niedziela, 18 maja 2025



Pisarz Umberto Eco należy do nielicznej klasy uczonych posiadających encyklopedyczną wiedzę, dociekliwy umysł i coś interesującego do powiedzenia. Jest właścicielem bogatej biblioteki (zawierającej trzydzieści tysięcy książek), a swoich gości dzieli na dwie kategorie: tych, którzy na jej widok reagują okrzykiem: „Wow! Signore professore dottore Eco, jaka wspaniała biblioteka! Ile z tych książek już pan przeczytał?”, i pozostałych – bardzo niewielką mniejszość – którzy rozumieją, że prywatna biblioteka nie ma łechtać próżności właściciela, lecz stanowi narzędzie badawcze. Książki  przeczytane są znacznie mniej wartościowe od książek nieprzeczytanych. W takiej bibliotece powinno się znajdować tyle wiedzy, której jeszcze nie posiadacie, ile tylko pozwala wam jej tam umieścić wasza kondycja finansowa, oprocentowanie kredytów hipotecznych i trudna obecnie sytuacja na rynku nieruchomości. Z wiekiem gromadzić będziesz coraz więcej wiedzy i więcej książek, a rosnąca liczba nieprzeczytanych pozycji na półkach będzie dla was jak wyrzut sumienia. Właśnie tak to działa, im więcej wiecie, tym więcej rzędów nieprzeczytanych książek macie w bibliotece. Nazwijmy tę kolekcję nieprzeczytanych książek antybiblioteką.

Zwykle traktujemy swoją wiedzę jako własność prywatną, którą powinniśmy chronić i której należy strzec. To ozdoba, która pozwala nam piąć się po szczeblach kariery. Zatem owa skłonność do uchybiania wrażliwości bibliotecznej Eco przez skupianie się na tym, co znane, to ogólnoludzki błąd, który rozciąga się na nasze operacje myślowe. Ludzie nie obnoszą się z antyżyciorysami. Nie rozgłaszają, czego nie studiowali lub nie doświadczyli (to zadanie ich konkurencji), ale byłoby miło, gdyby to robili. Musimy postawić na głowie nie tylko logikę bibliotek; będziemy również pracować nad tym, żeby postawić na głowie samą wiedzę. Zauważmy, że Czarne Łabędzie biorą się z faktu, iż nie rozumiemy prawdopodobieństwa zajścia niespodziewanych zdarzeń – klucz leży właśnie w tych nieprzeczytanych książkach. Trochę zbyt poważnie traktujemy to, co już wiemy.

Antyuczonego – człowieka, który skupia się na tych nieprzeczytanych książkach i próbuje nie postrzegać swojej wiedzy jako skarbu ani swojej osobistej własności, ani nawet sposobu na podniesienie poczucia własnej wartości – będziemy określać mianem sceptycznego empiryka.

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź

sobota, 17 maja 2025



Władysław Jacenko, Gazeta.pl: Dlaczego Putin nie przyjechał na rozmowy do Turcji?

Ihor Rejterowycz: Bo to, według niego, nie jest sprawa godna cara. Uważa, że jeśli już ma gdziekolwiek jechać, to tylko po to, by spotkać się z Trumpem i ewentualnie sfinalizować zakończenie wojny. Skoro Rosja nie zamierza tego zrobić - albo nie potrafi osiągnąć tego na własnych warunkach - to nie widział sensu w podróży. Dochodzi do tego jeszcze kwestia obsesji na punkcie bezpieczeństwa i wiele innych czynników, które mogły mieć znaczenie.

Z drugiej strony, to nie oznacza, że jutro nie poleci do innego kraju, żeby znów spróbować spotkać się z Trumpem. Taka możliwość nadal istnieje i może zostać wykorzystana. Ale ogólnie rzecz biorąc, to dość przewidywalny ruch ze strony Putina. Skoro jego celem jest obecnie jedynie imitacja tak zwanych negocjacji, to nic dziwnego, że działa właśnie w taki sposób - demonstracyjnie wysyłając delegację w zupełnie nieadekwatnym składzie. To wyraźny sygnał, że traktuje to jako kontynuację rozmów z 2022 roku. Choć sytuacja od tamtej pory diametralnie się zmieniła - i to zdecydowanie nie na korzyść Rosji, mimo że im może się wydawać inaczej. Wówczas rosyjskie wojska stały pod Kijowem, dziś są znacznie dalej. Dużo dalej.

gazeta.pl


Według doniesień portalu Suspilne Media podczas piątkowych (16 maja) negocjacji w tureckim Stambule Rosja zażądała wycofania ukraińskich wojsk z tych części obwodów ługańskiego, donieckiego, chersońskiego i zaporoskiego (obwody, w których przeprowadzono "referenda" na temat przyłączenia do Rosji), których nie zdołała opanować. Zagrożono, że w przypadku odmowy rosyjskie wojska zajmą kolejne obwody: charkowski i sumski. - Nie chcemy wojny, ale jesteśmy gotowi walczyć przez rok, dwa, trzy, tak długo, jak będzie trzeba. Walczyliśmy ze Szwecją przez 21 lat. Jak długo jesteście gotowi walczyć? - miał powiedzieć przewodniczący rosyjskiej delegacji Władimir Miedinski, cytowany przez dziennikarza "The Economist" Olivera Carrolla. - Rosja jest gotowa walczyć wiecznie - dodał doradca Władimira Putina.

gazeta.pl

piątek, 16 maja 2025



Obecnie nie widać ani utraty kontroli nad sytuacją, ani szczególnego zamętu w gronie najwyższych państwowych menedżerów. Technokraci Putina oczywiście narzekają i lamentują, ale realizują plan, który powstał w ich głowach, kiedy zrozumieli, że w bieżącym roku wojna znów będzie kosztować więcej niż w poprzednim.

