piątek, 21 marca 2025



Dr Przybyło zwraca jednak uwagę na istotne ryzyko związane z przeprowadzeniem ewentualnego ataku wyprzedzającego: – Na chwilę przed atakiem przeciwnik jest najbardziej wrażliwy, ponieważ skoncentrował się, jest dobrze widoczny, a jednocześnie musi już dociągnąć składy paliwa i amunicji możliwie blisko przyszłej linii frontu. Mogłoby się jednak okazać, że wyprzedzając atak przeciwnika, pozbawimy się możliwości uruchomienia artykułu 5. NATO. Należy uważać, aby nasz atak wyprzedzający nie został uznany po prostu za akt agresji przeciw drugiemu państwu. Dlatego tego rodzaju decyzja musiałaby zostać podjęta w gronie sojuszników, a sytuacje, w których działania przeciwnika traktujemy jako jednoznaczne przygotowanie do ataku – ściśle określone.

Nawet gdyby Polska rozpoczęła działania wojenne dopiero po naruszeniu jej granic przez wrogie państwo, systemy HIMARS (kontrakt wart 655 mln dol.), Chunmoo i JASSM pozwoliłyby zaatakować przeciwnika daleko za linią frontu. – Po to je kupiliśmy – przyznaje dr Przybyło.

(...)

Jak już wspomnieliśmy wcześniej, Tarcza Wschód nie będzie linią bunkrów w rodzaju Linii Maginota czy Wału Pomorskiego.

– Myślę, że sensowniejszym rozwiązaniem jest przygotowanie odpowiedniego sprzętu i wiedza, jak i gdzie go rozlokować w odpowiednim momencie. Tak jak przy budowie dróg i mostów, również w wojskowości wiele rzeczy da się przygotować w formie gotowych do złożenia i rozmieszczenia prefabrykatów. Te prefabrykaty i sprzęt trzeba trzymać w miejscu, które pozwala na ich szybkie rozlokowanie. Natomiast budowa trwałego ciągu bunkrów dziś oznaczałaby przede wszystkim przedwczesne zdradzenie naszych pozycji – wyjaśnia dr Przybyło.

(...)

– „Tarcza” ma za zadanie takie przygotowanie terenu, aby ten teren grał po naszej stronie, a jednocześnie, aby był dużym utrudnieniem dla przeciwnika. Wiadomo, że ciężki sprzęt przez bagno nie przejedzie. Trzeba się z nim przeprawiać przez rowy, używać specjalistycznego sprzętu, mobilnych mostów itd. To utrudnia, spowalnia, a w efekcie daje szanse Siłom Zbrojnym RP i sojusznikom na to, żeby zareagować — mówi dr Przybyło i dodaje: — Nasi żołnierze muszą pojechać w teren, zrobić plany tego, w jaki sposób tę naturalną „tarczę” przystosować, czyli co zabagnić, co przekopać, co zabezpieczyć, co wysadzić, ale tak, żeby jednocześnie wiedzieć, jak w razie konfliktu mają się przemieszczać nasze wojska. W sytuacji, gdy teren jest trudny do spenetrowania dla wroga, jest on zmuszony przemieszczać się drogami. Natomiast wtedy jego oddziały stają się łatwym łupem dla obrońcy.

(...)

Wystrzeliwanych z posiadanych również przez Polskę wyrzutni HIMARS pocisków ATACMS w wersji kasetowej (M39) – z których każdy zawiera ok. tysiąca mniejszych bomb wielkości granatu – ukraińska armia skutecznie używa w atakach na rosyjskie cele i w obronie przed rosyjskimi natarciami. Stosowania amunicji kasetowej zakazuje konwencja dublińska z 2008 roku, którą ratyfikowało 111 państw na świecie. Wśród tych państw nie ma Polski (ani Rosji, Ukrainy czy USA) – jest jednak Francja, która od czasu konferencji w Dublinie nie dostarcza jednak Polsce silników rakietowych niezbędnych do produkcji tego rodzaju amunicji. To zatrzymało produkcję polskich artyleryjskich „kaset”. Polska zachowała jednak w arsenałach zapasy pocisków kasetowych kalibru 122 mm do wyrzutni Grad i Langusta (w 2024 r. pojawiła się informacja, jakoby Ukraińcy mieli zaatakować takim polskim pociskiem cel w okolicy Biełgorodu na terenie Rosji). Kasetowe bomby lotnicze dla wycofywanych już ze służby bombowców Su-22 produkowały również zakłady Dezmet należące do grupy Bumar.

Zdaniem Przybyły do tematu produkcji pocisków kasetowych dla artylerii należy jednak wrócić. – To, jak od 2008 r. zmieniła się sytuacja geopolityczna, pozwala przypuszczać, że nasi sojusznicy mogliby zmienić podejście do produkcji amunicji kasetowej w Polsce – stwierdza ekspert.

forbes.pl


Jewgienij Popow, wpływowy prezenter programu "60 minut", był wręcz zdumiony przebiegiem negocjacji.

— Trump wykonuje naszą pracę. Tak naprawdę chcieliśmy podzielić Zachód. Teraz on postanowił zrobić to za nas — powiedział.

Gość Popowa, Oleg Morozow, członek parlamentu bliski Putinowi, cieszył się, że w polityce "czasami przekraczane są nawet najbardziej absurdalne nadzieje".

Jednym z najważniejszych głosów w moskiewskim cyrku medialnym jest Władimir Sołowjow, prezenter wieczornego programu w rosyjskiej telewizji państwowej.

— Nie położymy się jak Ukraińcy i nie rozłożymy bezbronnie nóg — perorował Sołowjow, chwaląc Putina za to, że nie zgodził się na amerykańsko-ukraińską propozycję zawieszenia broni.

— Maski opadły — mówił Sołowjow po niedawnej rozmowie telefonicznej między Putinem i Trumpem. Jego zdaniem negocjacje są teraz tylko początkiem znacznie większej, być może nawet militarnej współpracy między Rosją a USA.

Z drugiej strony Sołowjow chce zobaczyć, jak płoną Europejczycy, których rosyjscy opiniotwórcy konsekwentnie nazywają "partią wojenną". Berlin, Paryż, Londyn: rosyjska armia zajmie je wszystkie. Według Sołowjowa przyszły kanclerz Niemiec Friedrich Merz powinien zostać "wbity na pal" lub zniszczony pociskiem naddźwiękowym.

Gość Sołowjowa, Andriej Ługowoj, rosyjski deputowany do parlamentu, podsumował ostatnią rundę negocjacji stwierdzeniem, że Rosja "zdecydowanie wygrała nową edycję zimnej wojny".

Inny deputowany, Andriej Kartapołow, powiedział w państwowym programie telewizyjnym "60 minut" w odniesieniu do wyników dotychczasowych negocjacji: "tylko wielcy ludzie mogą poradzić sobie z wielkimi sytuacjami. Teraz jest to wyraźnie widoczne".

— Wyniki negocjacji są interpretowane w Rosji jako manewr geopolityczny, który doprowadzi do maksymalnych korzyści dla Rosji dzięki Putinowi — mówi Gulnaz Partschefeld w rozmowie z portalem Blick. Rosyjska ekspertka przez lata pracowała jako prezenterka wiadomości w telewizji państwowej w Rosji, a obecnie wykłada historię kultury rosyjskiej na Uniwersytecie St. Gallen w Szwajcarii.

