poniedziałek, 10 marca 2025



Rosja nadal publicznie twierdzi, że chce pokoju, nie oferując jednocześnie żadnych własnych ustępstw, co stanowi ostry kontrast z ustępstwami, jakie już zaoferowała Ukraina. Agencja Reuters podała 9 marca, że ​​dwóch urzędników USA stwierdziło, że USA planują wykorzystać rozmowy amerykańsko-ukraińskie z 11 marca w Arabii Saudyjskiej „częściowo w celu ustalenia, czy Ukraina jest gotowa na materialne ustępstwa wobec Rosji, aby zakończyć wojnę”. Jeden urzędnik USA stwierdził, że Ukraina nie może powiedzieć jednocześnie „chcę pokoju” i „odmawiam pójścia na kompromis w jakiejkolwiek sprawie” podczas nadchodzących rozmów. Drugi urzędnik USA stwierdził, że USA chcą „zobaczyć, czy Ukraińcy są zainteresowani nie tylko pokojem, ale realistycznym [podkreślenie dodane] pokojem”. Financial Times podał 9 marca, że ​​niesprecyzowani urzędnicy poinformowani o nadchodzących negocjacjach amerykańsko-ukraińskich stwierdzili, że Ukraina zaproponuje częściowe zawieszenie broni z Rosją w sprawie ataków dronów i rakiet dalekiego zasięgu oraz operacji bojowych na Morzu Czarnym. Ukraiński portal Suspilne poinformował 10 marca, że ​​źródło zaznajomione ze stanowiskiem delegacji ukraińskiej stwierdziło, że Ukraina zaproponuje również wymianę jeńców wojennych. Ukraińskie źródło zauważyło, że propozycje te są „realistyczne do szybkiego wdrożenia” i „kontrolowania”. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski po raz pierwszy zasugerował zawieszenie broni w powietrzu i na morzu 5 marca, a Ukraina oferuje rodzaj zawieszenia broni, który jest bardziej bezpośredni i nie wymaga długich negocjacji ani złożonego procesu monitorowania. Zawieszenie broni na tysiąckilometrowej złożonej linii frontu charakteryzującej się wieloma „szarymi strefami”, gdzie linie sił przeciwstawnych są rozmyte, byłoby niezwykle trudne do wynegocjowania i monitorowania. Zełenski kilkakrotnie wskazał również — w tym w wywiadzie dla Fox News z 28 lutego — że jest skłonny do ustępstw w kwestii terytorium, członkostwa Ukrainy w NATO i swojej własnej kadencji w celu zapewnienia sprawiedliwego i trwałego pokoju.

(...)

Starszy oficer ukraiński w baterii artylerii operującej w kierunku Pokrowska oświadczył 10 marca, że ​​siły rosyjskie nie używają ostatnio ciężkiego sprzętu, prawdopodobnie z powodu niedoborów sprzętu pancernego, a ukraińskie ataki uniemożliwiają rosyjskim postępom w pobliżu Kotłynego. Rosyjski milbloger twierdził, że siły rosyjskie czasami używają pojazdów opancerzonych w pobliżu Udacznego i Kotłynego. Rosyjskie źródło twierdziło, że siły ukraińskie używają większej liczby dronów w kierunku Pokrowska i uniemożliwiają siłom rosyjskim transport posiłków i amunicji na front, a siły rosyjskie są wyczerpane z powodu kilku miesięcy ciągłych ataków.

(...)

Prezydent Rosji Władimir Putin zatwierdził 10 marca listę instrukcji dla rządu rosyjskiego i Fundacji Obrońców Ojczyzny, których celem jest zwiększenie świadczeń socjalnych dla rosyjskich weteranów, co prawdopodobnie jeszcze bardziej obciąży rosyjski budżet i gospodarkę. Putin wezwał do rozszerzenia funduszu Fundacji „Obrońców Ojczyzny” na członków rodzin rosyjskich żołnierzy zaginionych w akcji (MIA) podczas wojny na Ukrainie; do wsparcia działalności przedsiębiorczej weteranów bojowych i zwiększenia finansowania państwowych programów pomocy socjalnej; do zaklasyfikowania uczestników pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę jako weteranów bojowych; i do rozważenia rozszerzenia wsparcia socjalnego na braci i siostry zmarłych rosyjskich żołnierzy, jeśli rodzeństwo ma mniej niż 18 lat, oraz na niezaadoptowane dzieci zmarłego żołnierza. Putin podpisał również 10 marca dekret powołujący komisję w Radzie Państwa w celu wsparcia weteranów bojowych i ich rodzin. Rosyjski doradca prezydenta i sekretarz Rady Państwa Aleksiej Diumin oświadczył, że nowa komisja będzie koordynować działania rządu federalnego i regionalnego w celu wsparcia rosyjskich weteranów. Rosyjskie źródło wewnętrzne twierdziło, że Fundacja Obrońców Ojczyzny nie dysponuje nieograniczonymi zasobami, więc rozszerzenie jej funkcji będzie wymagało zwiększonego finansowania państwowego. Źródło wewnętrzne twierdziło, że propozycja dotycząca wsparcia przedsiębiorczości weteranów ma na celu zwiększenie rozwoju gospodarczego Rosji, ale będzie wymagała dotacji, preferencyjnych programów pożyczkowych, szkoleń biznesowych i ulg podatkowych. Źródło wewnętrzne zauważyło, że istnieje nierównowaga wśród rosyjskich podmiotów federalnych, przy czym niektóre regiony zapewniają weteranom znaczne korzyści, podczas gdy inne oferują minimalną pomoc. Źródło twierdziło, że próby Kremla ujednolicenia środków wsparcia w całej Rosji nałożą dodatkowe obciążenia na budżety podmiotów federalnych.

understandingwar.org


Jednym z narzędzi Pekinu w staraniach o przyłączenie Tajwanu do Chin kontynentalnych są powiązania gospodarcze. Intuicja podpowiada, że z biegiem czasu Państwo Środka może na tyle uzależnić od siebie Tajpej, żeby wymuszać twarde koncesje, a ostatecznie doprowadzić do wchłonięcia kraju przez ChRL. Tendencja ostatnich lat wskazuje jednak, że taka strategia będzie trudniejsza w realizacji, niż wygląda to na pierwszy rzut oka. Tajwan bowiem jest przykładem państwa, które konsekwentnie zmniejsza stopień zależności od gospodarki Chin. Mimo swojego niewielkiego rozmiaru i bliskiego położenia robi to póki co zaskakująco skutecznie.

Choć powszechna moda na de-risking rozpoczęła się w wyniku pandemii Covid, dla Tajwanu przełomowy był rok 2019. Wtedy to, po wyborach wygranych przez przychylny wobec ChRL Kuomintang, Xi Jinping wygłosił wyjątkowo asertywne przemówienie o perspektywie zjednoczenia narodu chińskiego. Zaznaczył, że nie wyklucza użycia siły do osiągnięcia tego celu. Równolegle Chiny zaczęły stosować presję militarną poprzez wtargnięcia w tajwańską przestrzeń powietrzną. W tym samym roku zdemontowano model „jeden kraj – dwa systemy” w Hongkongu, dodatkowo podsycając obawy co do intencji Pekinu. Reakcja biznesu oraz władz była natychmiastowa i trwała; przyjrzyjmy się więc, jak Tajwan zaczął dywersyfikować swoje kontakty gospodarcze.

Wysiłki nakierowane na de-risking widać najwyraźniej w obszarze bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) płynących z Tajwanu do Chin (przepływy w drugą stronę zawsze były minimalne). ChRL była tradycyjnie najważniejszą lokalizacją dla tajwańskiego kapitału, w latach 2013–2018 przyciągając ok. 8–11 mld USD inwestycji rocznie. W przełomowym 2019 ich wartość spadła o ponad połowę – co nie było tylko chwilowym tąpnięciem – i obecnie sięga zaledwie 3–4 mld USD. Tej tendencji nie można wyjaśnić przez generalne pogorszenie się klimatu biznesowego w Chinach, bo przez pierwsze trzy lata od zwrotu w 2019 roku Pekin notował rosnący napływ inwestycji z zewnątrz; spadek dotyczył konkretnie Tajwanu.

Jednym z działań podjętych przez rząd w Tajpej jest inicjatywa „New Southbound Policy”. Służy ona promowaniu współpracy z państwami Indo-Pacyfiku poprzez m.in. ustanowienie biur przedstawicielskich dla biznesu w Indiach, Indonezji, Birmie i Tajlandii; do tego wspiera wymianę studencką i ułatwia podróże między niektórymi krajami partnerskimi (zaangażowano w to ASEAN, ale – co ciekawe – także Rosję). Skupienie się na małych i średnich państwach regionu przyniosło rezultaty: przez ostatnich 10 lat tajwańskie inwestycje w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej urosły o 130 proc. Na relokacji produkcji skorzystały zwłaszcza Indie oraz Wietnam, kraje o sporych zasobach taniej siły roboczej, a w 2022 roku grupa ASEAN po raz pierwszy prześcignęła Chiny jako najważniejszy partner inwestycyjny Tajwanu.