Jest on prosty — zakłada mocne podwyższenie stóp procentowych, co ma zatrzymać inflację, zahamować rozwój branż niemilitarnych i zmniejszyć realne wydatki społeczeństwa na konsumpcję prywatną. Środki wycofane z sektora cywilnego będzie można w takiej sytuacji przeznaczyć na cele militarne. Rosjanie nie będą wydawać "nadwyżek" swoich nominalnie podwyższonych dochodów, a ulokują je w bankach państwowych. Na koniec pieniądze gromadzące się na ich kontach przejmą władze — po oszczędnościach Rosjan nie zostanie ani śladu.

Wiele rzeczy idzie obecnie zgodnie z tym planem. W ostatnich miesiącach indeks przemysłowy w branżach wojskowych rośnie, a w cywilnych spada. Ponadto analitycy zbliżeni do rządu stwierdzili, że "inflacja gwałtownie spadła: teraz można o tym mówić dość jednoznacznie i (prawie) bez zastrzeżeń". Sami nie kryli zaskoczenia takim obrotem spraw.

Realne wydatki konsumpcyjne (z wyłączeniem sezonowości) w marcu i kwietniu spadały. Stało się to pomimo gwałtownego wzrostu dochodów nominalnych (o 17,9 proc. w pierwszym kwartale w ujęciu rok do roku). Rosjanie nie wydawali jednak "nadwyżek" pieniędzy, tylko odkładali je w bankach, a poziom ich oszczędności w pierwszym kwartale osiągnął rekordową wartość 10 proc.

Ogólne wydatki budżetu federalnego (których głównym kierunkiem pozostaje bezpośrednio lub pośrednio wojna) w okresie od stycznia do kwietnia wzrosły o 21 proc. (w ujęciu rok do roku). Wiele wskazuje na to, że władzom uda się w 2025 r. zrealizować deklarowany cel przeznaczenia 8 proc. PKB (18 bln rubli, 847 mld zł) na produkcję wojskową.

Jest też jednak druga strona medalu. Plan technokratów nie uwzględnia wielu kwestii, z którymi muszą zmagać się obywatele i władze.

Samo w sobie zwiększenie wydatków wojskowych do poziomu 200 mld dol. (757 mld zł), co planuje zrobić Kreml, wydaje się realistycznym celem. W latach 1960–1980 udział takich wydatków w PKB ZSRR również wynosił 8–10 proc. PKB. Towarzyszące wzmożonej militaryzacji zaciskanie pasa społeczeństwa cywilnego realizowane jest jednak według tymczasowego i niepozbawionego wad planu.

W rzeczywistości zmniejszają się tylko emerytury, wynagrodzenia nadal rosną. Najwyższe kręgi biurokratyczne mają nadzieję szybko położyć temu kres. — Najprawdopodobniej w tym roku, dosłownie w najbliższym kwartale, zakończy się wyścig podwyżek wynagrodzeń, który obserwowaliśmy w ostatnich latach — stwierdził główny rosyjski ekonomista Dmitrij Biełousow.

To jednak tylko oczekiwania — nie wiadomo, czy uda się Kremlowi osiągnąć ten cel. A co najważniejsze, Rosjanie mają już teraz znacznie więcej pieniędzy, niż może zaoferować rynek towarów i usług w Federacji Rosyjskiej. Wystarczy, że wpadną w panikę i rzucą się do banków, by wyciągać z nich oszczędności, a rynek się załamie. Zatrzymanie inflacji zależy nie tylko od wysokich stóp procentowych, ale także od nieoczekiwanego i raczej krótkotrwałego umocnienia rubla oraz dość irracjonalnych i również chwilowych wahań aktywności zakupowej społeczeństwa.

Ceny w Rosji przestały rosnąć nie z powodu nadmiaru produktów. — Technicznie skomplikowanych towarów długotrwałego użytkowania – takich jak gadżety, samochody, sprzęt elektryczny – kupuje się mniej. Ponadto sam handel boryka się z problemami związanymi z zadłużeniem, wzrostem kosztów logistyki i podwyżkami czynszów – stwierdził Dmitrij Biełousow.

W każdej chwili Rosjanie mogą jednak zmienić zdanie i zechcieć kupować nie mniej, a więcej tego typu produktów. Łączna suma oszczędności na rachunkach osób fizycznych zbliża się do kwoty 60 bln rubli (2,8 bln zł) i szybko rośnie. Same tylko wypłaty odsetek od depozytów w tym roku prognozowane są na 9 bln rubli (423 mld zł) — w 2024 r. było to 7 bln rubli (329 mld zł).

W rzeczywistości depozyty te, wynoszące dziesiątki bilionów rubli, są niczym innym jak pożyczką wojskową. Rosyjska gospodarka raczej nie będzie w stanie wypłacić Rosjanom oszczędności bez ich znacznego zdewaluowania. Władze szukają sposobu, aby utrudnić, a jeszcze lepiej całkowicie zablokować Rosjanom dostęp do tych pieniędzy.

Nie trzeba do tego zamrażać depozytów. Można na przykład przenieść je do długoterminowych papierów wartościowych i przerzucić rozliczenia z nich na następne władze, kiedykolwiek one się pojawią. Rosjanie nie są jednak skłonni dobrowolnie zgodzić się na wymyślone dla nich rozwiązania, a władze nie są jeszcze gotowe do podjęcia przymusowych środków.

