środa, 26 marca 2025



Początkowo wielu ludzi interesowało się tym, co siedzi w głowie uczestnika tzw. specjalnej operacji wojskowej. W pierwszym roku wojny, kiedy znajomi moich znajomych z Uralu wracali na wakacje, rzeczywiście byli zasypywani takimi pytaniami. Ale wracali kolejni — i ludzie przestali pytać. Moja przyjaciółka powiedziała mi, że kiedy jej kolega wrócił z wojny, była zainteresowana rozmową o jego doświadczeniach. A on opowiedział jej, jak po tym, jak został ranny, budził się w nocy z przerażeniem, a najważniejszą rzeczą, z jakiej zdał sobie sprawę, było to, że człowiek zamienia się na wojnie w bestię. Na początku inwazji ksiądz, który walczył w Afganistanie, powiedział Hołodowi to samo: "udręczone sumienie jest główną konsekwencją wojny".

Myślę, że wiele osób usłyszało od swoich znajomych tak wiele strasznych, wcale nie bohaterskich, a miejscami niemoralnych szczegółów, że nie chce się już prowadzić takich rozmów. Na Uralu, gdzie według danych statystycznych doszło w czasie wojny do wielu kradzieży, było to szczególnie odczuwalne. Oprócz tego, w czwartym roku wojny znam niewielu mieszkańców Uralu, którzy choć raz nie uścisnęliby dłoni człowieka, który został później ranny lub zabity na wojnie. Zainteresowanie zastąpiła chęć zdystansowania się.

Widząc człowieka w kamuflażu na korytarzu przychodni, w autobusie czy w centrum handlowym, wiele osób siada lub odsuwa się i raczej się spina. Pośrednik, który sprzedaje moje wynajmowane mieszkanie, prosi mnie, żebym nie mówiła nowym nabywcom, że kilka pięter dalej są wojskowi — z jakiegoś powodu ludzie nie chcą kupować mieszkań obok nich. Jeden z moich kolegów, dziennikarz, który regularnie filmuje żołnierzy w miejscach publicznych, stwierdził, że "oczekuje się, że będą sprawiać kłopoty". Oprócz tego, że powracający z wojny dopuszczają się na przykład zabójstw, pojawiają się konflikty wewnętrzne.

(...)

Ale to tak, jakby w społeczeństwie panował niewypowiedziany konsensus. Wojskowi zamykają się w sobie, zakładają słuchawki, by oglądać tiktoki lub prowadzą wideorozmowy z towarzyszami z frontu, by uciec w swój znajomy świat. A ludzie wokół nich prześlizgują się obok, udając, że nie istnieją. Konsensus działa, dopóki żołnierze nie stracą panowania nad sobą — z powodu alkoholu lub PTSD — i nie zaczną głośno mówić.

Człowiek w kamuflażu we współczesnej Rosji nie wzbudza wokół siebie szacunku ani poczucia bezpieczeństwa. Jadę taksówką w mieście na Uralu, a kierowca opowiada mi, jak wrócił z PTSD i teraz pracuje w taksówce w celach terapeutycznych — jego psychiatra powiedział, że musi bardziej towarzysko podchodzić do ludzi.

— Z PTSD bardzo szybko przechodzisz od spokoju do agresji — mówię mu.

— Jakoś sobie radzę, ludzie mnie nie irytują, ale niedawno był taki przypadek: do samochodu wsiadło kilku gejów, oczywiście wyrzuciłem ich na mróz.

Mamie mojej koleżanki taksówkarz, który wrócił z wojny, zaproponował zmianę trasy w nocy, żeby uprawiać seks. W metrze, na stacjach kolejowych i lotniskach, zbyt beztroskie spojrzenie może być sygnałem dla innego zagubionego żołnierza, który podejdzie i prosi cię o eskortowanie go, pijanego, do pociągu.

To ludzie potencjalnie niebezpieczni, lepiej nie zwracać na nich uwagi i trzymać się od nich z daleka. Nie mówi się o tym głośno — w dzisiejszych czasach w ogóle nie można mówić głośno. Ale, jak sądzę, odczuwają to również żony mężczyzn, którzy zginęli na wojnie. Narzekają, że szkoły ich dzieci nie zapewniają wystarczającej edukacji patriotycznej, nie honorują wystarczająco bohaterskich czynów wojskowych.

onet.pl/Holod


Marcin Łuniewski: Minęło ćwierć wieku od objęcia władzy przez Władimira Putina. Jakbyś scharakteryzował ten okres nazywany "późnym putinizmem" albo "dzikim putinizmem"?

Andriej Piercew: — Kiedy Putin dochodził do władzy, przedstawiany był jako macho, poważny i małomówny mężczyzna. Zawsze wiedział, co powiedzieć. Profesjonalista i siłowik. Obecnie to już stary człowiek, któremu niektóre rzeczy przychodzą z coraz większym z trudem. Niedawno był w fabryce samochodów i nie mógł sprawnie zamknąć drzwi jednego z aut. Widzimy też, że poddaje się zabiegom kosmetycznym. Jego twarz jest pomarszczona, za sprawą specjalnych zastrzyków nagle staje się napięta jak balon.

Zauważalne są też zmiany w sposobie mówienia. O ile kiedyś mówił krótkimi zdaniami i z sensem, o tyle teraz lubuje się w długich przemowach, gubi wątki i zaczyna wspominać jakieś stare historie. Widać, że jest zmęczony. Dawniej często naradzał się z przedstawicielami elit, obecnie zdarza się to coraz rzadziej. Kreml oczywiście stara się stworzyć wrażenie, że Putin dużo pracuje, ale tak naprawdę to są króciutkie spotkania. Dziennikarze piszą, że jednego dnia przyjmuje kilka osób, z każdą z nich rozmawia kilkanaście minut. To wszystko jest nagrywane i emitowane w telewizji, a Putin znika. Taka sytuacja nie jest komfortowa dla urzędników czy przedstawicieli dużego biznesu, którzy chcą porozmawiać z nim bezpośrednio.

Czyli to prawda, że aby spotkać się z Putinem, trzeba umawiać się na audiencję jak u cara, że otacza się tylko wąskim kręgiem doradców, z którymi rozmawia między innymi o wojnie, a reszta nie ma już bezpośredniego dostępu do jego ucha?

— To prawda. Odciął się. Widuje znacznie mniej ludzi i rzadziej styka się z rzeczywistością. Osoby, z którymi się spotyka, mają określone wyobrażenia o polityce, życiu, działaniu gospodarki. Dlatego też Putin zaczął funkcjonować w trochę wymyślonym świecie. W takim, który pokazują mu podwładni. Przynoszą mu gazety, a w nich jest napisane, że gospodarka dobrze prosperuje. Wcześniej był przedstawicielem "zbiorowego Putina", czyli wyrazicielem interesów kręgu lojalnych starych oligarchów. Wchodził w interakcje z ludźmi, był arbitrem rozsądzającym, komu coś zabrać, a komu coś dać. Teraz tej funkcji już praktycznie nie pełni. Po części wynika to ze zmęczenia, bo wymaga ona ciągłego trzymania ręki na pulsie i śledzenia na bieżąco sytuacji. Zajmuje go wojna. Rozmawia z wojskowymi, ogląda mapy, wydaje polecenia. Na to potrzeba czasu.

Dlatego też nie zawsze wiadomo, jaką decyzję ostatecznie podjął Kreml. Czasami dochodzi do krótkich spotkań z danym urzędnikiem czy biznesmenem, którzy prezentują Putinowi swoje sprawy. On je szybko rozstrzyga. Ktoś na tym zyskuje, a ktoś inny traci. Wcześniej spotkania były regularne. Putinowi można było dokładnie opisać problem, uświadomić go, że ktoś nie przekazał mu pełnej informacji. Dopiero na podstawie takich rozmów z kilkoma osobami podejmował "sprawiedliwy" osąd. Teraz ten system arbitrażu nie działa. To kolejny etap rządów Putina, kiedy elity muszą się uczyć, jak żyć bez niego i jak budować między sobą relacje. Przynajmniej, jeśli mówimy o sprawach "cywilnych". Ten proces nie zawsze odbywa się w pokojowy sposób.

Brak Putina rozjemcy prowadzi do tego, że spory poszczególnych klanów wewnątrz elity stają się ostrzejsze i bardziej widoczne?

— Tak, na pewno stają się o wiele ostrzejsze. Widzimy na przykład nacjonalizację w sektorze rolnictwa, nacjonalizację lotniska Domodiedowo albo zakładów metalurgicznych. Wcześniej zabierano przedsiębiorstwa mniej znaczącym biznesmenom, często lokalnym oligarchom. Teraz nacjonalizacja dotyczy osłabionych klanów. Dotychczasowy właściciel Domodiedowa był raczej niezależny, ale jego patronem był Patruszew (Nikołaj Patruszew, bliski współpracownik Władimira Putina, do niedawna sekretarz Rady Bezpieczeństwa, a obecnie "zdegradowany" do roli doradcy prezydenta ds. budowy okrętów – przyp. red.). Stołeczne lotnisko to łakome aktywo, bo daje duże pieniądze. Obecnie pozycja Patruszewa osłabła i nie mógł już pomóc właścicielowi Domodiedowa, dlatego ten je stracił. Jesteśmy świadkami redystrybucji władzy. Wcześniej to, że biznesmen miał związki z kimś z FSB czy Rady Bezpieczeństwa, miało go zabezpieczać, dawało do zrozumienia, że nie powinno się go nękać.

