poniedziałek, 27 stycznia 2025



Jak na razie widać wyraźnie, że podstawą przy tworzeniu przyszłych systemów uzbrojenia rakietowego będą kontenery i mieszczące się w nich uniwersalne systemy startowe. Kontenery mają pomóc w przewozie baterii dowolnymi środkami transportu (w tym cywilnego), jak również w zakamuflowaniu położenia jednostki, która w czasie zmiany miejsca nie będzie się różniła niczym, od typowych pojazdów wykorzystywanych przez np. przemysł i handel.

Z kolei ustandaryzowane systemy startowe pozwolą na jednej wyrzutni wykorzystywać kilka typów rakiet, zwiększając w ten sposób gamę zwalczanych celów. Jest to ewidentnie lekcja wyciągnięta z amerykańskiej marynarki wojennej, która już kilkadziesiąt lat temu wprowadziła na swoich okrętach uniwersalne wyrzutnie pionowego startu Mk41. W wyrzutnie te można załadować wiele różnych typów i klas rakiet – w tym rakietotorpedy zdolne do zwalczania okrętów podwodnych oraz rakiety manewrujące.

Teraz taka samą możliwość będą mogły teraz posiadać baterie wojsk lądowych. Problemem nie jest w tym przypadku, ani system kierowania ogniem, ani system wskazywania celów. Technika poszła bowiem obecnie tak do przodu, że do przeprowadzenia procedury startowej i weryfikującej stan techniczny rakiety wystarczy średniej klasy laptop. Załadowanie ustandaryzowanej rakiety na wyrzutnię będzie więc wymagało jedynie dołożenia odpowiedniego oprogramowania do systemu kierowania ogniem.

Rewolucja w sposobie prowadzenia łączności zmieni z kolei sposób działania samej baterii. Wcześniej baterie artylerii były organizowane w sposób hierarchiczny. Trzy-cztery wyrzutnie były więc na sztywno połączone z własnym pojazdem (pojazdami) dowodzenie i kierowania ogniem oraz bardzo często z własnymi sensorami. Obecnie system przekazywania danych jest już tak zaawansowany, że poszczególne wyrzutnie w czasie działań bojowych nie muszą być przypisane do konkretnej baterii, a więc konkretnego wozu dowodzenia i kierowania ogniem.

Może się więc zdarzyć tak, że w przyszłości bateria Patriot będzie wskazywała cele dla znajdującej się w pobliżu wyrzutni LRFB, wiedząc, że na tej wyrzutni są załadowane pociski SM-6. Wielofunkcyjna wyrzutnia LRFB mogłaby też w przyszłości otrzymać dane od baterii nadbrzeżnych (takich jak polska Morska Jednostka Rakietowa), by zaatakować nawodne cele morskie lub od pododdziałów lądowych/wojsk specjalnych, by zaatakować cele lądowe.

Obecna struktura hierarchiczna jednostek artylerii będzie więc przydatna głównie w czasie pokoju (gdy konieczne jest np. szkolenie). W czasie wojny będzie natomiast potrzebna tylko wtedy, gdy nie będzie można rozwinąć odpowiedniego systemu łączności i trzeba się będzie opierać tylko na własnym systemie kierowania ogniem. Taką rewolucję wprowadza się zresztą również na amerykańskich okrętach, które już od kilku lat ćwiczą strzelanie rakietowe do celów znajdujących się „poza horyzontem”, przekazując kierowanie wystrzelonymi pociskami innym okrętom lub nawet statkom powietrznym.

I tej rewolucji nie da się już zatrzymać. Tym bardziej, że w skład baterii LRFB już niedługo będzie się wprowadzało nie tylko różnego rodzaju rakiety, ale także bezzałogowe systemy latające, oczywiście pod warunkiem ich wcześniejszego dostosowania do ustandaryzowanych, kontenerowych wyrzutni startowych.

defence24.pl

niedziela, 26 stycznia 2025



Szyicka telewizja Al-Ahad, związana z ugrupowaniem Asaib Ahl al-Haq i jego liderem Qaisem al-Chazalim, 8 stycznia opublikowała materiał, w którym zarzucono Rosji, że w Syrii „grała na korzyść Izraela” oraz „porzuciła irańską strategię” jeżeli chodzi o walkę z dzihadystami z HTS, którzy przejęli władzę w Syrii. Materiał ten odwołuje się do nadanej przez irańską agencję informacyjną Tabnak rozmowy między irańskimi dowódcami i urzędnikami Sztabu Generalnego, z której wynika, że armia Assada była skorumpowana i nie tylko uchylała się od walki ale pod naciskiem m.in. Rosji sabotowała próby podjęcia działań zbrojnych przez siły irańskie pozostające w Syrii. W materiale cytowanym przez Al-Ahad mowa jest również o tym, że armia syryjska nie przekazała żadnego uzbrojenia siłom irańskim przebywającym w Aleppo, co było przyczyną szybkiego zdobycia tego miasta przez HTS i zabicia dowódcy sił irańskich gen. Kiomarsa Purhaszemiego.

Z materiału Al Ahad wynika również, że Rosja wspierała działania Izraela po irańskim uderzeniu na ten kraj w kwietniu 2024 r. Al Ahad cytując Tabnak stwierdza, że „Rosja wyłączyła rosyjskie radary podczas izraelskiego ataku na irańskich dowódców w Syrii, co jest wyraźnym dowodem współpracy Rosji z Izraelem”, a następnie cytuje jednego z dowódców irańskiej Sepah, który stwierdza, że „Rosja porzuciła irańską strategię lądową mającą na celu pokonanie grup terrorystycznych, obiecując przeprowadzenie nalotów. Okazało się jednak, że naloty były wymierzone w domy mieszkalne i obszary pustynne, a nie w cele wojskowe organizacji Tahrir al-Szam”.

Informacje o tym, że ludzie reżimu Assada, na zlecenie Rosjan, przekazywali Izraelowi dane dotyczące dyslokacji sił irańskich w Syrii by umożliwić ich bombardowanie, pojawiły się już w połowie grudnia. Oparte one były na ujawnionych dokumentach z kontaktów między syryjskim Ministerstwem Obrony a nadzorującym tę operację ze strony Izraela oficerem wywiadu o kryptonimie „Mousa”. Nie było to zresztą zaskoczeniem, gdyż od dawna było wiadome, iż Rosja zabrania Assadowi uruchamiania syryjskiej obrony przeciwlotniczej w czasie nalotów izraelskich na pozycje irańskie w Syrii. Zdziwienie mogło jedynie budzić to, że Iran w ramach rewanżu dostarczył Rosji drony używane przez nią na Ukrainie, a media takie jak Al Ahad promowały absurdalne narracje Kutraszewa na temat Europy, wojen światowych i wojny w Ukrainie.

shafafiyat.com


Gorbaczow odszedł w niesławie, a wraz z nim Związek Radziecki, po czym nastała nowa Rosja. Marija powiedziała, że dopóki nie otworzyła swojego gabinetu najpierw w Moskwie, a potem w Düsseldorfie, gdzie porównuje opowieści ukraińskich i rosyjskich pacjentów, nie zdawała sobie sprawy, że lata 90. w Rosji i lata 90. w Ukrainie to zupełnie różne lata 90.

– Ukraińcy opowiadają zazwyczaj – wspomina Marija – że ich rodzina cierpiała biedę, czasami nędzę, że brakowało pieniędzy i chodzili w znoszonych ubraniach. Bywało niebezpiecznie, gdzieś ktoś postrzelał, a dziewczyny po zmroku nie zakładały krótkich spódniczek, aby nie kusić losu. Ale rosyjskie historie są naprawdę trashowe, typu: bomba rozerwała na strzępy ojca kolegi z klasy; nie mieliśmy co jeść i baliśmy się śmierci głodowej; w jednej chwili rzucaliśmy wszystko, bo rodzice znaleźli pracę w innym regionie; mama popadła w obłęd, bo nie wiedziała, jak na nas zarobić. Wie pan, w Ukrainie, z jej żyzną glebą, nie umrzesz z głodu, gdzie rzucisz ziarno, tam coś wyrośnie. Ale nie na Uralu czy na Syberii. Wydaje mi się, że często nawet my, Ukraińcy, nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, czym jest Rosja.

Sowieckie nadpaństwo zamieniło się teraz w eldorado gangsterów i fasadę instytucji państwowych, które nie wypełniały swoich podstawowych funkcji. Mężczyźni kompletnie nie dawali sobie rady z nową rzeczywistością. Niczym po powrocie z wojny pili, popełniali samobójstwa i umierali w większych liczbach niż w czasach Związku Radzieckiego. Według Rosstatu w Sojuzie od lat 60. średnia długość życia mężczyzn wahała się od 62 do 64 lat, ale w latach 90. spadła do 58 lat. Naukowcy Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie pisali, że śmiertelność mężczyzn wzrosła o 32 procent. Ogólnie rzecz biorąc, o ile w latach 80. zmarło 13 procent dorosłej populacji ZSRR, o tyle w latach 90. śmiertelne żniwo zabrało aż jedną piątą!

Kobiety płaciły inną cenę. Wzrosła liczba prostytutek, gwałtów i zabójstw na tle seksualnym, a także samotnych matek, które nie były w stanie utrzymać rodziny. Rosstat podawał, że ofiarami likwidacji bądź restrukturyzacji państwowych zakładów padały głównie kobiety – w 1995 roku stanowiły one 70 procent bezrobotnych. W latach 90. rozwiodło się 65 procent małżeństw, a jedynie 12 procent ojców płaciło alimenty, więc samotne matki były zdane na siebie. To jasne, że w latach 90. kwestie praw i równouprawnienia kobiet przestały istnieć. Polacy zupełnie nie zdają sobie sprawy, jak wielkim kataklizmem w Rosji były lata 90. Nie rozumiemy, że ten czas był jak klęska żywiołowa, która przyszła niezasłużenie i nie wiadomo skąd, traumatyzując społeczeństwo niczym wojna. A jeśli tego nie zrozumiemy, to nie zrozumiemy też sukcesu Putina.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję


Podczas niedawnego wystąpienia przed publicznością składającą się z operatorów ropy i gazu w Houston Petroleum Club najczęstszy kontrargument sprowadzał się do tego: jeśli wydobycie łupków będzie nadal spadać, nastąpią wyższe ceny. A przy wyższych cenach operatorzy dokładnie wiedzą, gdzie dalej wiercić. Każdy operator, pełen pewności co do swojej zdolności do zwiększenia produkcji, zakłada, że branża jako całość zrobi to samo.

Uzasadnienie wydawało się proste: biorąc pod uwagę liczbę platform znacznie poniżej poprzednich szczytów, jest mało prawdopodobne, aby dostępność stanowiła wąskie gardło. Chociaż pozostałe lokalizacje wierceń mogą być mniej produktywne, nadal mogą generować akceptowalne zyski przy podwyższonych cenach ropy i gazu. Biorąc pod uwagę ogromną liczbę niewywierconych, ale marginalnych ekonomicznie lokalizacji, operatorzy byli przekonani, że produkcja łupków w USA szybko się odbije, negując każdy rodzący się wzrost cen.

Jednak, jak będziemy argumentować, to zbiorowe zaufanie może opierać się na niepewnym gruncie. Czynniki napędzające upadek łupków są znacznie bardziej strukturalne, niż cały przemysł wydaje się skłonny przyznać.

Nasze modele prowadzą do otrzeźwiającego wniosku: nawet przy znacznie wyższych cenach i dużej liczbie niewywierconych lokalizacji produkcja będzie nadal spadać. Zjawisko to nazywamy "paradoksem wyczerpania". To znana historia, a historia stanowi wyraźny precedens.

