piątek, 25 kwietnia 2025



Mariia Tsiptsiura, Onet: - W mediach dużo mówi się o tym, że Rosja rozpoczęła ofensywę w obwodach sumskim i charkowskim. Jak wygląda obecna sytuacja?

Igor Romanenko: Sytuacja na frontach eskalowała do etapu działań ofensywnych na dużą skalę, ale są one niezdecydowane. Federacja Rosyjska nie ma teraz siły, by podjąć zdecydowane działania. Na przykład na kierunku pokrowskim, który jest tak ważny dla wroga, trwa aktywizacja. Siły są tam teraz przerzucane z obwodu kurskiego, gdzie Rosjanom udało się wyprzeć wojska ukraińskie. Wrogowi udało się również wejść na terytorium obwodu sumskiego. Ale ukraińskie siły zbrojne zorganizowały asymetryczny nalot w regionie Biełgorodu, gdzie ukraińskie wojska przejęły kontrolę nad kilkoma osadami. Prowadzone są tam działania, o których rok temu mówił szef wywiadu obronnego Ukrainy. Wówczas wywiad donosił, że wróg ma dwa plany ofensywne w obwodzie charkowskim i w obwodzie kurskim.

Po tych oświadczeniach Rosja rozpoczęła ofensywę w obwodzie charkowskim. Ale przeszli nie więcej niż 10 km i zatrzymali się. Oczywiście kontrolują Wołczańsk, ale nie mogą iść dalej, choć próbują walczyć. Nie mogą też przejść przez Liptów do Charkowa. Wróg stał się jednak bardziej aktywny niedaleko Kupiańska. Kolej jest tam dla nich bardzo ważna. A jeśli spojrzeć na południe, wróg próbuje utworzyć tam półpierścień. W tym celu zajmuje przyczółek na prawym brzegu rzek w pobliżu Kupiańska i dalej na południe.

- Jak wygląda sytuacja w obwodach ługańskim i donieckim?

Część obwodu ługańskiego pozostaje pod kontrolą Ukrainy. Musimy pamiętać, że Putin dodał go również do swojej konstytucji. Wrogowi udało się zająć 90 proc. obwodu ługańskiego, ale jego część pozostaje pod kontrolą Ukrainy. W kierunku pokrowskim [obwód doniecki] wróg próbuje odciąć szlaki logistyczne. Miesiąc temu przybył tam nowy dowódca, gen. Drapaty. Zorganizował kontrataki, zatrzymał natarcie wroga i ustabilizował sytuację. Wróg nie odniósł tam decydującego sukcesu. A okno możliwości dla Putina może się zamykać, o ile uda się go jeszcze zmusić do zawieszenia broni.

Zbliża się 9 maja, do tego czasu Rosja chciałaby podsumować wyniki tzw. operacji wojskowej i poinformować o jej sukcesach. A ponieważ Rosjanie nie są w stanie szybko nacierać na Pokrowsk, przesuwają się na zachód, gdzie zdobyli Kurachowe. Zacięte walki trwają nadal w okolicach Konstantinówki, na drodze w stronę granicy administracyjnej z obwodem dniepropetrowskim. Rosjanie chcieli się tam dostać, aby pokazać, że tam też walczą.

- Kolejnym punktem zapalnym jest obwód chersoński. Jak tam wygląda sytuacja?

W obwodzie chersońskim wróg próbuje zdobyć przyczółki, ale wysoki prawy brzeg wciąż jest pod naszą kontrolą. Prowadzenie tam operacji jest bardzo trudne. Ukraińskie siły zbrojne odepchnęły jednak wroga w rejonie Zaporoża. Większe sukcesy odnoszą w sektorze Czasiw Jaru, próbują tam stworzyć kocioł. Są to jednak tylko plany, wróg posuwa się powoli. Toczą się tam zurbanizowane walki, a to zawsze jest bardzo trudne. Strony ponoszą straty, zwłaszcza strona nacierająca — dlatego stara się ominąć Czasiw Jar. Ogólnie rzecz biorąc, cała ta sytuacja pokazuje, że ten etap wojny na dużą skalę nie jest tak gwałtowny, jak chcieliby Rosjanie. Wróg oczywiście planuje kolejne etapy ofensywy latem i jesienią. Ale wszystko będzie zależeć od wyników pierwszego etapu, a także od tego, jak skutecznie uda im się zebrać zasoby. Ich plan zakłada zebranie 160 tys. ludzi. Widzimy, że zbierają żołnierzy z całego świata, jak chociażby Koreańczyków czy Chińczyków.

- Jak intensywne są działania wojenne w obwodzie sumskim?

Ofensywa już trwa, ale nie widzę jeszcze możliwości na zdecydowane natarcie na dużą skalę. W obwodzie kurskim sformowano grupę ponad 60 tys. ludzi, w skład której wchodzą elitarne jednostki: piechota morska, spadochroniarze i inni. Używają również oddziału dronów FPV obsługiwanych przez światłowody — nasze systemy walki elektronicznej nie miały na nie wpływu. Z tego powodu faktycznie ograniczyli wsparcie logistyczne naszego zgrupowania w regionie Kurska do minimum, więc musieliśmy wycofać nasze wojska. Teraz wróg przesuwa wiele z tych oddziałów w kierunku Pokrowska. W obwodzie sumskim wróg zdobył już kilka osad, z pewnością będzie próbował wyprzeć nasze siły z obwodu biełgorodzkiego i posunąć się wgłąb obwodu sumskiego.

onet.pl


Dane Rezerwy Federalnej pokazują, że realna wartość dolara nadal utrzymuje się prawie dwa odchylenia standardowe powyżej średniej od początku ery płynnego kursu walutowego w 1973 r. Jedyne dwa okresy historyczne o podobnym poziomie wyceny to połowa lat 80. i początek XXI w. Oba stworzyły warunki do deprecjacji o 25–30 proc.

W połączeniu z trwającym przepływem portfeli inwestycyjnych do aktywów amerykańskich i lepszymi wynikami akcji tego kraju, aprecjacja dolara znacznie zwiększyła udział Stanów Zjednoczonych w portfelach inwestorów globalnych. MFW [Międzynardowy Fundusz Walutowy] szacuje, że inwestorzy spoza Stanów Zjednoczonych posiadają obecnie aktywa amerykańskie o wartości 22 bln dol. [82 bln 584 mld 876 mln zł]. Stanowi to prawdopodobnie jedną trzecią ich łącznych portfeli, a połowa tej kwoty to akcje, które często nie są zabezpieczone walutowo. Decyzja inwestorów spoza Stanów Zjednoczonych o zmniejszeniu ekspozycji na amerykańskie aktywa prawie na pewno spowodowałaby zatem znaczną deprecjację dolara.

