czwartek, 17 kwietnia 2025





W pierwszych miesiącach inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 r. dzienne wydatki Rosji na amunicję artyleryjską osiągnęły podobno szczyt 38.000 pocisków dziennie. Niektóre szacunki, takie jak te sporządzone przez rząd Estonii, podają tę liczbę jeszcze wyższą, wynoszącą 60.000 wiosną 2022 r. Jednak po tym szczycie dzienna szybkostrzelność ustabilizowała się, wahając się od 7000 do 16.000 pocisków, ale średnio około 10.000 pocisków dziennie. 

Mimo znacznego zwiększenia krajowych możliwości produkcyjnych w 2023 r. Rosja miała problemy z utrzymaniem ilości ognia wymaganej w przedłużającym się konflikcie o wysokiej intensywności ze względu na brak dostępnej amunicji i podatność na ataki dalekiego zasięgu i precyzji przeprowadzane przez Ukrainę na kluczowe węzły logistyczne i obiekty magazynowe. 

Pierwsze doniesienia o użyciu północnokoreańskiej amunicji przez siły rosyjskie na dużą skalę zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych w listopadzie 2023 r., trzy miesiące po rozpoczęciu dostaw z północnokoreańskiego portu Rajin. Posty na Telegramie i X zawierały zdjęcia wyprodukowanych przez Koreę Północną rakiet 122 mm, 152 mm i 122 mm - oprócz szeregu innych rodzajów amunicji. 

(...)

Aby oszacować ilość amunicji, którą Korea Północna przekazała Rosji, OSC /Open Source Centre/ zebrało ponad 180 zdjęć satelitarnych, identyfikując co najmniej 64 rejsy podjęte przez Angara, Maria, Lady R i Maia-1. Co znamienne, wszystkie te statki odbyły te rejsy bez transmisji na swoich transponderach AIS, co oznacza, że ​​każdy statek musiał zostać zidentyfikowany na każdym obrazie. Aby oszacować liczbę możliwej północnokoreańskiej amunicji wysłanej w tych kontenerach, OSC wykorzystało zdjęcia z wcześniej przechwyconych północnokoreańskich transportów amunicji i innych otwartych źródeł amunicji pochodzącej z KRLD, takich jak pociski artyleryjskie kal. 122 mm i 152 mm. 

Te skrzynie i amunicję zmierzono i zmodelowano w trzech wymiarach, a następnie ułożono w modelowanych kontenerach. Pozwoliło nam to oszacować z dużą dokładnością objętość różnych amunicji, które Angara, Lady R, Maria i Maia-1 mogły przewieźć w każdym kontenerze podczas tych 64 podróży.

Aby pomóc oszacować całkowitą objętość amunicji w tych kontenerach, OSC wykorzystało oficjalny ukraiński procentowy podział dostaw amunicji z Korei Północnej, sprawdzony przez Reuters . Oceny te stwierdzały, że podział między typami amunicji z Korei Północnej wynosił prawdopodobnie 60% pocisków haubic 122 mm, 25% pocisków haubic 152 mm i 15% rakiet 122 mm.

Łącznie analiza ujawnia, że ​​z Korei Północnej do Rosji wysłano ponad 15 000 kontenerów, które potencjalnie zawierały ponad 6 milionów pocisków artyleryjskich kalibru 122 mm i 152 mm oraz rakiet kalibru 122 mm.

(...)

Gdy amunicja dotrze na rosyjski Daleki Wschód, musi zostać przetransportowana koleją do składów amunicji w pobliżu granicy z Ukrainą, a następnie wysłana w kierunku linii frontu .

Oceny strony ukraińskiej, do których dotarła agencja Reuters, a także zdjęcia satelitarne o wysokiej rozdzielczości zebrane i przeanalizowane przez OSC, wskazują, że dostawy kolejowe zaczęły docierać do różnych rosyjskich składów amunicji wkrótce po rozpoczęciu dostaw z Rajin.

Zdjęcia satelitarne składów w Tichoretsku, Mozdoku, Toropets, Kirzhachu i Karaczewie pokazują, że pod koniec 2023 r. i w 2024 r. do obiektów przybywają dwudziestostopowe kontenery. Ekskluzywne dokumenty udostępnione przez agencję Reuters szczegółowo opisują dostawy północnokoreańskiej amunicji do konkretnych jednostek w Mozdoku i Toropets w kwietniu i maju 2024 r. Zdjęcia satelitarne pokazują, że niebieskie kontenery przybywają w tym samym miesiącu, a następnie przez cały rok.

We wrześniu 2024 r. kilka z tych obiektów zostało zaatakowanych przez ukraińskie ataki dronów. Znaczenie tych dostaw amunicji sprawiło, że stały się one celem o wysokiej wartości, a znaczne części obiektów w Toropiec i Tichoriecku zostały zniszczone. Raporty wskazywały, że te ataki mogły obniżyć rosyjskie stawki artyleryjskie nawet o połowę , co po raz kolejny podkreśla strategiczną wartość amunicji docierającej do tych składów.

stories.opensourcecentre.org

środa, 16 kwietnia 2025



Tatiana Kolesnychenko, Wirtualna Polska: - Kilka dni temu do internetu wyciekła treść nowej umowy o surowce, którą USA chcą podpisać z Ukrainą. O ile poprzednia wersja była niezobowiązującą umową ramową, to tym razem jest to bardzo szczegółowy kontrakt. Dzięki niemu Amerykanie zyskaliby dostęp nie tylko do wszystkich ukraińskich surowców, ale i całej infrastruktury, łącznie z portami. Urzędnik, który jest zaangażowany w negocjacje, powiedział o niej krótko: "katastrofa".

