poniedziałek, 14 lipca 2025



Reasumując. Mimo wysokich kosztów, kombinacja przewagi liczebnej personelu oraz wsparcia lotniczego pozwala Rosjanom na zdobywanie kolejnych kilometrów kwadratowych Ukrainy, ale bez zdolności do głębokich przełamań.

W normalnych warunkach takie wyczerpywanie własnych jednostek w powtarzających się krwawych szturmach groziłoby ich załamaniem, jednakże rosyjskie dowództwo świetnie zdają sobie sprawę, że Ukraińcy sami borykają się z poważnymi niedoborami kadrowymi, wobec czego nie są zdolni do większych operacji zaczepnych.

Warunkowa słabość strony ukraińskiej daje Rosjanom duży bufor bezpieczeństwa i przyzwolenie na podejmowanie ryzyka, a także pozornie zwalnia z odpowiedzialności za popełniane błędy, ponieważ Ukraińcy nie mają zdolności aby je w pełni wykorzystać. Z jednym, szalenie ważnym zastrzeżeniem. Jeśli w dowolnym momencie sytuacja ulegnie zmianie, a siły ukraińskie przejdą do silnego kontrataku, rosyjskie linie mogą się rozsypać jak domek z kart.

Filozofia ta jest widoczna nie tylko w działaniu rosyjskiego sztabu, ale także sposobie prowadzenia polityki zagranicznej przez Kreml. Wybrzmiewała ona wyraźnie w tonie negocjacji prowadzonych z Amerykanami oraz bagatelizowaniu mobilizacji Europy. Władimir Putin i jego otoczenie wydają się przekonani, że żaden zaskakujący zwrot ze strony Zachodu nie nastąpi, wobec czego podejmowane przez nich ryzyko jest jedynie teoretyczne, a w końcowym rozrachunku się opłaci.

(...)

Jak podają oficjalne dane ministerstwa finansów Federacji Rosyjskiej, deficyt budżetowy w pierwszym półroczu 2025 roku wyniósł około 47 mld USD (3,69 bln rubli, 1,7% PKB) osiągając tym samym założenia budżetowe na cały bieżący rok. W stosunku do roku 2024 wydatki państwa wzrosły o 20,2%, wobec dochodów rosnących jedynie o 2,8%. Przy czym średnia zysków ze sprzedaży ropy i gazu w pierwszym półroczu spadła aż o 16,9% rok do roku, (...).

(...)

Według znawców Rosji, kurczące się dochody państwa zmuszają Kreml do nowej redystrubucji zasobów, a to oznacza nasilenie się walki o wpływy pomiędzy poszczególnymi beneficjentami putinizmu. Państwo odbiera to, co kiedyś wolną ręką dało, ponieważ nie ma pieniędzy na dalsze prowadzenie wojny. Jednakże w mafijnym systemie politycznym Rosji, członkowie elit rzadko puszczani są wolno, najczęściej spotyka ich wieloletnie więzienie lub śmierć, na przykład popularne „wypadnięcie z okna”, (...).

(...)

W tym miejscu powrócę do poruszonej w poprzednim rozdziale myśli, na temat podejmowania przez Kreml nadmiernego ryzyka, które może się skończyć katastrofą. Na froncie chodzi o proporcję sił, tymczasem w ujęciu geopolitycznym, postawa ta widoczna była podczas nieudanych rozmów z Amerykanami. Putin nie wierzy w jakiekolwiek groźby kierowane w jego kierunku z Waszyngtonu. Nie obawia się ani amerykańskich sankcji, ani dozbrojenia Ukrainy, sądząc że Donald Trump nie jest zdolny do podjęcia jakichkolwiek znaczących działań w tym zakresie. Kreml żyje przekonaniem, że Zachód zmęczy się wojną dużo szybciej, niż wyczerpią się rosyjskie zasoby do jej prowadzenia. Tym bardziej, że za plecami czuje mocne wsparcie Korei Północnej i Chin.

Od tego czy ma rację, czy też fatalnie się pomylił, zależy przyszłość Federacji Rosyjskiej.

(...)

Stany Zjednoczone wydają się odchodzić od stosowania marchewki, sięgając po upragniony przez europejskich polityków kij. Sednem tej zmiany jest dążenie do systematycznego osłabienia wszystkich wrogów, poczynając od tych najsłabszych. W optyce Waszyngtonu sprawa Iranu i Bliskiego Wschodu została jak na razie rozwiązana, pora więc na Rosję. Zauważmy, że Teheran równie długo nęcony był korzyściami, zanim doszło do użycia siły. Gdzieś po drodze znajdzie się Korea Północna, a wreszcie przyjdzie czas na Chiny. Schemat postępowania Białego Domu wydaje się nie tylko czytelny, ale i powtarzalny.

W każdym z wymienionych przypadków Amerykanie wykorzystują sojuszników do budowania geopolitycznej przewagi. Okazując im silne wsparcie, zmieniają regionalny układ sił (przykład Izraela). W pierwszym kroku wsparli NATO. Jeśli podobnie stanie się w przypadku Ukrainy, może ona z powrotem odzyskać grunt pod nogami. Niepewność co do amerykańskiej polityki bardzo komplikowała działania nie tylko jej, ale całej Europie. Konflikt między Waszyngtonem a resztą Zachodu rozbijał sojuszniczą jedność, co służyło Rosji i jej sojusznikom.

globalnagra.pl


"WOJNA W DOMU Z LUSTRAMI" - Bitwa o "Małe Niebo"

Jak pokazują rosyjskie i ukraińskie statystki od stycznia 2024 oku do czerwca 2025 roku, ten kto wygrywa woje dronów i kontroluje "Małe Niebo" ma sukcesy na polu walki.

Pytanie brzmi czy te sukcesy można wykorzystać?

Postaram się odpowiedzieć na te pytanie.

Statystyki procentowo odpowiadające za straty obu stron za okres styczeń 2024 czerwiec 2025 przedstawiają się następująco:

Trafienia dronami w strefie taktycznej do 10 km:

Rosja (procent zadanych strat SZU):

DRONY - 63,8%;
(w tym drony FPV - 49%, w tym drony bombardujące - 11,5%, drony UAV "LANCET" (ogień kontbateryjny 3,3%));
ARTYLERIA - 13,6%;
MINY - 6,2%;
LOTNICTWO - 3,7%;
(głównie uderzenie KAB)
BEZPOSREDNIE DZIAŁANIA SZTURMOWE - 11,5%;
STRATY SZU POZA WALKĄ - 1,2%.

Ukraina (procent zadanych strat SZ FR):

DRONY - 75%;
ARTYLERIA - 11%;
MINY - 8%;
LOTNICTWO - 0,2%;
BEZPOSREDNIE DZIAŁANIA SZTURMOWE - 5,3%;
STRATY SZ FR POZA WALKĄ - 0,5%.

Analiza strat pozwala nam stwierdzić, że jeśli chodzi o broń taką jak bezzałogowe statki powietrzne (BSP, drony) w strefie taktycznej, stosunek ilościowy tej broni po obu stronach jest pozornie zbliżony. 