W rzeczywistości nawet niechęć inwestorów spoza Stanów Zjednoczonych do zwiększania swoich portfeli amerykańskich prawdopodobnie będzie miała negatywny wpływ na dolara. Wynika to z faktu, że bilans płatniczy wskazuje, że deficyt rachunku bieżącego Stanów Zjednoczonych w wysokości 1,1 bln dol. [4 bln 128 mld 741 mln zł] musi być finansowany poprzez napływ kapitału netto w wysokości 1,1 bln dol. rocznie. Teoretycznie mogłoby to nastąpić poprzez zakup amerykańskich aktywów portfelowych przez inwestorów zagranicznych, bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Stanach Zjednoczonych lub sprzedaż aktywów zagranicznych przez Stany Zjednoczone. W praktyce jednak większość wahań salda rachunku bieżącego Stanów Zjednoczonych odpowiada wahaniom zakupów amerykańskich aktywów portfelowych przez inwestorów zagranicznych. Jeśli inwestorzy spoza Stanów Zjednoczonych nie chcą kupować więcej amerykańskich aktywów po obecnych cenach, ceny te muszą spaść, dolar musi się osłabić lub (co jest najbardziej prawdopodobne) musi nastąpić jedno i drugie.

Obserwacje te nie miałyby większego znaczenia, gdyby gospodarka amerykańska miała nadal osiągać lepsze wyniki niż gospodarki innych krajów, tak jak miało to miejsce przez większość ostatnich dwóch dekad. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, przynajmniej w ciągu najbliższych kilku lat. W Goldman Sachs obniżyliśmy ostatnio prognozy wzrostu gospodarczego dla wszystkich głównych gospodarek w związku z szokiem celnym, ale nigdzie nie obniżyliśmy ich tak bardzo jak dla Stanów Zjednoczonych. Obniżyliśmy nasze szacunki dotyczące wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych z jednego proc. w czwartym kwartale 2024 r. do 0,5 proc. w tym samym okresie bieżącego roku. Biorąc pod uwagę powolny wzrost PKB i zysków przedsiębiorstw, gwałtowny wzrost niepewności co do polityki Stanów Zjednoczonych oraz wątpliwości dotyczące niezależności Fed [banku centralnego USA], spodziewamy się, że inwestorzy spoza Stanów Zjednoczonych ograniczą zainteresowanie amerykańskimi aktywami.

Deprecjacji dolara nie należy mylić z utratą statusu dolara jako dominującej waluty światowej. O ile nie dojdzie do ekstremalnych wstrząsów, uważamy, że przewaga dolara jako globalnego środka wymiany i środka przechowywania wartości jest zbyt silna, aby inne waluty mogły ją prześcignąć. W przeszłości mieliśmy do czynienia z dużymi wahaniami kursów walutowych, które nie spowodowały utraty dominującej pozycji dolara, i naszym podstawowym założeniem jest, że obecna sytuacja nie będzie się różnić od poprzednich.

Jakie są ekonomiczne konsekwencje osłabienia dolara? Po pierwsze, pogłębi to presję na wzrost cen konsumpcyjnych związaną z cłami. Same cła prawdopodobnie spowodują wzrost inflacji bazowej — mierzonej wskaźnikiem cen wydatków konsumpcyjnych — z obecnych 2,75 proc. do 3,5 proc. w dalszej części roku, a osłabienie dolara może dodać kolejne 0,25 punktu procentowego. Chociaż jest to niewielki wzrost, deprecjacja dolara utwierdza nas w przekonaniu, że "obciążenie" wyższymi cłami amerykańskimi spadnie głównie na amerykańskich konsumentów, a nie na zagranicznych producentów.

Po drugie, słabszy dolar nie tylko podnosi ceny importowe i konsumenckie, ale także obniża ceny eksportowe (mierzone w walucie obcej). W perspektywie średnioterminowej ta względna zmiana cen powinna pomóc w zmniejszeniu deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych, co jest jednym z celów administracji Trumpa. Dlatego też amerykańscy decydenci polityczni raczej nie będą przeszkadzać w deprecjacji dolara, nawet bez jakiegokolwiek "porozumienia z Mar-a-Lago".

Po trzecie, słabszy dolar mógłby w zasadzie złagodzić warunki finansowe i pomóc w utrzymaniu gospodarki amerykańskiej z dala od recesji. Jednak istotne znaczenie mają czynniki powodujące deprecjację. Zmniejszony popyt na aktywa amerykańskie, w tym papiery skarbowe, mógłby zrównoważyć wpływ słabszej waluty na warunki finansowe.

onet.pl/The Financial Times


Jeszcze rok temu Rosjanie wypuszczali ich nad Ukrainę 250-500 w ciągu miesiąca. Wiele nocy bywało zupełnie bez ataków, aż uzbierano odpowiednio dużą partię i puszczano kilkadziesiąt naraz. Teraz jest diametralnie odmiennie. Praktycznie każda noc to kilkadziesiąt "Szahedów" wlatujących nad Ukrainę i kolejne kilkadziesiąt towarzyszących im wabików. W marcu ilość użytych dronów przebiła poziom 4 tysięcy, po kilku miesiącach drastycznych wzrostów.

Ukraińcy noc w noc twierdzą, że zdecydowaną większość intruzów zestrzeliwują, wytrącają z kursu systemami walki elektronicznej lub te same gubią trasę. Mimo to niewielka część dociera do domniemanych celów. Kiedyś może kilka na noc, teraz nawet kilkanaście i więcej. Choćby z 22 na 23 kwietnia kilka dronów spadło na Odessę, wywołując znaczące pożary w kilku punktach miasta. Tej samej nocy również po kilka Szahedów spadło na Połtawę i Charków, też wywołując eksplozje i pożary, oraz odcinając czasowo prąd w części tego pierwszego miasta. Ogólnie według oficjalnych danych ukraińskich, Rosjanie tej nocy wystrzelili 134 drony, z czego 67 miało zostać zestrzelonych, a 47 "dronów-imitatorów" rozbić się bez szkód (więcej o nich później). Czyli 20 Szahedów doleciało do celu, lub ich okolicę.

Oczywiście głównym czynnikiem umożliwiającym Rosjanom coraz cięższe ataki, jest znaczące zwiększenie skali produkcji Szahedów. Drony te zostały stworzone w Iranie, jako tani i prosty system uderzeniowy dalekiego zasięgu, czyli rzędu do 2 tysięcy kilometrów. Nazwano je Szahed-136. Długie na 3,5 metra, szerokie na 2,5 metra, ważące około 200 kilogramów, z czego głowica oryginalnie ważyła około 40 kilogramów. Kadłub z kompozytów, prosta elektronika na cywilnych komponentach (głównie zachodnich) i bezlicencyjna kopia małego niemieckiego silnika dwusuwowego dla motolotni czy temu podobnych niewielkich pojazdów latających. Lecące nisko, na wysokości kilkuset metrów z niewielką prędkością rzędu 150 kilometrów. Do tego niemiłosiernie hałasujące, bo tłumiki to zbędna masa. W Ukrainie dorobiły się nazwy "moped", bo z daleka brzmią jak stary motorower czy motorynka z urwanym tłumikiem. Taka broń była jedną z pierwszych, które Rosjanie zakupili w Iranie jeszcze w 2022 roku, kiedy stało się ewidentne, że nie będzie to żadna prosta trzydniowa operacja specjalna.