— Szybka zgoda Ukrainy na zawieszenie broni Trumpa jest przedstawiana jako oznaka słabości, podczas gdy wahanie Rosji próbuje się odmalować jako "taktyczne wyrafinowanie" — wyjaśnia Partschefeld. Podstawowym celem machiny propagandowej Kremla jest wzmocnienie wizerunku rosyjskiego przywództwa.

onet.pl/Blick


Komunistyczna Partia Chin (KPCh) wydaje się wzmacniać narracje Kremla i dawać wiarygodność niektórym żądaniom Kremla. Prowadzona przez KPCh anglojęzyczna gazeta China Daily stwierdziła w artykule redakcyjnym opublikowanym 19 marca, że ​​niechęć Zachodu do wstrzymania wszelkiego wsparcia wojskowego i wywiadowczego dla Ukrainy w odpowiedzi na żądanie Putina z 18 marca „skomplikowała drogę do pokoju”. W artykule redakcyjnym stwierdzono, że „żaden kraj nie powinien budować swojego bezpieczeństwa na niepewności innego kraju”. Kreml poinformował, że Putin zażądał, aby Zachód zaprzestał wszelkiej pomocy wojskowej i wymiany informacji wywiadowczych z Ukrainą jako „kluczowego warunku” pracy nad zakończeniem wojny podczas swojej rozmowy telefonicznej z Trumpem 18 marca. Putin wysunął podobne żądania wobec Ukrainy, aby odrzuciła zagraniczną pomoc wojskową i zrezygnowała z aspiracji do przystąpienia do zewnętrznego bloku bezpieczeństwa — szczególnie NATO — od początku wojny, a artykuł redakcyjny China Daily wydaje się przynajmniej częściowo uzasadniać długotrwałe żądanie Putina, aby Zachód zaprzestał wszelkiej pomocy wojskowej dla Ukrainy.

Urzędnicy Kremla pracują również nad zaostrzeniem napięcia między Stanami Zjednoczonymi a ich europejskimi sojusznikami, aby złamać zachodnie wsparcie dla Ukrainy i podważyć sojusz NATO. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził 20 marca, że ​​„plany militaryzacji” Europy są „wyraźnie sprzeczne” z wysiłkami Putina i Trumpa na rzecz pokoju na Ukrainie i że Europa stała się „stroną wojny”. Rzecznik rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MFA) Maria Zacharowa stwierdziła 7 marca, że ​​Europa jest „zmilitaryzowanym związkiem”, który „celowo podsyca” eskalację między Zachodem a Rosją. Stały Przedstawiciel Rosji przy Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) Wasilij Niebienzja i minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow również niedawno określili kraje europejskie (w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych) jako agresywne wobec Rosji, co wskazuje na nowe wysiłki Kremla mające na celu wbicie klina między Stany Zjednoczone a Europę.

(...)

Rzeczniczka Departamentu Stanu USA Tammy Bruce potępiła 19 marca zaangażowanie Korei Północnej w wojnę Rosji z Ukrainą i wyraziła zaniepokojenie rosyjskim wsparciem dla Korei Północnej. Bruce podkreśliła, że ​​współpraca wojskowa Korei Północnej z Rosją, w tym rozmieszczenie wojsk, podsyca i zaostrza wojnę na Ukrainie. Bruce podkreśliła, że ​​zarówno Rosja, jak i Korea Północna ponoszą odpowiedzialność za kontynuowanie wojny na Ukrainie i wezwała do zakończenia wsparcia wojskowego przez obie strony. Korea Północna dostarczyła Rosji pociski balistyczne Kn-23, pociski artyleryjskie i personel w ramach trwających wysiłków na rzecz wsparcia wojny Rosji z Ukrainą. Ukraińscy i inni zachodni urzędnicy zauważyli wcześniej, że zaangażowanie Korei Północnej w ofensywne działania Rosji w obwodzie kurskim i szersza współpraca z Rosją szczególnie wzmocniły zdolności militarne Korei Północnej, co może stwarzać zagrożenia dla bezpieczeństwa w regionie Azji i Pacyfiku. 

Sojusznicy Ukrainy nadal zapewniają Ukrainie finansową i materialną pomoc wojskową, w tym środki z zamrożonych rosyjskich aktywów w Europie. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosił 20 marca, że ​​Ukraina niedawno otrzymała „kilka” dodatkowych samolotów F-16 od nieokreślonych partnerów. Komisja Europejska ogłosiła 20 marca, że ​​jej wyjątkowy program pożyczek makrofinansowych (MFA) przyznał Ukrainie drugą transzę środków z przychodów wygenerowanych z wpływów z zamrożonych rosyjskich aktywów o wartości jednego miliarda euro (około 1,08 miliarda dolarów). Pożyczka jest częścią inicjatywy pożyczek nadzwyczajnego przyspieszenia przychodów (ERA) kierowanej przez G7, która planuje zapewnić Ukrainie 45 miliardów euro (około 48,8 miliarda dolarów) wsparcia finansowego.

understandingwar.org


Od przejęcia władzy dwa miesiące temu Donald Trump podjął błyskawiczną kampanię na rzecz poszerzenia swojej władzy, jak tylko to możliwe. Przygotowania do tego od lat prowadził Russell T. Vought, szef za pierwszej i drugiej kadencji Trumpa urzędu ds. budżetu Białego Domu. Ukuł on teorię, zgodnie z którą wszystkie aspekty władzy wykonawczej powinny podlegać prezydentowi. Nie ma w tej wizji miejsca na niezależne instytucje.

Jednym z aspektów tej kampanii jest bezprecedensowa liczba postanowień wykonawczych, jaką podpisał Trump w ciągu dwóch pierwszych miesięcy na urzędzie. Innym jest wspomniany szeroki plan cięć budżetowych podjęty pod kierunkiem Muska. Ma on doprowadzić do znaczących oszczędności w budżecie państwa. I choć sprawy finansowe leżą raczej w gestii Kongresu, to zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie większość ma Partia Republikańska, która stała się zasadniczo powolnym narzędziem w rękach Trumpa.

„Jeszcze nie było prezydenta, który starał się w sposób systematyczny przejąć kompetencje władzy ustawodawczej i sądowniczej, i to w tak krótkim okresie po przejęciu władzy” – uważa cytowany przez „New York Times” profesor prawa na waszyngtońskim uniwersytecie Georgetown Stephen Vladeck. 

W tym przedsięwzięciu walka prezydenta z wymiarem sprawiedliwości ma jednak znaczenie szczególne. Jeśli się powiedzie, cały system rządów prawa, na którym opiera się Ameryka, runie. Trump, skazany przestępca, atakował sędziów od lat 70. XX w., kiedy wątpliwymi sposobami budował swoje imperium nieruchomościowe w Nowym Jorku. Tych sędziów, którzy wydali korzystne dla niego wyroki, chwalił. A tych, którzy śmieli się mu sprzeciwić, obrażał, często sięgając do niewybrednych epitetów.