Chyba najlepszym przykładem narastającej rywalizacji między klanami jest sprawa największego w Rosji sklepu internetowego Wildberries. Gdy jego współwłaściciel Władisław Bakalczuk nie chciał się zgodzić na fuzję z firmą reklamową Russ Outdoor, poprosił o pomoc Ramzana Kadyrowa i doszło do najazdu na siedzibę sklepu i strzelaniny rodem z lat 90. A przecież transakcję wstępnie poparł Putin…

— Rozmawiałem wówczas z przedstawicielami władz i wszyscy byli zdezorientowani. Fuzję popierał też między innymi szef prezydenckiej administracji Anton Wajno czy Maksim Orieszkin, wiceszef administracji prezydenta. I nagle włącza się w to Kadyrow. Ludzie nie wiedzieli, co robić, i czekali na reakcję Putina. Kadyrow stworzył sobie image człowieka, na którego wpływ ma tylko prezydent. Oczekiwano na ruch Putina – czy zabierze głos publicznie albo kanałami, którymi kontaktują się elity. Nic takiego się nie stało. W końcu sąd przyznał rację Bakalczukowi.

Kadyrow nagle zniknął, ale Putin go nie powstrzymał. Wszyscy pamiętają, że na Kremlu zabrakło decyzyjności. To samo można zauważyć w sprawie Siewierstalu (największy rosyjski koncern stalowy – przyp. red.) należącego do oligarchy Aleksieja Mordaszowa. Zęby na ten zakład ostrzy sobie gubernator obwodu wołogodzkiego Gieorgij Filimonow. Jakiś czas temu wyrzucił na przykład urzędników, którzy byli w regionalnym zarządzie Siewierstalu. Z jednej strony wydaje się, że nie ma on szans na przejęcie koncernu, bo Putin nie wydał zgody na odebranie go Mordaszowowi. Z drugiej jednak strony prezydent nie kazał Filimonowowi się uciszyć. Elity zaczynają rozumieć, że wertykalna struktura władzy traci stabilność. Jeszcze co prawda istnieje, ale nie wiadomo, co się wydarzy, kiedy zabraknie Putina.

Temperaturę sporów podgrzewa też brak rotacji i przetasowań na szczytach władzy. Najważniejsze stanowiska od lat piastują ci sami, starzy już koledzy Putina. Młodsi chcą siłą awansować w strukturze?

— Tak, pojawia się problem zdobycia odpowiedniego miejsca w systemie. Ludziom w średnim wieku trudno awansować, bo większość stanowisk zajmują starcy. Gdy z najbliższego kręgu Putina odszedł Siergiej Szojgu albo Nikołaj Patruszew, to ich miejsce zajęli ludzie w podobnym do nich wieku. Młodsi cały czas piastują mniej ważne stanowiska. To wynika z przyzwyczajeń Putina, który nie chce zmieniać starych towarzyszy. Najlepszym przykładem może być Siergiej Ławrow. Chciał już odejść ze stanowiska ministra spraw zagranicznych ze względu na swój wiek. To jest ciężka praca, bo jako szef dyplomacji musi dużo podróżować po całym świecie. Odległości stały się tym większe po inwazji na Ukrainę, gdy sojusznikami Rosji zostały odległe państwa Azji czy Ameryki Południowej. Podobnie jest w przypadku Walentiny Matwijenko (przewodnicząca Rady Federacji – przyp. red.), która chciała już objąć spokojniejsze stanowisko. Putin ich nie puszcza, bo jest mu tak wygodniej. Obawia się też, że gdy mianuje kogoś nowego i młodszego, to może on zyskać zbyt dużą popularność. Ze starymi jest łatwiej. Tak powstaje kolejka do stanowisk, a w elitach jest dużo ambitnych ludzi, którzy chcą piąć się po szczeblach kariery, jak choćby Maksim Orieszkin albo Siergiej Kirijenko (pierwszy zastępca szefa prezydenckiej administracji – przyp. red.). Ten drugi zajmuje co prawda znaczące stanowisko, ale nie do końca je lubi. To raczej typ menadżera, który wolałby działać tam, gdzie są pieniądze, realizować jakieś projekty infrastrukturalne. Podobała mu się np. praca w Rosatomie.

Tatiana Stanowaja w opracowaniu dla Carnegie zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt tego, że Putin nie zajmuje się już wewnętrznymi sprawami kraju – poszczególne klany i grupy podejmują działania na własną rękę. Tak było w sprawie sporu o to, czy blokować portal YouTube, czy nie. Putin sprzyjał grupie, która tego nie chciała, ale zwolennicy blokowania zaczęli spowalniać YouTube’a, zrzucając winę na Google…

— Z jednej strony działają wbrew Putinowi, ale z drugiej strony, gdyby zaczął się temu uważniej przyglądać, to wszyscy zapewnialiby, że go popierają. Widać to dobrze na przykładzie wyborów na gubernatora. Często polityk sprzeciwiający się kandydatowi władzy podkreśla, że on nie jest przeciwko prezydentowi, tylko temu konkretnemu kandydatowi albo Jednej Rosji. Zresztą sam Putin w ostatnim czasie unika podejmowania jednoznacznych decyzji, przystaje na pewne rozwiązania w taki sposób, by nie poprzeć jednej ze stron sporu. To zachęca do pewnego rodzaju niezależności.

(...)

To zjawisko wyrywa się Putinowi spod kontroli? Po ataku terrorystycznym na halę koncertową Crocus City Hall w Rosji rozkręcono kampanię antyimigrancką. Siłowiki tak prześcigają się w nienawiści do obcokrajowców, że aż zareagować musiała administracja prezydenta…

— Wydaje się, że traci nad tym kontrolę, ale też trochę zdaje sobie z tego sprawę. Przykład z antyimigrancką kampanią świetnie pokazuje, jak różne grupy przeciągają linę w swoją stronę. Rąk do pracy na swoich budowach potrzebują bracia Rotenbergowie (Arkadij i Boris, bliscy koledzy Putina – przyp. red.), a służby bezpieczeństwa uważają, że jak przestanie się wpuszczać imigrantów, to nie będzie więcej zamachów terrorystycznych. I panuje chaos. Imigranci przyjeżdżają, bo w przemyśle bardzo brakuje ludzi, ale część z nich jest deportowana. Wtedy przybywają kolejni. Brakuje jednoznacznych wytycznych, ale Putin najwyraźniej nie chce ich opracować. Albo obawia się, że zajmując jednoznaczne stanowisko, kogoś zrazi, albo po prostu nie chce mu się tym zajmować. Lepiej niech wszystko dzieje się samo i niech inni decydują między sobą. Z drugiej strony Putin widzi, że traci kontrolę. Gdy pokazano mu, że w Ministerstwie Obrony panuje korupcja, i nowym ministrem został Andriej Biełousow, to Kreml wyznaczył syna Michaiła Fradkowa (były premier, bliski współpracownik Putina – przyp. red.), by śledził jego poczynania. Podobnie jest w przypadku Aleksieja Diumina (były ochroniarz Putina – przyp. red.), który został doradcą prezydenta ds. obronności. Jego zadaniem jest nadzorować działania Siergieja Czemiezowa (szef korporacji zbrojeniowej Rostiech – przyp. red.). Z kolei pracę Diumina kontroluje człowiek Czemiezowa. To stara metoda, jeszcze rodem z KGB.

Teoretycznie Putin może rządzić do 2036 roku, ale jak już powiedziałeś, jest coraz starszy i mniej zajmuje się sprawami wewnętrznymi. Czy elity i polityczne klany przygotowują się powoli na moment, gdy odejdzie?

— Podejrzewam, że ze względów zdrowotnych Putin przestanie rządzić w 2030 roku. Do tego momentu wcale nie zostało tak dużo czasu. Elity przygotowują następców, którzy mogą rządzić krajem w przyszłości. Wysyłają ich na różne stanowiska, by do czasu przekazania władzy zajmowali już jakieś poważne miejsce w systemie. W klanie związanym z Rostiechem są na przykład Denis Manturow albo gubernator obwodu niżnonowogrodzkiego Gleb Nikitin. Wśród młodszych jest jeszcze syn Patruszewa Dmitrij (wicepremier ds. rolnictwa – przyp. red.) albo syn Jurija Kowalczuka (oligarcha nazywany bankierem Putina – przyp. red.). Klany próbują wynosić swoich ludzi, jak najwyżej się da. Ponadto starają się przejąć jak najwięcej władzy. Mieć swoich gubernatorów, poszerzyć swój biznes, przejąć państwowe przedsiębiorstwa.

Co dla putinowskiego systemu jest groźniejsze: kontynuacja wojny czy jej zakończenie i czas, który nadejdzie później?