Początkowo drony były dostarczane z Iranu, ale szybko zaczęto też organizować produkcję w Rosji. Pierwsze produkowane przez Rosjan Szahedy spadły na Ukrainę latem 2023 roku. Poddano je serii modyfikacji i zrusycyzowana wersja zyskała oddzielną nazwę Gieran-2. Przez cały następny rok produkcja i dostawy z Iranu musiały pozostawać na względnie niskim poziomie, pozwalającym na wspomniane kilkaset ataków miesięcznie. Dopiero latem 2024 roku stało się coś, co umożliwiło gwałtowny wzrost ich intensywności, który trwa do dzisiaj. Można się domyślać, że był to efekt ostatecznego stworzenia całego łańcucha poddostawców zdolnych na dużą skalę i za akceptowalne pieniądze dostarczać komponenty do produkcji. W najnowszych wariantach dronów między innymi odkryto silniki produkowane już w Chinach, a praktycznie cała elektronika ma być rosyjska lub na chińskich podzespołach. Dodatkowo nastąpiła znacząca rozbudowa zakładów produkcji Gieranów w Jełabudze, które umieszczono na terenie cywilnej specjalnej strefy ekonomicznej. Powierzchnia budynków najprawdopodobniej zaadoptowanych na potrzeby produkcji dronów podwoiła się od 2023 roku, do około 160 tysięcy metrów kwadratowych. Dodatkowo według agencji Reutera w 2024 roku ustanowiono nową linię produkcyjną w Iżewsku, na terenie zakładów Kupol, wchodzących w skład koncernu Ałmaz-Antej specjalizującego się w broni przeciwlotniczej. Fabryka w Iżwesku zajmowała się głównie latającymi celami do testów tejże. Teraz ma na dużą skalę produkować Gieran-2.

Poza zwiększoną produkcją Rosjanie ciągle ulepszają drony i taktykę ich użycia. Ukraińcy często donoszą o znalezionych we wrakach nowych rozwiązaniach. Celem ulepszenia celności, część dronów ma zamontowane dodatkowe anteny i telefony komórkowe logujące się do ukraińskiej sieci podczas lotu, albo zdarzają się nawet anteny amerykańskiej cywilnej nawigacji satelitarnej Starlink. Niektóre Gierany mają mieć zamontowane kamery. Inne mają proste urządzenia do prowadzenia walki elektronicznej czy zwiadu elektronicznego (np. wykrywania ukraińskich radarów). Pojawiła się też wersja z dwukrotnie cięższą głowicą, ważącą 90 kilogramów. Jej dodatkowa masa miała ograniczyć zasięg drona o połowę, do poniżej tysiąca kilometrów, ale to wystarczające do sięgnięcia większości Ukrainy, a w zamian tak zmodyfikowany Gieran jest zdolny wyrządzić znacznie większe szkody. Rosjanie chwalą się też pracami nad odrzutową wersją tychże dronów. Ze znacznie silniejszym napędem sprowadzanym z Chin mają osiągać około 600 km/h przy zasięgu rzędu 2 tysięcy kilometrów. Taka wersja na pewno będzie znacznie droższa, ale też znacznie trudniejsza do zestrzelenia. Wstępnie jest określana jako Gieran-3.

Dodatkowo Rosjanie stworzyli wspomniane drony towarzyszące dla "mopedów". Jeszcze prostsze i jeszcze tańsze, pozbawione głowic bojowych. Ich celem jest dodatkowo zapełnić ukraińską przestrzeń powietrzną i zwiększyć obciążenie systemu wykrywania oraz zwalczania bezzałogowców. Dwa podstawowe typy to Gerber i Parodia. Ukraińcy nie precyzują w swoich komunikatach, ile z wystrzelonych przez Rosjan dronów to owe wabiki. Biorąc jednak za przykład dane ze wspomnianej nocy z 22 na 23 kwietnia, ze 134 maszyn wlatujących nad Ukrainę, 47 określono jako "symulatory dronów wroga", które zniknęły z radarów i rozbiły się bez szkód. Czyli co trzecia użyta maszyna miałaby być wabikiem. Podawanie przez Ukraińców takich danych sugeruje, że dość dobrze udaje im się rozróżniać, co jest prawdziwym zagrożeniem, a co nie. Jednak sam ten proces angażuje ich środki i obciąża cały system kontroli obrony powietrznej, być może ułatwiając części Gieranów dotarcie do celu.

Rosjanie eksperymentują też ze zmienianiem wspomnianej taktyki. Ostatnie tygodnie mają upływać pod znakiem znacznie bardziej skoncentrowanych uderzeń. Tak jak wcześniej "mopedy" zazwyczaj kierowano na bardzo rozproszone cele, aby stworzyć stan zagrożenia dla jak największego obszaru Ukrainy, tak teraz mają przeprowadzać skoncentrowane ataki. Czyli po kilkanaście-kilkadziesiąt na jedno miasto, nadlatując z wielu kierunków. Podnosi to szanse na przebicie się do celu i jego trafienie. Zmienił się cel użycia Gieranów przez Rosjan. Z ogólnie terrorystycznego, obliczonego na obciążanie Ukraińców i wyczerpywanie ich obrony przeciwlotniczej, na uderzenia obliczone na wywołanie jakichś poważniejszych szkód w wybranych miejscach.

Ukraińcy radzą sobie z tym zagrożeniem na mnóstwo sposobów. Ponieważ wykrywanie tak małych celów lecących na małej wysokości jest problematyczne dla klasycznych systemów obrony przeciwlotniczej (radary), tak samo jak późniejsze ich śledzenie w powolnym locie nad centralnymi obszarami Ukrainy (bo drony nie lecą prostą trasą do celu, ale kluczą, wykonując wcześniej zaprogramowane zwroty, aby utrudnić stwierdzenie, dokąd naprawdę zmierzają), to stworzono alternatywne systemy wykrywania. Największym ma być ten o nazwie "Powietrzna Forteca", składający się z kilkunastu tysięcy mikrofonów zamontowanych na słupach. Wykrywają one głośne "mopedy" i w ten sposób umożliwiają śledzenie trasy ich lotu. Aktualnie do służby ma wchodzić też latający szwedzki radar Erieye, zamontowany na samolocie Saab 340. Szwedzi podarowali go Ukraińcom w 2024 roku, aktualnie prawdopodobnie odbywa już loty nad zachodnią Ukrainą, wydatnie wspomagając wykrywanie Gieranów nad centrum kraju.

