niedziela, 23 lutego 2025



Ponad 790 tys. rosyjskich wojskowych zostało zabitych lub rannych od czasu rozpoczęcia inwazji na pełną skalę w 2022 r., podało brytyjskie Ministerstwo Obrony. W ub.r. Rosjanie stracili 429,6 tys. zabitych i rannych. Oznacza to, że 2024 r. stanowił ponad połowę wszystkich rosyjskich strat w wojnie (54 proc.).

Straty rosyjskie w 2024 r. w porównaniu z 2023 r. wzrosły o prawie 70 proc. (429 tys. zabitych i rannych wobec 252). W 2022 r. straty rosyjskie, według brytyjskich ekspertów, wyniosły 107 tys. osób zabitych i rannych.

Grudzień 2024 r. był szóstym miesiącem nieprzerwanego wzrostu miesięcznych strat rosyjskiej armii w Ukrainie. W grudniu Rosja straciła 48 tys. 670 rannych i zabitych, w porównaniu do 45 tys. 680 w listopadzie. Są to rekordowe straty rosyjskiej armii w jednym miesiącu od rozpoczęcia inwazji na pełną skalę.

onet.pl


Hasło na wszechobecnych wyborczych billboardach z wizerunkiem Merza przekonuje, że lider chadecji to "właściwy człowiek we właściwym czasie". Sugeruje, że chadek potrafi znaleźć receptę na problemy kraju: stagnację gospodarczą, drożyznę, biurokrację, ale także coraz większe poczucie braku bezpieczeństwa, ogarniające mieszkańców Niemiec. To ostatnie związane jest z rosyjską wojną w Ukrainie, a także z nieuregulowaną imigracją i mnożącymi się w ostatnim czasie atakami terrorystycznymi, których sprawcami byli imigranci. 13 lutego w Monachium 24-letni Afgańczyk wjechał samochodem w demonstracje związkowców, raniąc około 40 osób. Dwa dni po ataku w szpitalu zmarły w wyniku obrażeń dwie ofiary: dwuletnia dziewczynka i jej 37-letnia matka. Trzy tygodnie wcześniej Niemcami wstrząsnął atak nożownika na grupę przedszkolaków w Aschaffenburgu. Imigrant z Afganistanu zabił dwuletniego chłopca i mężczyznę, który próbował go powstrzymać. Wcześniej były ataki w Magdeburgu, Solingen czy Mannheim. 

Po tych wydarzeniach zaostrzenie polityki migracyjnej stało się głównym tematem kampanii wyborczej. Frustracja i lęk wielu niemieckich wyborców sprawiły, że aż jedna piąta z nich gotowa jest oddać głos na antyimigrancką i antyunijną populistyczno-prawicową Alternatywę dla Niemiec (AfD). Partia ta domaga się reemigracji, czyli masowych deportacji nielegalnych imigrantów, a także zaprzestania wspierania Ukrainy oraz zniesienia sankcji gospodarczych wobec Rosji. Odrzuca UE w obecnej formie.

(...)

Do przyszłego rządu AfD wprawdzie nie wejdzie. Uznawana przez kontrwywiad za ugrupowanie częściowo prawicowo ekstremistyczne, otoczona jest przez pozostałe partie "kordonem sanitarnym" albo, jak określają to Niemcy, "zaporą ogniową". Oznacza to, że wykluczają one współpracę z AfD. Jednak może ona być w stanie blokować i zakłócać prace parlamentu. System przeliczania głosów na mandaty umożliwia partii z 20-procentowym poparciem uzyskanie nawet jednej czwartej miejsc w Bundestagu, jeżeli któreś z mniejszych ugrupowań nie przekroczy 5-procentowego progu wyborczego. – Chcielibyśmy mieć 25 procent miejsc w Bundestagu, ponieważ wówczas moglibyśmy samodzielnie inicjować komisje śledcze – powiedziała w jednym z telewizyjnych wywiadów kandydatka AfD na kanclerza Alice Weidel. Jako przykłady podała komisję śledczą do zbadania polityki w czasie pandemii koronawirusa, wysadzenia gazociągu Nord Stream czy afery cum-ex dotyczącej oszustw podatkowych.

AfD, być może razem z populistycznym Sojuszem Sahry Wagenknecht (BSW), mogłaby też zablokować reformę zapisanej w konstytucji Niemiec kotwicy budżetowej, która ogranicza możliwości zadłużania się państwa. Jej poluzowanie proponuje socjaldemokratyczna SPD, aby sfinansować wyższe wydatki na obronność i inwestycje. Chadecy Merza i Zieloni są otwarci na taką możliwość. Zmiana konstytucji wymagać będzie jednak większości dwóch trzecich głosów w Bundestagu.

Wiatru w żagle AfD dodało potężne wsparcie zza Atlantyku – od szefa Tesli, SpaceX i serwisu X Elona Muska, a także wiceprezydenta USA J.D. Vance’a, który na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w połowie lutego rozwścieczył niemieckie elity polityczne, wzywając do zburzenia "zapory ogniowej" wokół AfD.  

– Nie będziemy współpracować z tą partią –  odpowiedział na to Merz w trakcie debaty czworga kandydatów na kanclerza w telewizji RTL w minioną niedzielę. – Nie dopuszczam takiej ingerencji w niemieckie wybory federalne, a także w późniejsze formowanie rządu. Nie pozwolę amerykańskiemu wiceprezydentowi mówić mi, z kim mam rozmawiać tutaj, w Niemczech – mówił.

(...)

Sondażowe prognozy podziału mandatów przewidują, że ewentualna "wielka koalicja" może mieć 335 w liczącym 630 posłów Bundestagu, a koalicja CDU/CSU z Zielonymi – 317 miejsc. Jednak blisko jedna trzecia wyborców (28 proc. wg sondażu dla ZDF) nie wie jeszcze, na kogo oddać głos. Nawet ułamki punktów procentowych i wyniki małych partii przesądzić mogą o tym, czy w Niemczech będzie mogła powstać koalicja dwóch partii, czy może jednak Friedrich Merz będzie zmuszony zwerbować do współpracy trzeciego partnera. "Taki scenariusz byłby dla chadeków katastrofą" – ocenił w niedawnym komentarzu dziennik "Sueddeutsche Zeitung". Koalicyjny rząd Olafa Scholza upadł głównie z powodu sporów między trzema obozami politycznymi. "W trójpartyjnym sojuszu Merz będzie w stanie przeforsować jeszcze mniej swoich zapowiedzi niż w sojuszu dwóch partii. Taka koalicja z pewnością nie działałaby sprawnie" – oceniła "Sueddeutsche Zeitung". 

Tymczasem Merz chce działać szybko. – Do Wielkanocy powinien powstać rząd – tłumaczył wpływowy poseł CDU Juergen Hardt na niedawnym spotkaniu z zagranicznymi dziennikarzami w Berlinie. Zaraz po świątecznej przerwie trzeba zacząć prace nad budżetem na obecny rok, którego nie dała rady przyjąć poprzednia koalicja. Na szczycie NATO w Hadze pod koniec czerwca nowy kanclerz chciałby już ogłosić nowe zobowiązania Niemiec co do zwiększenia nakładów na obronność i zaangażowania w zapewnienie bezpieczeństwa w Europie, dodał Hardt. Szybkie działania wymusza też sytuacja międzynarodowa i podjęcie przez administrację nowego prezydenta USA Donalda Trumpa rozmów z Rosją o zakończeniu wojny w Ukrainie, z pominięciem Europy. Trwa już dyskusja o możliwości wysłania na Ukrainę europejskich sił pokojowych. Brak decyzyjnego rządu w największym kraju UE jeszcze bardziej osłabia głos Europejczyków.