Walerij Pekar, publicysta, futurolog oraz wykładowca w Kijowsko-Mohylańskiej Szkole Biznesu: Nie można analizować znaczenia tej umowy w oderwaniu od całego obrazu geopolitycznego. Umowa sama w sobie nie miałaby żadnego sensu. Mamy Trumpa, który za wszelką cenę chce szybkiego zakończenia wojny. To się nie udaje, bo Rosja nie jest zainteresowana pokojem. Putin co najmniej do końca roku ma wszystkie zasoby - ludzkie, wojskowe, ekonomiczne - by kontynuować inwazję. Nadal może obchodzić sankcje, eksportować ropę, więc zawieszenie ognia nie jest mu potrzebne.

Biały Dom naciskać na Putina nie bardzo może i nie bardzo chce, a jednocześnie Trump musi coś zademonstrować swoim wyborcom. Musi pokazać jakiś bardzo namacalny dowód, że odnosi sukcesy na arenie międzynarodowej, bo obecnie jego hasło wyborcze o zakończeniu wojny w "jeden dzień" przekształciło się w bliżej nieokreślone "niedługo".

I tu pojawia się problem, bo okazuje się, że narracja kolportowana przez trumpistów, że Putin pragnie pokoju, ale nie chce rozmawiać z Bidenem, tylko czeka na Trumpa, rozsypuje się w drobny mak. I tu wracamy do surowców. Wielka, wspaniała umowa ma pokazać, że może i Trumpowi nie udaje się zostać wielkim negocjatorem i twórcą pokoju, ale przynajmniej jest w stanie dostarczyć swoim wyborcom łup. I tylko w tym kontekście można umowę rozpatrywać.

- Jak może "dostarczyć łup", skoro z góry wiadomo, że warunki zawarte w umowie nie są do zaakceptowania przez Ukrainę? Pomijając to, że Amerykanie znowu potraktowali udzieloną Ukrainie pomoc wojskową jako dług i nie zaoferowali żadnych gwarancji bezpieczeństwa, to umowa podkopałaby suwerenność kraju. Wiedząc, że Kijów ją odrzuci, Trump znowu chce oskarżyć Ukrainę o niepowodzenie rozmów pokojowych?

To miało sens na samym początku. Ludzie Trumpa właśnie próbowali to zrobić - zrzucić wszystko na Ukrainę, odwrócić się na pięcie i powiedzieć Europie: "Teraz to wasze problemy". Na tym etapie na taki zwrot już za późno. Zbyt dużo czasu, sił i medialnej uwagi poświęcono na negocjacje. Nawet sam Trump był zmuszony przyznać, że Rosja przeciąga decyzję o rozejmie. Niby ustalono jakieś tam częściowe zawieszenie ognia, ale ono nie działa, bo Rosja z założenia nie zamierza przestrzegać żadnych umów.

- Po kłótni w Białym Domu Ukraina była gotowa na drugie podejście. Umowa ramowa mogła być podpisana podczas negocjacji w Arabii Saudyjskiej. Ale Trump stwierdził, że chce ją uczynić "bardziej fantastyczną".

Podczas rozmów w Arabii Saudyjskiej Amerykanie poprosili o więcej czasu na dopracowanie umowy. Dlaczego? Bo to jedyna karta przetargowa, którą teraz mają. Tyle że obecny dokument, który wyciekł do mediów napisali nie specjaliści od prawa międzynarodowego, tylko osoby z doświadczeniem biznesowym. Więc tę propozycję można rozpatrywać wyłącznie jako brudnopis, który został ostro odebrany przez stronę ukraińską i który nadal jest w opracowaniu. W końcu trafi w ręce kompetentnych osób, które rozumieją, czym jest prawo międzynarodowe.

- W wizji USA, amerykańskie firmy miałyby otrzymać wyłączne prawa do eksploatacji wszystkich nowych złóż surowców w Ukrainie. Gdyby Kijów przystał na takie rozwiązanie, oznaczałoby to de facto koniec z integracją z UE, bo takie warunki są niezgodne z unijnym prawem. Trump próbował wbić klin między Ukrainę a EU?

Oczywiście, że jest zainteresowany w osłabieniu Europy. Świat ostatecznie odszedł od porządku opartego na umowach, traktatach i prawie międzynarodowym. Teraz obowiązują reguły, które narzucaj mocarstwa - USA i Chiny. Rosja chciałaby być trzecim ośrodkiem siły, choć jest tylko regionalną potęgą. Ale wszystkie te trzy kraje mają wspólny interes polegający na wyeliminowaniu innych silnych ośrodków władzy. Dlatego ani Waszyngton, ani Pekin, ani Moskwa nie są zainteresowane silną Europą. Ona pasuje im jako rynek zbytu, ale nie jako potęga, która może sama podejmować decyzje i się bronić. Dla Chin ten cel przez dziesięciolecia był priorytetowym, ale nieosiągalnym aż nagle - w dużej mierze dzięki Trumpowi - znalazł się w zasięgu ręki.

(...)

- Jeszcze przy administracji Joe Bidena w Ukrainie pobrzmiewały głosy, że ślepa wiara w USA i stawianie wszystkiego na sojusz z Ameryką jest błędem. Bowiem o wiele efektywniej byłoby budować sojusze w Europie. Czy właśnie widzimy zwrot w podejściu Kijowa?

Tak, choć oczywiście publicznie nikt nie ogłosi, że zrywamy relacje z Ameryką. Ukrainie jest teraz skrajnie nie na rękę publicznie kłócić się z Ameryką. Strategia ukraińskiej dyplomacji polega na tym, by zająć wypośrodkowane stanowisko i kupić jak najwięcej czasu na wzmocnienie relacji z Europą. Kijów będzie nadal szukał możliwości dialogu z Białym Domem, ale ciężar relacji sojuszniczych już jest przenoszony na UE.