Rozważmy przypadek konwencjonalnej produkcji ropy w USA w latach 70. Produkcja osiągnęła szczyt w listopadzie 1970 r. i wyniosła 10 milionów baryłek dziennie, a cena ropy wyniosła zaledwie $3,18 za baryłkę. W tym czasie przemysł prowadził skromne 302 platformy wiertnicze do ropy. Pierwszy kryzys naftowy OPEC w 1973 r. wywołał reakcję prezydenta Nixona w postaci szeroko zakrojonej inicjatywy Projektu Independence, mającej na celu odwrócenie spadku produkcji w USA poprzez deregulację i przyspieszone wydawanie pozwoleń. Podobnie jak dzisiaj, wśród producentów ropy naftowej panował optymizm, którzy wierzyli, że wyższe ceny wywołają boom wiertniczy i przywrócą wzrost produkcji w USA. Byli pewni, że wiedzą, gdzie wiercić; wystarczył im odpowiedni sygnał cenowy.

Ceny wzrosły z $3,18 za baryłkę w 1973 r. do $34 za baryłkę w 1981 r. Producenci, zgodnie ze swoimi obietnicami, zareagowali z wigorem. Liczba platform wzrosła z 993 w 1973 r. do oszałamiających 4500 pod koniec 1981 r. Jednak pomimo bezprecedensowego wzrostu działalności wiertniczej, produkcja ropy w USA stale spadała w latach 70. XX wieku. Do końca 1981 roku produkcja spadła do 8,5 miliona baryłek dziennie — poniżej szczytu osiągniętego dziesięć lat wcześniej i niższego niż wtedy, gdy Nixon ogłosił swoje ambitne cele.

Trzy dekady później, w 2010 roku, wydobycie ropy w USA osiągnęło najniższy poziom 5 milionów baryłek dziennie, mimo że ceny oscylowały wokół $100 za baryłkę — 30 razy wyższe niż w 1973 roku. (...)

Wierzymy, że amerykański sektor łupkowy znajduje się obecnie na rozdrożu niesamowicie podobnym do tego, przed którym stanęła konwencjonalna produkcja ropy w 1973 roku. Chociaż osiągnięcia łupków były niezwykłe, nadal podlegają one nieubłaganym siłom wyczerpywania się. Wydaje się jednak, że branża, Wall Street i prezydent-elekt są gotowi powtórzyć błędy sprzed pół wieku.

(...)

M. King Hubbert, geolog z Shell, urodził się w 1903 roku i pozostawił niezatarty ślad w badaniach zasobów ropy naftowej. W 1956 roku podczas spotkania Amerykańskiego Instytutu Naftowego przedstawił odważną prognozę: produkcja ropy w USA osiągnie szczyt w 1970 roku i wyniesie około 10 milionów baryłek dziennie. W tamtym czasie jego twierdzenie wydawało się zuchwałe, a nawet nieprawdopodobne. W końcu produkcja w USA stale rosła, odkąd prawie sto lat wcześniej pułkownik Drake odniósł pierwszy sukces. Hubbert spotkał się ze znacznym sceptycyzmem, ale historia udowodniła, że miał rację. W listopadzie 1970 roku, zgodnie z jego prognozami, produkcja w USA osiągnęła swój szczyt i rozpoczęła swój długi spadek.

(...)

Główny argument Hubberta był prosty, ale głęboki: każdy zbiornik węglowodorów jest zasobem skończonym. W związku z tym skumulowana produkcja pola będzie przebiegać według przewidywalnej trajektorii. Zaczyna się od zera, wzrasta wraz ze wzrostem wydobycia i ostatecznie osiąga górną granicę, która reprezentuje całkowite zasoby odzyskiwalne w dorzeczu. (...)

Chociaż Hubbert przyznał, że dokładny profil produkcji może się znacznie różnić, podkreślił, że zawsze będzie on nachylony w górę, co matematycy nazywają — monotonicznie rosnącym, skumulowana produkcja może tylko rosnąć, nigdy się nie kurczyć. Na przykład szybko rozwijające się pole może wykazywać wzrost niemal pionowy, podczas gdy pole wydobywane w stałym tempie może wykazywać wolniejszy, bardziej liniowy postęp przed osiągnięciem górnej granicy.

Hubbert zaproponował użycie krzywej logistycznej w celu przybliżenia tego zachowania. Krzywa logistyczna tworzy gładki, symetryczny kształt “S”: zaczyna się od zera, przyspiesza wraz ze wzrostem produkcji i ostatecznie zbliża się do ustalonej wartości, która reprezentuje całkowite zasoby basenu. Ten elegancki model uchwycił zasadniczą dynamikę wyczerpywania się zasobów i zapewnił ramy, które od tego czasu kształtują prognozowanie energii.

Przyjmowanie pochodnej skumulowanej produkcji w odniesieniu do czasu ujawnia profil produkcji pola. Dla logistycznej funkcji produkcji skumulowanej pochodna ta daje krzywą w kształcie dzwonu, idealnie symetryczną wokół jej szczytu —  charakterystycznego dla struktury Hubberta.

Hubbert wprowadził także drugą przełomową koncepcję: swoją tytułową "linearyzację". Wykreślając stosunek produkcji rocznej do produkcji skumulowanej (P/Q) do produkcji skumulowanej (Q), zauważył, że po początkowym okresie zmienności zależność ustabilizowała się w linii prostej. To spostrzeżenie dostarczyło potężnego narzędzia analitycznego. Ekstrapolując linię do punktu, w którym P/Q osiąga zero, można oszacować zarówno ostatecznie wydobywalne zasoby złoża, jak i współczynnik jego profilu produkcyjnego. Mając pod ręką te dwa parametry, skonstruowanie krzywej Hubberta stało się proste, umożliwiając analitykom przewidzenie zarówno czasu, jak i wielkości szczytu produkcji pola.

Jednym z kluczowych spostrzeżeń Hubberta było to, że pole zazwyczaj osiąga swój szczyt po wydobyciu połowy jego zasobów. Choć intuicyjnie satysfakcjonujący, pomysł ten rodzi intrygujący paradoks: dlaczego produkcja miałaby przestać rosnąć, skoro połowa rezerw złoża nadal pozostaje? Odpowiedź leży w złożonej zależności między koncepcją wyczerpywania się a dynamiką produkcji, która podkreśla granice wydobycia i nieuchronność upadku, nawet w obecności znacznych pozostałych zasobów. Ten paradoks wyczerpywania się pozostaje kamieniem węgielnym współczesnej analizy zasobów.

Paradoks irytuje inżynierów naftowych, odkąd Hubbert go po raz pierwszy wprowadził. Frustrująco sam Hubbert nie był w stanie zaoferować satysfakcjonującego wyjaśnienia pierwszych zasad. Otwarcie przyznał, że jego wybór krzywej logistycznej — i wynikający z niej profil produkcji w kształcie dzwonu — nie był zakorzeniony w teorii, ale raczej w jej konsekwentnym sukcesie empirycznym.

Krzywa logistyczna, jak zauważył Hubbert, rzetelnie opisywała rolowania produkcyjne wielu mniejszych dziedzin, które badał w latach 50. Te empiryczne osiągnięcia zapewniły modelowi wiarygodność i ostatecznie doprowadziły Hubberta do jego słynnych obecnie przewidywań dotyczących szczytu wydobycia ropy w USA w 1970 roku. Chociaż elegancja i dokładność krzywej ugruntowały jej miejsce w analizie zasobów, brak głębszych podstaw teoretycznych pozostawił jej krytyków nieprzekonanych, zapewniając, że paradoks pozostanie przedmiotem debaty. 

Chociaż krzywa logistyczna wykazała swoją skuteczność predykcyjną, zaskakujące jest, jak mało uwagi poświęcono powodom jej skuteczności. Większość krytyki skierowanej pod adresem modelu Hubberta wynika właśnie z tej niejednoznaczności. Krzywa działa — ale dlaczego? Bez solidnego zrozumienia mechanizmów leżących u jej podstaw wielu odrzuca „paradoks wyczerpywania”. W końcu czy wyższe ceny lub nowe technologie nie przyspieszyłyby rozwoju i nie pokonałyby ograniczeń wyczerpywania?

Jednak historia nauczyła nas innej lekcji. Pomimo dużych zysków i legionu inżynierów, przemysł w latach 70. nie był w stanie przechytrzyć realiów wyczerpywania się zasobów. Aby rzucić światło na ten paradoks, być może nadszedł czas, aby przenieść naszą uwagę z poziomu makro całych pól na mikro dynamikę poszczególnych odwiertów.

Wyobraź sobie, jeśli chcesz, hipotetyczne pole naftowe wyposażone w nieskończoną liczbę identycznych odwiertów, z których każdy jest wiercony w stałym tempie w nieskończoność. W tak niewątpliwie nierealistycznym „nieskończonym” polu można by oczekiwać, że produkcja będzie rosła w nieskończoność. Jednak rzeczywistość jest taka, że ​​wydobycie ze złoża będzie rosło i ostatecznie osiągnie stałą prędkość. Na pierwszy rzut oka może to brzmieć nielogicznie, ale staje się jasne po bliższym przyjrzeniu się.

Na początku rozwoju pola każdy nowy odwiert bezpośrednio zwiększa całkowitą produkcję. Gdy odwierty te są już w sieci, ich produkcja zaczyna spadać w przewidywalny sposób. W następnym okresie nowe odwierty nadal dostarczają taką samą ilość świeżej produkcji, ale teraz wzrost ten jest częściowo równoważony przez spadającą produkcję starszych odwiertów.

Dopóki produkcja z nowych odwiertów przekracza skumulowane spadki z istniejących odwiertów, całkowita produkcja pola nadal rośnie. Jednak spadek bazowy — całkowita redukcja ze wszystkich starzejących się odwiertów — również wzrasta. Pole będzie się rozszerzać, aż dodatki z nowych odwiertów dokładnie zrównoważą spadki bazowe. W tym momencie pole osiąga równowagę, a całkowita produkcja się wyrównuje.

Ten scenariusz ilustruje, dlaczego nawet nieskończony potencjał nie może uciec przed ograniczeniami wyczerpywania się. Podkreśla fundamentalną prawdę: wzrost jest ograniczony nie tylko zasobami, ale także współgraniem między nowymi dodatkami i nieuniknionymi spadkami. Wyższe ceny i postęp technologiczny mogą wpływać na tempo, ale nie mogą zmienić podstawowej dynamiki, która ostatecznie prowadzi do plateau w produkcji.

Oczywiście, żadne pole nie jest naprawdę nieskończone. Złoża ropy naftowej i gazu są wynikiem procesów geologicznych trwających setki milionów lat, a baza zasobów każdego pola jest z natury skończona. Jeśli dostosujemy nasze wcześniejsze założenie i rozważymy pole z ustaloną liczbą identycznych odwiertów wierconych ze stałą szybkością, aż do wyczerpania zasobów, wyłoni się inny profil produkcji. W tych warunkach produkcja początkowo rośnie, gdy nowe odwierty są uruchamiane, ostatecznie osiąga plateau, a następnie gwałtownie spada. Powstała krzywa ma niewiele wspólnego z symetrycznym profilem w kształcie dzwonu z modelu logistycznego Hubberta. Zamiast tego szczyt następuje znacznie później w cyklu życia pola, w punkcie, w którym wydobyto już około 80% ostatecznych odzyskiwalnych rezerw.

Ten zmieniony scenariusz podkreśla wpływ ograniczonych zasobów na dynamikę produkcji. Podczas gdy faza plateau może oferować iluzję stabilności, ostateczny gwałtowny spadek służy jako surowe przypomnienie ograniczeń pola. To wzór, który podkreśla nieubłaganą siłę wyczerpywania się, nawet gdy rozwój wydaje się solidny i ciągły.

(...)