Na przechwycenie wykrytych intruzów Ukraińcy wysyłają wszystko, co mogą. Na ziemi oznacza to  pełnoprawne systemy obrony przeciwlotniczej bardzo krótkiego zasięgu jak ex-niemieckie Gepardy czy ex-amerykańskie Avengery. Do tego lotne zespoły przeciwlotnicze na samochodach z reflektorami, karabinami/działkami i lekkimi ręcznymi wyrzutniami rakiet. W powietrzu na Gierany polują myśliwce i śmigłowce. W ostateczności do akcji mogą wkroczyć najdroższe rakietowe systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu jak zachodnie NASAMS i IRIS, czy różne poradzieckie, ale tutaj relacja koszt/efekt robi się już bardzo niekorzystna. To podstawowy problem zwalczania Gieranów. Pojedyncza sztuka w podstawowym wariancie prawdopodobnie kosztuje Rosjan równowartość 30-50 tysięcy dolarów. Zachodnie rakiety przeciwlotnicze są nawet kilkanaście razy droższe, a większość tych poradzieckich jest bezcennych, bo nie ma ich skąd brać. Czasem nie ma jednak wyboru, bo rosyjski dron zmierza w kierunku czegoś, co jest jeszcze cenniejsze i trzeba tego bronić. Ogólnie obrona przed Gieranami pochłania więc najpewniej większe środki, niż Rosjanie wydają na ich produkcję oraz wystrzeliwanie. To ich podstawowa zaleta. Obciążają i wyczerpują ukraińską obronę przeciwlotniczą. Dodatkowo ostatnio też coraz częściej w coś trafiają, wywołując szkody na ziemi.

Z rosyjskiej perspektywy tanie drony uderzeniowe ewidentnie się opłacają. Gdyby więc kiedyś doszło do konfliktu z NATO, to na pewno też zostałyby one użyte i to najpewniej w jeszcze większej skali, bo produkcja dronów ciągle rośnie. Byłoby to duże wyzwanie dla na przykład polskiej obrony przeciwlotniczej. Nasze wojsko szykuje się na bardziej tradycyjne zagrożenia w postaci samolotów i rakiet. Masowe zagrożenie w postaci takich dronów jak Gieran, jeszcze kilka lat temu w ogóle nie istniało. Aktualnie nie mamy w planach masowych zdolności do taniej i mobilnej obrony przeciwlotniczej bardzo krótkiego zasięgu, poza to, co już zamówiono do bezpośredniej obrony oddziałów wojska przy pomocy systemów Pilica i Poprad. Jest to więc istotne wyzwanie i problem.

gazeta.pl


Dr Gizela Jagielska, pracująca w szpitalu w Oleśnicy, w 2024 r. przerwała ciążę pani Anity, która nosiła płód z ciężką postacią wrodzonej łamliwości kości. Przedtem pani Anita i jej mąż całymi miesiącami tułali się od lekarza do lekarza i od szpitala do szpitala, bezskutecznie próbując się dowiedzieć, co może czekać ich synka po urodzeniu. Nie informowano ich rzetelnie o stanie płodu, mamiono nadzieją. To, jak poważna jest wada, pani Anita uświadomiła sobie dopiero dzięki studentom, którzy przyszli z profesorem oglądać jej USG i żywo komentowali, co tam widzą ("Patrz, jakie ma nogi wygięte!" "Ile złamań!"). W końcu pacjentkę wbrew jej woli zamknięto w izolatce w szpitalu psychiatrycznym (choć w wywiadzie negowała myśli samobójcze). Dr Jagielska była pierwszą lekarką, która rzeczywiście jej pomogła. Postąpiła przy tym zgodnie z polskim prawem i aktualną wiedzą medyczną. Ale przecież to wszystko nie ma znaczenia, znaczenie ma tylko hasło "aborcja w 9. miesiącu ciąży".

W marcu w "Gazecie Wyborczej" ukazał się tekst Pauliny Nodzyńskiej o tej przerażającej historii. Miesiąc później do Oleśnicy wyruszył na białym koniu europoseł Grzegorz Braun (który już nie jest w Konfederacji, ale był jeszcze kilka tygodni temu, zanim sąd partyjny wyrzucił go za samowolny start w wyborach prezydenckich). Braun wraz ze swoją świtą - m.in. posłem Romanem Fritzem - postanowił omodlić szpital, nie dopuścić dr Jagielskiej do pacjentek i dokonać "obywatelskiego zatrzymania" lekarki. (...). Na miejsce przybyli policjanci, aby stać, patrzeć na Brauna i nic konkretnego nie robić. Bezkarność antyaborcjonistów i indolencja służb w środku kampanii wyborczej jeszcze dodała rozgłosu szpitalowi w Oleśnicy.

(...)

Jest taki termin "terroryzm stochastyczny". (Pisałam już kiedyś o tym w kontekście tego, jak Donald Trump szczuje na swoich politycznych przeciwników). Chodzi w nim o nakłanianie do przemocy, ale takie, w którym odpowiedzialność się rozmywa. Zamiast sączyć namowy do ucha jednej konkretnej osoby, puszcza się w eter określone komunikaty. Mówi się - np. w mediach czy mediach społecznościowych - że pani X jest złym człowiekiem, że popełnia straszne czyny, że zasługuje na karę. Nie sposób przewidzieć, w kim - i kiedy - takie opowieści zarezonują na tyle, że weźmie broń palną czy butelkę z kwasem i pójdzie "wymierzyć sprawiedliwość". A wtedy ci, którzy prowadzili nagonkę, umyją ręce. Oni przecież tylko wyrażali swoje zdanie. 

(...)

Jak na razie w sprawie gróźb wobec dr Jagielskiej policja zatrzymała cztery osoby.

gazeta.pl

czwartek, 24 kwietnia 2025



Ponad 70 lat temu, w książce o dynamice masowych, skrajnych ruchów "Prawdziwy wyznawca", Eric Hoffer pisał, że opierają się one nie tyle na konkretnej ideologii, ile na nienawiści do teraźniejszości i tęsknocie za niejasno określoną utopijną przyszłością. I wojna światowa i jej następstwa stworzyły grunt dla bolszewików, faszystów i nazistów. Gruntem dla trumpizmu były rozczarowania ostatnich 40 lat, kiedy w Ameryce kurczyła się klasa średnia i kruszyła wiara, że jutro będzie lepsze. Dobrze płatnych posad ubywało, najszybciej dla mężczyzn bez wyższego wykształcenia. Ich poczucie własnej wartości dodatkowo ucierpiało w wyniku zmian kulturowych: więcej kobiet pracuje – bo musi, trudniej kopnąć czarnego, Latynosa lub geja – bo chroni ich prawo. Kryzys finansowy z lat 2008-2009 pogrzebał wiarę w uczciwość reguł gry, a ci, którzy katastrofę sprokurowali, wyszli bez szwanku.

