wtorek, 20 maja 2025



W ostatnich miesiącach kampanii Bates osiągnął wyżyny komedii swoimi niedorzecznymi zaświadczeniami o niezaprzeczalnej wytrzymałości psychicznej i fizycznej Bidena. Mój ulubiony wyczyn to post na platformie X podczas konferencji NATO, na której Biden przedstawił Wołodymyra Zełenskiego jako "prezydenta Putina" i pomylił własną wiceprezydentkę z Trumpem: "Odpowiadając na pytanie, które wszyscy mają w głowach: nie, Joe Biden nie ma doktoratu ze stosunków międzynarodowych. On jest po prostu tak zajebiście dobry".

onet.pl


Nie każde zdarzenie w Ekstremistanie jest Czarnym Łabędziem. Niektóre zjawiska mogą być rzadkie i istotne, ale do pewnego stopnia przewidywalne, zwłaszcza dla tych, którzy są na nie przygotowani i zaopatrzyli się w narzędzia pozwalające je zrozumieć (zamiast słuchać statystyków, ekonomistów i szarlatanów opowiadających o rozkładzie normalnym). To prawie Czarne Łabędzie. W pewnej mierze poddają się analizie naukowej – świadomość, że się zdarzają, powinna zmniejszyć wasze zaskoczenie; to wydarzenia rzadkie, lecz oczekiwane. Ten szczególny przypadek szarych łabędzi określam mianem przypadkowości mandelbrotowskiej. Kategoria ta obejmuje przypadkowość, która generuje zjawiska znane pod takimi nazwami, jak: skalowalne, skaloniezmiennicze, prawa potęgowe, zasada Pareta, prawo Zipfa, współczynnik Yule’a, stabilne rozkłady paretowskie, stabilne rozkłady Levy’ego i prawa rządzące fraktalami, (...). Według logiki przedstawionej w niniejszym rozdziale są skalowalne, ale możemy się trochę więcej dowiedzieć o tym, na czym polega ich skalowalność, ponieważ mają wiele wspólnego z prawami przyrody.

W Przeciętnostanie również można doświadczyć gwałtownych Czarnych Łabędzi, chociaż nie jest to proste. Jak do tego dochodzi? Można zapomnieć, że jakieś zjawisko jest przypadkowe, i uznać je za deterministyczne, a potem przeżyć zaskoczenie. Albo przegapić jakieś źródło niepewności, zarówno łagodnej, jak i gwałtownej, ze względu na brak wyobraźni – większość Czarnych Łabędzi bierze się właśnie stąd, że mamy klapki na oczach, (...).

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź


Przeprowadźmy następujący eksperyment myślowy. Załóżmy, że wybieracie z całej populacji losową próbę tysiąca osób i ustawiacie je obok siebie na stadionie. Mogą się tam znaleźć nawet Francuzi (tylko ze względu na pozostałych członków grupy proszę, żeby nie było ich zbyt wielu), ludzi e mafii, ludzie spoza mafii i wegetarianie.

Teraz wyobraźcie sobie najcięższą osobę, jaka przychodzi wam do głowy, i dodajcie ją do tej próby. Nawet przy założeniu, że waży trzy razy tyle co przeciętny człowiek, czyli od 180 do 220 kg, jej waga będzie stanowić tylko niewielki ułamek wagi całej  stadionowej populacji (w tym przypadku około pół procent).

Ale idźmy jeszcze dalej. Gdybyście wybrali najcięższego człowieka na całej planecie, ważącego najwięcej, na ile pozwala ludzka biologia (żeby wciąż zaliczać się do naszej rasy), i tak miałby on niewielki udział w łącznej wadze ludzi na stadionie – najwyżej około 0,6 proc. Próba nie stałaby się dzięki niemu dużo cięższa. Natomiast w próbie dziesięciu tysięcy osób udział jego wagi byłby wręcz śladowy.

W utopijnej prowincji Przeciętnostan pojedyncze zdarzenia mają niewielkie znaczenie – żeby go nabrać, muszą wystąpić łącznie. Najwyższe prawo Przeciętnostanu można ująć następująco: Kiedy próba jest duża, żaden pojedynczy przypadek nie wpływa istotnie na całość. Najwyższy wynik będzie imponujący, ale w ostatecznym rozrachunku z perspektywy sumy pozostanie błahy.

(...)

Przyjrzyjmy się dla porównania wartości netto tego tysiąca ludzi, których ustawiliście na stadionie. Dołączmy do nich najbogatszego człowieka świata – załóżmy, że jest nim Bill Gates, założyciel firmy Microsoft. Przyjmijmy, że jego wartość netto to blisko 80 miliardów dolarów – a łączny majątek wszystkich pozostałych sięga kilku milionów. Jaki udział miałby Gates w łącznym bogactwie tej populacji? 99,9 proc.? W rzeczy samej majątek innych ludzi na stadionie stanowiłby nie więcej niż błąd zaokrąglenia jego dorobku. Portfel inwestycyjny Gatesa zmienia wartość o taką kwotę w ciągu sekundy. Żeby waga jednego człowieka miała zbliżony udział w ciężarze całej stadionowej próby, musiałby ważyć dwadzieścia pięć milionów kg!

(...)

W Ekstremistanie panują takie nierówności, że jedna obserwacja może w nieproporcjonalnie silny sposób wpłynąć na łączny wynik czy sumę. Zatem waga, wzrost i spożycie kalorii należą do Przeciętnostanu, ale bogactwo już nie. Niemal wszystkie atrybuty społeczne są domeną Ekstremistanu. Inaczej mówiąc, własności społeczne mają charakter informacyjny, a nie fizyczny: nie można ich dotknąć. Kwota na koncie bankowym jest czymś ważnym, ale niefizycznym. Z tego powodu może przybrać dowolną wartość, nie wymagając żadnego nakładu energii. To tylko liczby!

Zwróćmy uwagę, że przed erą nowoczesnych technologii wojny były zjawiskiem rodem z Przeciętnostanu. Trudno jest zabić zbyt wielu ludzi, jeśli trzeba ich mordować jednego po drugim. Dziś, dzięki broni masowego rażenia, wystarczy jeden guzik, jeden wariat albo jeden drobny błąd, żeby unicestwić całą planetę.