Różnica w stratach wynika z faktu, że Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej (SZ FR) są w ofensywie, wielokrotnie częściej atakując Ukraińców, którzy znajdują się w pozycjach obronnych i prowadzą działania opóźniające, gdzie efekt trafień od dronów w danych okolicznościach dla Rosjan jest mniejszy, a większy dla Ukraińców. 

Podobnie jest w przypadku artylerii. Rosyjska przewaga w ogniu artyleryjskim jest częściowo równoważona lepszym zabezpieczeniem inżynieryjnym umocnionych i manewrujących Ukraińców na pozycjach obronnych. 

Rosjanie ponoszą dużo większe straty z powodu min podczas pokonywania pól minowych w atakach szturmowych na ukraińskie punkty oporu, nawet jak zostały obezwładnione lub zostały opuszczone przez obrońców.

Ponad dwukrotnie wyższe straty Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) w wyniku rosyjskich działań szturmowych wskazuje, że głównym czynnikiem wypychających Ukraińców z ich pozycji obronnych są rosyjskie bezpośrednie działania szturmowe  

Wsparcie rosyjskiego lotnictwa docieraj do linii ataków i szturmów, ale tylko statystycznie 4% KAB trafia w cel. Ten współczynnik jak dotąd nie poprawił się.

Częściowo tłumaczy to również fakt, że Rosjanie zbliżając się do ukraińskich pozycji obronnej, starają się, by dla obrońcy zmienia się ona z osłony w pułapkę.

W tym wypadku potrzebna jest przewaga powietrzna na "Małym Niebie" z wykorzystaniem dronów, gdyż lotnictwo nie jest wstanie dać rozpoznania i wsparcia ogniowego małym rosyjskim grupom szturmowym. 

Przewaga na "Małym Niebie" daje mniejsza manewrowość przeciwnikowi, pogorsza jego świadomość taktyczną, zawężone sektory ostrzału. Przewaga liczebna piechoty broniącej się nad atakującą nie ma już takiego znaczenia. Bez świadomości i pod presją BSP system ognia w obronie staje się chaotyczny, a punkty ogniowe, które są odizolowane, po kolei są tłumione działaniami szturmowymi, albo dronami.

W tym drugim przypadku, na krótkim dystansie walki (zwłaszcza w zwarciu szturmowym), strona dysponująca przewagą na "Małym Niebie" i większą świadomością taktyczną po prostu miażdży przeciwnika ogniem, dlatego sama ponosi mniejsze straty w wyniku ostrzału obrońców.

Od dawna obserwujemy, że głównym rodzajem walki w strefie taktycznej pozostaje walka ogniowa na odległość, a podstawowym środkiem rażenia są drony. W przypadku działań szturmowych atakujący musi posiadać bezwzględnie przewagę na "Małym Niebie".

Ukraińcom do końca pierwszej połowy 2025 roku udało się stworzyć stałą „linię dronów”, jednak Rosjanie adaptując się do niej, nauczyli się lokalnie dominować na "Małym Niebie". Natomiast zadanie uzyskania miażdżącej przewagi nad SZU w zakresie tej broni (dronów) w SZ FR jak dotąd nie zrealizowały. 

Dodatkowo nacierającym wojskom rosyjskim nie udaje się uzyskiwać tej przewagi na tyle długo, by w stopniu wystarczającym starczyło jej do przebicia się przez ukraińską obronę i to na znaczną głębokość.

Przeważnie rosyjskie natarcia podczas ataków na głównym kierunku sięgają obecnie na głębokość 1-2 km (głębokość obrony kompanii), zamiast kilkuset metrów (głębokość obrony plutonu), jak miało to miejsce na początku 2023 roku. 

Taktyka obu stron wskazuje na wyraźny brak stałych pozycji obronnych w pasie 10 km od umownej linii frontu. Często obrońca, który wcześniej był atakującym traci pozycje. Ruch pomiędzy stanowiskami bojowymi oraz maskowanie jest podstawą umiejętnością przetrwania w strefie walki. 

Przykład:

Przez 2-3 dni rosyjski pułk strzelców zmotoryzowanych na głównym kierunku dywizji walczył własnymi dwoma batalionami piechoty (trzeci pozostaje na terenie FR w garnizonie - szkoli służbę zasadniczą), wspieranymi przez kompanię saperów szturmowych oraz dwie kompanie czołgów (z batalionu czołgów) i dywizjon artylerii. 

Siły te przez 3 dni przeprowadzają średnio 5-6 ataków szturmowych - kompanijnych (główny kierunek) i plutonowych (poboczny kierunek), z których 2-3 zakończyły się niepowodzeniem, ale w wyniku pozostałych udanych ataków przebiły się 6 km (poboczny) i do 10 km (główny) na głębokość umownego frontu, a nawet więcej, silnie „rozrywając” pozycję obronną SZU na pierwszej linii umocnień.

Oczywiście pułk nie mogłyby tego zrobić, gdyby Rosjanie nie utrzymali przewagi dronowej, gdyż w innym przypadku aż 95% ataków takiego pułku skończyłyby się niepowodzeniem. 

Wejście rosyjskiego pułku na 10 km w strefę walk, w obecnej sytuacji wojny pozycyjnej można ocenić jako ukraiński kryzys taktyczny w obronie, w jakimś rejonie operacyjnym. Oczywiście odbywa się to kosztem pozbawienia osłony dronów na innych rosyjskich kierunkach dywizji, gdzie mogliby kontratakować Ukraińcy.

Jest ryzyko jest nagroda, ale.... 

W wyniku strat, poniesionych podczas takiej 2-3 dniowej rosyjskiej dywizyjnej ofensywy, taki pułk pierwszorzutowy i jego bataliony, a także wspierające je siły całkowicie utraciły zdolność bojową.

Pułk, wskutek „wyniszczenia bojowego” zazwyczaj traci do 50% i więcej stanu osobowego i sprzętu w jego dwóch batalionach piechoty, w batalionie czołgów, w kompanii sapersko-inżynierskiej, a także mniejszej ilości (do 25%), ale znaczącej części dywizjonu artylerii oraz jednostkach zabezpieczenia.

To powoduje, że taki rosyjski pułk po 3 dniach intensywnych walk może poprzez przegrupowanie własnych oddziałów, jakoś obronić zdobyty teren, ale za to stracił zdolności ofensywne, aż do momentu uzupełniania i ponownego zgrania.

Jeśli dywizja rosyjska chce dalej atakować musi pułkami rotować pod ogniem ukraińskich dronów i je na głębokich tyłach uzupełniać. Dodam, że systemowo to drugie Rosjanom się udaje, ale też mają swoje limity. 

Dlatego SZ FR nie mają szans na wykorzystanie takiego przełamania, wprowadzenie kolejnych sił, które przejmą pęd "mozolnego uderzenia". 

To na poziomie operacyjnym wygląda jak walka w trybie "slow motion" pod chmurą wściekłych Szerszeni...   

Walka o "Małe Niebo" powoduje gwałtowny spadek gęstości formacji bojowej i problemy z rotacją walczących w zwarciu jednostek. Oznacza to, że w pierwszej połowie tego roku obie walczące strony wykorzystują jeszcze mniejszą liczbą ludzi i sprzętu (poza dronami) na 1 km2 frontu niż na początku 2023 roku.