— Obie sytuacje są niebezpieczne. Kreml zdaje sobie sprawę, że do podbicia całej Ukrainy potrzeba ogromnej ilości zasobów i sprzętu wojskowego. Sprzętu brakuje, a poborowych, których zmobilizowano na front albo którzy chcieli podpisać kontrakty z armią, jest coraz mniej. Skąd brać nowych? Można ogłosić kolejną mobilizację, ale ludzie zaczną uciekać, a rąk do pracy już bardzo brakuje. Kontynuowanie wojny jest obarczone ryzykiem. Nie jest jasne, czy cele władz zostaną osiągnięte. Może nastąpić jeszcze większa destabilizacja, obywatele mogą się zbuntować. Szczególnie że już wiedzą, jak strasznie wygląda sytuacja na froncie, bo słyszeli o niej od znajomych i członków rodziny. Trwająca wojna to także presja sankcji, brak pieniędzy w budżecie na infrastrukturę i rozwój. Koniec wojny wiąże się z kolei z niepewnością, co będzie dalej. Jeśli sankcje zostaną, to co z nimi zrobić? Sytuacja gospodarcza się nie poprawi. Póki trwają walki, to ludziom można nimi wyjaśniać wszystkie trudności. A jak nastanie pokój? Kreml nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji. Oczywiście może utrzymywać władzę z pomocą represji, prześladowań i propagandy, ale jak długo to potrwa i jaki jest margines bezpieczeństwa? W Rosji dochodzi do różnych protestów z powodów socjalnych. Ta niepewność budzi obawy Kremla. Z drugiej strony zmęczenie wojną jest widoczne u wielu, również wśród członków elity i ono może przeważyć.

onet.pl/Nowa Europa Wschodnia


"Niezależnie od tego, jak i kiedy wojna na Ukrainie się zakończy, obecne trendy geopolityczne, gospodarcze, wojskowe i wewnętrzne w Rosji podkreślają jej odporność i trwałe potencjalne zagrożenie dla siły, obecności i globalnych interesów USA" - stwierdzono w corocznym raporcie Annual Threat Assesment. Służby oceniły, że Rosja nadal prawdopodobnie będzie działać przeciwko Zachodowi stosując środki z "szarej strefy", w tym m.in. sabotaż.

Dokument mówi o wzmacniającej się pozycji Rosji zarówno globalnie, jak i na polu bitwy w Ukrainie, co według autorów podkreśla zarówno "pilność, jak i złożoność wysiłków USA, aby doprowadzić wojnę do akceptowalnego zakończenia". Autorzy oceniają, że choć Rosja nie będzie w stanie osiągnąć całkowitego zwycięstwa militarnego w Ukrainie, przewaga Moskwy będzie się pogłębiać i "doprowadzi do stopniowej, ale stałej erozji pozycji Kijowa na polu bitwy, niezależnie od jakichkolwiek prób USA lub sojuszników narzucenia Moskwie nowych i większych kosztów".

Służby podkreślają też wyjątkowo silną pozycję Władimira Putina oraz jego gotowość do "zapłacenia bardzo wysokiej ceny, aby zwyciężyć w tym, co uważa za decydujący czas w strategicznej rywalizacji Rosji ze Stanami Zjednoczonymi, historią świata i swoim osobistym dziedzictwem".

W opinii autorów, choć Putin może być zainteresowany zawieszeniem broni, by ograniczyć straty, to z uwagi na swoją przewagę na polu bitwy może mieć większą "strategiczną cierpliwość" w rozmowach.

"Obaj przywódcy (Putin i Zełenski) prawdopodobnie nadal uważają, że ryzyko dłuższej wojny jest mniejsze, niż ryzyko niezadowalającego rozwiązania. W przypadku Rosji pozytywne trendy na polu bitwy pozwalają na pewną cierpliwość strategiczną, a w przypadku Ukrainy oddanie terytorium lub neutralności Rosji bez istotnych gwarancji bezpieczeństwa ze strony Zachodu może spowodować wewnętrzną reakcję i przyszłe niebezpieczeństwo" - napisano.

Podczas wysłuchania na temat raportu w senackiej komisji ds. wywiadu, przedstawiciele służb ocenili, że Ukrainie nie grozi w przewidywalnej przyszłości zapaść na froncie. Dyrektor CIA John Ratcliffe powiedział, że jest przekonany, że "Ukraińcy będą walczyć gołymi rękami, jeśli będzie to konieczne, jeśli nie otrzymają warunków akceptowalnych dla trwałego pokoju".

Mimo sygnałów ze strony przedstawicieli administracji o planowanym resecie stosunków z Rosją i próbach rozbicia sojuszu Rosji z Chinami, Iranem i Koreą Płn., służby oceniają, że zakończenie wojny w Ukrainie prawdopodobnie nie sprawi, by stosunki między reżimami powróciły do poziomu sprzed wojny. Taką diagnozę postawiła też podczas wtorkowego wysłuchania nowa Dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard.

Mimo alarmujących ocen rosyjskiej pozycji i siły, w nowym raporcie - pierwszym opublikowanym po ponownym przejęciu władzy przez Donalda Trumpa - na pierwszym miejscu w szeregu zagrożeń wymieniono aktorów pozapaństwowych, w tym przede wszystkim kartele narkotykowe i gangi, a także organizacje terrorystyczne takie jak tzw. Państwo Islamskie (IS).

"Terroryści i transnarodowe organizacje przestępcze bezpośrednio zagrażają naszym obywatelom. Kartele są w dużej mierze odpowiedzialne za ponad 52 tys. zgonów w USA spowodowanych syntetycznymi opioidami w ciągu 12 miesięcy (...) i umożliwiły przybycie prawie 3 mln nielegalnych migrantów w 2024 r., obciążając zasoby i narażając społeczności USA na ryzyko" - napisano.

Spośród aktorów państwowych wymieniono Chiny, choć zaznaczono, że Pekin jest "ostrożniejszy niż Rosja, Iran i Korea Północna w ryzykowaniu swoim wizerunkiem ekonomicznym i dyplomatycznym na świecie zbyt agresywnymi i destrukcyjnymi działaniami".

Wywiad USA przewiduje, że w 2025 roku Chiny będą zwiększać presję na Tajwan i polepszać swoją pozycję w potencjalnym konflikcie z USA i nadal będą stosować cyberataki i kampanie szpiegowskie przeciwko Stanom Zjednoczonym. Jako zagrożenie wymieniono też dominację Chin w sektorze kluczowych minerałów, a także ich aktywność w Arktyce, w tym w Grenlandii.

"Chiny stopniowo zwiększają zaangażowanie w Grenlandii, głównie poprzez projekty górnicze, rozwój infrastruktury i projekty badań naukowych. Pomimo mniej aktywnego zaangażowania w tej chwili, długoterminowym celem Chin jest rozszerzenie dostępu do zasobów naturalnych Grenlandii, a także wykorzystanie tego samego dostępu jako kluczowego strategicznego punktu zaczepienia dla realizacji szerszych i gospodarczych celów Chin w Arktyce" - napisano.

Służby oceniły też, że Chiny "przyćmiły" Rosję w domenie kosmicznej i są "gotowe konkurować ze Stanami Zjednoczonymi jako światowy lider" w tym obszarze.

PAP

wtorek, 25 marca 2025



Rosjanie przeprowadzili kolejne zmasowane uderzenia w infrastrukturę kolejową na zapleczu frontu. Zgłoszono zniszczenia obiektów w obwodach dniepropetrowskim (19 i 20 marca) i kirowohradzkim (20 marca). W ataku dokonanym nocą z 18 na 19 marca uszkodzone zostały obiekty energetyczne kolei ukraińskich, co przeczyło wcześniejszej o kilka godzin zapowiedzi Władimira Putina (po rozmowie z prezydentem Donaldem Trumpem) wstrzymania ataków na tego typu infrastrukturę.

Wskutek uderzenia rakietowego na Sumy 24 marca rannych zostało 101 osób oraz uszkodzone zostały budynki mieszkalne i infrastruktura cywilna w centrum miasta. Dwa dni wcześniej celem zmasowanego ataku dronów był Kijów. Zniszczenia odnotowano w sześciu rejonach miasta, zginęły trzy osoby, a raniono 10. Ukraińska stolica atakowana była również 21 marca. Rosyjskie bezzałogowce uderzyły też w Dniepr i Kropywnycki (19 marca), Odessę (20 marca) oraz Zaporoże (21 i 24 marca). Stałym celem wrogich dronów pozostaje obwód kijowski (zniszczenia obiektów mieszkalnych i/lub przemysłowych zgłaszano 19, 21, 23, 24 i 25 marca).

Liczba wykorzystanych przez Rosjan w ciągu tygodnia dronów uderzeniowych i ich imitatorów ponownie przekroczyła tysiąc. Zgodnie z komunikatami ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP) od wieczora 18 marca do rana 25 marca najeźdźcy użyli łącznie 1094 bezzałogowców, z których 593 miały zostać strącone, a 358 lokacyjnie utracono. Statystyki te potwierdzają dalszy spadek skuteczności ukraińskiej obrony powietrznej. Z danych DSP wynika, że w cele mogły trafić 143 drony – najwięcej w skali tygodnia od rozpoczęcia przez agresora ataków za pomocą bezzałogowców uderzeniowych i po raz pierwszy powyżej 100. Na stosunkowo niskim poziomie utrzymuje się natomiast zużycie przez Rosjan rakiet, których – według danych ukraińskich – wykorzystali oni w omawianym okresie 12 (żadnej nie zestrzelono).

20 marca ukraińskie drony zaatakowały bazę rosyjskiego lotnictwa strategicznego Engels w obwodzie saratowskim. Zdjęcia satelitarne potwierdziły trafienia w obiekty magazynowe, a według ukraińskiego Sztabu Generalnego doszło do detonacji znajdującej się tam amunicji. Zgodnie z niektórymi doniesieniami atak miał objąć także lokalną bazę paliwową oraz rafinerię w Saratowie. Ogółem tego dnia Ukraińcy mieli wykorzystać do uderzeń na terytorium FR co najmniej 225 bezzałogowców (według danych rosyjskich), co czyni ten atak drugim największym po przeprowadzonym 11 marca (użyto w nim co najmniej 337 dronów).