Teraz przyłączyli się do tej kampanii jego najbliżsi współpracownicy, którzy choć w przeszłości ostro krytykowali Trumpa, to teraz w imię kariery schowali do kieszeni swoje poglądy. – Sędziowie nie mają prawa kontrolować prawomocnej władzy wykonawczej – orzekł wiceprezydent J.D. Vance, (...). – Nie obchodzi mnie, co sądzą sędziowie! Nie obchodzi mnie, co sądzi lewica! – nie owija w bawełnę pełnomocnik Trumpa ds. uszczelnienia granicy Tom Homan. 

Prezydent nie tylko stara się ignorować orzeczenia sędziów, ale także usunąć tych, którzy mu podpadli. Przedmiotem jego ataku stał się właśnie James E. Boasberg.

„Ten sędzia, podobnie jak wielu skorumpowanych sędziów, przed którymi musiałem stanąć, powinien zostać odsunięty! Ten sędzia, lunatyk i zwolennik radykalnej lewicy, jest agitatorem i mąciwodą, który niestety został mianowany przez Baracka Husseina Obamę, a nie wybrany jak ja prezydentem – i to ogromną większością głosów” – napisał Trump w mediach społecznościowych. 

Rzecz rzadka w Ameryce: otwarcie sprzeciwił mu się Roberts. – Od przeszło dwóch wieków uważa się, że odsunięcie sędziego nie jest właściwą odpowiedzią na sprzeciw wobec wyroku prawnego. Do tego służy normalny proces odwoławczy – uznał przewodniczący Sądu Najwyższego. 

rp.pl


Trwająca wojna pogłębia konsolidację władzy w kraju w ręku prezydenta i jego biura. Kolejne zmiany w rządzie – do największej doszło we wrześniu ub.r. – nie tylko jeszcze bardziej wzmacniały środowisko prezydenckie, ale miały też na celu uciszanie krytyki i hamowanie spadku zaufania do obozu rządzącego. To w Biurze Prezydenta (BP), kierowanym przez Andrija Jermaka, kreowana jest polityka państwa i to tam zapadają najważniejsze decyzje, zwłaszcza odnoszące się do polityki zagranicznej. Gabinet Ministrów z premierem Denysem Szmyhalem na czele podporządkowany jest de facto ośrodkowi prezydenckiemu i odpowiada przede wszystkim za sprawne wykonywanie poleceń prezydenta. Ponad połowa Ukraińców uważa jednak, że przedstawiciele BP przekraczają swoje uprawnienia, a ich wpływ na parlament, rząd, sądy, organy ścigania i instytucje antykorupcyjne jest nadmierny.

Środowisko prezydenta teoretycznie kontroluje również parlament – za pośrednictwem rządzącej partii Sługa Ludu. W praktyce, chociaż ma ona większość, w ostatnich miesiącach pogarsza się dyscyplina pracy i frekwencja w głosowaniach jej deputowanych. Ugrupowanie to jest ponadto mocno podzielone, a część parlamentarzystów odeszła. W Radzie Najwyższej od lutego 2022 r. funkcjonuje nieoficjalna ponadpartyjna „koalicja wojenna”, która popiera najważniejsze decyzje odnoszące się do obrony i integracji europejskiej. Przeważnie nie ma ona problemów w uzyskiwaniu głosów potrzebnych do uchwalenia najważniejszych dla państwa ustaw, choć oznacza to konieczność zawierania porozumień międzyfrakcyjnych. Pozycja Rady w obecnej sytuacji jest jednak marginalizowana, a jej rola ogranicza się często do akceptacji decyzji środowiska prezydenckiego. 

Prezydent Wołodymyr Zełenski cieszy się wysokim poparciem, które wyraźnie wzrosło po jego scysji z Donaldem Trumpem i obecnie sięga ponad 67%. Na poziom zaufania do prezydenta wpływa przekonanie Ukraińców, że sytuacja w Białym Domu była atakiem na Ukrainę jako na państwo, nie na osobę Zełenskiego. Do tego momentu zaufanie do prezydenta systematycznie spadało, jednak wciąż było znacznie wyższe niż do innych polityków.

pism.pl

czwartek, 20 marca 2025



- Nie wiem, dlaczego wokół minerałów zrobiono tyle szumu. ZSRR miał dobrych geologów i zbadali cały kraj włącznie z Ukrainą. Rosja wie, jakie tam są surowce, ale nikt tego nie próbował wydobywać, bo jest to za drogie. Inwestowanie miliardów dolarów w kopalnie między dwoma armiami nie ma żadnego sensu, dopóki nie będzie trwałego pokoju - uważa prof. Władysław Mielczarski z Zakładu Sieci Elektroenergetycznych Politechniki Łódzkiej.

Jego zdaniem "Trumpowi i amerykańskiemu biznesowi nie są potrzebne ukraińskie elektrownie, które są przestarzałe i na bazie rosyjskiej technologii". Sami mają problemy na tym polu.

- USA nie budują obecnie elektrowni jądrowych. Ostatnie dwa bloki Vogtle 3 i 4 (w stanie Georgia - przyp. red.) oddano z dużymi kłopotami - po terminie i ze znacznie przekroczonym budżetem. Westinghouse, który był najlepszą na świecie firmą w energetyce jądrowej, zbankrutował w 2017 r. i sprzedał technologię do Chin. Amerykanie chcą dostarczać paliwo Ukraińcom, ale sami kupują paliwo do własnych elektrowni za granicą, więc może to być tylko rodzaj pośrednictwa - zaznacza prof. Mielczarski.

Ekspert nie wierzy w to, że USA mogłyby w krótkim czasie przejąć rosyjskie wpływy w ukraińskiej branży.

USA kupują paliwo jądrowe z Rosji i np. w 2022 r. wydali na ten zakup 1,3 mld dol. - przypomina.

Dlatego propozycję Trumpa traktuje jako bezzasadną.

Departament Energii Stanów Zjednoczonych podawał w 2024 r., że Rosja posiada ok. 44 proc. światowej zdolności wzbogacania uranu i dostarcza około 35 proc. importowanego przez USA paliwa jądrowego. W ubiegłym roku Joe Biden zakazał importu wzbogaconego uranu z Rosji.

Westinghouse zbankrutował, bo nie miał zamówień na budowę nowych reaktorów. Amerykanie już pod koniec lat 80. rezygnowali z atomu, bo była to i jest nadal zbyt kosztowana technologia, a opracowana przez nich technologia AP1000 została sprzedana do Chin. Dziś Amerykanie nie są dostawcą reaktorów dla elektrowni jądrowych. A ukraińskie reaktory zostały wybudowane w technologii, jaką ma Rosja i ich remonty wymagają dostawy części w rosyjskich technologiach - kontynuuje prof. Mielczarski.

(...)

Dlaczego Putin miałby oddać Trumpowi tak łakomy kąsek jak elektrownia w Zaporożu? Szczególnie gdy - jak zwraca uwagę Andrian Prokip, ekspert ds. energii z Kennan Institute w Waszyngtonie - Ukraina desperacko potrzebuje elektrowni, aby złagodzić niedobory energii spowodowane rosyjskimi atakami na obiekty elektryczne? Putin od początku wojny stosuje terror energetyczny wobec Kijowa.

