poniedziałek, 18 listopada 2024



— Jeśli otrzymamy rakiety, może to zmienić sytuację w regionie Kurska. Poniesiemy tam znacznie mniejsze straty i zagwarantujemy sobie utrzymanie tych terytoriów. Myślę, że obecnie toczy się bardzo duża gra polityczna. Była rozmowa Scholza z Putinem, która prawdopodobnie dotyczyła zakończenia wojny. Odpowiedzią było zmasowane uderzenie na Ukrainę tej samej nocy. Natychmiast po tym USA wydały zgodę na użycie zachodniej broni na terytorium Rosji. Ale ograniczyły obszar i cele. Moim zdaniem z Rosją trwają ogromne targi. A utrzymanie regionu Kurska jest dla nas ważne, ponieważ wtedy Putin nie może użyć formuły "pokój w zamian za terytorium". W końcu, zgodnie z tą logiką, ukraińskie siły zbrojne pozostają na terytorium Federacji Rosyjskiej — mówi Żdanow.

onet.pl

niedziela, 17 listopada 2024



Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył podczas wywiadu dla ukraińskich mediów opublikowanego 16 listopada, że ​​rosyjskie siły obecnie posuwają się naprzód wzdłuż linii frontu, częściowo z powodu obniżonego morale Ukrainy, pogłębionego przez opóźnienia w obsadzie i wyposażeniu nowych ukraińskich brygad oraz zapewnieniu ukraińskim obrońcom na linii frontu niezbędnego odpoczynku i rotacji. Zełenski podkreślił znaczenie tworzenia nowych brygad w celu zastąpienia i wzmocnienia ukraińskich sił obecnie służących na linii frontu, ale zauważył, że rosyjskie siły również nadal ponoszą znaczne straty w sile roboczej w zamian za minimalne zyski. Zełenski oszacował, że rosyjskie siły tracą obecnie od 1500 do 2000 żołnierzy dziennie na Ukrainie i ocenił, że rosyjskie siły nie są w stanie utrzymać tempa natarcia, ponosząc straty na taką skalę.

Przyznanie się Zełenskiego do problemów z morale i ograniczeń kadrowych wśród ukraińskiej piechoty na pierwszej linii sugeruje, że ukraińskie operacje dronów prawdopodobnie odgrywają nieproporcjonalnie dużą rolę w obronie i zadawaniu strat nacierającym siłom rosyjskim. Zełenski zauważył podczas wywiadu, że rosyjskie postępy już spowolniły w niektórych kierunkach, a ukraińscy urzędnicy wcześniej zauważyli, że ukraińskie operacje dronowe odegrały rolę w spowolnieniu rosyjskich postępów do minimalnego tempa. Ukraiński operator drona stwierdził w sierpniu 2024 r., że rosyjskie siły były w stanie posuwać się naprzód skuteczniej w kierunku Pokrowska, przeprowadzając ataki naziemne w grupach od dwóch do czterech żołnierzy pod osłoną drzew, co utrudniało ich wykrycie przez ukraińskich operatorów dronów. Późniejsze ukraińskie doniesienia sugerowały, że rosyjskie siły zaczęły szerzej stosować tę taktykę na całym kierunku Pokrowska we wrześniu i październiku 2024 r. Rosyjski milbloger i były instruktor Storm-Z zauważył 16 listopada, że ​​te małe, prowadzone przez piechotę ataki nie są najskuteczniejszą taktyką szybkiego postępu w wiejskich osiedlach i na polach w pobliżu Selydowe, gdzie siły rosyjskie mają bardzo słabe ukrycie przed ukraińskimi dronami. Milbloger zasugerował, że siły rosyjskie mogą obecnie dostarczać posiłki i zaopatrzenie tylko wtedy, gdy ukraińscy operatorzy dronów są zaangażowani w innym obszarze linii frontu. Milbloger zauważył, że nieokreślone „problemy”, prawdopodobnie odnoszące się do ukraińskich operacji dronów lub nalegania rosyjskiego dowództwa wojskowego na przeprowadzanie niepotrzebnie kosztownych ataków piechoty, nadal utrudniają siłom rosyjskim szybsze posuwanie się naprzód wzdłuż linii frontu i pełne wykorzystanie ograniczeń kadrowych Ukrainy.