Mając jaśniejsze zrozumienie zasad Hubberta i zawiłości zagospodarowania odwiertu, możemy zadać sobie pytanie: Jakie wnioski wyłaniają się z recesji w produkcji ropy naftowej w USA, która rozpoczęła się w 1970 roku?

W fazie wzrostu aktywność wiertnicza w USA była niezwykle stabilna. W latach 1900–1945 branża konsekwentnie wierciła około 50 milionów stóp rocznie. W tym okresie, w miarę dojrzewania branży, produktywność nie tylko wzrosła — ona gwałtownie wzrosła. Produkcja na stopę wywierconego otworu wzrosła sześciokrotnie, wzrastając ze skromnych 0,5 baryłki na stopę do prawie 3 baryłek na stopę.

Pod koniec lat 50. nastąpiła znacząca zmiana. Aktywność wiertnicza wzrosła o 70%, osiągając prawie 100 milionów stóp. Jednak paradoksalnie, wydajność spadła o połowę do zaledwie 1,5 baryłki na stopę. W rezultacie nowa produkcja wzrosła tylko o 20%, pomimo gwałtownego wzrostu wysiłków wiertniczych. Wraz ze wzrostem całkowitej produkcji wzrosły również wskaźniki wyczerpania, co zmniejszyło wzrost produkcji netto o jedną trzecią. Stany Zjednoczone stopniowo wkraczały na plateau.

Pod koniec lat 60. XX wieku kwoty produkcyjne i środki regulacyjne spowodowały spowolnienie wierceń o 40%. To spowolnienie skłoniło firmy do „wysokiej oceny” swoich zapasów, skupiając się na najbardziej obiecujących perspektywach. Produktywność wzrosła ponad dwukrotnie, a nowa produkcja brutto wzrosła o prawie 50%.

Począwszy od 1970 r. produktywność zaczęła nieubłaganie spadać, ponieważ główne obszary najlepszych pól zostały w pełni rozwinięte. Do połowy lat 80. produktywność spadła o prawie 75%. Gwałtowny wzrost aktywności wiertniczej — pobudzony polityką prezydenta Nixona — nie mógł zrekompensować gwałtownego spadku produktywności, a nowa produkcja brutto gwałtownie spadła. Całkowita produkcja osiągnęła szczyt w 1970 r. i spadała przez całą dekadę.

Widzimy zatem, że aktywność wiertnicza i wydajność odwiertu często odzwierciedlają się wzajemnie. Gdy jedno wzrasta, drugie spada, ilustrując złożoną dynamikę zachodzącą w branży. 

Branża, na swój sposób, nie była całkowicie w błędzie. Mieli mnóstwo nowych lokalizacji wiertniczych — choć zdecydowanie gorszej jakości. Nie potrafili pojąć nieubłaganej rzeczywistości nieustannych spadków bazowych. Wystarczyło przechylić szalę w nowej produkcji, aby wywołać gwałtowny i nieunikniony spadek ogólnej produkcji.

Podczas analizy nowych dodatków brutto — obliczanych jako produktywność pomnożona przez stopy wywiercone — wyłania się uderzający wzór. Ta metryka tworzy własną krzywą w kształcie dzwonu, która ściśle odzwierciedla słynną krzywą Hubberta. Odbywało się to nawet przy obfitości dostępnych lokalizacji wiertniczych i pomimo wysokich cen ropy naftowej. Podstawowa przyczyna? Stały spadek produktywności na stopę wywierconą. Branży kończyły się obszary najwyższej jakości do eksploatacji. A gdy te najlepsze lokalizacje zostały wyczerpane, zwiększona aktywność wiertnicza służyła jedynie do zrównoważenia zysków odpowiednim spadkiem produktywności, co kończyło się przetoczeniem.

W rezultacie powstała niemal idealna krzywa Hubberta, przy czym wydobycie osiągnęło szczyt po wydobyciu połowy odzyskiwalnych rezerw.

Wyposażeni w nasze ramy, co możemy dostrzec w rewolucji łupkowej? Pod wieloma względami baseny łupkowe różnią się wyraźnie od konwencjonalnych pól. Są znacznie bardziej rozległe w powietrzu i mogą pochwalić się o rzędy wielkości większą liczbą miejsc wierceń. Wczesne złoża łupkowe były nawet porównywane do „procesów produkcyjnych”, przywołując bardziej fabrykę niż tradycyjne pole naftowe.

Jednak łupki niosą ze sobą własne zawiłości. Produktywność w basenie może się znacznie różnić, a najlepsze obszary często dają czterokrotnie większą wydajność niż najgorsze. Stosując nasze wcześniejsze rozumowanie, można rozsądnie założyć, że degradacja odwiertu będzie odgrywać większą rolę, prowadząc do profili produkcji charakteryzujących się wcześniejszymi szczytami i wydłużonymi prawymi ogonami. Doświadczenie to potwierdziło.

Inną cechą charakterystyczną odwiertów łupkowych jest ich charakterystyczny wzorzec produkcji. Początkowo mają tendencję do produkcji w bardzo wysokich tempach, po których następują gwałtowne spadki, a ostatecznie ustabilizowanie się w przedłużonym okresie produkcji o niskim tempie. To zachowanie wynika z natury szczelinowania hydraulicznego, które uwalnia gwałtowny wzrost uwięzionego płynu — produkcję „flush” — po którym następuje wolniejszy, wydłużony wyciek płynów z formacji w czasie.

Biorąc pod uwagę tę wyjątkową dynamikę, nie jest zaskakujące, że odwierty łupkowe nie poddają się tradycyjnej liniowej teorii Hubberta. Podczas kreślenia stosunku produkcji do skumulowanej produkcji w stosunku do skumulowanej produkcji (P/Q vs. Q) wynik nie jest już linią prostą, ale krzywą — świadectwem odrębnej natury tych odwiertów.

Wcześni analitycy często mieli trudności ze stosowaniem konwencjonalnych liniowych obliczeń Hubberta do basenów łupkowych, co prowadziło do prognoz, które były w najlepszym razie niedokładne. Trudność polegała na tym, że wykresy produkcji nie były liniami prostymi. Jednak po dokładniejszym zbadaniu pojawiło się zaskakujące odkrycie: chociaż relacja nie jest liniowa, jest idealnie logarytmiczna. Wykreślenie logarytmu P/Q względem Q daje linię prostą, którą można ekstrapolować z niezwykłą dokładnością.

To logarytmiczne podejście umożliwia niezwykle precyzyjne prognozowanie profili produkcji łupków. Co zaskakujące, żaden inny analityk ani akademik nie doszedł do takiego wniosku. Korzystając z tej metody, dokładnie przewidzieliśmy przesunięcia w głównych obszarach, takich jak Barnett, Fayetteville, Eagle Ford i Bakken. Od tego czasu te pola zmniejszyły się o 26% do 80%.

Ta sama analiza ujawnia teraz, że oba podbaseny Marcellus zostały przewrócone, podobnie jak strona Midland basenu Permian. Oczekuje się, że strona Delaware basenu Permian i Haynesville wkrótce pójdą w ich ślady.

Oprócz przewidywania przewrotów, logarytmiczna liniowość Hubberta obejmuje również dłuższe prawe ogony, które są charakterystyczne dla basenów łupkowych. Na przykład profile produkcji Fayetteville i Barnett były wyraźnie asymetryczne, spadając wolniej niż rosły. Nasz model logarytmiczny precyzyjnie zidentyfikował ten trend.

Stosując to narzędzie, możemy dokładnie oszacować odzyskiwalne rezerwy każdego basenu i przewidzieć moment szczytowej produkcji. Zgodnie z logarytmicznymi krzywymi Hubberta, większość basenów łupkowych osiąga szczyt po wydobyciu około 30% odzyskiwalnych rezerw. Ten dłuższy prawy ogon jest znakiem rozpoznawczym degradacji odwiertu i podkreśla stopniowe wiercenie rdzeni.

Aby zweryfikować nasze ostateczne szacunki odzyskiwalnych rezerw z linearyzacji logarytmicznych i zbadać zmiany w produktywności odwiertu, zwróciliśmy się ku sztucznej inteligencji. Rozczarowani ograniczeniami konwencjonalnych narzędzi, zaczęliśmy rozwijać własne w 2019 r. Rezultatem jest wyrafinowany zestaw narzędzi sieci neuronowych i modeli uczenia maszynowego, stworzonych specjalnie do danego zadania.

Jak zauważyliśmy, nasza wyjątkowa pozycja łączy głęboką wiedzę specjalistyczną z silnym zrozumieniem sztucznej inteligencji. Podczas gdy sztuczna inteligencja stała się modnym słowem, a wszyscy teraz twierdzą, że są ekspertami, my szkolimy i udoskonalamy głębokie sieci neuronowe od 2019 r. W przeciwieństwie do rozległych dużych modeli językowych, takich jak ChatGPT, nasze modele są celowo zbudowane i pragmatyczne. Zamiast naśladować ludzkie myślenie, są one szkolone w celu przewidywania produkcji z odwiertów łupkowych na podstawie geologii podpowierzchniowej, trendów regionalnych i projektów ukończenia odwiertu.

(...)

We wszystkich dziedzinach nasze linearyzacje sugerują, że baseny przewrócą się /wyczerioą - red/, gdy około 28% ich rezerw zostanie wydobytych. Nasze modele uczenia maszynowego pokazują, że łupki bitumiczne są obecnie wyczerpane w 28-32%, podczas gdy łupki gazowe są wyczerpane w 30-34%. Wskazuje to na spowolnienie spowodowane wyczerpaniem, a nie ceną lub regulacją.

Rzeczywiście, całkowita produkcja ropy łupkowej i gazu prawdopodobnie osiągnęła szczyt pod koniec zeszłego roku. Obie spadły już o 1%, a nasze modele przewidują, że roczne spadki produkcji staną się gwałtownie ujemne w ciągu sześciu miesięcy.

To spowolnienie nie mogło nadejść w gorszym momencie. Od 2010 r. wzrost światowego popytu na ropę naftową został w całości zaspokojony przez ropę łupkową i NGL. W kraju produkcja gazu łupkowego obniżyła ceny do 80% poniżej poziomów globalnych, napędzając największy w historii USA rozwój wytwarzania energii elektrycznej z gazu ziemnego i eksportu LNG. 

(...)

Nawet przy rosnących cenach wątpimy, że produkcja łupków wzrośnie. Historia daje nauczkę. Nieoczekiwany rollover produkcji w latach 70. był spowodowany spadkiem produktywności na odwiert — schemat, który naszym zdaniem się powtórzy.

blog.gorozen.com

sobota, 25 stycznia 2025



Mariia Tsiptsiura: Zacznijmy od tego, jak będziemy żyć w 2024 r. W ostatnim wywiadzie powiedział Pan, że ukraińska gospodarka - biorąc pod uwagę obecną sytuację - to cud. Czy możemy powiedzieć, że ten trend utrzymał się przez cały 2024 r? Jak ogólnie radziliśmy sobie w tym roku - trzecim roku wojny?

Siergiej Fursa: W rzeczywistości ten trend się utrzymał. Nadal wykazywaliśmy wzrost gospodarczy, a dochody gospodarstw domowych osiągnęły nominalny poziom sprzed wojny. W przyszłym roku realne dochody przekroczą nawet poziom sprzed wojny. Tak więc cud gospodarczy trwa nadal dzięki wsparciu zewnętrznemu, które pomaga utrzymać względną stabilność gospodarczą.

Jedyną rzeczą, która nie poszła zgodnie z planem w 2024 r., była inflacja. Obserwowaliśmy jej przyspieszenie i ostatecznie osiągnęła 12 proc., choć oczekiwano, że będzie niższa niż 10 proc. Wzrost ten był spowodowany kilkoma ważnymi czynnikami. Po pierwsze: koszt energii elektrycznej. Ze względu na uszkodzenie systemu energetycznego firmy były zmuszone do importu energii elektrycznej, co znacznie zwiększyło jej koszt. W rezultacie wywarło to presję na ceny i zwiększyło koszty produkcji. Po drugie, zbiory były gorsze, niż się spodziewaliśmy. To również wpłynęło na ceny. I oczywiście rosnące dochody zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym napędzały inflację.