Dlatego na razie władze udają, że są hojne. Niezmierzone oprocentowanie depozytów irytuje menedżerów finansowych, ale potencjalna panika deponentów niechybnie wywoła gwałtowny wzrost inflacji i natychmiast zniweczy tak ciężko wywalczone zwycięstwo gospodarcze, które ogłosili rosyjscy analitycy.

To zwycięstwo i tak jest już wystawiane na próbę przez inny problem – niskie ceny ropy. Autorzy zaktualizowanej wersji budżetu obniżyli w niej spodziewane dochody z ropy naftowej o 2,6 bln rubli (122 mld zł) — z 10,9 bln do 8,3 bln rubli (z 512 mld zł do 390 mld zł). Planowane wydatki wojskowe zwiększyli jednak o 0,8 bln dol. Ich cięcie jest obecnie w Rosji zakazane.

Dlatego one rosną. W okresie od stycznia do kwietnia zwiększały się tak szybko, że deficyt sięgnął 3,2 bln dol. (12,1 bln zł), przewyższając deficyt z tego okresu w każdym poprzednim roku wojennym. Analitycy szacują, że w 2025 r. dochody wpływające do budżetu Kremla będą o kilka bilionów niższe, a wydatki wyższe niż zakładali. Deficyt budżetowy w Rosji może w ten sposób wzrosnąć do 5 bln rubli (234 mld zł).

Dotychczas menedżerom Putina udawało się zachować równowagę materialną i finansową. Stabilność gospodarki rosyjskiej jednak maleje i zbliża się do punktu krytycznego. Większość jego popleczników byłaby zadowolona z rozejmu. To nie oni jednak podejmują decyzje.

Putin z pewnością będzie mógł kontynuować wojnę, jeśli zechce. Dla jego reżimu zbliża się jednak moment wyboru: albo szukać pokojowego wytchnienia, albo przejść na tzw. model mobilizacyjny. Jeśli wybiorą to drugie, apel do członków rządu będzie prosty — przestańcie się bawić z oszczędnościami, otwarcie zwiększcie podatki, a może nawet przydzielcie pracowników do przedsiębiorstw. Myślę, że w 2025 r. Kreml stanie przed takim wyborem.

onet.pl/The Moscow Times


- Czy możemy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że większość z nas jest obecnie uzależniona od telefonów, mediów społecznościowych i dopaminy związanej z ich używaniem?

Nie powiedziałabym, że wszyscy. Ale znacznie więcej osób, niż zdajemy sobie sprawę, stało się kompulsywnie zależnymi od jakiegoś bodźca, czy to kofeiny, nikotyny, czy cyfrowych substancji uzależniających. Wszyscy stymulujemy się w sposób prowadzący do coraz większego poczucia nieszczęścia.

- Jak można sprawdzić, czy jest się uzależnionym od cyfrowej dopaminy?

Trzeba zwrócić uwagę na cztery rzeczy: kontrolę, kompulsję, pragnienie i konsekwencje. Kontrola to sytuacja, w której planujemy obejrzeć tylko jedną rolkę na TikToku, a dwie godziny później nadal oglądamy - to jest brak kontroli. Używanie kompulsywne oznacza, że dużo czasu myślimy o używaniu, a nasze źródła przyjemności się zawężają. Mówiąc krótko, nie cieszą nas już rzeczy, które kiedyś sprawiały nam przyjemność, tylko cyfrowe media lub inny nasz narkotyk.

Pragnienie to natrętne myśli i obrazy dotyczące używania, w tym skomplikowane narracje, które tworzymy, by usprawiedliwić używanie, nawet gdy nie jest ono uzasadnione. Konsekwencje to wszelkiego rodzaju skutki psychiczne, fizyczne, interpersonalne, społeczne, zawodowe i duchowe wynikające z nadmiernego używania, np. brak snu, utrata innych możliwości, pogorszenie relacji, słabsze zdrowie fizyczne, narastająca depresja i lęki.

- Wiemy, że media społecznościowe mogą mieć zgubny wpływ na naszą psychikę. Da się to opowiedzieć za pomocą liczb?

Wiemy, że każda dodatkowa godzina korzystania z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko depresji o 13 proc. Jest już bardzo wiele danych wskazujących, że im więcej korzystamy z mediów społecznościowych, tym bardziej prawdopodobne są depresja, lęki i inne problemy psychiczne. Drugą rzeczą, na którą trzeba zwrócić uwagę, jest tolerancja, czyli adaptacja neurologiczna w naszym mózgu, wymagająca coraz większej dawki bodźców lub silniejszych form treści, by osiągnąć ten sam efekt. Algorytmy mediów społecznościowych właśnie to robią, podsuwając coraz bardziej ekstremalne treści.

- W efekcie uzależniamy się, potrzebujemy coraz bardziej stymulujących treści, sięgamy po nie i wpadamy w spiralę uzależnienia?