Zarówno chadecy, jak i ich potencjalni koalicjanci są zgodni co do konieczności wzmocnienia niemieckiej armii, Bundeswehry, i zwiększenia wydatków na obronność powyżej  2 proc. PKB. Sporne jest to, skąd wziąć pieniądze. SPD i Zieloni chcą poluzowania w tym celu konstytucyjnej kotwicy budżetowej, narzucającej dyscyplinę finansów państw. Zwolennikiem tego rozwiązania jest obecny minister obrony Boris Pistorius z SPD, najpopularniejszy polityk w Niemczech, który może odgrywać ważną rolę w przyszłym niemieckim rządzie.

(...)

– W ciągu nadchodzących dwóch lat musimy zająć się dwoma wielkimi problemami: migracją i gospodarką. Jeśli nam się nie powiedzie, to w 2029 roku kraj stoczy się w stronę prawicowego populizmu – mówił Friedrich Merz podczas ostatniej przedwyborczej debaty z Scholzem w środę, 19 lutego. – Dlatego proszę wyborców o jak najmocniejszy mandat, byśmy faktycznie mogli kierować tym rządem – zaapelował na zakończenie.

gazeta.pl

piątek, 21 lutego 2025



Były polski sędzia Tomasz Szmydt wraz ze zbiegłym na Białoruś przed prawem i pożyczkodawcami spolonizowanym Włochem Davidem Carbonarem (o którym pisaliśmy), przeprowadzili na antenie Międzynarodowego Radia Białoruś wywiad z kontrowersyjnym byłym duchownym Jackiem Międlarem. Autor m.in. książki “Polska w cieniu Żydostwa” stawał wielokrotnie przed sądem za słowne ataki na Żydów i homoseksualistów. 

Od dłuższego czasu - akurat wtedy, gdy Ukraina mierzy się z rosyjską agresją - były ksiądz poświęca swój czas na studiowanie rzezi wołyńskiej i kwestii “banderyzmu” na Ukrainie. 

Nie wchodząc w szczegóły, bo Międlar sypie nimi jak z rękawa, najciekawsza wydaje się tu jego teza, że ukraiński “banderyzm” jest pielęgnowany przez “Anglosasów”, którzy chcą go wykorzystać do zwalczania Rosji. “Anglosasi” to określenie używane na masową skalę przez kremlowską propagandę i wcale nie dziwi, że Szmydt szczegółowo dopytywał o ten wątek.

Ku zadowoleniu prowadzących Międlar sprowadzał całą historię polsko-ukraińskich relacji do zbrodni popełnianych przez Ukraińców na Polakach. I wyrażał przekonanie, że w rzeczywistości ten zbrodniczy charakter i nienawiść do Polaków są wśród nich zakorzenione. Mówił to w kontekście obecności w Polsce milionów Ukraińców, którzy mają sprowadzić nieszczęście na nasz kraj.

Na koniec Międlar został zapytany przez Szmydta o zatrzymanie go ABW w grudniu 2019 roku. Negatywnie wypowiadał się w tym kontekście o ówczesnym szefie MSWiA Mariuszu Kamińskim, a ciepłe słowa znajdował dla ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który, jak twierdził, miał interweniować w jego sprawie, przenosząc w inne miejsce zajmującą się śledztwem prokurator.

Prowadzący audycję wyrazili nadzieję, że rozmowa z Jackiem Międlarem nie będzie ostatnią i pozwolili mu reklamować na antenie swoje produkcje.

pl.belsat.eu


Netanjahu do Białego Domu przyjechał bardziej jako klient niż partner, ale został potraktowany jako klient-VIP i obrzucony upominkami premium. Natomiast zupełnie inaczej sytuacja wyglądała z Abdullahem II i Sisim (który po przeczołganiu Abdullaha II w Gabinecie Owalnym przez Trumpa odwołał swój przyjazd). Tu Trump wyszedł z założenia, że skoro daje im pieniądze (a pomoc do Egiptu wyjątkowo nie została zawieszona) to mają robić co im każe i w ogóle to „ruki po szwam”. Reszta na Bliskim Wschodzie dzieli się na bogatych (więc istotnych), biednych (więc nieważnych) oraz Iran i innych trouble-makerów. W tej pierwszej kategorii jest przede wszystkim Arabia Saudyjska, która nieprzypadkowo została wybrana na miejsce rozmów USA-Rosja. I choć Trump nie spotkał się jeszcze z MBS-em to wiele wskazuje na to, że to właśnie do Arabii Saudyjskiej uda się w swą pierwszą podróż (która zapewne obejmie też Izrael) w celu spotkania z Putinem. Królestwo to zajmuje centralne miejsce w planach Trumpa również ze względów prywatnych, nie jest bowiem tajemnicą, że MBS zainwestował w 2021 r. 2 mld dolarów w firmę Jareda Kushnera robiąca interesy w Izraelu. MBS obiecał też już inwestycje warte 600 mld USD w USA. Tyle, że wszystko potyka się o sprawę palestyńską, a pomysł Trumpa na Gazę jest z perspektywy saudyjskiej nierealistyczny i grozi zbyt poważnymi problemami w regionie by MBS skłonny był go zaakceptować. A Netanjahu wpadł w taki entuzjazm, że ciężko go powstrzymać (Rubio zresztą nie miał takiego zamiaru, natomiast senatorowie już tak).

Współpraca izraelsko-saudyjska jest też Trumpowi potrzebna do kontrowania Iranu, a także ze względu na projekty tranzytowe. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię to związane jest to z projektem szlaku tranzytowego łączącego Indie z Morzem Śródziemnym i omijającym zarówno Iran jak i Turcję, który miałby być konkurencją dla chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku, a jednocześnie konsolidować współpracę indyjsko-izraelską i indyjsko-arabską, a przede wszystkim indyjsko-amerykańską. Kluczową rolę w tym projekcie odgrywają Zjednoczone Emiraty Arabskie, które w planach Trumpa zajmują ważne miejsce, choć nie aż tak jak Arabia Saudyjska. Trzecim istotnym partnerem Trumpa na Bliskim Wschodzie jest Katar (tam co prawda Rubio nie pojechał, ale Trump wysłał Witkoffa), który dla Trumpa jest sprawdzonym kanałem negocjacji z „trouble-makerami”. W tej kategorii Trump widzi z grubsza trzy podmioty: dżihadystów, Palestynę i Iran. Z tymi pierwszymi w wizji Trumpa sprawa jest prosta: „go to hell!”. 16 lutego tak właśnie zrobiono z jednym z liderów afiliowanej przy Al Kaidzie syryjskiej organizacji Hurras ad-Din (wyeliminowany poprzez uderzenie precyzyjne w prowincji Idlib). Jeżeli chodzi o Palestynę to w wizji Trumpa jeśli Palestyńczycy dostaną nowe domy na Synaju i w Jordanii (a Sisi z Abdullahem nie mają nic do gadania, bo przecież dostają kasę) to zapomną o Palestynie i wszyscy będą zadowoleni (co jest dość naiwnym i mało realistycznym założeniem). Natomiast Iranowi Trump postanowił pokazać kij (perspektywa nalotów na instalacje atomowe) i marchewkę (kwitnąca gospodarka uszczęśliwiająca i naród i reżim) i był pewien, że logiczny wybór jest tylko jeden: marchewka i bezpośrednie negocjacje Iran – USA. Tyle, że Iran podszedł do tego zupełnie inaczej. Palestyńczycy zresztą też.