I dzieje się to z coraz większym poparciem społeczeństwa i establishmentu. W Ukrainie rośnie przekonanie, że takie umowy, jak ta o wydobyciu surowców, lepiej podpisać z Europą i z nią budować przyszłość. To logiczne, bo Ukraina i Unia Europejska płyną w jednej łódce. Albo razem utrzymamy się na powierzchni, albo razem pójdziemy na dno. Jesteśmy potrzebni sobie nawzajem. Europa chce, żeby wojna się zakończyła i żeby Rosja nie stanowiła dla niej zagrożenia. Bo w przyszłości rosyjska agresja na Zachód to bardzo prawdopodobny scenariusz, a Polska dla Putina jest celem numer jeden.

wp.pl


W raporcie pt. Ukraine Support Tracker czytamy, że od rozpoczęcia pełnowymiarowej rosyjskiej inwazji ponad trzy lata temu, kraje europejskie przyznały Ukrainie łącznie 138 mld euro pomocy. USA przeznaczyły na to o 23 mld euro mniej.

Jak wyjaśnia Sueddeutsche Zeitung, liczby te obejmują pomoc wojskową, finansową i humanitarną. Biorąc pod uwagę tylko obszar pomocy wojskowej, Stany Zjednoczone nadal prowadzą, choć nieznacznie: od lutego 2022 r. przeznaczyły łącznie 65 mld euro, o około 1 mld euro więcej niż Europa.

Jak zauważa IfW, odkąd Donald Trump objął urząd prezydenta, USA nie zatwierdziły żadnej nowej pomocy. Ostatnia transza dostaw broni o wartości 500 mln dolarów została zatwierdzona 9 stycznia, za rządów poprzednika Trumpa - Joe Bidena. Z drugiej strony pomoc europejska trwa nieprzerwanie, co powoduje, że rozbieżności w statystykach się pogłębiają.

SZ, opisując badanie IfW, zauważa, że “Trump wielokrotnie fałszywie twierdził, że USA wydały do tej pory 350 mld dolarów (310 mld euro) na pomoc dla Ukrainy, podczas gdy państwa europejskie wydały tylko 100 mld dolarów (88 mld euro)".

belsat.eu/PAP


W nocy z poniedziałku na wtorek ponad 100 dronów eksplodowało w rejonie rosyjskiego Kurska. Według lokalnej administracji jedna osoba nie żyje, a dziewięć zostało rannych. Eksplozje uszkodziły kilka kamienic i garaż służb ratowniczych. Władze miasta, które zacytowała rosyjska państwowa agencja TASS, przekazały, że w wyniku ataku uszkodzone zostały łącznie 24 budynki mieszkalne i 20 samochodów. Biełsat donosi, że jest to odwet za niedzielny atak Rosji na Sumy, który zyskał miano "krwawej Niedzieli Palmowej".

Komunikat ukraińskiego Sztabu Generalnego: Jak podano, uderzenie skierowane było w bazę rosyjskiej brygady rakietowej, która w niedzielę wystrzeliła rakiety w kierunku ukraińskiego miasta Sumy. W wyniku tego ataku zginęło 35 osób, a 119 zostało rannych. Ukraińska armia zapowiedziała wówczas odwet. Nieco ponad dobę po rosyjskim uderzeniu ukraińskie drony doleciały do Kurska. Strona ukraińska podała, że zniszczono punkt dyslokacji 448. brygady rakietowej rosyjskich sił zbrojnych. To z tego miejsca agresor zaatakował Sumy, a wcześniej uderzał rakietami w inne miasta. Z informacji podanych przez Ukraińców wynika, że atak dronów na punkt dyslokacji rakiet spowodował szereg eksplozji. Ukraińscy wojskowi w specjalnym oświadczeniu napisali, że będą lokalizować każdą jednostkę rosyjskiej armii, która prowadzi ostrzał Ukrainy i podejmą próby jej zniszczenia.

gazeta.pl


Milbloger twierdził 12 i 13 kwietnia, że ​​rosyjskie dowództwo wojskowe ignoruje fakt, że rosyjskie siły zmagają się z niedoborami sprzętu niezbędnego do operacji ofensywnych, co przyczynia się do problemów z przeprowadzaniem szturmów i niepowodzeń szturmów małych grup wzdłuż linii frontu na Ukrainie. Milbloger twierdził, że rosyjscy dowódcy na pierwszej linii są pod znaczną presją ze strony przełożonych, aby przeprowadzać więcej szturmów piechoty, nie mają wystarczająco dużo czasu na planowanie nowych tras szturmowych i że niektórzy dowódcy na pierwszej linii wydają rozkazy szturmów po prostu po to, aby móc coś zameldować swoim przełożonym. ISW wcześniej ocenił, że te wyczerpujące szturmy prawdopodobnie zdegradują dostępną rosyjską siłę roboczą i sprzęt na tyle znacząco, że rosyjskie siły będą musiały zmniejszyć tempo ofensywy w sektorach frontu o niższym priorytecie. Milbloger spekulował, że rosyjskie siły znajdują się w samonapędzającym się cyklu, w którym słabo wyszkolona piechota zabita lub ranna w nieudanych próbach szturmu jest zastępowana podobnie słabo wyszkoloną piechotą, która jest ponownie wysyłana do skazanych na niepowodzenie szturmów.  Twierdzenia milblogera odzwierciedlają ogólną tendencję do spowalniania postępów Rosji na linii frontu w ostatnim czasie i podkreślają niektóre z kluczowych kwestii, którymi siły rosyjskie będą musiały się zająć, jeśli zamierzają w przyszłości uzyskać znaczące zdobycze terytorialne lub przeprowadzić bardziej zaawansowane operacje ofensywne na Ukrainie.