Tajwańczycy nie tylko przenoszą część produkcji i ograniczają nowe inwestycje w Chinach. Równolegle aktywnie szukają nowych rynków, co z czasem pozwala na jeszcze głębszą dywersyfikację. W latach 2010–2021 całkowite BIZ wychodzące z Tajwanu wynosiły na ogół ok. 11–14 mld USD rocznie. Jednak w roku 2022 przekroczono poziom 15 mld, a w 2023 – kiedy do Chin wysłano zaledwie 3 mld – osiągnięto rekordowe 24 mld w inwestycjach lokowanych za granicą. Chiny odpowiadały za 42% tajwańskich inwestycji w latach 2012–2015; w latach 2016–2019 było to 23%; natomiast w latach 2019–2023 zaledwie 5%. Wewnętrzne łańcuchy dostaw tajwańskich przedsiębiorstw zostały zatem efektywnie uniezależnione od produkcji na kontynencie.

Większe wyzwania widać w obszarze handlu, najsilniejszej karcie, jaką w swoim arsenale ma Pekin. Choć w ciągu ostatnich lat odnotowano pewien postęp, zależność pozostaje ogromna. W 2023 roku udział Chin (włącznie z Hongkongiem) w tajwańskim eksporcie spadł do najniższej wartości od 20 lat, czyli do ok. 30–35%, zatem skali powiązań porównywalnej do tej między Polską a Niemcami. To pokazuje, z jak trudnego położenia startowało Tajpej i ile pracy ma jeszcze przed sobą.

(...)

Niepokojący jest również stabilny na przestrzeni lat, około 20-procentowy udział Chin w tajwańskim imporcie. Dobrą wiadomością jest to, że w statystykach zawiera się handel generowany przez tajwańskie oddziały w Chinach, więc tę zależność zapewne uda się częściowo zmniejszyć w wyniku relokacji produkcji.

W tle wachlarza polityki, jaką rząd i biznes Tajwanu mogą podejmować, pozostaje duża i trwała przeszkoda. Jest to po prostu rozmiar, rozwój i geograficzna bliskość Chin kontynentalnych. Jedną z najlepiej sprawdzonych empirycznie koncepcji handlu międzynarodowego jest „teoria grawitacji”. Zakłada ona, że wielkość wymiany handlowej między dwoma krajami (tak jak przyciąganie grawitacyjne w fizyce) zależy od ich masy (wielkości gospodarki) oraz odległości geograficznej. Rzecz jasna nie są to jedyne, ale konsekwentnie potwierdzane w badaniach zmienne, determinujące wolumen wymiany. I tutaj rzeczywistość narzuca bolesne ograniczenia na tajwańskie plany: duże i bliskie Chiny pozostaną kuszącym partnerem handlowym, od którego można się ubezpieczać, ale z którego trudno będzie zrezygnować. Szczególnie, że demografia Tajwanu wskazuje na kurczenie się jego rynku wewnętrznego, więc także możliwości opierania się na współpracy z zagranicą. Natomiast alternatywni partnerzy są wyraźnie mniejsi od Chin (jak Japonia czy Filipiny) lub oddaleni od Tajwanu fizycznie (jak USA czy Indie).

ukladsil.pl

Publikacja raportu Draghiego, wybory w wielu europejskich krajach oraz nowe nastawienie administracji amerykańskiej – te wszystkie czynniki sprawiły, że w ostatnim czasie o przemyśle Unii Europejskiej mówi się tylko źle. Według popularnej narracji sektor ten ma być w fazie schyłkowej, przygnieciony biurokracją, regulacjami i polityką klimatyczną. Jednakże dane pokazują co innego – dlatego warto przyjrzeć się faktom.

Pierwsze zderzenie sloganów o „upadającym przemyśle UE” z rzeczywistością następuje w momencie przejrzenia danych eksportowych. Jak się bowiem okazuje, Unia Europejska to największy eksporter świata, jeśli chodzi o wartość wyeksportowanych towarów i usług. W przypadku UE sięgnęła ona w 2023 r. aż 4 bln euro. Na drugim miejscu tego zestawienia uplasowały się Chiny, które jednak osiągnęły wynik o ok. 700 mld euro gorszy. Co więcej, Unia wyprzedza też Chiny, jeśli chodzi o saldo wymiany handlowej. Gospodarka UE wygenerowała w tym zakresie nadwyżkę w wysokości 389 mld euro, tymczasem nadwyżka Chin sięgnęła 357 mld euro. Tymczasem Stany Zjednoczone zanotowały deficyt handlowy na poziomie 726 mld euro, co jest rekordem wśród globalnych gospodarek.

(...)

Znaczenie unijnego przemysłu widać także w strukturze zatrudnienia oraz samej produkcji przemysłowej. UE zatrudnia bowiem ponad dwa razy więcej osób w przemyśle niż Stany Zjednoczone, z którymi Unia jest obecnie notorycznie porównywana. W unijnym sektorze przemysłowym pracuje bowiem 31 milionów osób, a w amerykańskim - 13 milionów. Z kolei w 2023 roku produkcja stali w Unii Europejskiej była o 57% wyższa niż w USA (odpowiednio 126 mln t vs 80,7 mln t), podobnie jak produkcja baterii do samochodów elektrycznych, która również wzrosła o 57% w porównaniu do amerykańskich wyników (110 GWh vs 70 GWh). Co więcej, przemysł motoryzacyjny w UE produkował o 13% więcej samochodów niż jego amerykański odpowiednik (12 mln sztuk vs 10,6 mln sztuk). To m. in. sprawia, że udział UE i USA w światowym PKB – według parytetu siły nabywczej - jest porównywalny i wynosi odpowiednio 14,5% i 15,4%.

Warto zaznaczyć, że unijny przemysł osiągnął takie wyniki pomimo trudnych warunków pracy np. jeśli chodzi o dostęp do nośników energii. Unia Europejska importuje bowiem 90% zużywanego gazu, 97% ropy i paliw oraz 75% węgla. Oznacza to, że jej sektor przemysłowy zdany jest na zewnętrznych dostawców energii oraz zaburzenia związane z importem, co było szczególnie dotkliwe w ciągu ostatnich lat kryzysu energetycznego, który podniósł unijne ceny np. gazu do poziomów najwyższych w historii. W sierpniu 2022 roku ceny gazu w holenderskim hubie TTF osiągnęły astronomiczny poziom ok. 350 euro za MWh, były więc ok. 35 razy wyższe niż w sierpniu roku 2020 i najwyższe od początku istnienia UE.

Jednakże nawet i bez kryzysu unijne ceny energii są wyższe od cen notowanych np. w Stanach Zjednoczonych. Przez zdecydowaną większość ostatnich 10 lat amerykańskie ceny gazu były średnio 2,5-krotnie niższe od europejskich. Dla przykładu, we wrześniu 2014 roku surowiec ten kosztował w USA 3,92 dolara za mmBtu (czyli za milion brytyjskich jednostek termicznych, odpowiednik ok. 30 metrów sześciennych), a w UE – 9,24 dolara za mmBtu. We wrześniu 2019 roku ceny te wynosiły 2,58 dolara za mmBtu (USA) oraz 4,21 dolara za mmBtu (UE).

energetyka24.com


Mariia Tsiptsiura: Na początek chciałbym zapytać, jak trudna jest sytuacja na froncie? Mówimy o okresie od lata, kiedy rozpoczęła się rosyjska ofensywa.

Ołeksandr Jabczanka: W ostatnich czterech-pięciu miesiącach wróg stał się mniej aktywny. Wciąż posuwa się naprzód, ale jednocześnie się uczy. I dziś nie możemy porównywać sytuacji na przykład do początku inwazji na pełną skalę w 2022 r. Rosjanie zmienili swoją taktykę. Ludzie często wyobrażają sobie, że rosyjskie ataki wyglądają jak w filmie, kiedy 100 osób biegnie jednocześnie, krzycząc "hurra". Ale w rzeczywistości tak nie jest.

Podam przykład okolic Pokrowska. Są tam małe grupy piechoty, czasem nawet jednoosobowe, poruszające się jednocześnie wszystkimi możliwymi drogami. Zabijamy 80 proc. ich żołnierzy, ale zostawiamy tych, którym udało się uciec. Na przykład z 10 osób, dwóm udało się przedostać i ukryć gdzieś w wiosce kontrolowanej przez ukraińską armię. I tak po kilka osób na raz uciekają i znowu się gromadzą. I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu. W ten sposób nasza obrona jest stopniowo niszczona. A przy takich stratach, jakie ponoszą, niemożliwe jest utrzymanie takiej intensywności, jak na początku ofensywy.

Więc teraz intensywność spada?

