Jeśli coś naprawdę nowego wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech miesięcy, to tym czymś jest uwiąd polaryzacji. Socjolog Marcin Duma ma na to dobre określenie: polaryzacja jest na OIOM-ie. W jednym z sondaży (IPSOS) Trzaskowski ma 28 procent, Nawrocki 22 procent, co oznacza, że starcie PiS-PO organizuje wyobraźnię zaledwie 50 procent Polaków. Drugie 50 procent coraz częściej takiej polaryzacji - Kaczyński kontra Tusk - ma po dziurki w nosie, bo rozumie, że spór przestał być funkcjonalny dla ich przyszłości i względnego dobrobytu.
Jeśli spór PiS-PO organizuje obecnie tylko połowę elektoratu (w porywach 60 procent), to znaczy, że rośnie jakaś zmiana. Nie żadna depolaryzacja, o której marzą ludzie poczciwi albo naiwni, ale raczej INNA POLARYZACJA - być może równie ostra i męcząca, za to zorganizowana nie wokół Tuska i Kaczyńskiego.
(...)
Sondaże falowały w rytm kolejnych debat, których mieliśmy w ostatnim miesiącu zatrzęsienie, nigdy żadna kampania nie była tak rozgadana, jak ta. Za każdym razem oglądały to miliony ludzi, mimo że debaty trwały po trzy godziny, co też jest nowością. Tak radosny rozkwit demokratycznej kultury dowodzi, że publiczność jest polityką zainteresowana, chce to oglądać, chce realnej rywalizacji i krwi. Wszyscy kandydaci mieli okazję zabłysnąć, łącznie z panem Maciakiem, który w prorosyjskim elektoracie (a w Polsce też taki istnieje) z pewnością zapunktował. Najciekawsza była debata Super Expressu, ponieważ pytań nie zadawali dziennikarze, tylko kandydaci sobie nawzajem, i były to pytania niezłe, trwało to niemal trzy godziny (2:40), a jednak się oglądało. To znamienne, że kiedy pytań nie zadają dziennikarze, rzecz wychodzi lepiej, kolejny to dowód degrengolady dużej części środowiska dziennikarskiego, upartyjnionego, kibolskiego, dmuchającego w dudy polaryzacji od rana do wieczora.
W tej kampanii wyraźnie zobaczyliśmy zmianę warty w mediach, o trendach, tematach, chwilowych nastrojach decydował Kanał Zero i gwiazdy YouTube’a (do których zaliczam też prof. Dudka), to oni meblowali wyobraźnię szerokiej publiki, a nie tradycyjne redakcje. Z jednej strony to dobrze, bowiem stare media nas zdradziły, stały się zakałą polskiej debaty publicznej dużo bardziej niż redakcje plotkarskie i tabloidy razem wzięte, bo dziarsko biorą udział we wrestlingu PiS kontra PO i stały się tubą dla oszołomów. Jeśli wartości dziennikarskie są codziennie gwałcone to nie w Kanale Zero tylko w szacownych tytułach. Ta zamiana warty spowodowała, że tym razem nie było żadnych zakazanych tematów, o których nie wypada mówić, bo się tak przyzwoici ludzie umówili, mniej było kiwania paluszkiem, górnolotnych apeli artystów scen polskich o dobro, uczciwość i prawość, listów otwartych oraz tego całego nieznośnego moralizowania, w którym specjalizowało się pokolenie robiące dawne media. Z drugiej strony brak tradycyjnych strażników debaty - choćby wkurzających i stronniczych - ma też przykre konsekwencje, trzeba znosić antysemityzm, antyukraińskie brednie, monstrualny zalew fejków i głupot, a wszystko to traktowane jak równoprawny głos. Tak czy inaczej polska debata publiczna w tej kampanii ostatecznie przeszła w tryb internetowy.
Platforma z bosmańskim wręcz rozmachem próbowała przechylić boisko w swoją stronę. Po pierwsze przy pomocy kasy: PiS nie dostał niemal żadnych pieniędzy z dotacji na partie. Odbieranie WSZYSTKICH środków głównej partii opozycyjnej - choćbyśmy nie wiem jak jej nie lubili - to jest coś, na co nie powinniśmy się godzić, niezależnie od naszych sympatii politycznych. Ukarać PiS za wałki w kampanii z 2023 roku to jedno, i zresztą ta kara została nałożona - cięcie dotacji o 10 mln zł rocznie do 2027 roku. Ale Platforma i jej polityczni przedstawiciele w PKW postanowili zabrać opozycji wszystkie pieniądze, co jest nową jakością, nawet PiS na coś takiego się nie poważył (teraz - jeśli odzyska władzę - oczywiście zrobi to samo Platformie). Najnowsza decyzja ministra Domańskiego, żeby jednak coś opozycji wypłacić na tydzień przed wyborami, to musztarda po obiedzie - w kampanii finansowo PiS miał pod górkę.