- Elektrownia w 2021 r. zaspokajała prawie 25 proc. ukraińskiego zapotrzebowania na energię elektryczną - powiedział Prokip w rozmowie z "NYT". Jego zdaniem Kreml nie odda zaporoskiej elektrowni za darmo. Może być ona kartą przetargową do zniesienia części zachodnich sankcji.

(...)

- Intencją Trumpa jest wyciągnięcie z Ukrainy maksymalnych zysków gospodarczych. Gra toczy się o to, kto pierwszy będzie winny załamania się procesu pokojowego. Chyba że USA naprawdę wierzą w zamrożenie konfliktu, wtedy nurt kolonializmu będzie się nasilać, aż zorientują się, jakie są realia - ocenia prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski z Uniwersytetu Łódzkiego, powołany przez Andrzeja Dudę członek Narodowej Rady Rozwoju ds. Bezpieczeństwa i Obronności.

- Bo Rosjanie pokoju nie chcą, a nie da się nic eksplorować pod latającymi bombami. Chyba że prawdziwy cel USA jest inny - próba izolowania Iranu od Rosji i wtedy Waszyngton byłby w stanie zapłacić pewną cenę w Ukrainie. I gra z Rosją nadal będzie trwać - dodaje.

money.pl


Zwykle tzw. kryzys kubański wskazuje się jako ten moment w historii świata kiedy wybuch wojny jądrowej był relatywnie największy. Kluczowym jest tu wydarzenie z 27 października 1962 r. Kiedy amerykańskie niszczyciele wykryły radziecki okręt podwodny B-59 i zaczęły go bombardować ładunkami głębinowymi, próbując zmusić do wynurzenia. Załoga B-59, znajdująca się na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej, była przekonana, że wojna już się rozpoczęła. Kapitan okrętu i oficer polityczny zdecydowali się na odpalenie torpedy z głowicą nuklearną. Przyjąć należy, że atak tego rodzaju, niemal na pewno wywołałby pełnoskalową wojnę nuklearną. Trudno wyobrazić sobie żeby USA pozostawiły tego rodzaju akt, dokonany w tej konkretnej przestrzeni geograficznej, bez odpowiedzi.

Do odpalenia torpedy jednak doszło. Wiedzieć należy, że w świetle ówczesnych sowieckich procedur decyzja o użyciu broni jądrowej wymagała jednomyślności trzech oficerów. Trzecim, jak się okazało kluczowym, był kmdr Wasilij Archipow. W atmosferze napięcia, stresu i dezorientacji podjął decyzję sprzeczną z większością, czyli powstrzymał atak. Nie miał pełnej wiedzy, ale instynktownie czuł, że nie można odpalić broni nuklearnej tylko na podstawie tych szczupłych danych, które są w jego posiadaniu. Trudno postawić się w roli Archipow i zrekonstruować to co czuł: strach, odpowiedzialność, obowiązek? W 2002 r. Thomas Blanton (dyrektor Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego USA) powiedział „Wasilij Archipow uratował świat”. Uratował.  

gazetamorska.pl

środa, 19 marca 2025



Prezydent Rosji Władimir Putin nie przyjął amerykańsko-ukraińskiej propozycji tymczasowego zawieszenia broni na linii frontu i powtórzył swoje żądania rozwiązania wojny, które jest równoznaczne z kapitulacją Ukrainy. Putin i prezydent USA Donald Trump odbyli rozmowę telefoniczną 18 marca. Oficjalne odczytanie rozmowy przez Kreml stwierdziło, że Putin podkreślił potrzebę zajęcia się „głównymi przyczynami” wojny. Rosyjscy urzędnicy wielokrotnie definiowali te główne przyczyny jako ekspansję NATO na wschód i rzekome naruszenia przez Ukrainę praw rosyjskojęzycznych mniejszości na Ukrainie. Wezwania rosyjskich urzędników do wyeliminowania tych „głównych przyczyn” są równoznaczne z rosyjskimi żądaniami trwałej neutralności Ukrainy i zainstalowania prorosyjskiego rządu w Kijowie.

Putin zażądał 18 marca, aby Ukraina zaprzestała mobilizacji (tj. rekrutacji i szkolenia) sił podczas potencjalnego tymczasowego zawieszenia broni. Putin wezwał również do zaprzestania wszelkiej zagranicznej pomocy wojskowej i wymiany informacji wywiadowczych z Ukrainą, ale nie wspomniał o wsparciu wojskowym Rosji ze strony Korei Północnej, Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) i Iranu. Putin twierdził, że Rosja i Stany Zjednoczone powinny kontynuować wysiłki na rzecz pokojowego rozwiązania w „trybie dwustronnym”, wykluczając Ukrainę lub Europę z przyszłych negocjacji dotyczących wojny na Ukrainie. Żądania Putina z 18 marca są zbieżne z żądaniami, które przedstawił 13 marca.

understandingwar.org


Z tego wynikają dwa wnioski.

Pierwszy, nieoczywisty, jest taki, że co prawda tu i teraz Moskwa wcale nie chce kończyć wojny, ale zarazem przedwczesne byłoby stwierdzenie, że rozmowy z Moskwą nie mają szans powodzenia.

Rosjanie mają pewną cechę, która zasadniczo utrudnia odczytywanie ich intencji. Niezależnie od tego, czy dążą do eskalacji, czy też do porozumienia, zawsze stosują tylko jedną metodę negocjacji, którą jest eskalacja żądań.

Mają też tendencję do przelicytowywania i windowania swoich oczekiwań do takiego poziomu, że nawet gdy chcą się w perspektywie porozumieć, często staje się to niemożliwe. Jako że nie znamy dokładnego przebiegu rozmowy prezydentów, należy stwierdzić więc, że jakkolwiek ta runda rozmów zakończyła się porażką, to zarazem nie należy tych rozmów jeszcze skreślać.

Drugi wniosek dotyczy roli Europy. Zarówno Rosjanie, jak i niestety również Amerykanie z lubością upokarzali w ostatnim okresie państwa naszego kontynentu, sugerując, że w sprawie Ukrainy, Moskwa porozumie się z Waszyngtonem, nawet nie pytając Europy o zdanie. Rzecz w tym, że warunek Moskwy, którym było zaprzestanie dostaw broni dla Ukrainy, nie jest z bardzo prostego powodu czymś, co Waszyngton mógł Moskwie dać. USA nie są bowiem w stanie zakazać Ukrainie przyjmowania, a Polsce, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemcom, Szwecji, Danii i innym państwom wysyłania broni i amunicji. Liczni polscy komentatorzy, którzy świadomie lub nie stali się w ostatnim czasie pudłami rezonansowymi rosyjskiej propagandy i którzy z lubością powtarzali tezy o tym, że Europa nie ma żadnego znaczenia, dostali właśnie dowód tego, że Europę można – owszem – próbować obrażać, ale nie da się jej ignorować.