Ukraińskie operacje dronów odegrały również kluczową rolę w ograniczaniu rosyjskich zmechanizowanych manewrów na całej linii frontu, szczególnie na początku lata 2024 r., kiedy siły ukraińskie zmagały się z poważnymi niedoborami artylerii w wyniku opóźnień w zachodniej pomocy bezpieczeństwa. Udane ukraińskie ataki dronów na rosyjskie pojazdy opancerzone w kierunku Pokrowska w czerwcu 2024 r. mogły odegrać rolę w decyzji rosyjskiego dowództwa wojskowego o ograniczeniu zmechanizowanych ataków na tym kierunku. Ukraińskie operacje dronów odegrały również ważną rolę w odpieraniu rosyjskich zmechanizowanych ataków w obwodach kurskim i donieckim oraz w pobliżu Kupjańska. W ostatnich miesiącach siły rosyjskie próbowały wprowadzić innowacje i wdrożyć skuteczniejsze systemy ochrony antydronowej dla pojazdów opancerzonych i czołgów, ale nawet najbardziej „udane” rosyjskie zmechanizowane ataki, które zaowocowały zyskami na kilku kilometrach, wygenerowały znaczne straty w uzbrojeniu pancernym z powodu ukraińskich ataków dronów. Wykazana przez Ukrainę zdolność do skutecznego atakowania rosyjskich kolumn zmechanizowanych uniemożliwiła siłom rosyjskim przeprowadzenie zmechanizowanych przełomów i eksploatację na dużą skalę. ISW wcześniej oceniło, że rosyjskie dowództwo wojskowe może nie być w stanie zaakceptować obecnej skali i tempa strat rosyjskich pojazdów w nadchodzących miesiącach i latach, biorąc pod uwagę ograniczenia rosyjskiej produkcji przemysłowej w zakresie obronności, zmniejszające się zapasy pojazdów z czasów radzieckich oraz niepowodzenie rosyjskiego wojska w osiągnięciu operacyjnie znaczących postępów terytorialnych poprzez zmechanizowane manewry. Dalsze udoskonalenia ukraińskich możliwości dronów i stale poprawiająca się integracja ukraińskich dronów z operacjami naziemnymi pozostają kluczowe dla zdolności Ukrainy do obrony przed nacierającymi siłami rosyjskimi i wyzwolenia okupowanego terytorium w przyszłych operacjach kontrofensywnych.

Zełenski podkreślił, że Ukraina musi przystąpić do wszelkich przyszłych negocjacji z pozycji siły, ponieważ prezydent Rosji Władimir Putin nie jest zainteresowany negocjowanym porozumieniem — bez względu na platformę negocjacyjną lub mediatora — które skutkuje czymkolwiek innym niż kapitulacją Ukrainy. Zełenski stwierdził, że Ukraina musi zostać „wzmocniona przez pewne ważne elementy”, aby negocjować z Putinem, podkreślając, że Ukraina nie może przystąpić do negocjacji z pozycji słabości. Zełenski stwierdził, że Putin nie chce pokoju, ale nadal byłby skłonny przyjść do stołu negocjacyjnego, aby zmniejszyć izolację dyplomatyczną Rosji i zabezpieczyć ustępstwa oraz kapitulację Ukrainy. Zełenski stwierdził, że ważne jest, aby każda platforma negocjacyjna i potencjalni mediatorzy pamiętali, że Rosja naruszyła integralność terytorialną Ukrainy i prawo międzynarodowe, dokonując inwazji na Ukrainę w 2014 i 2022 roku i zauważył, że jego rozmowy z prezydentem elektem USA Donaldem Trumpem pokazują, że Trump jest „po stronie wspierania Ukrainy” i wysłuchał stanowiska Ukrainy. Zełenski stwierdził, że Ukraina musi zrobić wszystko, aby zakończyć wojnę środkami dyplomatycznymi w 2025 r.

understandingwar.org


Dzisiaj Polacy są obsadzeni przez kremlowską propagandę w roli „zoologicznych rusofobów". Pan również? 

Wacław Radziwinowicz: Ze mną jest kłopot, trudno mnie w to wpisać, bo byłem w Rosji długo, byłem człowiekiem rozpoznawalnym, zapraszanym do mediów: pisałem w ich gazetach, gościłem stale w zamkniętym zaraz po wybuchu wojny przez Kreml radiu Echo Moskwy. Nigdy nie pozwalałem sobie na wypady pod adresem narodów Rosji, choć stale krytykowałem Putina i jego postępowanie. Nie można mnie więc nijak uznać za rusofoba, nie mówiąc już o tym, że sam jestem częściowo Rosjaninem.  

To jak się czuje taki człowiek jak Pan wyrzucony z Rosji? 

To był mój świat i chciałem w nim zostać. Zbliżając się do wieku emerytalnego, miałem pomysł, by pisać o Rosji książki. Chciałem na przykład napisać książkę o Moskwie, jakiej nie znają turystyczne przewodniki. Z nimi Moskwy nie da się tak naprawdę poznać, a warto, bo to jest cudne, wielkie, przebogate miasto, stolica wielkiego imperium pełnego różnorodnych kultur, języków, kuchni. Miałem też pomysł na książki o małych rosyjskich miastach, ale na razie wygląda na to, że żadnego z tych pomysłów nie zrealizuję. Usunięcie mnie z Rosji było dużym ciosem, zabrało mi ważną część życia. 