19 marca bezzałogowce uderzyły w przepompownię ropy naftowej w Kropotkinie w Kraju Krasnodarskim, wywołując trwający kilka dni pożar. Bez większego powodzenia atakowane były m.in. lotnisko Marinowka w obwodzie wołgogradzkim (21 marca), Czapajewsk w obwodzie samarskim i Rostów nad Donem (22 marca) oraz ponownie Kropotkin (24 marca).

Niemcy wyasygnują dodatkowe 3 mld euro na wsparcie wojskowe Ukrainy w 2025 r. oraz 8,25 mld euro w latach 2026–2029. Poinformował o tym 19 marca minister finansów RFN Jörg Kukies. Wcześniej Berlin przeznaczył na pomoc wojskową w bieżącym roku 4 mld euro. Wydzielenie dodatkowych środków stało się możliwe dzięki przegłosowaniu przez Bundestag zmian w konstytucji wyłączających wydatki obronne z limitów zadłużenia.

(...)

20 marca Społeczna Rada Antykorupcyjna – organ doradczy przy Ministerstwie Obrony Ukrainy – poinformowała, że resort nadal jest zainteresowany zakupem granatów moździerzowych kalibru 120 mm u państwowego producenta, który wielokrotnie nie wywiązywał się ze swoich zobowiązań. Rada zdecydowała się na nagłośnienie sprawy ze względu na ciągłe zakłócenia w dostawach amunicji na front zawinione przez monopolistę broniącego swojej pozycji na rynku. W związku z tym zaapelowano, aby prezydent (jako głównodowodzący sił zbrojnych) rozpatrzył propozycję dotyczącą obowiązku stosowania przez nabywców dywersyfikacji źródeł zakupów amunicji. Pozwoli to unikać sytuacji, w której nieuczciwy producent czy dostawca mogą całkowicie zakłócić dostarczanie tego lub innego rodzaju amunicji na front. Prezydent ma się zwrócić do organów ścigania i Ministerstwa Obrony o ujawnienie wyników śledztwa w sprawie dostaw niskiej jakości pocisków 120 mm oraz zobowiązać osoby odpowiedzialne do publicznego ogłoszenia ilości wadliwej amunicji, którą zwrócono producentowi. 25 marca deputowany Jarosław Żełezniak ujawnił, że resort obrony wciąż kupuje pociski 120 mm od polskiego pośrednika, firmy Lechmar, bez udziału Agencji Zamówień Obronnych, upoważniając do realizacji kontraktu Państwową Służbę Graniczną (w lutym br. przekazano jej kwotę 78 mld hrywien – ponad 1,8 mld dolarów).

21 marca ukraiński rzecznik praw człowieka Dmytro Łubiniec podał, że od początku roku wzrosła liczba skarg na bezprawne działania komisji wojskowych podczas poboru do wojska. Jak dotąd wpłynęło 40 powiadomień wskazujących na doprowadzanie poborowych do komisji przy zastosowaniu przymusu fizycznego, często powodującego obrażenia ciała (np. w obwodzie charkowskim dwaj rowerzyści zostali potrąceni przez należący do wojska samochód, a po obezwładnieniu dowiezieni do punktu prowadzącego pobór).

21 marca Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przedstawiła pięć podstawowych sposobów nielegalnego uniknięcia mobilizacji. Są nimi: organizacja nielegalnego przekroczenia granicy, wydawanie fałszywych zaświadczeń o konieczności potwierdzenia kwalifikacji zawodowych (np. pilotów samolotów) za granicą, wystawianie dokumentów poświadczających opiekę nad niepełnosprawnymi dziećmi, potwierdzenie rzekomego utrzymywania rodziny wielodzietnej oraz wydawanie zaświadczeń o niepełnosprawności. Cena „usług” waha się od 5 tys. do 13 tys. dolarów.

osw.waw.pl


— Trump jest mistrzem w filmowaniu konfliktów. Jego osobowość w dużym stopniu została zbudowana na "The Apprentice" — mówi w rozmowie z POLITICO Timothy J. Lynch, profesor polityki amerykańskiej na Uniwersytecie w Melbourne, odnosząc się do programu reality show, które Trump prowadził przez 14 sezonów.

Trump "wziął sobie do serca siłę oddziaływania kameralnego formatu: jeden pokój i dwóch antagonistów" — zauważył Lynch, dodając, że prezydent lubi wykorzystywać spotkania w Gabinecie Owalnym do wywierania presji zarówno na przyjaciół, jak i przeciwników — podobnie jak podczas konfrontacji w "The Apprentice". — Spotkanie te są testem siły charakteru wszystkich przebywających tam liderów — stwierdził.

(...)

Biorąc pod uwagę ryzyko kłótni mogącej zrujnować wzajemne relacje, wydaje się, że najbezpieczniej byłoby po prostu zgodzić się z tym, co mówi Trump. Zbyt ostry sprzeciw może doprowadzić do słownego starcia z prezydentem, który zagroził aneksją Grenlandii i zrujnowaniem kanadyjskiej gospodarki.

Zbyt łatwe poddanie się może jednak sprawić, że wyborcy i koledzy z kraju uznają cię za pozbawionego kręgosłupa pochlebcę. Macron okazał się biegły w tej delikatnej przepychance, kiedy poprawił Trumpa, korygując jego twierdzenie, że "Europejczycy dostaną z powrotem pieniądze, które pożyczyli Ukrainie".

— Nie, właściwie, szczerze mówiąc, zapłaciliśmy — płynnie wtrącił Macron, kładąc uspokajająco dłoń na ramieniu swojego odpowiednika, wyjaśniając, że Unia Europejska w rzeczywistości nie otrzymała zwrotu pieniędzy od Kijowa.

Łagodna reprymenda, wygłoszona z odrobiną chłopięcej niefrasobliwości Macrona, wywołała zmieszany uśmiech i rzadkie ustępstwo (w pewnym sensie) ze strony Trumpa. — Jeśli w to wierzysz, to nie mam nic przeciwko temu — powiedział, dodając w innym momencie spotkania, że Macron jest "bardzo wyjątkowym człowiekiem". Macron z kolei czule odnosił się do Trumpa jako "drogiego Donalda".

Niewielu przywódców radzi sobie z Trumpem tak dobrze jak Macron. Francuski prezydent pokazał to podczas spotkania w cztery oczy, nawiązując dobrą relację z prezydentem USA i nie sprzedając przy tym UE i Ukrainy.

Ocena: 5

Starmer obsypał prezydenta pochwałami, umiejętnie wykorzystując jego dobrze znany podziw dla brytyjskiej monarchii, teatralnie przedstawiając list od króla Karola III z zaproszeniem na herbatę do Pałacu Buckingham.

— To zaproszenie na drugą wizytę państwową. To jest naprawdę wyjątkowe. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. To jest bezprecedensowe — przekonywał Starmer z takim entuzjazmem, z jakim gospodarz kanału zakupowego sprzedaje w ostatniej chwili zestaw noży kuchennych.

Czy wazeliniarstwo nie poszło tu za daleko? Być może. Ale Trump nie jest subtelnym człowiekiem. Gest ten przyniósł brytyjskiemu premierowi uznanie w kraju, a prasa okrzyknęła go mianem "Czarodzieja Starmera" (z ang. "Charmer Starmer")

W jednym z bardziej nerwowych momentów z udziałem wiceprezydenta J.D. Vance'a Starmer bronił jednak osiągnięć swojego kraju w zakresie wolności słowa, po tym, jak Vance twierdził, że "naruszenia" w Wielkiej Brytanii wpływają negatywnie także na amerykańskich obywateli.

— Nie chcielibyśmy oddziaływać na amerykańskich obywateli i tego nie robimy, w tej sprawie absolutnie się zgadzamy. Ale jeśli chodzi o wolność słowa w Wielkiej Brytanii, to jestem bardzo dumny z naszej historii w tym zakresie — odparł Starmer, pochylając się do przodu na swoim fotelu.

(...)

Ocena: 4

onet.pl


— Trudno jest bronić tego, co prezydent zrobił w sprawie Kanady. Wiele innych jego inicjatyw w zakresie polityki wewnętrznej i zagranicznej można uzasadnić, ale to jest dość trudne — mówi Colin Dueck, starszy pracownik American Enterprise Institute i profesor na Uniwersytecie George'a Masona. — To frustrujące. I oczywiście przyniosło to odwrotny skutek w tym sensie, że nieumyślnie [Trump] stał się największym czynnikiem w powrocie lewicowej partii centrowej w Kanadzie.

Chociaż Poilievre był w przeszłości porównywany do Trumpa, jego ideologiczna marka jest bardziej zbliżona do tradycyjnego konserwatywnego establishmentu, który amerykański prezydent porzucił. Z tego powodu pozorny upadek Konserwatywnej Partii Kanady nie wywołuje powszechnego poruszenia na zdominowanej przez Trumpa prawicy w USA.