To z jednej strony, teoretycznie, pozwala logistyce obu stron, które walczą w ten sposób, wydajnie zabezpieczyć rozporoszone w strefie walk własne pododdziały. Jednak praktyka bojowa i możliwość stworzone przez dorny świadczą, o maksymalnej koncentracji uderzeń na tak "teoretycznie wydajną" logistykę. Izolacja pola walki przez drony realnie ogranicza możliwości zabezpieczenia jednostki oraz przemieszczanie się w strefie walki (czy to rosyjskiej czy ukraińskiej).

Współcześnie - żołnierz siedząc ukryty w okopie, albo na swoje nieszczęście zostanie wykryty przez BSP i przez wspierające go systemy analiz danych zostanie wskazany do zgładzenia przez artylerię lub inny dron uderzeniowy, lub umrze z głodu oraz pragnienia odcięty od swojego zaopatrzenia. 

Na tym polu walki wygrywa ten kto potrafi wystarczająco długo utrzymać i zaopatrywać swoje rozproszone siły. W ostatnim czasie pojawiło się wiele przykładów, że załogi rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych atakują ukraińskie obiekty logistyczne w odległości 20–30 km umownej linii frontu. 

W ten sposób tworzy się system izolacji ogniowej ważnych odcinków frontu poprzez prowadzenie bitwy, o dominację na "Małym Niebie" w strefie walki (do 10 km) oraz poza nią.

Walka o "Małe Niebo"

Specjalnie wyszkoleni operatorzy myśliwskich dronów są niezwykle aktywni po obu stronach. Wcześniej zaczęli stosować tą taktykę Ukraińcy. Jednak jak można zobaczyć na rosyjskim filmie w aktywnych rejonach frontu Rosjanie na dobę walki niszczą 8-10 ciężkich ukraińskich dronów, a skala i tendencja myśliwskiej walki dronów po obu stronach frontu stale rośnie. 

Tam, gdzie Rosjanie mają dla siebie "Małe Niebo" bezzałogowe statki powietrzne "Vampire" i "Baba Jaga" całkowicie w działaniach bojowych straciły na znaczeniu.

Rosjanie stopniowo budują system walki powietrznej na „Małym Niebie”. Głównie organizowany jest przez ludzi z "Centrum Rubikon" poprzez skalowanie użycia dostępnych dronów jako myśliwskie. To już jest kolejny krok, który wymusił głębsze zmiany w rosyjskich i ukraińskich działaniach militarnych.

Kolejny przełom może nastąpić, jeśli obie strony, a szczególnie Rosjanie, będą w stanie skutecznie przeciwdziałać ukraińskim operatorom bezzałogowych statków powietrznych, uderzając w same załogi i zmuszając je do dalszego wycofania, co zmniejszy ich zasięg rażenia i rozpoznania, a tym samym czas reakcji na ataki rosyjskich grup szturmowych (co już się dzieje). 

Epilog...

Trwa ciągła i aktywna walka konkurencyjna, poszukiwane są metody skutecznego przeciwdziałania, stale ulepszane są siły bezzałogowe, rozpoznawcze, upraszczane i ulepszane są uderzeniowe bezzałogowce, by stworzyć efekt "masy na małym niebie".

Nadal Rosjanie są daleko za rozwiązaniami ukraińskimi, ale co ważne, nie tyle technologicznie, co organizacyjnie. 

Nie zapominajmy, że taki rodzaj SZU jak "Siły Dronowe" powstał na początku lutego 2024 roku, a Ukraina rozpoczęła systemową organizację badań i rozwoju podobnych do tych, które Rosjanie rozpoczęli na początku 2025 roku na bazie "Centrum Rubikonu", już w pierwszej połowie 2023 roku.

Dron to emocjonujący efektor, ale wydajność w tej analogowej i jak się niektórym wydaje zacofanej wojnie, tkwi w specyficznie tworzonym kodzie zerojedynkowym.

W takich działaniach bojowych istotną rolę odgrywa specjalistyczny analityczny system rozpoznanie celów, bez którego drony są "komunijnymi zabawkami". W tej dziedzinie niedoścignione jest SZU, które wykorzystują systemowo elementy "sztucznej inteligencji".

To cichy "game changer". 

To są ich własne ukraińskie narodowe algorytmy, które bez wsparcia sojuszniczego, od ponad dwóch lat, uczą się na realnej wojnie rozpoznawać i zabijać wrogów. Tego nie da żadna symulacja czy poligon. Tego pragną najsilniejsze armie świata. Te linijki unikalnych bezdusznych kodów pisane są śmiercią wrogów. To jest najlepsza ukraińska broń na atakujących masą Rosjan. 

Rosjanie to zrozumieli i niestety starają się szybko dogonić te zdolności, w tej pełnej mitów i krwi bitwie o "Małe Niebo" - w wojnie w "Domu z lustrami" 

Pozdrawiam i dziękuję.

x.com/Maciej_Korowaj


Front pozostaje bowiem bardzo statyczny. Walki miejscami owszem są intensywne i Rosjanie posuwają się naprzód, ale wszystko dzieje się na bardzo małą skalę. Nie ma wielkich ofensyw, tysięcy czołgów pędzących po stepie. Są kilkuosobowe grupki żołnierzy próbujące unikać śmierci od dronów. Nie jest to coś, co przyciągnie uwagę osoby mało interesującej się tym konfliktem, a Trump taką jest. Zmasowane ataki powietrzne na miasta nocą, łuny pożarów, słupy dymu, dzieci zabite w łóżkach i tłumy spędzające noce w schronach? To już coś innego. I tego Putin dostarcza w coraz większej skali, niezależnie od swoich regularnych rozmów telefonicznych z Trumpem, w których ma mu deklarować chęć życia w pokoju.

(...)

To podstawowy problem Ukraińców. Rosyjska produkcja dronów i rakiet urosła do takich rozmiarów, że umożliwia naprawdę masowe ataki nawet kilka razy w tygodniu. Rok temu bywało wiele dni pod rząd bez żadnego większego uderzenia, a jak działo się coś dużego, to oznaczało po kilkadziesiąt obiektów, może około stu. W dzisiejszych realiach to względnie spokojna noc. Pomiędzy jesienią 2022 i 23 roku Rosjanie wystrzelili nad Ukrainę około 2 tysięcy dronów typu Shahed. Teraz tylko w czerwcu poleciało ich 5337. Towarzyszy im przy tym prawie drugie tyle różnych jeszcze prostszych wabików, mających dezorientować Ukraińców, oraz po kilka klasycznych rakiet balistycznych i manewrujących, których dotarcie do celu jest skoordynowane z nadleceniem fali bezzałogowców. Tak, aby przytłoczyć ukraińską obronę i zwiększyć szansę na jej przełamanie.