Biorąc pod uwagę wojnę i tak trudną sytuację, jak firmy radzą sobie z podnoszeniem wynagrodzeń?

Firmy są zmuszone podnosić wynagrodzenia ze względu na dotkliwy niedobór pracowników. Na rynku występuje krytyczny niedobór ludzi. Aby zatrzymać pracowników, firmy są zmuszone podnosić wynagrodzenia. Doprowadziło to do wzrostu ilości pieniędzy, które ludzie mają w rękach, bez odpowiedniego wzrostu wydajności. W rezultacie spowodowało to również inflację. Tak więc wszystko rozwijało się prawie zgodnie z oczekiwaniami, z wyjątkiem tego, że inflacja była wyższa.

(...)

Czego możemy się spodziewać, jeśli chodzi o pomoc międzynarodową?

Wszystko jest tutaj absolutnie stabilne. Mamy zagwarantowaną pomoc na rok 2025, a nawet częściowo na rok 2026. Było to możliwe dzięki decyzji G7 o przeznaczeniu 50 mld euro z rosyjskich aktywów.

Jeśli chodzi o finansowanie budżetu i stabilność makrofinansową, wszystko jest zagwarantowane. Pojawia się więcej pytań dotyczących pomocy wojskowej, ponieważ zależy ona w dużej mierze od stanowiska prezydenta USA i amerykańskiej pomocy wojskowej.

Jednak kwestia ta stanie się bardziej istotna w drugiej połowie roku. Obecnie Ukrainie przydzielono znaczne kwoty pomocy wojskowej, która nadal płynie, a kraj z niej korzysta. Ale począwszy od drugiej połowy roku, pojawi się pilne pytanie: czy Stany Zjednoczone zapewnią dalszą pomoc wojskową?

(...)

Jeśli chodzi o pomoc finansową, jasne jest, że Trump będzie mniej skłonny do wspierania Ukrainy. Ale przez najbliższe półtora roku jego stanowisko nie jest dla nas krytyczne.

Jeśli chodzi zaś o pomoc wojskową, to jej zapewnienie leży w interesie Partii Republikańskiej. Dlatego możemy pozostać optymistami, że Stany Zjednoczone będą nadal udzielać wsparcia wojskowego Ukrainie za prezydentury Trumpa.

onet.pl


W trakcie pierwszej kadencji Donalda Trumpa amerykańska produkcja ropy naftowej wzrosła o ponad 4 mln baryłek dziennie, z czego około 3 mln to "nowe baryłki", przekraczające poprzedni szczyt wydobycia.

Podobnych wzrostów oczekuje część obserwatorów. Sekretarz Skarbu, Scott Bessent, zapowiedział zwiększenie wydobycia o 3 mln baryłek ekwiwalentu ropy dziennie (BOE/d). 

(...)

Co kluczowe, rynek w 2025 roku wygląda zupełnie inaczej niż w 2017 roku.

W tamtym czasie wzrost produkcji opierał się głównie na działaniach mniejszych firm, które korzystały z prostego modelu biznesowego. Wykorzystywały tanie finansowanie, intensywnie wierciły, budowały rezerwy i finalnie sprzedawały swoje przedsiębiorstwa większym graczom, co pozwoliło wielu osobom na zbudowanie fortun. W takim podejściu negatywny cashflow nie stanowił przeszkody, ponieważ nadrzędnym celem nie było generowanie zysków z wydobycia, lecz maksymalna ekspansja i sprzedaż.

Obecna sytuacja jest jednak zupełnie inna. Branża przechodzi przez ogromny boom związany z fuzjami i przejęciami. Przeprowadzono http://m.in transakcje przejęć: Pioneer Natural Resources przez Exxon za 60 mld USD, Hess Corporation przez Chevron za 53 mld USD oraz Marathon Oil przez ConocoPhillips za 22,5 mld USD.

W wyniku tych zmian znaczne złoża znalazły się w rękach mniejszej liczby, ale większych operatorów. Dla tych gigantów priorytetem jest dyscyplina kapitałowa, co oznacza, że dodatni cashflow ma kluczowe znaczenie, znacznie wyprzedzając ekspansję wydobycia.

Jak zauważył CEO Diamondback Energy, Travis Stice: „Trudno jest patrzeć na świat, który ma 4-6 mln baryłek dziennie nadwyżki mocy produkcyjnych, i zakładać, że możemy efektywnie włączyć się w tę przestrzeń”.

Skoro supermajors nie skuszą się na zachęty Donalda Trumpa, to może na tę inicjatywę pozytywnie odpowiedzą mniejsi gracze? Niestety, paliwo do ekspansji, czyli tanie finansowanie, jest w tym momencie niedostępne i długo takie pozostanie (grafika: produkcja w USA a stopy procentowe).

Jeśli D. Trump obniży opłaty związane z wydobyciem, które podniósł J. Biden, będą to jednorazowe zastrzyki, które poprawią bilanse spółek, ale nie wpłyną znacząco na długoterminowe perspektywy. Pamiętajcie, że mimo tańszego finansowania na rynku upadło wiele spółek, które nie były w stanie wytrzymać operowania mocno pod kreską.

(...)

Kolejnym ograniczeniem dla „drill, baby, drill” będzie natura. Wiele znaków wskazuje, że rewolucja łupkowa napotyka szklany sufit. Najbardziej niepokojącym wskaźnikiem dojrzewania złóż łupkowych jest rosnący gas-to-oil ratio. W ciągu dekady udział gazu na trzech kluczowych złożach wzrósł z 29% do 40% (...). Nie jest to zjawisko, które uniemożliwia produkcję, ale zdecydowanie ją utrudnia.

(...)

Co więcej, szybki spadek wydajności odwiertów skał łupkowych, w połączeniu z wysoką produkcją, rodzi konieczność ciągłego wiercenia, aby utrzymać produkcję.

W 2017 roku średni spadek produkcji, wynikający z obniżania się wydajności, wynosił około 300 tysięcy b/d. W 2025 roku będzie to już +/- 600 tysięcy b/d, które trzeba będzie zastąpić, aby utrzymać dotychczasowy poziom produkcji.

Oczywiście, najważniejszą zachętą do nowych wierceń będzie wysoka, ale przede wszystkim stabilna cena. Jakich poziomów oczekują amerykańscy producenci? W tym kontekście pomocne są dane oddziału Fed w Dallas, który co roku przeprowadza ankiety wśród firm E&P w Stanach Zjednoczonych.

W marcu 2024 roku na pytanie: jaką cenę ropy West Texas Intermediate (WTI) Twoja firma potrzebuje, aby zyskownie wiercić nowy odwiert?

średnia odpowiedź w całej próbie wyniosła 64 USD za baryłkę, co stanowi wzrost w porównaniu do 62 USD za baryłkę wymaganych w zeszłym roku. W zależności od regionu ceny break-even dla opłacalnego wiercenia wahają się od 59 USD do 70 USD za baryłkę. (grafika)

W Basenie Permskim średnia cena break-even wynosi 65 USD za baryłkę, co oznacza wzrost o 4 USD w porównaniu do poprzedniego roku. Prawie wszystkie firmy biorące udział w badaniu mogą zyskownie wiercić nowe odwierty przy obecnych cenach (średnia cena ropy WTI w okresie badania wynosiła 83 USD za baryłkę).

Duże firmy (produkujące 10 000 baryłek ropy dziennie lub więcej na koniec czwartego kwartału 2023 roku) potrzebują ceny 58 USD za baryłkę, aby zyskownie wiercić nowy odwiert — na podstawie średnich odpowiedzi. Dla małych firm (produkujących mniej niż 10 000 baryłek dziennie) cena ta wynosi 67 USD).

Na drodze "drill, baby, drill" stanie także ściana rafineryjna. 

Otóż rafinerie w Stanach Zjednoczonych, powstałe głównie w XX wieku, zostały zaprojektowane z myślą o przetwarzaniu ciężkich gatunków ropy naftowej, które pochodzą głównie z importu z regionów takich jak Bliski Wschód, Kanada, Meksyk czy Ameryka Południowa. W tamtym czasie była to racjonalna decyzja, ponieważ cięższe gatunki były tańsze, a więc uzyskana marża na produktach - wyższa.

W efekcie te obiekty nie były/nie są gotowe do wchłonięcia napływu lekkiej ropy łupkowej. W procesie projektowania rafinerii kluczowym elementem jest określenie parametrów kolumn dla różnych frakcji, co musi być dostosowane do specyfiki przerabianego surowca - nie można efektywnie przerabiać wszystkich gatunków w jednej rafinerii. Ropa lekka (jak WTI) jest odpowiednia do uzyskania benzyny czy nafty, gorzej jeśli chodzi o cięższe frakcje.

Chociaż w USA realizowane są projekty modernizacyjne, ich skala pozostaje ograniczona (grafika 1). Największym z nich jest niedawna rozbudowa rafinerii Exxonu w Beaumont w Teksasie, który teraz może przetwarzać 250 tysięcy baryłek dziennie ropy łupkowej. Projekt ten kosztował 2 miliardy dolarów i dobrze ilustruje, dlaczego modernizacja sektora rafineryjnego napotyka na poważne bariery. Budowa nowych rafinerii lub modernizacja istniejących obiektów to proces niezwykle kosztowny, a jego długoterminowa rentowność wydaje się wątpliwa, biorąc pod uwagę prognozy popytu na paliwa w USA.

Dodatkowo, znaczna część rafinerii w 🇺🇸 nie dysponuje infrastrukturą, która pozwalałaby korzystać tylko krajowej ropy. Świetnym przykładem jest ropa z Kanady, która dla wielu amerykańskich Stanów jest jedynym wyborem. Abstrahując od ich "ustawień", przebudowa sieci zajęłaby miesiące, jak nie lata. 

I oczywiście, można to bronić argumentem - jeśli Trump będzie chciał przebudowy, to to zrobi. Natomiast przykład takich kontrowersyjnych projektów jak Keystone XL pokazuje, że w branży nie ma wielkiego entuzjazmu dla realizacji projektów, które przy wymianie administracji za 4 lata zostaną zbombardowane.

Oznacza to, że nadwyżka amerykańskiej produkcji ropy naftowej będzie kierowana na eksport. Proces ten trwa już od kilku lat, jednak eksperci przewidują potencjalne trudności w przyszłości. Światowy rynek może się przesycić lekką, słodką ropą, ponieważ jej producentami są nie tylko Stany Zjednoczone, ale również kraje afrykańskie, takie jak Nigeria. Przykładem jest nigeryjska Bonny Light, która cieszy się popularnością, http://m.in. wśród takich odbiorców jak Orlen.

Co więcej, nawet optymistyczne prognozy światowego popytu na ropę zakładają, że wzrost będzie dotyczył przede wszystkim pozostałej petrochemii, a benzyna może wkrótce osiągnąć swój szczyt.

x.com/luke_skiba/

piątek, 24 stycznia 2025



W pierwszym rzędzie: Elon Musk (SpaceX, Tesla, X), Mark Zuckerberg (Facebook, Instagram), Sundar Pichai (Google, YouTube) i Jeff Bezos (Amazon). Z tyłu, w dalszych rzędach, widać głowy przyszłych kluczowych urzędników państwowych. Pete Hegseth, który ma kierować Pentagonem, czy Robert F. Kennedy Jr., przyszły szef departamentu zdrowia, musieli się zadowolić pośledniejszymi miejscami. 

(...)