Tak, odczuwamy to na naszej linii frontu. Jeśli Rosjanie w ogóle nie byli w stanie przejść przez odcinek linii frontu, to próbują to zrobić na innym odcinku. Ale intensywność w lipcu, aż do teraz jest znacznie niższa. W ostatnich miesiącach ich potencjał ofensywny zaczął się wyczerpywać. Latem i jesienią zdarzało się, że zabijaliśmy np. 100 Rosjan na raz. Oni też oczywiście poczynili postępy — głównie jesienią, jednak widać, że kończy im się czas. Takie straty, jakie mieli pod koniec 2024 r., to są ogromne liczby. Eliminujemy około 48 tys. Rosjan w ciągu miesiąca, a oni mogą zmobilizować tylko 40. tys. osób, co oznacza, że tracą swój potencjał bojowy.

A Ukraina?

Nie straciliśmy potencjału bojowego równego wrogowi. Oczywiście, jest nam ciężko, czasami bardzo. Są straty, ale jednak wypełniamy nasze zadania. Tak naprawdę o poziomie zdolności bojowej decyduje skuteczność misji. Mówimy o stosunku strat. Nasze dane za ubiegły i bieżący rok wynoszą jeden do dziesięciu na naszą korzyść. Stosunek strat nigdy nie spadł poniżej tej wartości. Oznacza to, że możemy skutecznie utrzymywać obronę, gdy wróg ma przewagę sił i środków. A oceniając nasze możliwości bojowe i możliwości bojowe wroga, powiedziałbym, że ich możliwości bojowe znacznie spadły, podczas gdy nasze pozostały przynajmniej na tym samym poziomie. Chociaż bardzo brakuje nam "oczu" na niebie, bo codziennie tracimy drony. Dla nas problemem jest zła pogoda, kiedy pada deszcz lub śnieg, ale dla Rosjan to błogosławieństwo. Bo wtedy widzimy ich gorzej.

Niestety Rosjanie mają możliwość skorzystania z dodatkowych zasobów, takich jak na przykład Koreańczycy.

Cóż, Koreańczycy mocno oberwali. I nie dziwię się, nawet biorąc pod uwagę, że były to koreańskie siły specjalne. Bądźmy szczerzy, gdyby jakiekolwiek starożytne siły specjalne pojawiły się teraz na polu bitwy, nie miałyby szans. Najcenniejszą rzeczą w tej wojnie jest doświadczenie. Wojna bardzo się zmieniła. To pierwszy konflikt na taką skalę między państwami, które mają pełne możliwości tworzenia nowych rodzajów broni. A dziś Ukraina jest krajem wojskowych start-upów. I te startupy zniszczyły koreańskie siły specjalne w ciągu dwóch miesięcy. Ta sytuacja się utrzyma, dopóki Koreańczycy nie zdobędą doświadczenia wojskowego i nie nauczą się walczyć.

Trzeba przy tym zrozumieć, że Rosjanie też nie stoją w miejscu. Wszystkie ich działania są zaplanowane przez dowództwo. A ich piechota idzie dokładnie tam, gdzie jest potrzebna. I często używają "przynęty": np. zwracają uwagę naszego drona na grupę piechoty "zamachowców-samobójców" poruszającą się gdzieś w terenie, podczas gdy w tym samym czasie ich dobrze wyposażona grupa szturmowa szybko przemieszcza się przez las.

W kwestii naszej obrony musimy podkreślić, że najważniejsze jest, aby nie być widocznym, bo jeśli nie jesteś widoczny, nie możesz zostać zabity. A kiedy wróg porusza się różnymi drogami, prędzej czy później natrafia na nasze pozycje obronne i dochodzi do konfrontacji. W ten sposób odkrywają, gdzie znajduje się nasza twierdza. I wszystko, co strzela, zaczyna tam lecieć. Rosjanie to opanowali, Koreańczycy — nie. Rezultat był więc do przewidzenia.

Eksperci wojskowi twierdzą, że Rosjanie mają często problem z komunikacją z Koreańczykami.

— Wojna jest łatwa w teorii, w rzeczywistości jednak bardzo trudna. Ostatecznie jednak sztuka wojenna sprowadza się do dwóch punktów: koordynacji i koncentracji sił. Obecnie koncentracja jest bardzo trudna, ponieważ skala i możliwości wywiadu są ogromne — ludzkość nigdy wcześniej nie miała takich możliwości rozpoznania powietrznego. Jest jeszcze drugi czynnik — koordynacja.

Teraz można nawet być w kontakcie z żołnierzem na ziemi za pośrednictwem wideo, jednak w przypadku kontaktów Rosjan i Koreańczyków to nie jest możliwe. Podsumowując — ich porażka jest wieloczynnikowa: z jednej strony trudno jest ich skoordynować, z drugiej strony nie mają doświadczenia bojowego. Rosjanie nie nauczyli ich atakować na wzór II wojny światowej, dlatego my skutecznie zniszczyliśmy ich za pomocą dronów. Sposób, w jaki wykorzystali Koreańczyków, jest — według mnie — czystym szaleństwem.

Jak oceniasz procesy mobilizacyjne w Ukrainie?

Łatwiej jest mi mówić o tym, co widzę na własne oczy. Dlatego staram się opisywać to, co dzieje się na pierwszej linii frontu. Nie jestem w żaden sposób zaangażowany w system mobilizacji, więc nie mogę wydawać opinii. Mamy system rekrutacji i co tydzień przychodzą do nas nowe osoby po szkoleniu z naszymi instruktorami.

Jest pewien proces, który uważam za niekorzystny — kłótnie dotyczące słuszności mobilizacji. To działa na korzyść Rosji. Uważam, że każdy, kto sprzeciwia się mobilizacji, powinien zostać surowo ukarany. Możemy filozofować o sprawiedliwości, ale musimy zrozumieć jedną rzecz — dzisiejsza wojna jest kwestią przetrwania kraju i jego obywateli. Dla Ukraińców okupacja przez Rosję oznacza śmierć. To nie jest przesada. Wszyscy widzieliśmy okrucieństwa wroga na naszej ziemi. Tak więc w przypadku okupacji będziesz albo walczył, albo uciekał. Ale nie będziesz Ukraińcem.

I to jest właśnie absurd tej sytuacji — postrzeganie pracowników centrów mobilizacyjnych jako wroga. To Rosja jest wrogiem, bo zabija naszych ludzi. Rosjanie dokładają teraz wszelkich starań, aby zmusić nas do opuszczenia naszej ziemi i poddania się.

Musimy pamiętać, że wróg planował zająć Ukrainę bardzo szybko, ale napotkał opór. A teraz jesteśmy w kolejnym roku wojny, ich cele się nie zmieniły. Chcą zdemilitaryzować Ukrainę, aby pozbawić nas możliwości oporu. Potem byłby koniec istnienia państwa ukraińskiego. Oni mają obsesję na punkcie swojej wielkości, imperialnych zapędów. I to jest największy problem. Przecież oni próbują realizować swoją wielkość kosztem innych. I nie chodzi tylko o Ukrainę.

Co przez to rozumiesz?

Teraz chcą okupować Ukrainę. I nie daj Boże, żeby do tego doszło — to będzie katastrofa dla całego świata. Rosjanie teraz są osłabieni — tracą więcej ludzi, niż są w stanie zmobilizować. Nie mają wystarczającej ilości sprzętu, nie mogą zastąpić tych strat. Ale z drugiej strony mają ogromną liczbę jednostek, które walczą i posuwają się naprzód. Mają ogromną liczbę doświadczonych żołnierzy, którzy również przeszli przez bardzo ciężką wojnę. A teraz wyobraźmy sobie, że zajęliby Ukrainę i mobilizowali Ukraińców. I nie będzie można dyskutować z rosyjskimi odpowiednikami Terytorialnych Centrów Rekrutacji i Wsparcia Społecznego (TCC).

Rosjanie nie przestaną. Będą walczyć tak długo, jak będą mogli. I nie ma co się łudzić, że pomogą jakiekolwiek negocjacje czy porozumienia. Jedyne, co wolny demokratyczny świat może zrobić, to stworzyć skuteczną armię, która będzie w stanie oprzeć się tej hordzie.

Nie wolno nam lekceważyć wroga, nie wolno lekceważyć jego potencjału bojowego. A cały świat musi zrozumieć, że wojna się zmieniła. Ukraińcy i Rosjanie wiedzą, jak jest dzisiaj. Nikt inny. I my, i wróg wiemy, jak używać, na przykład, systemów bezzałogowych. Szybko się uczymy. Rosjanie uczą się od nas. Ukraińskie jednostki, które były szkolone za granicą, przyjeżdżają do Ukrainy nieprzygotowane. Tutaj przechodzą nowe szkolenie. I nie jest to wina zachodnich instruktorów. Po prostu wojna jest inna i nigdy wcześniej taka nie była.

Dlatego nie powinniśmy lekceważyć Rosji z wojskowego punktu widzenia. Europejczycy mają błędne przekonanie, że jeśli Ukraina z przestarzałą bronią może tak długo opierać się Rosji, to Rosja nie zaatakuje krajów NATO, ponieważ nie ma tam szans. Nie dajmy się zwieść. W przeciwieństwie do armii europejskich, Rosja również wie, jaka wojna się toczy i wie, jak walczyć. Bardzo drogi i wypasiony transporter opancerzony za setki tysięcy dolarów jest niszczony przez dobrego drona za 1000 dolarów.

