praktyk kultu jednostki”.

Nie powinniśmy mieć złudzeń: ta czwórka, podobnie jak wiele tysięcy niższych rangą, była zbroczona krwią obywateli. Niektórzy z nich, jak Beria, przelali umiarkowaną ilość krwi. Inni z kolei, jak Chruszczow, przelali jej niepomiernie więcej. Ale nie mówimy tu o rzędach wielkości – krew na rękach mieli wszyscy przywódcy. Musieli oni znaleźć odpowiedź na pytanie, jak przeżyć w kraju w zaistniałej sytuacji.

Natychmiast po śmierci Stalina nastąpił gwałtowny i dramatyczny odwrót od stalinowskiej praktyki kierowania państwem. Tym procesem kierował Beria. Stalina jeszcze nie pochowano. Lud, szlochając i zawodząc, milionami rzucił się na plac Czerwony, by pożegnać się ze zmarłym wodzem, a Beria już 6 marca, czyli następnego dnia po zamordowaniu Stalina, polecił przygotować decyzję rządu o przekazaniu wszystkich głównych zarządów NKWD odpowiedzialnych za budownictwo cywilnym resortom, obozów i kolonii zaś – Ministerstwu Sprawiedliwości.

Beria zlikwidował system jedenastu GUŁagów zdecydowanie i szybko.

Dwudziestego pierwszego marca 1953 roku skierował do rządu projekt uchwały o wstrzymaniu robót na dwudziestu trzech niepotrzebnych „wielkich budowach komunizmu”. Wśród nich były: Główny Kanał Turkmeński, Samospływowy Kanał Wołga–Ural, Martwa Droga Czum–Salechard–Igarka, port w Ust’-Doniecku, hydrowęzeł na dolnym Donie i wiele innych. Wszystkie te ogromne obiekty wznoszono rękoma więźniów. Wszystkie były nieuzasadnione z ekonomicznego punktu widzenia. Wszystkie zagrażały środowisku naturalnemu i ludziom, którzy je budowali.

Dwudziestego szóstego marca 1953 roku, trzy tygodnie po śmierci Stalina, Beria skierował do Prezydium KC KPZR notatkę w sprawie amnestii, którą ogłoszono 9 maja. Na mocy tej amnestii z więzień i obozów zwolniono 1.181.264 więźniów, równolegle zamykając toczące się dochodzenia przeciwko 400 tysiącom osób. Mówi się, że wśród tych, którzy opuścili obozy, było dużo kryminalistów, więc w kraju wzrosła przestępczość.

Sporą część uwolnionych stanowili kryminaliści, ale przeważały osoby niewinne, skazane za opowiadanie dowcipów o Stalinie albo za trzy zebrane na polu, nikomu niepotrzebne kłosy.

(...)

Nie chodzi o liczby. Beria złamał całą strukturę planowania centralnego. Wcześniej Państwowy Komitet Planowania tworzył wielkie projekty, które należało zrealizować przymusową niewolniczą pracą więźniów. Na tej podstawie szacowano niezbędną ilość siły roboczej. Następnie organy aparatu represji informowano, ilu przestępców powinny schwytać i na jak długo wpakować do obozów. Zapotrzebowanie przesyłano do republik, krajów, obwodów i rejonów. Każdy funkcjonariusz, od ministra spraw wewnętrznych do dzielnicowego, miał do wykonania plan. Dlatego do więzienia trafiało się nie tylko za „trzy kłosy”, ale też za „kradzież 200 metrów materiału krawieckiego”, czyli za szpulkę nici. 

(...)

Niewolnicza praca więźniów była powszechnie wykorzystywana również później, po czasach stalinowskich, ale zmieniły się zasady kompletowania obozów. Wcześniej państwo powinno już mieć określony zasób darmowej siły roboczej. Im więcej, tym lepiej. Beria ten mechanizm zlikwidował.