Zacznijmy od najbardziej oczywistej postaci, bo akurat Musk reflektorów nie unika. Oficjalnie poparł Trumpa w lipcu, jesienią brykał już po scenie na jego wiecach, wymyślił frakcję "Dark MAGA" w ramach ruchu skupionego wokół Trumpa, przesiadywał w Mar-a-Lago. W nowej administracji dostał stworzony specjalnie dla niego "departament" ds. cięcia kosztów publicznych. 

(...)

W 2016 r. Bezos martwił się na głos, że Trump jest zagrożeniem dla demokracji. Trzy lata później, w czasie jego kadencji, Amazon ogłosił, że to ze względu na naciski prezydenta firma nie otrzymała od Pentagonu wielomiliardowego kontraktu rządowego. Według formalnego protestu, który firma skierowała do sądu, Trump wielokrotnie atakował ją i publicznie, i zakulisowo, a Bezosa - jako właściciela gazety Washington Post - postrzegał jako politycznego wroga. Dziś amerykański rząd jest kluczowym klientem Amazon Web Services, czyli jednostki zależnej Amazona, która zajmuje się udostępnianiem platformy chmurowej i hostingu internetowego. W 2021 r. AWS wygrał przetarg Narodowej Agencji Bezpieczeństwa - w ramach kontraktu "Wild and Stormy" ma dostarczać jej usługi chmurowe przez 10 lat za 10 mld dolarów.

A Jeff Bezos ma do Trumpa znacząco inne podejście niż przed laty. W 2024 r. dział opinii Washington Post chciał opublikować tekst udzielający poparcia Kamali Harris (takie oficjalne wskazanie preferowanego kandydata to stary, uznany zwyczaj wśród amerykańskich tytułów prasowych). Bezos - według doniesień etatowych dziennikarzy Washington Post - tekst zablokował. Ostatecznie gazeta nie udzieliła poparcia nikomu. Kiedy Trump wygrał wybory, Bezos pojechał na audiencję do jego domu w Mar-a-Lago. Przeznaczył, podobnie jak kilku innych prezesów, milion dolarów na fundusz na uroczystą inaugurację Trumpa. A w styczniu tego roku Amazon ogłosił, że ma w planach wypuścić dokument o Melanii Trump, który wyprodukuje sama pierwsza dama. Firma miała zapłacić za to 40 mln dolarów.

"Ostatnie wybory to swego rodzaju punkt zwrotny" - stwierdził otwarcie Mark Zuckerberg w swoim styczniowym wideo o tym, jak zmienia zasady gry na Facebooku i Instagramie. W skrócie chodzi o zlikwidowanie fact-checkingu i wprowadzenie specyficznie, po Muskowemu rozumianej wolności słowa (na portalach Zuckerberga będzie można teraz swobodnie napisać, że imigranci kradną, geje to świry, a Żydzi są bardziej pazerni niż chrześcijanie). Jak stwierdził, tego wymaga duch czasów, bo obecne zasady moderacji są "odklejone od dyskursu głównego nurtu". Zuckerberg najpewniej nie wprowadza zmian z bólem serca - w przeszłości zasady moderacji treści na Facebooku ulegały zaostrzeniu nie dlatego, że on sam tak sobie wymyślił, tylko pod presją poprzednich ekip rządzących. Co Meta chce osiągnąć teraz? Proste: większą ekspansję i większe zyski. Deklaracje Zuckerberga ze styczniowego wideo nie pozostawił zbyt wiele pola do domysłów. Sam świetnie się przedstawił przed milionami Amerykanów:

"Będziemy współpracować z prezydentem Trumpem, żeby przeciwstawić się rządom na całym świecie. Ścigają one amerykańskie firmy i naciskają na większą cenzurę. USA ma najsilniejszą konstytucyjną ochronę wolności słowa na świecie. [Tymczasem] w Europie stale rośnie liczba ustaw, które instytucjonalizują cenzurę i utrudniają tworzenie jakichkolwiek innowacji. Kraje Ameryki Łacińskiej mają tajne sądy, które mogą nakazać firmom usuwać treści po cichu. Chiny nawet nie dopuściły naszych aplikacji do działania w swoim kraju. Możemy stawić czoła temu globalnemu trendowi tylko dzięki wsparciu amerykańskiego rządu".

(...)

Pichai - prezes spółki Alphabet (Google, YouTube) - na zaprzysiężeniu siedział w pierwszym rzędzie i, podobnie jak Bezos czy Zuckerberg, przekazał milion na fundusz inauguracyjny Trumpa. Google Cloud też ma rządowe kontrakty -przede wszystkim z Departamentem Obrony, ale także z cywilnymi agencjami federalnymi. 

(...)

Prezes OpenAI (ChatGPT) /Sam Altman - red/ też należał do tych, którzy wpłacili milion dolarów na fundusz inauguracyjny Trumpa. I w tym momencie warto wspomnieć, że tego rodzaju hojne dary wywołały reakcję po demokratycznej stronie sceny politycznej. Do Altmana przyszedł list od senatorki Elizabeth Warren i senatora Michaela Bennetta, w którym napisali, że szef OpenAI ma w przymilaniu się do Trumpa "jasny i bezpośredni interes". Altman skomentował, że to śmieszne - i że nikt mu takich listów nie wysyłał, kiedy przekazywał darowizny demokratom. Przedtem, w grudniu, mówił w telewizji Fox News, że z przyjemnością wesprze wysiłki Trumpa służące "wprowadzeniu naszego kraju w erę AI". 

Już wiemy: ta przyjemność Altmana nie ominie. 22 stycznia Trump ogłosił, że w ramach nowego programu Stargate firmy Oracle, SoftBank i właśnie OpenAI będą rozwijać w Stanach infrastrukturę związaną z rozwojem sztucznej inteligencji. Potężna inwestycja ma w ciągu czterech lat pochłonąć nawet 500 mld dolarów. "Uważam, że z innym prezydentem nie byłoby to możliwe. Jesteśmy podekscytowani, że możemy to zrobić" - powiedział Altman. Ta ekscytacja jest zrozumiała, bo OpenAI ostatnio cienko przędzie. Jesienią firma przewidywała, że za rok 2024 odnotuje straty w wysokości 5 mld dolarów przy przychodach wynoszących ok. 3,7 mld. Co może najweselsze - OpenAI traci, nie zarabia, nawet na subskrypcjach premium Chata GPT. Plan ChatGPT Pro kosztuje dużo, 200 dolarów miesięcznie, ale ludzie korzystają z niego intensywniej niż zakładał prezes. Jak z rozbrajającą szczerością przyznał Altman w odpowiedzi na twitterowy komentarz: "Sam wybrałem cenę, myślałem, że na tym zarobimy". 

(...)

A to już mniej znany pan. /Marc - red/ Andreessen nie jest prezesem żadnej spółki, z której produktów korzystacie na co dzień. W latach 90. był współtwórcą przeglądarek Mosaic i Netscape, potem został członkiem zarządu Facebooka. Dziś zajmuje się inwestycjami w start-upy technologiczne - na przestrzeni lat wyczuł sukces takich produktów jak Airbnb, Instagram, Pinterest czy Slack. Politycznie jest zaangażowany od lat, tyle że zwykle sponsorował kampanie demokratów - od Billa Clintona w 1996 r. po Hillary Clinton dwadzieścia lat później. Ale w ubiegłym roku Andreessen ogłosił, że tym razem poprze Trumpa. Na jego kampanię wpłacił przynajmniej 4,5 mln dolarów, przekazał też darowizny Partii Republikańskiej w kilku stanach. Po zwycięstwie Trumpa stwierdził, że co dzień budzi się szczęśliwszy niż wczoraj.

Część tych szczęśliwych poranków miała najwyraźniej miejsce w samym Mar-a-Lago. W grudniu w podcaście "Honesty" Andreessen powiedział, że spędza w rezydencji Trumpa "połowę czasu", doradzając prezydentowi-elektowi w takich tematach jak "technologia, biznes, ekonomia, zdrowie i sukces państwa". W tym kontekście dociekliwych może zainteresować fakt, że firma Andreessena prowadzi fundusz American Dynamism inwestujący w "firmy wspierające interes narodowy" w sektorach takich jak obronność, lotnictwo czy przemysł. W portfolio American Dynamism są m.in. firmy zajmujące się wykorzystaniem technologii w zbrojeniówce - Anduril, Shield AI czy… SpaceX Elona Muska. Wykorzystanie AI dla celów militarnych to w ogóle konik Andreessena, który twierdzi, że USA musi prowadzić pod tym względem wyścig zbrojeń z Chinami, a ten, kto go wygra, będzie rządzić światem. 

(...)

Praktycznie wszyscy panowie powyżej w przeszłości byli kojarzeni raczej z progresywnymi czy liberalnymi poglądami. Musk popierał Obamę i Bidena, Bezosa martwił wpływ Trumpa na stan państwa, Andreessen przez dwie dekady wspierał kolejnych kandydatów Partii Demokratycznej na prezydenta. No to uwaga, z Peterem Thielem jest inaczej. Thiel - miliarder, inwestor w branżę tech, pierwszy zewnętrzny inwestor w Facebooka, mentor Marka Zuckerberga - od zawsze był w prawicowej awangardzie.

Mówi o sobie "konserwatywny libertarianin". Z ciekawszych publikacji: w eseju z 2009 r. Thiel pisał "nie wierzę już, że wolność i demokracja idą w parze" (a to wszystko przez kobiety oraz beneficjentów świadczeń społecznych). W 2016 r. wsparł Trumpa finansowo, w tej kampanii - jak mówił - tego nie zrobił. Ale udało mu się coś innego: dał światu J.D. Vance'a. Obecny wiceprezydent trafił na wykład Thiela, kiedy studiował prawo na Yale. Mówił potem o tamtym spotkaniu, że była to najważniejsza rzecz, jaka spotkała go na uniwersytecie. W 2017 r. Thiel zatrudnił Vance'a w swojej firmie inwestycyjnej, a następnie otoczył opieką jego pączkującą karierę polityczną. Przeznaczył (zainwestował?) 15 mln dolarów na jego kampanię do Senatu. I to on przyprowadził dzisiejszego wiceprezydenta na jego pierwsze w życiu spotkanie z Donaldem Trumpem. Nie ma J.D. Vance'a bez Petera Thiela.

gazeta.pl


- Innych rzeczy niż na uniwersytecie?

W Stanach uniwersytety są lewicowe od początku XX wieku, ta lewicowość czasem była przygaszona, czasem się rozpalała, a dziś wręcz płonie. Ekstremiści uważają, że Trump to zło wcielone i Hitler do kwadratu, nie potrafią przyjąć czegokolwiek innego do wiadomości. Wraz z polaryzacją amerykańskiego społeczeństwa uniwersytety przesuwają się jeszcze bardziej na lewo i musisz się określić: jesteś z nami, czy z nimi? Jacek Kaczmarski śpiewał: "Kto sam, ten nasz najgorszy wróg". Zachowanie niezależnego osądu w tych warunkach wymaga dużego talentu dyplomatycznego, żeby cię nie skreślili. Większość intelektualistów na brzmienie nazwiska Trump dostaje histerii, traci rozsądek i jakiekolwiek hamulce, co oczywiście tylko ułatwia Trumpowi robotę, bo na histerii elit ciuła dodatkowe punkty.

- Dlaczego intelektualiści reagują na Trumpa histerią?

Bo Trump zagraża ich pozycji. Lepiej wyczuwa nastroje społeczne, co jest paradoksalne i wydaje się niezrozumiałe, no bo jak człowiek żyjący w złotym wieżowcu może lepiej wyczuwać zwykłych ludzi? Okazuje się, że tak właśnie jest. On te nastroje potrafi nie tylko wyczuć, ale też wykorzystać na swoją korzyść, co w polityce jest cenną umiejętnością. I to rozsierdza lewicę, ponieważ to ona na sztandarach nosi hasła o rozumieniu zwykłego człowieku, a coraz słabiej go rozumie.