Chodzi o dwa fakty dotyczące rosyjskiej armii: są na wojnie od trzech lat i mają ogromne doświadczenie. A drugi fakt jest taki, że nie są wrażliwi na straty ludzkie i nie ma dyskusji na ten temat w ich społeczeństwie. W przeciwieństwie do — na przykład — społeczeństwa ukraińskiego, gdzie kwestia strat jest tematem wrażliwym. A w Rosji, z moralnego i etycznego punktu widzenia, istnieje kult śmierci.

I w tym kontekście mam pytanie — czy europejskie armie wiedzą, jak walczyć z dronami i czy ich transportery opancerzone są wyposażone w ochronę przed nimi? I kolejne pytanie: czy ludzie w Polsce lub krajach bałtyckich są gotowi iść walczyć z Rosją i stawiać opór z bronią w ręku? Wyobraźmy sobie, że ta horda przyszła do Polski. Chcę wierzyć, że ludzie pójdą bronić swojej ziemi, ale nie wiem. Z mojego okopu nie widzę całej panoramy i nie potrafię tego ocenić. Zdecydowanie radziłbym się nad tym zastanowić i ocenić to ryzyko. Bo na 100 proc. Rosja nie zatrzyma się na Ukrainie.

Posłuchajcie, co Rosjanie mówią na państwowych kanałach. Powtarzają, że są w stanie wojny z NATO, a Ukraina jest pierwszym etapem i zasobem mobilizacyjnym. I jako osoba, która była na wojnie przez trzy lata, radziłbym nie śmiać się z tego, ale pomyśleć o tym. Rosjanie nadchodzą. I z każdym rokiem są coraz bliżej polskiej granicy. Tak, to wciąż daleko, na razie Ukraina ich powstrzymuje. Jeśli ukraińska armia zostanie pokonana, Rosjanie będą we Lwowie w ciągu jednego dnia.

I wszystkie te rzeczy muszą być brane pod uwagę przez Ukraińców w kontekście mobilizacji, przez naszych partnerów i przez cały świat.

I w tym kontekście co pan, jako wojskowy, sądzi o możliwych negocjacjach? Jakie są nastroje w armii w tej kwestii?

Nie możemy iść na ustępstwa wobec dyktatorów. (...)

Więc nastrój wojska jest taki, aby kontynuować walkę i nie iść na żadne ustępstwa?

Jesteśmy zmęczeni. Jesteśmy bardzo zmęczeni. Tak bardzo, że trudno to opisać. Wyobraźmy sobie, że od ponad trzech lat jesteśmy w stanie wojny. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nie ma innego wyjścia. Jedynym wyjściem jest śmierć. Nie możemy iść na ustępstwa. Musimy walczyć dalej.

Doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Przecież pierwszym żądaniem Rosji będzie demilitaryzacja Ukrainy. I nie daj Boże, aby Ukraina została zmuszona do nałożenia ograniczeń na broń, ponieważ następnym krokiem będzie to, że Rosja skorzysta z tych ograniczeń i nadal będzie mogła nas okupować. A równolegle postawią ultimatum krajom NATO. I zapewniam, że stanie się to bardzo szybko i jednostronnie.

onet.pl

Toreck przed wybuchem pełnoskalowej wojny liczył nieco ponad 30 tys. mieszkańców. Niemal 6 tys. osób wyjechało tuż po rosyjskim ataku w 2014 r. Wówczas po czterodniowych walkach ukraińscy żołnierze wojsk specjalnych wyrzucili Rosjan z miasta, które wtedy jeszcze nazywało się Dzierżyńsk. Na rosyjskich mapach nadal nosi taką nazwę. Wraz ze zmianą nazwy w 2016 r., Ukraińcy zaczęli budować system umocnień opartych głównie o Kanał Doniec – Donbas oraz głębokie wąwozy z hałdami odpadów kopalnianych od wschodu i południa. Początkowo nie wyglądały one najsolidniej, jednak z biegiem czasu rozbudowano je i zaczęły się pojawiać konstrukcje żelazobetonowe. Nie było to robione bez przyczyny.

Toreck leży zaledwie 10 km od okupowanej Gorłówki, ok. 35 km od Doniecka. Miasto uważane jest za bramę do północnego Donbasu, za którą znajduje się kluczowa z operacyjnego punktu widzenia aglomeracja miejska: Konstantynówka – Drużkówka – Kramatorsk — Słowiańsk. Dla Rosjan zdobycie Torecka pozwoliłoby utworzyć doskonały przyczółek do ataku na te miasta i znacznie usprawnić logistykę na tym odcinku frontu.

Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, mimo bardzo małej odległości od Gorłówki, Rosjanie ograniczyli się jedynie do sporadycznego ostrzeliwania miasta. Nie chcieli atakować frontalnie dobrze umocnionego miasta. Z kolei po przegranej bitwie na łuku Dońca, skupili się na zdobyciu Bachmutu, który kosztował życie i zdrowie ok. 40 tys. rosyjskich żołnierzy.

Na Toreck odważyli się ruszyć dopiero kiedy w czerwcu 2024 r. udało się im oskrzydlić miasto, podchodząc pod Czasiw Jar na północy i Oczeretyne na południu. Przesunięcie się o 10-12 km zajęło Rosjanom ponad dwa lata. Dopiero wówczas zajęli odpowiednie pozycje, aby uderzyć na miasto. Z końcem czerwca Rosjanie rozpoczęli ofensywę i udało się im wbić klinem w ukraińskie pozycje na ok. 3 km, zajmując wieś Szumy i zbliżając się do przedmieść Torecka.

W kolejnych dniach udało im się zająć kolejne miejscowości na przedpolu Torecka. Jednak już na początku lipca operacja została praktycznie zatrzymana, gdy pojawiły się ukraińskie posiłki, w tym 32. Samodzielna Brygada Zmechanizowana z Korpusu Rezerwowego i 95. Samodzielna Brygada Powietrznodesantowa, która od początku pełnoskalowej inwazji prowadzi walki na najtrudniejszych odcinkach. Rosjanie nie mogąc się przebić do miasta, rozpoczęli obchodzenie ukraińskich pozycji umocnionych od skrzydła i skupili się na atakach na osiedla typu miejskiego Nowy Jork (Nowohrodśkie), Nelipiwka i Zalizne, by móc ruszyć wzdłuż wschodniego brzegu rzeki Krutyj Toreck i ominąć część pozycji umocnionych.

Początkowo Rosjanie nie spieszyli się z zajęciem miasta, ponieważ jednym z najważniejszych celów rosyjskiej operacji był i wciąż jest rejonowy Pokrowsk, który jest dużym węzłem komunikacyjnym, gdzie krzyżują się linie kolejowe. Jego zdobycie pozwoliłoby w pierwszym kroku zabezpieczyć południowe skrzydło uderzenia na Czasiw Jar i Toreck.

Jednak przedłużające się walki o Pokrowsk spowodowały, że Rosjanie musieli zaatakować bez stuprocentowego zabezpieczenia skrzydeł, nim na front dotarłyby nowo utworzone ukraińskie brygady. Z tego powodu zintensyfikowali ostrzał Torecka, a walki z końca lata zrujnowały miasto i sąsiednie osiedla. Rosjanom po ciężkich walkach udało się zająć Nowy Jork i wkroczyć do Torecka.

Sytuacja znów się zmieniła, kiedy na froncie pojawiła się 12. Brygada Sił Specjalnych "Azow", której żołnierze odzyskali kontrolę nad częścią Nowego Jorku i uwolnili ukraińskich żołnierzy, którzy zostali otoczeni w toreckich Zakładach Fenolu. W kolejnych trzech miesiącach, do grudnia, o miasto toczyły się zacięte boje. Jednak żadna ze stron nie zdobyła zdecydowanej przewagi, raz jedna strona zdobywała kwartał miasta, by za chwilę druga go odbijała. Tak na przełomie października i listopada z rąk do rąk przechodziła choćby dzielnica przemysłowa i centrum miasta, które Rosjanie zdobyli na początku listopada.

W grudniu zaczęły się pojawiać pierwsze doniesienia, że większość miasta została zajęta. Wkrótce okazało się, że doniesienia Rosjan były przedwczesne i wynikały z natury ich dowódców, którzy przedstawiają zbyt optymistyczne — dla ich samych — raporty. Zupełnie jak w dowcipach o Radiu Erewań.

W serii dowcipów o Radiu Erewań pojawił się mówiący o tym, że "Związek Radziecki tak długo będzie walczył o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie". Mimo że ZSRR już nie istnieje, ale mentalność władców Kremla i podległych im dowódców się nie zmieniła.

W styczniu w mieście pozostało zaledwie 61 osób, a Toreck zamienił się w morze ruin. 10 stycznia Rosjanie zajęli taktycznie istotne hałdy na północnym-zachodzie miasta. 25 stycznia rosyjscy propagandyści kolejny raz donosili, że miasto jest już zajęte w 99 proc. i Ukraińcy przegrali. Sam Kreml ogłosił, że "Dzierżyńsk został wyzwolony 7 lutego". Ukraińcy natychmiast zaprzeczyli, publikując zdjęcia swoich żołnierzy walczących w mieście.