Prawica od 20 lat z powodzeniem, głównie z pomocą telewizji Fox, sprzedaje narrację, w której źródłem wszelkiego zła są intelektualne elity, czyli Demokraci. W tej opowieści odpowiadają oni za globalizację, nieszczelne granice i moralną dekadencję. Republikanie to partia uciskanych, zapomnianych i lekceważonych. I na tak przygotowaną scenę wkroczył Donald Trump. By zostać liderem ruchu budowanego wokół takich sentymentów nie trzeba ani wyjątkowej inteligencji, ani szlachetnego charakteru, ani oryginalności. Te cechy stanowią wręcz obciążenie. Potrzebne są za to: fanatyczne przekonanie, że jest się posiadaczem jedynej prawdy, zdolność do żarliwej nienawiści, bezczelność, która wyraża się w lekceważeniu zasad i uczciwości, zuchwałość i radość ze stawania innym okoniem. A także pokaźna dawka szarlatanerii, bo masowy ruch nie obejdzie się bez świadomego i celowego przeinaczanie faktów.

Kongres stał się terenem wojny kulturowej o sile i brutalności wcześniej niespotykanych. I w tej wojnie tkwi klucz do zrozumienia niesłabnącego poparcia, jakim Trump cieszy się wśród milionów, choć kolejne sądy stwierdzają, że naruszył prawo. Sądowe wyroki nie szkodzą jednak Trumpowi. Wręcz przeciwnie, stanowiły i stanowią kolejny dowód, że walczył i walczy z elitami, a one walczą z nim. W obozie MAGA słychać coraz częściej, że sędziowie kwestionujący decyzje Trumpa powinni zostać pozbawieni stanowisk, bo blokują "wolę ludu".

Dla popleczników Trumpa nie jest ważne, za czym, ale przeciw komu i czemu prezydent się wypowiada. Trzon jego wyborców święcie wierzy, że system jest zgniły, świat żeruje na Ameryce, liberalne media kłamią – więc cieszy ich widok energicznego prezydenta, który idzie jak taran i wszystko burzy. Zresztą łamanie konstytucji czy zdrada sojuszników to pojęcia bardziej abstrakcyjne niż deklaracja, że istnieją tylko dwie płci – co wzbudziło entuzjazm w czasie inauguracji.

(...)

Były wieloletni naczelny redaktor "Wall Street Journal", Gerard Baker pisze: "Doskonale wiemy, że zdecydowana większość republikańskich senatorów oraz niektórzy członkowie Izby Reprezentantów – gdyby zamknąć ich w pokoju i podać im serum prawdy – przyznałaby, że polityka handlowa Trumpa to katastrofa, jego atak na Kanadę i groźby siłowej aneksji są obłędem, kara wymierzona Wołodymyrowi Zełenskiemu i Ukrainie jest haniebna, gesty solidarności z Władimirem Putinem i Rosją są niebezpieczne, a dążenie do osłabienia NATO i lekceważenia paktu bezpieczeństwa z Japonią to akty narodowego samookaleczenia. A jednak milczą, widząc, gdy prezydent beztrosko oblewa benzyną nasze bezpieczeństwo narodowe i relacje międzynarodowe, a potem tańczy wokół nich z zapaloną zapałką". "Jestem pewien, że racjonalizują swoje tchórzostwo, wmawiając sobie, że ich polityczna przyszłość jest krajowi niezbędna".

Jedną z manifestacji kultu jednostki w stylu amerykańskim stały się posiedzenia gabinetu, przypominające ceremonie na dworach satrapów. Szefowie departamentów składają hołd, prześcigając się w deklaracjach podziwu i wdzięczności za światłe przywództwo. "London Review of Books" przypomina walory tej plejady gwiazd:

Sekretarz obrony ostrzega, że inwazja na Ukrainę "blednie" w porównaniu z "bezbożnym sojuszem ideologów politycznych i cipek Pentagonu".

Sekretarz zdrowia i spraw społecznych uważa, że tabletki na odrobaczenie koni są skuteczniejsze w walce z COVID-19 niż szczepienia.

Pani Sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego podarowała prezydentowi miniaturę Mount Rushmore z jego twarzą wyrzeźbioną obok Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta.

Dyrektor FBI obiecuje zemstę na nielojalnych dziennikarzach.

Pani sekretarz edukacji, przeciwna istnieniu Ministerstwu Edukacji, wsparła kampanię sumą 21 mln dol.

Specjalny wysłannik ds. Bliskiego Wschodu i negocjacji z Rosją opowiada, jak go wzruszyła wiadomość, że Putin modlił się za wyzdrowienie Trumpa.

onet.pl/Newsweek


Sygnałem do rozpoczęcia prześladowań żydowskich lekarzy i Żydów w ogóle była słynna instrukcja, którą Stalin przekazał podwładnym na skrawku papieru: „Bić, bić, bić. J. Stalin”. Wielki Boss zazwyczaj w ten sposób rozwiązywał hamletowską kwestię: „Bić czy nie bić?”. Jasne, że bić. Stalinizm był systemem regulowanym autopilotem samozagłady. Jego modus operandi polegał na tym, by maksymalnie co pięć lat fizycznie unicestwić tych, którzy przez ostatnie pięć lat unicestwiali poprzedników i na akord wyłapywali miliony ludzi do pracy w łagrach. „Pozyskiwanie” darmowej siły roboczej za pomocą tortur i fałszywych oskarżeń trwało nieustająco, podczas gdy dokonujący łapanki aparat państwowy co pięć lat trafiał do pieca krematoryjnego – wachta palaczy dorzucała do niego, by stać się opałem dla kolejnej wachty. Nie wiem, czy ktokolwiek w historii ludzkości wymyślił coś podobnego: fizyczna samozagłada jako homeostaza systemu politycznego, życia społecznego i gospodarki. Jak w samochodzie wymieniasz olej i filtry co dziesięć tysięcy kilometrów, tak tutaj w równych odstępach czasowych dokonujesz wewnętrznego ludobójstwa, inaczej silnik państwa się zatnie.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję

środa, 23 kwietnia 2025


22 kwietnia doszło do eksplozji w jednym z największych składów amunicji Ministerstwa Obrony FR – 51 Arsenale Głównego Zarządu Rakietowego i Artyleryjskiego położonym w pobliżu wsi Barsowo w obwodzie włodzimierskim. Według dostępnych danych w magazynie mogło znajdować się ponad 100 tys. ton amunicji, w tym rakiety Iskander i Toczka-U oraz pociski do systemów S-300, S-400, Grad, Smiercz i Huragan. Ukraińskie władze nie potwierdziły do tej pory udziału w ataku, zaś rosyjski resort obrony poinformował, że eksplozja była skutkiem „naruszenia zasad bezpieczeństwa podczas obchodzenia się z materiałami wybuchowymi”. Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych FR ogłosiło stan wyjątkowy w rejonie kirżackim, gdzie znajduje się arsenał, a lokalne władze – ewakuację kilku okolicznych miejscowości.