Partia Demokratyczna zapomniała o fundamencie, na którym Ameryka została zbudowana, czyli o "suwerenności ludowej". Jest to pojęcie historyczne i politologiczne. Chodzi między innymi o to, że amerykańskie stany mogą same decydować, co się w nich dzieje. Ta suwerenności oznacza również, że mam prawo decydować, do jakiej toalety będę wchodzić, albo ile coca-coli wypić w Burger Kingu. Kiedy burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg postanowił zablokować sprzedaż słodzonych napojów gazowanych w kubkach XXL, musiał przeprowadzić referendum stanowe. I przegrał je z hukiem.

- Niemal 60 procent mieszkańców Nowego Jorku ma nadwagę. W szkołach publicznych to problem 40 procent dzieci.

Nie neguję tego. I nie oceniam takich zakazów. Natomiast jako historyk USA próbuję panu opowiedzieć, jakie są mentalne podstawy Ameryki. "Nikt mi nie będzie mówić, ile mam się napić coli". To jeden z fundamentów. Jeśli jako polityk chcesz mieć kontakt z bazą, nie możesz od tego uciec.

- I to jest główny błąd demokratów? Zakazy, jak ten z colą?

Partia Demokratyczna zajmowała się wielkością kubków w McDonald’s i nie zauważyła, że w tym samym czasie jej tradycyjny elektorat przestaje istnieć. To jest ten główny błąd.

Wraz z końcem zimnej wojny Ameryka wpadła w ekstazę i samozachwyt, doszła do wniosku, że skoro pokonała komunizm, to system amerykański jest idealny, problemy amerykańskiej klasy robotniczej zostały rozwiązane, teraz musimy rozwiązać problemy innych. I mimo że przez kraj przetaczała się dezindustrializacja, to Partia Demokratyczna nie broniła środowiska, z którego wyrosła. Powiedziała: "No dobra, radźcie sobie sami, myśmy wam już pomogli, a teraz są inne grupy, które oczekują naszej pomocy". Zaczęło narastać poczucie krzywdy. No bo jak to? Głosowaliśmy na demokratów lojalnie przez 40 lat, a jak znika przemysł i wraz z nim nasze stabilne miejsca pracy, to oni nie mają nam nic do zaoferowania, poza formułkami o "nieuniknionych procesach globalizacji"? Zaczął narastać gniew, który w końcu przepchnął tradycyjny elektorat demokratów w stronę republikanów. To jest rzecz, której Parta Demokratyczna niemal w ogóle nie chce przyjąć do wiadomości. Plecie coś o rasistach, mizoginach, a to nie rasizm jest sprężyną napędzającą trumpizm.

- A co?

O Partii Demokratycznej mówiono, że to jest "big tent", czyli wielki namiot. Ma to biblijne konotacje, a chodziło o namiot spotkań, gdzie wszyscy są równi. Kiedy demokraci zapomnieli o swoich tradycyjnych wyborcach i przerzucili się na wyszukiwanie kolejnych różnorodności, okazało się, że w środku tego wielkiego namiotu stoją mniejsze namiociki, którym Partia Demokratyczna chce rozwiązać jakiś problem. Stoją osobno, często skłócone, elektorat demokratów, choć w sumie wciąż duży, stał się bardzo sfragmentaryzowany, skonfliktowany, miał bardzo różne interesy i nie czuł wspólnoty losu. Demokraci lubią oskarżać o tworzenie podziałów prawicę, ale sami - poprzez politykę tożsamości, indywidualizmu, wyszukiwanie kolejnych małych grup skonfliktowanych z innymi, gdzie każdy jest zajęty wyłącznie swoją krzywdą, też zapracowali na dzisiejszą amerykańską polaryzację i brak spójności społecznej. Amerykanie nie mają ze sobą już niemal nic wspólnego. Efektem jest Trump, niezawodowy polityk, który wygrał z zawodowcami.

Amerykańskie społeczeństwo potrzebuje bodźców, lubi zmiany, ale musi mieć z tych zmian wyraźną korzyść. Jeśli zmiana nie przynosi obywatelowi korzyści, to Amerykanie czegoś takiego nie szanują. Podam przykład. Uniwersytet Nowojorski, gdzie byłem na stypendium w 2018 roku, wprowadził nowy podział toalet. Po lewej męskie, po prawej damskie, a na środku takie, które nazywały się "all-gender restrooms". I jakoś niemal wszyscy wiedzieli, gdzie iść: na prawo, albo na lewo. A te środkowe stały niemal puste. Partia Demokratyczna zaczęła rozwiązywać problemy wąskiej grupy ludzi, w tym samym czasie nic nie oferowała 30 tysiącom pracowników huty Lackawanna nieopodal Buffalo, którzy zostali zwolnieni.

(...)

"Trump przekierował gniew dawnej klasy robotniczej na imigrantów. Tak samo Hitler przekierował gniew społeczny na Żydów" - czytam.

Ta analogia jest pozorna. Ameryka zawsze była państwem imigrantów, ale wybierała sobie tych, których mogła zamerykanizować. Przyjeżdżał biedny chłop z Polesia, po miesiącu umiał obsłużyć śmieciarkę, za 10 lat zakładał firmę, która sprząta ulice. Imigracja nie polegała na tym, że wpuszczamy wszystkich. Główne założenie było takie, że ci ludzie staną się AMERYKANAMI. A teraz się nie stają, co jest odbierane jako zagrożenie i pojawia się lęk społeczny.

Dlaczego się nie stają Amerykanami?

Bo na przykład jest ich bardzo dużo, wytworzyli swoje środowiska, w których nie muszą się uczyć języka, a państwo powiedziało: "No dobra, to będziecie mieć lekcje po hiszpańsku". Przez większą część XX wieku uważano, że Ameryka to "melting pot", czyli tygiel, takiej używano generalnej metafory. Przyjeżdżają imigranci, a Ameryka ich stapia i wykuwa z tego stopu nowego Amerykanina. Co się stało później? Ten ideał został zakwestionowany przez teorię "salad bowl": Ameryka to miska sałatkowa z oddzielnymi składnikami - osobno pomidor, osobno ogórek - które łączy jakiś sos. To pokłosie lat 60-tych, kiedy zaczęto wyszukiwać tożsamości, osobności i każdy chciał się wyróżnić.

(...)

- I o co?

Z Kanadą - jak to zwykle u Trumpa - chodzi o to, że jest nierównowaga handlowa. Kanadyjczycy produkują samochody dla Amerykanów, a ja bym chciał, żeby były produkowane w Detroit, więc przywalimy im cłami - to mniej więcej mówił. Drugi argument był taki, że Kanada dostarcza dużo produktów mlecznych, no to też przywalimy cłami, bo mamy swoje krowy i swoje mleko. A co do Grenlandii: biegun północny eksplorowano od lat 60-tych i te poszukiwania miały cel gospodarczy. Jeśli da się wydobyć ropę spod dna, to może da się wydobyć uran albo jakieś inne pierwiastki, na które monopol mają obecnie Chiny? Może jeśli lody topnieją z powodu ocieplenia, to będzie łatwiej te pierwiastki wydobyć? Może to pozwoli nam się uniezależnić od Chin? Jednak wszystko, co dotyczy Trumpa, dla niektórych kończy się konstatacją, że Trump jest głupi albo za chwilę wszystkich zamknie do obozów.

- Sam wywołuje takie reakcje. Wypowiada te wszystkie dziwne zdania, które można rozumieć tak, że na przykład chce najechać sąsiednią Kanadę.

Bo taka jest jego metoda. Trump uważa, że im bardziej podbije stawkę, tym więcej osiągnie, to jego biznesowe myślenie, zresztą niemal każdego Amerykanina. Podbijanie stawki, budowanie emocji, prowokowanie przeciwników, co wywołuje histerię wśród establishmentu. Co on osiąga? Że media cały czas o tym mówią i w końcu dojdą do tego, o co chodzi, dokopią się, że jest jakiś problem z surowcami albo z nierównowagą między Kanadą i USA. Albo że jest problem z Panamą, która podniosła ceny za przejście przez Kanał Panamski, praktycznie za wszystko, po czym nagle się okazuje, że spółką zarządzają Chiny. To jest jego metoda, żeby media były zainteresowane Trumpem, jeździły za nim wszędzie, a na końcu on i tak osiągnie to, co chciał osiągnąć. Oglądałem wiece Trumpa w CNN i ta telewizja - która szczerze Trumpa nienawidzi - na żywo pokazywała pustą estradę, na której Trump miał się pojawić dopiero za godzinę. Ta sama CNN, w której intelektualiści wygrażają Trumpowi od faszystów, nie może się mu oprzeć, pokazuje go nieustannie, rozdmuchuje każdą jego bzdurę, budując mu tym poparcie. Dlaczego? Bo to się ogląda. Media są szczęśliwie, jak Trump coś strasznego powie, natychmiast szybuje oglądalność. Natomiast z punktu widzenia Trumpa on osiąga to, co chce. Oczywiście bzdur o jedzeniu psów i kotów przez imigrantów nie da się obronić, to są skandaliczne wypowiedzi, ale jak było z NATO? Trump powiedział, że będzie się z Europy wycofywać, bo nikt nie opłaci, i teraz te kraje płacą.

- Nie chciał oddać władzy po przegranych wyborach w 2020 roku. Jego telefony do urzędników stanowych - "Znajdź mi głosy!" - jak tłumaczyć? Na to też pan patrzy spokojnie i z dystansem?

Tego się nie da obronić. To jest arogancja władzy.

- Arogancja, a nie autorytaryzm?

Tak uważam. Absolutna arogancja, przekonanie, że jak jestem prezesem korporacji, wolno mi wszystko. To jest w jego mentalności. I to jedna z najgorszych cech charakterologicznych Trumpa, tyle że Amerykanie obecnie oczekują takiej arogancji, bo państwo jest w złym stanie, oni tego państwa nie szanują, chcą radykalnych zmian. Zresztą chamstwo w USA nie jest niczym niezwykłym - albo ja jestem górą, albo ty - bo Ameryka schamiała przez 30 lat neoliberalizmu i brutalność jest akceptowana społecznie. Może wzbudzać niechęć intelektualistów, jeśli chodzi o formę, ale jeśli chodzi o treść, to oni podobnie się zachowują, tylko ładniej swoją brutalność opakowują.

- Nie boi się pan, że Trump będzie dyktatorem i weźmie kraj za mordę?

Są jeszcze sądy, Konstytucja i porządek społeczny. I jest deep state, który ma siłę zablokować wiele rzeczy. Ale najbardziej prawdziwa odpowiedź brzmi: nie wiem. Nie mam decydującego mocnego argumentu, że Trump tego na pewno nie zrobi.

- Pana zdaniem on zagraża demokracji czy nie?

Wielu ludzi uważa, że w Ameryce nie ma obecnie demokracji, że raczej to jest oligarchia. Powstają na ten temat książki.