Kłamstwa dowódcy rosyjskiej 132. Samodzielnej Brygady Strzelców Zmotoryzowanych Gwardii, płk. Iwana Szulgi, wyszły na jaw, kiedy rozpoczęła się rotacja i jego brygada zaczęła przekazywać pozycje pododdziałom 150. Dywizji Zmechanizowanej Gwardii. 103. pułk zmechanizowany i 163. pułk czołgów miały zająć pozycje wyjściowe na granicach miasta, aby ruszyć dalej. Tymczasem w mieście wciąż trwały walki, a sytuacja była bardziej skomplikowana i płynna niż mogłoby się wydawać.

Ukraińcy wciąż utrzymywali w mieście otoczone pozycje i wyłomy, które blokowały ruchy Rosjan. Na przykład pododdziały 92. Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej wciąż utrzymują ulicę Historyczną, dzielącą miasto na część północną i południową. Wrzynają się w ten sposób głęboko w rosyjskie pozycje i przez to obie strony wzajemnie się flankują, grożąc okrążeniem.

W ostatnim miesiącu na front zaczęły trafiać nowe ukraińskie brygady i jednostki, które podczas odpoczynku przeszły reorganizację. Na wielu odcinkach frontu rozpoczęto ograniczone działania zaczepne. Również w Torecku pojawiły się wypoczęte jednostki, głównie sił specjalnych, jak pułk szturmowy policji Dniepro i Ługańsk oraz Brygada Policji KORD, która składa się z policyjnych pododdziałów antyterrorystycznych. Żołnierze dobrze wyszkoleni w działaniach miejskich zdobyli kilka pozycji, które zajmowały pododdziały 103. pułku i wyrzucili je z ziemi niczyjej.

W mieście nie ma w tej chwili wyraźnej linii frontu. Ruiny utrudniają prowadzenie walk, a pozycje są wymieszane. Sytuacja zmienia się niemal z godziny na godzinę. Niemniej, Ukraińcy przejęli inicjatywę i wypchnęli Rosjan z okolic stadionu Szachtara i centrum sportowego. Czy jest to tylko chwilowe zwycięstwo, okaże się w najbliższych dniach.

newsweek.pl

niedziela, 9 marca 2025



Tatiana Kolesnychenko, Wirtualna Polska: We wtorek brytyjski dziennik "Financial Times" poinformował, że po zawieszeniu dostaw broni do Ukrainy USA poszły na o krok dalej i zakazały dzielić się danymi wywiadowczymi z Kijowem. Może to mieć ogromny wpływ na sytuację na froncie, ale przede wszystkim znacznie utrudni śledzenie rakiet i dronów, którymi codziennie atakuje Rosja.

Mychajło Podolak, przedstawiciel kancelarii prezydenta Ukrainy: Nie mogę potwierdzić tych informacji tak samo, jak strona amerykańska nie potwierdza oficjalnie tych doniesień. Proponowałbym zaczekać z wyciąganiem wniosków. Do mediów trafia teraz masa przecieków, które nie zawsze odpowiadają rzeczywistości.

Powoli naprawiamy proces negocjacji z USA i aktywny udział mają w tym nasi europejscy partnerzy. Po pewnym czasie wiele z tych spekulatywnych oświadczeń pójdzie w niepamięć, ponieważ będziemy mieli całkowicie normalne stosunki robocze z Amerykanami.

(...)

Kiedy Ukraina i USA mogą wrócić do podpisania umowy o surowcach? W pierwotnym założeniu miała ona potwierdzić sojusz między Kijowem i Waszyngtonem, ale wydaje się, że administracja Donalda Trumpa chce uzyskać dostęp do ukraińskich bogactw naturalnych, a jednocześnie nie zamierza rezygnować z nacisków, by Ukraina przyjęła pokój na rosyjskich warunkach.

Postawmy sprawę jasno: USA nie narzucają nam pokoju na warunkach Rosji. Przede wszystkim chcą, abyśmy rozpoczęli proces negocjacji. Jestem pewien, że wtedy okaże się, że Rosja wcale nie chce pokoju. Kreml teraz udaje, przyklaskuje amerykańskiej polityce. Ale w praktyce widzimy, że codziennie zwiększa liczbę ostrzałów naszego terytorium.

Ramowa umowa o surowcach, podobnie jak umowy o dostawach broni, są na stole. Oprócz tego uzgadniamy stanowiska w sprawie warunków procesu negocjacji z Rosją.

(...)

Wiceprezydent USA J.D. Vance wprost powiedział, że USA "mogą wznowić dostawy broni, ale Ukraina musi zacząć negocjacje". Brzmi to jak ultimatum.

Prezydent Ukrainy wielokrotnie powtarzał, że Ukraina jest gotowa do negocjacji, ale nie będzie rozmawiać na poziomie ultimatum, a właśnie to dziś słyszymy od Rosji. Gdyby Rosja chciała pokoju, wystarczyłoby, żeby zaprzestała codziennych bombardowań ukraińskich miast.

Postawię sprawę jasno: w tej chwili nie prowadzimy z Rosją żadnych rozmów. Są próby naszych krajów partnerskich - Francji i Wielkiej Brytanii - by opracować wstępne propozycje, które później będą uzgodnione w gronie Europa-USA-Ukraina.

Wierzymy jednak, że jak tylko zacznie się proces negocjacji, opadną wszystkie maski i stanie się jasne, że Rosja absolutnie nie jest gotowa na prawdziwy pokój. Kreml nadal czerpie korzyści z wojny. Trzeba czasu, by USA również to zobaczyły. Teraz oba kraje rozpoczęły dwustronne rozmowy, ale ze spokojem obserwujemy, co się wydarzy. Stany Zjednoczone z pewnością szybko się przekonają, że Rosja nie jest gotowa, by zakończyć konflikt, bo wojna jest dla niej jedynym sposobem na kontrolowanie wewnętrznej sytuacji politycznej w kraju. Kreml chce być postrzegany jako globalna potęga, ale bez wojny zniknie ze światowej mapy wpływów. Dlatego dajemy czas Stanom Zjednoczonym, aby zdały sobie z tego sprawę. Jednak by tak się stało, musimy rozpocząć proces negocjacji.

wp.pl

Tesla przeżywa najdłuższą w swojej 15-letniej historii serię spadków wartości akcji. Trwa nieprzerwanie od momentu, gdy Elon Musk udał się do Waszyngtonu, czyli od siedmiu tygodni, jak podkreśla CNBC.

Wartość akcji Tesli spadła o ponad 10 proc. w ciągu tygodnia do poziomu 270,48 dolara. Osiągnęły w ten sposób najniższy poziom od dnia wyborów w listopadzie. Od szczytu w grudniu, kiedy akcje były warte prawie 480 dolarów, Tesla straciła ponad 800 miliardów dolarów wartości rynkowej.

Bank of America, Baird i Goldman Sachs obniżyły swoje prognozy cenowe dla Tesli. Wskazały na spadek sprzedaży nowych pojazdów. Goldman Sachs zauważył, że firma Elona Muska zmaga się z trudną konkurencją w Chinach, gdzie konkurenci oferują inteligentne funkcje jazdy bez dodatkowych opłat.

money.pl


Siły rosyjskie przeprowadziły jeden z największych ataków rakietowych i dronów na Ukrainę w nocy z 6 na 7 marca, ponieważ siły rosyjskie nadal dostosowują pakiety uderzeniowe, aby przytłoczyć parasol obrony powietrznej Ukrainy, zwiększając całkowitą liczbę dronów Shahed i wabików w każdym ataku. Siły rosyjskie przeprowadziły największy łączony pakiet uderzeniowy na Ukrainę od listopada 2024 r. w nocy z 6 na 7 marca. Ukraińskie Siły Powietrzne poinformowały, że siły rosyjskie wystrzeliły 67 pocisków, w tym 35 pocisków manewrujących Kh-101/Kh-55, osiem pocisków manewrujących Kalibr, trzy pociski balistyczne Iskander-M/Kn-23, cztery pociski obrony powietrznej S-300, osiem pocisków manewrujących Kh-59/69 i 194 Shahed i wabików dronów. Ukraińskie Siły Powietrzne poinformowały, że siły ukraińskie zestrzeliły 25 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-55, wszystkie osiem pocisków manewrujących Kalibr, jeden pocisk manewrujący Ch-59/69 oraz 100 dronów Szahed i wabików. Z kolei 86 dronów wabików i około 10 pocisków nie dotarło do celu, prawdopodobnie z powodu zakłóceń ze strony ukraińskich systemów walki elektronicznej (EW).