Czwartego kwietnia 1953 roku Beria podpisał ściśle tajny rozkaz nr 0068, w którym zdecydowanie domagał się zlikwidowania cel tortur w więzieniach i obozach, zakazania stosowania przemocy wobec aresztowanych i zniszczenia wszelkich narzędzi tortur. Ostrzegał w nim również, że przed sądem zostaną postawieni nie tylko funkcjonariusze MSW, którzy w przyszłości będą się uciekali do używania siły fizycznej wobec więźniów, ale również ich przełożeni.

Trzynastego kwietnia 1953 roku Beria skierował do Prezydium KC KPZR notatkę z propozycją zaprzestania rozdmuchiwania kultu jednostki, w szczególności noszenia w święta, podczas pochodów, portretów najwyższego kierownictwa państwa i partii, przede wszystkim tych, którzy obecnie kierują krajem.

Za życia Stalina wydano 13 tomów jego dzieł. W maju 1953 roku Beria zaproponował, by przestać wydawać dzieła Stalina. Tak też zrobiono. Skład kolejnego tomu rozsypano.

Dziesiątego czerwca w „Prawdzie” ukazał się artykuł bez podpisu, w którym po raz pierwszy pojawiło się nowe dla naszej propagandy określenie – kult jednostki. Nazwiska Stalina jeszcze nie wymieniono, ale i tak wszystko było jasne. Czyj jeszcze kult panował i rozkwitał przez ostatnie kilkadziesiąt lat?

„Prawda” potępiła kult jednostki i wymieniła nazwiska tych, którzy odtąd poprowadzą kraj słuszną drogą: „Idee polityki naszej partii zostały przedstawione w przemówieniach G.M. Malenkowa, Ł.P. Berii i W.M. Mołotowa”.

To nie Chruszczow trzy lata później, na XX Zjeździe KPZR, pierwszy potępił kult jednostki, lecz „Prawda” trzy miesiące po śmierci Stalina.

Bez wątpienia autorem demaskatorskiego artykułu był właśnie Beria. Bo to on był wówczas władcą Związku Radzieckiego. W pierwszej publikacji potępiającej Stalina „Prawda” wymieniła nazwisko Berii wśród dwóch innych nazwisk. Ale Malenkow był pod całkowitą kontrolą Berii, a Mołotow już kilka lat wcześniej został odsunięty od podejmowania najważniejszych decyzji.

Artykuł w centralnym organie partii komunistycznej nie mówi nic o Chruszczowie, chociaż to właśnie on stał na jej czele.

Wiktor Suworow - Tatiana - tajna broń

wtorek, 15 lipca 2025



Wizualizacje ekspansji kapitalizmu często ukazują coś na kształt uderzenia asteroidy albo rozprzestrzeniania się choroby, zaczynających się od terenu albo pacjenta zero i obejmujących kolejne miejsca. Kapitalistyczne pogranicza wymagają jednak bardziej wyrafinowanych fikcji naukowych. Jeśli kapitalizm jest chorobą, to taką, która zjada twoje ciało – a potem czerpie zyski ze sprzedaży twoich kości jako nawozu, potem inwestuje zyski z tej sprzedaży w uprawę trzciny cukrowej, a później sprzedaje trzcinę turystom, którzy przyjechali odwiedzić twój grób. Jednak nawet ten opis nie jest do końca trafny. Pogranicze działa tylko dzięki powiązaniom, rekompensując sobie swoje porażki poprzez wysysanie życia z innego miejsca. Pogranicze to miejsce, w którym kryzysy zachęcają do wprowadzania nowych strategii czerpania zysku. Pogranicza są pograniczami, ponieważ stanowią strefy spotkania kapitału i rozmaitych rodzajów natury – co obejmuje i ludzi. Dlatego ich istotową cechą zawsze jest zmniejszanie kosztów prowadzenia interesów. Kapitalizm nie tylko ma swoje pogranicza; on istnieje dzięki pograniczom, rozprzestrzeniając się z jednego miejsca w inne, przekształcając relacje społecznoekologiczne, wytwarzając coraz więcej rodzajów dóbr i usług, które krążą w rozszerzających się cyklach wymiany. Co jednak najważniejsze, pogranicza są miejscami sprawowania władzy – i to nie tylko władzy gospodarczej. Pogranicza pozwalają państwom i imperiom wykorzystywać przemoc, kulturę i wiedzę do wyzyskiwania natury niskim kosztem. To właśnie owo potanianie sprawia, że pogranicza są tak istotne dla dziejów nowoczesności, umożliwia ono bowiem ekspansję kapitalistycznych rynków. Jest to cenna wskazówka pozwalająca zrozumieć, jak pojmowana i praktykowana jest wydajność. Choć wiele napisano o krwawej i pełnej ucisku historii kapitalizmu, często przegapia się pewien ważny fakt: kapitalizm odnosi sukces nie dlatego, że jest brutalny i sieje zniszczenie (choć oczywiście taki jest), ale dlatego, że jest wydajny w określony sposób. Odnosi sukces nie poprzez niszczenie natury, ale zaprzęganie jej do pracy – najtaniej, jak to tylko możliwe.