Powtórzę coś, co uważam za najważniejsze: Ameryka przestała dbać o siebie i swoich obywateli, kiedy przestała się bać ZSRR. Wcześniej liberalna demokracja się hamowała i robiła dobrze pod wpływem Sowietów, żeby nam broń Boże nie uwiedli klasy robotniczej. A po 1989 roku wybuchł tryumfalizm, bardzo niedobry, tryumfalizm na skalę międzynarodową, ale też skierowany do wewnątrz. "Już nic nie musimy, wygraliśmy!". Z demokracji amerykańskiej wyszły cechy, które były ukryte albo przynajmniej złagodzone przez istnienie konkurenta.

gazeta.pl


Według danych opublikowanych przez American Oil and Gas Journal, w 2021 roku światowa produkcja ropy naftowej wyniosła 4,423 mln ton, a rosyjska produkcja ropy naftowej wyniosła 534 mln ton, co stanowi 12% światowej produkcji ropy, co czyni ją drugim co do wielkości producentem ropy na świecie po Stanach Zjednoczonych. Wybuch wojny Rosja–Ukraina i późniejsze sankcje energetyczne USA nałożone na Rosję spowodowały znaczny wzrost cen ropy naftowej. 7 marca 2022 roku cena kontraktów terminowych na ropę naftową WTI osiągnęła $133,460/baryłkę, a cena kontraktów terminowych na ropę Brent osiągnęła $139,130/baryłkę, czyli najwyższą cenę od lipca 2008 roku. Od tego czasu, ceny ropy naftowej utrzymują się na niezmiennie wysokim poziomie, doświadczając krótkoterminowych wahań podczas negocjacji Rosja–Ukraina, sankcji G7 oraz różnych postaw krajów europejskich i amerykańskich. Ponadto podwyżka stóp procentowych Fed i umocnienie dolara amerykańskiego spotęgowały skutki w tym okresie. 26 marca 2022 r. Rezerwa Federalna ogłosiła pierwszą rundę podwyżek stóp procentowych o 25 punktów bazowych, następnie o 50 punktów bazowych 4 maja i 75 punktów bazowych odpowiednio 15 czerwca, 28 lipca i 22 września. W kontekście dalszego umacniania się dolara amerykańskiego, 27 września 2022 roku cena kontraktów terminowych na ropę WTI spadła do $76,310/baryłkę, a cena kontraktów terminowych na ropę Brent spadła do $83,650/baryłkę, powracając do poziomu na początku 2022 roku.

nature.com


Marija jest bardzo inteligentna, przy czym apodyktyczna – często przerywa, jakby nie miała czasu na czcze dyskusje. Buduje zdania szybko i jeszcze szybciej je wypowiada. Jej apodyktyczność i przywódczą energię podkreśla wielki sikor na prawej łapie, atrybut rzadko spotykany u kobiet.

– Nie… Nie uważam, że PTSD naznacza tylko kobiety… – odpowiadam, ale rozpędzam się powoli, bo to, co chcę jej wytłumaczyć, nawet dla mnie samego zdaje się niedotykalne. – Konflikt zbrojny najpierw naznacza mężczyzn PTSD, ale zbyt często przedstawiany jest w sposób następujący: kaleki mężczyzna wraca z wojny, nie umie sobie ze sobą poradzić i na nim się ta historia kończy. A przecież się nie kończy. On zaraża stresem pourazowym całą rodzinę. Pije i bije, demoluje i robi awantury, a na koniec wiesza się w salonie, gdzie znajdują go żona i dzieci. Trudno, żeby doznana przez nich trauma nie była przekazywana z pokolenia na pokolenie.
– Rosjanki, czy w ogóle obywatelki Związku Radzieckiego, też uczestniczyły w wojnie. PTSD był ich bezpośrednim udziałem.
– Ale ja chcę rozmawiać o dzisiejszej Rosji, którą regularnie naznacza wojenne PTSD. A w putinowskiej Rosji żyją weterani konfliktu w Afganistanie z lat 1979–1989… – Dopiero zacząłem wyliczać, a ona już wierci się zniecierpliwiona. – …dwóch wojen czeczeńskich, wojny w Gruzji z 2008 roku, wojny w Donbasie trwającej od 2014 roku, zbrojnej interwencji w Syrii ciągnącej się od 2015 roku i wojny w Ukrainie, która wybuchła w 2022 roku, a jej końca nie widać. To daje siedem konfliktów w 42 lata! Co sześć lat nowy! A od 2015 roku Putin przekroczył wszelkie normy, zaangażował Rosję w trzy konflikty na przestrzeni siedmiu lat. Oprócz pogrążonych w wojnie zakątków Afryki nie ma drugiego takiego państwa na świecie, które jak Rosja nieustannie uczestniczy w wojnie.
– Jest jeszcze gorzej – dorzuca Marija – bo na terenie Rosji regularnie dochodziło do zamachów terrorystycznych, a Kreml od wielu lat wysyła tysiące najemników na inne kontynenty.
– No właśnie! Ale na wszystkie te interwencje zbrojne i wojny wysyłani są mężczyźni, którzy potem przywożą PTSD do domów.
– Nie. Jeśli chce pan mówić o kobiecym PTSD, to w Rosji jego korzenie sięgają jeszcze wojny domowej z lat 1917–1922.

(...)

Donbascy i sowieccy podróżni, wraz z Mariją przemierzający kraj najtańszą klasą, czyli wagonami plackartnyj (54 łóżka oddzielone od siebie cienkim plastikiem), stanowili obraz, który Polacy dobrze znają z przeszłości. To mężczyźni w kurtkach ze sztucznej, czarnej skóry lub imitujących amerykańskie bejsbolówki, zniszczeni mocnymi papierosami, samogonem, pracą fizyczną i utratą wszystkiego po rozpadzie ZSRR. To także smutne kobiety w błyszczącym, śliskim ortalionie i ze złotymi zębami. I oni, i one – uzbrojeni w ogromne, kraciaste torby bazarowe z poliestru.

– W pociągach często rozmawiałam z sowieckimi i donbaskimi – opowiada Marija. – Nie spotkałam tam ani jednej kobiety, która nie wracałaby w swoich opowieściach do czasów stalinizmu, tak jakby tamten okres stanowił prapoczątek ich opowieści. Dlatego jeśli chce pan się zastanowić nad kobiecym zespołem stresu pourazowego, to jego korzenie leżą w wojnie domowej, która trwała pięć lat!
– Ale to są czasy przed dojściem Stalina do władzy – zauważam.
– Nie, nie. To są czasy, które zrodziły Stalina. Proszę zobaczyć, ledwo w 1922 roku skończyła się wojna domowa, zaczęły się represje, które potrwały 20 lat. Jest to absolutnie transpokoleniowe doświadczenie, ćwierć wieku wewnętrznej rzeźni, w której mężczyźni giną jako żołnierze, kobiety jako bezbronne ofiary, a do tego są masowo gwałcone. A kto ocalał, trafiał do łagru. Wojna ojczyźniana jedynie potęguje wcześniejsze zjawiska oraz naznacza kolejne pokolenia kobiet gwałtem i śmiercią. Żniwo wojny i represji, w tym pijaństwo i samobójstwa weteranów wojennych, wciąż wpływają na rosyjską demografię: kobiet jest znacznie więcej niż mężczyzn. A za tymi dwoma pokoleniami poszarpanymi przez los ustawiają się kolejne pokolenia poranionych mężczyzn i kobiet, bo porewolucyjni i powojenni rodzice przenosili na nie swój zwierzęcy strach przed kolejną wojną i represjami, stosowali nieustanną przemoc i agresję.
– Ale ja nie chcę ciągle wracać do tego, co było sto lat temu. Po upadku Związku Radzieckiego Rosjanie wciąż fundują sobie co sześć lat wojnę, to mnie interesuje.
– Nie może pan nie wracać. Fundowanie Rosjanom co sześć lat, jak pan to nazywa, nowego wojennego PTSD odbywa się równolegle z pokoleniowo przekazywanym PTSD i podminowuje psychikę kobiet.

Kilkanaście lat temu Ludmiła Pietranowska w artykule „Traumy pokoleń” opisała, jak w układzie matka–dziecko pokoleniowo reprodukowany jest w Rosji zespół stresu pourazowego. (...)

Wspomniany artykuł Pietranowska zaczyna z poziomu stalinizmu. Raczej słusznie, bo myślę, że wbrew temu, co mówi Marija, Rosjanie mają dość dobrze przepracowaną wojnę domową – w podręcznikach historii, filmach i literaturze pięknej. Zawarli ogólnonarodowy konsensus, który brzmi: „Nigdy więcej”, winy i zbrodnie obu walczących stron są dość dobrze wykazane, a co najważniejsze, w tym wypadku nikt nie musi się bić w piersi, co bardzo kontentuje Rosjan. Uwielbiają przecież ckliwą frazę: „Wszyscy cierpieliśmy, każdy ponosi winę”, co akurat w kwestii wojny domowej jest dość bliskie prawdy.

Przejdźmy z Ludmiłą Pietranowską przez poziomy dysfunkcji trzech rosyjskich pokoleń.

Koła zamachowe rosyjskiej historii – rewolucja, represje i wojny – w pierwszej kolejności porywają mężczyzn. Młoda matka zostaje sama, najpierw bez wieści o mężu, a potem bez nadziei, bo właśnie wyprawiła mu pogrzeb. Jej los to ciągły strach i katorżnicza praca, ponieważ równocześnie zarabia na chleb i wychowuje dziecko lub – częściej – kilkoro dzieci. W jej życiu nie ma żadnych radości. Wiele kobiet zapada na kliniczną depresję, ale przecież w okresie stalinizmu nikt tego tak nie nazywa, nie bada ani nie diagnozuje. Matka tłumi depresję, aby nie popaść w czarną rozpacz – bo kto zajmie się dziećmi? Wyłącza więc uczucia, zaciska zęby i zamienia się w kamień. 

(...)

Z biegiem lat kobieta uczy się żyć bez męża. Jest w stanie unieść i załatwić wszystko. Stalinizm, jak pisze Pietranowska, wyprodukował „kobietę z żelaznymi jajami”. „Wiele osób zapewne pamięta babcie, które nie mogły usiedzieć bezczynnie w miejscu. Nawet jako staruszka, nosiła torby i rąbała drewno, to był jej sposób radzenia sobie z życiem. Była żelazna do tego stopnia, że choroba i starość nie mogły jej powalić”.

Kobieta z żelaznymi jajami jest nadopiekuńcza, ale nie okazuje dzieciom ciepła i uczuć. Jeśli powtórnie wyszła za mąż, to nie pozwoli mu się wtrącić w wychowanie czy sprzątanie, bo wszystko zrobi sama.

Odsuwani od wszystkiego mężczyźni zostawali „drugą matką”, nabierając takich cech jak delikatność, opiekuńczość czy pobłażliwość. Niektórzy odsuwali się od domu i rodziny na dobre, uciekali w pracoholizm lub alkoholizm (albo i jedno, i drugie). „Tak reaguje mężczyzna, który słyszy «odejdź, nie przeszkadzaj», a po przecinku «jaki z ciebie ojciec, nie dbasz o dzieci» (czytaj: nie postępujesz tak, jak uważam za konieczne)” – pisze Pietranowska. Z opowieści dzieci kobiet z żelaznymi jajami przebijał się obraz ojców, którzy pewnego ranka wyszli i już nigdy nie wrócili, zrywali kontakt z pancerną żoną i potomstwem na zawsze, a do tego szczerze wierzyli, że nie są nic winni tej „histerycznej terrorystce”. I często mieli rację, bo kobiety z żelaznymi jajami bardziej potrzebowały dzieci do zamęczania ich na śmierć swoją opieką niż mężczyzny do partnerskiej relacji.

Dziecko kobiety z żelaznymi jajami nie rozumie, co to stalinizm, wojna i represje, więc jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mu do głowy, jest takie, że mama go nie kocha, że jej przeszkadza i lepiej, żeby go nie było. Rozwój i kształtowanie osobowości dziecka pozbawionego emocjonalnego kontaktu z matką ulega silnemu zaburzeniu. Jak pisze Pietranowska:

Co zrobić, jeśli matka nosi maskę depresyjną? Jej głos jest monotonny. Ołowiany ze smutku lub napięty ze strachu. Ona rozdziera sobie żyły, aby dziecko mogło przeżyć i nie umrzeć z głodu lub choroby, tymczasem ono dorasta w niepewności, czy jest kochane i potrzebne. Tak silna deprywacja osłabia nawet jego inteligencję.