Ukraińskie Siły Powietrzne oświadczyły, że ukraińskie siły zestrzeliły rosyjskie cele za pomocą samolotów F-16 i Mirage-2000 i że był to pierwszy przypadek użycia przez ukraińskie siły Mirage-2000, które przybyły miesiąc temu, do obrony przed rosyjskimi atakami. Ukraińskie Siły Powietrzne oświadczyły, że rosyjskie siły zaatakowały ukraińskie zakłady produkcji gazu podczas ataku. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i inne oficjalne ukraińskie źródła oświadczyły, że rosyjskie ataki uszkodziły zakłady energetyczne w obwodach odeskim, połtawskim, czernihowskim i tarnopolskim. Administracja Wojskowa Obwodu Tarnopolskiego poinformowała, że ​​dwa rosyjskie pociski uderzyły w krytyczny obiekt infrastrukturalny, powodując pożar. Największa prywatna ukraińska firma energetyczna DTEK oświadczyła, że ​​ataki uszkodziły zakład energetyczny w obwodzie odeskim.

Siły rosyjskie zaczęły zwiększać liczbę Shahedów i dronów-wabików w pakietach uderzeniowych jesienią 2024 r., prawdopodobnie w celu dostosowania się do udanych ukraińskich innowacji w zakresie walki elektronicznej (EW). ISW zaobserwowało doniesienia, że ​​siły rosyjskie zaczęły wystrzeliwać od 80 do 100 (lub więcej) Shahedów i dronów-wabików jako część swoich większych pakietów uderzeniowych w październiku i listopadzie 2024 r., a doniesienia wskazują, że Rosja zwiększyła produkcję płatowców dronów Shahed, nadal polegając na irańskim lub chińskim imporcie innych komponentów dronów w grudniu 2024 r. Rosja prawdopodobnie wykorzystała zwiększoną produkcję dronów Shahed do zwiększenia całkowitej liczby dronów wystrzelonych w każdym pakiecie uderzeniowym. Siły rosyjskie wystrzeliły średnio 83,4 dronów na pakiet uderzeniowy w styczniu 2025 r., średnio 139,3 dronów na pakiet uderzeniowy w lutym 2024 r. i średnio 128,8 dronów na pakiet uderzeniowy od 1 do 7 marca. Siły rosyjskie tylko sporadycznie włączały pociski do pakietów uderzeniowych ze stycznia, lutego i marca 2025 r., a 67 pocisków wystrzelonych w serii uderzeń od 6 do 7 marca to większa liczba niż w poprzednich atakach rakietowych w tym roku. Siły rosyjskie prawdopodobnie zwiększyły łączną liczbę pocisków balistycznych Iskander-M/KN-23 i pocisków manewrujących Kh-101/Kh-55 w pakietach uderzeniowych od 6 do 7 marca, aby zadać maksymalne obrażenia wybranym celom na Ukrainie, jednocześnie wykorzystując dużą liczbę dronów Shahed, dronów-wabików i pocisków manewrujących Kalibr do wykrywania i przytłaczania ukraińskiej obrony powietrznej i mobilnych grup ogniowych.

Rosja prawdopodobnie wykorzysta zawieszenie amerykańskiej pomocy wojskowej i wymiany informacji wywiadowczych z Ukrainą, aby zintensyfikować kampanię uderzeniową dalekiego zasięgu i wyczerpać ukraińskie rakiety obrony powietrznej. Wywiad USA przyczynił się do wczesnego systemu ostrzegania Ukrainy przed rosyjskimi atakami, a jego zawieszenie prawdopodobnie wpłynie na zdolność Ukrainy do szybkiej reakcji na dostosowanie rosyjskich pakietów uderzeniowych. 

understandingwar.org

Podczas konferencji prasowej w Gabinecie Owalnym po kolejnym już zawieszeniu ceł prezydent usłyszał pytanie, czy jego zdaniem to właśnie one tak przerażają rynki. Trump odrzucił taką ewentualność, stwierdzając, że za spadki odpowiadają "globaliści". 

"Cóż, wiele z nich to kraje i firmy globalistyczne, którym nie będzie się wiodło tak dobrze, ponieważ odzyskujemy rzeczy, które zostały nam zabrane wiele lat temu” - odpowiedział Trump.

"Jako kraj byliśmy traktowani bardzo niesprawiedliwie. Chronimy wszystkich. Robimy wszystko dla wszystkich tych krajów, a wiele z nich ma charakter globalistyczny” - kontynuował prezydent. 

Później podczas tej samej konferencji prasowej, Trump ponownie obwinił „globalistów” za załamanie rynku, mówiąc: "myślę, że to globaliści widzą, jak bogaty będzie nasz kraj i nie podoba im się to".

(...)

Pytany, czy zawieszenie ceł to odpowiedź na zachowanie giełdy, Trump kategorycznie zaprzeczył, stwierdzając, że to nie ma nic wspólnego z rynkiem. “Nawet nie patrzę na rynek" - dodał. 

Amerykańska giełda wydaje się jednak bacznie obserwować Trumpa i wiele załamań na wykresach indeksów zbiega się w czasie z jego deklaracjami. "Trwa celny rollercoaster. Jednego dnia administracja USA twierdzi, że cła może będą, a może nie. Następnego wprowadza je w życie, by dzień później odroczyć je o miesiąc w przypadku branży motoryzacyjnej" - czytamy we czwartkowej depeszy Bankier.pl z amerykańskiego rynku akcji.

Po jednodniowym odreagowaniu w środę, S&P500 stracił w czwartek 1,78% i zszedł do najniższego poziomu od początku listopada 2024 roku, oddalając się od szczytów hossy. Jeszcze mocniejsza wyprzedaż dotknęła Nasdaq, który osunął się w dół o 2,61%, kończąc sesję z kursem widzianym po raz ostatni w październiku.

bankier.pl


Grzegorz Sroczyński: Co robi Trump?

Jakub Jakóbowski: Chce zmienić światowy układ. Zamiast być słabym hegemonem w świecie jednobiegunowym, Trump zdecydował, że Ameryka będzie tygrysem w wielobiegunowej dżungli. I stąd to szarpanie sojuszami w różnych częściach globu.

Wielobiegunowa dżungla? Czyli co dokładnie?

Widać na razie dużo chaosu, ale jest tu kalkulacja. Trump i trumpiści z Partii Republikańskiej uznali, że podtrzymywanie układu jednobiegunowego już się Ameryce nie opłaca. Ona może być hegemonem, ale tylko słabym, któremu wszyscy grają na nosie, przekraczają kolejne czerwone linie, ciągną kasę, nie dając nic w zamian - to są cytaty wprost z trumpistów. Za to w wielobiegunowym świecie-dżungli Ameryka ma masę atutów, staje się silnym drapieżnikiem, który każdego może kąsać i to jako pierwszy.

To dość przewrotne i może nieco zabawne, że wszyscy dyskutowaliśmy od dekady, czy hegemonia Ameryki się utrzyma, czy może Chiny ją obalą, czy dolar się utrzyma jako waluta światowa, czy się nie utrzyma, a teraz Amerykanie sami się obalają.

Samozaoranie?

Wykalkulowane. I z taką Ameryką też będziemy musieli nauczyć się rozmawiać, bo pozostanie potężnym graczem, ale tylko jednym z wielu i wcale nie wszechmocnym.

Zobacz, rozmawiam z tobą w szóstym z dwustu ośmiu tygodni prezydentury Trumpa. Ledwie szósty tydzień, a już mamy za sobą tyle szarpnięć i zwrotów akcji. Mam wrażenie, że z tych jaj ktoś robi jajecznicę. Po dwustu ośmiu tygodniach z jajecznicy nie da się z powrotem zrobić jajek. Jeżeli Amerykanie zaczną rwać stworzony przez siebie po II wojnie światowej ład wszędzie tam, gdzie im się nie opłaca podtrzymywanie tego ładu, to wylądujemy w świecie bliższym koncertowi mocarstw: siła, układy dwustronne, liczebność wojska, demografia, liczba ludności - to się będzie liczyć. Czeka nas bardzo chaotyczny czas, ale ten nowy ład w końcu też zacznie krzepnąć.

W wielobiegunowej dżungli da się żyć?

Będzie inaczej. Ale nie wierzę w jakieś "kongresy wiedeńskie", "cudy domu brandenburskiego", to nie XVIII wiek, że pięciu monarchów absolutnych pisze do siebie listy, zjeżdżają się, kreślą na mapie świata linie. Albo że nagle mamy odwrócenie wszystkich dotychczasowych sojuszy. Świat jest dziś niesamowicie gęsty i nawet osoby tak energiczne jak Trump nie mogą całkiem swobodnie się poruszać. To pozwala mi zachować trochę spokoju. W każdym razie jałtańskiej wykładni nie kupuję: "Trump z Putinem podzielą się naszą częścią Europy i będzie kolejna Jałta". No, nie. Te wszystkie historyczne traumy nie powinny nam objaśniać świata, który jest dziś inny. Nie jesteśmy tylko przedmiotem historii, mamy wpływ, a myśląc w kategoriach "Jałta" - czyli że podzielą Europę nad naszymi głowami - ten wpływ sami sobie odbieramy.

Czyli co chcesz teraz powiedzieć? Że w tej dżungli nie będzie tak źle?

