poniedziałek, 20 stycznia 2025



Starszy mężczyzna kładzie gazetę na terminalu bankomatu, oblewa ją spirytusem i podpala, filmując wszystko swoim smartfonem. Emeryt w grudniu dokonał jeszcze 21 podpaleń, zanim policja złapała go niedaleko Petersburga. W ciągu kilku dni Aleksander Nikiforow stanął przed sądem i został oskarżony o terroryzm. Jego przypadek to jeden z wielu ataków na banki, urzędy pocztowe i samochody policyjne w tym samym czasie. Tajemnicza operacja budzi wiele pytań.

Według dochodzenia Mediazony, niezależnej rosyjskiej organizacji medialnej, do tej pory na terenie Rosji doszło już do 280 podpaleń. Wydaje się, że nowa kampania sterowana jest z zewnątrz.

(...)

Apogeum ostatniej fali incydentów w Rosji nastąpiło w drugiej połowie grudnia. Wszystko wskazuje na to, że mają one wiele wspólnego z manipulacją i przymusem.

Sprawcy, często emeryci tacy jak pan Nikiforow, twierdzą, że zostali nakłonieni do przelania dużych sum pieniędzy, a następnie przekonani, że muszą spalić bankomaty, aby odzyskać pieniądze.

Rosja obwinia Ukrainę za tę niezwykłą kampanię, powołując się zarówno na motywy, jak i środki. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię, Ukraina jest w pewnym sensie światowym liderem w branży oszustw telefonicznych. W miastach takich jak Kijów i Dniepr funkcjonują setki podejrzanych centrów telefonicznych (call-center).

Odkąd Rosja rozpoczęła napaść na Ukrainę w 2014 r., a ukraińskie organy ścigania zerwały wszelką współpracę z Rosją, to rosyjscy obywatele stali się głównym celem tej działalności przestępczej. Dwujęzyczność Ukrainy i wysoki poziom korupcji w Rosji, prowadzący do masowego wystawiania danych na sprzedaż w internecie, sprawiły, że jest to lukratywny biznes.

Ukraińskie źródło w organach ścigania twierdzi, że call-centers mogły odegrać rolę w ostatniej fali ataków.

(...)

Niektóre źródła w agencjach wywiadowczych przyznają jednak, że to właśnie ukraińskie służby są prawdopodobnie bezpośrednio odpowiedzialne za operację.

— Ukraińskie służby specjalne pracują. To rutynowa operacja — mówi jeden z rozmówców "The Economist" z agencji wywiadowczej.

To samo źródło bagatelizuje sugestię, że rosyjscy podpalacze nie wiedzieli, co robią.

— Kiedy ludzie zostają złapani, mówią cokolwiek, że coś wypili, coś im podano lub coś im wstrzyknięto. Ale możesz namówić babcię, by wrzuciła koktajl Mołotowa do biura wojskowego lub gdziekolwiek chcesz — jeśli cena jest odpowiednia — dodaje funkcjonariusz służb w rozmowie z "The Economist".

W Ukrainie dochodziło do podobnych przypadków. W ubiegłym roku rosyjski wywiad prawie na pewno używał podobnych metod do prowadzenia kampanii podpaleń ukraińskich pojazdów wojskowych. Według ukraińskiej policji tylko w 2024 r. podpalono 341 pojazdów.

Ukraińskie źródło w organach ścigania twierdzi, że sprawcy byli w większości łatwowierni, a nie kierowali się ideologią. Najczęściej motywowały ich obietnice otrzymania do 1000 dol. (ok. 4 tys. zł), ale rzadko kiedy dostawali pieniądze.

W sumie oskarżono 184 osoby.

onet.pl/The Economist



Niemniej w swoim programie wyborczym prezydent Białorusi ogłosił, że chce ukierunkować "swoje wysiłki na rzecz normalizacji stosunków z sąsiadami". A najważniejszym punktem zapalnym — poza kwestią więźniów politycznych — jest wywołany przez białoruskie władze kryzys migracyjny. Szukający lepszego życia cudzoziemcy, wabieni obietnicą białoruskich służb łatwego przedostania się do Unii Europejskiej, próbują nielegalnie przekraczać granicę z Polską czy Litwą. Humanitarny kryzys na granicy trwa od 2021 r. W połowie stycznia jednak białoruska opozycyjna organizacja BYPOL poinformowała, że większość migrantów z zachodniej części Białorusi została w ostatnich tygodniach przetransportowana do Rosji. Służba Graniczna przyznaje, że w styczniu faktycznie bywały dni, gdy nie odnotowywano żadnych prób przekroczenia granicy. Wojsko również potwierdza w rozmowie z Wirtualną Polską zmniejszenie presji na granicę, chociaż wiąże to głównie ze wzmocnieniem bariery.

(...)

Można powiedzieć, że stosunek Mińska do inwazji na Ukrainę jak w soczewce odbija historia z przeprosinami, które Łukaszenko miał na początku pełnoskalowej wojny skierować telefonicznie do Wołodymyra Zełenskiego. Zełenski ujawnił tę rozmowę dopiero niedawno, co spotkało się z dość chaotyczną reakcją ze strony Mińska — z jednej strony stwierdzono, że rozmowa ta była efektem "emocjonalnej reakcji" na rozpoczęcie inwazji Koli Łukaszenki, "który miał w telefonie osobisty kontakt Zełenskiego". Z drugiej zapewniano, że Łukaszenko Zełenskiego nie przeprosił, bo nie miał za co. Później zirytowany dyktator dodatkowo uderzył w Zełenskiego, oskarżając go, że ten chce "wciągnąć Białoruś w wojnę". Czyli — mimo że jest w sojuszu militarnym z agresorem, a z jego lotnisk startowały bombowce, które zrzucały pociski na ukraińskie miasta, Łukaszenko nadal chce pozycjonować się na stojącego poza konfliktem. Chciałby w oczach Zachodu wyglądać na arbitra czy też pośrednika w kontaktach z Moskwą, a także mediatora między Rosją a Ukrainą — czyli odzyskać geopolityczną pozycję, jaką miał w 2014 r. podczas negocjowania porozumień mińskich. Pytaniem otwartym pozostaje, jak do ambicji Łukaszenki będzie odnosić się nowa administracja USA. Europa, w tym Polska, póki co, wydają się niezainteresowane pomocą w ich realizacji.

onet.pl


Nie można powiedzieć, żeby Francesco nie czuł się komfortowo w rosyjskim świecie Olgi. Dziś brzmi to niepoprawnie politycznie, ale rosyjskość, jeśli ktoś jej posmakuje, na początku wciąga każdego, ponieważ na poziomie emocjonalnym ma wiele do zaoferowania. Rosyjskość pobudza zmysły, otwiera czakry romantyzmu i duchowości – często pozorne, bałamutne lub krótkotrwałe. Ale ponieważ Rosjanie w sposobie bycia kładą większy nacisk na formę niż treść, właśnie ich forma i emocjonalność początkowo bardzo uwodzą: śpiewny język, szybkie nawiązywanie głębszej rozmowy, czysto ludzka dobroć wykształcona przez dziesiątki lat kolektywnego cierpienia. Że tydzień później najedzie się kraj jakiegoś biedaka w imię wielkiej Rosji, to jak najbardziej, czemu by nie, ale dziś należy go nakarmić i odziać, pięknie przy tym rozmawiając o pokoju i ogólnoludzkim braterstwie.

(...)

Zapytałem Olgę, czemu wyznała Francescowi miłość akurat na Wołodarskiego. Mieszkałem niedaleko i ta brzydka ulica wydawała się kiepską scenerią do romantycznych deklaracji.

– Na Wołodarskiego znajduje się budynek Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Chciałam, żeby mnie zobaczyli, żeby wiedzieli, że nie boję się całować pod ich oknami – odpowiedziała.

Oto bunt pośrodku putinizmu. Odwieczna rosyjska negacja opresji przez ucieczkę w wewnętrzną niezgodę: pocałunek pod oknami FSB. Słowa Puszkina: „Nie daj Boże widzieć bunt rosyjski, bezmyślny i bezlitosny” brzmią, jakby rosyjski wieszcz robił sobie jaja ze swych rodaków.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję

niedziela, 19 stycznia 2025



Toomas Hanso, ekspert Międzynarodowego Centrum Ochrony i Bezpieczeństwa (International Centre for Defence and Security, ICDS), zauważył, że incydenty te nie są wyjątkowe. Jak wyliczył, tylko w ostatnich latach ponad 30 światłowodów łączących Tajwan z pobliskimi wyspami zostały zerwane, potencjalnie celowo, przez chińskie statki; po raz ostatni 3 stycznia 2025.

Według estońskiego eksperta, to co łączy zdarzenia w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Bałtyckim, to ich częstotliwość, geopolityczne napięcia w obu tych regionach oraz to, że miały one bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo narodowe oraz infrastrukturę komunikacyjną.

belsat.eu/PAP


Zuckerberg uzasadniał zmiany tym, że dotychczasowe, bardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczące np. imigracji czy tożsamości płciowej, okazały się oderwane od rzeczywistości. Czyli, mówiąc prościej, wygrana Trumpa w wyborach prezydenckich pokazała, że dla wielu ludzi granice tego, co powinno być dopuszczalne w sferze publicznej, są znacznie szersze niż te, które wyznaczała polityka firmy. A skoro tak, to jak przekonuje większość komentatorów, zapowiedziane zmiany są po prostu oddaniem pola Trumpowi i przyznaniem się do porażki.  

W tej opowieści założyciel Facebooka spędził ostatnie lata na pełnej determinacji walce o bardziej uprzejmą, kulturalną, opartą na szacunku debatę publiczną (albo, dla jego krytyków, na wpychaniu ludziom do gardeł wyznawanej przez niego poprawności politycznej), a teraz, w obliczu wygranej Trumpa, skapitulował, podkulił ogon i w lęku przed szykanami ze strony nowego prezydenta wyrzeka się swoich wartości.  

Jest znacznie gorzej.

Meta nie zatrudniała fact-checkerów i nie wprowadziła restrykcyjnych (i nieraz absurdalnych) reguł przeciwdziałania mowie nienawiści i publikowaniu nielegalnych treści (związanych np. z pornografią dziecięcą czy terroryzmem) z poczucia misji. Robiła to w wyniku ogromnych zewnętrznych nacisków i krytyki, która spadała na firmę w obliczu wszechobecnych dowodów na negatywny wpływ Facebooka na naszą polityczną i społeczną rzeczywistość.  

W 2016 roku Craig Silverman, redaktor i założyciel serwisu BuzzFeed Canada, przeprowadził analizę, jakie treści polityczne publikowane na Facebooku w trakcie kampanii prezydenckiej w USA cieszyły się największą popularnością. W okresie trzech miesięcy poprzedzających dzień wyborów, 20 najpopularniejszych nieprawdziwych artykułów wyborczych wygenerowało więcej zaangażowania internetowego (udostępnień, reakcji i komentarzy) niż 20 najpopularniejszych artykułów pochodzących z czołowych mediów. Największe zaangażowanie czytelników na Facebooku wywołał nieprawdziwy materiał skrajnie prawicowej strony o nazwie "Ending the Fed" zatytułowany "Papież Franciszek szokuje świat, popiera Donalda Trumpa na prezydenta".  

Silverman odkrył dodatkowo, że popularność fałszywych wiadomości nie była stała, lecz zwiększyła się wielokrotnie w okresie wyborczym, spychając rozpoznawalne media na boczny tor. Wiele portali publikujących fake newsy powstało zaledwie na kilka miesięcy przed wyborami, a ich clickbaitowe tytuły i efekt domina wynikający z rozpowszechniania tekstów w mediach społecznościowych doprowadziły do lawinowego wzrostu liczby zaangażowanych odbiorców. 

W tym samym roku dziennikarze Wall Street Journal dotarli do wewnętrznego raportu Facebooka, z którego wynikało, że około dwie trzecie osób dołączających do ekstremistycznych grupek na platformie trafia do nich dzięki rekomendacjom podsyłanym im przez facebookowy algorytm ("spójrz na grupy, do których możesz chcieć dołączyć").  

Inny wewnętrzny eksperyment firmy, przeprowadzony w 2019 roku, polegał na stworzeniu przez badaczy pracujących dla Facebooka fałszywego konta. Chodziło o to, by zobaczyć, jakie treści będą trafiały na jego stronę główną ("feed"). W zaledwie trzy tygodnie została ona zalana pornografią oraz treściami promującymi mowę nienawiści i dezinformację.  

W 2021 roku wewnętrzna analiza treści politycznych publikowanych na platformie w trakcie kampanii prezydenckiej w USA w 2020 roku wykazała, że aż 10 proc. wszystkich wyświetleń zebrały posty przekonujące, że wybory były sfałszowane.  

Każdy kolejny raport wewnętrzny l potwierdzał to samo. Sama podstawowa architektura działania platformy, prowadzi do natężenia mowy nienawiści i obecności dezinformacji na Facebooku. To, jak szerzą się toksyczne treści na Facebooku, to nie anomalia, wynik błędów czy niedopatrzeń. To po prostu sama istota platformy, naturalna konsekwencja tego, jak została zaprojektowana i w oparciu o jakie mechanizmy działa.  

Wszystkie zmiany wprowadzane przez Zuckerberga w celu "wyrugowania mowy nienawiści i fake newsów" z Facebooka były wprowadzane w momencie, w którym politycy  coraz głośniej przekonywali o potrzebie wprowadzenia znacznie bardziej restrykcyjnych regulacji dotyczących działania platformy. Założyciel firmy wychodził wtedy cały na biało, przekonywał, że on sam ma pełną świadomość problemu i nie spocznie, aż go nie rozwiąże, a ustawodawcy niech sobie nie zaprzątają tym głowy, w końcu wszyscy chcemy tego samego, Facebook popełnił błędy, ale nie wynikały one ze złej woli, teraz będzie inaczej.  

Zmiany oczywiście były kosmetyczne i pod publiczkę, bo zasadnicze zmniejszenie toksycznego wpływu Facebooka na społeczeństwo i politykę wymagałoby zmiany algorytmów w sposób, który zmniejszałby zaangażowanie użytkowników, a to osłabiłoby przychody od reklamodawców. Co nie zmienia faktu, że pozostawały kosztowne - a jednocześnie tworzyły grunt pod domaganie się kolejnych.  

Dojście Trumpa do władzy to zatem dla Zuckerberga nie zagrożenie, przed którym musi się bronić padając na kolana i posypując głowę popiołem.  

Jest dokładnie odwrotnie - to dla założyciela Facebooka ogromna szansa, by odwrócić trend rosnącej presji na większe uregulowanie działalności platform społecznościowych i rozliczanie ich z tego, jak zwalczają negatywne konsekwencje swojego modelu biznesowego. Zuckerberg zwalnia fact-checkerów, bo wraz z powrotem Trumpa do władzy zmniejsza się polityczna presja na to, żeby Meta ich zatrudniała. Luzuje reguły dotyczące mowy nienawiści, fake newsów i promowania ekstremizmu, bo dzięki temu zwiększy się zaangażowanie użytkowników, a dzięki Trumpowi nie grożą mu już w Stanach Zjednoczonych z tego tytułu prawne konsekwencje.  

Co jeszcze ważniejsze, Trump to dla Mety potencjalny zbawiciel w walce z ustawodawcami spoza Stanów Zjednoczonych, którzy podejmowali i podejmują znacznie bardziej zdecydowane kroki. Jak powiedział w swoim nagraniu Zuckerberg, ma nadzieje "współpracować z prezydentem Trumpem w celu przeciwstawiania się rządom, które uwzięły się na amerykańskie korporacje i chcą je jeszcze bardziej cenzurować". Nieprzypadkowo na pierwszym miejscu wymienił Unię Europejską, która "tworzy coraz więcej praw sankcjonujących cenzurę i utrudniającą tworzenie nowych innowacji".

gazeta.pl

sobota, 18 stycznia 2025



Przyglądając się danym o dorocznych wydatkach na alkohol poszczególnych generacji, można dostrzec ogromne kwoty i niewielkie różnice między nimi. Boomersi (urodzeni w latach 1946–1964) wydają średniorocznie ponad 25 miliardów dolarów na alkohol, podobnie Generacja X (urodzeni w latach 1965–1980), która wydaje raptem 2 miliardy dolarów mniej. Na trzecim miejscu plasują się Milenialsi (urodzeni w latach 1981–1996) z wynikiem blisko 23,5 miliarda dolarów.

Takie wydatki pozwalały branży alkoholowej generować ogromne zyski i rozwijać się przez dekady, osiągając wycenę rynku alkoholi w USA na poziomie przekraczającym 250 miliardów dolarów. (...)

Według najnowszych danych U.S. Bureau of Labor Statistics, a więc amerykańskiego odpowiednika GUS-u najmłodsza z generacji - generacja Z, średniorocznie wydaje na alkohol jedynie nieco ponad 3 miliardy dolarów, a więc o około 7-8 razy mniej niż ich dziadkowie i rodzice. 

bankier.pl


Joe Biden, odchodzący prezydent USA, powiedział, że chińska gospodarka nigdy nie przeskoczy amerykańskiej. Tak będzie?

We wspomnianym już powyżej przeze mnie raporcie Rhodium Group analitycy dowodzą, że w ostatnich trzech latach wzrost gospodarczy Chin był o około 3 punkty procentowy niższy niż podawany oficjalnie. Czyli zamiast podawanych 5 proc. tak naprawdę było 2 proc. Ja się z tym zgadzam, moim zdaniem dane chińskiego urzędu statystycznego są zawyżane. Chińska gospodarka jest moim zdaniem w innym miejscu w gonieniu Zachodu, niż się wielu wydaje. Ten dystans jest o wiele większy, a przy tym dynamika wzrostu jest niższa niż oficjalnie podawana. Więc tak, w przewidywalnej perspektywie chińska gospodarka nie przegoni amerykańskiej. Unikałbym jednak słowa "nigdy". 

A co się dzieje wewnątrz kraju? Z innych danych, np. o sprzedaży detalicznej, która nie rośnie zbyt dynamicznie, albo z bardzo niskiej inflacji wynika, że konsumenci nie chcą wydawać pieniędzy. Popyt z tej strony w Chinach jest wciąż mały.

Chińczycy nie mają czego wydawać. Tamtejsze gospodarstwa domowe mają do swojej dyspozycji o wiele mniejszą część PKB niż gospodarstwa w zachodnich społeczeństwach. Wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych w Chinach stanowiły 38 proc. PKB w porównaniu do 54 proc. w Japonii - różnica 16 punktów procentowych PKB i 68 proc. w Stanach Zjednoczonych - różnica 30 punktów procentowych PKB. Żeby konsumpcja mogła się w Chinach rozwijać, obywatelom trzeba by zapewnić usługi publiczne. Jeśli oni muszą odkładać jedną trzecią, a nawet połowę pensji na starość albo czas choroby i leczenie, to trudno jest z tego wydawać na więcej niż niezbędną konsumpcję. Poza tym, banki w Chinach nie udzielają tak powszechnie kredytów konsumpcyjnych jak w Europie czy tym bardziej w USA. Chiński konsument wciąż relatywnie mało zarabia. Choć żyje mu się lepiej niż 20 czy 30 lat temu, to dynamika tej poprawy w ostatnich latach spadała i jest to odczuwalne.

A czuć tam rozczarowanie społeczne, widać je?

Jest kilka trendów. To są zmiany kulturowe, pokoleniowe. Młodzi ludzie nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów i są przeciążeni. Po dwóch pokoleniach polityki jednego dziecka w rodzinie okazuje się, że ci młodzi dorośli jedynacy mają często na głowie także utrzymanie rodziców i także dziadków. Relacje rodzinne są w Chinach silne, a brak zabezpieczeń społecznych sprawia, że ciężar opieki spada na tę jedną osobę. To tworzy poważne obciążenia psychiczne. Poza tym hamowanie dynamiki rozwoju gospodarczego sprawia, że jest coraz mniej miejsc pracy dla osób wykształconych. Tymczasem wykształcenie miało być przepustką do lepszego życia, było zdobywane często z dużym poświęceniem, inwestowali w nie rodzice i dziadkowie.

Równocześnie presja ideologiczna w ostatnich latach pod rządami Xi Jinpinga zaczyna odbijać się negatywną czkawką. Młodzi ludzie odrzucają obecny model, ale nie są w stanie zaprotestować w inny sposób niż poprzez wycofanie się. Pojawiła się cała subkultura tang ping - dosłownie: leżeć plackiem, której istotą jest nieangażowanie się. Inna subkultura shehuiren - dosłownie: ludzie uspołecznieni - to zazwyczaj ludzie urodzeni po 1995 roku i należący do niższych klas społeczeństwa. Często dzieci migrujących robotników, które nigdy nie miały większych szans na zdobycie wykształcenia i są skazane na nisko płatne, dorywcze prace w dużych ośrodkach miejskich. Krótko mówiąc to młodzi, wykluczeni z wielkich miast. Jej członkowie noszą często koszulki ze świnką Pepą. Obydwie te grupy nie angażują się za bardzo w życie - biorą pierwszą lepszą pracę, byle tylko się utrzymać, odrzucają ambicje, nie chcą zakładać rodzin. Kolejnym trendem, tym razem wśród młodych kobiet, jest niechęć do wychodzenia za mąż. Partia proponuje patriarchalny model rodziny, a młode kobiety, zdobywające wykształcenie już tego nie chcą. Nie bez znaczenia jest, że coraz trudniej w Chinach zdobyć rozwód - jest to mocno utrudnione administracyjnie. Dzieci poza związkiem małżeńskim w Chinach wciąż rzadko się zdarzają, więc to wszystko pogłębia kryzys demograficzny.

Partia jest zatem na tyle silna, że jedyne, na co ludzie mogą sobie pozwolić, to bierny opór. Nie angażowanie się, wyłączenie.

Czyli partia nie odczuwa żadnego oddolnego nacisku na zmianę polityki wewnętrznej, gospodarczej? Władze nie zmieniają kursu, nie przejmują się, że to, co robią, nie działa?

Pytanie, czy partia wie, że to nie działa. Nie wiemy, co ci, którzy podejmują decyzje wiedzą, a czego nie wiedzą. W momencie, gdy działacz partyjny wchodzi do władz prowincjonalnych, wchodzi w bańkę: oddaje prywatny telefon, mieszka na zamkniętym kampusie, sam nie kupuje sobie nawet jedzenia. Wszystkie informacje, które do niego docierają, są filtrowane przez system. Xi Jinping wszedł w tę bańkę pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Sekretarze generalni Komunistycznej Partii Chin radzili sobie z tym w przeszłości w różny sposób. Hu Jintao utrzymywał szeroką sieć znajomych z lat szkolnych i studiów, to byli zwykli ludzie. Jiang Zemin z kolei namiętnie oglądał CNN i śledził inne zachodnie media także po to, aby dowiedzieć się, co się dzieje w Chinach.

gazeta.pl

piątek, 17 stycznia 2025



Sławomir Mentzen ma już pozamiatane?

Nie, ale ciężka orka i trudna kampania przed nim. Na pewno drży o swój wynik, a to tym bardziej, że zagraża mu nie tylko Grzegorz Braun, ale też - a może przede wszystkim - Krzysztof Stanowski. Ten rok temu zapowiedział, że wystartuje w wyborach prezydenckich - dla beki, dla reklamy, dla "pokazania cyrku", cytuję jego słowa. A to oznacza, że Mentzen jest atakowany przez dwóch kandydatów z prawej flanki: absolutnie radykalnej - czyli Brauna i antysystemowej, bardziej umiarkowanej - Stanowskiego. Będzie wzięty w dwa ognie. Dlatego wynik Bosaka sprzed pięciu lat, kiedy ten w wyborach prezydenckich zdobył 7 proc., na pewno wziąłby w ciemno.

(...)

Braun już raz startował w wyborach prezydenckich - w 2015 roku. Uzyskał wówczas 0,83 proc. poparcia.

(...)

Inna rzecz, że na pewno Janusz Korwin-Mikke będzie mocno wspierał Brauna. Z zemsty. Bo Mentzen de facto siłą przymusił Korwin-Mikkego, by ten mu oddał partię. Korwin-Mikke jest teraz rozżalony i wściekły. Chce Metzenowi utrzeć nosa. A jak może mu utrzeć nosa? Popierając Brauna, który zabierze głosy Mentzenowi.

tokfm.pl


To jedna strona medalu, a druga jest taka, że taran Trumpa jest wielką niewiadomą również dla Putina, który nie wie, czego się spodziewać i jak grać. Ciekawe w tym kontekście są zabiegi wokół Grenlandii. Duński wywiad ujawnił, że w 2019 r. rosyjskie służby specjalne za pośrednictwem agentów wpływu przeprowadziły udaną operację podrobienia listu ówczesnej minister spraw zagranicznych Grenlandii Ane Lone Bagger do amerykańskiego senatora Toma Cottona (...). List zawierał sugestię, że Stany wesprą grenlandzkie referendum niepodległościowe, i prośbę o pomoc finansową. Po tym liście Trump miał nabrać pewności, że zakup Grenlandii w zasadzie jest możliwy. A w każdym razie nie jest niemożliwy. O swoich zamiarach poinformował wtedy cały świat. Kopenhaga zaprotestowała. A Trump odwołał planowaną wizytę w Danii.

(...)

Na razie na Grenlandię pojechał syn prezydenta elekta, Donald Trump junior. Jak pisze Igor Ejdman (...), junior kupił kilku bezdomnych, aby zagrali rolę Grenlandczyków wyznających filozofię MAGA (Make America Great Again). 

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

czwartek, 16 stycznia 2025



Obie rakiety są nowe, obie są wielkie. Jedna już wystartowała dzisiaj rano, druga ma wystartować wieczorem. Obie się istotnie różnią. Ta od Bezosa jest budowana według innej filozofii. Znacznie bardziej tradycyjnej, takiej, do której mogła przyzwyczaić przez dekady NASA i tradycyjni potentaci w tym biznesie. Można to streścić do "bez radykalnych pomysłów, przemyślimy i przetestujemy wszystko na Ziemi, żeby tam u góry działało od razu".

W porównaniu z tym Musk to kreatywny chaos, w ramach którego normą jest sprawdzanie rzeczy w praktyce i powodowanie eksplozji. Bazując na takich metodach, firma SpaceX Muska w ciągu ostatniej dekady błyskawicznie urosła i stała się gigantem branży, a przy okazji zbudowała sobie znaczne grono fanów, którzy w takim podejściu widzą przyszłość. Jednocześnie patrzą na Bezosa oraz jego firmę Blue Origin jak na dziadersów, którzy przegapili fakt, że świat się zmienił. Nie jest to jednak takie oczywiste.

Odpaloną dzisiaj rano po raz pierwszy rakietę New Glenn (od nazwiska pierwszego Amerykanina na orbicie - Johna Glenna) trudno nazwać przestarzałą. Ostrożną czy zachowawczą owszem, ale zdecydowanie niezacofaną technologicznie. Należy do kategorii ciężkich rakiet nośnych. Jeden stopień poniżej tych największych, określanych jako "superciężkie". Będzie jednak w górnym zakresie swojej kategorii, bo ma móc dostarczyć na orbitę maksymalnie 45 ton ładunku. Standardem dla większości rakiet tej kategorii jest rejon 20-30 ton. Jedyny porównywalny konkurent to Falcon Heavy firmy SpaceX, który w wariancie zakładającym odzyskanie większości rakiety może to zrobić też z około 40-50 tonami.

New Glenn ma też być w większości wielokrotnego użytku. Pierwszy stopień ma tak samo lądować na pokładzie statku, jak pierwsze stopnie rakiet Falcon 9 i Falcon Heavy firmy Space X. Nie udało się to podczas pierwszego startu. Kontakt z pierwszym stopniem został utracony, kiedy hamował na krawędzi atmosfery i działały na niego ogromne siły. Firma twierdziła od początku, że udane lądowanie w pierwszym locie byłoby wspaniałe, ale kluczem jest samo dotarcie na orbitę. To się udało, za sprawą drugiego stopnia, który jest przeznaczony na straty.

Cały proces startu i lądowania jest bardzo podobny do tego w przypadku aktualnych rakiet Space X, choć New Glenn ma wiele detali rozwiązanych w inny sposób. Najbardziej widoczny to inne stery, dodatkowe płetwy stabilizujące po bokach i schowane w kadłubie rakiety rozkładane nogi. Inna istotna różnica, choć trudna do wychwycenia, to średnica kadłuba i rozmiary ładowni na dziobie rakiety. Ten pierwszy parametr to aż 7 metrów, czyli prawie dwa razy więcej niż porównywalnej rakiety SpaceX, Falcon Heavy. Oznacza to znacznie bardziej obszerną przestrzeń ładunkową na dziobie, pozwalającą zabierać na orbitę może nie najcięższe ładunki w historii, ale bardzo duże rozmiarami. Jest to parametr, który Blue Origin zawsze podkreśla jako główną przewagę konkurencyjną ich nowej rakiety. Te wymiary są większe niż nawet w wahadłowcach NASA.

Mocną stroną nowej rakiety mają być też jej nowe silniki główne BE-4. Opracowano je od podstaw dla New Glenn, ale też nowej rakiety Vulcan firmy United Launch Alliance (połączone kosmiczne działy Boeinga i Lockheed Martina). Mają mieć bardzo dobre parametry, jednocześnie nie będąc skrajnie wysilone. Tak, aby jak najlepiej wielokrotnie znosiły wielokrotne użycie. Są porównywalne parametrami do obecnie najnowszych silników Raptor 3 firmy SpaceX, tylko właśnie mniej wysilone (niższe ciśnienie w dyszy). Oba typy będą najpewniej przez wiele lat światową awangardą w dziedzinie silników rakietowych.

Krytyka New Glenn skupia się na tym, jak bardzo odstaje od najbardziej awangardowego dzieła firmy SpaceX, czyli duetu pojazdu kosmicznego Starship i rakiety nośnej Super Heavy. Tego, który ma wystartować w czwartek wieczorem do swojego siódmego lotu testowego. Oba systemy rozwijano niemal równolegle, zaczynając od wstępnych prac około 2012 roku. Dzieło firmy Muska jest jednak z innej kategorii. Ma móc dostarczyć na orbitę ponad dwa razy więcej ładunku i po rewolucyjnie niskiej cenie, będąc w całości wielokrotnego użytku. Do tego nadawać się do prowadzenia skomplikowanych operacji tankowania na orbicie i latania na Księżyc czy Marsa. Takie są przynajmniej założenia. Na tym tle New Glenn jest rzeczywiście koncepcyjnym starociem, w znacznej mierze powielającym to, co SpaceX osiągnęło z Falcon 9/Falcon Heavy w minionej dekadzie.

Dodatkowo Blue Origin przez lata zbierało krytykę za to jak powoli działa. Zwłaszcza na tle SpaceX, która ochoczo eksperymentowała na widoku publicznym, przez co postępy w pracach nad rakietami Muska były bardzo widoczne. Jest przy tym faktem, że prace nad silnikami BE-4 i rakietą New Glenn zaliczyły wieloletnie opóźnienie. Początkowo debiut zakładano na rok 2020. Pojawiały się przy tym informacje o nadto ostrożnej, zbiurokratyzowanej i pozbawionej ambitnej wizji pracy pod dyktando zasiedziałych inżynierów z branży lotniczo-kosmicznej. Dotyczyło to zwłaszcza Boba Smitha, zarządzającego firmą w latach 2017-2024. Jego następcą jest Dave Limp, który uprzednio był jednym z głównych dyrektorów Amazona, niemający nic wspólnego z branżą kosmiczną. Ma on wnieść nową energię i dynamikę niezbędną, aby Blue Origin stał się firmą bliższą SpaceX, a nie starym gigantom branży.

Nowy dyrektor ma dużo do zrobienia. Bo choć Blue Origin działa już ponad dwie dekady i zatrudnia ponad 11 tysięcy ludzi, pracujących w laboratoriach, fabrykach i stanowiskach testowych w całych USA, to jeszcze nigdy nie przyniosła istotnego dochodu i dopiero co dotarła na orbitę. Cały czas jest utrzymywana głównie z majątku Bezosa, który wydał na nią już miliardy dolarów. Pierwszy lot New Glenn jest więc momentem przełomowym, bo zwiastuje przejście od ery eksperymentów, do faktycznych lotów kosmicznych. Przed firmą jeszcze trudne zadanie dopracowania procedury lądowania, ale i tak ma już kolejkę klientów z ich satelitami. Najważniejszym będzie na początku sam Bezos, a raczej jego firma Amazon. Pracuje ona nad projektem Kuiper, który ma być konkurencją dla Starlinka Muska. Czyli drugą dużą konstelacją satelitów na niskiej orbicie zapewniającej szybki internet. Na razie Amazon zakontraktował 12 startów New Glenn z opcją na 15 kolejnych. W przyszłości nowa rakieta Bezosa ma też wysyłać jego lądownik księżycowy Blue Moon budowany na zlecenie NASA. Również będący projektem konkurencyjnym dla Muska i jego SpaceX, która ma równoległy kontrakt na dostarczenie ludzi na Księżyc przy pomocy pojazdów Starship.

gazeta.pl

środa, 15 stycznia 2025



Rosjanie zajęli obszar zabudowany Torećka. Pod kontrolą obrońców pozostają północno-zachodnie obrzeża miasta i kopalnia w jego północnej części, o którą toczą się walki. Agresor ma nadzór nad 70–95% jego powierzchni. Większość źródeł potwierdza, że całkowicie w ręce najeźdźców przeszło Kurachowe. Tylko odpowiadające za obronę miasta Operacyjno-Strategiczne Zgrupowanie Wojsk „Chortyca” jeszcze 11 stycznia twierdziło, że ośrodek ukraińskiego oporu utrzymuje się na terenie lokalnej elektrowni cieplnej. W operacyjnym okrążeniu znalazła się Wełyka Nowosiłka, a pod kontrolą Ukraińców pozostaje tylko granicząca z nią od południowego zachodu Wremiwka. Zaopatrzenie oraz ewentualna ewakuacja obrońców możliwe są już wyłącznie drogami gruntowymi.

Siły rosyjskie osiągnęły pierwszą z dwóch dróg wiodących z Pokrowska na zachód, wychodząc na obrzeża Udacznego. Według Agencji Reutera położona tam kopalnia węgla koksowego zupełnie wstrzymała pracę (zob. Perspektywa utraty Pokrowska – cios w ukraińską metalurgię). W rękach obrońców pozostaje główna droga zaopatrzenia miasta – autostrada M04 Donieck–Dniepr (wojskom agresora brakuje do niej 6–7 km). Przerwaniu uległo też główne połączenie Pokrowska z północną częścią obwodu donieckiego. Trwają starcia o kluczowy węzeł drogowy na trasie Pokrowsk–Konstantynówka, którego nie kontroluje obecnie żadna ze stron.

Po wielotygodniowych walkach wojska rosyjskie zajęły zakłady materiałów ogniotrwałych – główny ośrodek ukraińskiego oporu w centrum Czasiw Jaru. Wznowiły także działania zaczepne na północny zachód od Bachmutu, wkraczając do Orichowa-Wasyliwki. Kontynuowały również poszerzanie przyczółków na zachodnich brzegach rzek Żerebeć na kierunku Łymanu i Oskoł na północ od Kupiańska.

Wskutek kilkudniowych starć siły ukraińskie zostały odepchnięte od Bierdina w obwodzie kurskim, zaprzestały też działań zaczepnych. Pod kontrolę najeźdźców powróciły kolejne miejscowości, a największe postępy zanotowali oni w północnej części wyłomu przeciwnika. Ukraińcy poczynili natomiast kroki na rzecz wyparcia agresora z Machnowki na południe od Sudży i – tym samym – odsunięcia bezpośredniego zagrożenia od tego miasta.

osw.waw.pl