16 i 17 kwietnia ukraińskie siły zbrojne przeprowadziły atak dronami na obiekty wojskowe 112 Gwardyjskiej Brygady Rakietowej Armii Rosyjskiej w mieście Szuja w obwodzie iwanowskim – uszkodzeniu uległ budynek koszarowy. Według strony ukraińskiej jednostka ta miała być odpowiedzialna za zbrodnicze uderzenia rakietowe na Sumy w Niedzielę Palmową 13 kwietnia.

19 kwietnia ukraińskie lotnictwo dokonało uderzenia na obiekty wojskowe wroga w miejscowości Tiotkino w obwodzie kurskim, które miały służyć wyposażaniu i uruchamianiu dronów rozpoznawczych oraz szkoleniu ich pilotów. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy powiadomił o zlikwidowaniu 20 operatorów bezzałogowców.

osw.waw.pl

Amerykański prezydent nie upoważni delegatów Białego Domu do współpracy z chińskimi urzędnikami w Pekinie w sprawie odprężenia [stosunków handlowych], donoszą anonimowo dwaj byli urzędnicy wysokiej rangi Departamentu Stanu i przedstawiciel branży. Senat nie zatwierdził jeszcze ambasadora w Chinach, Trump nie wyznaczył nikogo innego do prowadzenia rozmów z Pekinem, a Biały Dom nie kontaktuje się z chińską ambasadą w celu rozpoczęcia dyskusji.

Brak jakichkolwiek znaczących kontaktów zamroził rzeczywistą komunikację między oboma krajami i zagroził prawdopodobieństwu znalezienia rozwiązania w najbliższym czasie. — Nieoficjalne kanały nie działają, ponieważ prezydent Trump ich nie chce — powiedział Ryan Hass, były dyrektor ds. Chin, Tajwanu i Mongolii w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego podczas administracji Obamy. — Trump chce się kontaktować bezpośrednio z prezydentem Xi w taki sam sposób, jak z prezydentem Putinem. Nie sądzę, by był szczególnie zainteresowany zlecaniem przekazywania swoich poglądów innym — dodał.

Trump wielokrotnie wyrażał zainteresowanie rozmową lub spotkaniem z Xi w celu złagodzenia napięć handlowych. Jednak chiński przywódca opiera się tym zabiegom. Zamiast tego skupił się w tym tygodniu na zachęcaniu krajów Azji Południowo-Wschodniej do wzmocnienia relacji z Chinami w opozycji do amerykańskich ceł. Ten pozorny impas irytuje Biały Dom.

"Prezydent Trump dał jasno do zrozumienia, że piłka jest po stronie Chin" — powiedziała sekretarz prasowa Białego Domu Karoline Leavitt.

Rozmowa między przywódcami nie jest jednak jedynym sposobem na osiągnięcie porozumienia. Nieformalni wysłannicy Białego Domu, cieszący się zaufaniem zarówno Waszyngtonu, jak i Pekinu, mogliby położyć podwaliny pod porozumienie. Ich nieoficjalny status zapewniłby urzędnikom pewien stopień elastyczności i szczerości w negocjacjach z chińskimi władzami, co mogłoby pomóc przyspieszyć rozmowy handlowe, gdy spotkają się urzędnicy wyższego szczebla.

A kandydatów, którzy mogliby odegrać tę rolę w Pekinie, nie brakuje. — Istnieje wiele kanałów, w tym z naszej społeczności biznesowej i byłych urzędników amerykańskich i chińskich — potwierdziła Wendy Cutler, były starszy negocjator handlowy USA.

Biały Dom powiedział, że jego urzędnicy są w bliskim kontakcie z władzami w Pekinie, ale nie zdradził, czy nieformalna dyplomacja jest częścią jego strategii.

— Teza, że Biały Dom tłamsi rozmowy, nie odpowiada rzeczywistości — powiedział rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego Brian Hughes. — Istnieją różne kontakty na poziomie urzędników i personelu wyższego szczebla, które są kontynuowane, a my, jak powiedział prezydent, z zadowoleniem przyjmujemy dyskusje [z chińskimi władzami] — dodał.

Pekin jest prawdopodobnie nieufny wobec żądań Trumpa dotyczących rozmowy z Xi Jinpingiem, ponieważ chiński przywódca może stracić przewagę — zwłaszcza jeśli Trump zamieni spotkanie w publiczny spektakl.

— Chińska biurokracja nigdy nie pozwoli, by ich prezydent został postawiony w sytuacji, w której zostałby zaskoczony lub upokorzony — powiedział Hass. — Po incydencie z [ukraińskim prezydentem Wołodymyrem] Zełenskim, są oni bardzo wyczuleni na ryzyko, że Xi może zostać poniżony na arenie światowej, jego autorytet [może zostać] podkopany lub że on sam może stać się częścią porozumienia, które się rozpadnie.

Zamiast tego chiński rząd chce "wyznaczonej osoby" w administracji, która mogłaby rozpocząć rozmowy na temat zakończenia wojny taryfowej, podał w środę Bloomberg. Tego samego dnia Pekin mianował Li Chengganga, byłego asystenta ministra handlu, nowym przedstawicielem Chin ds. handlu międzynarodowego.

Mianowanie to może sygnalizować, że Pekin czeka, aż Trump wyznaczy własnego wysłannika. — Brak wiarygodnego oficjalnego kanału jest głównym powodem, dla którego rozmowa telefoniczna, o którą zabiega Trump [z Xi], nie doszła do skutku — powiedział Daniel Russel, były asystent sekretarza stanu ds. Azji Wschodniej i Pacyfiku.

onet.pl/Politico

- Ówczesny prezydent Joe Biden naciskał na przekazanie rosyjskich pieniędzy Ukrainie, pod jego rządami Kongres przyjął ustawę umożliwiającą ten krok. Podobne stanowisko zajmował Rishi Sunak, były premier Wielkiej Brytanii. Kanada, Japonia i Włochy zachowywały neutralność. Problem tkwił w Unii Europejskiej - mówi osoba zaangażowana w negocjacje.