Pytałeś o "wielki piękny deal", który Trump chce ubić z Rosją. On podjął rozmowę z Moskwą, a potem chciał spacyfikować Zełenskiego, żeby mieć swobodę w dalszych rozmowach. I Zełenski zaczął mu się stawiać. Za zbuntowanym Zełenskim stanęło kilkanaście państw europejskich, które jednocześnie zaczęły coś wspólnie planować, konkretów na razie jest mniej, niż byśmy chcieli, ale graczy zrobiło się jednak sporo. Po drugiej stronie układanki są Chińczycy, którzy przecież nie chcą, żeby Trump tych Rosjan do Ameryki przyciągnął. Sami Rosjanie też być może nie chcą się z Trumpem ułożyć, tylko próbują kupić czas, rozegrać Trumpa, użyć rozmów do tego, żeby bardziej poróżnić Stany Zjednoczone z Europą, Ukrainę ze Stanami, zmącić wodę jeszcze mocniej. Widać sporo aktorów, w dodatku mówimy na razie tylko o bezpieczeństwie, a jest jeszcze poziom handlowy, technologiczny, który stał się jeszcze ważniejszy w czasach rewolucji AI. To wszystko sprawia, że czysto jałtańskie rozwiązania są według mnie zbyt proste. I to jest właśnie ta gęstość, która nawet Trumpa wiąże.

Nie chcę brnąć w swój optymizm zbyt daleko. Nawet jeśli to, co robią Amerykanie, nie jest zdradą Ukrainy i Europy, tylko próbą wejścia w rolę tygrysa w wielobiegunowej dżungli, to oni po prostu mogą popełniać błąd. To może być błędna kalkulacja. Mogą zostać ostatecznie rozegrani, mogą bazować na złych założeniach, co do intencji Rosjan, Putin może ich wykorzystać, zresztą widać, że podchodzi do negocjacji w sposób przemyślany.

Właściwie jak ty widzisz możliwość "dealu" między Trumpem a Putinem? Na czym miałby on polegać?

To zależy jak bardzo Stany weszły w tryb koncertu mocarstw, czyli czy chcą całkiem na nowo układać się z innymi silnymi graczami, w tym z Rosją. Ale - powtórzę - sprawy nie są tak proste, jak chciałby tego Trump. Pojawia się wielu aktorów i nawet jeśli obie strony, Trump i Putin, mają w głowach jakiś zbieżny scenariusz, to on się nie musi zrealizować. Mogą sobie we dwóch czegoś chcieć, a wyjdzie jak wyjdzie.

Bo nawet ich ogranicza "gęstość" dzisiejszego świata?

Oni we dwóch mogą sobie czegoś chcieć, próbować coś przeprowadzić, a my jako Europa możemy zmienić bieg zdarzeń. To nie jest sytuacja, że dwóch mocarzy usiądzie, narzuci coś innym, a my zagryzajmy palce, przyglądajmy się i przyjmijmy "deal". Możemy powiedzieć "nie" i próbować ustawić rzeczy po swojemu.

Jakie widzisz główne scenariusze?

Zacznę od pozytywnego. Nominalnie Rubio i Waltz mówią tak: pierwszy krok to rozmowa z Rosją, drugi - zawieszenie broni, jeśli te dwa kroki zostaną zrobione, to potem będzie rozmowa o trwałym pokoju, europejskiej obecności w Ukrainie i gwarancjach. Jeżeli sprawy poszłyby w ten sposób, czyli gdyby wszystkie te czynniki się do kupy złożyły, to mamy dobrą wersję dealu. Wojna zostaje zatrzymana, Ukraina zachowuje suwerenności, dostaje gwarancje, może się rozwijać, a Europa jest w te gwarancje zaangażowana, co dodatkowo ją mobilizuje do inwestowania w bezpieczeństwo. Ale żeby to się spięło, Ameryka też musi pozostać zaangażowana i dać Ukrainie jakieś narzędzia odstraszania Rosji.

Że jak Rosjanie złamią ten wynegocjowany pokój, to Ameryka nie umyje rąk?

Tak. I do tego jeszcze wschodnia flanka NATO musiałaby zostać w wymierny sposób wzmocniona, żeby było wiadomo, że to jest coś, czego absolutnie nie odpuszczamy. Taki pakietowy układ mógłby być pozytywnym scenariuszem. Niefajną częścią takiego dealu jest styl Trumpa: eksploatacyjny wobec Ukrainy, momentami kolonialny, co widać w sposobie przedstawiania przez trumpistów porozumienia o surowcach. Ale moim zdaniem tej ceny nie da się uniknąć. Trump musi swój "beautiful deal" zanieść do ludu MAGA [Make America Great Again (Uczyńmy Amerykę znów wielką) - red.], pokazać wyborcom i powiedzieć: "Nie dość, że załatwiłem pokój, to jeszcze setki miliardów mamy dla USA!".

W tym scenariuszu Putin nie zaczyna wojny z NATO za 5-10 lat?

Nie. Bo taki układ mógłby być stabilny, Europa wreszcie się zbroi, a USA wspierają ją z daleka. Jest jeszcze kwestia sankcji na Rosję. Żeby ten układ działał, Rosja nie może dostać możliwości ponownego uzbrojenia się na naszych technologiach i komponentach. To nie wchodzi w grę. Bo inaczej zamiast stabilności, będzie za parę lat kolejna awantura w Ukrainie.

Putin na taki deal pójdzie?

Oczywiście, że nie. Trzeba by go zmusić. Trump musiałby na serio zaangażować swoją uwagę i swój czas, żeby to wymusić w formule, o której nominalnie Amerykanie mówią: "Peace through strength", czyli pokój poprzez siłę. Na razie wszystkich negatywnie zaskoczyło to, że siły wobec Putina jest bardzo mało. Trump wywiera nacisk na Ukrainę, a Rosji oferuje przede wszystkim ustępstwa. Rosjan to bardzo rozochociło. Wedle wszystkiego, co wiemy o Rosji, tak z nimi rozmawiać nie można.

Twoim zdaniem Trump potrafi w ogóle robić te "wspaniałe piękne deale" w polityce międzynarodowej, czy to jest czysta mitomania?

Obserwowałem go głównie w relacjach amerykańsko-chińskich i amerykańsko-północnokoreańskich. I wyglądało to tak: przychodził, mówił, że uwielbia przewodniczącego Xî, albo że uwielbia Kim Dzong Una - tak jak teraz Putina - zrobimy razem wielkie pieniądze i będzie super, kocham was, tylko siądźmy do rozmów. A potem się okazywało, że ta druga strona uważa Trumpa za słabego i zaczyna go kantować. Wtedy - w każdym razie tak było w jego pierwszej kadencji - Trump mówił: jeśli pogrywacie, to zobaczycie. I zaczynał zwiększać presję. Uważam, że do czegoś podobnego może dojść z Rosją. W Rosji trwa teraz wielkie święto z powodu Trumpa i radość, jeśli im to zawróci w głowie, zażądają za dużo, to mogą się nadziać.

Skutecznie w pierwszej kadencji Trump zwiększał tę presję?

W odniesieniu do Chin - tak. Znalazł narzędzia i wyrwał ten swój deal od Chińczyków. Zmusił ich do zakupów za 150 mld dolarów i do różnych innych ustępstw, ustawił Amerykę w lepszej w pozycji, a przynajmniej w takiej, że dalej może się z Chinami zmagać. W odniesieniu do Korei Północnej było trochę inaczej. Próbował po dobroci, potem myślał o presji, ostatecznie spotkał się z Kimem, nie dostał, czego chciał, więc po prostu odszedł od stołu, zamknął temat, stracił zainteresowanie.

Znudził się?

Tak. I to również byłby dla nas zły scenariusz. Trump uważa, że zrealizuje z Ukrainą dyplomatyczny blitzkrieg, szybko zamknie temat, bo wierzy w siebie i swoje zdolności negocjacyjne. A Rosjanie mogą to przeciągać, grać na zwłokę, finalnie Trump się skupi na czymś innym, ma mnóstwo tematów w wewnętrznej polityce amerykańskiej i to go głównie kręci. To byłby umiarkowanie zły scenariusz, że on po prostu rzuca zabawki, odchodzi i musimy sami się bujać z problemem rosyjskim.

I co wtedy?

To nie jest tak - znów to powiem - że Trump porusza się zupełnie swobodnie i może przesuwać figury na szachownicy według własnego uznania. Nie znajdujemy się w sytuacji wojny światowej, gdzie Churchill, Roosevelt i Stalin mogą wszystko ustalić, bo stoją za nimi armie, które mają siłę podbić cały świat. Mówimy o bardzo złożonej rzeczywistości, w której Polska też ma jakiś wpływ. Gdyby sprawy szły źle, nie powinniśmy panikować, tylko działać i szukać partnerów. Nie chcę, żebyśmy wciąż czuli się biorcami porozumień wielkich mocarstw. Jeżeli założymy, że porozumienie Trupa z Putinem determinuje całą naszą przyszłość, to pora się żegnać z podmiotowością.