Ale też zniknęło Pańskie naturalne środowisko. Sam Pan pisze, że większość albo nie żyje, albo siedzi, albo wyjechała. 

I tuła się po świecie, co jest dla Rosjan naprawdę straszne. Proszę mi wierzyć, wiem to po swojej babci, która była rosyjską białą emigrantką. Zmuszenie jej do życia na obczyźnie było jej największym nieszczęściem.  

Tytułową Atlantydą jest ten znikający świat? 

Tak, to ta Rosja, która budowała się przez 30 lat i miała historyczną szansę stać się państwem swoich ludzi, a nie narodem dla państwa, którym dzisiaj znów jest, zupełnie jak za carskich czy bolszewickich czasów. A będzie jeszcze gorzej, będzie się dalej degradowała, bo nawet jeśli Putin wygra wojnę w Ukrainie, będzie chciał więcej, nadal będzie siał zamęt, w który być może wciągnie Polskę.  

Putin, jak Pan pisze, wychowywany był przez ulice Petersburga, gdzie decydowała siła i gdzie dla słabszych jest tylko pogarda. Przeniósł ten sposób działania na poziom państwowy? 

On został wybrany do tej swojej roli właśnie za sprawą takiego, a nie innego charakteru. Pokazał się Borysowi Jelcynowi, wówczas prezydentowi Rosji, jako bezwzględny, niemoralny i – co ważne – absolutnie lojalny sojusznik. Putin wypełniał nawet najbardziej paskudne rozkazy mające niszczyć przeciwników prezydenta, choćby Jurija Skuratowa, prokuratora generalnego, którego wrobiono w seksaferę. Pokazał więc, że będzie chronił Jelcyna i jego najbliższych, gdy przejmie po nim Kreml, i tak został namaszczony na jego następcę, nie zmieniając przy tym metod działania. Wszyscy wiemy, ilu ludzi, czy to opozycjonistów, czy dziennikarzy, zginęło z jego rozkazu. Ostatnią jego ofiarą był Prigożyn, zlikwidowany w sposób dość spektakularny, co miało pokazać wszystkim, jaki los czeka kwestionujących władzę Putina. 

Putin nie ma też żadnych skrupułów w posyłaniu na śmierć swoich żołnierzy. 

Tu już w ogóle nie ma o czym mówić. Życie posyłanych na śmierć tysięcy Rosjan nie ma dla niego kompletnie żadnego znaczenia, znów – jak w czasach carskich. Jednocześnie jest Putin bezwzględnie lojalny wobec swoich kumpli. 

Przypomina to raczej strukturę mafijną niż państwową. 

Żeby to zrozumieć, trzeba trochę pobyć w Rosji, a najlepiej na prowincji. Można wtedy szybko poczuć, jak całe państwo jest przeniknięte kryminalną kulturą. À propos mafii, ludzie władzy zafascynowani są „Ojcem chrzestnym", co widać było również przy okazji Prigożyna. Don Corleone przygarnia do siebie wrogów, tworzy pozory pokoju, a potem wszyscy są wymordowani, kiedy on się modli. Tu było podobnie, Putin tworzy pozory rozejmu i wybaczenia, po czym Prigożyn ginie, kiedy Putin uczestniczy w obchodach rocznicy bitwy na Łuku Kurskim. Druga wojna światowa, zwycięstwo w niej – to państwowa religia w Rosji. 

Pierwsze dwie kadencje Putina były do pewnego momentu czasem prozachodniej polityki Moskwy i nagle nastąpił zwrot o 180 stopni, czemu Putin dał wyraz podczas głośnego przemówienia w Monachium, gdzie Zachód został obsadzony w roli wroga chcącego zniszczyć Rosję.  

Zacznę od tego, że te pierwsze lata otwarcia Putina na Zachód ja również przyjmowałem serio, tym bardziej że on przyszedł do władzy z bardzo liberalną ekipą. Jej plany wydawały się znakomite, Rosja miała świetną koniunkturę dzięki rosnącym cenom ropy naftowej, ogromną życzliwość na Zachodzie odziedziczoną po Jelcynie i żadnych poważnych wrogów przy granicy. Wszystko to wydawało się szansą nie do zmarnowania.  

I co się stało? 

Po pierwsze, rosyjskim chłopakom z putinowskiej ferajny wydawało się, że świetnie się wpisują w świat londyńskich i paryskich klubów, drogich garniturów i jeszcze droższych nieruchomości. Wydawało im się, że będą funkcjonować na równych prawach, a może nawet wszystkim kręcić. Obiecał im to zresztą Putin. Tymczasem rzeczywistość była inna. Okazało się, że oni ze swoim sztafażem nie pasują do tego świata, że w Europie nie prowadzi się interesów, strzelając do konkurentów i wsadzając ich do więzień w sfingowanych procesach, że pogróżki i łapówki to nie główne narzędzia biznesowe. Kiedy z kolei Rosja zaczęła się bratać z NATO, myślała, że będzie tam miała wręcz decydujący głos. Było inaczej, co odczytano jako klęskę Putina. 