Jeśli chodzi o Bliski Wschód to warto też zwrócić uwagę, że od inauguracji nie doszło do żadnej poważnej interakcji między nową administracją USA a Turcją, mimo że po upadku Assada rola Turcji w regionie wzrosła. Choć wcześniej pojawiały się spekulacje, że Trump będzie bardziej przyjazny wobec Erdogana niż Biden, to problem tkwi w tym, że Turcja nie ma zbyt wiele do zaoferowania USA i dlatego została pominięta w rozmowach o Bliskim Wschodzie oraz o Ukrainie. Poza tym napięte relacje między Izraelem a Turcją ewidentnie skłaniają Trumpa i jego ekipę do utrzymania wsparcia dla syryjskich Kurdów (za czym lobbuje Izrael). W dodatku w ekipie Trumpa sporo jest osób, które w przeszłości ostro krytykowały Turcję z pozycji chrześcijańskich i za wspieranie dzihadystów (np. Pete Hegseth czy Tulsi Gabbard). Trudno powiedzieć czy Erdogan zdoła jakoś przekonać do siebie Trumpa, ale póki co znamienne było to, że w chwili gdy w Białym Domu Trump gościł premiera Indii Narendę Modiego to Erdogan udał się do Pakistanu. Trump i jego ekipa, w przeciwieństwie do Europejczyków, nie zamierza się też śpieszyć z podejmowaniem decyzji w sprawie Syrii, a delegacja USA odmówiła podpisania deklaracji w sprawie odbudowy Syrii, przyjętej na konferencji zwołanej przez Macrona do Paryża. Warto jeszcze dodać, że formalnie drugim po Netanjahu gościem w Białym Domu był armeński premier Nikol Paszynian, choć spotkał się z nim tylko Vance, a nie Trump. Spotkanie z Trumpem nie było w ogóle planowane i nie mogłoby się odbyć, gdyż zaburzyłoby logikę hierarchii interesów, ale jednocześnie fakt, że Trump zlecił Vance’owi przyjęcie Paszyniana (co dla armeńskiego lidera było niezwykle ważne) pokazał, że USA nie zamierzają odpuszczać Armenii.

(...)

Jednocześnie, gdy w Monachium Vance oskarżał Europę o odejście od wartości na rzecz ideologii woke Trump zaprosił do Białego Domu premiera Wielkiej Brytanii Keir Starmera. Doszło do tego zresztą w sposób dość osobliwy, gdyż Trump wysłał swojego przedstawiciela Marka Burnetta, a następnie zadzwonił do niego w czasie obiadu z brytyjskim premierem i ten przekazał komórkę Starmerowi. Warto dodać, że wcześniej Elon Musk zorganizował na X całą kampanię bezpardonowych ataków na Starmera, opartych na oskarżeniach o tolerowanie muzułmańskich gangów pedofili i gwałcicieli. Starmer, wcześniej nie ukrywający swej niechęci do Trumpa, znalazł się jednak pod ścianą z sondażami lecącymi mu na łeb na szyję. Gdy Musk solidnie przetrzepał go kijem, Trump znienacka rzucił gałązką oliwną, stwierdzając, że bardzo lubi Starmera i robi on „dobrą robotę”. Wydaje się przy tym, że Trump bardziej chce z nim rozmawiać o Pacyfiku, a nie o Europie, Rosji i Ukrainie.

Sama Europa została celowo zepchnięta na plan dalszy w tym dyplomatycznym schemacie. Trump czuje bowiem jej słabość, więc postanowił solidnie zdzielić ją kijem. I takie właśnie było zadanie Vance’a i Hegsetha. Trump zresztą ma świadomość, że część zbesztanych liderów chwieje się na swych stołkach i dlatego też Vance demonstracyjnie odmówił spotkania z Scholtzem. Z drugiej strony Trump i tak ma z kim rozmawiać w Europie, a nadzwyczajne spotkanie przywódców europejskich w Paryżu zakończyło się niczym. Jednym z kluczowych krajów w trumpowskiej wizji Europy jest przy tym Polska, o czym świadczyło wysłanie Hegsetha do Warszawy. Faktem jest, że ta wizyta nie przyniosła żadnych konkretów, ale chodziło tu o pewną demonstrację i wpisywało się to w schemat spotkań Trumpa i jego przedstawicieli (w którym nie ma nic przypadkowego i chaotycznego). Zresztą zaraz za Hegsethem w Warszawie pojawił się jeszcze Kellogg, który, będąc specjalnym przedstawicielem ds. Rosji i Ukrainy, zamiast na rozmowy z Rosjanami w Rijadzie (powierzone doświadczonemu Rubio) przyjechał do nas. I ani Kellogg ani Hegseth nie uczynili sobie z Polski stop-overa w drodze do Kijowa, jak to było często w zwyczaju za poprzedniej ekipy w Białym Domu. Zadaniem Kellogga było przy tym złagodzenie tego co było wcześniej mówione w Brukseli i Monachium. Trump w ten sposób wskazuje, że Polska odgrywa ogromną rolę w jego planach.

defence24.pl


Na to, co się dziś dzieje między USA a Rosją, nie warto reagować polskim odruchem warunkowym: Hitler-Stalin-Monachium-Jałta-rosyjskie wojska w Warszawie. Historyczne skojarzenia, które ostatnio wyskakują nam z lodówki, nie służą rozumieniu, tylko raczej zaciemniają obraz, a przede wszystkim są wyrazem bezradności. Powinno się napisać: „Nie wiem, co będzie, sytuacja zrobiła się nieprzewidywalna", ale żeby przykryć tę bezradność, to pisze się: „Drugie Monachium i druga Jałta". Odkładaj takie rzeczy na bok, nie czytaj i się nimi nie zajmuj.

Warto sobie zafundować detoks od tzw. mediów tożsamościowych (po obu stronach), czyli tych, gdzie z góry wiadomo, że Trump to Hitler, ewentualnie Trump to mesjasz. Będziecie tam zalewani skrajnymi interpretacjami, mózgi wam się zlasują, w jednym kramiku każda trumpowa brednia będzie rozdmuchiwana do rozmiarów słonia, w drugim ta sama brednia będzie na wszystkie strony usprawiedliwiana. W sytuacji, kiedy niemal każdy „normals" pod naszą szerokością geograficzną zastawia się: „Wejdą, nie wejdą, a jeśli wejdą, to kiedy?", taka dodatkowa dawka skrajnych interpretacji może tylko wpędzić w depresję. Już lepiej, jeśli nic nie będziecie czytać, niż jeśli panicznie będziecie śledzić każdy wykwit naszej publicystyki. Punktowo warto wybrać kilku spokojniejszych autorów, ja oczywiście polecam wszelkiej maści symetrystów, jak Jurasz czy Magierowski, ale nazwisk jest sporo, tylko trzeba poszperać.