Raj Patel Jason W. Moore - Historia świata w siedmiu tanich rzeczach



Feudalizm wymagał wzrostu populacji, nie tylko w celu produkcji żywności, ale i po to, by odtwarzać władzę panów. Szlachcie zależało na względnie licznej populacji chłopskiej, ponieważ pozwalała jej ona zachować własną pozycję przetargową: lepiej było, gdy wielu chłopów konkurowało ze sobą o ziemię, niż gdyby wielu panów miało konkurować ze sobą o chłopów. Jednak wraz z pojawieniem się czarnej śmierci sieci handlu i wymiany zaczęły przekazywać nie tylko chorobę, ale i stały się nośnikami masowych niepokojów społecznych. Niemal z dnia na dzień powstania chłopskie przestały być wydarzeniami lokalnymi, przeradzając się w poważne zagrożenie dla porządku feudalnego. Po roku 1347 powstania te były synchronizowane – stały się systemową odpowiedzią na kryzys dziejowy, fundamentalnym zerwaniem z feudalną logiką władzy, produkcji i natury.

Czarna śmierć wywarła dodatkowy, niemożliwy do zniesienia nacisk na system i tak już znajdujący się pod ogromną presją. Europa po epidemii stała się sceną bezlitosnej walki klas, od krajów regionu bałtyckiego po Półwysep Iberyjski, od Londynu po Florencję. Chłopi domagali się obniżki danin i przywrócenia zwyczajowych uprawnień, czego feudalne warstwy rządzące nie mogły tolerować. Europejscy królowie, bankierzy i szlachta nie mogli oczywiście spełnić takich żądań, jednak nie mogli też, mimo wielu wysiłków, przywrócić status quo ante. Represyjne zmiany prawne mające na celu utrzymanie niskiej ceny siły roboczej za pomocą kontroli wysokości płac albo wręcz przez narzucenie wtórnego poddaństwa wprowadzane były właśnie wskutek epidemii dżumy. Wśród najwcześniejszych z nich znalazło się angielskie Rozporządzenie i statut o robotnikach [Ordinance and Statute of Labourers], wprowadzone po pierwszym uderzeniu plagi (1349–1351). Współczesnym odpowiednikiem takiego posunięcia byłoby utrudnienie zrzeszania się w związki zawodowe w odpowiedzi na epidemię wirusa ebola. Wpływ zmiany klimatu na siłę roboczą był dla europejskiej szlachty oczywisty, dlatego warstwa ta podejmowała wysiłki, by utrzymać stary układ. Poniosła niemal całkowitą porażkę. Poddaństwa nie udało się przywrócić nigdzie w Europie Zachodniej i Środkowej. Płace i poziom życia chłopów oraz miejskich robotników znacznie się poprawiły – na tyle, by skompensować ogólne skurczenie się gospodarki. Choć dla większości ludzi była to korzystna zmiana, górny 1 procent musiał patrzeć, jak zmniejszają się zawłaszczane przez niego nadwyżki. Stary porządek załamał się i nie było szans na jego przywrócenie.