Curt Mills, dyrektor wykonawczy The American Conservative i czołowa postać wschodzącej "nowej prawicy", porównuje Poilievre do gubernatora Florydy Rona DeSantisa. — Są poprawnymi, brutalnymi, technokratycznymi młodymi postaciami, które wydają się mieć wyjątkowego pecha — mówi.

I zauważa, że w jego kręgach nie ma zbytniego zaniepokojenia trudną sytuacją kanadyjskiego konserwatysty. — Nie sądzę, by kogokolwiek to obchodziło — dodaje Mills. — Myślę, że ludzie, którzy są bardzo entuzjastycznie nastawieni do Trumpa w USA, nie są tak skorelowani z tymi, którzy są tak entuzjastycznie nastawieni do Poilievre'a. Istnieje poczucie, że Poilievre pochodzi ze starszego typu północnoamerykańskich konserwatystów.

Nawet jeśli Poilievre nie jest ulubieńcem nowej prawicy, amerykańscy konserwatyści niemal jednolicie nienawidzą Justina Trudeau i jego Liberalnej Partii Kanady. Sam Trump rozkoszował się irytowaniem Trudeau na początku swojej drugiej kadencji, nazywając byłego premiera "gubernatorem", aby celowo go upokorzyć i nawiązać do własnych aspiracji do uczynienia Kanady 51. stanem. W miarę jak zmiany na szczycie Liberalnej Partii Kanady nabierają rozpędu w wyniku prowokacji Trumpa, prezydent USA upiera się, że mu to nie przeszkadza.

"Myślę, że łatwiej jest poradzić sobie z liberałem, i być może wygrają, ale tak naprawdę mnie to nie obchodzi" — powiedział Trump Laurze Ingraham z Fox News w zeszłym tygodniu.

Jeśli Trump zdaje sobie sprawę, że stał się przeszkodą dla Poilievre'a, i rzeczywiście zależy mu na wyniku, dobrze byłoby, gdyby powiedział, że woli mieć do czynienia z liberalnym premierem. Mills i Dueck zgadzają się, że bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że Trump mówi prawdę — że po ponad dekadzie nękania Trudeau w większości porzucił walkę z partią Kanadyjczyka.

Eksperci zgadzają się również, że upadek poparcia Poilievre'a oznacza kłopoty dla wszelkiego rodzaju międzynarodowego, powiązanego ruchu konserwatywnego.

— To pokazuje granice tego, co czasami nazywano nacjonalistyczną międzynarodówką. (...) — mówi Mills.

Dueck przyjmuje jeszcze ostrzejszą linię. — Jeśli mówisz, że cenisz nacjonalizm wśród wolnych narodów, to musisz mieć też szacunek dla nacjonalizmu innych krajów — mówi. — Jeśli mówisz Kanadyjczykom: "przejmiemy was", to jest to tak bezpośrednia obraza kanadyjskiej suwerenności, jak tylko można sobie wyobrazić.

onet.pl/Politico


Konfederacja dobija w sondażach do 20 procent, nawet ciut wyżej, te liczby mogą falować wte i wewte zależnie od pracowni, ale ważny jest trend: szybki wzrost notowań zarówno Mentzena, jak i całej Konfy, nieważne, kto bada. Zwyżkę Konfederacja zawdzięcza postępującej degrengoladzie dwóch polskich partii mainstreamowych, które w trakcie geopolitycznej burzy zajmują się ustalaniem, kto bardziej zabił panią Basię, a także kto jest większą Targowicą. Nawet wierni wyborcy POPiS-u zaczynają się orientować, że zachowanie ich ulubieńców jest nieco zbyt ekstrawaganckie i beztroskie w tak pięknych okolicznościach przyrody. Zamiast rządzić, co powinien robić rząd, oraz pilnować jakości rządzenia, co powinna robić opozycja, politycy POPiS-u toczą wsobną nawalankę, a kraj w tym czasie dryfuje sobie po burzliwych wodach światowych wydarzeń. W tej sytuacji Mentzen z Bosakiem wchodzą cali na biało, oni i już tylko oni, bo Tusk zjadł przystawki. Jeśli się nie lubi PO oraz nie lubi się PiS-u, a sytuacja ta dotyczy połowy Polaków, z poważnych ofert zostaje Konfederacja, bo Lewica i Polska 2050 ofertami poważnymi być przestały z poparciem na poziomie trzech-czterech procent. Liczni trelopodobni posłowie tych partii pielgrzymują właśnie do kierownika po miejsca na listach, zegar bije, w zasadzie można przyjąć, że wszyscy oni są już Platformą. Tak obecnie wygląda stan gry.

Konfederacja korzysta z okoliczności, które jeszcze nigdy aż tak się nie skumulowały na jej korzyść. Pierwszym jej szczęściem i klejnotem jest Karol Nawrocki. Powiedzieć, że to zły kandydat, to nic nie powiedzieć. Nawrocki jest wzorcem z Sevres politycznych wydmuszek, nie ma zdania niemal na żaden temat, napisali mu jakiś program mentzenopodobny w stylu "niskie podatki", o którym kandydat ma mgliste pojęcie, i zresztą średnio go to interesuje. Robienie z Nawrockim wywiadów nie ma sensu, ponieważ cały wyraźny wysiłek skoncentrowany jest na tym, żeby nie powiedzieć czegokolwiek, co mogłoby zasmucić sztab albo zbiesić "target". To było wiadomo już 30 października 2024 roku, kiedy wzorcową praprarozmowę z Nawrockim na antenie RMF przeprowadził Robert Mazurek. Było w niej absolutnie wszystko, co powinniśmy o kandydacie wiedzieć, albowiem kandydat nie odpowiedział na żadne pytanie. I ten stan trwa. "Która godzina?". "Panie redaktorze, przyjdzie czas na odpowiedzi, teraz musimy pracować dla Polski, a poza tym chciałbym wszystkich pozdrowić".

Przeświadczenie macherów od wizerunku, że wyborcy są większymi idiotami niż w rzeczywistości, to główny błąd wszelkich takich sztabów. Niby prosta rzecz: "Panie kandydacie, czy podatki powinny być progresywne, czy liniowe?". Ale i na to kandydat PiS nam nie odpowie, uporczywie zmienia temat, żeby nie zdenerwować ani wyborców Konfederacji, którzy wierzą w "zausz firmę", ani wyborców PiS-u, którzy bogatych chcieliby mocniej opodatkować, za to przynudza, kluczy, w efekcie wkurza jednych i drugich. Błąd założycielski tej kampanii PiS-u to wykoncypowana obłość Nawrockiego, otoczakowatość skończona i doskonała, już nawet Nawrocki-alfons z gawędek "Wyborczej" bardziej nadaje się do polubienia, bo jest przynajmniej jakiś, niż Nawrocki wyprany ze wszystkiego przez znakomity proszek marki "Szafernaker".

Konfederacja - to jej drugi po Nawrockim dopalacz - niesamowicie korzysta na kompromitacji polskich partii mainstreamowych. PO i PiS są niemal wyłącznie zajęte sobą i zagryzaniem się ("To wy zabiliście panią Basię" vs "Nie, to wy zabiliście panią Basię", "Jesteście ruscy agenci" vs "Nie, to wy jesteście ruscy agenci", "A o czym rozmawiał Kaczyński w 1990 roku z Wasinem?" vs "A o czym rozmawiał w 2009 roku Tusk na molo z Putinem?"). Na tym tle Konfederacja wydaje się coraz większej grupie wyborców siłą rozsądną, umiarkowaną i propaństwową. W pakiecie co prawda dostają darwinistyczny program Mentzena (obniżanie podatków kosztem niszczenia usług publicznych, na czym najbardziej ucierpiałaby prowincja i klasa ludowa), dostają też w pakiecie rozmaite dary losu w postaci posła Berkowicza ("Ograniczenie prędkości to kretynizm"), ale na tle dwóch zajętych szarpaniną polskich partii mainstreamowych nawet ktoś, kto chce zlikwidować znaki drogowe, nie wydaje się dziś aż takim oszołomem. Jesteśmy świadkami słabnięcia PiS-u i kompromitacji PO, której rządy są nie tyle nieudane, ile skrajnie niedbałe i źle oceniane przez większość Polaków. Platformie co prawda trochę w sondażach urosło, czym się radośnie chwali, ale te wzrosty osiąga wyłącznie kosztem przystawek - Lewicy i Polski 2050 - które w sondażach wypadają z Sejmu. Gdyby wybory odbyły się dziś, wygrałaby je PO na tej samej zasadzie, na jakiej PiS wygrał w 2023 roku: jesteśmy pierwsi, ale tracimy władzę.

(...)

Trzeci czynnik napędzający Konfie punktów znów jest czysto ludzki. Mentzen nieprawdopodobnie zasuwa w tej kampanii (typowy jego dzień to kolejne wiece w pięciu-sześciu miastach), a Bosak jest w tej kampanii nieprawdopodobnie uważnie słuchany. Prawica nie mogła dostać lepszego prezentu. Bosak dla wielu ludzi jest obecnie jedynym politykiem, którego da się słuchać i traktować poważnie, bo w programach publicystycznych ma coś do powiedzenia, zamiast przerzucać się przekazami dnia i kłócić, kto jest większą Targowicą. Kiedy politycy PO i PiS toczą tradycyjną wsobną nawalankę, Bosak potrafi zrelacjonować aktualny stan gry Putin-Trump i mieć na ten temat własne zdanie. Zacytuję zdeklarowanego wyborcę lewicy: "Z Bosakiem się totalnie nie zgadzam, a jednocześnie nie czuję się przez niego traktowany jak idiota, któremu można wciskać partyjne pierdololo". "A polityków lewicy już nie cenisz?". "Cenię niektórych, ale co z tego, jeśli oni mają po dwa czy cztery procent i stali się idealnie nieistotni". Tyle wyborca lewicy.