Trump jest mistrzem robienia szumu w mediach i zwracania na siebie uwagi. Właśnie o to mu chodzi, żeby elity amerykańskie i europejskie jęczały ze zgrozy, bo to go buduje. Jego słowa należy traktować jak spektakl, cyrk, kuglarskie sztuczki obliczone na wywołanie emocji i wrzasków na widowni (nie tylko oklasków). Chamskie zagrywki wobec Zełenskiego (który zresztą głupio na nie reaguje) mogą rzeczywiście przerażać, ale niespecjalnie warto je z pełnym namaszczeniem analizować. Podobnie rzecz się ma z bredniami Trumpa - „Ukraina sama wywołała wojnę", „Putinowi można wierzyć, że chce pokoju" - jutro powie coś przeciwnego, a pojutrze coś jeszcze innego, nawet nie będzie pamiętał. Liczy się nieustanny szum i ruch w interesie. To nie tylko jego sposób działania, ale po prostu natura mediów społecznościowych i współczesnej komunikacji. Trump ma ją w małym palcu.

Dawniej należałoby dodać: „No ale jednak to, co mówi prezydent USA, ma znaczenie, nawet jeśli wszyscy wiedzą, że bredzi i zmienia zdanie". Owszem, kiedyś miałoby to znaczenie, dziś - umiarkowane. Wszyscy się przyzwyczaili do mediów społecznościowych, shitstormów, które trwają trzy godziny i nic z nich nie zostaje. Waga głupich odzywek Trumpa w przestrzeni międzynarodowej jest inna, niż byłaby dekadę temu, to nie znaczy, że żadna, ale jednak dużo mniejsza. Chlapnięcie bredni, która kiedyś zakończyłaby karierę tego czy innego polityka, dziś wywołuje sztorm może nawet bardziej gwałtowny, ale tylko chwilowy, po czym nikt nic nie pamięta, nikt tak do końca nie traktuje niczego poważnie, może to powiedział, może nie powiedział, a może to były tylko jakieś jaja i deepfejki, zresztą już po godzinie mamy coś nowego. Jak ktoś już totalnie przesadzi, to najwyżej może skasować tłita i sprawa załatwiona - taka mniej więcej jest dziś waga słów w polityce, nawet tych wygłaszanych przez prezydentów i premierów.

(...)

W niemal każdej chamskiej lub fejkowej opinii na temat Ukrainy czy Zełenskiego, Trump wspomina o Bidenie. Widać tu czystą obsesję, wszystko jest winą Bidena, to przez niego wybuchła wojna. Te toksyczne emocje Trumpa - świadczące o jego złym charakterze, ale to przecież nic nowego - są widoczne jak na dłoni (w słowotoku Trumpa da się zwykle znaleźć ziarno prawdy, bo faktycznie Biden nie miał pomysłu na rozstrzygnięcie wojny, poza dawaniem Ukrainie kroplówki). Nienawiść Trumpa do Bidena definiuje obecnie dużą część jego narracji na temat Ukrainy, miejmy nadzieję, że ta emocja w końcu się wypali.

Putin wcale nie wygrał - i taki jest szerszy kontekst, o którym często się zapomina - ponieważ nie chapnął Ukrainy, nie zrealizował swoich głównych założeń z 2022 roku. Ukraina zachowała niepodległość oraz - przy okazji wojny - stała się skrajnie antyrosyjska. Zainstalowanie w Kijowie jakiegoś nowego Janukowycza jest obecnie mało prawdopodobne. Putin ma przy granicy wściekłe, niepodległe i nauczone bitki państwo z potężną armią, najsilniejszą w Europie. Tego nie zmieni nawet niekorzystny dla Ukrainy traktat pokojowy. Jeśli Putin dostanie w ramach „wspaniałego pięknego dealu" jakieś cymesy i przy okazji pięć lat na wzmocnienie sił, tak samo dostanie te lata na wzmocnienie Ukraina. Europa nie zrezygnuje ze wspomagania Ukrainy, pieniądze się znajdą, skoro nawet Niemcy chcą nareszcie wyjąć wydatki wojskowe z procedury nadmiernego deficytu, wojsko ukraińskie się nie zwinie i nadal będzie wiązać główne siły rosyjskie.

Wszystko, co robi obecnie polski rząd na arenie międzynarodowej jest kompletnie nieistotne i nieskuteczne z prostego powodu: nasza polityka zagraniczna w stu procentach podporządkowana została kampanii Trzaskowskiego. Platforma aż do wyborów prezydenckich nie zrobi nic dla polskiej racji stanu, choćby się waliło i paliło, chyba że przypadkowo dobro Trzaskowskiego z polską racją stanu będzie akurat tożsame. Wszelkie decyzje w sprawie Ukrainy są obecnie wykładnią polityki wewnętrznej, chyba żaden inny rząd w Europie nie robi tego tak bezwstydnie, nawet jeśli ma na horyzoncie wybory. Odmowa Tuska jakiejkolwiek rozmowy z Macronem na temat wysłania choćby garstki polskich żołnierzy w ramach europejskiej misji stabilizacyjnej to również wkład w kampanię Trzaskowskiego, podobnie jak ściemnianie, że „nikt nas o to nie prosił", skoro właśnie prosił i to kilkukrotnie (Amerykanie i Macron). Władza nam kłamie w żywe oczy z powodu zbliżających się wyborów, dokładnie tak samo, jak kłamała poprzednia w innych ważnych sprawach, warto to wiedzieć i rozumieć, zamiast się oburzać.

Symetrycznie jest po drugiej stronie: pisowskie donosy na polski rząd do Trumpa (te wszystkie obleśne tłity po angielsku, że oto - uprzejmie donoszę - Sikorski powiedział to czy tamto, obrażajo pana, panie Trump, olaboga!) to z kolei wsad w kampanię Nawrockiego. PiS bardzo liczy, że Trump zrobi coś, co pozwoli wygrać Nawrockiemu wybory, nie wiem, na jakiej podstawie, ale takie są tam marzenia. Słuchanie opozycji też sobie darujcie, oni również myślą jedynie o własnej partii i wyniku Nawrockiego, a „Dobropolski" musi poczekać, aż się to w maju przewali.