Paradoks sytuacji polega na tym, że rosyjskie marzenie, którym było porozumienie z Waszyngtonem ponad głowami zarówno Ukraińców, jak i natowskich sojuszników Stanów Zjednoczonych w Europie, stało się niemożliwe do osiągnięcia dzięki samym Rosjanom. Wysuwając bowiem żądania, których Waszyngton, nawet zakładając jego pogardę, arogancję i butę w stosunku do Europy, nie jest w stanie spełnić, Rosjanie zrobili właśnie dokładnie to, co im się regularnie zdarza. Przelicytowali. /liczą na opór w UE - reg./

onet.pl

wtorek, 18 marca 2025



Grzegorz Sroczyński: Co robi Trump?

Krzysztof Wojczal: Próbuje przetestować Władimira Putina, czy jest gotowy do zawarcia jakiegokolwiek pokoju i do współpracy ze Stanami, żeby Ameryka mogła skupić się na Chinach. Taki jest jego pomysł, w każdym razie tak to odczytuję i uważam, że odpowiedź na pytanie Trumpa brzmi "nie". Putin nie jest gotowy na rozmowy pokojowe uczciwe i trwałe, ale prezydent USA ma prawo tę opcję eksplorować. Żeby przetestować intencje Putina, trzeba otworzyć z nim kanały komunikacyjne, wyjść z sercem na dłoni, bo jak zacznie się od kija i nazywania go zbrodniarzem wojennym, to do żadnych negocjacji nie dojdzie. Stąd te wszystkie umizgi, które w Polsce i Europie budzą zgrozę.

A po co Trumpowi było to wygrażanie Ukrainie? Gnębienie Zełenskiego? Musiał?

Zełenski pojawił się w Gabinecie Owalnym i całkowicie podważył sensowność tego planu. Powiedział przy kamerach: wasze rozmowy skończą się fiaskiem, Putin was oszuka, tak jak oszukiwał was po 2014 roku, czy za Obamy, czy za pierwszego Trumpa, czy za Bidena. Zełenski stąpał po cienkim lodzie, bo mówił w zasadzie Trumpowi wprost: jesteś frajerem, że jeszcze raz próbujesz, Putin wszelkie ustalenia już 50 razy złamał.

No ale to jest prawda.

Tak. Tylko można to mówić w zamkniętym gabinecie, a nie przy dziennikarzach. I jeszcze Zełenski zaznaczył: nie oddamy żadnego terytorium, nie będziemy tego negocjować, a w ogóle Putin ma zapłacić za całą tę wojnę. Z takim stanowiskiem Zełenskiego Trump nie mógł otwierać kanałów komunikacyjnych z Putinem, bo zostałby wyśmiany. Usłyszałby od niego: "Zełenski powiedział ci publicznie przy kamerach, że na nic się nie zgadza, więc po co ja mam siadać do stołu?". Jest moralna racja, ale jest też dyplomacja. Zełenski miał przyjechać, podpisać umowę o surowcach, czyli zakotwiczyć interesy amerykańskie w Ukrainie. Ta umowa jest kluczem, żeby sprawy mogły ruszyć dalej.

Dlaczego? Chodzi o ropę, gaz, tytan, beryl i lit?

Chodzi o to, żeby mieć tę umowę w ręku. Trump jej bardzo potrzebuje, żeby mieć pole manewru. W Europie słychać moralizatorskie okrzyki: kolonializm, skandal, Trump wyciska pieniądze z ofiary rosyjskiej agresji! A on to musi mieć i tyle.

Po co?

Po pierwsze na użytek wewnętrzny, bo umowa surowcowa ma pokazać elektoratowi, że Trump znowu jest wielkim "dealmakerem". Flagowy jego postulat brzmiał: doprowadzę do tego, że Amerykanom pomaganie Ukrainie będzie się opłacać, a was - szanowni podatnicy amerykańscy - nie będzie już Zełenski doił. Cały świat nas tylko doi, a tymczasem nasze miasta się sypią itd. Przecież znamy narrację Trumpa. Lud MAGA - wyborcy Trumpa - chcą, żeby politycy zajęli się Ameryką, tymi sypiącymi się miastami, a nie Ukrainą i naprawianiem świata. Trump musi więc mieć podkładkę: "Zobaczcie, Zełenski wyciągał za każdą wizytą po 60 mld dolarów od Bidena z waszych podatków, a jak do mnie przyjeżdża, to robię z nim piękne deale i Ukraina wszystko zwróci, możemy nadal ją wspierać, nadal jej wysyłać broń, bo na tym zarobimy!".

Aha. Czyli Zełenski ma dać Trumpowi dokument, którym ten będzie machał elektoratowi?

No tak. Demokracja. Wyborcy w USA są niezadowoleni z tego, jak wygląda ich kraj, nastroje izolacjonistyczne są tam powszechne, Trump tego nie wymyślił, tylko te nastroje najlepiej wyczuł i wykorzystał. Jeśli wojna dalej będzie trwała, ten kwit pozwoli wytłumaczyć elektoratowi, dlaczego dalej wydajemy pieniądze na wspieranie Ukrainy.

Umowa surowcowa jest też potrzeba Trumpowi do rozmów z Putinem. Bo Trump mu zakomunikuje mniej więcej to, co zapowiadał: "Albo się, Putinie, zgodzisz na jakiś pokój i kompromis, albo ja zaleję Ukrainę taką ilością sprzętu, że nie udźwigną". To są słowa Trumpa. Putin na to może powiedzieć: "Ty chcesz finansować Ukraińców do końca, na przykład przez 10 lat? Opłaca ci się? Będziesz tam topił pieniądze?". Wtedy Trump ma umowę jako podkładkę: "Oto super kontrakt na surowce, więc ja na tym zarabiam. Im dłużej będziesz z Ukrainą walczył, tym więcej zarobię". Trump musi udowodnić Putinowi, że mu się opłaca wspieranie Ukrainy. Że to czysty biznes. I to jest język, który Putin rozumie, bo też ma podejście biznesowe i czysto cyniczne. Innymi słowy, ta umowa to lewar w negocjacjach pokojowych, bo inaczej Putin wszystko podważy: "No to ile ty wydasz? Sto miliardów włożysz znów w Ukrainę? I twoi wyborcy z MAGA to kupią?".

Czyli nie szaleństwo, tylko strategia negocjacyjna, i to niegłupia?

Strategia może niegłupia, ale cel nierealny. Zawarcie pokoju, i to jeszcze takiego, żeby Putin pomógł Ameryce w sporach z Chinami, to mrzonka. Ale - powtórzę - jeśli Trump chce to przetestować, jego prawo.

A te europejskie i polskie lęki, że Trump w trakcie negocjacji nas sprzeda, podzieli z Putinem na nowo strefy wpływów, cofnie NATO do granic z czasów ZSRR, jak chciałby Putin - zasadne?

Zastanówmy się, jaki jest cel tej wojny dla nas, dla Zachodu. Bo Ukraińcy mogą oczywiście mówić, że "pełne zwycięstwo", "odbicie terytoriów sprzed 2014 roku", ale wiemy, że to się nie wydarzy. Trzeba by odbić te terytoria fizycznie, wieś po wsi, miasto po mieście, a Ukraińcy nie są do tego zdolni. Więc jaki jest nasz cel maksymalny, ale jednak realny? Moim zdaniem taki: okrojona Ukraina, ale niepodległa, niezależna i najlepiej, żeby weszła do NATO. Bo wtedy ma realne gwarancje. Z kolei cel strategiczny Putina to zajęcie całej Ukrainy, bo kawałek w ogóle go nie urządza, nic mu to nie daje z perspektywy geopolitycznej. Więc jeśli zawrzemy pokój, w którym Ukraina pozostaje niepodległa, to osiągniemy cel? Osiągniemy. W zasadzie jakikolwiek podpiszesz dzisiaj pokój z Putinem, to będzie jego klęska, a twoje zwycięstwo.