(...)

Ukraina i Rosja nie zawarły jeszcze morskiego porozumienia o zawieszeniu broni z powodu trwających rosyjskich żądań złagodzenia sankcji Zachodu. Negocjacje dotyczące warunków zawieszenia broni w przypadku ataków na infrastrukturę energetyczną są w toku, a ich rozstrzygnięcie pozostaje niejasne.

13 kwietnia rosyjskie Ministerstwo Obrony Narodowej (MON) bez podania dowodów podało, że siły ukraińskie ostrzelały i uszkodziły dwa obiekty energetyczne w obwodzie biełgorodzkim. 

understandingwar.org

wtorek, 15 kwietnia 2025



"Wojna między Rosją a Ukrainą to wojna Bidena, nie moja. Dopiero co tu trafiłem i przez cztery lata mojej kadencji nie miałem problemu z jej zapobiegnięciem. Prezydent Putin i wszyscy inni szanowali waszego prezydenta! NIE MIAŁEM NIC WSPÓLNEGO Z TĄ WOJNĄ, ALE PRACUJĘ CIĘŻKO, ABY ZATRZYMAĆ ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE!" - napisał Trump we wpisie na portalu Truth Social. Jak dodał, gdyby nie "sfałszowane" wybory 2020 r., do wojny by nie doszło.

"Prezydent Zełenski i skorumpowany Joe Biden wykonali absolutnie okropną robotę, pozwalając na rozpoczęcie tej farsy. Było tak wiele sposobów, aby zapobiec jej rozpoczęciu. Ale to przeszłość. Teraz musimy ją ZATRZYMAĆ, I TO SZYBKO. TAKIE SMUTNE!" napisał Trump.

(...)

Komentując rosyjski atak na Sumy w niedzielę, Trump również stwierdził, że jest to "wojna Bidena", jednocześnie sugerując, że Rosjanie zabili ponad 30 cywilów w Sumach przez pomyłkę.

"Nie zaczyna się wojny z kimś, kto jest 20 razy większy" - powiedział prezydent USA Donald Trump, mówiąc o prezydencie Ukrainy Wołodymyrze Zełenskim. Trump zasugerował, że nie zamierza nakładać nowych sankcji na Rosję i zapowiedział jednocześnie, że wkrótce ogłosi "bardzo dobre propozycje" na temat zakończenia wojny.

Trump ponownie zaatakował ukraińskiego prezydenta podczas poniedziałkowego spotkania z prezydentem Salwadoru Nayibem Bukele. Pytany o wyjaśnienie swojej wypowiedzi o tym, że błąd doprowadził do zabicia cywili podczas ataku rakietowego na Sumy, Trump nie odpowiedział wprost, lecz stwierdził, że "błędem było dopuszczenie do tej wojny"

"Gdyby Biden był kompetentny i Zełenski był kompetentny - i nie wiem, czy taki jest, bo mieliśmy ostrą sesję z tym gościem tutaj, on tylko prosił o więcej i więcej - do tej wojny nigdy nie powinno się dopuścić" - mówił Trump.

Prezydent USA stwierdził, że choć Putin "nie jest aniołkiem", to nie odważył się ruszyć na Ukrainę, gdy on był prezydentem. Pytany później o propozycję Zełenskiego, by zakupić od USA rakiety Patriot, Trump z przekąsem stwierdził, że "on zawsze chce kupować rakiety".

"On jest przeciwko... Słuchaj, jeśli zaczynasz wojnę, musisz wiedzieć, że możesz ją wygrać, prawda? Nie zaczyna się wojny przeciwko komuś 20 razy większemu od ciebie i potem liczy na to, że ludzie dadzą ci trochę rakiet" - powiedział Trump.

Trump zdawał się wykluczać nałożenie nowych sankcji na Rosję w związku z atakiem na Sumy, twierdząc, że "już mamy sankcje na Rosję", i wspominając o tym, że nałożył sankcje na Nord Stream 2.

"Chcę tylko powstrzymać zabijanie i myślę, że dobrze nam idzie w tej kwestii. Myślę, że będziemy mieli bardzo dobre propozycje na ten temat już wkrótce" - powiedział.

Wypowiedź pada w momencie, gdy rozmowy pokojowe z Rosją utknęły w impasie, a Moskwa od tygodni odrzuca propozycję Trumpa dotyczącą zawieszenia broni. W piątek rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt stwierdziła, że prezydent USA jest "sfrustrowany postawą obydwu stron", choć Ukraina przyjęła propozycję zawieszenia broni. Mimo to w niedzielę prezydent twierdził, że jego pełnomocnik Steve Witkoff odbył "dobre" rozmowy w Petersburgu, w tym m.in. z Władimirem Putinem.

PAP


Decyzje prezydenta USA w sprawie taryf, terminu ich wdrożenia i wyłączania pewnych towarów z polityki ceł są absolutnie chaotyczne, ale jego zagorzali zwolennicy twierdzą, że jest on "mistrzem strategii". Wygląda jednak na to, że w "taryfowym pokerze Trump ma znacznie słabsze karty, niż mu się wydawało" - uważa Rachman /Gideon, główny komentator do spraw zagranicznych "Financial Times”/.

Posen /Adam, "Foreign Affairs"/, szef waszyngtońskiego think tanku ekonomicznego Peterson Institute for International Economics, podkreśla, że administracja USA podejmuje decyzje, opierając się na "fałszywej logice", ponieważ zakłada, że ma przewagę nad każdym krajem, z którym posiada ujemne saldo w wymianie handlowej.