Każdy - podkreślam KAŻDY - kto dokłada teraz do pieca, obiektywnie służy Rosji. Nigdy dość przypominania tej prawdy. Rosyjskim planem dla Polski - i wynika to wprost z zadań komórki ds. polskich w FSB - jest podkręcanie polaryzacji politycznej. Rosji wszystko jedno, czy rządzi tu PO czy PiS, ważne, żeby się brali za łby i oskarżali o zdradę stanu oraz prorosyjskość. Rosyjskie trolle rano pracują na rzecz uskrajniania wyborcy PiS-u, po południu na rzecz eskalacji poglądów wyborcy PO, wieczorem z kolei podbechtują wielbicieli Konfy, są wśród "Silnych Razem" i „Klubów Gazety Polskiej", bowiem miłe jest im każde sfanatyzowane środowisko. Za każdym więc razem - szanowny czytelniku - kiedy polscy politycy i publicyści oskarżają drugą stronę o wszystko, co najgorsze, zdradę, onucowatość, agenturalność, Targowicę, wiedz, że ktoś dokłada się do osłabiania twojej ojczyzny. Zapamiętaj tę zasadę: kto najgłośniej wrzeszczy, że ci drudzy to agenci i trzeba ich powsadzać, właśnie ten agent. Omijaj, nie czytaj, bojkotuj. 

gazeta.pl

czwartek, 20 lutego 2025



Rosjanie kontynuują natarcie na skrzydłach aglomeracji pokrowskiej. Po wielotygodniowych walkach udało im się opanować teren węzła komunikacyjnego na głównej drodze z Pokrowska do Konstantynówki. Znacznie poszerzyli też kontrolowany obszar na północny wschód od niego. Po kilkudniowej przerwie wznowili także działania w okolicach Wełykiej Nowosiłki, uzyskując powodzenie na zachód od niej. Według części źródeł wyprowadzili również natarcie sondujące w kierunku Konstantynówki od strony zajętego wcześniej Torećka. Uderzenie na Ułakły na zachód od Kurachowego przyspieszyło likwidację worka, w którym utrzymywały się siły ukraińskie. Obrońcy w większości wycofali się na zachód, a ich ostatni ośrodek oporu w tym rejonie stanowi znajdujący się w oskrzydleniu węzłowy Kostiantynopil.

Dalsze postępy terenowe agresor poczynił w Czasiw Jarze oraz w okolicach przyczółków na prawych brzegach rzek Żerebeć na kierunku Łymanu i Oskoł na północ od Kupiańska. Wyprowadzane z węzłowej Dworicznej natarcia w trzech kierunkach skutkowały znaczącym poszerzeniem przyczółku za Oskołem, wciąż jednak zajmowany przez najeźdźców teren jest zbyt mały, by zapewnić stabilną przeprawę przez rzekę większych sił. Na północny wschód od obecnego przyczółku na prawym brzegu stworzyli oni następny, w rejonie wsi Topoli. W obwodzie kurskim wojska rosyjskie odzyskały Swierdlikowo – ostatnią miejscowość przed Sudżą na drodze wiodącej do tego miasta z północnego zachodu.

(...)

14 lutego dron agresora uderzył w niedziałający czwarty blok elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Według głównego inżyniera przebił zamontowaną w 2019 r. Nową Bezpieczną Powłokę i eksplodował wewnątrz, a bariera mająca zapobiegać rozprzestrzenianiu się substancji radioaktywnych przestała funkcjonować. Najeźdźcy mieli zastosować bezzałogowiec Shahed/Gerań w zmodernizowanej wersji. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej oznajmiła, że nie doszło do wycieku niebezpiecznych substancji ani zwiększenia poziomu promieniowania.

Dwa dni później rosyjskie drony poważnie uszkodziły elektrownię cieplną w Mikołajowie. Miało dojść do zniszczenia instalacji odpowiedzialnych za generację energii elektrycznej. Ogrzewanie miasta przywrócono następnej doby. Innymi celami rakiet bądź dronów agresora były m.in. Krzywy Róg (11 lutego), Sumy (13 lutego) i Charków (dwukrotnie 17 lutego), a uszkodzenie obiektów infrastruktury krytycznej zgłaszano w obwodach czernihowskim i mikołajowskim (12 lutego). W rezultacie ataku 17 lutego nastąpiło awaryjne odłączenie dostaw energii w Kijowie oraz obwodach kijowskim i dniepropetrowskim. Od wieczora 11 lutego do rana 18 lutego najeźdźcy użyli łącznie 932 bezzałogowców – ustanowili w ten sposób kolejny rekord po tym zanotowanym tydzień wcześniej, kiedy wykorzystali ich 790. Według obrońców strącone zostały 543 bezzałogowce, a lokacyjnie utracono 359. Rosjanie mieli także użyć 19 rakiet, z których zestrzelono sześć (wszystkie nad Kijowem).

W rezultacie ataku ukraińskich dronów 17 lutego na przepompownię Kropotkinskaja w Kraju Krasnodarskim przejściowo odcięto dostawy kazachskiej ropy naftowej na Zachód. Celem była również rafineria Ilska, brakuje jednak potwierdzenia, by uderzenie wywołało znaczące szkody.

(...)

12 lutego doszło do 26. spotkania grupy kontaktowej państw wspierających wojskowo Ukrainę w formacie Ramstein. Sekretarz obrony Wielkiej Brytanii John Healey oznajmił, że z planowanych w 2025 r. 4,5 mld funtów dla Kijowa w nowym pakiecie na czołgi i bojowe wozy opancerzone (ok. 50 sztuk, w tym czołgi T-72; mają dotrzeć na front „do końca wiosny”), artylerię, rakiety powietrze–powietrze oraz remont wcześniej przekazanego uzbrojenia wydanych zostanie 150 mln funtów. Delegacja niemiecka powiadomiła, że w najbliższym czasie Ukraina otrzyma ok. 100 rakiet do systemów IRIS-T, a minister obrony Holandii Ruben Brekelmans poinformował o 25 transporterach gąsienicowych YPR w wersji ewakuacji medycznej. Następnego dnia Ministerstwo Obrony Norwegii potwierdziło dostarczenie armii ukraińskiej środków obrony powietrznej o wartości 107 mln dolarów z 2 mld dolarów przeznaczonych na wsparcie wojskowe w 2025 r. Norwegia przystąpiła także do „koalicji dronów” i przekazała na realizowane w jej ramach projekty 50 mln dolarów.

17 lutego Urząd Kanclerski ogłosił nowy pakiet wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Znalazły się w nim m.in. cztery haubice samobieżne Zuzana 2 produkcji słowackiej, 56 samochodów opancerzonych MRAP, amunicja do wozów bojowych, 50 tys. sztuk pocisków artyleryjskich 155 mm i 2 tys. pocisków 122 mm, rakiety do systemów obrony powietrznej IRIS-T, drony rozpoznawcze (245 RQ-35, 51 Vector, 29 Songbird i 14 Hornet), 300 sztuk amunicji krążącej HF-1 oraz broń strzelecka z 60 mln nabojów.

osw.waw.pl


Putin poinstruował swoich wysłanników, aby "zademonstrowali najbardziej przyjazne i, w niektórych aspektach, komplementarne podejście do swoich amerykańskich odpowiedników i prezydenta Donalda Trumpa osobiście", aby uzyskać maksymalne korzyści z nadchodzącego szczytu, powiedziało rosyjskie źródło dyplomatyczne The Moscow Times.

(...)

Jednak miliarder Roman Abramowicz, który był wcześniej zaangażowany w rozmowy pokojowe w 2022 r., tym razem raczej nie odegra żadnej roli, podały źródła. — Siłą [Abramowicza] był jego bezpośredni dostęp zarówno do Putina, jak i Wołodymyra Zełenskiego, ale Kreml nie jest już zainteresowany współpracą z ukraińskim prezydentem — powiedział rosyjski urzędnik.

(...)

The Moscow Times rozmawiał z kilkoma rosyjskimi urzędnikami i dyplomatami, aby uzyskać wgląd w cele i oczekiwania Kremla wobec Trumpa. Kreml uważa, że administracja Trumpa koncentruje się na zapewnieniu szybkich i dramatycznych zwycięstw w polityce zagranicznej — osiągnięć, które ich zdaniem "nie zawsze są dokładnie przemyślane".