Zauważmy, co to oznacza w kontekście Czarnych Łabędzi. W Ekstremistanie mogą powstawać Czarne Łabędzie i powstają, ponieważ kilka zdarzeń wywarło ogromny wpływ na całą historię.

Chociaż podział na Przeciętnostan i Ekstremistan ma poważne konsekwencje zarówno dla sprawiedliwości społecznej, jak i dla dynamiki zdarzeń historycznych, przyjrzyjmy się, jak wpływa na obszar wiedzy, ponieważ tam ma ono największą wartość. Gdyby na Ziemi pojawił się Marsjanin, żeby oszacować przeciętny wzrost mieszkańców tej wspaniałej planety, mógłby z powodzeniem poprzestać na próbie stu ludzi. Jeśli mieszkacie w Przeciętnostanie, możecie ufać swoim pomiarom – o ile jesteście pewni, że mierzone wartości należą do Przeciętnostanu. Możecie również ufać temu, czego się dowiecie z uzyskanych danych. Epistemologiczne skutki tego są takie, że w losowości typowej dla Przeciętnostanu niemożliwe są niespodzianki na miarę Czarnych Łabędzi – pojedyncze zdarzenia, które zdominują jakieś zjawisko. Primo, pierwszych sto dni powinno ujawnić wszystko, co powinniście wiedzieć o danych. Secondo, nawet gdyby zdarzyła się jakaś niespodzianka, to jak zauważyliśmy na przykładzie najcięższego człowieka, nie miałaby ona znaczącego wpływu na obraz sytuacji.

Operując na danych z Ekstremistanu, będziecie mieli trudność z ustaleniem średniej na podstawie jakiejkolwiek próby, ponieważ wiele może zależeć od jednej obserwacji. To wszystko, co trzeba zrozumieć. W Ekstremistanie pojedyncza informacja może wpłynąć na wynik całkowity w nieproporcjonalnie silny sposób. W tym świecie zawsze powinniście traktować podejrzliwie wiedzę uzyskaną na podstawie danych. To bardzo prosty test niepewności, który pozwala na rozróżnianie dwóch typów przypadkowości. Capish?

W Przeciętnostanie wiedza, którą możecie czerpać z danych, rośnie bardzo szybko wraz z podażą informacji. Z kolei w Ekstremistanie zasób wiedzy zwiększa się w wolnym, nierównomiernym, a często nieprzewidywalnym tempie, ponieważ część nowych danych przybiera skrajne wartości.

Jeśli rozumiemy podział na zjawiska skalowalne i nieskalowalne, możemy dostrzec wyraźne różnice między Przeciętnostanem a Ekstremistanem. Oto kilka przykładów.

Zjawiska, które wydają się należeć do Przeciętnostanu (podlegające temu, co nazywamy przypadkowością pierwszego typu): wzrost, waga, spożycie kalorii; dochody piekarza, właściciela małej restauracji, prostytutki albo ortodonty; zyski z hazardu (w szczególnym przypadku – przy założeniu, że gracz chodzi do kasyna i obstawia zawsze tę samą kwotę), wypadki samochodowe, umieralność, „iloraz inteligencji” (jako wynik pomiarów).

Zjawiska, które wydają się należeć do Ekstremistanu (podlegające temu, co nazywamy przypadkowością drugiego typu): majątek, dochody, sprzedaż książek w przeliczeniu na autora, liczba cytowań w przeliczeniu na autora, rozpoznawalność „celebryty”, liczba wyników w wyszukiwarce Google, populacje miast, częstotliwość używania różnych słów ze słownika, liczba użytkowników w przeliczeniu na poszczególne języki, zniszczenia wywołane trzęsieniami ziemi, liczba ofiar wojny, liczba ofiar ataków terrorystycznych, wielkość planet, wielkość firm, struktura akcjonariatu, stosunek wzrostu różnych gatunków (na przykład słoni i myszy), rynki finansowe (chociaż zarządzający waszymi inwestycjami o tym nie wie), ceny towarów, stopa inflacji, dane ekonomiczne. Lista dla Ekstremistanu jest znacznie dłuższa od poprzedniej.

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź

poniedziałek, 19 maja 2025



W drugiej turze powtórzonych wyborów prezydenckich w Rumunii 18 maja zwyciężył Nicușor Dan. Ten niezależny, proeuropejski i opowiadający się za dalszym wsparciem dla Ukrainy centroprawicowy polityk zdobył 53,6% głosów. Pokonał tym samym niechętnego Kijowowi i związanego z amerykańskim ruchem MAGA („Make America Great Again”) lidera narodowo-konserwatywnego Związku Jedności Rumunów (AUR) Georgego Simiona, postulującego większą niezależność państw narodowych w UE.

Komentarz

Sukces Dana kończy kryzys polityczny związany z anulowaniem wyborów prezydenckich w końcu 2024 r. Sytuacja wewnętrzna wciąż pozostaje jednak niestabilna. 5 maja doszło do upadku rządu oraz rozpadu dotychczasowej kolacji socjaldemokratów (PSD) i Partii Narodowo-Liberalnej (PNL) wspieranej przez mniejszość węgierską (UDMR; zob. Rumunia: kryzys koalicji wskutek wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich). Bezpośrednią przyczyną kryzysu było odpadnięcie w pierwszej turze wspólnego kandydata tych formacji. Przed nowym przywódcą stoi więc zadanie powołania nowego gabinetu. Dan, który zapowiedział rozpoczęcie rozmów w tej sprawie z ugrupowaniami parlamentarnymi już w powyborczy poniedziałek, chciałby powierzyć tę misję obecnemu p.o. prezydentowi oraz byłemu liderowi PNL Ilie Bolojanowi. Kandydatura ta spotka się jednak najpewniej z niechęcią PSD (bez jej poparcia niemożliwe staje się utworzenie większości rządowej). Obecnie najbardziej prawdopodobnym wariantem wydaje się mimo wszystko odtworzenie dotychczasowej koalicji lub powołanie wspieranego przez socjaldemokratów mniejszościowego rządu PNL, UDMR oraz proeuropejskiego, liberalnego Związku Ocalenia Rumunii (byłej partii Dana, która poparła go w wyborach).