Znaczącą zmianą w nalotach Rosjan jest też ich wyraźna koncentracja. Przez lata nocne ataki były rozproszone. Kilka rakiet i dronów tu, kilka dronów tam i tam. Można przypuszczać, że Rosjanie starali się rozpraszać uwagę ukraińskiego systemu obrony przestrzeni powietrznej i oddziaływać terrorystycznie na jak największą część Ukrainy. Teraz się to zmieniło, co widać po wcześniej zamieszczonych mapkach ostatnich ataków. Każdej nocy ewidentnie wybierane są 1-2 miasta, które są głównymi celami. To na nie leci zdecydowana większość użytej broni. Prowadzi to do wspomnianego przeciążania lokalnej obrony, ale też podnosi szanse zniszczenia tego, co jest głównym celem operacji.

gazeta.pl


Republikański senator Lindsey Graham powiedział w niedzielę, że spodziewa się w nadchodzących dniach "rekordowych" dostaw broni dla Ukrainy. Ocenił, że "dojdzie do zmiany", jeśli chodzi o rosyjską inwazję, a przywódca Rosji Władimir Putin popełnił błąd, próbując ograć prezydenta USA Donalda Trumpa.

Wpływowy polityk, który jest bliskim sojusznikiem Trumpa, ocenił, że konflikt w Ukrainie zbliża się do punktu zwrotnego.

Według niego prezydent USA wykazuje coraz większe zainteresowanie udzieleniem pomocy Kijowowi, który broni się przed rosyjską agresją. Sam Trump, który w ostatnim czasie krytykował Putina, ogłosił, że w poniedziałek wyda "ważne oświadczenie" dotyczące Ukrainy. Tego dnia w Waszyngtonie będzie składał wizytę sekretarz generalny NATO Mark Rutte. Trump poinformował też w minionym tygodniu, że zawarto umowę, na mocy której Stany Zjednoczone wysyłają Ukrainie uzbrojenie poprzez NATO, a Sojusz płaci za to uzbrojenie.

- Sytuacja dotycząca inwazji rosyjskiej się zmieni. Spodziewam się, że w najbliższych dniach zobaczymy rekordowe dostawy broni, by pomóc Ukrainie w obronie. Spodziewam się, że w nadchodzących dniach Trump będzie miał w zanadrzu cła i sankcje, jakich nie miał nigdy wcześniej. Spodziewam się w najbliższych dniach więcej wsparcia od Europy, jeśli chodzi o pomaganie Ukrainie - powiedział Graham telewizji CBS.

- Przez sześć miesięcy prezydent Trump próbował zachęcić Putina do rozmów. Ataki się nasiliły, a nie osłabły. Jednym z największych błędów popełnionych przez Putina było to, że próbował ograć Trumpa. Więc proszę obserwować - w najbliższych dniach i tygodniach będą podejmowane silne starania, by Putin zasiadł przy stole negocjacyjnym. A w przypadku tych, którzy mu pomagają (Chiny), czas kupowania taniej rosyjskiej ropy i nieponoszenia odpowiedzialności już się skończył - dodał.

Graham wraz z senatorem Demokratów Richardem Blumenthalem jest autorem ustawy o nowych sankcjach na Rosję i jej partnerów handlowych. Blumenthal powiedział CBS, że USA i europejscy sojusznicy są coraz bardziej zgodni co do możliwego wykorzystania ok. 300 mld dolarów rosyjskich aktywów zamrożonych na początku inwazji, by pomóc Ukrainie.

- Moim celem jest zakończenie tej wojny. I jedynym sposobem na zakończenie tej wojny jest postawienie tych, którzy wspierają Putina, przed wyborem między amerykańską gospodarką a pomaganiem Putinowi - podkreślił Graham.

Projekt senatorów zobowiązuje administrację do nałożenia sankcji na podmioty w sektorze energetycznym i bankowym Rosji, a także ceł w wysokości 500 proc. na towary z krajów świadomie kupujących od Rosji ropę naftową i inne surowce. Graham zapowiedział, że wyjątki od kar mają dotyczyć państw dostarczających pomoc Ukrainie, co wyłączyłoby z ceł kraje europejskie wciąż kupujące rosyjską ropę i gaz. Na uchwalenie sankcji od dłuższego czasu naciskają kongresmeni obydwu partii w obydwu izbach Kongresu USA.

PAP


9 lipca Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz) uznał Federację Rosyjską odpowiedzialną za zestrzelenie w 2014 r. malezyjskiego samolotu pasażerskiego MH17 oraz liczne przypadki złamania Europejskiej konwencji praw człowieka na okupowanych od 2014 r. terytoriach Ukrainy. Początkowo były to osobne sprawy zapoczątkowane przez Ukrainę i Holandię, sąd zdecydował jednak o ich połączeniu w jedną. ETPCz wskazał na systemowy charakter naruszeń, obejmujących m.in. ataki na cele niewojskowe, zbiorowe egzekucje (zarówno ukraińskich żołnierzy, jak i cywili), tortury, posługiwanie się gwałtami jako narzędziem wojny, nieludzkie traktowanie, pracę przymusową, niezgodne z prawem zatrzymania i wywózki. Potępił także praktykę prowadzenia przez Rosjan obozów filtracyjnych na terenach okupowanych. Sąd przypisał wszelkie naruszenia (począwszy od 11 maja 2014 r. – daty tzw. referendów niepodległościowych w obwodach donieckim i ługańskim, uznanej przez ETPCz za początek działań zbrojnych) Federacji Rosyjskiej jako państwu, które sprawowało efektywną kontrolę nad częścią terytorium Ukrainy.

Rosji nakazano zwolnienie wszystkich bezprawnie uwięzionych osób, identyfikację dzieci wywiezionych z Ukrainy i zwrócenie ich rodzicom lub opiekunom prawnym. Sąd odstąpił jednak od przyznania odszkodowania, wskazując, że kwestię tę rozwiąże działający przy Radzie Europy Rejestr Szkód.

W reakcji na orzeczenie rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow nazwał je żałosnym i stwierdził, że Rosja nie będzie go wypełniać.

(...)

Wyrok ma charakter przełomowy. W orzeczeniu z 2021 r. (Gruzja przeciwko Rosji) ETPCz uznał, że ze względu na panujący w czasie aktywnych działań wojennych chaos niemożliwe jest określenie, kto sprawuje efektywną kontrolę nad danymi terenami, a zatem odpowiada za naruszenia praw człowieka. W wyroku z 9 lipca br. stwierdził jednak, że z uwagi na to, iż Rosja prowadziła działania w celu opanowania terytoriów ukraińskich, jest ona odpowiedzialna za krzywdy osób je zamieszkujących. Sąd orzekł ponadto, że siły tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych były tak mocno powiązane z FR (poprzez udzielane wsparcie militarne, ekonomiczne i polityczne), że właściwie można je uznać za organy tego państwa. Oznacza to przypisanie Moskwie odpowiedzialności za zbrodnie dokonywane przez siły tzw. separatystów.

Orzeczenie otwiera możliwość rozpatrzenia przez ETPCz kolejnych spraw. Od 2014 r. trafiło do tego sądu 9500 skarg indywidualnych, a także cztery międzypaństwowe (złożone przez Ukrainę). Gdyby Trybunał orzekł w inny sposób, większością z nich nie mógłby się zająć ze względu na opisane wyżej jego własne stanowisko na temat nieorzekania o naruszeniach praw człowieka podczas wojny. Aktualny wyrok pozwoli natomiast na przeprowadzenie procesów, podczas których wyjdą na jaw kolejne przypadki zbrodni i naruszeń praw człowieka dokonanych przez FR.