Dziecko dorastające w takich warunkach przestaje od mamy czegokolwiek wymagać i oczekiwać. Albo zajmuje się wyłącznie sobą i światem swoich fantazji, albo przechodzi w tryb pomagania jej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem lub  mechanicznie, jak robot, osiąga szkolny i życiowy sukces. Jest praktyczne i przydatne oraz ceni jedynie ludzi praktycznych i przydatnych. Dokładnie tak jak jego mama.

Kiedy staje się nastolatkiem, dziecko chce się wyrwać ze smutnego domu, ale jest dociśnięte nadopieką matki, ma z nią niezdrową relację. To nawet nie jest nieodcięta pępowina, ale nieustający emocjonalny szantaż, aby nie szło na imprezę czy nie jechało na wakacje, lecz zostało z nią w domu, gdzie ona się nim (nad)zaopiekuje. Dziecko i tak zazwyczaj zrywa więź, ale wymaga to walki i staje się bardzo bolesne, bo kobieta z żelaznymi jajami dobrowolnie nie odpuści. Dziecko odchodzi, a dalszym relacjom towarzyszyć będą ciągłe pretensje i żal matki.

(...)

Rozwody dzieci dorastających pod rozłożystymi skrzydłami matki z żelaznymi jajami były w ZSRR bardzo częste. Dzieci pozbawione ojców oraz kontaktu emocjonalnego z matką i jej uczuć są skrajnie głodne miłości. W związku z tym stawiają partnerowi oraz sobie samym skrajnie wysokie wymagania, by wnieśli do związku to, czego nie otrzymały w dzieciństwie. Ale to przecież niemożliwe, nie mogą dać tego, czego same nie otrzymały. Pietranowska pisze, że przez ZSRR lat 70. i 80. przeszła fala rozwodów, najczęściej bolesnych i okrutnych, z zakazem widywania się z dziećmi, całkowitym zerwaniem kontaktów, z obelgami i oskarżeniami. Oto dwoje ludzi bojących się samotności i pragnących stworzyć udany związek trafiało w dokładnie odwrotną sytuację – samotność i nieszczęśliwe małżeństwo. I znowu rezultatem stawało się picie i pogorszony stan zdrowia mężczyzn oraz skupienie na dzieciach i zasklepienie we własnym wnętrzu kobiet. A co najgorsze, następnemu pokoleniu przekazane zostały kolejne sakramentalne frazy: „Wszyscy mężczyźni to dranie”, „Wszystkie kobiety to suki”.

Wnuk kobiety z żelaznymi jajami ma dziś około 35–50 lat. Jest w moim wieku. Zdążył poznać babcię. Ba! W jakiejś części trafił pod jej nadopiekuńcze skrzydła, ponieważ pomagała go wychowywać. Oczywiście pancerna babcia na starość trochę łagodnieje, ale sam fakt wychowywania się pod jej czujnym okiem albo przyucza do bezwzględnego posłuszeństwa, albo – to pozytywny wariant – wyzwala mechanizmy obronne: szukanie własnej indywidualności i tożsamości. Trzeba też pamiętać, że dzieciństwo i młodość wnuczka przypada na dzikie lata transformacji ustrojowej lat 90. i poniżającą biedę.

Wnuki postrzegają swoje dzieciństwo jako całkiem szczęśliwe, bo też faktycznie jest to pokolenie mimo wszystko kochane – nie zaznało głodu, a rodzice żyją, bo nie trafili ani do łagru, ani na wojnę. Oczywiście w przedszkolu, szkole i na obozach pionierów wnuki kobiet z żelaznymi jajami zaznały sporo przemocy i upokorzeń. Pietranowska pisze, że „w przedszkolu dzieci bito szmatą w twarz; gdy zwymiotowały kaszą manną, wymioty wpychano siłą do ust, a rodzice byli bezradni i nie mogli ich chronić. Wśród ludzi tego pokolenia często obserwuje się zachowanie agresywno-bierne”.

Dzieci rozczarowanych rodziców zostają wciągnięte w sam środek rozwodowego poligonu, bo ich poranieni matka i ojciec wciąż są kompletnie nieświadomi samych siebie, nie idą na psychoterapię ani nie czytają internetów i mądrych magazynów z zakresu psychologii, więc nie wiedzą, że nie wciąga się dzieci w bitwy dorosłych. Inna sprawa – jak tego nie zrobić w 50-metrowym mieszkaniu?

Dzieci rozczarowanych rodziców już we wczesnym dzieciństwie przyjmują role mediatorów i rozjemców gotowych oddać wszystko, by pogodzić zwaśnione strony. Minimalizują swoją obecność: nie narzekają, nie eskalują, nie komentują, bo w przeciwnym wypadku rodzice znowu zaczną się kłócić, tata się zdenerwuje, a mama zacznie płakać. Dziecko uczy się przewidywać, rozładowywać sytuację i rozumieć strategię ustawień rodzinnych.

Drugą klasyką rozwodowego poligonu jest przeciąganie dziecka na swoją stronę. Najbardziej destrukcyjny jest ten, w którego szeregach znajduje się babcia z żelaznymi jajami, bo ta całe życie walczyła na domowym froncie, wie, jak się w to gra, i nigdy nie odpuszcza.

(...)

Bo też wnuki, w związku z tym, że we wczesnym dzieciństwie nauczyły się roli mediatorów, co wymaga sporej inteligencji, stały się ekspresowo nad wyraz dojrzałe. Stale odczuwają odpowiedzialność nie tylko za rodziców, ale też za to, by jak najszybciej osiągnąć samodzielność. Same podgrzewają zupę, odrabiają lekcje i spędzają dzieciństwo z kluczem na szyi. Od pierwszej klasy chodzą zupełnie same do szkoły i do sklepu, przemierzając opustoszałe działki, garaże i tunele, gdzie często kręcą się podejrzane typy. Wszystko po to, by ulżyć rodzicom.

Babcie z żelaznymi jajami oraz rozczarowani rodzice przekażą swoim następcom co najmniej kilka dysfunkcji. Po pierwsze, przemocowy sposób (nie)rozwiązywania konfliktów. Po drugie, zasadę: „Zawsze trwaj przy pierwotnej rodzinie”. Dlatego każdy kandydat na partnera czy partnerkę wnuka będzie bezwartościowy, niegodny i niewłaściwy. Wnuk będzie musiał o niego ostro zawalczyć z pierwotną rodziną. Po trzecie, kolektywne sowieckie życie oraz nadopiekuńczość nie pozwoliły na stworzenie sfery prywatności.

(...)

Po czwarte, być może najważniejsze, wnuki skutecznie przyswajają przekaz mówiący, że mężczyzna to drań, który prędzej czy później odejdzie, a kobiety będą próbowały cię wepchnąć pod swój kapeć czy obcas. W efekcie wnuki również rozwodzą się na masową skalę.

Rozwody następują w sposób mniej krwawy, a wnuki wchodzą w drugi związek, który jest bardziej świadomy i udany. Małżonkowie w miarę konstruktywnie porozumiewają się w kwestii opieki nad dziećmi. Niestety pierwsze małżeństwo stanowiło poligon doświadczalny ran, traum i niemiłości, a dziecko będące jego owocem jest oddawane pod opiekę rozczarowanych rodziców, a czasem (pra)babci z żelaznymi jajami, ponieważ jego matka i ojciec chcą rozwijać swoje kariery oraz budować nowe związki.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję

czwartek, 23 stycznia 2025



Władze tureckie chcą odgrywać kluczową rolę w stabilizacji i odbudowie Syrii. Wskazują na to m.in.: próby Ankary pośredniczenia w procesie zniesienia międzynarodowych sankcji przeciw Syrii i naciski w tej sprawie na zachodnich partnerów; legitymizowanie nowego rządu (m.in. poprzez uruchomienie lotów narodowego przewoźnika Turkish Airlines do Damaszku, otwarcie konsulatu w Aleppo, a wcześniej ambasady); deklaracje o chęci udzielania wsparcia w zwalczaniu organizacji terrorystycznych (Partii Pracujących Kurdystanu – PKK, tzw. Państwa Islamskiego – PI) oraz presja na pokojową transformację i budowę stabilnych instytucji państwowych, tj. armii i administracji. Turcja chce być tym samym postrzegana jako główny rozgrywający oraz nieodzowny partner międzynarodowy w procesie stabilizacji Syrii.

Dla Ankary priorytetowym celem w trwającym zbliżeniu z rządem HTS jest uregulowanie kwestii kurdyjskiej w północnej Syrii. Turcja liczy, że postulat włączenia grup mniejszościowych w proces tworzenia nowego gabinetu syryjskiego doprowadzi do zlikwidowania de facto autonomii kurdyjskiej (tzw. Rożawy). Pozwoliłoby to na oddzielenie Kurdów opowiadających się za współpracą z rządzącymi w Damaszku od PKK. Zdaniem tureckich władz osłabiłoby to PKK, a w dalszej perspektywie umożliwiło jej eliminację. Jednocześnie deklaracja Ankary o jej gotowości do zwalczania ugrupowań terrorystycznych, w tym PI, jest sygnałem dla nowej administracji amerykańskiej. Aktualnie Stany Zjednoczone wspierają Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF) w północnej Syrii, które wykorzystują m.in. do walki z PI. Ankara natomiast uznaje SDF za organizację ściśle powiązaną z terrorystyczną PKK. Sygnalizując wolę walki z PI, Turcja liczy zapewne na ustępstwa ze strony przyszłego prezydenta USA Donalda Trumpa, przede wszystkim na zaprzestanie amerykańskiego wsparcia militarnego dla SDF w północnej Syrii.

Ambicje tureckie w Syrii będą poddane szeregowi testów i wyzwań. Do najpoważniejszych – obok zwalczania terroryzmu kurdyjskiego – należeć będzie utrzymanie protureckiego nastawienia obecnych władz w Damaszku. Rząd tymczasowy HTS może podjąć próbę dywersyfikacji partnerów politycznych i gospodarczych. Dotyczy to zwłaszcza współpracy z państwami Zatoki Perskiej, które zapewne będą głównym źródłem wsparcia finansowego dla pogrążonej w zapaści gospodarki Syrii. Turcja nie ma podobnych możliwości kapitałowych, m.in. z powodu trwającego kryzysu finansowego. Z tego względu delegacja rządowa z Damaszku w pierwszej kolejności udała się do Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru. W konsekwencji Syria prawdopodobnie będzie dla Turcji także potencjalną areną rywalizacji o wpływy z zamożniejszymi graczami regionalnymi, co może podważać interesy Ankary w Damaszku.

Upadek reżimu Baszara al-Asada wzmacnia wewnątrzpolityczną pozycję prezydenta Erdoğana oraz Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Zmiana władzy w Syrii jest przedstawiana jako sukces polityki zagranicznej Turcji i wyznacznik jej pozycji na świecie, co przekłada się na wzrost poparcia dla obozu rządzącego, osłabionego przez kryzys gospodarczy i przegrane ubiegłoroczne wybory lokalne. W percepcji społecznej stabilizacja sytuacji w Syrii umożliwia także powroty do tego kraju uchodźców, których populacja w Turcji sięga trzech milionów. Ich obecność w ostatnich latach coraz częściej stawała się przyczyną niezadowolenia z władzy i napięć społecznych rozgrywanych przez turecką opozycję. Powroty te nie są jeszcze zjawiskiem masowym – według oficjalnych danych od grudnia ub.r. z Turcji wyjechało jedynie 50 tys. Syryjczyków. Władzom w Ankarze zależy więc na stabilizacji politycznej i gospodarczej Syrii w celu stworzenia warunków do masowych wyjazdów w przyszłości.

osw.waw.pl