Właśnie. Dobrym przykładem jest papieros i telefon. Kiedyś ludziom wystarczało zapalenie papierosa lub przewijanie ekranu telefonu. Dziś wszyscy robią obie te rzeczy naraz. Albo kiedyś wystarczało oglądanie filmu na Netflixie, a teraz ludzie jednocześnie oglądają film, jedzą popcorn i przewijają treści w telefonie. Samo oglądanie filmu już ich nudzi. To nasilająca się potrzeba coraz mocniejszych bodźców, czyli tolerancja, powodująca zmiany w mózgu, a następnie zespół abstynencyjny.

money.pl


Jeśli coś naprawdę nowego wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech miesięcy, to tym czymś jest uwiąd polaryzacji. Socjolog Marcin Duma ma na to dobre określenie: polaryzacja jest na OIOM-ie. W jednym z sondaży (IPSOS) Trzaskowski ma 28 procent, Nawrocki 22 procent, co oznacza, że starcie PiS-PO organizuje wyobraźnię zaledwie 50 procent Polaków. Drugie 50 procent coraz częściej takiej polaryzacji - Kaczyński kontra Tusk - ma po dziurki w nosie, bo rozumie, że spór przestał być funkcjonalny dla ich przyszłości i względnego dobrobytu.

Jeśli spór PiS-PO organizuje obecnie tylko połowę elektoratu (w porywach 60 procent), to znaczy, że rośnie jakaś zmiana. Nie żadna depolaryzacja, o której marzą ludzie poczciwi albo naiwni, ale raczej INNA POLARYZACJA - być może równie ostra i męcząca, za to zorganizowana nie wokół Tuska i Kaczyńskiego.

(...)

Sondaże falowały w rytm kolejnych debat, których mieliśmy w ostatnim miesiącu zatrzęsienie, nigdy żadna kampania nie była tak rozgadana, jak ta. Za każdym razem oglądały to miliony ludzi, mimo że debaty trwały po trzy godziny, co też jest nowością. Tak radosny rozkwit demokratycznej kultury dowodzi, że publiczność jest polityką zainteresowana, chce to oglądać, chce realnej rywalizacji i krwi. Wszyscy kandydaci mieli okazję zabłysnąć, łącznie z panem Maciakiem, który w prorosyjskim elektoracie (a w Polsce też taki istnieje) z pewnością zapunktował. Najciekawsza była debata Super Expressu, ponieważ pytań nie zadawali dziennikarze, tylko kandydaci sobie nawzajem, i były to pytania niezłe, trwało to niemal trzy godziny (2:40), a jednak się oglądało. To znamienne, że kiedy pytań nie zadają dziennikarze, rzecz wychodzi lepiej, kolejny to dowód degrengolady dużej części środowiska dziennikarskiego, upartyjnionego, kibolskiego, dmuchającego w dudy polaryzacji od rana do wieczora.

W tej kampanii wyraźnie zobaczyliśmy zmianę warty w mediach, o trendach, tematach, chwilowych nastrojach decydował Kanał Zero i gwiazdy YouTube’a (do których zaliczam też prof. Dudka), to oni meblowali wyobraźnię szerokiej publiki, a nie tradycyjne redakcje. Z jednej strony to dobrze, bowiem stare media nas zdradziły, stały się zakałą polskiej debaty publicznej dużo bardziej niż redakcje plotkarskie i tabloidy razem wzięte, bo dziarsko biorą udział we wrestlingu PiS kontra PO i stały się tubą dla oszołomów. Jeśli wartości dziennikarskie są codziennie gwałcone to nie w Kanale Zero tylko w szacownych tytułach. Ta zamiana warty spowodowała, że tym razem nie było żadnych zakazanych tematów, o których nie wypada mówić, bo się tak przyzwoici ludzie umówili, mniej było kiwania paluszkiem, górnolotnych apeli artystów scen polskich o dobro, uczciwość i prawość, listów otwartych oraz tego całego nieznośnego moralizowania, w którym specjalizowało się pokolenie robiące dawne media. Z drugiej strony brak tradycyjnych strażników debaty - choćby wkurzających i stronniczych - ma też przykre konsekwencje, trzeba znosić antysemityzm, antyukraińskie brednie, monstrualny zalew fejków i głupot, a wszystko to traktowane jak równoprawny głos. Tak czy inaczej polska debata publiczna w tej kampanii ostatecznie przeszła w tryb internetowy.

Platforma z bosmańskim wręcz rozmachem próbowała przechylić boisko w swoją stronę. Po pierwsze przy pomocy kasy: PiS nie dostał niemal żadnych pieniędzy z dotacji na partie. Odbieranie WSZYSTKICH środków głównej partii opozycyjnej - choćbyśmy nie wiem jak jej nie lubili - to jest coś, na co nie powinniśmy się godzić, niezależnie od naszych sympatii politycznych. Ukarać PiS za wałki w kampanii z 2023 roku to jedno, i zresztą ta kara została nałożona - cięcie dotacji o 10 mln zł rocznie do 2027 roku. Ale Platforma i jej polityczni przedstawiciele w PKW postanowili zabrać opozycji wszystkie pieniądze, co jest nową jakością, nawet PiS na coś takiego się nie poważył (teraz - jeśli odzyska władzę - oczywiście zrobi to samo Platformie). Najnowsza decyzja ministra Domańskiego, żeby jednak coś opozycji wypłacić na tydzień przed wyborami, to musztarda po obiedzie - w kampanii finansowo PiS miał pod górkę.