Konfederacja przy takich wynikach rządziłaby po 2027 roku z Kaczyńskim, ale występowałaby nie w roli przystawki, tylko drugiego dania głównego. PiS miałby 151 posłów, a Konfederacja 116 (sondaż dla RMF), co daje ogromną większość, ale przede wszystkim widać w tym układzie równowagę koalicyjnych partnerów. Co by to oznaczało? Koniec takiego PiS-u, jaki znamy, gdyż Kaczyński nigdy nie musiał się tak naprawdę z nikim dogadywać jak równy z równym, zawsze rządził, mając tylko przystawki i podnóżki: Leppera, Giertycha, Ziobrę. Wasali mógł kopać, poszczuć służbami, przekupić, w nowym układzie byłoby to trudne albo niemożliwe. Jeśli połowę służb musisz oddać koalicjantowi, to nie wyślesz CBA na ludzi Mentzena, skoro Mentzen następnego dnia wyśle na ciebie ABW, które w koalicyjnym podziale fifty-fifty akurat jemu przypadło. PiS, który musi ustępować, układać się z kimś na serio, kogoś poważać, a nie traktować z buta, to nie może być PiS Kaczyńskiego. Raczej musiałby to być PiS Morawieckiego albo Czarnka, partia bardziej cwana, cyniczna i umiejąca dealować, a nie PiS żoliborsko-inteligencki, rozhisteryzowany, zajęty bitwami statusowymi, bo ktoś komuś kiedyś ręki nie podał.

gazeta.pl


Podczas zimnej wojny Stany Zjednoczone i Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich były przynajmniej w stanie zgodzić się co do jednej rzeczy: rozprzestrzenianie broni jądrowej było złe dla wszystkich.

Prezydent USA John F. Kennedy — "nawiedzony" myślą o "spiralnym wyścigu zbrojeń nuklearnych" na całym świecie — zainicjował w latach 60. rozmowy na temat tego, co miało stać się układem o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), umową między supermocarstwami, która do dziś utrzymuje liczbę państw posiadających broń jądrową na poziomie jednocyfrowym.

Ograniczanie rozprzestrzeniania broni jądrowej opierało się na rozszerzeniu przez USA parasola nuklearnego na rzecz przekonania sojuszników, że nie muszą sami szukać broni.

Denis Healey, nieżyjący już brytyjski minister, zażartował, że amerykańska polityka nuklearna wymaga jedynie "5 proc. wiarygodności, by odstraszyć Rosjan, ale 95 proc., by uspokoić Europejczyków".

(...)

Powrót Trumpa do władzy wstrząsnął debatą w całym zachodnim sojuszu. Analitycy obawiają się, że jeśli NPT miałby się rozpaść, częściowo z powodu wycofania amerykańskich gwarancji, świat może zbliżyć się do liczby 15-25 państw posiadających broń nuklearną, które przewidział Kennedy — z większym ryzykiem kataklizmu wojny atomowej.

Lawrence Freedman, jeden z czołowych badaczy strategii nuklearnej, zauważa, że dylemat sojuszników jest stary.

Francuski program zbrojeniowy wyrósł z oceny Charlesa de Gaulle'a, że Waszyngton jest niewiarygodny. Chiny, po rozłamie z ZSRR w latach 60., dokonały podobnej kalkulacji co do Moskwy.

Ale kiedy sojusznicy USA zwątpili w Waszyngton w przeszłości, przyjrzeli się, co pociąga za sobą rozwój alternatyw i zdali sobie sprawę, że jest to "trudne, kosztowne i zwraca na siebie uwagę".

— Ostatecznie z tym żyli — mówi Freedman. — Tak było w przeszłości. Problem polega więc na tym, że tym razem kryzys jest tak poważny, że nie są pewni, czy mogą.

(...)

Wolfgang Ischinger, były ambasador Niemiec w Waszyngtonie, mówi, że jakakolwiek realna sugestia, by Niemcy stały się potęgą nuklearną, wywołałaby "burzę o nieznanych proporcjach ze strony Moskwy, partii Prawo i Sprawiedliwość w Polsce, ze strony innych sąsiadów".

Tam Niemcy przechowują amerykańską broń jądrową? "Nie potwierdziłbym tego ani nie zaprzeczył"
— Ryzykowalibyśmy utratę większości zaufania, które udało nam się zbudować w ciągu ostatnich pięciu lub sześciu dekad po katastrofie II wojny światowej — dodaje.

Thorsten Benner, szef berlińskiego Instytutu Globalnej Polityki Publicznej, jest jednym z kilku ekspertów, którzy wysunęli pomysł, że kraj powinien przynajmniej "zainwestować w utrzymanie opóźnienia nuklearnego" — co oznaczałoby stworzenie infrastruktury umożliwiającej stworzenie broni jądrowej w razie potrzeby bez jej natychmiastowego budowania.

(...)

Nieubłagany postęp północnokoreańskiego programu zbrojeń nuklearnych, rozkwitające relacje Pjongjangu z Moskwą i powrót Trumpa do władzy podsyciły w Korei Południowej głęboki niepokój o bezpieczeństwo.

— Poparcie dla pozyskania przez Koreę Południową własnej broni nuklearnej jest coraz szersze i coraz twardsze — mówi Sangsin Lee, pracownik naukowy w powiązanym z think-tankiem Korea Institute for National Unification.

Autorytaryzm, demokracja, przyszłość. Korea Południowa redefiniuje swoją polityczną tożsamość
Podczas gdy żadna z partii głównego nurtu nie popierała takiego ruchu, przywódcy po obu stronach opowiadali się za dążeniem do "opóźnienia nuklearnego", aby Seul mógł zbudować lub zdobyć broń jądrową w krótkim czasie.

(...)

Korea Południowa ma już największą liczbę cywilnych reaktorów jądrowych na świecie. — Posiada podstawową technologię do produkcji broni jądrowej i ma już doświadczenie w produkcji bardzo małej ilości plutonu i uranu — mówi Suh Kyun-ryul, emerytowany profesor inżynierii jądrowej na Seoul National University. — Dysponuje technologią umożliwiającą wyprodukowanie surowych bomb jądrowych — podobnych do tych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki — w ciągu trzech miesięcy.

Lee Chun-geun, badacz z Korea Institute of Science & Technology Evaluation and Planning, mówi, że oprócz zdobycia wystarczającej ilości materiału jądrowego Korea Południowa "musiałaby również wyprodukować detonator i głowice nuklearne, a także przeprowadzić testy nuklearne".

— Jeśli Korea Południowa ogłosi stan wyjątkowy i zmobilizuje wszystkie krajowe zasoby, będzie w stanie wyprodukować broń jądrową w ciągu ok. dwóch lat — dodaje Lee.

Podczas gdy Korea Południowa posiada zapasy materiałów nuklearnych na okres od dwóch do trzech lat, ich dostawy prawdopodobnie zostałyby odcięte w wyniku wycofania się z układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Gospodarka eksportowa kraju miałaby również trudności z wytrzymaniem wszelkich sankcji gospodarczych.

Suh z Seoul National University mówi jednak, że prezydentura Trumpa dała Korei Południowej "rzadką okazję do negocjacji z USA w sprawie rozwoju broni jądrowej".

— Koreańczycy z Południa będą musieli ostatecznie wybrać między przejęciem przez Koreę Północną a wytrzymaniem międzynarodowych sankcji poprzez wyprodukowanie własnych bomb jądrowych, ponieważ denuklearyzacja Korei Północnej wydaje się niemożliwa — dodaje ekspert.

Wyjątkowy status Japonii jako jedynego kraju, który padł ofiarą wojny atomowej, sprawił, że kwestia pozyskania broni jądrowej w powojennej historii była prawdopodobnie największym politycznym tabu.

Jednocześnie w niektórych kręgach od dawna istnieje cicha wersja debaty, która ewoluowała, gdy Korea Północna zaczęła być potęgą nuklearną, Chiny stały się bardziej asertywne militarnie, a Trump zakwestionował wiarygodność amerykańskiego parasola nuklearnego.

Jeden z wysokich rangą japońskich urzędników mówi, że dyskusja na ten temat zawsze toczyła się wśród niewielkiej grupy najbardziej jastrzębich polityków. — Krąg uczestników może się teraz poszerzyć — dodaje.

Japonia była wczesnym sygnatariuszem układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, ale jej pokojowe wykorzystanie energii jądrowej i otwarcie zakładu wzbogacania uranu na początku lat 90. dało jej również znaczne zapasy materiałów, które mogłyby zostać wykorzystane do budowy własnej broni.

Według amerykańskich ekspertów wojskowych ogromna i wyrafinowana baza przemysłowa Japonii oraz jej przodująca pozycja w wielu dziedzinach specjalistycznej inżynierii oznaczają, że fizyczna budowa broni byłaby w zasięgu możliwości kraju, być może w ciągu zaledwie kilku miesięcy od otrzymania politycznego zielonego światła.