Trump, zdaniem urzędników, szuka symbolicznego momentu, który pozwoliłby mu twierdzić, że osobiście zakończył wojnę w Ukrainie. Moskwa z kolei postrzega to jako okazję do zapewnienia sobie długo poszukiwanych korzyści. Jednocześnie przyznają, że amerykańskie stanowisko może ewoluować w miarę postępu negocjacji i tworzenia grup roboczych po spotkaniu w Rijadzie.

Dla Rosji priorytetem jest przywrócenie pełnego dwustronnego dialogu z Waszyngtonem, rozszerzenie dyskusji daleko poza Ukrainę, aby Kreml mógł ponownie wzmocnić swoje interesy narodowe na arenie światowej — co od dawna jest ambicją Putina.

Wśród kluczowych żądań Moskwy jest pełne przywrócenie operacji dyplomatycznych, w tym odzyskanie dostępu do rosyjskich placówek dyplomatycznych w Maryland i Nowym Jorku. Administracja Obamy zajęła te nieruchomości pod koniec 2016 r., powołując się na obawy, że były one wykorzystywane do gromadzenia danych wywiadowczych.

Rosja dąży również do ożywienia zamrożonych kanałów komunikacji w kwestiach takich jak kontrola zbrojeń, nierozprzestrzenianie broni jądrowej i stabilność strategiczna.

Ponadto Kreml naciska na częściowe złagodzenie sankcji, w tym zniesienie ograniczeń wobec konkretnych rosyjskich urzędników i odmrożenie rosyjskich aktywów. Od początku inwazji Stany Zjednoczone zablokowały co najmniej 6 mld dol. (23,8 mld zł) w rosyjskich rezerwach walutowych.

— Trump nie omawia publicznie tych kwestii — nie wydaje się nimi szczególnie zainteresowany — ale są one kluczowe dla Putina. Istnieje przekonanie, że porozumienia w takich sprawach mogą być osiągalne — powiedziało jedno ze źródeł. Kreml liczy na to, że osobista "chemia" między Trumpem i Putinem zadziała na jego korzyść.

onet.pl/The Moscow Times

środa, 19 lutego 2025



Ławrow zaprzeczył również odpowiedzialności Rosji za celowe i wieloletnie kampanie uderzeniowe przeciwko ukraińskiej infrastrukturze energetycznej. Ławrow twierdził, że siły rosyjskie nie miały zamiaru uszkodzić ukraińskiej infrastruktury energetycznej, pomimo licznych dowodów na to, że siły rosyjskie konsekwentnie prowadziły kampanie uderzeniowe przy użyciu broni o wysokiej precyzji, aby celować konkretnie w infrastrukturę energetyczną Ukrainy. Siły rosyjskie wielokrotnie eksperymentowały również z różnymi pakietami uderzeniowymi, których celem było zapewnienie, że broń o wysokiej precyzji będzie w stanie ominąć ukraińską obronę powietrzną i osiągnąć zamierzone cele infrastruktury energetycznej. Ławrow twierdził, że urzędnicy amerykańscy na spotkaniu dwustronnym zaproponowali moratorium na uderzenia przeciwko rosyjskim i ukraińskim obiektom energetycznym, a Ławrow odpowiedział, że siły rosyjskie uderzają tylko w obiekty, które „bezpośrednio wspierają” ukraińską armię. Ławrow celowo bagatelizuje rosyjskie kampanie uderzeniowe przeciwko ukraińskiej infrastrukturze energetycznej, które siły rosyjskie prowadziły każdej zimy pełnoskalowej inwazji Rosji.

Rosyjscy urzędnicy w Arabii Saudyjskiej rozpoczęli prawdopodobnie trwające działania mające na celu nakłonienie Stanów Zjednoczonych do przyjęcia rosyjskich ofert środków gospodarczych i inwestycyjnych zamiast jakichkolwiek faktycznych ustępstw Rosji wobec Ukrainy. Dyrektor generalny Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich (RDIF) Kirill Dmitriev, który był częścią rosyjskiej delegacji w Arabii Saudyjskiej, powiedział CNN 17 lutego, że spotkał się już z kilkoma nieokreślonymi członkami delegacji USA w Rijadzie przed oficjalnymi rozmowami 18 lutego. Dmitriev zaprzeczył, że Moskwa przede wszystkim dążyła do zniesienia sankcji wobec Rosji, twierdząc zamiast tego, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Rosja skorzystałyby na współpracy gospodarczej. Dmitriev oświadczył 18 lutego, że przedstawi delegacji USA w Arabii Saudyjskiej szacunki, zgodnie z którymi amerykańskie firmy straciły rzekomo 300 miliardów dolarów, opuszczając rynek rosyjski. Dmitrijew stwierdził, że duże amerykańskie firmy naftowe „odniosły duże sukcesy w interesach w Rosji” i że firmy te „w pewnym momencie” powrócą do Rosji, argumentując, że firmy te nie „zrezygnują” z możliwości, jakie Rosja oferuje w zakresie dostępu do rosyjskich zasobów naturalnych. Dmitrijew twierdził, że delegacja rosyjska przedstawiła szereg nieokreślonych propozycji ekonomicznych, które rozważają Stany Zjednoczone, i że uważa, że ​​w ciągu najbliższych dwóch do trzech miesięcy można będzie osiągnąć postęp w tych obszarach. Dmitrijew wezwał również Rosję i Stany Zjednoczone do ustanowienia wspólnych projektów w Arktyce, a minister-radca ambasady rosyjskiej w Kanadzie Władimir Proskuriakow, który jest podobno specjalistą od Arktyki, wziął udział w dwustronnym spotkaniu 18 lutego. 

(...)

Siły rosyjskie nadal wysyłają rannych i niezdolnych do służby żołnierzy na linię frontu, aby rozwiązać problem niedoborów kadrowych. Rosyjski portal opozycyjny Mobilization News poinformował 18 lutego, że rosyjskie dowództwo wojskowe wysłało około 40 rannych żołnierzy z rosyjskiej 136. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych (58. Połączona Armia [CAA], Południowy Okręg Wojskowy [SMD]), którzy zostali tymczasowo uznani za niezdolnych do służby ze względu na obrażenia i rozpoznanie zapalenia wątroby, do działań bojowych. Mobilization News zauważyło, że rosyjskie dowództwo wojskowe wprowadziło żołnierzy w błąd, że jadą do szpitala wojskowego w obwodzie kurskim na badania lekarskie, leczenie i zwolnienie ze służby, ale że rosyjskie dowództwo przydzieliło żołnierzy do rezerwy w „150. Pułku” 136. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych. Mobilization News poinformowało, że szef sztabu 136. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych, pułkownik „Graf” Egrafov, podjął decyzję o odesłaniu żołnierzy z powrotem na front.

understandingwar.org


We wtorek (18 lutego) Trump spotkał się z dziennikarzami w Mar-a-Lago. Zapytano go m.in. o to, jakie ma przesłanie dla Ukrainców, którzy mogą poczuć się zdradzeni, że nie dopuszczono ich do rozmów w Rijadzie. - Słyszałem, że się zdenerwowali, że nie dostali miejsca (przy stole negocjacyjnym - red.). Cóż, mieli takie miejsce przez trzy lata i długo przedtem. To można było załatwić. Nawet słaby negocjator mógłby to załatwić lata temu, bez utraty dużej ilości ziemi, bardzo małej ilości ziemi, bez utraty życia i bez utraty miast, które po prostu leżą - powiedział. Dodał, że Ukraina powinna była "to zakończyć trzy lata temu". - Nigdy nie powinniście byli tego zaczynać. Mogliście się dogadać. Ja mógłbym zawrzeć umowę dla Ukrainy, która dałaby im prawie całą ziemię, wszystko, prawie całą ziemię. I nikt by nie zginął - stwierdził. 