Do jednej bramki wspólnie z Platformą grała też publiczna TVP, nie tylko przeciwko PiS-owi, ale też przeciwko koalicjantom. Ciężko było oglądać niektóre programy, peany na cześć geniuszu Trzaskowskiego, jego znakomitych manier i ubioru, do tego zafundowano nam w TVP pochód platformianych radykałów w rodzaju Niesiołowskiego, usłużnie odpytywanych z tego, jak bardzo głupi jest elektorat Nawrockiego. Tym mocniej człowiek zgrzyta zębami, że za tę platformianą głupawą propagandę płaci w podatkach, tak samo jak płacił za „fur Deutschland" Kurskiego, tu się niestety nic nie zmieniło. Do tego TVP zaserwowała nam garść kremlowskich wrzutek polaryzacyjnych, że, panie dziejaszku, polski rząd (Morawieckiego) chciał w pierwszych dniach wojny dogadać z Rosją rozbiory Ukrainy (jest to - powtórzę - fejk jeden do jednego wzięty z propagandy telewizji kremlowskiej i powtarzany u nas bezwstydnie przez niektóre antypisowskie media, które jednocześnie szerzenie kremlowskiej propagandy nieustannie zarzucają innym). W gruncie rzeczy panowie Gorgosz, Sajór i Moskalewicz robią telewizję dla Silnych Razem, jest to telewizja toksyczna (miejscami, bo nie cała), schlebiająca prostym gustom najbardziej skrajnego elektoratu: Platforma - dobrze, wszystko, co nie jest Platformą - źle. Próba zorganizowania w Końskich debaty Trzaskowski-Nawrocki bez udziału innych kandydatów to przykład zupełnego już braku skrupułów, przecież na te media łożą w podatkach również wyborcy Hołowni, Mentzena, Biejat. Przez te hocki-klocki wyniki tych wyborów będą podważane przez PiS przez najbliższe pięć lat prezydentury Trzaskowskiego właśnie z powodu braku dotacji i upartyjnienia TVP. I choć to sytuacja w stylu „ubrał się diabeł w ornat i na mszę dzwoni", PiS bowiem po swoich wyczynach ma zerowe prawo uskarżania się na to, jak sam został potraktowany, ale jednak zastrzeżenia, że boisko zostało przechylone, nie są od czapy. Do tego dochodzi krzywe finansowanie kampanii Trzaskowskiego w internecie przez platformiane przybudówki w rodzaju fundacji Akcja Demokracja. Gdyby miał to oceniać niezależny sąd, musiałby te okoliczności przynajmniej wziąć pod uwagę. Trwale to osłabi mandat Trzaskowskiego w oczach dużej grupy wyborców i będzie pretekstem dla PiS - jeśli odzyska władzę - do próby unieważniania tego wyboru.

W tej kampanii społeczeństwo zobaczyło coś, co przed ludźmi w Polsce było skrzętnie ukryte: rzeczywiste różnice majątkowe. Polska klasa średnia w III RP dała sobie wmówić, że jest zamożniejsza niż w rzeczywistości, a w zasadzie, że jest klasą wyższą, lub do tej wyższej klasy niewiele im brakuje, jeszcze tylko trochę nadgodzin i już. Informacje, że pani Senyszyn ma sześć mieszkań „na inwestycje", i że w ogóle to przecież normalne, o co w ogóle chodzi, inni mają więcej, ktoś ma osiem, dwanaście, jeszcze inny trzydzieści - to nareszcie urealnienie Polaka-szaraka, w jakim kraju żyje. Tak, statystyczny poseł ma dwa razy więcej metrów kwadratowych niż wy, Szanowni Wyborcy, i - owszem - to pod panią Senyszyn, pana Kropiwnickiego, ich koleżanki i kolegów, pisane było w Polsce prawo i ustalane podatki. Również dlatego zamieszano wam w głowach i wmówiono, że podatek katastralny to Belzebub czyhający na staruszki, gdyż taki podatek właśnie klasę wyższą by zabolał. Nie jest to spisek, podkreślam, tylko normalna gra interesów. Dobrze, że po tej kampanii wyborczej będzie to bardziej jawne i rozumiane.

gazeta.pl

czwartek, 15 maja 2025



Rosyjscy urzędnicy nadal powtarzają niedawne wezwanie prezydenta Rosji Władimira Putina do oparcia przyszłych negocjacji z Ukrainą na protokołach ze Stambułu z początku 2022 r., które obejmowały rosyjskie żądania całkowitej kapitulacji Ukrainy. Rosyjski ambasador-at-Large i były rosyjski urzędnik okupacyjny, Rodion Miroshnik, twierdził 14 maja, że ​​projekt protokołów ze Stambułu z kwietnia 2022 r. może być podstawą porozumienia mającego na celu zakończenie wojny Rosji na Ukrainie. Miroshnik powtarza wezwanie Putina z 11 maja do „wznowienia” bezpośrednich negocjacji ze Stambułu w 2022 r. w odpowiedzi na wspólną propozycję USA, Ukrainy i Europy z 10 maja dotyczącą 30-dniowego minimalnego ogólnego zawieszenia broni. Miroshnik zauważył, że Rosja i Ukraina mogłyby dokonać „korekt” protokołów stambulskich z 2022 r., aby uwzględnić zmiany, które zaszły w ciągu ostatnich trzech lat, ale wyraźnie nalegał, aby żądania Rosji z kwietnia 2022 r., aby Ukraina znacznie ograniczyła swoje zdolności wojskowe i zmieniła swoją konstytucję, dodając zapis o neutralności, który zabraniałby Ukrainie przystępowania do jakichkolwiek sojuszy wojskowych — w tym NATO — pozostały niezmienione. Putin i Miroshnik celowo powtarzają warunki Rosji w protokołach stambulskich, ponieważ protokoły zawierały warunki, które oznaczałyby kapitulację Ukrainy i pozostawiłyby Ukrainę bezbronną wobec potencjalnej przyszłej rosyjskiej agresji — cele, które Kreml nadal realizuje. The Wall Street Journal (WSJ) i New York Times (NYT) poinformowały w marcu i czerwcu 2024 r., że oba uzyskały kilka wersji projektów protokołów z ukraińsko-rosyjskich negocjacji pokojowych z kwietnia 2022 r. w Stambule. Projekty protokołów zabraniałyby również Ukrainie przyjmowania zagranicznego personelu wojskowego, szkoleniowców lub systemów uzbrojenia na Ukrainie. Rosja zażądała, aby ona, Stany Zjednoczone, Zjednoczone Królestwo (UK), Chińska Republika Ludowa (ChRL), Francja i Białoruś były gwarantami bezpieczeństwa umowy. Rosja zażądała, aby państwa gwarantów „wypowiedziały międzynarodowe traktaty i porozumienia niezgodne z trwałą neutralnością [Ukrainy]”, w tym umowy o pomocy wojskowej. Rosja zażądała, aby Ukraina ograniczyła swoje siły zbrojne do 85.000 żołnierzy, 342 czołgów i 519 systemów artyleryjskich jako część protokołów stambulskich. Rosja dodatkowo zażądała, aby ukraińskie rakiety były ograniczone do zasięgu 40 kilometrów (25 mil), co pozwoliłoby siłom rosyjskim na rozmieszczenie krytycznych systemów i materiałów w pobliżu Ukrainy bez obawy przed uderzeniami.