To jednak Chiny mają przewagę w wojnie handlowej - podkreśla Posen. Trump nie zauważa, że jeśli ograniczy handel z Chinami, one stracą "tylko pieniądze", a USA znajdą się w położeniu, w którym zabraknie im "żywotnie potrzebnych dóbr, których nie można szybko zastąpić czymś produkowanym w USA, a jeśli tak, to przy absolutnie zaporowych kosztach" - przekonuje ekonomista.

Rachman przedstawia to w ten sposób: "USA nie kupują towarów w Chinach ze względów charytatywnych. Amerykanie chcą tego, co produkują Chiny. Jeśli więc te produkty staną się znacznie droższe lub znikną w ogóle z półek, Amerykanie na tym ucierpią".

Tymczasem Pekin może sobie pozwolić na "grę na zwłokę", a jeśli zdecyduje się na brutalne posunięcia w tej wojnie, to dysponuje dość potężną bronią. Chiny produkują np. 50 proc. składników wymaganych przy produkcji antybiotyków. Konstrukcja samolotów F-35 wymaga importowanych z Chin metali ziem rzadkich. Co więcej, Państwo Środka posiada drugie na świecie, pod względem ilości, rezerwy amerykańskich obligacji rządowych, i może je rzucić na rynek - wylicza Rachman.

Bilans dwustronnej wymiany handlowej pozwala przewidzieć, kto wygra wojnę handlową, bowiem "przewaga leży po stronie mającej nadwyżkę, a nie po tej, która ma deficyt" - wyjaśnia Posen. Chiny, jak to kraje z nadwyżką, mają więcej oszczędności, zaś kraje z ogólnym deficytem, jak USA - wydają więcej niż oszczędzają. A Trump podejmując "kapryśne decyzje" o nałożeniu gigantycznych ceł, doprowadza do tego, że inwestorzy tracą zainteresowanie Ameryką, oprocentowanie jej kredytu rośnie, a zatem obsługa zadłużenia państwa staje się coraz droższa - kontynuuje Posen.

W przypadku prawdziwej wojny prowokowanie potencjalnego adwersarza "zanim się uzbroisz - jest samobójcze". To właśnie robi Trump, a zważywszy na fakt, jak dalece gospodarka USA jest zależna od importu z Chin, "skrajnie nieostrożne" jest wypowiadanie wojny celnej, o ile nie zagwarantowało się wcześniej "alternatywnych dostawców albo adekwatnej krajowej produkcji" - pisze dalej Posen.

Rachman zwraca też uwagę, że Chiny od dawna przygotowywały się do ewentualnej wojny handlowej; są też "lepiej przygotowane na okres politycznego i gospodarczego bólu niż USA, gdzie zawirowania szybko przekładają się na presję polityczną (na władze)".

Administracja Trumpa "wszczyna ekonomiczną wersję wojny w Wietnamie. (...). A wszyscy wiemy, jak to się skończyło" - konkluduje Posen. 

PAP


W Niedzielę Palmową 13 kwietnia rosyjskie pociski balistyczne uderzyły w Sumy, zabijając 35 i raniąc 125 osób, w tym dzieci (odpowiednio dwoje i 15). Był to jeden z najtragiczniejszych w skutkach ataków na ukraińskie miasto od początku pełnoskalowej agresji i kolejny w ciągu tygodnia po zbrodniczym uderzeniu na Krzywy Róg. Pierwszy z iskanderów trafił w budynek Sumskiego Uniwersytetu Państwowego, w którym zorganizowano ceremonię odznaczenia żołnierzy 117 Brygady Obrony Terytorialnej z udziałem wojskowych – także z innych jednostek – i cywilów. Zgodnie ze wstępnymi danymi zginęło w nim 21 cywili, a ponad 20 zostało rannych. Z wojskowych poległ m.in. dowódca wyposażonej w wyrzutnie HIMARS 27 Brygady Artylerii Rakietowej (łącznej liczby zabitych i rannych żołnierzy nie upubliczniono).

Do hekatomby doszło wskutek eksplozji drugiej rakiety nad zabudową mieszkalną, ok. 200 m od pierwszego celu. Według MSW najprawdopodobniej była ona wyposażona w głowicę odłamkową. Podejmując decyzję o uderzeniu, Rosjanie musieli zdawać sobie sprawę z wybitnie cywilnego charakteru atakowanego rejonu Sum. Pozwala to traktować uderzenie z 13 kwietnia – podobnie jak wcześniejszy o tydzień atak na Krzywy Róg – jako popełnioną z premedytacją zbrodnię wojenną, a w wymiarze politycznym – wyzwanie rzucone amerykańskim dążeniom do jak najszybszego wstrzymania działań wojennych.

(...)

Rosjanie zintensyfikowali działania pomiędzy aglomeracjami torećką i pokrowską, nacierając po obu stronach drogi z Doniecka do Kramatorska i Słowiańska (przez węzłową Konstantynówkę). W pozycje ukraińskie wbili się na głębokość do 5 km na froncie o szerokości ponad 10 km. Obrońców wyparli także z kolejnych kwartałów w Torećku oraz z pozycji na północno-zachodnich obrzeżach tego miasta wzdłuż drogi do Konstantynówki. W powolnym tempie poszerzyli obszar kontrolowany pomiędzy Pokrowskiem a Wełyką Nowosiłką. Poczynili też postępy na południe od pierwszego z wymienionych miast, jak również na wschód od Myrnohradu. Zgodnie z niektórymi źródłami wyparli obrońców z następnych pozycji w rejonie Kupiańska (agresor miał zintensyfikować budowę przepraw przez rzekę Oskoł), na kierunku Łymanu, w Czasiw Jarze oraz w obwodzie zaporoskim, gdzie zintensyfikowali działania w okolicach leżącego nad Dnieprem (na drodze do Zaporoża) miasta Kamieńskie.