Przeciwko konfiskacie rosyjskich pieniędzy występowały Francja, Niemcy i przede wszystkim Belgia, która blokowała każdą decyzję na poziomie UE.

Paryż twierdził, że obawia się potencjalnych konsekwencji dla stabilności euro, ponieważ Arabia Saudyjska i Chiny szantażowały Europę, że w razie naruszenia rosyjskich aktywów wycofają swoje, co mogłoby zachwiać rynkami finansowymi.

- Z kolei Berlin zasłaniał się słabymi argumentami prawnymi, ale ta pozycja była częścią miękkiej polityki wobec Rosji, którą uprawiał ówczesny kanclerz Niemiec Olaf Scholz. Najbardziej perfidną grę prowadzili Belgowie. Pod wieloma względami byli gorsi niż Węgrzy - mówi jeden z rozmówców WP.

"Opowiadam się za dużą ostrożnością, jeśli chodzi o zamrożone aktywa. W tej chwili to kura znosząca złote jaja. Również dla Ukrainy" - stwierdził na początku marca Bart De Wever.

W ustach premiera Belgii bynajmniej nie była to licentia poetica, a zanim "złote jaja" trafiły do Ukrainy, przez dwa lata wojny zbierał je belgijski rząd w Brukseli.

- W Europie są dwie izby rozliczeniowe, na których trzymają się lokalne giełdy papierów wartościowych: luksemburski Clearstream oraz największy w UE belgijski Euroclear. W odróżnieniu od Clearstream, który po 2014 roku zaczął ograniczać współpracę z rosyjskimi podmiotami, Euroclear nadal akceptował transakcje kremlowskich instytucji. W efekcie w lutym 2022 roku, po rozpoczęciu inwazji, został zmuszony zamrozić 191 miliardów euro, z których większość należała do Banku Centralnego Rosji - wyjaśnia Olena Haluszka, współzałożycielka projektu Międzynarodowe Centrum Zwycięstwa Ukrainy oraz dyrektorka ds. stosunków międzynarodowych w Kijowskim Centrum Działań Antykorupcyjnych.

- Dla Euroclear i Belgii było to jak wygrana na loterii. Kiedy rosyjskie obligacje dojrzały i zamieniły się w gotówkę, nagle zostali z niewyobrażalną górą pieniędzy. I choć Euroclear jako depozytariusz nie jest przystosowany do zarządzania tak olbrzymimi kwotami, zaczął inwestować te aktywa i otrzymywać superzyski w postaci odsetek. Z dnia na dzień wzrosły one prawie tysiąckrotnie - mówi jeden z naszych rozmówców.

Według niego już na samym początku inwazji Belgia uznała interesy Euroclear, który jest jednym z głównych płatników podatków w kraju, za tożsame z interesem narodowym.

- Innymi słowy: rząd belgijski postanowił chronić tę "wygraną na loterii". Kalkulacja jest prosta: belgijski fiskus nałożył 25 proc. podatku na zyski, które generowały rosyjskie aktywa. W roku 2022 i 2023 Euroclear zarobił odpowiednio 0,794 i 4,34 mld euro, więc do budżetu Belgii trafiło łącznie 1,282 mld euro. Dla porównania, w 2021 roku Euroclear zarobił 0,463 mld euro, czyli prawie 10 razy mniej niż zyskał na wojnie w Ukrainie i zamrożonych rosyjskich aktywach. Była to wystarczająca motywacja, by Belgowie zaczęli hamować wszystkie dyskusje na temat konfiskaty rosyjskich pieniędzy - dodaje.

- W 2023 roku uczestniczyłem w negocjacjach z przedstawicielami belgijskiego rządu. Panowie w drogich garniturach, z uśmiechem na twarzy tłumaczyli, że w zasadzie nie ma różnicy, czy opodatkowują sprzedawcę gofrów na ulicy, czy Euroclear, który zbija fortunę na krwawych pieniądzach. Usłyszałem: "Wiesz, to są normalne zyski". Była to obrzydliwa hipokryzja, bo w tym samym czasie Belgowie otaczali się aurą "prawdziwych Europejczyków", którzy wspierają Ukrainę walczącą o wspólne wartości. Pod tym względem nawet Węgrzy prowadzili o wiele bardziej uczciwą grę - opowiada jeden z naszych rozmówców.

(...)

- Na początku 2024 roku zarówno unijne władze, jak i USA, zaczęły wywierać na Belgię presję, by w końcu skonfiskować rosyjskie aktywa - mówi Hałuszka.

W ten sposób administracja Joe Bidena chciała zabezpieczyć finansowanie dla Ukrainy na wypadek powrotu do władzy Donalda Trumpa. - Miało ono nas uratować, gdyby Trump z dnia na dzień postanowił zatrzymać pomoc wojskową - wyjaśnia Hałuszka.

Na pełną konfiskatę aktywów Belgia się nie zgodziła, ale znaleziono kompromisowe rozwiązanie. Państwa G7 uzgodniły, że przekażą Kijowowi pożyczkę w wysokości 50 mld dol., która będzie spłacana z zysków generowanych przez zamrożone rosyjskie aktywa.

- Belgia się zgodziła, ale pod warunkiem, że Euroclear zatrzyma zyski za 2022-23 rok, a Belgia uzyskane z nich podatki - mówi jeden z naszych rozmówców.

Zgodnie z oficjalnym stanowiskiem Unii Europejskiej Euroclear zatrzymał 3,851 mld euro zysków z pierwszych dwóch lat inwazji jako "bufor" na wypadek "cyberataków oraz na pokrycie kosztów związanych z obroną prawną". Oprócz tego Euroclear pozwolono zatrzymać 10 proc. nowych zysków "w celu zapewnienia efektywności jego pracy".

Według ekspertów, z którymi rozmawiała WP, pieniądze pozostawione Euroclear są niewspółmierne do "efektywności pracy". W ciągu dwóch lat inwazji straty izby rozliczeniowej z powodu sankcji nałożonych na Rosję wyniosły 113 mln euro.

- Nie jest jasne, jak tu liczono współczynnik ekonomiczny. Zwłaszcza, gdy stawką jest przetrwanie Ukrainy - mówi Olena Hałuszka. - Belgia i Euroclear wymusiły na UE stworzenie wielopoziomowego systemu, który ich chroni. Ale Belgom nawet tego za mało, ponieważ lobbują przeciwko jakimkolwiek dalszym krokom związanym z konfiskatą.

Według niej kwota, pozostawiona Euroclear jest równowartością dwóch systemów Patriot oraz 500 rakiet, które mogłyby chronić ukraińskie miasta przed rosyjskimi rakietami. Tymczasem część tych funduszy wraca do Rosji.