Trump i tak nie odda mu całej Ukrainy, przecież to nielogiczne, abstrakcyjne, o tym nikt nie mówi, to byłaby klęska Trumpa, ruchu MAGA i całego jego pomysłu na spuściznę. W dodatku jakby Ukraińcy usłyszeli, że ktoś w ich imieniu kapituluje, to powiedzą: nic z tego, walczymy do końca. Tak samo Unia Europejska może powiedzieć: "Słuchaj, Trumpie, ten twój deal z Putinem jest w ogóle nieakceptowalny, my będziemy dalej wspierać Ukrainę i trzymać sankcje na Rosję". Przecież Europa trzyma jedne z cięższych sankcji, bez ich zdjęcia Rosjanie nie będą zadowoleni, oni takiego pokoju też nie zaakceptują, więc jeśli Unia i Ukraina mogą wetować złe rozwiązania dla Ukrainy, to pole manewru Trumpa jest tak naprawdę zawężone.

Czyli nie bać się, że w trakcie rozmów Trump-Putin będzie jakaś "druga Jałta"?

Trump może dać Putinowi tylko tyle, ile już Putin sam sobie wziął. Nie może dać wiele więcej. Co Trump może negocjować? Tylko to, co i tak nas urządza: niepodległa Ukraina okrojona o część terytorium. Podejmowanie rozmów z Putinem nie jest dziś obarczone wielkim ryzykiem, w najgorszym wypadku podpisany pokój byłby nietrwały. Ale wtedy zyskalibyśmy na czasie. Europa nie jest gotowa w tej chwili do samodzielnego odstraszania Rosji, potrzebuje czasu na zbrojenia, od nas będzie też zależało, czy przygotujemy Ukrainę na trzecie uderzenie Rosji, więc zyskanie czasu może być nawet korzystne. Pokój - choćby udawany i nietrwały - to nie byłaby wcale jakaś straszna sytuacja. Zresztą odwróćmy na chwilę to pytanie: jaka jest alternatywa, co się stanie, jeśli sytuacja się nie zmieni, wojna będzie trwać na takich samych zasadach, jak trwa teraz?

I?

Wtedy idziemy tylko w jedną stronę: Rosjanie będą walczyć do końca i rozwiązaniem tej sytuacji będzie klęska Ukrainy, bo Ukraina nie jest silniejszym państwem niż Federacja Rosyjska. Po prostu. No wiec jeśli mamy taką alternatywę, to może warto przetestować rozwiązania pokojowe, zobaczyć, czy się uda, czy się nie uda, na ile Putin da się oszukać, a na ile będzie chciał nas oszukać. Oczywiście trzeba to robić przy jednoczesnym wspieraniu Ukrainy, to bardzo istotne. I zresztą Trump pełną pomoc już odblokował, broń i sprzęt płyną do Ukrainy jak wcześniej.

Tak naprawdę nie ma alternatywy dla prób pokojowych Trumpa. Jest taka, że pomagamy Ukrainie, dopóki ona nie przegra, wysyłamy sprzęt, opóźniamy Rosjan, i liczymy, że może stanie się coś w rodzaju cudu nad Wisłą, albo może Putin umrze. Nie ma planu. Nikt nie rozpisał: robimy to, to i to, potem Rosja przegrywa i osiągnęliśmy to, co chcieliśmy osiągnąć. Jest tylko myślenie życzeniowe: może sobie Ukraińcy poradzą, może wytrwają, a jak nie, to się zobaczy.

Trump jako jedyny ma plan. Mówi, że wojna się musi skończyć i trzeba doprowadzić do rozmów. Nieustanne wieszanie psów na Trumpie przez jednych i wychwalanie Trumpa pod niebiosa przez drugich należy traktować jako grę polityczną, gdzie osoby mocno zaangażowane, zwolennicy demokratów i republikanów, a u nas zwolennicy Platformy i PiS-u - wszędzie te same podziały - wykorzystują skomplikowaną sytuację międzynarodową do załatwiania wewnętrznych porachunków. U nas prorządowa część komentariatu wyłapuje i rozdmuchuje prorosyjskie wypowiedzi Trumpa, robiąc z niego wprost agenta Kremla, a strona pisowska z kolei tych wypowiedzi w ogóle nie widzi, jakby ich nie było.

"Trump gra w orkiestrze Putina i sprzedaje mu Ukrainę" kontra "Trump to geniusz, gra z Putinem w szachy 5D".

Tak. Mam informacje z okolic polskiego wywiadu, że rosyjskie wojska propagandowe uruchomiły się teraz w pełnej skali. Ciągną wszystkie sroki za ogon. Podbijają skrajnie antytrumpowe i skrajnie protrumpowe narracje, żeby tych swoich ludzi, swoje silniczki, uwiarygadniać i napędzać. Podobno zaangażowali wszystkie możliwe siły, żeby rozdmuchiwać wojnę polityczną.

(...)

Mówiłeś o rosyjskiej wzmożonej działalności dezinformacyjnej.

U nas polega ona na rozgrzewaniu skrajnych opinii po obu stronach.

Niech się żrą?

Tak.

"Trump to agent, maski opadły". "PiS to agenci, skoro Trumpa popierają, musimy przestać liczyć na Amerykę, NATO przez Trumpa nie działa".

Jak najbardziej.

"Musimy iść tylko z Trumpem, bo Europa nic nie ogarnia, potrafi zajmować się tylko transami i prawami gejów".

Też. Rosja mocno gra na rozdźwięk między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Bo jeśli w trakcie negocjacji Trump nie będzie mógł reprezentować całego Zachodu, tylko będzie skłócony z Europą, to zostaną mu słabsze karty. Inna sprawa, że Trump dostarcza dużo paliwa do tych wszystkich europejskich okrzyków i wzmożeń.

Właściwie dlaczego? Po co on wygraża Europie, traktuje ją z buta? Po co on i jego ludzie różnymi głupimi uwagami wywołują ten antyamerykański amok?

To jest bardzo proste. Jeżeli chcesz wynegocjować dobry deal ze swoimi sojusznikami i partnerami, to musisz ich przekonać, że jeśli dealu nie zawrą, to dużo stracą. Do tej pory Amerykanie mówili, że pokrywają wszystko, że gwarancje bezpieczeństwa są nienaruszalne, że jesteś, Europo, naszym najlepszym sojusznikiem. I jak bardzo to mobilizowało Europejczyków do zwiększania wydatków na zbrojenia? W ogóle nie mobilizowało, szliśmy spać spokojnie, bo wiedzieliśmy, że jak w nocy Putin wyciągnie nóż, to przyjdzie Captain America i nas uratuje.