W zgodzie z dotychczasową polityką Rosja nie uznała wyroku i odmówiła jego wykonania (od czerwca 2022 r. nie akceptuje jurysdykcji Trybunału), jednak orzeczenia ETPCz będą stanowić podstawę do domagania się odszkodowań przez Ukrainę i podmioty prywatne, co może zostać wykorzystane przez Kijów jako kolejny argument za konfiskatą zamrożonych rosyjskich aktywów. Realizacja tego postulatu wydaje się wszakże mało prawdopodobna z powodu obaw kluczowych państw zachodnich przed konsekwencjami prawnymi i finansowymi takiego kroku. Możliwe jest też przejmowanie tytułem odszkodowania położonego za granicą majątku rosyjskich firm państwowych na mocy decyzji sądów krajowych. Miało to już miejsce w Norwegii, gdzie w kwietniu 2025 r. przejęto będące własnością spółki Arktikugoł nieruchomości na archipelagu Svalbard. Tego typu działania należą jednak do rzadkości, gdyż liczne państwa obawiają się analogicznych posunięć ze strony Moskwy w stosunku do ich podmiotów posiadających aktywa na terenie Rosji.

Treść wyroku dowodzi skuteczności i wzajemnej komplementarności działań Kijowa na froncie prawnym. Sąd wykorzystał materiały zebrane przez tzw. JIT – powstały w 2022 r. międzynarodowy zespół śledczy koordynujący ściganie zbrodni związanych z rosyjską agresją na Ukrainę. Rozstrzygnięcie o odszkodowaniach ETPCz pozostawił utworzonemu do tego celu Rejestrowi Szkód. Instytucja ta działa przy Radzie Europy od 2023 r. Do jej zadań należy gromadzenie dowodów i informacji o roszczeniach dotyczących szkód, strat lub krzywd spowodowanych przez napaść Rosji na Ukrainę. JIT i Rejestr Szkód powstały już podczas trwania pełnoskalowego konfliktu.

osw.waw.pl


Zdaniem ukraińskiego politologa Jewhena Magdy, od czasu objęcia przez Andrija Jermaka stanowiska szefa kancelarii prezydenta, ukraiński system władzy uległ wyraźnej przemianie. - Odkąd Jermak kieruje biurem prezydenta, kancelaria stała się realnym centrum podejmowania decyzji. Jermak wykonuje zadania, które formalnie nie są przypisane jego funkcji, a niektóre z nich nie mają żadnego umocowania w przepisach. Pełni on dziś funkcję operatora decyzji politycznych w państwie - mówi Magda w rozmowie z Gazeta.pl.

Ekspert z Kijowa zauważa, że szef kancelarii prezydenta działa w modelu znacznie wykraczającym poza ramy administracyjne. - Sam określa się mianem "menedżera prezydenta". Ja natomiast powiedziałbym, że to raczej jego producent. W praktyce zarządza procesami, które powinny należeć do innych organów - podkreśla politolog.

Według Magdy taki układ w pełni odpowiada Wołodymyrowi Zełenskiemu. Prezydent - jak twierdzi politolog - czuje się pewnie, mając u boku zaufanego człowieka, któremu może powierzyć wiele wymagających zadań. - Zełenski świadomie deleguje mu dużą część decyzji - dodaje Magda.

gazeta.pl


"Przyczyną głębokiego kryzysu Zachodu jest odejście Ameryki od geostrategicznej zasady, jaką była dotychczas amerykańska kontrola atlantyckiego wybrzeża Europy. Donald Trump dąży do zerwania z Europą, aby całkowicie skoncentrować się na obszarze Pacyfiku" – powiedział niemiecki politolog Herfried Muenkler w wywiadzie dla tygodnika "Die Zeit".

Trump chce przeciwdziałać "imperialnemu przeciążeniu" Ameryki zawężając granice amerykańskiego imperium – tłumaczy politolog. W jego ocenie jest to "racjonalny motyw" wyjaśniający podejmowane przez prezydenta decyzje. Część amerykańskich elit wojskowych i politycznych uważa, że należy "dogadać się" Rosją, a uwolnione dzięki temu siły i środki wykorzystać w polityce wobec Chin.

Zdaniem Muenklera przyszły porządek świata będzie się opierał na "pentarchii" – władzy pięciu mocarstw: USA, Europy, Chin, Rosji i Indii. Niewiadomą jest jego zdaniem rozwój sytuacji w Ameryce. "Pytanie brzmi - czy instytucje demokratyczne wytrzymają konfrontację z Trumpem, czy też Ameryka stanie się autokracją rządzoną przez rodzinę Trumpa. Dopóki nie jest to rozstrzygnięte, Europa jest zdana na własne siły i pozostaje +ostatnim chorążym+ demokracji" – uważa politolog. "Przywódca Chin Xi i prezydent Rosji Putin widzą to i próbują rozbić UE. Trump też ma interes w osłabieniu Unii" – powiedział Muenkler.

Jak zaznaczył, USA, Chiny i Rosja wspierają siły odśrodkowe w Europie, stawiając przede wszystkim na Węgry i Słowację. "Celem jest sparaliżowanie UE" – podkreślił.

"UE musi się przekształcić w siłę zdolną do politycznego działania. Konieczne jest powstanie silniejszego centrum – Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, chociaż ta ostatnia pozostaje poza Wspólnotą. Polska i Włochy też powinny dołączyć do tego centrum wyznaczającego kierunek w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa" – czytamy w portalu "Die Zeit".

(...)

Niemiecki rząd uważał, że Rosjanie zrozumieją, że niekończąca się, kosztowna i pełna ofiar wojna nie opłaca się. Berlin nie docenił jednak "siły resentymentu", która odsunęła na dalszy plan kalkulację kosztów i zysków. "Nie doceniliśmy poczucia poniżenia i upokorzenia byłego imperium, ponieważ wyznajemy neoliberalną wiarę, że w polityce chodzi o maksymalizację ekonomicznych korzyści" – przyznał politolog.

Historyk opowiedział się za dalszym wspieraniem Ukrainy, aby "była w stanie walczyć tak długo, aż Rosja zrezygnuje i wyrazi gotowość do negocjacji jak równy z równym". "Moraliści mają rację, gdy mówią, że oznacza to dużo dalszych ofiar. Ale pacyfizm nie prowadzi do pokoju. Jest pacyfizmem podporządkowania się i zaproszeniem dla Putina do kontynuacji wojny, ponieważ prezydent Rosji uważa, że ma do czynienia z dekadenckimi tchórzami" – powiedział na zakończenie wywiadu Muenkler.

O "Końcu Zachodu" mówi też Nicole Deitelhoff, szefowa Instytutu Badań nad Pokojem i Konfliktami we Frankfurcie.