Zwycięstwo Dana i dobry rezultat Simiona dowodzą narastającego zmęczenia elektoratu układem politycznym trwającym od lat 90. Ten pierwszy to polityk wywodzący się z ruchów miejskich, niezwiązany ze sprawującym władzę od 30 lat establishmentem opartym na PSD i PNL. Z kolei drugi (który formalnie w polityce pojawił się dopiero w 2019 r.) od początku działalności publicznej krytykuje partie mainstreamowe z pozycji narodowych. Nastroje antyestablishmentowe utrzymają się w najbliższych latach, co postara się wykorzystywać przede wszystkim AUR. Choć lider tej partii już po ogłoszeniu wyników głosowania uznał poniesioną porażkę, to jego zwolennicy będą zapewne podsycali ducha antysystemowego, promując narrację o „skradzionych” wyborach.

Dan zawdzięcza triumf bardzo skutecznej mobilizacji elektoratu umiarkowanego i proeuropejskiego, czemu sprzyjała silna polaryzacja społeczeństwa. Frekwencja w drugiej turze wyborów wyniosła 64,72% i była najwyższa od niemal 30 lat (w 1996 r. sięgnęła 75,9%). Burmistrz stolicy – który w trakcie kampanii konsekwentnie i w ostrej opozycji do kontrkandydata prezentował się jako gwarant utrzymania dotychczasowego proeuropejskiego kursu kraju – zdołał przekonać do siebie znaczną część diaspory, tradycyjnie opowiadającej się raczej za reprezentantami radykalnej prawicy, konserwatywnymi i nacjonalistycznymi. Do urn za granicą udało się rekordowe 1,63 mln Rumunów – 14,2% wszystkich głosujących. Choć Simion zdobył tam więcej głosów niż Dan, to jego przewaga (55,86% wobec 44,14%) nie była tak znacząca jak w pierwszej turze (uzyskał wówczas 60,79% poparcia). Między pierwszą a drugą turą burmistrz Bukaresztu był także niezwykle aktywny medialnie (w tym w mediach społecznościowych), co pozwoliło mu poprawić rozpoznawalność w kraju. Brał udział w licznych debatach telewizyjnych, przy czym tylko w jednej zmierzył się z Simionem (wypadł w niej wyraźnie lepiej od przeciwnika). Lider AUR konsekwentnie odmawiał uczestnictwa w takich programach, twierdząc m.in., że organizujący je dziennikarze chcą zaszkodzić jego wizerunkowi.

Wynik wyborów spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem w Mołdawii, gdzie Dana otwarcie wspierał rządzący proeuropejski obóz Partii Działania i Solidarności (PAS), kierowany przez prezydent Maię Sandu. Władze mołdawskie, dla których Rumunia to kluczowy partner międzynarodowy i główny adwokat w Unii Europejskiej (co ma szczególne znaczenie w obliczu trwających negocjacji akcesyjnych prowadzonych przez Kiszyniów), obawiały się, że wygrana Simiona doprowadzi do pogorszenia pozycji Bukaresztu w ramach UE. PAS – wspomagająca bezwarunkowo Kijów – z niepokojem traktowała też płynące ze strony lidera AUR deklaracje o wstrzymaniu pomocy dla Ukrainy. Wreszcie – rząd w Kiszyniowie wyrażał obawy, że objęcie stanowiska przez Simiona (objętego zakazem wjazdu do Mołdawii i nieukrywającego niechęci do PAS) doprowadzi do pogorszenia relacji dwustronnych i osłabi pozycję ugrupowania przed wyborami parlamentarnymi planowanymi na koniec września br. Niepokoje władz podzielała znaczna część Mołdawian, co przełożyło się na wynik drugiej tury rumuńskich wyborów prezydenckich w tym kraju (ok. 40% jego mieszkańców ma rumuński paszport) – aż 88% uczestniczących tam w głosowaniu poparło Dana.

osw.waw.pl

niedziela, 18 maja 2025



Z perspektywy czasu najlepsza rada, jaką usłyszałem, okazała się błędna. Paradoksalnie jednak właśnie dlatego była taka istotna – popchnęła mnie głębiej ku dynamice Czarnego Łabędzia. W wieku dwudziestu dwóch lat usłyszałem ją pewnego lutowego popołudnia na korytarzu budynku przy 3400 Walnut Street w Filadelfii, gdzie wówczas mieszkałem. Pewien student drugiego roku ze szkoły biznesowej poradził mi, żebym znalazł sobie zawód, który będzie „skalowalny”, czyli taki, w którym nie obowiązuje stawka godzinowa, a zarobków nie ogranicza ilość włożonej pracy. Było to bardzo proste kryterium porównania różnych ścieżek kariery, pozwalające przy tym uchwycić różnicę między dwoma typami niepewności. W rezultacie stanąłem przed poważnym problemem filozoficznym – problemem indukcji (indukcja to techniczna nazwa Czarnego Łabędzia). Przestałem widzieć w Czarnym Łabędziu tylko paradoks logiczny. Mogłem przekształcić go w łatwe do zastosowania rozwiązanie i, jak się przekonamy w następnych rozdziałach, zakorzenić go w strukturze rzeczywistości empirycznej.