A takie lęki z bazarku: "Rosyjscy żołnierze będą w Warszawie". "Ruscy zaatakują NATO". "Wejdą do Estonii albo do Polski". Ty to uwzględniasz?

Wszystkie te lęki rozumiem, one mają historyczne uzasadnienie, ale przy obecnym układzie sił - nawet z nieprzewidywalnym Trumpem - nie uważam tego za prawdopodobne. Prowokacje, ataki terrorystyczne, działania hybrydowe - tak. Rosjanie już teraz uważają, że są w stanie wojny z Zachodem, niezależnie od tego, co my uważamy. I będą tę wojnę dalej toczyć. Ale na wkroczenie do któregoś z państw NATO nie mają teraz siły, a przynajmniej wciąż się boją NATO. Straty, które wojna w Ukrainie im przyniosła, są tak duże, że to nie jest scenariusz, który leży teraz na stole.

Nie lubię tego całego fatalizmu, że jak Putin zechce, to wejdzie, a my możemy się tylko bać. Od nas to zależy, od naszych zdolności odstraszania, zdolności wojskowych, determinacji, przygotowania. Te pięć czy dziesięć lat, które Putin po zawieszeniu broni może wykorzystać na odbudowę sił, również my będziemy mogli wykorzystać na wzmocnienie Europy. Czy zagrożenie rosyjskie będzie nad nami wisieć? Na pewno. Tylko to nie jest tak, że czegokolwiek byśmy nie zrobili jako Europa i Polska, to Rosja i tak zaatakuje. Będziemy mocni - nie zaatakuje. Trzeba Europę zagrzewać do zbrojeń, to już się dzieje, a potem utrzymać amerykańskie gwarancje na te parę lat, zanim staniemy na nogi.

Oczywiście jest jeszcze scenariusz, w którym te wszystkie kalkulacje biorą w łeb: wybuch konfliktu chińsko-amerykańskiego wokół Tajwanu. Gdyby tam na Pacyfiku coś się zaczęło, to byłby - to pojęcie strasznie nadużywane, ale tu pasuje - gamechanger.

(...)

Trump celowo wywołał amok w krajach europejskich?

On nam zafundował mieszankę amerykańskiej realpolitik - nie będziemy płacić za wasze bezpieczeństwo, sami płaćcie - z czymś, co rzeczywiście jest trochę nowe, i co można nazwać rewolucyjnym jakobińskim ferworem. Ten rewolucyjny ferwor J.D. Vance zaprezentował w Monachium. I to Vance chyba najbardziej sparaliżował elity europejskie, szczególnie w tych krajach, które nie przeszły jeszcze smugi cienia, czyli nieliberalnego zwrotu, a potem liberalnej kontrrewolucji. Polska już tę smugę cienia przeszła, mamy za sobą dwukrotną zmianę władzy w jedną i drugą stronę. Niektóre państwa tego nie przeszły i dla ich elit przemówienie Vance’a to było egzystencjalne wyzwanie, coś, co może ich zmieść z planszy. Podobny jakobiński ferwor przynosi Musk, czy w ogóle ludzie MAGA, bo w USA trwa coś w rodzaju rewolucji kulturalnej. I siła nurtu rewolucyjnego jest dla mnie zaskoczeniem. Ale wszystkie inne sygnały wysyłane do Europy mają też realistyczny element, który nie jest nowy. Pamiętam rozmowę z trumpistami z drugiego szeregu o bezpieczeństwie Europy, rozmawialiśmy kilka miesięcy przed wyborami: "Za pierwszego Trumpa myśmy was prosili, a za drugiego po prostu będziecie musieli to zrobić, już nikt nie będzie was o nic prosił". Więc z mieszanki tych dwóch czynników - realpolitik i rewolucyjnego ognia - coś wyjdzie, tylko nie wiem, który składnik jest silniejszy.

Rewolucyjny ferwor?

On niesie ze sobą mnóstwo ideologii, i to ideologii, którą również Rosjanie grają. Trumpiści dorzucają do pieca jeszcze mocniej, co czasem wygląda na powtarzanie rosyjskich tez i zaciemnia nam obraz. Dla mnie Vance z całą swoją historią dzieciństwa to głos Ameryki lokalnej, Ameryki porzuconej, której globalizacja odjechała, i która za globalizację najwięcej płaci. To również w jakimś sensie głos niemieckiej AfD, tylko inaczej wypowiedziany. Wszystkie populistyczne partie w Europie odwołują się do ludzi, którzy nie weszli do wagonu z napisem "globalizacja" albo się do niego nie zmieścili. Vance w Monachium mówił mniej więcej to: dajcie wybrzmieć tym głosom, koniec z polityczną poprawnością, żadnych kordonów sanitarnych wokół czegoś, co wy nazywacie populizmem, to musi być równoprawny głos.

Ty co uważasz?

Że to oczywiście by oznaczało otwarcie puszki Pandory, dopuszczenie wszystkich dezinformowanych, zideologizowanych, kształconych przez rosyjską propagandę ruchów, które mogą eksplodować i wywrócić europejską scenę polityczną. Strach jest ogromny i to on sprawił, że Europa wpadła w amok.

"Elegia dla bidoków" Vance’a to dobra i bardzo szczera książka, opowieść z samego dna społecznego piekła. Tylko że Vance i inni amerykańscy rewolucjoniści nie rozumieją, że to piekło ma globalnie bardzo różne odcienie. To, co oni uważają za szlachetne i antyestablishmentowe w USA, nie musi być szlachetne w innych częściach świata, gdzie te same hasła mogą być prochińskie czy prorosyjskie. W Europie hasła Vance’a brzmią mocno prorosyjsko.

Czyli co Europa powinna robić z populistami?

Niektóre ruchy antyestablishmentowe są bardziej, inne mniej niebezpieczne, ale generalnie uważam, że tę smugę cienia trzeba przejść. Już dzisiaj widać, że państwa, które nie znalazły nowego sposobu na życie z populizmem, mają ogromne problemy z demokracją. A tam, gdzie smuga cienia została przekroczona, okazywało się, że po drugiej stronie nie jest tak źle.

Gdzie?

Na przykład Meloni we Włoszech. Jednak okazuje się, że antyliberalni populiści włoscy, którzy mieli być rosyjskim rozsadnikiem w Unii, dzisiaj są pod tym względem niemal wzorowi. Meloni jedzie na trumpowy CPAC do Waszyngtonu i wiedząc, jaka jest waga tych słów, broni Ukrainy i jest antyrosyjska. Więc uważam, że potrzebne są wentyle bezpieczeństwa, trzeba rosnące ruchy antyestablishmentowe normalizować, budować kanały dialogu, bo te ruchy nie znikną, w europejskich demokracjach musi się dla nich miejsce znaleźć. Pytanie tylko, czy najlepszą drogą do tego, żeby Europa sama się z sobą godziła, jest to, żeby Amerykanie przylatywali na wiece AfD i ingerowali w europejskie wybory.

W tej wielobiegunowej dżungli, w którą zmienia się świat, Polska ma dobre karty czy słabe?

Zajmuję się Chinami i często muszę patrzeć na świat w bardzo dużej skali. W tej skali Polska ma znaczenie jedynie wtedy, kiedy jest mocno zakotwiczona w Europie i jednocześnie ta Europa ma siłę i sprawczość. Inaczej to się po prostu nie składa. I w takiej konstelacji mamy całkiem niezłe karty.

gazeta.pl

Mówiący wcześniej o "Anglosasach" dziennikarz Dmitrij Kisielow — który groził, że zetrze Amerykę w "radioaktywny popiół" — wspomniał o "wielkiej trójce", do której oprócz Rosji i Chin należałyby właśnie USA. — Unia Europejska jako pojedyncza siła polityczna już nie istnieje. Blok północnoatlantycki, NATO, również w pewnym sensie przestał istnieć. Pozostaje "wielka trójka": Rosja, Chiny, Stany Zjednoczone — powiedział Kisielow na antenie 3 marca.

Władimir Sołowjow, który wcześniej nazywał USA "sługami szatana", zaczął obsypywać Donalda Trumpa komplementami za jego pomysły odzyskania Kanału Panamskiego i aneksji Grenlandii. — Dobra robota, po prostu dobra robota — wiwatował Sołowjow.

(...)

Propagandziści otrzymali instrukcje z Kremla, aby złagodzić swój ton. W połowie lutego przygotowano zmiany w wytycznych metodologicznych, które są wykorzystywane do emisji głównych programów informacyjnych i prokremlowskich liderów opinii, jak powiedzieli The Moscow Times dwaj rosyjscy urzędnicy państwowi. Rezultat był widoczny natychmiast.

— Chciałbym powiedzieć na antenie kanału federalnego, że oczywiście idea jakichś zjednoczonych Anglosasów, którzy powodują wszystkie kłopoty, okazała się nieprzekonująca i nieproduktywna — powiedział w lutym na antenie telewizji Rossija 1 "technolog polityczny" Jewgienij Minczenko, blisko związany z Kremlem.

onet.pl