"Trzy lata temu uważałam, że atak Rosji na Ukrainę jest punktem kulminacyjnym kryzysu porządku światowego. Dzisiaj mogę powiedzieć, że był to zaledwie początek o wiele większego kryzysu. Uważałam, że wojna doprowadzi do zbliżenia państw Zachodu. To, co obserwujemy teraz, jest końcem Zachodu" – powiedziała Deitelhoff w wywiadzie dla tygodnika "Der Spiegel".

Jak podkreśliła, jesteśmy świadkami wycofywania się państw z międzynarodowego systemu i odrzucania międzypaństwowych ograniczeń na rzecz władzy wykonawczej. "Reguły są odrzucane, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i w rywalizacji między mocarstwami. Widzimy to zarówno u Putina, jak i u Xi, Milei'a i Trumpa" – zaznaczyła.

dw.com


Pisarz Boris Akunin, znany z krytyki władz rosyjskich i sprzeciwu wobec wojny z Ukrainą, został skazany zaocznie przez rosyjski sąd na 14 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Sąd uznał go za winnego wspierania działalności terrorystycznej. Akunin mieszka od wielu lat na emigracji.

Akunin (prawdziwe nazwisko - Grigorij Czchartiszwili) był też oskarżony o "usprawiedliwianie terroryzmu" i niewypełnianie obowiązków wynikających z uznania go za tzw. zagranicznego agenta. Władze rosyjskie wpisały Akunina na listę "zagranicznych agentów" w styczniu 2024 r.

Śledczy uznali, że pisarz w 2025 r. opublikował na portalach społecznościowych ponad 30 materiałów bez wskazania ich związku z nadanym mu statusem "agenta". W jednej z tych publikacji władze dopatrzyły się "usprawiedliwiania terroryzmu".

Za "wspieranie działalności terrorystycznej" śledczy uznali zaś rozmowę telefoniczną pisarza z dwoma prokremlowskimi pranksterami, którzy podszywali się pod prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i ukraińskiego ministra kultury Ołeksandra Tkaczenkę. Akunin w tej rozmowie powiedział im, że popiera Ukrainę. Przyznał też, że organizował zbiórkę funduszy na rzecz armii ukraińskiej.

Wszczęto wówczas wobec niego sprawę karną, a pisarz został umieszczony na międzynarodowej liście poszukiwanych przez władze rosyjskie terrorystów i ekstremistów. Wydawnictwo AST, które publikowało jego książki, przerwało ich wydawanie, a duże sieci handlowe wycofały je ze sprzedaży.

Akunin wyjechał z Rosji po 2014 r., gdy władze w Moskwie dokonały nielegalnej aneksji Krymu; mieszka w Londynie. Przed inwazją rosyjską na Ukrainę był jednym z najpopularniejszych pisarzy w Rosji. Jest autorem wielotomowej "Historii państwa rosyjskiego" i znanego również w Polsce cyklu powieści kryminalnych o przygodach Erasta Fandorina. 

PAP

niedziela, 13 lipca 2025



Od małych gospodarstw rolnych w Kalifornii, przez zakłady przetwórstwa mięsnego w Nebrasce, po wielkie korporacje, takie jak Disney — po ostatnich działaniach Donalda Trumpa firmy desperacko walczą o zastąpienie pracowników. Masowe aresztowania i naloty w całym kraju wyeliminowały z rynku pracy zarówno nieudokumentowanych imigrantów, jak i tych przebywających w USA legalnie.

Pojawiające się doniesienia są oznakami tego, przed czym ostrzegali ekonomiści i eksperci rynku pracy. Polityka Trumpa już odciska potężne piętno na działalności firm w całych Stanach Zjednoczonych.

Odebranie pozwolenia na pracę kilkuset tysiącom osób, którym w ostatnich latach zezwolono na pobyt i pracę bez uzyskania obywatelstwa, właśnie odbija się echem w amerykańskiej gospodarce.

Za prezydentury Joego Bidena kilkaset tysięcy osób otrzymało tymczasowe pozwolenia na pracę. Obecna polityka imigracyjna Białego Domu ma negatywny wpływ nie tylko na rolnictwo.

Pracownicy urodzeni za granicą stali się po prostu nie do zastąpienia w niektórych sektorach rynku pracy.

— Nie wystarczy powiedzieć, że są niezbędni. To właśnie imigranci, może nie pierwszego pokolenia, ale drugiego lub trzeciego, są nie do zastąpienia, jeśli chodzi o wykonywanie tej pracy — powiedział Matt Teagarden, szef Kansas Livestock Association [stowarzyszenie hodowców zwierząt gospodarskich w stanie Kansas].

(...)

Trump powiedział, że pracuje nad rozwiązaniem problemu niedoboru siły roboczej w rolnictwie, mówiąc swoim zwolennikom podczas czwartkowego wiecu w stanie Iowa, że chce "współpracować z rolnikami", nawet jeśli w rezultacie zrazi do siebie "poważnych, radykalnych prawicowców", którzy chcą ograniczyć imigrację.

Sekretarz do spraw rolnictwa Brooke Rollins zasugerowała we wtorek, 8 lipca, że uczestnicy programu [opieki zdrowotnej] Medicaid, którzy nie spełniają jeszcze wymogów dotyczących pracy przyjętych w projekcie ustawy budżetowej Republikanów, mogliby uzupełnić niedobory siły roboczej w rolnictwie.

Administracja podjęła również pewne dodatkowe działania mające na celu rozwiązanie problemów związanych z niedoborem pracowników zagranicznych, w tym utworzenie Biura do spraw Polityki Imigracyjnej w Departamencie Pracy.

Biały Dom chwali się sukcesami swojej polityki imigracyjnej, argumentując, że doprowadziła ona do historycznie niskiej liczby przekroczeń granicy i priorytetowego traktowania pracowników będących obywatelami USA. Departament Bezpieczeństwa Krajowego poinformował, że w czerwcu aresztowano nieco ponad 6 tys. osób nielegalnie przekraczających granicę między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, co stanowi jeden z najniższych miesięcznych wskaźników przekroczeń granicy od dziesięcioleci.

"Prezydent Trump jest niestrudzonym orędownikiem amerykańskich rolników — to oni zapewniają naszym rodzinom pożywienie i dobrobyt naszego kraju. Prezydent ufa rolnikom i jest zaangażowany w zapewnienie im siły roboczej niezbędnej do dalszego sukcesu" — stwierdziła w oświadczeniu rzeczniczka Białego Domu Abigail Jackson. "Nie będzie jednak bezpiecznej przystani dla niezliczonych, niesprawdzonych, przestępczych nielegalnych imigrantów, których Joe Biden wpuścił do kraju".

W poniedziałek, 7 lipca, administracja zaostrzyła sytuację, cofając status prawny ok. 76 tys. osób z Hondurasu i Nikaragui oraz odbierając im pozwolenia na pracę. Wcześniej zrobiła to w przypadku Haitańczyków, Afgańczyków, Wenezuelczyków i Kameruńczyków.

Niektóre duże korporacje, które są uzależnione od pracowników zagranicznych, w tym osób posiadających status chroniony przyznany w ramach innych programów, już odczuły skutki tych działań. W maju Disney podobno zaczął zwalniać pracowników z tymczasowym statusem prawnym, a Walmart podjął podobne kroki w zeszłym miesiącu. Zagraniczni pracownicy Amazona zgłosili, że otrzymali podobne zawiadomienia.