W jaki sposób rada na temat przyszłej kariery naprowadziła mnie na teorię objaśniającą charakter niepewności? Takie zawody, jak dentysta, konsultant czy masażysta, są nieskalowalne: w danym okresie możecie obsłużyć ograniczoną liczbę pacjentów lub klientów. Jeśli jesteście prostytutkami, pracujecie na godziny i (zazwyczaj) według stawki godzinowej. Co więcej, wasza obecność jest (jak zakładam) konieczna do świadczenia usługi. Jeśli otworzycie elegancką restaurację, w najlepszym razie będziecie mieć dzień w dzień pełną salę (chyba że przekształcicie swój biznes we franczyzę). W tych zawodach niezależnie od wysokości zarobków wasze dochody podlegają prawu grawitacji. Poziom wpływów zależy w większym stopniu od waszych ciągłych wysiłków niż od trafności decyzji. Co więcej, praca tego typu jest w dużej mierze przewidywalna: występuje w niej pewna zmienność, ale nie w takim stopniu, żeby utarg z jednego dnia był wyższy niż wasze zarobki przez resztę życia. Innymi słowy, nie mamy tu do czynienia z Czarnymi Łabędziami. Jewgienia Nikołajewna nie mogłaby błyskawicznie przeistoczyć się z nieudacznika w wielką bohaterkę, gdyby pracowała jako doradca podatkowy albo chirurg specjalizujący się w operacjach przepukliny (ale w tych zawodach nie byłaby również nieudacznikiem).

Są jednak zawody, które pozwalają sprawnym pracownikom potęgować wydajność (i dochody) bez większego – lub żadnego – dodatkowego wysiłku. Jestem leniwy i uważam to za zaletę, a przy tym chcę mieć jak najwięcej wolnego czasu w ciągu dnia na rozmyślania i czytanie, dlatego natychmiast wyciągnąłem (błędny) wniosek z usłyszanej rady. Zacząłem odróżniać „ludzi idei”, którzy sprzedają wytwory intelektualne w formie transakcji lub dzieła sztuki, od „ludzi pracy”, którzy sprzedają swój wysiłek.

Jeśli jesteście ludźmi idei, nie musicie ciężko pracować – wystarczy, że intensywnie myślicie. Wykonujecie tę samą pracę, niezależnie od tego, czy produkujecie sto czy tysiąc jednostek. W tradingu ilościowym [ang. quantitative trading] kupno stu akcji wymaga takiego samego wysiłku, co kupno stu tysięcy czy nawet miliona akcji. Odbywa się to za pomocą takiej samej rozmowy telefonicznej, takich samych obliczeń, takich samych dokumentów, takiego samego nakładu pracy szarych komórek i takiego samego procesu weryfikacji transakcji. Co więcej, możecie pracować z wanny albo z baru w Rzymie. Zamiast harować, wystarczy posłużyć się dźwignią! No dobrze, trochę się myliłem co do tradingu: nie można pracować z wanny, ale przy odpowiednim podejściu trader ma sporo wolnego czasu.

To samo dotyczy muzyków i aktorów filmowych: pozwalacie, żeby robotę odwalali za was inżynierowie dźwięku i kinooperatorzy. Nie musicie się pojawiać na każdej projekcji, żeby wystąpić przed publicznością. Analogicznie, pisarz wkłada taki sam wysiłek, żeby dotrzeć do jednej osoby i do setek milionów czytelników. J.K. Rowling, autorka serii o Harrym Potterze, nie musi pisać każdej z książek od nowa, kiedy ktoś chce ją przeczytać. Inaczej jest w przypadku piekarza: on musi wypiec każdy kolejny bochenek chleba, żeby zaspokoić potrzebę następnego klienta.

Zatem różnica między pisarzem a piekarzem, spekulantem a lekarzem, oszustem a prostytutką to przydatne kryterium analizy ludzkiej działalności. Pozwala odróżnić zawody, w których można podwyższać dochody bez większego nakładu pracy, od zawodów, w których trzeba w to włożyć więcej czasu i energii (których zasób jest ograniczony) – innymi słowy, od zawodów, które podlegają prawu grawitacji.

Chociaż przyczyniła się do opracowania klasyfikacji poziomów niepewności i wiedzy, okazała się błędna w odniesieniu do wyboru ścieżki kariery. Mnie opłaciło się z niej skorzystać tylko dlatego, że miałem szczęście i przypadkowo znalazłem się, jak to się mówi, we właściwym miejscu o właściwym czasie. Osobiście zalecałbym raczej wybór zawodu, który nie jest skalowalny! Skalowalny zawód opłaca się jedynie wtedy, gdy odnosisz sukcesy. W takich profesjach panuje większa konkurencja i potworna nierówność dochodów; znacznie większą rolę odgrywa w nich przypadek, a rozbieżność między włożonym wysiłkiem a uzyskanym rezultatem bywa ogromna – kilka osób zgarnia większość zysków, a pozostali zostają na lodzie, chociaż nie popełnili żadnego błędu.

W tej kategorii zawodów króluje przeciętność, średniość i umiarkowanie. Z przeciętnych wyników można wnioskować o całości. W tej drugiej istnieją tylko giganci i karły – a dokładniej bardzo niewielu gigantów i całe rzesze karłów.

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź


Pisarz Umberto Eco należy do nielicznej klasy uczonych posiadających encyklopedyczną wiedzę, dociekliwy umysł i coś interesującego do powiedzenia. Jest właścicielem bogatej biblioteki (zawierającej trzydzieści tysięcy książek), a swoich gości dzieli na dwie kategorie: tych, którzy na jej widok reagują okrzykiem: „Wow! Signore professore dottore Eco, jaka wspaniała biblioteka! Ile z tych książek już pan przeczytał?”, i pozostałych – bardzo niewielką mniejszość – którzy rozumieją, że prywatna biblioteka nie ma łechtać próżności właściciela, lecz stanowi narzędzie badawcze. Książki  przeczytane są znacznie mniej wartościowe od książek nieprzeczytanych. W takiej bibliotece powinno się znajdować tyle wiedzy, której jeszcze nie posiadacie, ile tylko pozwala wam jej tam umieścić wasza kondycja finansowa, oprocentowanie kredytów hipotecznych i trudna obecnie sytuacja na rynku nieruchomości. Z wiekiem gromadzić będziesz coraz więcej wiedzy i więcej książek, a rosnąca liczba nieprzeczytanych pozycji na półkach będzie dla was jak wyrzut sumienia. Właśnie tak to działa, im więcej wiecie, tym więcej rzędów nieprzeczytanych książek macie w bibliotece. Nazwijmy tę kolekcję nieprzeczytanych książek antybiblioteką.