Do jednej bramki wspólnie z Platformą grała też publiczna TVP, nie tylko przeciwko PiS-owi, ale też przeciwko koalicjantom. Ciężko było oglądać niektóre programy, peany na cześć geniuszu Trzaskowskiego, jego znakomitych manier i ubioru, do tego zafundowano nam w TVP pochód platformianych radykałów w rodzaju Niesiołowskiego, usłużnie odpytywanych z tego, jak bardzo głupi jest elektorat Nawrockiego. Tym mocniej człowiek zgrzyta zębami, że za tę platformianą głupawą propagandę płaci w podatkach, tak samo jak płacił za „fur Deutschland" Kurskiego, tu się niestety nic nie zmieniło. Do tego TVP zaserwowała nam garść kremlowskich wrzutek polaryzacyjnych, że, panie dziejaszku, polski rząd (Morawieckiego) chciał w pierwszych dniach wojny dogadać z Rosją rozbiory Ukrainy (jest to - powtórzę - fejk jeden do jednego wzięty z propagandy telewizji kremlowskiej i powtarzany u nas bezwstydnie przez niektóre antypisowskie media, które jednocześnie szerzenie kremlowskiej propagandy nieustannie zarzucają innym). W gruncie rzeczy panowie Gorgosz, Sajór i Moskalewicz robią telewizję dla Silnych Razem, jest to telewizja toksyczna (miejscami, bo nie cała), schlebiająca prostym gustom najbardziej skrajnego elektoratu: Platforma - dobrze, wszystko, co nie jest Platformą - źle. Próba zorganizowania w Końskich debaty Trzaskowski-Nawrocki bez udziału innych kandydatów to przykład zupełnego już braku skrupułów, przecież na te media łożą w podatkach również wyborcy Hołowni, Mentzena, Biejat. Przez te hocki-klocki wyniki tych wyborów będą podważane przez PiS przez najbliższe pięć lat prezydentury Trzaskowskiego właśnie z powodu braku dotacji i upartyjnienia TVP. I choć to sytuacja w stylu „ubrał się diabeł w ornat i na mszę dzwoni", PiS bowiem po swoich wyczynach ma zerowe prawo uskarżania się na to, jak sam został potraktowany, ale jednak zastrzeżenia, że boisko zostało przechylone, nie są od czapy. Do tego dochodzi krzywe finansowanie kampanii Trzaskowskiego w internecie przez platformiane przybudówki w rodzaju fundacji Akcja Demokracja. Gdyby miał to oceniać niezależny sąd, musiałby te okoliczności przynajmniej wziąć pod uwagę. Trwale to osłabi mandat Trzaskowskiego w oczach dużej grupy wyborców i będzie pretekstem dla PiS - jeśli odzyska władzę - do próby unieważniania tego wyboru.
W tej kampanii społeczeństwo zobaczyło coś, co przed ludźmi w Polsce było skrzętnie ukryte: rzeczywiste różnice majątkowe. Polska klasa średnia w III RP dała sobie wmówić, że jest zamożniejsza niż w rzeczywistości, a w zasadzie, że jest klasą wyższą, lub do tej wyższej klasy niewiele im brakuje, jeszcze tylko trochę nadgodzin i już. Informacje, że pani Senyszyn ma sześć mieszkań „na inwestycje", i że w ogóle to przecież normalne, o co w ogóle chodzi, inni mają więcej, ktoś ma osiem, dwanaście, jeszcze inny trzydzieści - to nareszcie urealnienie Polaka-szaraka, w jakim kraju żyje. Tak, statystyczny poseł ma dwa razy więcej metrów kwadratowych niż wy, Szanowni Wyborcy, i - owszem - to pod panią Senyszyn, pana Kropiwnickiego, ich koleżanki i kolegów, pisane było w Polsce prawo i ustalane podatki. Również dlatego zamieszano wam w głowach i wmówiono, że podatek katastralny to Belzebub czyhający na staruszki, gdyż taki podatek właśnie klasę wyższą by zabolał. Nie jest to spisek, podkreślam, tylko normalna gra interesów. Dobrze, że po tej kampanii wyborczej będzie to bardziej jawne i rozumiane.
gazeta.pl