Rosja zażądała tych warunków w pierwszym i drugim miesiącu pełnoskalowej inwazji, gdy wojska rosyjskie zbliżały się do Kijowa i odnosiły sukcesy na północno-wschodniej, wschodniej i południowej Ukrainie. Rosja próbuje teraz powtórzyć te same żądania po trzech latach wojny, pomimo faktu, że siły ukraińskie od tego czasu skutecznie zmusiły Rosję do wycofania się z północnej Ukrainy, wyzwoliły znaczne połacie terytorium w obwodach charkowskim i chersońskim oraz stępiły rosyjskie tempo postępów na tym teatrze. Obserwacja Miroshnika, że ​​Rosja i Ukraina mogłyby dostosować aspekty protokołów stambulskich, aby odzwierciedlić zmiany w wojnie w ciągu ostatnich trzech lat, jest próbą przedstawienia Kremla jako skłonnego do negocjacji, co zaciemnia fakt, że Rosja faktycznie podtrzymywała swój długoterminowy cel całkowitej kapitulacji Ukrainy. Putin, Miroshnik i inni rosyjscy urzędnicy nadal domagają się całkowitej kapitulacji Ukrainy, próbując zabezpieczyć strategiczne cele Rosji poprzez przedłużanie negocjacji, jednocześnie kontynuując zyski na polu bitwy.

Wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow powtórzył również żądania Kremla, że ​​każde rozwiązanie wojny musi skutkować zmianą reżimu na Ukrainie i ograniczeniami wobec Zachodu przed negocjacjami w Stambule. Riabkow oświadczył 13 maja, że ​​nadchodzące dyskusje w Stambule będą musiały zająć się „głównymi źródłami” wojny, aby osiągnąć trwałe zakończenie wojny, prawdopodobnie nawiązując do ciągłego żądania Rosji, aby każde porozumienie pokojowe dotyczyło „podstawowych przyczyn” wojny. Riabkow powtórzył również twierdzenie, że Ukraina musi kontynuować „denazyfikację”. Rosyjscy urzędnicy wielokrotnie powołują się na termin „denazyfikacja”, aby domagać się zmiany reżimu na Ukrainie i ustanowienia prorosyjskiego rządu zastępczego w Kijowie. Rosyjscy urzędnicy określili „główne przyczyny” wojny jako rzekome naruszenie przez NATO zobowiązań o nieekspansji do Europy Wschodniej i wzdłuż granic Rosji w latach 90., 2000. i 2010. oraz rzekomą dyskryminację Rosjan oraz języka, mediów i kultury rosyjskiej na Ukrainie przez rząd Ukrainy. Oświadczenia Riabkowa odzwierciedlają długotrwałe wysiłki Kremla zmierzające do osiągnięcia przedwojennych żądań, które wzywały NATO do porzucenia polityki otwartych drzwi i do ustanowienia prorosyjskiego rządu zastępczego w Kijowie, pomimo niedawnych prób Kremla, aby udawać zainteresowanie negocjacjami w dobrej wierze.

understandingwar.org


Rosja ogłosiła skład swojej delegacji na rozmowy pokojowe z Ukrainą, które mają się odbyć 15 maja w Stambule. Na jej czele ponownie stanie Władimir Miedinski, doradca prezydenta Władimira Putina, który pełnił tę samą funkcję podczas negocjacji w 2022 roku. W skład zespołu wchodzą też wiceminister spraw zagranicznych Michaił Galuzin, wysoki rangą wojskowy Igor Kostiukow oraz zastępca ministra obrony Aleksandr Fomin.

Spotkanie w Turcji, według wcześniejszych zapowiedzi, miało odbyć się z udziałem przywódców Rosji i Ukrainy. Propozycję prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o osobistym spotkaniu Putin jednak odrzucił, ograniczając się do wysłania delegacji. W rozmowach mogą też uczestniczyć amerykańscy przedstawiciele: sekretarz stanu Marco Rubio oraz wysłannicy Donalda Trumpa - Steve Witkoff i Keith Kellogg, którzy planują przyjazd dzień później, niż sugerowała Moskwa. Co wiemy o rosyjskiej delegacji i kim są jej członkowie?