- Cóż, mamy sytuację, w której nie mieliśmy wyborów w Ukrainie, gdzie mamy stan wojenny. Mamy przywódcę w Ukrainie, który, nie chcę tego mówić, ale ma 4 procent poparcia i ma kraj, który został rozwalony na kawałki - mówił Donald Trump. Zapewniał, że to nie jest warunek postawiony przez Rosjan, choć jest to postulat zgodny z tym przekazywanym przez kremlowską propagandę. Jak podaje POLITICO, ostatni sondaż daje Zełenskiemu poparcie na poziomie 52 proc. 

gazeta.pl


Xi Jinping spotkał się dzisiaj z grupą prominentnych przedsiębiorców sektora technologicznego, w tym z Jackiem Ma. Na spotkaniu byli też główny ideolog partyjny Wang Huning, a także premier Li Qiang i wicepremier Ding Xuexiang. CCTV pokazała: Wang Chuanfu, założyciela producenta pojazdów elektrycznych BYD; Robin Zeng, założyciela giganta baterii CATL; Wang Xing, który stworzył platformę dostaw zakupów Meituan; Ren Zhengfei, który założył Huawei Technologies; Lei Jun, założyciela firmy elektronicznej Xiaomi; oraz Liang Wenfeng, fundatora DeepSeek.

W materiale filmowym, pokazanym w chińskich mediach państwowych, Jacka Ma mignął, jak klaszcze entuzjastycznie, ubrany w kostium, stylizowany na mundurek Mao. Jego obecność ma raczej pokazać przedsiębiorcom w Chinach, że nie muszą się martwić o przyszłość, jeżeli nawet znaleźli się kiedyś na celowniku władz, niż że uzyskał wybaczenie. Ewidentnie Partia chce wykorzystać falę entuzjazmu, jaką dało pojawienie się DeepSeek.

To nie pierwsze takie spotkanie Xi Jinping. Przewodniczył takim sympozjom z przedsiębiorcami w 2018 roku, kiedy to runda amerykańskich ceł uderzyła w Chiny, a także po wybuchu epidemii COVID-19 w 2020 roku. Dzisiaj Chiny szukają sposobów na pobudzenie wzrostu, podczas gdy nowe cła Donalda Trumpa zagrażają ich gospodarce opartej na eksporcie, a zachodnie ograniczenia uderzają w sektor technologiczny.

„Nadszedł właściwy czas, aby prywatne przedsiębiorstwa i przedsiębiorcy zaprezentowali swoje talenty i wnieśli znaczący wkład,” powiedział Xi Jinping. Przyznał jednak, że „trudności i wyzwania stojące przed gospodarką prywatną w dużej mierze pojawiły się podczas reform i modernizacji przemysłu, [ale] są one tymczasowe, a nie długoterminowe. Można je przezwyciężyć.”

Myliłby się jednak, kto by sądził, że Partia rezygnuje ze ścisłej kontroli. „Wszelkie nielegalne działania przedsiębiorstw, niezależnie od rodzaju własności, muszą zostać dokładnie zbadane i rozwiązane,” ostrzegł Gensek, a cokolwiek zdecydował Komitet Centralny Partii, musi zostać stanowczo wdrożone. „Musimy zdecydowanie usunąć wszelkie przeszkody dla równego legalnego wykorzystania czynników produkcji i uczciwego udziału w konkurencji rynkowej”, dodał Xi.

Nie, takie spotkania nie przełamią negatywnego sentymentu w Chinach, ale mogą robić dobre wrażenie na zagranicy, czego dowody widać już w mediach.

zawielkimmurem.net


Spadek udziałów Gazpromu w rynku europejskim wpłynął na zwiększenie roli azjatyckich odbiorców w strukturze eksportu koncernu – przede wszystkim Chińskiej Republiki Ludowej. Gdy w 2025 r. dojdzie do osiągnięcia zakładanej przepustowości gazociągu Siła Syberii-1 na poziomie 38 mld m3/r, Chiny staną się najistotniejszym klientem koncernu. Co więcej, w 2027 r. eksport na tym kierunku zwiększy się o kolejne 10 mld m3 w wyniku uruchomienia biegnącego do tego państwa tzw. szlaku dalekowschodniego. Za pośrednictwem tych dwóch rurociągów Gazprom będzie w stanie sprzedawać ok. 50 mld m3 surowca rocznie.

Rosyjski monopolista odnotuje też wzrost eksportu do innych odbiorców w Azji Centralnej. Aktualnie trwa rozbudowa jednej nitki gazociągu Azja Centralna–Centrum w kierunku południowym, co ma podnieść przepustowość istniejącej infrastruktury z obecnych 3 do 10–12 mld m3/r w roku 2025. Zgodnie z podpisanymi w 2024 r. umowami Gazprom od 2026 r. będzie w stanie dostarczać ok. 11 mld m3/r do Uzbekistanu, a także 1 mld m3/r do Kirgistanu – choć w tym przypadku czas rozpoczęcia dostaw pozostaje niejasny. Sprzedaż będzie realizowana tranzytem przez Kazachstan, a rozmowy o potencjalnym wzroście wolumenów mają się już toczyć.

Oprócz kierunków chińskiego i centralnoazjatyckiego nie można wykluczyć zwiększenia eksportu do Turcji. Wykorzystując wszystkie wolne moce rurociągów czarnomorskich, Rosjanie są w stanie dostarczać dodatkowe 10–11 mld m3/r, co hipotetycznie mogłoby stać się przedmiotem nowych kontraktów. Dotychczasowe dwie umowy – podpisane przez Gazprom i turecki BOTAŞ i opiewające na wolumen 16 mld m3/r eksportowany gazociągiem Blue Stream oraz 5,75 mld m3/r przesyłane za pośrednictwem TurkStreamu – wygasają bowiem pod koniec 2025 r.

W przypadku urzeczywistnienia zamiarów na każdym z azjatyckich kierunków Gazprom może w 2027 r. liczyć na zwiększenie eksportu do Azji o ok. 40 mld m3 względem wolumenu sprzedanego w roku 2024. Istotny jest przy tym jednak fakt, że sprzedaż na rynek azjatycki przynosi o wiele mniejsze wpływy niż ta realizowana do odbiorców europejskich, co odbije się na wskaźnikach finansowych koncernu. Ponadto wzrostu przesyłu do Turcji nie można uznawać za sprawę przesądzoną. Od 2022 r. jej import surowca z Rosji utrzymuje się na względnie stałym poziomie, co bierze się z sukcesywnego intensyfikowania krajowego wydobycia i różnicowania źródeł dostaw. Jak zapewniał w listopadzie 2024 r. minister energetyki Turcji, trend dywersyfikacyjny zostanie podtrzymany.