To był zapalnik? 

Nie, moim zdaniem była nim sprawa Michaiła Chodorkowskiego, który na Zachodzie uchodzi za walczącego o wolność i demokrację, a tak naprawdę brał udział w największym skoku na kasę, kiedy wąska grupa przejęła bezczelnie ogromne majątki, całe „kuwejty". Chodorkowski był najbardziej chciwy i przezorny jednocześnie. Chciał przejęte biznesy unowocześnić, wystawić na giełdę i dzięki zachodnim akcjonariuszom zabezpieczyć ich ewentualne przejęcie przez państwo, które nie będzie chciało – tak myślał – konfliktować się z globalnymi korporacjami. Putin szybko się zorientował w tym planie, brutalnie go wstrzymał, znacjonalizował Jukos, a Chodorkowskiego aresztował.  

Od tego czasu śruba jest nieustannie dokręcana – wprowadzane jest coraz bardziej represyjne prawo, zamykane są wolne media i organizacje pozarządowe, przeciwnicy lądują w więzieniach lub giną. W końcu nowelizowana jest konstytucja, która daje prezydentowi władzę absolutną. Mimo tego działa parlament, sądy, odbywają się wybory – po co ten cały teatr? 

Najstraszniejsze, co może spotkać w Rosji cara, to usłyszeć od tłumu, że jest nieprawdziwy. Z tego powodu muszą być zachowane wszystkie pozory legitymizujące go, jak parlament czy wybory, choć wszyscy wiedzą, że Duma wykonuje polecenia prezydenta, a wyniki wyborów są znane, zanim głosy zostaną policzone. Niegdyś car sprawował władzę z woli Boga, a dzisiaj z woli ludu, dlatego organizowane są wybory, traktowane wyłącznie jako plebiscyt poparcia dla cara.  

Ważne jest, ile car dostaje głosów? 

Bardzo. Musi być wypełniona formuła 70/70, czyli minimum 70 proc. głosów przy minimum 70-procentowej frekwencji. Bo to dowodzi, że większość narodu jest za carem. I tak się dzieje, a to, że wszystko jest sfałszowane, że przeciwnicy polityczni siedzą w łagrze, nie ma znaczenia.  

A błogosławieństwo Cerkwi ma jakieś znaczenie? 

Czysto symboliczne. Nie udała się bowiem próba zastąpienia ideologii komunistycznej prawosławiem. Cerkiew nie ma większego wpływu na społeczeństwo. Jej zadaniem jest służenie władzy.  

Putin się kogoś boi? 

Myślę, że egzekucja Prigożyna na oczach świata jest na to najlepszym dowodem, choć trudno powiedzieć, na ile Putin realistycznie ocenia rzeczywistość i na ile rozumie, że pogrąża kraj, którym rządzi. 

Czerpie informacje tylko od zaufanego otoczenia? 

Znany jest z tego, że nie posługuje się w ogóle internetem i nie szuka alternatywnych źródeł informacji, tylko opiera się na dostarczanych mu raportach. Widać to było przy okazji ataku na Ukrainę. Putinowi przekazywano informacje, z których wynikało, że wojska rosyjskie pokonają Ukraińców błyskawicznie, a Ukraińcy będą witali Rosjan kwiatami. Rzeczywistość okazała się, jak wiemy, nieco inna. 

Putin uchodzi za polityka niezrównoważonego, a co za tym idzie – nieprzewidywalnego. Angela Merkel, o czym Pan pisze, twierdziła, że to jego gra. Zgadza się Pan? 

To jest sytuacja jak ze sceny na rosyjskiej wsi. Znany we wsi zakapior krzyczy: „Trzymajcie mnie, niech mnie siedmiu trzyma, bo inaczej tu wszystkich rozniosę". To mu wystarcza, żeby być postrachem. Putin znakomicie gra taką rolę w kontaktach z Zachodem. Długo grał ją skutecznie. 

Po co Putinowi gromadzenie na boku ogromnego majątku? Przecież jest carem, więc należy do niego wszystko, a według znowelizowanej konstytucji może rządzić niemal dożywotnio. 