Na czele rosyjskiej delegacji, która ma wziąć udział w rozmowach pokojowych z Ukrainą 15 maja w Stambule, ponownie stanął Władimir Miedinski - doradca prezydenta Rosji i jeden z kluczowych propagandystów Kremla. To właśnie on kierował rosyjską delegacją podczas rozmów z Kijowem w 2022 roku. Wówczas, podobnie jak dziś, jego rola miała przede wszystkim charakter symboliczny - władzy decyzyjnej nie miał, ale był wyrazistym nośnikiem narracji Moskwy.

Miedinski urodził się w 1970 roku w ukraińskim mieście Smiła. Studiował dziennikarstwo w Moskwie, później pracował w rosyjskiej ambasadzie w USA, był deputowanym Dumy, ministrem kultury i wreszcie - bliskim współpracownikiem Putina. Z wykształcenia i tytułu jest doktorem nauk historycznych, jednak jego prace naukowe były wielokrotnie krytykowane jako propagandowe, pozbawione rzetelności i oparte na manipulacjach.

(...)

W swoich publicznych wypowiedziach - w tym na kanale w serwisie Telegram - Miedinski wielokrotnie negował rosyjskie zbrodnie wojenne. Twierdził, że masakra w Buczy została "sfabrykowana przez Kijów" i że rosyjscy żołnierze są "genetycznie niezdolni do takich czynów". Chwalił się też, że chciałby po wojnie nakręcić film zatytułowany "Wyzwolenie" mający gloryfikować wojnę.

Mimo ukraińskiego pochodzenia Miedinski znany jest z wrogości wobec Ukrainy i jej niepodległości. Jest współautorem nowego podręcznika historii dla rosyjskich licealistów - szeroko krytykowanego za podżeganie do nienawiści i fałszowanie historii. Znajdziemy tam obraźliwe określenia pod adresem Ukraińców i ostrą krytykę Zachodu jako "wroga wartości rosyjskich".

Miedinski publicznie zapowiadał, że Rosja nie zgodzi się na żaden pokój bez spełnienia żądań o "demilitaryzację i denazyfikację Ukrainy", a także uznania aneksji Krymu i okupacji Donbasu. Dziś ponownie reprezentuje Kreml w negocjacjach.

Drugą postacią rosyjskiej delegacji w Stambule jest Michaił Galuzin - od 2018 roku wiceminister spraw zagranicznych Rosji. Urodzony w 1964 roku, od lat związany z dyplomacją - służył m.in. w ambasadach w Bułgarii, Serbii i Czarnogórze. Obecnie odpowiada za proces tzw. integracji okupowanych terytoriów Ukrainy - czyli de facto za ich podporządkowanie rosyjskiemu aparatowi administracyjnemu i propagandowemu.

W rosyjskich mediach Galuzin przedstawiany jest jako ekspert od polityki zagranicznej. W rzeczywistości jego wypowiedzi wpisują się w oficjalną, konfrontacyjną linię Kremla. Regularnie podważa suwerenność Ukrainy, obwiniając Zachód o "kontrolowanie" Kijowa. W środowiskach opozycyjnych i na forach analitycznych bywa określany mianem szarej eminencji rosyjskiej dyplomacji - związanego z FSB i wykonującego polityczne zlecenia Kremla wobec terenów okupowanych.

W składzie delegacji znalazł się też Igor Kostiukow - admirał i szef Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Rosji. Od 2018 roku stoi na czele wojskowego wywiadu, a jego nazwisko pojawia się przy wielu tajnych operacjach Moskwy za granicą - od zamachów i sabotaż, po działania w Syrii, Afryce i w Ukrainie. Choć w przestrzeni publicznej występuje rzadko, jego wypowiedzi oczywiście są twardo antyzachodnie.

Kostiukow to jedna z najbardziej wpływowych i jednocześnie najmniej widocznych postaci rosyjskiego aparatu władzy. Określany jako "cień Putina", jest objęty sankcjami m.in. przez USA, Unię Europejską, Kanadę, Australię, Japonię, Nową Zelandię i Ukrainę.

Ostatnim członkiem rosyjskiego zespołu negocjacyjnego jest generał-pułkownik Aleksandr Fomin - od 2017 roku wiceminister obrony. Urodzony w 1959 roku wojskowy inżynier odpowiada za międzynarodowe kontakty wojskowe i eksport rosyjskiego uzbrojenia. Brał udział w negocjacjach z krajami Bliskiego Wschodu i Afryki, m.in. próbując sprzedać systemy rakietowe S-400 Turcji.

Fomin w strukturach władzy uchodzi za figurę techniczną - bez realnej wagi politycznej. W niektórych analizach wskazuje się jednak na jego związki z nieformalnymi układami biznesowo-wojskowymi i korupcją w przemyśle zbrojeniowym.

- Skład rosyjskiej delegacji świadczy o kilku istotnych rzeczach. Przede wszystkim jej liderem ponownie został Władimir Miedinski - urodzony w Ukrainie propagandysta, znany z fałszowania historii. To jasny sygnał, że Rosja chce wznowić narrację z negocjacji w Stambule z wiosny 2022 roku. Będzie próbowała wracać do tamtych ustaleń, mimo że nigdy nie miały one mocy realnego dokumentu - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Jewhen Mahda, politolog i dyrektor Instytutu Polityki Światowej w Kijowie.