Spadek dochodów eksportowych będzie w dalszym ciągu mitygowany zwiększeniem sprzedaży krajowej, co Gazprom i Kreml przedstawiają jako sukces idący w parze z działaniami na rzecz gazyfikacji kraju. Proces ten ma jednak również negatywną stronę – trwające już stopniowe przerzucanie kosztów na konsumentów wewnętrznych. Indeksacje taryf od 2022 r. oraz planowana na 2025 r. kolejna podwyżka doprowadzą do kumulatywnego wzrostu ceny gazu dla odbiorców rosyjskich o ponad jedną trzecią względem tej sprzed pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Co więcej, Gazprom aktywnie domaga się przy tym dalszego podnoszenia stawek, które mogłoby zapewnić rentowność realizowania dostaw krajowych, m.in. poprzez odmrożenie kosztów dystrybucji, co również odbiłoby się na końcowym koszcie dla konsumentów.

Perspektywa dalszego zwiększenia eksportu i urzeczywistnienie gazowego „zwrotu na wschód” rysują się niepewnie w ujęciu długoterminowym, wykraczającym poza horyzont najbliższych dwóch–trzech lat. Z punktu widzenia Gazpromu kluczowe jest uzyskanie możliwości przekierowania na wschód surowca ze złóż zachodniosyberyjskich, które dotychczas zasilały rynek europejski. Zastąpienie „utraconych” w Europie wolumenów w chociażby przybliżonym stopniu nastąpi jedynie w przypadku znacznego wzrostu eksportu do Chin, stanowiących wyłączną alternatywę mogącą zaabsorbować tak duże ilości gazu.

Z tego względu w hierarchii priorytetów władze rosyjskie na pierwszym miejscu stawiają ChRL jako najważniejszego odbiorcę Gazpromu, forsując projekt gazociągu Siła Syberii-2 – połączenia o planowanej przepustowości 50 mld m3 rocznie, mającego służyć do przesyłania surowca ze złóż zachodniosyberyjskich tranzytem przez Mongolię. Inicjatywa ta wciąż znajduje się jednak w fazie projektowej. Według doniesień medialnych strony rosyjska i chińska nie mogą uzgodnić formuły cenowej. W ramach próby przełamania tego impasu w listopadzie 2024 r. Moskwa poinformowała o rozpatrywaniu alternatywnego szlaku do Chin o przepustowości 35 mld m3 rocznie, który przebiegałby przez wschodni Kazachstan (pomysł stanowi wariację na temat inicjatywy gazociągu Ałtaj, wysuwanej na początku XXI wieku). Pekin nie odniósł się dotąd do tej koncepcji.

Brak porozumienia dotyczącego formuły cenowej Siły Syberii-2 oraz rosyjskie propozycje alternatywnego gazociągu świadczą o tym, że zwiększenie obecności na rynku chińskim na warunkach dogodnych dla Gazpromu stanowi dla Rosjan poważne wyzwanie. Oprócz utraty dochodów i wpływu na Europę wyjście z zachodniego rynku niesie ze sobą bowiem jeszcze jedną konsekwencję – osłabienie pozycji przetargowej koncernu, który jest teraz zmuszony do gwałtownego poszukiwania nowych rynków zbytu.

Słabość tę wykorzystują Chińczycy podczas negocjacji. Według doniesień medialnych domagają się oni sprzedaży gazu po cenie wewnątrzrosyjskiej – wiedzą bowiem, że dla Gazpromu i władz FR realizacja gazociągu stała się niezwykle istotna. Co więcej, Pekin nie chce w szybkim tempie zwiększać dostaw z Rosji ze względu na postępującą dywersyfikację własnego importu oraz wzrost krajowego wydobycia. To z kolei zmusza Moskwę do bolesnego urealnienia własnych oczekiwań. W rzeczywistości perspektywa pełnego zastąpienia rynku europejskiego chińskim – zarówno pod względem wolumenu, jak i dochodowości – jawi się jako mało prawdopodobna.

Nie da się jednak wykluczyć, że gazociąg Siła Syberii-2 zostanie zbudowany z powodów przede wszystkim politycznych. Połączenie lądowe o takiej przepustowości może być przez Chiny postrzegane jako surowcowe „ubezpieczenie” na wypadek, gdyby dostawy z innych kierunków (np. LNG z Australii) były zagrożone – chociażby na tle konfliktu o Tajwan. Można zarazem podejrzewać, że w takiej sytuacji Pekin domagać się będzie elastyczniejszej formuły kontraktu, która zabezpieczyłaby stały wolumen o relatywnie niskiej wielkości z opcją realizowania ponadkontraktowych dostaw „na życzenie”. W porównaniu z pierwotnymi zamiarami Gazpromu (roczny przesył 55 mld m3 surowca) byłoby to dla Rosjan rozwiązanie o wiele mniej korzystne.

Równolegle z podejmowaniem prób zwiększenia swojej obecności w Chinach Gazprom poszukuje długoterminowego rynku zbytu na innych kierunkach azjatyckich. Jednym z nich pozostaje Azja Centralna, która jest dla Rosjan istotna przede wszystkim ze względu na możliwość dotarcia do ChRL za pośrednictwem tamtejszej infrastruktury. Zaproponowana przez stronę rosyjską koncepcja „unii gazowej” zdawała się częściowo motywowana właśnie tym zamiarem. Z tego względu koncern postrzega państwa centralnoazjatyckie jako ważne rynki zbytu, mimo że może tam uzyskać marże znacznie niższe niż na innych kierunkach.

Oprócz propozycji budowy gazociągu do ChRL przez wschodni Kazachstan Gazprom nie wyklucza dotarcia na rynek chiński za pośrednictwem istniejącej infrastruktury w Azji Centralnej i realizowania tam transakcji swapowych z wykorzystaniem nitki Azja Centralna–Chiny. Z perspektywy rosyjskiej byłoby to rozwiązanie optymalne pod względem nakładów finansowych na inwestycje – rozbudowa rurociągów nie pochłonęłaby bowiem tyle kapitału co utworzenie nowych, bezpośrednich połączeń do ChRL. Taki scenariusz pozostawiłby jednak kluczowe odcinki gazociągowe poza kontrolą Rosji (propozycja zawarcia „unii gazowej” była próbą jej ustanowienia – jak dotąd nieudaną).

Problem z urzeczywistnieniem tego scenariusza – poza koniecznością uzyskania gwarancji odbioru surowca ze strony Chin – stanowi postawa samych partnerów w Azji Centralnej. Zarówno Uzbekistan, jak i Kazachstan postrzegają współpracę z Gazpromem przede wszystkim w kategoriach komercyjnych, co ogranicza możliwość oddziaływania na te państwa w celu uzyskania dogodnych warunków przesyłu. Ponadto urealnienie rosyjskich zamiarów komplikuje też rola Turkmenistanu jako istotnego dostawcy surowca do ChRL korzystającego z gazociągów w Azji Centralnej. Aszchabad aktywnie sprzeciwia się dopuszczeniu Gazpromu do rurociągu Azja Centralna–Chiny.

osw.waw.pl