Ja się nie trzymam tezy, że on upycha na swoich prywatnych kontach wielkie pieniądze, bo jako prezydent ma do dyspozycji, co tylko chce: rezydencje, jachty, samoloty. Ale jest coś takiego w Rosji, co się nazywa „basenem". To miejsce, gdzie wszyscy, którzy powinni, a to jest cała wierchuszka państwa, wlewają odpowiednie środki. Są to gigantyczne pieniądze zabezpieczające osoby i interesy składające się do tej kasy oraz, co ważne, pozwalające na finansowanie nielegalnych przedsięwzięć, jak na przykład otrucie wrogów, zagraniczne zamachy stanu czy prywatna armia. Poza tym dłużej klasztora niż przeora, więc warto się zabezpieczyć na wypadek, gdyby z jakiegoś powodu Putin przestał jednak rządzić.  

Napaść na Ukrainę spowodowała, że wydarza się wszystko to, czego Putin nie chciał: bazy NATO w naszym regionie są rozbudowywane, zbroimy się na potęgę, do NATO dołączyła Finlandia, co było przed wojną nie do wyobrażenia, a w kolejce, blokowana przez Turcję, czeka Szwecja, co zamieni Bałtyk w wewnętrzne morze NATO. Tożsamość narodowa Ukraińców została skonsolidowana jak nigdy wcześniej i wiele państw dostarcza im broń oraz inną pomoc. To z punktu widzenia Kremla katastrofa czy tylko my tak na to patrzymy? 

W Rosji to wygląda zasadniczo inaczej. Panuje tam nastrój triumfu, zarówno we władzach, jak i społeczeństwie. Może i są jakieś tymczasowe kłopoty czy zastoje na froncie, może i ginie wielu żołnierzy, ale warto, bo finalnie Rosja wygra. I kto wie, może jak już się upora z Ukrainą, zajmie się kolejnymi terytoriami, które straciła jeszcze w 1918, po podpisaniu przez bolszewików „haniebnego" według Rosji pokoju brzeskiego. Teraz przyszedł czas na odzyskanie tego, co nasze – uważają w Moskwie. Brzmi to, musi pan przyznać, złowrogo. Aż strach pomyśleć, co się stanie, jeśli Ukraina przegra wojnę i Rosjanie staną na Bugu.  

gazeta.pl


Jak to było z twoim wyrokiem?

Dmitry Glukhovsky: Cóż, prawo zakazuje rozpowszechniania i powielania fake newsów. Napisałem w felietonie z 2022 roku, że prowadzimy wojnę, w której mordujemy ukraińskich cywilów. Za to postawiono mnie przed sądem. W procesie trzeba było to ustalić: jest wojna czy nie? Najlepiej o tym może wiedzieć armia rosyjska, prawda? Prokurator zwrócił się z zapytaniem do wojska, czy prowadzi obecnie jakąś wojnę. Wojsko odpowiedziało, że nie. Wniosek: rozpowszechniam jawnie fałszywe informacje motywowane nienawiścią do prezydenta Federacji. Skazano mnie na osiem lat.

(...)

Twoja książka „My. Kronika upadku" to zbiór felietonów, które pisałeś przez ostatnie 13 lat – w większości z Rosji i dla Rosjan, bo na dobre wyjechałeś w 2022 roku. Zaczynasz od 2012 roku i protestów przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. Przedstawiasz ten moment jako ostatni zryw wolnych Rosjan. Miałeś wtedy poczucie, że to historyczny moment – albo my, albo oni?

Nie, takie rzeczy widać dopiero z perspektywy czasu. Nigdy zresztą nie wychodziłem na ulice z myślą "może uda się napisać historię" – sądzę, że podobnie mieli inni ludzie na protestach. Protestowałem, kiedy czułem, że nie mogę już udawać, że jest OK. Jednym z takich momentów była końcówka 2011 roku, kiedy Miedwiediew powiedział, że z Putinem zdecydowali, że ten drugi wróci do władzy. Demokracja? Jaka demokracja? Oni zdecydowali. Ludzie poczuli się oszukani. W samej Moskwie protestowało około 160 tys. osób przy 20-stopniowym mrozie.

Dlaczego coś takiego nie wydarzyło się już potem?

Lepiej zapytać, dlaczego w ogóle się wydarzyło.

Czemu więc?

Putin zawsze był surowy, także podczas swojej pierwszej prezydentury [1999–2008 – przyp.  red.]. Przypominał o roku 1937, stalinowskich represjach. Ludzie się bali mu przeciwstawić. Miedwiediew był bardziej miękki: mówił o demokracji, o otwarciu na Zachód, świetlanej, nowoczesnej przyszłości… I po czterech latach prezydentury ludzie przestali się bać. Zaczęliśmy sądzić, że mamy jakiś wpływ! Czuliśmy coraz więcej wolności. I dlatego wyszliśmy na ulice.

I co?

I nic. Putin dokręcił śrubę, trochę ustąpił, znowu dokręcił śrubę. W końcu protesty zaczęły tracić impet. Stawały się coraz mniej i mniej liczne. Prawo się zmieniło bardzo szybko, ale stopniowo. Władza mówiła: możesz wyjść na ulicę, ale musisz wcześniej zadeklarować marsz. Chwilę później: musisz prosić o pozwolenie ze względu na bezpieczeństwo. I te pozwolenia nie były wydawane. Wychodzicie na ulicę mimo to? Tam czeka na was oddział policji przygotowany do rozpędzania zamieszek, a za nielegalny protest możecie pójść siedzieć. Skończyły się protesty, a represje i morderstwa aktywistów stały się elementem naszego życia politycznego, m.in. Borysa Niemcowa w 2015 roku.

"Władza biła się o przetrwanie i była gotowa bić się na śmierć i życie, a demonstranci tylko bawili się w rewolucję" – napisałeś.

Brakowało pomysłu na to, co dalej. Chodziło o to, żeby zademonstrować sprzeciw. Tylko po co, skoro nikt cię nie słucha? Tylko narobisz sobie kłopotów.

Dla mnie 2012 i kolejne lata to był czas... targowania się. Czy muszę wyjść na ulicę albo jakoś zaprotestować? Może tym razem wolno mi zostać w domu?

Bałeś się?

Bałem się, wszyscy się baliśmy, ale jednocześnie każdy miał swoje codzienne sprawy: dziecko choruje, awans w pracy, otworzyło się nowe muzeum… Wychodziłem na ulicę i zajmowałem publicznie stanowisko tylko wtedy, kiedy czułem palące uczucie, że stracę szacunek do samego siebie, jeśli nic nie zrobię.

Ale represje były coraz większe, protesty malały. W wyniku pełnoskalowej inwazji w 2022 roku na ulice wyszło około 40 tys. osób, z czego 16 tys. zostało aresztowanych.

A ty wciąż pisałeś.

Tak, miałem też duży kanał na YouTube, czasem zbierałem 500 tys. wyświetleń w dwa dni. Myślę, że dla władz to był większy problem niż moje felietony. Cały czas w 2015, 2016, 2017 roku pisałem i mówiłem w podobnym tonie jak w 2012 roku. Ale moja krytyka wydawała się coraz bardziej radykalna. Znajomi radzili, żebym sobie odpuścił, zaczęło ich to szokować. To nieźle pokazuje, jak zmniejszała się wolność słowa i przekonań.

Piszesz w książce, że kolejnym przełomem po protestach 2011–2013 był rok 2014. Po okupacji Krymu i utworzeniu przez Rosję "republik" największe stacje medialne, dziennikarze, osoby publiczne wpadły w amok. W 2014 roku zaczęło się jawne kłamanie w mainstreamowych środkach przekazu.

Tak. Na przykład w telewizji pokazywano kobietę, która rzekomo widziała, jak ukraińscy żołnierze przybili "jak Jezusa" trzyletnie dziecko do tablicy ogłoszeń na oczach matki. W tej historii nie zgadzało się nic: miejsce akcji było wymyślone, kobiety nie było w tym czasie w mieście, w którym miała się dziać ta historia. Dziennikarze ukraińscy, rosyjscy, z Zachodu próbowali potwierdzić tę opowieść. Nadaremno. Ale to nie szkodzi, to "autentyczne słowa samej uchodźczyni", jak powiedziała Irada Zejnałowa, prezenterka Kanału Pierwszego.

Brzmi niedorzecznie.

Historia z przybijaniem dziecka – owszem. To, że dziennikarze przedstawiali zupełnie zmyślone historie – nie. Po prostu zmienił się klimat. Widać było, że niezależne media się zamykają, są kupowane przez państwo, Putina i jego zaprzyjaźnionych oligarchów, którzy zwalniają niepokornych dziennikarzy. Łatwo było zrozumieć, że zaczęła się nowa epoka i że jeśli chce się robić dalej karierę, zachować pracę, należy podążać za linią rządową. Nikt nie musiał tłumaczyć, co konkretnie mówić, to są przecież inteligentni ludzie – ludzie filmu, kultury, dziennikarze…

Ty też czułeś pokusę, żeby zmienić stronę?

Jeszcze przed tymi wszystkimi wydarzeniami, w 2007 roku odebrałem pewien telefon. Miałem 27 lat, byłem aktywny w social mediach i miałem sporą publiczność... Byłem rozpoznawalny ze względu na sukces komercyjny "Metra 2033" [powieści osadzonej w postapokaliptycznej rzeczywistości – przyp. red.], zarówno w Rosji, jak i za granicą.

Ełła Pamfiłowa, polityczka i przewodnicząca Komisji Praw Człowieka przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej, zaproponowała mi miejsce w tej komisji. Dwa lata później dostałem ofertę dołączenia do Rady ds. Kultury i Sztuki przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej. Zasiadali tam bardzo poważni ludzie, jak Nikita Michałkow [słynny rosyjski reżyser – przyp. red.], wielcy pisarze… za tym mogły iść bardzo duże możliwości. Ale już wtedy miałem poczucie, że to byłaby kolaboracja, że jest w tym oczekiwanie dostosowania się do rządowej retoryki. Na mnie nie działała wizja wspaniałej kariery. Mnie przed protestowaniem powstrzymywał raczej strach. To jest w gruncie rzeczy mafijny mechanizm działania.

Co masz na myśli?

Escobarowskie "plata o plomo" [hiszp. "kasa albo ołów" – przyp. red.]. Dostajesz od reżimu wybór: albo dostaniesz pieniądze, albo kulkę. Większość osób postawionych przed takim wyborem wybierze pieniądze i się umoczy. Ja nie skorzystałem, ale bałem się represji.

Dalej krytykowałeś władzę, ale w twoich wcześniejszych felietonach przewijały się motywy, które promowała propaganda.

Tak... Napisałem tekst o wojnie "zielonych ludzików", obarczając winą za część zniszczeń i śmierci wojska ukraińskie. Napisałem o ukraińskiej artylerii ostrzeliwującej "dzielnice mieszkalne własnych miast". Jak gdyby w bestialstwie starć 2014 roku była jakaś symetria. To był jeden z kluczowych argumentów Rosjan: trzeba chronić ludność rosyjskojęzyczną przed faszystami. A ja w jakimś sensie go powtórzyłem.

Zastanawiałem się, czy umieszczać ten felieton w zbiorze, ale czułem, że nie byłoby uczciwie go usunąć. Wszyscy jesteśmy produktem środowiska. Kiedy dorastasz w Rosji, nie wiesz nawet, skąd coś wiesz, ale wiesz. Sądziłem, że Ukraińcy to taki młodszy, słabszy brat, że łączy nas historia, że mamy zobowiązania wobec siebie… Skąd ten pomysł? Nie wiem. Ze szkoły? Z filmu? Usłyszałem od kogoś? To po prostu jest w powietrzu.

I dopiero kiedy spędziłem kilka miesięcy w Kijowie, poczułem, że w tej narracji o młodszym, słabszym bracie, któremu można wyznaczyć kierunek "rozwoju", nic się nie zgadza. W 2014 roku zaczęliśmy wojnę, kolonialną wojnę, tylko po to, żeby zachować ten kraj w orbicie wpływów, a Ukraińcy stworzyli własną historię. Jeśli chcą być częścią europejskiego projektu i żyć na własnych zasadach, po prostu należy im na to pozwolić, bo są, cholera, odrębnym narodem!

Przepraszam, ale to z perspektywy Europy wydaje się całkowicie oczywiste.

To pokazuje, jak my, Rosjanie, jesteśmy pod wpływem propagandy. I jak głęboko jest to w nas zakorzenione. Wydaje ci się, że jesteś rosyjskim patriotą, a jesteś przede wszystkim rosyjskim imperialistą. Sam potrzebowałem zrozumieć, że Ukraina to żaden "młodszy brat", tylko kraj wspaniałych, odważnych, niezależnych ludzi, który zasługuje na niezależność od Rosji. Bo Rosja nie ma im nic do zaoferowania poza dyktaturą, kontrolą i mafijną mentalnością.

To musi być bolesne mówić tak o własnym kraju – nawet jeśli to prawda.

Nie mówię o kraju, ale o ludziach u władzy, o państwie, które tworzą.

Jeśli chodzi o samych Rosjan, o naród, to jedyny problem z nimi jest taki, że są pasywni. I trwa to od dekad, bo są zniechęcani i karani za sprzeciw wobec władzy i wyrażanie swojego zdania. Może być inaczej. W ostatnich latach Związku Radzieckiego ludzie protestowali masowo jak nigdy. I myślałem, że zmierzamy w dobrą stronę. Jeszcze kilkanaście lat temu sądziłem, że Putin i jego ludzie – dawne KGB, twardogłowi – po prostu umrą. Że ich dzieci odziedziczą ten kraj, ale będą nim rządzić w inny sposób. Wydawało się, że nowa władza musi być bardziej progresywna, proeuropejska.

Zamiast tego ostatnie 10–15 lat to historia domknięcia systemu: zmieniania prawa, punktowej przemocy, podporządkowania mafii służbom specjalnym, tworzenia politycznej układanki, z której nie sposób się wyrwać. A jak się w tym czasie w Moskwie żyło?