Zwykle traktujemy swoją wiedzę jako własność prywatną, którą powinniśmy chronić i której należy strzec. To ozdoba, która pozwala nam piąć się po szczeblach kariery. Zatem owa skłonność do uchybiania wrażliwości bibliotecznej Eco przez skupianie się na tym, co znane, to ogólnoludzki błąd, który rozciąga się na nasze operacje myślowe. Ludzie nie obnoszą się z antyżyciorysami. Nie rozgłaszają, czego nie studiowali lub nie doświadczyli (to zadanie ich konkurencji), ale byłoby miło, gdyby to robili. Musimy postawić na głowie nie tylko logikę bibliotek; będziemy również pracować nad tym, żeby postawić na głowie samą wiedzę. Zauważmy, że Czarne Łabędzie biorą się z faktu, iż nie rozumiemy prawdopodobieństwa zajścia niespodziewanych zdarzeń – klucz leży właśnie w tych nieprzeczytanych książkach. Trochę zbyt poważnie traktujemy to, co już wiemy.

Antyuczonego – człowieka, który skupia się na tych nieprzeczytanych książkach i próbuje nie postrzegać swojej wiedzy jako skarbu ani swojej osobistej własności, ani nawet sposobu na podniesienie poczucia własnej wartości – będziemy określać mianem sceptycznego empiryka.

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź

sobota, 17 maja 2025



Władysław Jacenko, Gazeta.pl: Dlaczego Putin nie przyjechał na rozmowy do Turcji?

Ihor Rejterowycz: Bo to, według niego, nie jest sprawa godna cara. Uważa, że jeśli już ma gdziekolwiek jechać, to tylko po to, by spotkać się z Trumpem i ewentualnie sfinalizować zakończenie wojny. Skoro Rosja nie zamierza tego zrobić - albo nie potrafi osiągnąć tego na własnych warunkach - to nie widział sensu w podróży. Dochodzi do tego jeszcze kwestia obsesji na punkcie bezpieczeństwa i wiele innych czynników, które mogły mieć znaczenie.

Z drugiej strony, to nie oznacza, że jutro nie poleci do innego kraju, żeby znów spróbować spotkać się z Trumpem. Taka możliwość nadal istnieje i może zostać wykorzystana. Ale ogólnie rzecz biorąc, to dość przewidywalny ruch ze strony Putina. Skoro jego celem jest obecnie jedynie imitacja tak zwanych negocjacji, to nic dziwnego, że działa właśnie w taki sposób - demonstracyjnie wysyłając delegację w zupełnie nieadekwatnym składzie. To wyraźny sygnał, że traktuje to jako kontynuację rozmów z 2022 roku. Choć sytuacja od tamtej pory diametralnie się zmieniła - i to zdecydowanie nie na korzyść Rosji, mimo że im może się wydawać inaczej. Wówczas rosyjskie wojska stały pod Kijowem, dziś są znacznie dalej. Dużo dalej.

gazeta.pl


Według doniesień portalu Suspilne Media podczas piątkowych (16 maja) negocjacji w tureckim Stambule Rosja zażądała wycofania ukraińskich wojsk z tych części obwodów ługańskiego, donieckiego, chersońskiego i zaporoskiego (obwody, w których przeprowadzono "referenda" na temat przyłączenia do Rosji), których nie zdołała opanować. Zagrożono, że w przypadku odmowy rosyjskie wojska zajmą kolejne obwody: charkowski i sumski. - Nie chcemy wojny, ale jesteśmy gotowi walczyć przez rok, dwa, trzy, tak długo, jak będzie trzeba. Walczyliśmy ze Szwecją przez 21 lat. Jak długo jesteście gotowi walczyć? - miał powiedzieć przewodniczący rosyjskiej delegacji Władimir Miedinski, cytowany przez dziennikarza "The Economist" Olivera Carrolla. - Rosja jest gotowa walczyć wiecznie - dodał doradca Władimira Putina.

gazeta.pl

piątek, 16 maja 2025



Obecnie nie widać ani utraty kontroli nad sytuacją, ani szczególnego zamętu w gronie najwyższych państwowych menedżerów. Technokraci Putina oczywiście narzekają i lamentują, ale realizują plan, który powstał w ich głowach, kiedy zrozumieli, że w bieżącym roku wojna znów będzie kosztować więcej niż w poprzednim.

Jest on prosty — zakłada mocne podwyższenie stóp procentowych, co ma zatrzymać inflację, zahamować rozwój branż niemilitarnych i zmniejszyć realne wydatki społeczeństwa na konsumpcję prywatną. Środki wycofane z sektora cywilnego będzie można w takiej sytuacji przeznaczyć na cele militarne. Rosjanie nie będą wydawać "nadwyżek" swoich nominalnie podwyższonych dochodów, a ulokują je w bankach państwowych. Na koniec pieniądze gromadzące się na ich kontach przejmą władze — po oszczędnościach Rosjan nie zostanie ani śladu.

Wiele rzeczy idzie obecnie zgodnie z tym planem. W ostatnich miesiącach indeks przemysłowy w branżach wojskowych rośnie, a w cywilnych spada. Ponadto analitycy zbliżeni do rządu stwierdzili, że "inflacja gwałtownie spadła: teraz można o tym mówić dość jednoznacznie i (prawie) bez zastrzeżeń". Sami nie kryli zaskoczenia takim obrotem spraw.

Realne wydatki konsumpcyjne (z wyłączeniem sezonowości) w marcu i kwietniu spadały. Stało się to pomimo gwałtownego wzrostu dochodów nominalnych (o 17,9 proc. w pierwszym kwartale w ujęciu rok do roku). Rosjanie nie wydawali jednak "nadwyżek" pieniędzy, tylko odkładali je w bankach, a poziom ich oszczędności w pierwszym kwartale osiągnął rekordową wartość 10 proc.