(...)

W wywiadzie dla portalu LB.ua 9 kwietnia głównodowodzący armii ukraińskiej generał Ołeksandr Syrski ocenił potencjał mobilizacyjny wroga. Liczebność zgrupowania Sił Zbrojnych FR na Ukrainie ma się zwiększać w tempie 8–9 tys. żołnierzy miesięcznie, co według Syrskiego w ciągu roku dało wzrost o 120–130 tys. 1 stycznia br. liczyło ono 603 tys. żołnierzy, a na początku kwietnia – 623 tys. Naborowi do służby sprzyjają głównie wysokie gratyfikacje za podpisanie kontraktu (20–40 tys. dolarów), miesięczny żołd szeregowego żołnierza na poziomie 2,5 tys. dolarów i różnorakie dodatki do niego. Porównując to do sytuacji w armii ukraińskiej, głównodowodzący stwierdził: „my nie możemy sobie na to pozwolić”. 

osw.waw.pl

poniedziałek, 14 kwietnia 2025



Ekonomiści od przynajmniej 20 lat przestrzegają przed negatywnymi konsekwencjami tzw. podwójnych deficytów Stanów Zjednoczonych. Chodzi o to, że USA od dawna nadużywają pozycji globalnego hegemona i emitenta światowej waluty rezerwowej. Dzięki temu przywilejowi mogą:
  • zadłużać się bezkarnie u innych narodów (patrz: dług publiczny USA),
  • utrzymywać permanentne deficyty w handlu międzynarodowym.
Obie te rzeczy nie byłyby możliwe, gdyby USA nie były jedynym emitentem dolara i że USD jest mocno przewartościowany na bazie samych tylko stosunków handlowych. Więcej na ten temat pisałem niedawno w artykule zatytułowanym „Donald Trump i rekordowy deficyt handlowy USA”.

W dużym skrócie chodzi o to, że generowany przez resztę świata popyt na dolara (potrzebnego np. do rozliczeń w handlu międzynarodowym lub zakupu złota, akcji lub obligacji denominowanych w USD) umożliwia Stanom Zjednoczonym życie ponad stan. Ale tylko do czasu. I Donald Trump oraz jego ekipa chyba ma tego świadomość. Stąd pomysł na oclenie (czytaj: opodatkowanie) reszty świata.

2 kwietnia Trump ogłosił wprowadzenie podstawowej stawki celnej w wysokości 10% oraz 20-procentowych ceł na towary z Unii Europejskiej. Wysokimi stawkami zostały obarczone szczególnie państwa azjatyckie, zarówno sojusznicy Ameryki tacy jak Japonia (24 proc.), Korea Płd. (25 proc.) czy Tajwan (32 proc.), jak i kraje będące źródłami taniej produkcji konkurującej z tą wyprodukowanymi w Chinach, jak Indie (26 proc.), Wietnam (46 proc.), Bangladesz (37 proc.), Indonezja (32 proc.), czy Kambodża (49 proc.). Stawka dla Chin po tygodniu wzrosła do absurdalnych 104%, na co Chińczycy odpowiedzieli wprowadzeniem ceł w wysokości 84%.

9 kwietnia prezydent Trump nagle zmienił zdanie i pod wpływem rosnących rentowności Treasuries zdecydował się zawiesić na 90 dni wprowadzenie zaporowych stawek celnych na  towary sprowadzane do USA. Faktycznie było to przyznanie się do porażki, którą ekipa Trumpa usiłowała przekazać jako wielki sukces i ryzykowną strategię negocjacyjną. Nadal jednak obowiązujące pozostały 10-procentowe cła powszechne oraz 25-procentowe stawki na import z Meksyku i Kanady, oraz takie same taryfy na stal i aluminium. Dodatkowo wszystkie towary z Chin zostały obłożone zaporowymi cłami, wynoszącymi 125%.

Zasadniczo zamysł ekipy Trumpa jest taki: oclimy import tak mocno, że stanie się on nieopłacalny, co skłoni zagraniczny biznes do postawienia fabryk w USA. Abstrahując od tego, kto miałby w tych fabrykach pracować, skoro stopa bezrobocia w USA ledwo przekracza 4%, populacja się starzeje, a sam Donald Trump obiecał ukrócić nielegalną imigrację zarobkową. Owe fabryki mają zapewnić Amerykanom dobrze płatną pracę, zlikwidować (lub choćby znacząco ograniczyć) deficyt handlowy z resztą świata. Dodatkowo cła pomogą załatać gigantyczną dziurę budżetową, nowe inwestycje zasilą kasę państwa we wpływy podatkowe, co z kolei pozwoli obniżyć podatki płacone przez Amerykanów.

To ostatnie jest swoistą obietnicą powrotu do złotych czasów XIX wieku, gdy większość dochodów budżetu federalnego pochodziła z ceł, a podatek od pracy (tzw. PIT) w Stanach Zjednoczonych właściwie nie istniał. Trwale wprowadzono go dopiero w 1913 roku. Był on wtedy marną frakcją obecnego opodatkowania dochodów mieszkańców Ameryki (najwyższa stawka wynosiła 7%). Ostatnim puzzlem w tej układance ma być działalność Departamentu ds. Wydajności Rządu (DOGE), który ma wyeliminować najbardziej szkodliwe i marnotrawne wydatki rządowe i pomóc w zrównoważeniu finansów publicznych.