W wypaczonej wizji rosyjskich władz zamrożenie aktywów było niezgodne z prawem, więc pozwala im podjąć lustrzane kroki: skonfiskować aktywa zachodnich firm w Rosji - co de facto i tak dzieje się od 2022 roku - albo domagać się od państw sojuszniczych Chin, Brazylii czy Arabii Saudyjskiej egzekwowania wyroków rosyjskich sadów co do Euroclear.

- Euroclear boi się, że Rosjanie mogą doprowadzić do zamrożenia ich własnych aktywów, więc opłacają usługi rosyjskich prawników. Tym samym legitymizują tę sądowniczą farsę - mówi Hałuszka.

(...)

Od lutego 2024 roku Euroclear został zobligowany do przekazania zysków z rosyjskich aktywów Ukrainie. Pierwsza płatność w wysokości ok. 1,55 mld euro została przekazana w lipcu 2024 roku. Druga - w wysokości ok. 2 mld euro - miała nastąpić w marcu 2025 r.

Belgia również wykazała się dobrym gestem i poinformowała, że podatek od rosyjskich aktywów też przekaże Ukrainie. Oczekiwaną kwotę - 1,76 mld euro - założono w budżecie jako pomoc dla Kijowa na lata 2024-2025, co oznacza, że Belgia prawdopodobnie znowu nie poniesie żadnych kosztów. Wszystko wskazuje, że z tych pieniędzy również zamierza pokryć wydatki związane z pomocą ukraińskim uchodźcom.

wp.pl

wtorek, 22 kwietnia 2025


Rosyjskie media państwowe nagłośniły apele szefa okupacji obwodu chersońskiego Władimira Saldo o dodatkowe ustępstwa terytorialne ze strony Ukrainy na obszarach, do których Rosja jeszcze formalnie nie rościła sobie praw. Saldo oświadczył 21 kwietnia kremlowskiej agencji informacyjnej TASS, że „powrót” zachodniego (prawego) brzegu rzeki Dniepr jest „fundamentalnie ważny” i „absolutnym priorytetem” dla Rosji. Saldo twierdził, że siły ukraińskie będą kontynuować wysiłki, aby wykorzystać wschodni (lewy) brzeg rzeki jako „dźwignię nacisku” przeciwko Rosji i że obecność sił ukraińskich na zachodnim brzegu utrudnia wznowienie żeglugi wzdłuż rzeki. Saldo stwierdził, że „odcinek [rzeki Dniepr], który przepływa przez obwody chersoński, zaporoski i dniepropietrowski, musi być całkowicie pod [rosyjską] kontrolą”, aby zagwarantować rozwój infrastruktury „związanej z rzeką”. Siły rosyjskie zajmują obecnie pozycje tylko na wschodnim brzegu rzeki Dniepr w obwodach chersońskim i zaporoskim, jednak prezydent Rosji Władimir Putin od czerwca 2024 r. konsekwentnie domaga się, aby Ukraina oddała Rosji wszystkie obwody zaporoski i chersoński. Saldo wydaje się wzywać do dodatkowych roszczeń terytorialnych Rosji wzdłuż rzeki w centralnym obwodzie dniepropietrowskim — obwodzie, którego Rosja formalnie nie rościła sobie ani nielegalnie nie zaanektowała. Nie jest jasne, ile terytorium wzdłuż brzegów rzeki w obwodzie dniepropietrowskim, jak twierdzi Saldo, musi znajdować się pod kontrolą Rosji, czy też Saldo sugeruje, że siły rosyjskie muszą zajmować rozległe terytorium na wschód i północny wschód od rzeki, aby Rosja „całkowicie kontrolowała” rzekę i jej bezpośrednie otoczenie. Siły rosyjskie mogą chcieć kontrolować co najmniej 25 kilometrów terytorium na obu brzegach rzeki Dniepr, aby uniemożliwić siłom ukraińskim przeprowadzenie ataków artyleryjskich na ten obszar.

understandingwar.org

Awans dostojewszczyzny do rangi idei narodowej oraz ideologii putinowskiej Rosji to nic innego jak zwycięstwo kultu śmierci i nekropolityki. Skoro jedynym pomysłem władzy na istnienie Rosji jest utrzymywanie fantasmagorii imperium, to niezbędna staje się sakralizacja śmierci na ołtarzu ojczyzny.

Okazuje się jednak, że śmierć za ojczyznę trzeba kupić. Było nie było, mamy XXI wiek, a Rosja to kraj darwinistycznego kapitalizmu, gdzie każdy zdany jest wyłącznie na siebie. Rosjanie nauczyli się wyceniać swoje życie. Jeśli putinowski reżim wymaga od nich, by przenieśli na państwo przysięgę „póki śmierć nas nie rozłączy”, to musi im za to zapłacić. Sam terror nie wystarczy.

Kremlowski umysł zaproponował walczącym w Ukrainie żołnierzom – najczęściej z niższych warstw społecznych – wojenny pakiet ubezpieczeniowy NNW złożony z trzech elementów, który większość Rosjan przyjęła z uznaniem. Pierwszy składnik NNW to pensja kilkunastokrotnie przewyższająca płacę minimalną, czyli 195 tysięcy rubli (około 12 tysięcy złotych) dla szeregowych żołnierzy, 100 tysięcy rubli dla zrekrutowanych więźniów, 300 tysięcy rubli i więcej dla oficerów (wobec strat rosyjskiej armii nie jest trudno awansować). Drugi składnik to szeroka paleta zapomóg, takich jak jednorazowa wypłata kilkuset tysięcy rubli, darmowa ziemia, zawieszenie długów, wakacje kredytowe, priorytetowy dostęp do przedszkoli, żłobków i opieki zdrowotnej. Ale najważniejsze w putinowskim pakiecie „śmierć to dopiero początek” są odszkodowania: 3 miliony rubli (185 tysięcy złotych) za odniesione rany i 12 milionów rubli (740 tysięcy złotych) dla rodziny w wypadku śmierci.

Kremlowski umysł wykreował sytuację, w której śmierć Rosjanina na wojnie będzie dla jego bliskich nie tragedią, lecz drogą do wyjścia z biedy, dźwignią awansu społecznego i odskocznią do lepszego życia. Tym samym śmierć stanie się składową rosyjskiej gospodarki, życia rodzinnego i społecznego, a nade wszystko nowym spoiwem umowy społecznej między putinowskim człowiekiem-karaluchem a rosyjskimi nieobywatelami. Na głębszym poziomie nekropolityka oznacza, że państwo się tobą zaopiekuje, a nawet poprawi twój los, jeśli oddasz mu w nieograniczone użytkowanie członka swojej rodziny, którego życiem i zdrowiem rozporządzi wedle uznania – wyśle na samobójczą misję, oddeleguje do sprzątania szpitali polowych albo zrzuci bez spadochronu, jeśli taka będzie konieczność.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję