wtorek, 21 stycznia 2025



- Spotkam się z prezydentem Putinem — powiedział Donald Trump podczas podpisywania serii rozporządzeń wykonawczych. Odnosząc się do pytania o jego obietnicę zakończenia wojny w Ukrainie pierwszego dnia prezydentury, polityk odparł, że wciąż ma pół dnia, by ją zrealizować.

onet.pl/PAP


Do ewentualnego anulowania bądź zliberalizowania części obostrzeń niezbędna będzie konsultacja z Kongresem. Zgodnie z ustawą z 2017 r. o „przeciwdziałaniu przeciwnikom Ameryki poprzez sankcje” (tzw. CAATSA) prezydent Stanów Zjednoczonych utracił samodzielność przy łagodzeniu restrykcji nałożonych na Rosję w związku z sytuacją na Ukrainie (m.in. rozporządzenie nr 13 662). Musi on bowiem przedkładać parlamentowi uzasadnienie swojej decyzji, a ten może je odrzucić za pomocą rezolucji obydwu izb (odpowiednik ustawy). W obecnych realiach, kiedy obie izby zdominowane są przez republikanów, o zgromadzenie większości przeciwko Trumpowi nie będzie łatwo, niewątpliwie jednak znacznie opóźni to liberalizację restrykcji. CAATSA została przyjęta przez Kongres na fali rosnących antyrosyjskich nastrojów w amerykańskiej elicie politycznej, m.in. w związku z aktywnymi działaniami FR wobec USA, w tym próbami wpływania na kampanię wyborczą w 2016 r. (zob. Ustawa o amerykańskich sankcjach przeciwko Rosji).

Na kluczowe podmioty rosyjskiej gospodarki Waszyngton nałożył sankcje ustawowe, co oznacza, że trudno je zmienić. Prezydent Joe Biden ograniczył swobodę decydowania nowej administracji o restrykcjach wymierzonych nie tylko we wspomniane wyżej niespełna 100 podmiotów, lecz także w koncerny naftowe Gazprom Nieftʹ i Surgutnieftiegaz (wraz ze spółkami córkami), objęte 10 stycznia amerykańskimi ograniczeniami w ramach pakietu uderzającego w sektor energetyczny FR (zob. Sankcje na Rosję: pożegnalny cios administracji Bidena).

Wprowadzone w styczniu br. obostrzenia rozbijają nowo powstałe łańcuchy przepływów transgranicznych i wywołują problemy na rosyjskim rynku finansowym. Od połowy 2023 r. głównym instrumentem polityki sankcyjnej Waszyngtonu względem Rosji były restrykcje finansowe, mocno utrudniające jej prowadzenie handlu zagranicznego i redukujące napływ dewiz do FR, co generowało silne wahania na rynku walutowym oraz przyczyniało się do osłabienia rubla i dalszego wzrostu inflacji. Według danych banku centralnego saldo obrotów handlowych FR w listopadzie 2024 r. (ostatnie dostępne dane) zmniejszyło się do 6,3 mld dolarów wobec średnio ponad 10 mld dolarów w poprzednich miesiącach roku. Przyjęte restrykcje wymierzone w kirgiski Keremet Bank oraz nowo powstające mechanizmy bezgotówkowych rozliczeń regionalnych, w które zaangażowane były największe rosyjskie banki, ale też inne podmioty z FR i ChRL, uderzają przede wszystkim w handel rosyjsko-chiński. Pekin to najważniejszy partner gospodarczy Moskwy (przypada nań prawie 34% obrotów handlowych Rosji), zapewniający jej dostęp do niezbędnych towarów i stanowiący istotne źródło dochodów ze sprzedaży surowców.

Rozbijanie kanałów przepływów transgranicznych demonstruje determinację USA w walce z mechanizmami obchodzenia sankcji. Takie ich podejście pozwala na szybkie i regularne zamykanie otwierających się nowych dróg płacenia za towary objęte restrykcjami. Nie ma jednak pewności, czy nowa administracja także traktować będzie priorytetowo egzekwowanie wprowadzonych obostrzeń, co ma kluczowe znaczenie dla utrzymania ich efektywności.

osw.waw.pl


Normalizację kwestii granicznych umożliwiła konstruktywna polityka regionalna Uzbekistanu po objęciu urzędu prezydenta przez Szawkata Mirzijojewa w 2016 r. W okresie rządów jego poprzednika – Islama Karimowa – kraj ten miał napięte relacje ze wszystkimi sąsiadami. W latach 2016–2024 państwa regionu porozumiały się co do przebiegu i demarkacji granicy kazachsko-uzbeckiej oraz delimitacji granic uzbecko-kirgiskiej i uzbecko-tadżyckiej wraz z zdemilitaryzowaniem tej ostatniej i przywróceniem na niej ruchu granicznego (aktualnie odbywa się jej demarkacja, która jest już na ukończeniu). Co istotne, osiągnęły to bez zabiegania o pośrednictwo aktorów zewnętrznych, co wskazuje na dążenia państw Azji Centralnej do rozwiązywania sporów własnymi siłami.

Proces uzgadniania granic wynika także z uwzględniania przez przywódców regionu sytuacji międzynarodowej po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Wszystkie państwa wykazały się ostrożnością w jej ocenie i żadne nie poparło rosyjskiej agresji. Docenili to partnerzy zachodni (UE, Niemcy i Francja), którzy promują zacieśnianie współpracy w regionie poprzez projekty transportowo-handlowe i surowcowe. Również Moskwa zmieniła politykę wobec Azji Centralnej – coraz częściej występuje jako konstruktywny partner, a nie z pozycji siły. Aby ze swojej postawy uzyskać korzyści, przywódcy Azji Centralnej na niespotykaną wcześniej skalę rozwinęli kooperację regionalną. Pozytywną rolę w tym zakresie odgrywają zwłaszcza prezydenci Kazachstanu i Uzbekistanu, czego przejawem było ich dotychczasowe zaangażowanie – także w regulację granic. Państwa regionu coraz częściej występują też jako blok (tzw. C5+) wobec istotnych aktorów zewnętrznych i rozwijają format regionalny (Spotkania Konsultacyjne Głów Państw Azji Centralnej).

Szybkie tempo uzgodnienia granic oraz wola polityczna Kirgistanu i Tadżykistanu pozwalają sądzić, że podpisanie przez nie traktatu granicznego w tym roku jest realne. Jeszcze jesienią 2022 r. w Kotlinie Fergańskiej miały miejsce krwawe starcia graniczne między wojskami obu państw (zob. Walki na granicy kirgisko-tadżyckiej). Biszkek i Duszanbe, formalni sojusznicy w zdominowanej przez Moskwę Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, odrzuciły wówczas propozycję rozmów pokojowych pod auspicjami Kremla. Od początku 2023 r. podjęły natomiast dwustronne działania, aby rozwiązać problem graniczny, i powołały w tym celu komisję. W grudniu ub.r. stojący na jej czele szefowie służb bezpieczeństwa obu krajów ogłosili, że osiągnęli ostateczne porozumienie. Dokumenty dotyczące delimitacji i demarkacji granicy strona kirgiska przekazała do tamtejszego parlamentu w styczniu br.

Porozumienia graniczne w Azji Centralnej, których ostatnim etapem będzie umowa kirgisko-tadżycka, oznaczają przezwyciężenie skutków rozgraniczenia terytorialnego z lat 20. XX wieku. W podziale tym nie uwzględniano w przypisywaniu ziem do poszczególnych jednostek administracyjnych etniczności mieszkańców ani kwestii życiowych, takich jak dostęp do wody czy pastwisk. Transgraniczna Kotlina Fergańska stanowiła wyrazisty przykład takiego podejścia. Poczynione od 2016 r. postępy w delimitacji i demarkacji granic to znaczące praktyczne i symboliczne osiągnięcie państw interesariuszy. Nie oznacza to, że w przyszłości nie będzie dochodziło między nimi do lokalnych konfliktów, np. wokół miejscowości Woruch. Status drogi prowadzącej z niej do tadżyckiej Isfary był najtrudniejszym punktem rozmów, a o ustaleniach dotyczących tej kwestii jak dotąd publicznie nie informowano. Dotychczas Kirgistan uważał wieś za tadżycką enklawę na swoim terytorium, zaś Tadżykistan wraz z drogą do niej – za własne ziemie. Na dynamikę lokalnych procesów będą też wpływały relacje osobiste autorytarnych liderów regionu.

osw.waw.pl


— To nigdy nie miała być historia z dobrym zakończeniem. Najważniejszym celem dla Ukrainy było przetrwać jako suwerenne, demokratyczne i wolne państwo, które będzie kontynuować integrację z Zachodem — przyznał Green, który w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego pełnił funkcję doradcy prezydenta ds. Rosji.

Green wyjaśnił, że kwestie terytorialne nigdy nie były rozważane przez administrację Bidena, ponieważ oceniono, że nawet z pomocą Zachodu, Ukrainie nie uda się odbić ziem zajętych przez Rosję w 2014 r. — części obwodu ługańskiego i donieckiego oraz Półwyspu Krymskiego.

Pozostałymi dwoma celami, jakie wyznaczył Biden swojej administracji wraz z początkiem rosyjskiej pełnowymiarowej inwazji było dalsze zjednoczenie sojuszników z NATO i zapobiegnięcie bezpośredniej konfrontacji Sojuszu z Rosją. Zdaniem Greena, choć te trzy cele udało się osiągnąć, to sukces ten nigdy nie był uznawany za satysfakcjonujący.

onet.pl

poniedziałek, 20 stycznia 2025



Starszy mężczyzna kładzie gazetę na terminalu bankomatu, oblewa ją spirytusem i podpala, filmując wszystko swoim smartfonem. Emeryt w grudniu dokonał jeszcze 21 podpaleń, zanim policja złapała go niedaleko Petersburga. W ciągu kilku dni Aleksander Nikiforow stanął przed sądem i został oskarżony o terroryzm. Jego przypadek to jeden z wielu ataków na banki, urzędy pocztowe i samochody policyjne w tym samym czasie. Tajemnicza operacja budzi wiele pytań.

Według dochodzenia Mediazony, niezależnej rosyjskiej organizacji medialnej, do tej pory na terenie Rosji doszło już do 280 podpaleń. Wydaje się, że nowa kampania sterowana jest z zewnątrz.

(...)

Apogeum ostatniej fali incydentów w Rosji nastąpiło w drugiej połowie grudnia. Wszystko wskazuje na to, że mają one wiele wspólnego z manipulacją i przymusem.

Sprawcy, często emeryci tacy jak pan Nikiforow, twierdzą, że zostali nakłonieni do przelania dużych sum pieniędzy, a następnie przekonani, że muszą spalić bankomaty, aby odzyskać pieniądze.

Rosja obwinia Ukrainę za tę niezwykłą kampanię, powołując się zarówno na motywy, jak i środki. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię, Ukraina jest w pewnym sensie światowym liderem w branży oszustw telefonicznych. W miastach takich jak Kijów i Dniepr funkcjonują setki podejrzanych centrów telefonicznych (call-center).

Odkąd Rosja rozpoczęła napaść na Ukrainę w 2014 r., a ukraińskie organy ścigania zerwały wszelką współpracę z Rosją, to rosyjscy obywatele stali się głównym celem tej działalności przestępczej. Dwujęzyczność Ukrainy i wysoki poziom korupcji w Rosji, prowadzący do masowego wystawiania danych na sprzedaż w internecie, sprawiły, że jest to lukratywny biznes.

Ukraińskie źródło w organach ścigania twierdzi, że call-centers mogły odegrać rolę w ostatniej fali ataków.

(...)

Niektóre źródła w agencjach wywiadowczych przyznają jednak, że to właśnie ukraińskie służby są prawdopodobnie bezpośrednio odpowiedzialne za operację.

— Ukraińskie służby specjalne pracują. To rutynowa operacja — mówi jeden z rozmówców "The Economist" z agencji wywiadowczej.

To samo źródło bagatelizuje sugestię, że rosyjscy podpalacze nie wiedzieli, co robią.

— Kiedy ludzie zostają złapani, mówią cokolwiek, że coś wypili, coś im podano lub coś im wstrzyknięto. Ale możesz namówić babcię, by wrzuciła koktajl Mołotowa do biura wojskowego lub gdziekolwiek chcesz — jeśli cena jest odpowiednia — dodaje funkcjonariusz służb w rozmowie z "The Economist".

W Ukrainie dochodziło do podobnych przypadków. W ubiegłym roku rosyjski wywiad prawie na pewno używał podobnych metod do prowadzenia kampanii podpaleń ukraińskich pojazdów wojskowych. Według ukraińskiej policji tylko w 2024 r. podpalono 341 pojazdów.

Ukraińskie źródło w organach ścigania twierdzi, że sprawcy byli w większości łatwowierni, a nie kierowali się ideologią. Najczęściej motywowały ich obietnice otrzymania do 1000 dol. (ok. 4 tys. zł), ale rzadko kiedy dostawali pieniądze.

W sumie oskarżono 184 osoby.

onet.pl/The Economist



Niemniej w swoim programie wyborczym prezydent Białorusi ogłosił, że chce ukierunkować "swoje wysiłki na rzecz normalizacji stosunków z sąsiadami". A najważniejszym punktem zapalnym — poza kwestią więźniów politycznych — jest wywołany przez białoruskie władze kryzys migracyjny. Szukający lepszego życia cudzoziemcy, wabieni obietnicą białoruskich służb łatwego przedostania się do Unii Europejskiej, próbują nielegalnie przekraczać granicę z Polską czy Litwą. Humanitarny kryzys na granicy trwa od 2021 r. W połowie stycznia jednak białoruska opozycyjna organizacja BYPOL poinformowała, że większość migrantów z zachodniej części Białorusi została w ostatnich tygodniach przetransportowana do Rosji. Służba Graniczna przyznaje, że w styczniu faktycznie bywały dni, gdy nie odnotowywano żadnych prób przekroczenia granicy. Wojsko również potwierdza w rozmowie z Wirtualną Polską zmniejszenie presji na granicę, chociaż wiąże to głównie ze wzmocnieniem bariery.

(...)

Można powiedzieć, że stosunek Mińska do inwazji na Ukrainę jak w soczewce odbija historia z przeprosinami, które Łukaszenko miał na początku pełnoskalowej wojny skierować telefonicznie do Wołodymyra Zełenskiego. Zełenski ujawnił tę rozmowę dopiero niedawno, co spotkało się z dość chaotyczną reakcją ze strony Mińska — z jednej strony stwierdzono, że rozmowa ta była efektem "emocjonalnej reakcji" na rozpoczęcie inwazji Koli Łukaszenki, "który miał w telefonie osobisty kontakt Zełenskiego". Z drugiej zapewniano, że Łukaszenko Zełenskiego nie przeprosił, bo nie miał za co. Później zirytowany dyktator dodatkowo uderzył w Zełenskiego, oskarżając go, że ten chce "wciągnąć Białoruś w wojnę". Czyli — mimo że jest w sojuszu militarnym z agresorem, a z jego lotnisk startowały bombowce, które zrzucały pociski na ukraińskie miasta, Łukaszenko nadal chce pozycjonować się na stojącego poza konfliktem. Chciałby w oczach Zachodu wyglądać na arbitra czy też pośrednika w kontaktach z Moskwą, a także mediatora między Rosją a Ukrainą — czyli odzyskać geopolityczną pozycję, jaką miał w 2014 r. podczas negocjowania porozumień mińskich. Pytaniem otwartym pozostaje, jak do ambicji Łukaszenki będzie odnosić się nowa administracja USA. Europa, w tym Polska, póki co, wydają się niezainteresowane pomocą w ich realizacji.

onet.pl


Nie można powiedzieć, żeby Francesco nie czuł się komfortowo w rosyjskim świecie Olgi. Dziś brzmi to niepoprawnie politycznie, ale rosyjskość, jeśli ktoś jej posmakuje, na początku wciąga każdego, ponieważ na poziomie emocjonalnym ma wiele do zaoferowania. Rosyjskość pobudza zmysły, otwiera czakry romantyzmu i duchowości – często pozorne, bałamutne lub krótkotrwałe. Ale ponieważ Rosjanie w sposobie bycia kładą większy nacisk na formę niż treść, właśnie ich forma i emocjonalność początkowo bardzo uwodzą: śpiewny język, szybkie nawiązywanie głębszej rozmowy, czysto ludzka dobroć wykształcona przez dziesiątki lat kolektywnego cierpienia. Że tydzień później najedzie się kraj jakiegoś biedaka w imię wielkiej Rosji, to jak najbardziej, czemu by nie, ale dziś należy go nakarmić i odziać, pięknie przy tym rozmawiając o pokoju i ogólnoludzkim braterstwie.

(...)

Zapytałem Olgę, czemu wyznała Francescowi miłość akurat na Wołodarskiego. Mieszkałem niedaleko i ta brzydka ulica wydawała się kiepską scenerią do romantycznych deklaracji.

– Na Wołodarskiego znajduje się budynek Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Chciałam, żeby mnie zobaczyli, żeby wiedzieli, że nie boję się całować pod ich oknami – odpowiedziała.

Oto bunt pośrodku putinizmu. Odwieczna rosyjska negacja opresji przez ucieczkę w wewnętrzną niezgodę: pocałunek pod oknami FSB. Słowa Puszkina: „Nie daj Boże widzieć bunt rosyjski, bezmyślny i bezlitosny” brzmią, jakby rosyjski wieszcz robił sobie jaja ze swych rodaków.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję

niedziela, 19 stycznia 2025



Toomas Hanso, ekspert Międzynarodowego Centrum Ochrony i Bezpieczeństwa (International Centre for Defence and Security, ICDS), zauważył, że incydenty te nie są wyjątkowe. Jak wyliczył, tylko w ostatnich latach ponad 30 światłowodów łączących Tajwan z pobliskimi wyspami zostały zerwane, potencjalnie celowo, przez chińskie statki; po raz ostatni 3 stycznia 2025.

Według estońskiego eksperta, to co łączy zdarzenia w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Bałtyckim, to ich częstotliwość, geopolityczne napięcia w obu tych regionach oraz to, że miały one bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo narodowe oraz infrastrukturę komunikacyjną.

belsat.eu/PAP


Zuckerberg uzasadniał zmiany tym, że dotychczasowe, bardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczące np. imigracji czy tożsamości płciowej, okazały się oderwane od rzeczywistości. Czyli, mówiąc prościej, wygrana Trumpa w wyborach prezydenckich pokazała, że dla wielu ludzi granice tego, co powinno być dopuszczalne w sferze publicznej, są znacznie szersze niż te, które wyznaczała polityka firmy. A skoro tak, to jak przekonuje większość komentatorów, zapowiedziane zmiany są po prostu oddaniem pola Trumpowi i przyznaniem się do porażki.  

W tej opowieści założyciel Facebooka spędził ostatnie lata na pełnej determinacji walce o bardziej uprzejmą, kulturalną, opartą na szacunku debatę publiczną (albo, dla jego krytyków, na wpychaniu ludziom do gardeł wyznawanej przez niego poprawności politycznej), a teraz, w obliczu wygranej Trumpa, skapitulował, podkulił ogon i w lęku przed szykanami ze strony nowego prezydenta wyrzeka się swoich wartości.  

Jest znacznie gorzej.

Meta nie zatrudniała fact-checkerów i nie wprowadziła restrykcyjnych (i nieraz absurdalnych) reguł przeciwdziałania mowie nienawiści i publikowaniu nielegalnych treści (związanych np. z pornografią dziecięcą czy terroryzmem) z poczucia misji. Robiła to w wyniku ogromnych zewnętrznych nacisków i krytyki, która spadała na firmę w obliczu wszechobecnych dowodów na negatywny wpływ Facebooka na naszą polityczną i społeczną rzeczywistość.  

W 2016 roku Craig Silverman, redaktor i założyciel serwisu BuzzFeed Canada, przeprowadził analizę, jakie treści polityczne publikowane na Facebooku w trakcie kampanii prezydenckiej w USA cieszyły się największą popularnością. W okresie trzech miesięcy poprzedzających dzień wyborów, 20 najpopularniejszych nieprawdziwych artykułów wyborczych wygenerowało więcej zaangażowania internetowego (udostępnień, reakcji i komentarzy) niż 20 najpopularniejszych artykułów pochodzących z czołowych mediów. Największe zaangażowanie czytelników na Facebooku wywołał nieprawdziwy materiał skrajnie prawicowej strony o nazwie "Ending the Fed" zatytułowany "Papież Franciszek szokuje świat, popiera Donalda Trumpa na prezydenta".  

Silverman odkrył dodatkowo, że popularność fałszywych wiadomości nie była stała, lecz zwiększyła się wielokrotnie w okresie wyborczym, spychając rozpoznawalne media na boczny tor. Wiele portali publikujących fake newsy powstało zaledwie na kilka miesięcy przed wyborami, a ich clickbaitowe tytuły i efekt domina wynikający z rozpowszechniania tekstów w mediach społecznościowych doprowadziły do lawinowego wzrostu liczby zaangażowanych odbiorców. 

W tym samym roku dziennikarze Wall Street Journal dotarli do wewnętrznego raportu Facebooka, z którego wynikało, że około dwie trzecie osób dołączających do ekstremistycznych grupek na platformie trafia do nich dzięki rekomendacjom podsyłanym im przez facebookowy algorytm ("spójrz na grupy, do których możesz chcieć dołączyć").  

Inny wewnętrzny eksperyment firmy, przeprowadzony w 2019 roku, polegał na stworzeniu przez badaczy pracujących dla Facebooka fałszywego konta. Chodziło o to, by zobaczyć, jakie treści będą trafiały na jego stronę główną ("feed"). W zaledwie trzy tygodnie została ona zalana pornografią oraz treściami promującymi mowę nienawiści i dezinformację.  

W 2021 roku wewnętrzna analiza treści politycznych publikowanych na platformie w trakcie kampanii prezydenckiej w USA w 2020 roku wykazała, że aż 10 proc. wszystkich wyświetleń zebrały posty przekonujące, że wybory były sfałszowane.  

Każdy kolejny raport wewnętrzny l potwierdzał to samo. Sama podstawowa architektura działania platformy, prowadzi do natężenia mowy nienawiści i obecności dezinformacji na Facebooku. To, jak szerzą się toksyczne treści na Facebooku, to nie anomalia, wynik błędów czy niedopatrzeń. To po prostu sama istota platformy, naturalna konsekwencja tego, jak została zaprojektowana i w oparciu o jakie mechanizmy działa.  

Wszystkie zmiany wprowadzane przez Zuckerberga w celu "wyrugowania mowy nienawiści i fake newsów" z Facebooka były wprowadzane w momencie, w którym politycy  coraz głośniej przekonywali o potrzebie wprowadzenia znacznie bardziej restrykcyjnych regulacji dotyczących działania platformy. Założyciel firmy wychodził wtedy cały na biało, przekonywał, że on sam ma pełną świadomość problemu i nie spocznie, aż go nie rozwiąże, a ustawodawcy niech sobie nie zaprzątają tym głowy, w końcu wszyscy chcemy tego samego, Facebook popełnił błędy, ale nie wynikały one ze złej woli, teraz będzie inaczej.  

Zmiany oczywiście były kosmetyczne i pod publiczkę, bo zasadnicze zmniejszenie toksycznego wpływu Facebooka na społeczeństwo i politykę wymagałoby zmiany algorytmów w sposób, który zmniejszałby zaangażowanie użytkowników, a to osłabiłoby przychody od reklamodawców. Co nie zmienia faktu, że pozostawały kosztowne - a jednocześnie tworzyły grunt pod domaganie się kolejnych.  

Dojście Trumpa do władzy to zatem dla Zuckerberga nie zagrożenie, przed którym musi się bronić padając na kolana i posypując głowę popiołem.  

Jest dokładnie odwrotnie - to dla założyciela Facebooka ogromna szansa, by odwrócić trend rosnącej presji na większe uregulowanie działalności platform społecznościowych i rozliczanie ich z tego, jak zwalczają negatywne konsekwencje swojego modelu biznesowego. Zuckerberg zwalnia fact-checkerów, bo wraz z powrotem Trumpa do władzy zmniejsza się polityczna presja na to, żeby Meta ich zatrudniała. Luzuje reguły dotyczące mowy nienawiści, fake newsów i promowania ekstremizmu, bo dzięki temu zwiększy się zaangażowanie użytkowników, a dzięki Trumpowi nie grożą mu już w Stanach Zjednoczonych z tego tytułu prawne konsekwencje.  

Co jeszcze ważniejsze, Trump to dla Mety potencjalny zbawiciel w walce z ustawodawcami spoza Stanów Zjednoczonych, którzy podejmowali i podejmują znacznie bardziej zdecydowane kroki. Jak powiedział w swoim nagraniu Zuckerberg, ma nadzieje "współpracować z prezydentem Trumpem w celu przeciwstawiania się rządom, które uwzięły się na amerykańskie korporacje i chcą je jeszcze bardziej cenzurować". Nieprzypadkowo na pierwszym miejscu wymienił Unię Europejską, która "tworzy coraz więcej praw sankcjonujących cenzurę i utrudniającą tworzenie nowych innowacji".

gazeta.pl

sobota, 18 stycznia 2025



Przyglądając się danym o dorocznych wydatkach na alkohol poszczególnych generacji, można dostrzec ogromne kwoty i niewielkie różnice między nimi. Boomersi (urodzeni w latach 1946–1964) wydają średniorocznie ponad 25 miliardów dolarów na alkohol, podobnie Generacja X (urodzeni w latach 1965–1980), która wydaje raptem 2 miliardy dolarów mniej. Na trzecim miejscu plasują się Milenialsi (urodzeni w latach 1981–1996) z wynikiem blisko 23,5 miliarda dolarów.

Takie wydatki pozwalały branży alkoholowej generować ogromne zyski i rozwijać się przez dekady, osiągając wycenę rynku alkoholi w USA na poziomie przekraczającym 250 miliardów dolarów. (...)

Według najnowszych danych U.S. Bureau of Labor Statistics, a więc amerykańskiego odpowiednika GUS-u najmłodsza z generacji - generacja Z, średniorocznie wydaje na alkohol jedynie nieco ponad 3 miliardy dolarów, a więc o około 7-8 razy mniej niż ich dziadkowie i rodzice. 

bankier.pl


Joe Biden, odchodzący prezydent USA, powiedział, że chińska gospodarka nigdy nie przeskoczy amerykańskiej. Tak będzie?

We wspomnianym już powyżej przeze mnie raporcie Rhodium Group analitycy dowodzą, że w ostatnich trzech latach wzrost gospodarczy Chin był o około 3 punkty procentowy niższy niż podawany oficjalnie. Czyli zamiast podawanych 5 proc. tak naprawdę było 2 proc. Ja się z tym zgadzam, moim zdaniem dane chińskiego urzędu statystycznego są zawyżane. Chińska gospodarka jest moim zdaniem w innym miejscu w gonieniu Zachodu, niż się wielu wydaje. Ten dystans jest o wiele większy, a przy tym dynamika wzrostu jest niższa niż oficjalnie podawana. Więc tak, w przewidywalnej perspektywie chińska gospodarka nie przegoni amerykańskiej. Unikałbym jednak słowa "nigdy". 

A co się dzieje wewnątrz kraju? Z innych danych, np. o sprzedaży detalicznej, która nie rośnie zbyt dynamicznie, albo z bardzo niskiej inflacji wynika, że konsumenci nie chcą wydawać pieniędzy. Popyt z tej strony w Chinach jest wciąż mały.

Chińczycy nie mają czego wydawać. Tamtejsze gospodarstwa domowe mają do swojej dyspozycji o wiele mniejszą część PKB niż gospodarstwa w zachodnich społeczeństwach. Wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych w Chinach stanowiły 38 proc. PKB w porównaniu do 54 proc. w Japonii - różnica 16 punktów procentowych PKB i 68 proc. w Stanach Zjednoczonych - różnica 30 punktów procentowych PKB. Żeby konsumpcja mogła się w Chinach rozwijać, obywatelom trzeba by zapewnić usługi publiczne. Jeśli oni muszą odkładać jedną trzecią, a nawet połowę pensji na starość albo czas choroby i leczenie, to trudno jest z tego wydawać na więcej niż niezbędną konsumpcję. Poza tym, banki w Chinach nie udzielają tak powszechnie kredytów konsumpcyjnych jak w Europie czy tym bardziej w USA. Chiński konsument wciąż relatywnie mało zarabia. Choć żyje mu się lepiej niż 20 czy 30 lat temu, to dynamika tej poprawy w ostatnich latach spadała i jest to odczuwalne.

A czuć tam rozczarowanie społeczne, widać je?

Jest kilka trendów. To są zmiany kulturowe, pokoleniowe. Młodzi ludzie nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów i są przeciążeni. Po dwóch pokoleniach polityki jednego dziecka w rodzinie okazuje się, że ci młodzi dorośli jedynacy mają często na głowie także utrzymanie rodziców i także dziadków. Relacje rodzinne są w Chinach silne, a brak zabezpieczeń społecznych sprawia, że ciężar opieki spada na tę jedną osobę. To tworzy poważne obciążenia psychiczne. Poza tym hamowanie dynamiki rozwoju gospodarczego sprawia, że jest coraz mniej miejsc pracy dla osób wykształconych. Tymczasem wykształcenie miało być przepustką do lepszego życia, było zdobywane często z dużym poświęceniem, inwestowali w nie rodzice i dziadkowie.

Równocześnie presja ideologiczna w ostatnich latach pod rządami Xi Jinpinga zaczyna odbijać się negatywną czkawką. Młodzi ludzie odrzucają obecny model, ale nie są w stanie zaprotestować w inny sposób niż poprzez wycofanie się. Pojawiła się cała subkultura tang ping - dosłownie: leżeć plackiem, której istotą jest nieangażowanie się. Inna subkultura shehuiren - dosłownie: ludzie uspołecznieni - to zazwyczaj ludzie urodzeni po 1995 roku i należący do niższych klas społeczeństwa. Często dzieci migrujących robotników, które nigdy nie miały większych szans na zdobycie wykształcenia i są skazane na nisko płatne, dorywcze prace w dużych ośrodkach miejskich. Krótko mówiąc to młodzi, wykluczeni z wielkich miast. Jej członkowie noszą często koszulki ze świnką Pepą. Obydwie te grupy nie angażują się za bardzo w życie - biorą pierwszą lepszą pracę, byle tylko się utrzymać, odrzucają ambicje, nie chcą zakładać rodzin. Kolejnym trendem, tym razem wśród młodych kobiet, jest niechęć do wychodzenia za mąż. Partia proponuje patriarchalny model rodziny, a młode kobiety, zdobywające wykształcenie już tego nie chcą. Nie bez znaczenia jest, że coraz trudniej w Chinach zdobyć rozwód - jest to mocno utrudnione administracyjnie. Dzieci poza związkiem małżeńskim w Chinach wciąż rzadko się zdarzają, więc to wszystko pogłębia kryzys demograficzny.

Partia jest zatem na tyle silna, że jedyne, na co ludzie mogą sobie pozwolić, to bierny opór. Nie angażowanie się, wyłączenie.

Czyli partia nie odczuwa żadnego oddolnego nacisku na zmianę polityki wewnętrznej, gospodarczej? Władze nie zmieniają kursu, nie przejmują się, że to, co robią, nie działa?

Pytanie, czy partia wie, że to nie działa. Nie wiemy, co ci, którzy podejmują decyzje wiedzą, a czego nie wiedzą. W momencie, gdy działacz partyjny wchodzi do władz prowincjonalnych, wchodzi w bańkę: oddaje prywatny telefon, mieszka na zamkniętym kampusie, sam nie kupuje sobie nawet jedzenia. Wszystkie informacje, które do niego docierają, są filtrowane przez system. Xi Jinping wszedł w tę bańkę pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Sekretarze generalni Komunistycznej Partii Chin radzili sobie z tym w przeszłości w różny sposób. Hu Jintao utrzymywał szeroką sieć znajomych z lat szkolnych i studiów, to byli zwykli ludzie. Jiang Zemin z kolei namiętnie oglądał CNN i śledził inne zachodnie media także po to, aby dowiedzieć się, co się dzieje w Chinach.

gazeta.pl