Najnowszy raport wykazał, że pod koniec 2023 r. Japonia posiadała ok. 8,6 t plutonu — ilość teoretycznie wystarczającą do wyprodukowania kilku tysięcy bomb. Fakt ten nie umknął uwadze Chin, które w przeszłości wykorzystywały państwowe media do kwestionowania posiadania przez Japonię tak dużej ilości materiału.

(...)

— Na razie cała strategia opiera się na zapewnieniu USA, że Japonia nadal znajduje się pod ich parasolem nuklearnym — mówi Stephen Nagy, profesor polityki i studiów międzynarodowych na Międzynarodowym Chrześcijańskim Uniwersytecie w Tokio. — Plan A to przytulić się do USA. Plan B to mocniejsze przytulenie USA i tak dalej. Plan Z, w tym momencie, to uzyskanie broni nuklearnej.

Nagy dodaje, że jakikolwiek znaczący ruch w debacie nuklearnej ujawniłby również skrajny brak strategicznych myślicieli w Japonii. Długotrwałe poleganie na Stanach Zjednoczonych w efekcie sprawiło, że w kraju jest tylko nieliczna grupa ekspertów zdolnych do kierowania japońską polityką w zakresie użycia broni jądrowej.

Ma to kluczowe znaczenie — mówi Nagy. Powodem są wyraźne różnice między sposobem, w jaki kontynentalne Stany Zjednoczone zbudowały strategię odstraszania, a sposobem, w jaki Japonia musiałaby stworzyć własną.

Jak zauważa ekspert, Japonia miałaby ok. pięciu minut ostrzeżenia w przypadku ataku ze strony Korei Północnej lub Chin, w porównaniu z 30-minutowym czasem ostrzeżenia, jaki miałyby Stany Zjednoczone.

USA jako naród przetrwałyby atak na jedno lub dwa miasta. Gdyby Tokio i Osaka zostały unicestwione, Japonia zostałaby w efekcie zniszczona jako naród.

onet.pl/The Financial Times


– W tej chwili w kontakcie z Trumpem i jego administracją najważniejsze to zachować godność, nie dać się za bardzo poobijać, no i załatwić parę swoich interesów – mówi polski dyplomata znający obecne układy w Waszyngtonie.

– Minister Radosław Sikorski jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i we właściwym czasie – mówi były minister spraw zagranicznych Adam Daniel Rotfeld. – W obecnej sytuacji najważniejsza jest umiejętność poruszania się w polityce z takimi partnerami. A on zna ludzi, mówi po angielsku właściwie jak po polsku.

Polska dyplomacja – wbrew narracji narzucanej przez PiS – jest jeśli nie w centrum wydarzeń, to blisko centrum, a na pewno ma pełną wiedzę o działaniach po wszystkich stronach barykady. Nie ma co jednak ukrywać, że jest kilka problemów, które nie znikną z dnia na dzień.

Donald Trump, delikatnie mówiąc, nie ma chemii z Donaldem Tuskiem i raczej mieć nie będzie. Szef rządu z realną władzą w Polsce nie może porozumieć się z niemal wszechwładnym prezydentem największego mocarstwa i naszego sojusznika.

– To jest głupsze, niż się niektórym wydaje – gorzko śmieje się nasz rozmówca z kręgów dyplomacji. – Amerykanie trochę nie ogarniają polskiej konstytucji. Dla nich prezydent to prezydent i ciężko im zrozumieć, że Andrzej Duda mógł im wszystko załatwić, póki był rząd PiS, a teraz wszystkie karty trzyma Tusk. Oczywiście te karty, na których Amerykanom zależy, czyli kontrakty na ich broń i budowę przez nich w Polsce elektrowni atomowych. Na szczęście już wiedzą, że Duda odchodzi, i trochę czekają na nowego prezydenta, ale też powoli dociera do nich, że interesy ubija się z rządem.

(...)

Politycy PiS wspierali Trumpa w jego kampanii, wozili nawet za ocean krytyczne wobec Trumpa cytaty z Tuska czy Anne Applebaum (żony Sikorskiego), przekonując, że polski rząd nie będzie godnym partnerem dla amerykańskiego prezydenta. Ważniejsze jest ponoć to, że Trump nie może wybaczyć Tuskowi zdjęcia sprzed lat, na którym Polak mierzy palcem w plecy Amerykanina jak pistoletem. Tak czy siak, polski premier jest na razie w Białym Domu spalony, dlatego tym większą rolę ma do odegrania Sikorski.

– To była wtedy inna partia, a trumpiści to nie republikanie Busha czy Reagana, ale Radek wciąż ma wiele kontaktów w konserwatywnej części amerykańskiej polityki – twierdzi nasz rozmówca.

– Doskonale również wie, jak jest ważna dla Amerykanów polityka gestów. Kilka tygodni temu "The Wall Street Journal" opisał, jak zestrzelony nad Ukrainą irański dron Shahed 136 trafił samolotem polskich sił zbrojnych do USA i Sikorski zaprezentował go na CPAC – zlocie amerykańskich konserwatystów. Szef MSZ miał to zaplanować ze swoim znajomym Markiem Wallace’em, obecnie szefem United Against Nuclear Iran. Gościem CPAC był Trump, który spotkał się tam na krótko z Andrzejem Dudą. – Jednego dnia chwalili Radka, drugiego dnia polskiego prezydenta. I tak powinno być – mówią polscy dyplomaci.

Nasi rozmówcy twierdzą, że w tej chwili polityka międzynarodowa została podzielona między kancelarię premiera, MON i MSZ i to zaskakująco dobrze działa. Panowie się podobno nieźle uzupełniają i na razie przynajmniej nie wchodzą sobie w paradę.

– Tusk ogarnia to na poziomie dużej polityki spinającej interesy Unii, Radek na poziomie naszej polityki atlantyckiej, Władek Kosiniak-Kamysz nawiązuje swoje kontakty z Amerykanami w sprawach współpracy militarnej, minister ds. europejskich Adam Szłapka zarządza naszą prezydencją w Unii na poziomie technicznym. Gdyby jeszcze Andrzej Duda współpracował, naprawdę byłby to majstersztyk – twierdzą rozmówcy z koalicji rządzącej.

Dyplomaci mówią, że jest powiedzenie, iż każda amerykańska dyplomacja uczy się Europy na nowo, i tym razem jest ono wyjątkowo prawdziwe.

– W kontaktach z Amerykanami trzeba lawirować. Ich stosunek do świata zawsze opierał się na przekonaniu o własnej wielkości i potęgi ich biznesu, ale zachowywali kurtuazję. Pod rządami Trumpa uznali, że czas kurtuazji się skończył, i pokazali wszystkim, jakimi potrafią być chamami, szokując swoich rozmówców – słyszymy w kręgach MSZ. – Duńczycy nam opowiadali, że gdy ich premier była w Mar-a-Lago [rezydencji Trumpa – red.], wszystko było super, a dziesięć dni później Trump mówi: "oddaj Grenlandię".

Nasi dyplomaci uważają to za element nowej amerykańskiej taktyki i trzeba na to spokojnie odpowiedzieć. – Kanada się postawiła, Meksyk się postawił, Europa zaczyna grać swoje i powoli do Amerykanów dociera, że chociaż są potężnym graczem, to nie są w stanie grać przeciwko wszystkim. Widzą już, że ta taktyka się nie sprawdza, i będą szukać innej, ale to oczywiście chwilę potrwa – opowiada nasz rozmówca.

– Amerykanie oczekują nie tylko rozmowy, ale też podporządkowania, i to nie tylko od Polski. W tym samym tonie rozmawiają z Wielką Brytanią, Francją czy Niemcami – twierdzi Adam Rotfeld. – Trudno sobie wyobrazić inną osobę, która byłaby tak asertywna w kontaktach z USA jak minister Sikorski. Kto odpowiadałby tak krótko i celnie, i w tonie podobnym do tego używanego przez amerykańskich partnerów.

(...)

Polscy dyplomaci tylko rozkładają ręce. – W polityce, także amerykańskiej, jest tak, że albo występuje się w roli biznesmena, albo polityka, a Musk odgrywa obie jednocześnie, a na dokładkę jest internetowym trollem na olbrzymią skalę. Można spodziewać się właściwie wszystkiego.

(...)

– Ale jaka scysja z Muskiem? Dajmy spokój – wzrusza ramionami osoba z otoczenia Sikorskiego. – Po pierwsze, minister nie wdał się w przepychankę z Muskiem, tylko napisał, kto płaci za Starlinki, zgodnie z prawdą. Po drugie, dostaliśmy odłamkiem, bo akurat dzień wcześniej była karczemna awantura między Rubio i Muskiem, i sekretarz, który wie, kto jest ważniejszy dla Trumpa, postanowił trochę mu się podlizać i dlatego zaatakował Radka.

– Po tej wymianie zdań Kellogg dzwonił do Radka, żeby porozmawiać o negocjacjach w Arabii Saudyjskiej, i nie było o tym w ogóle mowy – opowiada nam osoba znająca kulisy kontaktów szefa polskiej dyplomacji z Amerykanami. – Oni zupełnie inaczej oceniają ruchy w dyplomacji, niż to się odbywa na naszym podwórku. Panowie "dali sobie po razie" i idziemy dalej. Po prostu już wiedzą, że Radek nie będzie biernie stać i przyjmować ciosów. Poza tym muszą się z nim liczyć, bo niezależnie od narracji w Polsce jest on bardzo poważnym graczem w Europie. Współpracuje blisko z szefową unijnej dyplomacji Kają Kallas, część rozmów prowadzi jako jej przedstawiciel, ma doskonałe kontakty w Kijowie – wyliczają moi ­rozmówcy.