(...)

Przez poprzednie 35 lat dobrobyt ludzkości rósł w znacznej mierze dzięki międzynarodowemu handlowi. Produkcja była przenoszona z krajów Zachodu do Azji, Ameryki Łacińskiej i byłych państw komunistycznych. Dzięki temu setki milionów ludzi wyrwały się z nędzy i stały się globalnymi konsumentami. Także dóbr wytwarzanych w Stanach Zjednoczonych czy krajach Europy.

Trzeba tu powiedzieć jasno i dobitnie: handel (w tym także ten transgraniczny) jest korzystny dla obu stron. Zarówno dla producentów, jak i konsumentów. Dzieje się tak, nawet jeśli część mieszkańców Zachodu musiała się pożegnać z dawną prosperity. Międzynarodowa wymiana handlowa wspierała inwestycje, globalny podział pracy i prowadziła do wyższej efektywności całej gospodarki. Co więcej, aż do środy, 9 kwietnia, był to handel prawie że bezcłowy. Dzięki globalnym porozumieniom handlowym typu GATT/WTO przez poprzednie dekady cła były niskie i średnio rzecz biorąc, wynosiły niskie kilka procent. Rzecz jasna zdarzały się wysoko oclone wyjątki, ale nie były one normą.

Z drugiej strony ekipa prezydenta Trumpa ma sporo racji, mówiąc o barierach pozataryfowych. Rozmaite dotacje, subsydia, preferencyjne kredyty (notabene powszechnie stosowane także przez same Stany Zjednoczone) wraz z krajowymi „normami” (np. środowiskowymi), regulacjami i specyficznymi zakazami sprawiały, że międzynarodowy handel nie był do końca wolny i swobodny. Tutaj prezydent Trump słusznie mówi o oszukańczych praktykach (np. stosowaniem wymagań, które jakimś cudem spełniają tylko lokalne podmioty), manipulacjami kursami walutowymi itp. itd.

bankier.pl


Zaczęło się od dodatkowych 10 procent ceł na chińskie produkty sprowadzane do USA, aktualnie jest już 125 procent. Z drugiej strony Chińczycy wprowadzili cła w wysokości łącznie 84 procent na import z USA. Dwa największe mocarstwa zwarły się i staczają po spirali wyniszczającej wojny celnej.

Donald Trump, jego współpracownicy i zwolennicy wydają się przekonani, że to oni trzymają mocniejsze karty. Prezydent USA między innymi przestrzegał Pekin, żeby nie próbował wprowadzać ceł odwetowych, bo skończy się to tylko jeszcze większymi cłami ze strony USA. Chińczycy jednak nie mrugnęli i idą na zwarcie. I jak mówi ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, nie należy się spodziewać, aby ugięli się pod presją USA. Wręcz przeciwnie. Nie zmienia tego nawet najnowsza decyzja Trumpa o czasowym zawieszeniu dodatkowych ceł na wszystkie państwa poza Chinami. - To tylko raczej zaostrzy chińskie stanowisko - uważa analityk.

- Władze w Pekinie są przekonane, że czas gra na ich korzyść, bo ich państwo będzie w stanie dłużej znieść bolesne konsekwencje wojny handlowej - mówi Przychodniak. Chińskie władze od lat zdawały sobie sprawę z nadchodzących zmian w relacjach handlowych z USA i postępującym tak zwanym "decouplingiem", czyli rozłączeniem dotychczas silnie zależnych od siebie gospodarek obu państw. - Oficjalna narracja teraz jest taka, że się tego spodziewaliśmy, przygotowywaliśmy i choć będą problemy, to wytrzymamy i damy radę - opisuje analityk.

(...)

- Pekin będzie starał się łagodzić efekty utraty amerykańskiego rynku zbytu, uruchamiając programy mające stymulować wewnętrzną krajową konsumpcję, tak aby to, co nie zostanie sprzedane do USA, zostało nabyte przez samych Chińczyków. Do tego poszukiwał sposobu zwiększenia eksportu na inne rynki - mówi Przychodniak. Zastrzega, że na pewno nie dojdzie do szybkiego i łatwego przeobrażenia chińskiej gospodarki oraz eksportu, ale częściowo efekty wojny celnej mogą zostać złagodzone. - Owszem jest świadomość, że nadchodzi kryzys, ale jest też przekonanie, że jest on do opanowania - dodaje.

- Dla Xi Jinpinga ważnym horyzontem czasowym jest rok 2027 i kolejny zjazd partii. Do tego czasu optymalne dla niego byłoby zakończyć obecny kryzys na korzystnych dla Chin warunkach - mówi Przychodniak. Zjazdy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) odbywają się co 5 lat. Ostatni był w 2022 roku. To kluczowe wydarzenie polityczne w Chinach, podczas którego dochodzi do wyboru członków Komitetu Centralnego i jego przewodniczącego. Do tego czasu obecnie zajmujący to stanowisko Xi może być pewny swojej sytuacji. Tymczasem w USA wybory do Kongresu odbywają się rok wcześniej, w 2026 roku. Jeśli w wyniku wojen celnych reprezentanci Partii Republikańskiej przegrają je nawet umiarkowanie, to partia utraci kontrolę nad obiema izbami Kongresu, a Trump straci możliwość tak łatwego rządzenia, jaką ma teraz.