Kapitalizm wyłonił się właśnie z tej katastrofy. Klasy rządzące usiłowały nie tylko przywrócić dawny poziom nadwyżek, ale i go podnieść. Azja Wschodnia była zamożniejsza, dlatego choć jej władcy również doświadczali społeczno-ekologicznych trudności, znaleźli sposoby na uwzględnienie niepokojów społecznych, wylesienia i niedoboru zasobów w swoich układach lennych. Na jedno z rozwiązań, które miało znacząco przekształcić związki ludzi z siecią życia, wpadła przypadkowo arystokracja Półwyspu Iberyjskiego, głównie Portugalii i Kastylii. Pod koniec XV wieku królestwa te i ich społeczeństwa przeżywały rekonkwistę, trwający przez całe stulecia konflikt z muzułmanami, i były tak zależne od włoskich finansistów, pokrywających koszty ich kampanii wojskowych, że zostały całkowicie przekształcone przez wojnę i zadłużenie. To połączenie długu wojennego i obietnicy zdobycia bogactw poprzez podbój doprowadziło do najwcześniejszych inwazji na Atlantyku – podbicia Wysp Kanaryjskich i Madery. Rozwiązaniem problemu długu wojennego stały się następne wojny, które przynosiły zysk z kolonizacji nowych, coraz odleglejszych rubieży.

Raj Patel Jason W. Moore - Historia świata w siedmiu tanich rzeczach


Pekin oficjalnie nie popiera jej wojny przeciwko Ukrainie — Xi Jinping zaproponował nawet swój plan pokojowy. Według źródeł "South China Morning Post" podczas spotkania z wysoką przedstawicielką UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kają Kallas na początku lipca minister spraw zagranicznych ChRL Wang Yi oświadczył, że Pekin nie może dopuścić do porażki Moskwy w wojnie z Kijowem. Wyjaśnił, że w takiej sytuacji Stany Zjednoczone całkowicie skoncentrowałyby swoją uwagę na Chinach. Jednocześnie dodał, że gdyby Pekin rzeczywiście pomagał Moskwie, "wojna już dawno by się skończyła".

/Póki Rosja tkwi na Ukrainie, Europa jest bezpieczna? W pewnym stopniu, tak. - red./

Źródła Bloomberga twierdzą, że dotąd Trump nie zdecydował się wywrzeć presji na Chiny, by zmusić je do zaprzestania wspierania rosyjskiej machiny wojennej, bo ma on obecnie inne priorytety. Według nich administracja prezydenta USA zamierza skupić się na kwestiach dwustronnych w relacjach z Pekinem — Waszyngton uważa go za swojego największego geopolitycznego rywala. Podczas rozmowy telefonicznej z Xi Jinpingiem, do której doszło na początku czerwca, Donald Trump nie poruszył więc tematu wojny w Ukrainie, a główny nacisk położył na kwestie handlowe.

onet.pl


Światowy Dzień Bez Telefonu Komórkowego obchodzony jest 15 lipca. Z tej okazji Instytut Spraw Obywatelskich wystosował list otwarty do rodziców, w którym przestrzega przed zgubnym wpływem tego urządzenia na dobrostan najmłodszych. "Smartfon uzależnia tak jak alkohol, papierosy czy kokaina" - wskazuje ISO.

"Światowy Dzień Bez Telefonu Komórkowego to dobra okazja do wyłączenia smartfonu i zastanowienia się nad tym, co powiedział prof. Manfred Spitzer" - napisał Instytut w komunikacie przekazanym PAP.