Ogólne wydatki budżetu federalnego (których głównym kierunkiem pozostaje bezpośrednio lub pośrednio wojna) w okresie od stycznia do kwietnia wzrosły o 21 proc. (w ujęciu rok do roku). Wiele wskazuje na to, że władzom uda się w 2025 r. zrealizować deklarowany cel przeznaczenia 8 proc. PKB (18 bln rubli, 847 mld zł) na produkcję wojskową.

Jest też jednak druga strona medalu. Plan technokratów nie uwzględnia wielu kwestii, z którymi muszą zmagać się obywatele i władze.

Samo w sobie zwiększenie wydatków wojskowych do poziomu 200 mld dol. (757 mld zł), co planuje zrobić Kreml, wydaje się realistycznym celem. W latach 1960–1980 udział takich wydatków w PKB ZSRR również wynosił 8–10 proc. PKB. Towarzyszące wzmożonej militaryzacji zaciskanie pasa społeczeństwa cywilnego realizowane jest jednak według tymczasowego i niepozbawionego wad planu.

W rzeczywistości zmniejszają się tylko emerytury, wynagrodzenia nadal rosną. Najwyższe kręgi biurokratyczne mają nadzieję szybko położyć temu kres. — Najprawdopodobniej w tym roku, dosłownie w najbliższym kwartale, zakończy się wyścig podwyżek wynagrodzeń, który obserwowaliśmy w ostatnich latach — stwierdził główny rosyjski ekonomista Dmitrij Biełousow.

To jednak tylko oczekiwania — nie wiadomo, czy uda się Kremlowi osiągnąć ten cel. A co najważniejsze, Rosjanie mają już teraz znacznie więcej pieniędzy, niż może zaoferować rynek towarów i usług w Federacji Rosyjskiej. Wystarczy, że wpadną w panikę i rzucą się do banków, by wyciągać z nich oszczędności, a rynek się załamie. Zatrzymanie inflacji zależy nie tylko od wysokich stóp procentowych, ale także od nieoczekiwanego i raczej krótkotrwałego umocnienia rubla oraz dość irracjonalnych i również chwilowych wahań aktywności zakupowej społeczeństwa.

Ceny w Rosji przestały rosnąć nie z powodu nadmiaru produktów. — Technicznie skomplikowanych towarów długotrwałego użytkowania – takich jak gadżety, samochody, sprzęt elektryczny – kupuje się mniej. Ponadto sam handel boryka się z problemami związanymi z zadłużeniem, wzrostem kosztów logistyki i podwyżkami czynszów – stwierdził Dmitrij Biełousow.

W każdej chwili Rosjanie mogą jednak zmienić zdanie i zechcieć kupować nie mniej, a więcej tego typu produktów. Łączna suma oszczędności na rachunkach osób fizycznych zbliża się do kwoty 60 bln rubli (2,8 bln zł) i szybko rośnie. Same tylko wypłaty odsetek od depozytów w tym roku prognozowane są na 9 bln rubli (423 mld zł) — w 2024 r. było to 7 bln rubli (329 mld zł).

W rzeczywistości depozyty te, wynoszące dziesiątki bilionów rubli, są niczym innym jak pożyczką wojskową. Rosyjska gospodarka raczej nie będzie w stanie wypłacić Rosjanom oszczędności bez ich znacznego zdewaluowania. Władze szukają sposobu, aby utrudnić, a jeszcze lepiej całkowicie zablokować Rosjanom dostęp do tych pieniędzy.

Nie trzeba do tego zamrażać depozytów. Można na przykład przenieść je do długoterminowych papierów wartościowych i przerzucić rozliczenia z nich na następne władze, kiedykolwiek one się pojawią. Rosjanie nie są jednak skłonni dobrowolnie zgodzić się na wymyślone dla nich rozwiązania, a władze nie są jeszcze gotowe do podjęcia przymusowych środków.

Dlatego na razie władze udają, że są hojne. Niezmierzone oprocentowanie depozytów irytuje menedżerów finansowych, ale potencjalna panika deponentów niechybnie wywoła gwałtowny wzrost inflacji i natychmiast zniweczy tak ciężko wywalczone zwycięstwo gospodarcze, które ogłosili rosyjscy analitycy.

To zwycięstwo i tak jest już wystawiane na próbę przez inny problem – niskie ceny ropy. Autorzy zaktualizowanej wersji budżetu obniżyli w niej spodziewane dochody z ropy naftowej o 2,6 bln rubli (122 mld zł) — z 10,9 bln do 8,3 bln rubli (z 512 mld zł do 390 mld zł). Planowane wydatki wojskowe zwiększyli jednak o 0,8 bln dol. Ich cięcie jest obecnie w Rosji zakazane.

Dlatego one rosną. W okresie od stycznia do kwietnia zwiększały się tak szybko, że deficyt sięgnął 3,2 bln dol. (12,1 bln zł), przewyższając deficyt z tego okresu w każdym poprzednim roku wojennym. Analitycy szacują, że w 2025 r. dochody wpływające do budżetu Kremla będą o kilka bilionów niższe, a wydatki wyższe niż zakładali. Deficyt budżetowy w Rosji może w ten sposób wzrosnąć do 5 bln rubli (234 mld zł).

Dotychczas menedżerom Putina udawało się zachować równowagę materialną i finansową. Stabilność gospodarki rosyjskiej jednak maleje i zbliża się do punktu krytycznego. Większość jego popleczników byłaby zadowolona z rozejmu. To nie oni jednak podejmują decyzje.

Putin z pewnością będzie mógł kontynuować wojnę, jeśli zechce. Dla jego reżimu zbliża się jednak moment wyboru: albo szukać pokojowego wytchnienia, albo przejść na tzw. model mobilizacyjny. Jeśli wybiorą to drugie, apel do członków rządu będzie prosty — przestańcie się bawić z oszczędnościami, otwarcie zwiększcie podatki, a może nawet przydzielcie pracowników do przedsiębiorstw. Myślę, że w 2025 r. Kreml stanie przed takim wyborem.

onet.pl/The Moscow Times


- Czy możemy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że większość z nas jest obecnie uzależniona od telefonów, mediów społecznościowych i dopaminy związanej z ich używaniem?