- Xi ma więc 2 lata na tę próbę sił. Trump mniej. W połączeniu z przekonaniem o większej odporności chińskiego społeczeństwa, z tego wynika wiara Pekinu, że czas gra tak naprawdę na jego korzyść - mówi Przychodniak. Dlatego też Chińczycy w swojej ocenie nie mają powodu do ukorzenia się teraz przed USA. - Abstrahując już zupełnie od tego, że ideologicznie nie ma możliwości pokazania uległości przed Amerykanami. Nie po wielu latach narracji o przegniłym i upadającym imperium amerykańskim, które jest zagrożeniem dla stabilności świata, bojącym się wschodzących Chin, które będą dominującą potęgą XXI wieku - opisuje analityk. - Ustąpienie byłoby kompletnym zaprzeczeniem fundamentalnej narracji partii i nie ma na to szans - dodaje Przychodniak.

Zdaniem analityka chińskie przywództwo wysyła teraz sygnały wskazujące na przekonanie, że jest w stanie tę próbę sił wygrać. Dlatego też nie wydaje mu się realne, aby z powodu wojny celnej z USA i problemów gospodarczych sięgnęło po tradycyjną metodę władz autorytarnych w radzeniu sobie z problemami wewnętrznymi, czyli wojujący nacjonalizm. Konkretniej na przykład wszczęło wojnę o Tajwan. - Myślę, że w krótkiej czy średniej perspektywie czasowej jest to mało prawdopodobne. Choćby dlatego, że w optyce Pekinu jego wojsko nie posiada jeszcze odpowiedniego potencjału, aby w najbardziej skrajnym scenariuszu inwazji, móc być pewnym zwycięstwa. Bo innej opcji niż sukces nie może być. - uważa Przychodniak.

(...)

Gorzką ironią całej sytuacji jest to, że już od właściwie dekady władze w Pekinie mocniej i mocniej szermowały hasłami o tym, że USA są przegniłe i stanowią zagrożenie dla świata, destabilizując go. Walcząc desperacko o utrzymanie swojej dominującej pozycji, choćby kosztem innych. Przeciwstawiały temu wizję dynamicznie się rozwijających, wiarygodnych i stabilnych Chin. Rosjanie tę narrację papugowali. W naszej części świata, od dekad blisko związanej z USA, najczęściej traktowaliśmy to jako propagandę. Tymczasem za sprawą działań administracji Trumpa, nasi nominalni sojusznicy rzeczywiście właśnie sprowadzili na świat ogromny chaos i niepewność.  Choć oczywiście nie zmienia to faktu, że Chiny dalej są państwem autorytarnym, blisko współpracującym z Rosją i niebędącym przyjacielem demokratycznej Europy. Reszta świata może jednak teraz szybciej i łatwiej przyjąć chiński punkt widzenia.

gazeta.pl


Najnowsza decyzja o wycofaniu się z wysokich ceł na wiele chińskich produktów z branży high-tech znów wywołuje konsternację. Czy w tym szaleństwie jest metoda? Zapytaliśmy o to Huberta Stojanowskiego, dyrektora ds. inwestycji klientów w domu inwestycyjnym Xelion.

Czy obecna polityka celna Donalda Trumpa to przemyślana i szczegółowo zaplanowana strategia? - Potencjalna zmiana polityki celnej USA była zapowiadana jako narzędzie przeciwdziałania faktycznym nierównowagom w bilansie płatniczym USA. Odnoszę wrażenie, że aktualna administracja i departament handlu są pod silnym wpływem ekonomisty Petera Navarro i fetyszyzują bilans handlowy i że jest to jakiś cel sam w sobie, a przecież sama struktura bilansu płatniczego USA wynika w dużej mierze z rachunku kapitałowego. Trudno, żeby dla kraju, który absorbuje wszystkie nadwyżki kapitałowe z całego świata i zapewnia płynność rynkowi dłużnemu, ten bilans wyglądał inaczej. I ta polityka celna pewnie nawiązuje w jakimś stopniu do tradycji protekcjonistycznych Stanów Zjednoczonych. Jednak aktualne uwarunkowania środowiskowe są zupełnie inne niż kiedyś, a siłą USA jest własność intelektualna. Tak naprawdę konsekwencje tego działania poniesione zostaną dzisiaj, natomiast potencjalne benefity są odroczone na nieokreślony czas. Te całe wyliczenia dotyczące ewentualnych wpływów budżetowych z ceł wydają mi się zupełnie absurdalne, padające kwoty wydają się nierealne do uzyskania i w dużej mierze jest to marketing polityczny - stwierdza specjalista z Xelion.

Czy Trump działa impulsywnie? - Nie wiem, czy impulsywność nie jest tu jakimś subtelnym eufemizmem. Same działania świadczą o tym, że tu jest chaos komunikacyjny wewnątrz obozu władzy. Zdarzenia rynkowe są też wykorzystywane do tego, żeby sugerować, że to są z góry założone działania np. gdy rentowność obligacji amerykańskich spadła do niskich poziomów, to początkowo była forsowana narracja, że to był efekt, do którego Trump zmierzał, co jest oczywiście nieprawdą, bo dług amerykański jest rolowany w sposób permanentny, więc jeden spadek rentowności przez kilka dni nie wpływa jakoś na koszt obsługi długu. Tworzy się też nieprawdziwe narracje, jakoby to były wrogie działania jakichś zewnętrznych sił jak np. Chiny. Co jest sugestią mało realną choćby z tego względu, że CHRL potrzebuje rezerw dolarowych, które są przechowywane głównie w długu amerykańskim, żeby utrzymać kurs walutowy na określonych poziomach, bo przy aktualnie działającym modelu eksportowym kurs juana do dolara musi być kontrolowany w zakresie potencjalnych interwencji walutowych. Przy czym jedną z mocniejszych odpowiedzi Chin na działania Trumpa może być dewaluacja juana. - podsumowuje Hubert Stojanowski.

gazeta.pl