Jak czytamy, "każdy dzień bez smartfona jest dobrym dniem". "W momencie, gdy dasz dziecku telefon, będziesz walczyć każdego dnia - nie używaj go tutaj, nie używaj go teraz, etc. Dlatego moje rekomendacje dla rodziców są takie - póki dziecko nie skończy trzynastu, czternastu lat - żadnego smartfona. Jeszcze raz - im dłużej jesteś w stanie odroczyć ten moment, tym lepiej dla twojego dziecka. Nie ma innej odpowiedzi" - dodał ISO.

W liście wyjaśniono, że Manfred Spitzer to światowej sławy niemiecki psychiatra, psycholog i neurodydaktyk. (...)

afał Górski, prezes zarządu Instytutu Spraw Obywatelskich prowadzącego kampanię pod hasłem "Ratuj Dzieci!" przestrzegł, że krótkowzroczność, nadwaga, zaburzenia snu, wady postawy, stany przedcukrzycowe, wypadki w ruchu ulicznym - "to tylko niektóre z zagrożeń dla twojego dziecka związanych z nadmiernym korzystaniem z telefonu".

Wskazał także, że oprócz fizycznych problemów, badania naukowe wskazują również na niebezpieczeństwa dla zdrowia psychicznego dzieci: lęki, depresje (m.in. samookaleczenia i myśli samobójcze), stres, zaburzenia uwagi, zwiększona agresywność i zmniejszona zdolność empatii wobec rodziców i przyjaciół.

"Co ważne, smartfon szkodzi rozwojowi dziecka, nie tylko w czasie, kiedy samo go używa, ale także wówczas, gdy smartfonu używa mama lub tata podczas pełnienia obowiązków rodzicielskich" - podkreślił autor.

Zaznaczył jednocześnie, że smartfon uzależnia tak jak alkohol, papierosy czy kokaina. "Dzieci uzależniają się bardziej niż dorośli i skutki tego uzależnienia są o wiele bardziej niebezpieczne, szkodliwe" - napisał.

Podał także, że dziecku do prawidłowego rozwoju potrzebne są miliony wypowiedzianych do niego słów i dziesiątki tysięcy wspólnych zabaw z rodzicami - układania klocków, malowania obrazków, wspólnego czytania, śpiewania piosenek, gry w piłkę.

Dlaczego rodzice tego nie robią? W odpowiedzi Górski przytoczył słowa minister ds. dzieci i edukacji Danii Mattias Tesfaye z 2024 r.: "Byliśmy zdecydowanie zbyt naiwni i zaślepieni tym, co udało się osiągnąć największym firmom technologicznym, a co w praktyce oznaczało zakłócenie procesu nauczania. Mam nadzieję, że przestaniemy rozdawać pierwszoklasistom tablety, a damy im ołówki i nauczymy pisać listy".

Prezes Instytutu Spraw Obywatelskich zauważył, że na braku zakazu telefonów w szkołach najwięcej zyskuje wielki biznes, np. korporacje technologiczne: Tik Tok, Meta (Facebook, Instagram), Google (YouTube); producenci smartfonów: Apple, Samsung, Xiaomi; firmy telekomunikacyjne: Play, Orange, Plus, T-Mobile.

"Korporacje te dzień po dniu uzależniają twoje dziecko od swoich produktów i usług" - ocenił.

Przypomniał także, że Steve Jobs, twórca marki Apple, trzymał się żelaznej zasady handlarzy narkotyków: "nigdy nie ćpaj własnego towaru". W wywiadzie dla "New York Timesa" Jobs powiedział, że jego dzieci nigdy dotąd nie korzystały z iPada. "W naszym domu ograniczamy dzieciom dostęp do nowoczesnej techniki" - mówił.

"Specjaliści od lat wskazują, że proszenie dzieci, które nie mają jeszcze zdolności do samokontroli, o samokontrolę przy korzystaniu ze smartfonów i mediów społecznościowych, które zostały zaprojektowane jako uzależniające, czyni z rodziców policjantów. Dodatkowo jest źródłem frustracji dla wszystkich w rodzinie, ponieważ jest to zadanie niemożliwe" - podniósł autor tekstu.

PAP