Zdaniem eksperta obecność szefa rosyjskiego wywiadu wojskowego oraz osób odpowiedzialnych w Moskwie za kwestie techniczne oznacza, że nie warto oczekiwać konkretnych ustaleń. - To delegacja, która z definicji nie ma żadnych uprawnień do podejmowania decyzji. To test. Sprawdzenie, czy Kijów będzie gotów w ogóle z nimi rozmawiać - i czy strona amerykańska będzie próbowała do tych rozmów Ukrainę nakłonić.

Mahda podkreśla, że sytuacja jest trudna, także komunikacyjnie. - W Ukrainie nie zawsze rozumiemy, że kraj toczący wojnę już ponad dekadę nie może automatycznie odrzucać każdej propozycji rozpoczęcia rozmów. Zachodni świat patrzy na to inaczej. Dla wielu państw liczy się przede wszystkim to, by wojna się skończyła. Putin doskonale to rozumie - i wpływa nie tylko na Donalda Trumpa, ale i na cały Zachód - ocenia ukraiński politolog.

gazeta.pl

środa, 14 maja 2025



„Nasz duży sąsiad na Wschodzie będzie w polityce europejskiej tego niemieckiego rządu odgrywał taką samą centralną rolę jak Francja” – powiedział Merz w środę w Bundestagu. Jak zaznaczył, jego wizyta w Paryżu i w Warszawie, w dzień po zaprzysiężeniu, miała na celu podkreślenie znaczenie obu krajów – Francji i Polski. 80 lat po zakończeniu II wojny światowej wolność w Europie jest zagrożona jak nigdy dotąd – mówił Merz. Ostro skrytykował Rosję za „złamanie wszystkich zasad”. Rosyjscy żołnierze „zabijają i mordują”, także cywilów. Wynik wojny w Ukrainie zdecyduje o tym, czy w Europie zapanuje prawo, czy też zwycięży tyrania. „Stawką tej wojny jest architektura pokojowa na naszym kontynencie” – podkreślił kanclerz.

PAP


Projekt ustawy, zatytułowany "O przejrzystości życia publicznego", umożliwiłby węgierskiemu Urzędowi Ochrony Suwerenności umieszczanie na czarnej liście organizacji otrzymujących finansowanie zagraniczne, w tym dotacje unijne, jeśli uzna je za "zagrożenie" dla suwerenności narodowej.

Urząd Ochrony Suwerenności jest organem rządowym utworzonym w grudniu 2023 r., który jest uprawniony do prowadzenia dochodzeń w sprawie wszelkich grup lub osób fizycznych otrzymujących finansowanie zagraniczne.

(...)

Organizacje umieszczone na liście węgierskiego rządu utracą dostęp do darowizn pochodzących z 1 proc. podatku dochodowego od obywateli i będą musiały udowodnić, że wszystkie fundusze pochodzą ze źródeł krajowych. Liderzy tych organizacji będą również podlegać surowym zasadom ujawniania informacji, w tym obowiązkowym deklaracjom majątkowym.

Projekt ustawy pozwala również władzom na przeprowadzanie inwazyjnych kontroli, konfiskatę dokumentów i urządzeń oraz nakładanie surowych kar — do 25-krotności kwoty otrzymanego finansowania zagranicznego, które podmioty te będą musiały zapłacić w ciągu 15 dni.

Według projektu ustawy zagrożeniem dla suwerenności narodowej jest wpływanie na opinię publiczną, promowanie demokratycznej debaty lub podważanie wartości określonych przez państwo, takich jak kultura chrześcijańska i tradycyjne role rodzinne.

(...)

W płomiennym przemówieniu wygłoszonym 15 marca Orban obiecał rozprawić się z "armią cieni" złożoną z przeciwników politycznych, dziennikarzy, sędziów i aktywistów w kraju, którzy według niego działają na rzecz obcych mocarstw. Porównał swoich przeciwników politycznych do "owadów" które zasługują na "wstyd i pogardę", i zasugerował zbliżające się "wiosenne porządki".

onet.pl/Politico


Rozgłośnia powołała się na doniesienia dziennika "Kommiersant", w którym pojawiły się zdjęcia z obchodów święta 9 maja w ambasadzie Rosji w Algierii. Na zdjęciach znajduje się osoba przypominająca Surowikina, choć nazwisko generała nie znalazło się w komunikacie ambasady. Jest w nim natomiast mowa o szefie grupy doradców wojskowych Rosji.

Po buncie Prigożyna, twórcy najemniczej armii zwanej jako Grupa Wagnera, który miał miejsce w 2023 r., Surowikin przestał pojawiać się publicznie. Został zatrzymany, a także pozbawiony stanowiska dowódcy Sił Powietrzno-Kosmicznych. Generał popadł w niełaskę w związku z wcześniejszymi doniesieniami, z których wynikało, że wiedział o zamiarach Prigożyna. Później amerykański think thank Instytut Studiów nad Wojną informował, że Surowikin otrzymał stanowisko w komitecie koordynacyjnym ds. obrony powietrznej przy radzie ministrów obrony Wspólnoty Niepodległych Państw.

Amerykański think thank Instytut Roberta Lansinga poinformował 13 maja br., że Rosja wysłała do Algierii doradców i że najprawdopodobniej znalazł się wśród nich Surowikin. Analitycy Instytutu oceniają, że Rosja, wysyłając do Algierii dowódcy doświadczonego w wojnach w Ukrainie i Syrii, pokazuje, że wiąże z tym krajem plany mające na celu osłabienie południowej flanki NATO. Doniesienia te zbiegły się również z pogorszeniem się relacji Algierii i Francji.

PAP