Donald Trump robi to, co robił w czasie swojej poprzedniej prezydentury, wprowadza dużo stanu niepewności. Wysyła sprzeczne komunikaty albo wręcz obraża tych sojuszników Ameryki, z którymi zamierza na nowo negocjować warunki sojuszu. Dlaczego? Bo Trump chce renegocjować warunki amerykańskiej hegemonii. Dotychczas układ był taki, że amerykańscy sojusznicy - dawni wrogowie wojenni - rośli w siłę, Niemcy stali się głównodowodzącym w UE, Japonia w latach 80. prawie rzuciła Ameryce wyzwanie w hegemonii gospodarczej, Chiny stały się potężne, i to wszystko w ramach amerykańskiego układu, który był utrzymywany za amerykańskie pieniądze, przecież to okręty USA dbają o bezpieczeństwo całego światowego handlu. "Myśmy za to płacili, a inni zarabiali" - tak myśli Trump i jego wyborcy. No więc renegocjują te zasady. Teraz sojusznicy będą płacić więcej, a USA ograniczają koszty i maksymalizują zyski.

Tyle że trudno powiedzieć komuś, kto miał wygodne życie i nie musiał płacić za własne bezpieczeństwo, że stare warunki się zmieniają. I słychać duży kwik. "Jak tak można? Przecież są wartości! Jesteśmy sojusznikami!". A Trump uważa, że ten układ musi się zmienić bardziej na korzyść USA. Ameryka chce renegocjować umowy, a sojusznicy nie chcą, bo im wygodnie tak, jak jest, więc trzeba im pokazać, jak bardzo nie dadzą sobie bez Ameryki rady. Jeśli w ten sposób oceniasz Trumpa, to wszystkie szokujące rzeczy, które powiedział, nawet te ocierające się o powtarzanie rosyjskich narracji, możesz traktować jako realizację pewnej strategii. I wydaje mi się, że to realnie tak wygląda.

Czy cokolwiek z działań Trumpa i jego wypowiedzi postawiło ci włosy na głowie?

Nie. Bo ja się tego wszystkiego plus minus spodziewałem. Może raz mi opadły ręce, ale to dotyczyło Muska. Napisał, że Ameryka musi wyjść z NATO i ONZ. Strzał bardzo niebezpieczny. W talii Trumpa są różne karty, ma ludzi uważanych za rozsądnych, jak Rubio, Waltz, Kellogg, i ma takich, którzy uchodzą za nieobliczalnych, jak Vance i Musk. Trump może sięgać po tych ostatnich, gdy chce podpalić debatę i wprawić Europę w stan strachu. Kiedy chce uspokoić, to na pierwsza linię idą "rozsądni". Wydaje mi się, że to celowy zabieg. "Wychodzimy z NATO" - jak to powie Musk, to nikt tego nie weźmie poważnie, a z drugiej strony nie można też tego zupełnie zignorować, więc dochodzi element niepewności. Wszystkie media to cytują i zaczynamy się bać, bo mamy się bać.

Musk to duży kaliber, jeśli chodzi o wprowadzanie narracji, ale mały kaliber, jeśli chodzi o realny wpływ na decyzje. Jak Musk zażądał od urzędników państwowych jakiegoś durnego raportu produktywności - "Opisz, szanowny urzędniku, co robiłeś w ciągu ostatnich pięciu dni pracy punkt po punkcie" - to Hegseth wysłał maila do służb specjalnych, żeby Muska zignorowały i nic mu nie odpisywały. Musk nie ma wysokich notowań wewnątrz administracji Trumpa, ale jest użyteczny.

Okej. Czyli Trump chce przetestować Putina, strategia ma ręce i nogi, tylko testowanie się skończy klapą?

Tak uważam. Z tego względu, że Putin - wbrew pozorom - nie ma dziś żadnych argumentów w negocjacjach z Trumpem. Czym on może straszyć Zachód? Po kolei: do Stanów nie ma podjazdu, co on Stanom zrobi? Nic nie zrobi. Przeciwnie, to Trump może powiedzieć: łaskawie zdejmę z ciebie sankcje, ale coś chcę w zamian. Wobec Europy Putin też nie ma mocnych argumentów, kiedyś to były surowce energetyczne, mógł tym straszyć, ale już tego nie ma. Argumentem mogłaby być wojskowa siła konwencjonalna, ale całe to jego wojsko siedzi na Ukrainie i walczy, więc nie może tym grozić Europie.

Pozycja negocjacyjna Putina jest fatalna, jeśli chodzi o duży stolik z Zachodem, a jeśli chodzi o stolik z Ukrainą, to Rosjanie - owszem - posuwają się do przodu i byliby w stanie coś wymóc na Ukrainie, ale co dokładnie? "Zabierzemy wam terytorium, które już mamy". Czy coś więcej? Nie bardzo. Nie mogą zażądać całego państwa, bo przecież nie zdobyli go przez trzy lata. Nie będzie kapitulacji Ukrainy. Moim zdaniem Rosjanie mają tragicznie słabe karty i nie mogą wynegocjować dobrych dla siebie warunków, a to oznacza, że pokój dla Putina jest obecnie nieakceptowalny.

A kiedy by był akceptowalny?

Żeby Rosja w trakcie rozmów pokojowych coś dla siebie ugrała od Zachodu, musiałaby podbić całą Ukrainę. Bo tylko wtedy zyskuje argument. Uwalniają armię i mogą mówić: będziecie mieli drugą zimną wojnę, będziecie musieli trzymać 500 tysięcy albo i więcej wojska na granicy z Rosją, a to jest kosztowne, to nie będzie dobre dla waszej gospodarki, więc zgódźcie się na nasze warunki. Dlatego dla Putina Ukraina to jest wszystko, tam nie ma kompromisu. Rosjanie muszą zdobyć całe państwo. Póki nie zdobędą, nie może być trwałego pokoju z perspektywy Putina.

Z kolei żeby Zachód uzyskał trwały pokój na swoich zasadach - czyli z niepodległą Ukrainą, której nie grozi trzecia inwazja - musielibyśmy im pokazać, że nie są w stanie zająć Kijowa. Nigdy. Ani zająć, ani podporządkować go sobie politycznie. Co w tym celu trzeba zrobić? Wprowadzić tam wojska zachodnie i powiedzieć: "Nie pójdziesz, Putinie, dalej, bo będziesz się musiał z nami strzelać, a jak będziesz się musiał z nami strzelać, to wybuchnie III wojna światowa, więc chyba tego nie chcesz". Musimy zagrać naprawdę ostro, żeby cokolwiek z Putinem ugrać.

Europa próbuje grać ostro, pomysł Macrona jest właśnie taki, żeby wojska wysłać.