Nie powiedziałabym, że wszyscy. Ale znacznie więcej osób, niż zdajemy sobie sprawę, stało się kompulsywnie zależnymi od jakiegoś bodźca, czy to kofeiny, nikotyny, czy cyfrowych substancji uzależniających. Wszyscy stymulujemy się w sposób prowadzący do coraz większego poczucia nieszczęścia.

- Jak można sprawdzić, czy jest się uzależnionym od cyfrowej dopaminy?

Trzeba zwrócić uwagę na cztery rzeczy: kontrolę, kompulsję, pragnienie i konsekwencje. Kontrola to sytuacja, w której planujemy obejrzeć tylko jedną rolkę na TikToku, a dwie godziny później nadal oglądamy - to jest brak kontroli. Używanie kompulsywne oznacza, że dużo czasu myślimy o używaniu, a nasze źródła przyjemności się zawężają. Mówiąc krótko, nie cieszą nas już rzeczy, które kiedyś sprawiały nam przyjemność, tylko cyfrowe media lub inny nasz narkotyk.

Pragnienie to natrętne myśli i obrazy dotyczące używania, w tym skomplikowane narracje, które tworzymy, by usprawiedliwić używanie, nawet gdy nie jest ono uzasadnione. Konsekwencje to wszelkiego rodzaju skutki psychiczne, fizyczne, interpersonalne, społeczne, zawodowe i duchowe wynikające z nadmiernego używania, np. brak snu, utrata innych możliwości, pogorszenie relacji, słabsze zdrowie fizyczne, narastająca depresja i lęki.

- Wiemy, że media społecznościowe mogą mieć zgubny wpływ na naszą psychikę. Da się to opowiedzieć za pomocą liczb?

Wiemy, że każda dodatkowa godzina korzystania z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko depresji o 13 proc. Jest już bardzo wiele danych wskazujących, że im więcej korzystamy z mediów społecznościowych, tym bardziej prawdopodobne są depresja, lęki i inne problemy psychiczne. Drugą rzeczą, na którą trzeba zwrócić uwagę, jest tolerancja, czyli adaptacja neurologiczna w naszym mózgu, wymagająca coraz większej dawki bodźców lub silniejszych form treści, by osiągnąć ten sam efekt. Algorytmy mediów społecznościowych właśnie to robią, podsuwając coraz bardziej ekstremalne treści.

- W efekcie uzależniamy się, potrzebujemy coraz bardziej stymulujących treści, sięgamy po nie i wpadamy w spiralę uzależnienia?

Właśnie. Dobrym przykładem jest papieros i telefon. Kiedyś ludziom wystarczało zapalenie papierosa lub przewijanie ekranu telefonu. Dziś wszyscy robią obie te rzeczy naraz. Albo kiedyś wystarczało oglądanie filmu na Netflixie, a teraz ludzie jednocześnie oglądają film, jedzą popcorn i przewijają treści w telefonie. Samo oglądanie filmu już ich nudzi. To nasilająca się potrzeba coraz mocniejszych bodźców, czyli tolerancja, powodująca zmiany w mózgu, a następnie zespół abstynencyjny.

money.pl


Jeśli coś naprawdę nowego wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech miesięcy, to tym czymś jest uwiąd polaryzacji. Socjolog Marcin Duma ma na to dobre określenie: polaryzacja jest na OIOM-ie. W jednym z sondaży (IPSOS) Trzaskowski ma 28 procent, Nawrocki 22 procent, co oznacza, że starcie PiS-PO organizuje wyobraźnię zaledwie 50 procent Polaków. Drugie 50 procent coraz częściej takiej polaryzacji - Kaczyński kontra Tusk - ma po dziurki w nosie, bo rozumie, że spór przestał być funkcjonalny dla ich przyszłości i względnego dobrobytu.

Jeśli spór PiS-PO organizuje obecnie tylko połowę elektoratu (w porywach 60 procent), to znaczy, że rośnie jakaś zmiana. Nie żadna depolaryzacja, o której marzą ludzie poczciwi albo naiwni, ale raczej INNA POLARYZACJA - być może równie ostra i męcząca, za to zorganizowana nie wokół Tuska i Kaczyńskiego.

(...)

Sondaże falowały w rytm kolejnych debat, których mieliśmy w ostatnim miesiącu zatrzęsienie, nigdy żadna kampania nie była tak rozgadana, jak ta. Za każdym razem oglądały to miliony ludzi, mimo że debaty trwały po trzy godziny, co też jest nowością. Tak radosny rozkwit demokratycznej kultury dowodzi, że publiczność jest polityką zainteresowana, chce to oglądać, chce realnej rywalizacji i krwi. Wszyscy kandydaci mieli okazję zabłysnąć, łącznie z panem Maciakiem, który w prorosyjskim elektoracie (a w Polsce też taki istnieje) z pewnością zapunktował. Najciekawsza była debata Super Expressu, ponieważ pytań nie zadawali dziennikarze, tylko kandydaci sobie nawzajem, i były to pytania niezłe, trwało to niemal trzy godziny (2:40), a jednak się oglądało. To znamienne, że kiedy pytań nie zadają dziennikarze, rzecz wychodzi lepiej, kolejny to dowód degrengolady dużej części środowiska dziennikarskiego, upartyjnionego, kibolskiego, dmuchającego w dudy polaryzacji od rana do wieczora.