Walmart i Amazon odmówiły komentarza. Disney nie odpowiedział na prośby o komentarz.

(...)

Działania Trumpa w zakresie imigracji powodują kurczenie się rynku pracy, mimo że niektóre ogólne trendy gospodarcze pozostają pozytywne. Prezes Rezerwy Federalnej Jerome Powell wielokrotnie to podkreślał, m.in. podczas czerwcowego przesłuchania przed Kongresem, gdzie stwierdził, że wzrost gospodarczy "zwalnia" z powodu kurczącej się siły roboczej.

(...)

— Niepewność na rynku pracy może przyczynić się do zastoju gospodarczego — powiedział Stuart Anderson, dyrektor wykonawczy w niezależnym think tanku National Foundation for American Policy.

— Jeśli chcesz mieć rosnącą gospodarkę, musisz mieć rosnącą siłę roboczą — powiedział Anderson. "Pomysł, że po prostu stworzysz więcej możliwości, mając mniej pracowników, nie sprawdza się w praktyce, ponieważ tak nie działa biznes".

(...)

— Amerykańscy producenci rolni borykają się z poważnym niedoborem siły roboczej, który powoduje wzrost cen żywności i zagraża produkcji krajowej — powiedziała Sarah Gonzalez, rzeczniczka Międzynarodowego Stowarzyszenia Producentów Świeżych Warzyw i Owoców. "Doceniamy uznanie przez prezydenta Trumpa tego kryzysu i wszelkie wysiłki na rzecz stabilizacji siły roboczej w rolnictwie. Jednak trwałe rozwiązania wymagają ponadpartyjnego ustawodawstwa, które zapewni amerykańskim rolnikom dostęp do legalnej i niezawodnej siły roboczej".

onet.pl\Politico


Politico: - Co sądzisz o staraniach Elona Muska o utworzenie trzeciej partii? Jak myślisz, co pomyślałby o tym Ross Perot?

Russell Verney, główny doradca Rossa Perota podczas kampanii prezydenckich i były przewodniczący Partii Reform: Cóż, uważam, że użycie przez niego terminu "trzecia partia" jest niezwykle niejasne. Nie o to mu chodzi: nie tworzy partii politycznej, tylko komitet polityczny, który będzie zachęcał ludzi do kandydowania i może ponosić niezależne wydatki w ich imieniu.

Partia polityczna ma zasadniczo dużą strukturę, a najważniejszym atutem organu politycznego jest dostęp do kart do głosowania – innymi słowy, prawo do umieszczenia nazwiska swojego kandydata na karcie do głosowania w wyborach powszechnych. Musk tego nie ma. Może pomóc ludziom w tym procesie, ale sami kandydaci będą musieli ten dostęp uzyskać.

Teraz [odpowiadając na pytanie], czy to może być skuteczne — absolutnie, trzecie partie nie muszą wygrywać, aby być skuteczne. W 1992 r. Ross Perot podjął bardzo zagmatwaną kwestię – deficyt budżetowy i narastający dług publiczny – i wyjaśnił ją amerykańskiej opinii publicznej. W 1998 r., po raz pierwszy od czasów administracji Eisenhowera, Bill Clinton zrównoważył budżet na dwa lata i od tego czasu nie udało się tego powtórzyć. Było to wynikiem poparcia, które uzyskał Perot.

Kiedy ktoś zaczyna pokazywać wyborcom, że popiera ich stanowisko, republikanie i demokraci chcą przejąć tych wyborców. Chcą przyciągnąć ich do swojej partii, aby poparli ich reelekcję, ponieważ wszyscy kandydaci naprawdę walczą tylko o wybory. Nie chodzi o postęp. Nie chodzi o uczynienie Ameryki wielką. Chodzi tylko o wybory.

Chcą przyciągnąć każdego, kto głosował na alternatywnego kandydata, aby poparł ich i pomógł im wygrać wybory. Jeśli więc kandydaci Elona Muska zaczną przedstawiać spójny przekaz i zyskają poparcie, będzie to miało duży wpływ zarówno na Partię Republikańską, jak i Demokratyczną.

Utworzenie trzeciej partii politycznej wymaga dużo pracy. Jest to poważne przedsięwzięcie, którego nie da się zrealizować z dnia na dzień, ponieważ nie można oficjalnie utworzyć legalnej partii politycznej przed wyborami. Aby uzyskać i utrzymać dostęp do kart do głosowania, trzeba zdobyć głosy w wielu stanach. Po uzyskaniu dostępu do kart do głosowania w wystarczającej liczbie stanów można złożyć wniosek do Federalnej Komisji Wyborczej o nadanie statusu ogólnokrajowej partii politycznej. Tak postąpiła Partia Reform. Tak postąpiła Partia Libertariańska. Jest wiele innych partii, które próbowały i poniosły porażkę.

Nie wystarczy opublikować na X, że ma się partię polityczną. To wymaga znacznie więcej pracy. [Elon Musk] wyraził więc pewną ideę. Zaczyna od bardzo podstawowej pozycji i minie dużo czasu, zanim stworzy konkurencyjną partię polityczną. Może zawrzeć sojusze z innymi grupami i wpływać na niektóre kwestie, konkretne wybory, ale nie będzie w stanie konkurować na szczeblu krajowym. Nie oznacza to jednak, że nie będzie miał wpływu.

- Perot był najbardziej skutecznym kandydatem trzeciej partii w historii współczesnej. Pomagałeś mu w prowadzeniu kampanii i tworzeniu Partii Reform. Jaką radę masz dla Muska, jeśli chodzi o tworzenie nowej partii?

Moja podstawowa rada brzmi: idź na odwyk, a potem skup się na stworzeniu nowej partii politycznej z pozycji poważnego gracza, a nie z gniewu, zemsty czy chęci odwetu. To bardzo ważna misja. Będziesz prosił miliony ludzi, aby zgłosili się jako wolontariusze, pomogli ci to osiągnąć i wspierali twoje działania, a oni potrzebują poważnego lidera, a nie kogoś ekscentrycznego.

- Na jakich kwestiach powinna skupić się obecnie trzecia partia? Gdzie widzisz szansę dla niej szansę pod względem jej programu?

W 1992 r., kiedy Ross Perot po raz pierwszy startował w wyborach, istniała potrzeba zmiany dotychczasowego stanu rzeczy i od tamtej pory tylko się ona nasiliła. W wyborach w 2016 r. ludzie, którzy zaryzykowali i zagłosowali na Donalda Trumpa, szukali zmiany dotychczasowego stanu rzeczy. Nie sądzę, aby przewidzieli skalę zmian, które nastąpiły, i być może są z nich zadowoleni. Nie wiem. Nie przeprowadzam sondaży. Nie wiem, kim oni są, ale wydaje mi się, że system się pogorszył, a nie poprawił.