Polscy dyplomaci nie ukrywają jednak, że o ile są w stanie zdiagnozować, jak ułożyć sobie kontakty z amerykańską administracją, o tyle ktoś taki jak Musk nie mieści im się w głowach. 

onet.pl/Newsweek


Palmer Luckey, założyciel Oculus VR i obecny dyrektor generalny Anduril Industries – firmy specjalizującej się w zaawansowanych technologiach obronnych – podkreśla, że jednym z najpoważniejszych błędów strategicznych Xi Jinpinga była polityka wobec amerykańskich firm technologicznych. Chińska strategia polegała na zapraszaniu amerykańskich gigantów technologicznych na swój rynek, a następnie zmuszaniu ich do transferu technologii, nastepnie kradzieży własności intelektualnej i ostatecznie wypieraniu ich z rynku przez chińskie odpowiedniki. W efekcie takiego podejścia większość Doliny Krzemowej jest dzisiaj nastawiona antychińsko. Apple, które jeszcze trzy, cztery lata temu, montowało w Chinach około 90% swoich urządzeń, wobec zmian politycznych i nastawienia reszty Doliny Krzemowej dywersyfikuje montaż urządzeń. Korzystają na tym Indie: w roku 2024 było tam montowanych około 25% urządzeń Apple (rok 2022 – 6%, 2023 – 13%). W roku 2027 ma to być 50% urządzeń montowanych poza Chinami. Fabryka Tesli w Szanghaju jest oczywiście bardzo istotna dla Muska, jednak jest tylko jedną z wielu; sercem jego biznesów są Stany Zjednoczone (tym bardziej, jeżeli weźmiemy jeszcze pod uwagę jego obecne zaangażowanie polityczne w MAGA).    

Chiński model rozwoju technologicznego opierał się przez lata na trzech filarach: wymuszonym transferze technologii, kradzieży własności intelektualnej oraz systemie joint venture. Rząd w Pekinie stawiał zagranicznym firmom warunek: dostęp do ogromnego chińskiego rynku w zamian za dzielenie się technologią z lokalnymi partnerami. Wraz z utworzeniem „Wielkiego Chińskiego Firewallu” oraz systemowym faworyzowaniem rodzimych przedsiębiorstw (jak Alibaba, Tencent czy Baidu), Chiny stworzyły własny ekosystem technologiczny, izolując go od globalnej konkurencji. Takie podejście przyniosło krótkoterminowe korzyści – ChRL szybko stworzyła własne odpowiedniki zachodnich usług i platform technologicznych – jednak ceną za tę strategię było zniechęcenie do siebie amerykańskich BigTechów, które zostały pozbawione własnego kawałka chińskiego tortu. Tym samym nie mają nic do stracenia, wchodząc w pełnoskalową współpracę z amerykańskim przemysłem zbrojeniowym.

Nowy Projekt Manhattan (w moim przekonaniu już rozpoczęty w USA) polega na wykorzystaniu rozwoju, jaki miał miejsce w ostatnich 25 latach w zastosowaniu krzemu i oprogramowania do zadań militarnych. Jaki wpływ na pole walki będzie miało militarne zastosowanie zaawansowanego software’u, czyli mówiąc o współczesności – uczenia maszynowego? Biorąc pod uwagę niedawno opublikowane przez rząd amerykański „Memorandum on Advancing the United States’ Leadership in Artificial Intelligence”, USA przyjmują, że to ich główny kierunek rozwoju w nadchodzących latach. W dokumencie tym stwierdza się wprost, że przywództwo w dziedzinie sztucznej inteligencji ma fundamentalne znaczenie dla narodowego bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. 

Amerykańska reakcja na chińską politykę technologiczną przyjęła formę bezprecedensowych ograniczeń eksportowych, szczególnie w dziedzinie zaawansowanych chipów i technologii sztucznej inteligencji. Sankcje te ujawniły fundamentalną słabość chińskiego modelu rozwoju, pomimo lat wymuszonych transferów technologii i kopiowania zachodnich rozwiązań, Chiny nadal nie są samowystarczalne w najbardziej krytycznych obszarach technologicznych. 

(...)

USA przewodzą w obszarze oprogramowania i zaawansowanych półprzewodników, lecz oddały znaczącą część tradycyjnej produkcji przemysłowej. Chiny osiągnęły dominację w klasycznej produkcji przemysłowej, ale pozostają uzależnione od zachodnich technologii w obszarach krzemu i zaawansowanego software’u. Ta asymetria tworzy złożony system globalnych współzależności, w którym proste interpretacje potencjału mocarstw tracą na znaczeniu. 

ukladsil.pl

poniedziałek, 24 marca 2025



„Pocisków SAMP/T nigdy nie było za dużo. To kwestia tych systemów. Jesteśmy wdzięczni Włochom, jesteśmy wdzięczni Francji, ponieważ dali to, co mają w służbie. A to są złożone systemy. Są dobre, ale nie możemy powiedzieć, że są odpowiednikiem Patriota – są fajne, zestrzeliwują, ale nie wszystko, co zestrzeliwuje Patriot. Ale jesteśmy wdzięczni za te systemy. Nie chcę mówić, w jakich regionach, ale pomogły i pomagają” - Wołodymyr Zełenski, 15 marzec 2025 roku.

Tak naprawdę, Amerykanie mogą obecnie liczyć na sukces, powołując się jedynie na wysokie oceny, jakie system Patriot otrzymuje od ukraińskich sił zbrojnych. Jak się jednak okazuje, system SAMP/T (jedna bateria) jest również wykorzystywany na Ukrainie i nie odstaje on możliwościami bojowymi od swojego amerykańskiego odpowiednika. Poza tym, że jest go niewątpliwie mniej. Za jego największą wadę uważa się więc zbyt małą ilość pocisków, jaką można było dostarczyć ukraińskim siłom zbrojnym, przez co ich zapas bardzo szybko się wyczerpuje.

Potwierdził to nawet sam ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski. Został on bowiem poproszony o skomentowanie doniesień medialnych, według których Ukrainie praktycznie skończyły się rakiety SAMP/T. Prezydent Zełeński tego nie potwierdził, ujawniając jednak, że dostarczony przez Francuzów i Włochów system sprawdza się w działaniu, chociaż nie przeciwko wszystkim rodzajom celów, jakie zwalcza Patriot. I jest to prawda, ponieważ Ukraińcy otrzymali baterie pierwszych serii z podstawową wersją rakiet Aster-30.

Teraz próbują to wykorzystać Amerykanie wskazując na ograniczenia baterii SAMP/T w czasie walk na Ukrainie (np. w publikacji w „Wall Street Journal”), w tym na brak możliwości zwalczania rakiet balistycznych (np. typu Iskander-M). Nie potwierdzili tego sami Ukraińcy nieoficjalnie potwierdzając, że rakiety Aster-30 sprawdzały się również w odniesieniu do takich celów. Przyznano jednak, że są pewne ograniczenia wynikające z działania radaru kierowania ogniem Arabel.

Problem Amerykanów jest w tym, że konsorcjum EUROSAM oferuje Danii najnowszą wersję systemu SAMP/T, z nowymi pociskami Aster-30 oraz najnowszy radar Ground Fire 300 (lub Leonardo Kronos GMHP - Grand Mobile High Power), zdolny już bez problemu do wykrywania i naprowadzania pocisków przeciwlotniczych na rakiety balistyczne i hipersoniczne. Zestawy europejskie będą więc robiły to samo, co amerykański Patriot. A przy ich kupnie nie trzeba będzie prosić o zgodę amerykańskiego departamentu obrony, Kongresu i również – Donalda Trumpa.

Duńczycy wezmą też na pewno pod uwagę ograniczenia systemu Patriot, jakie zostały wykazane przez Ukraińców. Najważniejszym z nich jest radar kierowania ogniem, który jest sektorowy (mając tylko jedną, nieruchomą antenę ścianową). Oczywiście Amerykanie temu zaradzili wprowadzając radar LTAMDS (Lower Tier Air and Missile Defense Sensor) z trzema nieruchomymi antenami, jednak automatycznie wpłynęło to na zwiększenie jego ceny (i kosztów zakupu samej baterii) oraz mobilność (ze względu na wzrost wagi całej stacji).

I tu pojawia się najważniejszy problem amerykańskiego Patriota. Jest on bowiem prawdopodobnie dwukrotnie droższy od SAMP/T, w tym głównie przez cenę rakiet. Pojedynczy pocisk PAC-3 MSE kosztuje bowiem ponad 6 milionów dolarów, podczas gdy cena rakiety Aster-30 jest szacowana na około 2,9 miliona dolarów. I nawet, gdyby amerykańskie rakiety PAC-3MSE zostały uznane za bardziej wyrafinowane technologicznie od najnowszych pocisków Aster-30, to i tak, w starciu ze stosunkowo prymitywnymi, rosyjskimi środkami napadu powietrznego nie ma to większego znaczenia. W przypadku Federacji Rosyjskiej liczy się bowiem bardziej liczba środków przeciwlotniczych niż ich przygotowanie do zwalczania obiektów nowej generacji, posiadanych zresztą obecnie głównie przez kraje zachodnie.

defence24.pl