W tej kampanii wyraźnie zobaczyliśmy zmianę warty w mediach, o trendach, tematach, chwilowych nastrojach decydował Kanał Zero i gwiazdy YouTube’a (do których zaliczam też prof. Dudka), to oni meblowali wyobraźnię szerokiej publiki, a nie tradycyjne redakcje. Z jednej strony to dobrze, bowiem stare media nas zdradziły, stały się zakałą polskiej debaty publicznej dużo bardziej niż redakcje plotkarskie i tabloidy razem wzięte, bo dziarsko biorą udział we wrestlingu PiS kontra PO i stały się tubą dla oszołomów. Jeśli wartości dziennikarskie są codziennie gwałcone to nie w Kanale Zero tylko w szacownych tytułach. Ta zamiana warty spowodowała, że tym razem nie było żadnych zakazanych tematów, o których nie wypada mówić, bo się tak przyzwoici ludzie umówili, mniej było kiwania paluszkiem, górnolotnych apeli artystów scen polskich o dobro, uczciwość i prawość, listów otwartych oraz tego całego nieznośnego moralizowania, w którym specjalizowało się pokolenie robiące dawne media. Z drugiej strony brak tradycyjnych strażników debaty - choćby wkurzających i stronniczych - ma też przykre konsekwencje, trzeba znosić antysemityzm, antyukraińskie brednie, monstrualny zalew fejków i głupot, a wszystko to traktowane jak równoprawny głos. Tak czy inaczej polska debata publiczna w tej kampanii ostatecznie przeszła w tryb internetowy.

Platforma z bosmańskim wręcz rozmachem próbowała przechylić boisko w swoją stronę. Po pierwsze przy pomocy kasy: PiS nie dostał niemal żadnych pieniędzy z dotacji na partie. Odbieranie WSZYSTKICH środków głównej partii opozycyjnej - choćbyśmy nie wiem jak jej nie lubili - to jest coś, na co nie powinniśmy się godzić, niezależnie od naszych sympatii politycznych. Ukarać PiS za wałki w kampanii z 2023 roku to jedno, i zresztą ta kara została nałożona - cięcie dotacji o 10 mln zł rocznie do 2027 roku. Ale Platforma i jej polityczni przedstawiciele w PKW postanowili zabrać opozycji wszystkie pieniądze, co jest nową jakością, nawet PiS na coś takiego się nie poważył (teraz - jeśli odzyska władzę - oczywiście zrobi to samo Platformie). Najnowsza decyzja ministra Domańskiego, żeby jednak coś opozycji wypłacić na tydzień przed wyborami, to musztarda po obiedzie - w kampanii finansowo PiS miał pod górkę.

Do jednej bramki wspólnie z Platformą grała też publiczna TVP, nie tylko przeciwko PiS-owi, ale też przeciwko koalicjantom. Ciężko było oglądać niektóre programy, peany na cześć geniuszu Trzaskowskiego, jego znakomitych manier i ubioru, do tego zafundowano nam w TVP pochód platformianych radykałów w rodzaju Niesiołowskiego, usłużnie odpytywanych z tego, jak bardzo głupi jest elektorat Nawrockiego. Tym mocniej człowiek zgrzyta zębami, że za tę platformianą głupawą propagandę płaci w podatkach, tak samo jak płacił za „fur Deutschland" Kurskiego, tu się niestety nic nie zmieniło. Do tego TVP zaserwowała nam garść kremlowskich wrzutek polaryzacyjnych, że, panie dziejaszku, polski rząd (Morawieckiego) chciał w pierwszych dniach wojny dogadać z Rosją rozbiory Ukrainy (jest to - powtórzę - fejk jeden do jednego wzięty z propagandy telewizji kremlowskiej i powtarzany u nas bezwstydnie przez niektóre antypisowskie media, które jednocześnie szerzenie kremlowskiej propagandy nieustannie zarzucają innym). W gruncie rzeczy panowie Gorgosz, Sajór i Moskalewicz robią telewizję dla Silnych Razem, jest to telewizja toksyczna (miejscami, bo nie cała), schlebiająca prostym gustom najbardziej skrajnego elektoratu: Platforma - dobrze, wszystko, co nie jest Platformą - źle. Próba zorganizowania w Końskich debaty Trzaskowski-Nawrocki bez udziału innych kandydatów to przykład zupełnego już braku skrupułów, przecież na te media łożą w podatkach również wyborcy Hołowni, Mentzena, Biejat. Przez te hocki-klocki wyniki tych wyborów będą podważane przez PiS przez najbliższe pięć lat prezydentury Trzaskowskiego właśnie z powodu braku dotacji i upartyjnienia TVP. I choć to sytuacja w stylu „ubrał się diabeł w ornat i na mszę dzwoni", PiS bowiem po swoich wyczynach ma zerowe prawo uskarżania się na to, jak sam został potraktowany, ale jednak zastrzeżenia, że boisko zostało przechylone, nie są od czapy. Do tego dochodzi krzywe finansowanie kampanii Trzaskowskiego w internecie przez platformiane przybudówki w rodzaju fundacji Akcja Demokracja. Gdyby miał to oceniać niezależny sąd, musiałby te okoliczności przynajmniej wziąć pod uwagę. Trwale to osłabi mandat Trzaskowskiego w oczach dużej grupy wyborców i będzie pretekstem dla PiS - jeśli odzyska władzę - do próby unieważniania tego wyboru.

W tej kampanii społeczeństwo zobaczyło coś, co przed ludźmi w Polsce było skrzętnie ukryte: rzeczywiste różnice majątkowe. Polska klasa średnia w III RP dała sobie wmówić, że jest zamożniejsza niż w rzeczywistości, a w zasadzie, że jest klasą wyższą, lub do tej wyższej klasy niewiele im brakuje, jeszcze tylko trochę nadgodzin i już. Informacje, że pani Senyszyn ma sześć mieszkań „na inwestycje", i że w ogóle to przecież normalne, o co w ogóle chodzi, inni mają więcej, ktoś ma osiem, dwanaście, jeszcze inny trzydzieści - to nareszcie urealnienie Polaka-szaraka, w jakim kraju żyje. Tak, statystyczny poseł ma dwa razy więcej metrów kwadratowych niż wy, Szanowni Wyborcy, i - owszem - to pod panią Senyszyn, pana Kropiwnickiego, ich koleżanki i kolegów, pisane było w Polsce prawo i ustalane podatki. Również dlatego zamieszano wam w głowach i wmówiono, że podatek katastralny to Belzebub czyhający na staruszki, gdyż taki podatek właśnie klasę wyższą by zabolał. Nie jest to spisek, podkreślam, tylko normalna gra interesów. Dobrze, że po tej kampanii wyborczej będzie to bardziej jawne i rozumiane.

gazeta.pl