W wyniku wprowadzenia ceł prawdopodobnie nastąpi inflacja. W gminach takich jak Los Angeles panuje chaos spowodowany absurdalną misją deportacji ludzi, którzy mieszkają tu od lat. Mogliśmy rozwiązać problem imigracji nie tylko dzięki ustawie, która była przedmiotem ostatniej sesji Kongresu, ale w dowolnym momencie w ciągu ostatnich kilku dekad. Nie zrobiliśmy tego, ponieważ Demokraci lubią tworzyć przyszłych wyborców, a Republikanie lubią tanią siłę roboczą. Prezydent Trump podjął zdecydowane działania i zwolnił z opłat tanią siłę roboczą. Nie chciał, aby dotknęły ją zmiany w przetwórstwie mięsa i drobiu oraz w rolnictwie. Chciał zachować tanią siłę roboczą. Więc []mówiąc] "pozbywajmy się ich [imigrantów]" – czego tak naprawdę chcemy? Chcemy pozbyć się przestępców? Chcemy pozbyć się wszystkich o ciemniejszym kolorze skóry i wszystkich pomiędzy? Myślę, że to dezorientuje społeczeństwo i wraz ze zbliżaniem się kolejnych wyborów będzie rosło niezadowolenie.

Atmosfera sprzyjająca powstaniu trzeciej partii nadal się umacnia, ale musi to być rozsądne, skoncentrowane i odpowiedzialne przedsięwzięcie, aby stworzyć partię polityczną.

- Jak wyglądała baza zwolenników Partii Reform? Czy uważasz, że partia Elona Muska przyciągnie podobną grupę osób?

Partia Reform zasadniczo stwierdziła, że chcemy odpowiedzialności fiskalnej i reformy rządu, a nie zagłębiania się w kwestie społeczne i kulturowe. Wyznaczyliśmy 10 bardzo jasnych i łatwych do zrozumienia zasad i skupiliśmy się wyłącznie na nich.

Właśnie na tym należy się skupić w przyszłości. Z pewnością kwestie fiskalne, ponieważ właśnie uchwalona ustawa budżetowa zwiększy dług publiczny o 4 bln dol. [14 bln 592 mld zł], co z kolei podwyższy koszty obsługi zadłużenia, a są to pieniądze, które nie zapewniają ani minuty edukacji, ani kilometra autostrady, ani jednego żołnierza do obrony kraju. To zmarnowane pieniądze. Musimy to opanować. Będzie to ważna kwestia, a reformy rządowe nadal mogą mieć duże znaczenie. Myślę, że po niektórych zniszczeniach, jakie widzieliśmy w agencjach rządowych w pierwszych sześciu miesiącach tego roku, jest wiele do odbudowania.

Społeczeństwo bardzo pozytywnie przyjmuje zmiany w stosunku do dotychczasowego stanu rzeczy, niezależnie od tego, czy chodzi o demokratów, czy republikanów. Ludzie chcą czegoś bardziej merytorycznego i mniej performatywnego. Myślę, że jest to bardzo podatny grunt.

- Wspomniałeś wyraźnie, że Partia Reform próbowała unikać kwestii społecznych i kulturowych. Czy uważasz, że jest to możliwe dla trzeciej partii w obecnej sytuacji politycznej?

Oczywiście. Zasadniczo kwestie kulturowe dotyczą zbierania funduszy, a nie sprawowania rządów. Chodzi w nich o zbieranie funduszy dla osób po obu stronach sporu kulturowego, a nie o sprawowanie rządów.

Ile lat obowiązywał wyrok w sprawie Roe kontra Wade [dotyczący prawa do aborcji]? Każdego roku obie strony zbierały na to ogromne sumy pieniędzy, ale nikt nigdy nie podjął poważnej próby uregulowania tej kwestii w prawie. Być może teraz podejmą poważne wysiłki, ale ponownie stanie się to kwestią społeczną, która zasadniczo będzie służyć zbieraniu funduszy, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek dojdzie do zmiany.

onet.pl\Politico


Już w maju Bulwark /portal thebulwark.com - red./ ocenił, że rząd stał się zakładnikiem zwolenników teorii spiskowych, bo jeśli nie dostarczy im wystraczająco atrakcyjnych „informacji”, to narazi się na ich bunt.

We wtorek portal poinformował, że teraz domagają się oni głów Pam Bondi, prokurator generalnej USA i Johna Ratcliffe'a, dyrektora CIA, których oskarżają o wielką operację ukrywania faktów dotyczących Epsteina.

Miliarder Jeffrey Epstein, skazany za wykorzystywanie seksualne nieletnich dziewcząt i handel kobietami w celu wykorzystywania seksualnego, popełnił samobójstwo w areszcie w 2019 roku.

Administracja Trumpa zapowiedziała odtajnienie dokumentów w jego sprawie, a Bondi obiecała opublikowanie listy klientów Epsteina.

W niedzielę wieczorem resort sprawiedliwości nagle przekazał portalowi Axios notatkę, w której napisano, że lista nie będzie opublikowana, ponieważ nigdy nie istniała, a Epstein popełnił samobójstwo, więc żadne dodatkowe dokumenty w tej sprawie nie zostaną upublicznione.

Wszystko to stało się kamieniem obrazy dla najbardziej zagorzałych zwolenników Trumpa, bo podważało jeden z głównych artykułów ich wiary - że Epstein prowadził jakąś operację CIA lub Mosadu i został zamordowany - komentuje Bulwark.

W prawicowych mediach zawrzało. Alex Jones, słynny, skazany skądinąd za kłamstwa dziennikarz i zwolennik teorii spiskowych napisał na platformie X, że następną rzeczą jaka ogłosi resort sprawiedliwości będzie to, że Epstein nigdy nie istniał. Rogan O’Handley obiecał, że nadal będzie walczył o sprawiedliwość dla ofiar pedofilskich elit.

Inni prawicowi blogerzy, dziennikarze i influencerzy uznali, że jest coś na rzeczy w insynuacjach Elona Muska, a „prawda” o Epsteinie nie jest ujawniana, bo w dokumentach na jego temat ważną rolę odgrywa sam Trump. W poniedziałek w mediach społecznościowych hasłem zwolenników takiej teorii stało się „Elon miał rację”.

Już w maju dyrektor FBI Kash Patel i jego zastępca Dan Bongino musieli się tłumaczyć w wywiadzie dla ulubionej telewizji prezydenta, Fox News, że nie należy oczekiwać, iż aresztują Hillary Clinton za zabicie Epsteina, bo Epstein zabił się sam.

Wiceszef FBI jest sam sobie winien - przypomina portal - bo to on propagował popularne wśród zwolenników ruchu MAGA mity, jak ten o podziemnych pizzeriach w Waszyngtonie (Pizzagate), poprzez które związana z Hillary Clinton siatka handlowała dziećmi na potrzeby pedofilów.

Teraz niektórzy zwolennicy teorii o Pizzagate uznali, że prezydent Trump jest po prostu za słaby, by skutecznie walczyć z gigantycznym spiskiem elit, pedofilów i klientów Epsteina.

„Na tej planecie jest łańcuch dowodzenia a pedofilskie elity są na samej górze. Nawet nad Trumpem. Wysoko nad Trumpem" - napisał prawicowy dziennikarz internetowy Mike Cernovich. 

PAP