Dlatego ja się cieszę. Jak trzy lata temu mówiłem, że trzeba wprowadzić do Ukrainy zachodnie wojska, żeby odstraszyć Putina, wszyscy się pukali w głowy, że to niemożliwe. A dzisiaj Macron i Starmer budują w tym celu koalicję. Jest duża nadzieja, że Europa zbroi się i w końcu się uzbroi. Skoro politycy zachodni ryzykują swoją karierę polityczną i władzę, bo mówią elektoratowi rzeczy niezbyt popularne - "Wyślemy tam nasze wojsko!" - to znaczy, że jesteśmy w przededniu mocnych decyzji. Oni już rozumieją, że Putina nie da się obłaskawić, dogadać z nim, i są gotowi używać mocnych środków, które są niezbędne do pokoju. Być może niechcący przysłużyli się temu Trump i Zełenski tymi publicznymi kłótniami. Prawie jestem pewny, że za chwilę - kiedy okaże się, że Putin nie jest zainteresowany żadnym pokojem i żadnymi ustępstwami - będziemy dyskutować, że może trzeba te wojska wysłać już teraz. Nie na linię frontu, nie po to, żeby walczyły z Rosją, ale żeby Putin wiedział, że pójście dalej oznacza poważne konsekwencje.

(...)

To skąd się bierze to całe gadanie, że Trump chce zrobić "odwróconego Nixona"? W Stanach w republikańskich kręgach są nieustannie takie głosy.

Bo tam jest taki romantyczny myśliciel, Mearsheimer, który paradoksalnie uważa się za realistę. I z jego szkoły wyszli tacy ludzie jak na przykład Colby. Oni rysują teoretyczne schematy, że można "odwrócić Rosję". Próbowałem ich zrozumieć, ale nie widzę tam poważnych argumentów.

Wokół Trumpa część ludzi magicznie wierzy w tego "odwróconego Nixona", ale wcale nie jestem przekonany, że Trump w to wierzy. Moim zdaniem wierzy w jeden cel: chce renegocjować warunki amerykańskiej hegemonii. I żeby to zrobić, musi przestraszyć świat, a do takiego straszenia świata świetnie się nadaje ogłoszenie negocjacji z Putinem. Zaraz się wszyscy boją: "A nuż nas sprzeda". Dopóki te negocjacje będą trwały, dopóty Trump będzie miał super lewar na rozmowy z Europejczykami, Ukraińcami, ba, nawet Chińczycy będą się bali, czy przypadkiem Rosja jednak nie zmieni frontu. Więc póki Trump rozmawia z Putinem, może rozgrywać innych, i to jest moim zdaniem istota całego tego pomysłu. Ten "odwrócony Nixon" to jest strategia, żeby wynegocjować lepsze warunki z Unią, lepsze warunki z Kijowem, a może nawet uda się coś wynegocjować z Chinami. Putin robi zresztą to samo, pokazuje Chińczykom, że póki rozmawia z Trumpem, to rosyjskie sojusze nie są tak oczywiste, więc może niech Chińczycy coś więcej Rosji dadzą, bo na razie wykorzystują wojnę w Ukrainie, żeby zwiększać swoją potęgę wobec Rosjan. Dla obu stron - USA i Rosji - negocjacje to sytuacja korzystna, bo w im większej niepewności żyją partnerzy tych państw, tym lepiej można się z nimi na nowo ułożyć.

Czyli to trochę taka ustawka, a trwały pokój się nie rysuje?

Może będzie zawieszenie broni. Ale przede wszystkim Ameryka chce wykorzystać ten czas do - powtórzę - renegocjacji warunków hegemonii, chce obniżyć swoje koszty, podwyższyć koszty sojuszników i stworzyć taki obóz amerykański, gdzie obowiązuje "America First", czyli gdzie to oni wydają rozkazy. /nie NATO bis - red./ (...)

W jakiej sytuacji jest teraz Polska?

W dobrej. Mamy prezydenta - co prawda już niedługo - który wyrobił sobie dobre relacje z Trumpem. I mamy proeuropejskiego premiera, który może załatwiać sprawy z Europą. Niezły układ. Wiadomo, że nasze bezpieczeństwo gwarantują Amerykanie, nikt inny nam tego nie da. Musimy iść z Amerykanami, ktokolwiek tam rządzi. Ale z drugiej strony w naszym interesie jest, żeby Europa się wzmocniła.

Uważam, że efekt Trumpa działa na naszą korzyść. Polska wręcz mogłaby powiedzieć: "Słuchaj, Trumpie, my ci jeszcze pomożemy, będziemy straszyć Europę, że jesteś szalony, tak ich nastraszymy, że będą się zbroili po zęby. Jesteśmy z tobą w tej strategii. Ale pokaż, bo wciąż nie pokazałeś światu, co dostają ci, którzy wydają swoją dolę na zbrojenia. Pokaż, jaka jest marchewka, a nie tylko kij. I zrób to na przykładzie Polski. Daj nam technologię na montowanie czołgów w Polsce, produkcję chipów albo kolejną stałą bazę". Ta lista może być różna. A potem możemy pojechać do Europy: "Słuchajcie, chcemy być liderem bezpieczeństwa, mamy największą armię, Trump jest wariatem, musimy się zbroić jeszcze szybciej". Działajmy na dwa fronty.

gazeta.pl


Nie mówi się wiele o warunkach Rosji, ale agencje informacyjne twierdzą, że Putin żąda zaprzestania dostaw broni i wsparcia wywiadowczego podczas 30 dni ewentualnego zawieszenia broni. Ma to dotyczyć USA i Europy, co dla Europy będzie bardzo trudne. Jeśli się Unia nie zgodzi, to Donald Trump zawsze może powiedzieć: "jak nie chcecie pokoju, to sami sobie radźcie" i nałożyć potężne cła na produkty z Unii Europejskiej albo nawet zagrozić wyjściem USA z NATO.

Tym jednak będziemy się martwili później. Teraz te skromne, aczkolwiek oczekiwane wyniki rozmów, mogą doprowadzić do jakiejś korekty na Giełdzie Papierów Wartościowych. W końcu potrzeba było tylko pretekstu, żeby gracze mogli zrealizować część zysków po potężnych zwyżkach indeksów. Byłoby to nawet zdrowe. Rynek walutowy sygnalizuje jednak, że rynki po rozmowie Trump-Putin są bardzo spokojne. Kurs EUR/USD lekko rośnie, co umacnia złotego do dolara i nieznacznie do euro.

Wniosek jest prosty - część rozczarowanych inwestorów może sprzedawać, szczególnie że rynek szykuje się już do wygaszania marcowej linii kontraktów na WIG20, a słońce giełd, czyli Wall Street, wraca do spadków. Jednak nadzieja na zawieszenie broni nie zniknęła. Nawet jeśli ktoś nie bardzo w to wierzy, to jest miejsce na grę pod kolejne rozmowy, ustępstwa itp. A nastroje na rynkach są ważniejsze niż realia.

Poza tym pamiętać trzeba, że na rynkach zapanowała TIARA (There Is A Real Alternative - ang. rzeczywista alternatywa). Wystarczy spojrzeć na indeksy chińskie, tureckie, niemieckie i oczywiście polskie. Wiele wskaźników pokazuje, że pieniądze uciekają z giełd amerykańskich i szukają sobie miejsca w innych, niedocenianych dotychczas miejscach. Trudno o niemieckim indeksie XETRA DAX mówić, że był niedoceniany, ale GPW z pewnością była przez połowę ubiegłego roku w niełasce inwestorów. Ta gra będzie jeszcze trwała, o ile nie dojdzie do potężnej zwady na linii USA-Unia Europejska.

money.pl