Normalnie. Dobrze. Ludzie przyzwyczaili się do Putina. Prześladowane były mniejszości: przede wszystkim opozycja, w dalszej kolejności świadkowie Jehowy, ekolodzy... A mainstream miał się nieźle, coraz lepiej. Poprawiała się jakość życia – najpierw w Moskwie, później w Petersburgu i w innych większych miastach. Rosły pensje, klasa średnia mogła sobie pozwolić na wyjazdy do Europy. Moi znajomi, którzy prowadzili małe biznesy, mówili: "Spójrz, warunki są coraz lepsze, nie ma wymuszeń, policja i urzędnicy nie chcą łapówki na każdym kroku… Dlaczego panikujesz? Nasz kraj staje się nie tylko wielki, ale też cool". Sam to czułem.

Co ciekawe, w przedwojennej Moskwie sprzed 2022 roku bardzo popularne, wręcz mainstreamowe stały się orgie. "Co robisz w piątek? Idę na kinkową imprezę". Jak wszyscy. Jakby ludzie podświadomie czuli, że nie ma jutra i można robić cokolwiek. Atmosfera była napięta, a przecież nie było powodu do zmartwień. Miałem wrażenie, jakby nie było czym oddychać. Z jednej strony coraz lepiej się żyło, ale tlenu w powietrzu było coraz mniej.

A później wybuchła wojna.

I jednocześnie nic się nie zmieniło?

Wiele się zmieniło. Na ulicach można było spotkać wielu weteranów, więcej policji i wojska. Część biznesów upadła, ale szybko otworzyły się nowe. Trudniej jest kupić coś w Europie albo tam ulokować pieniądze, więc więcej osób inwestuje w Rosji, pieniądz tu zostaje. Kiedy pytam znajomych, co słychać w Moskwie, zawsze słyszę, że restauracje są pełne. Zawsze to pada, jak gdyby coś z tego wynikało.

Istnieje taka narracja, że Rosjanie mogą przetrzymać wszystko: każde ograniczenie swobód, każde wyrzeczenie w imię wielkiej, potężnej Rosji. Że dopóki Putin roztacza wizję powrotu do dawnej wielkości, Rosjanom to wystarczy.

To nie jest prawda. Istnieje kilka mitów, które pozwalają legitymizować władzę Putina i tę wojnę. "Musimy bronić domu przed NATO. "Operacja specjalna" to było "uderzenie wyprzedzające" przed atakiem NATO na Rosję. Drugi mit: "Ukraińcy, nasi bracia, nas zdradzili. Odbieramy to, co nasze". Trzecia narracja: "Kiedyś byliśmy wielkim, dumnym narodem i musimy to odzyskać". Każdy, kto sprzyja władzy, chce się jakoś usprawiedliwić, więc to powtarza. Ale tak naprawdę mało kto w cokolwiek z tego wierzy.

Jak to?

Sądzę, że prowojennie nastawionych Rosjan jest jakieś 10–15 proc. Byli ludzie, którzy sami zaciągnęli się do armii w 2022 roku, i oni prawdopodobnie już dawno nie żyją.

Poparcie dla wojny się kupuje, kupuje się żołnierzy. Obywateli Moskwy zachęca się, mówiąc o 5 mln rubli żołdu w ciągu roku. To około 50 tys. euro! Ogromne pieniądze. Strategia nie polega na przymusowej mobilizacji, ale na korumpowaniu ludzi. Jak mają się później sprzeciwić wojnie, skoro dobrowolnie się tam wybrali? Im nie chodzi o ideologię, tylko o pieniądze. Choćby o to, że całe życie nie było ich stać na pralkę dla żony, a teraz staną się bogaczami.

Większość jest przyzwyczajona do tego, żeby przytakiwać. Jeśli jutro Putin ogłosi koniec wojny, większość przyjmie to tak samo jak jej wybuch. Pewnie będą się cieszyć.

A ja słyszałem tyle razy, że Putin jest zakładnikiem własnej narracji.

Gdybyśmy jutro oddali Ukrainie wszystkie okupowane tereny, większość ludzi by to zaakceptowała. I na to znalazłoby się jakieś wytłumaczenie. Ale jeśli jutro reżim nie będzie miał pieniędzy dla popleczników i straci siłę, by niszczyć swoich wrogów, pojutrze upadnie.

gazeta.pl

sobota, 16 listopada 2024



W sierpniu 2020 r. władze nakreśliły „trzy czerwone linie” krępujące deweloperom możliwość zaciągania kolejnych długów. Dodatkowo w grudniu wprowadziły regulacje ograniczające ekspozycję banków na sektor nieruchomości. Na mocy tych przepisów w największych bankach udział kredytów dla deweloperów w sumie wszystkich udzielonych kredytów miał nie przekraczać 40%, a kredytów hipotecznych – 32,5%. Wymagania wobec mniejszych banków były jeszcze bardziej rygorystyczne. Instytucje finansowe formalnie otrzymały kilka lat, by dostosować się do nowych regulacji.

„Trzy czerwone linie” to:
1. relacja zobowiązań firmy do aktywów przekraczająca 70%;
2. dług netto wyższy niż kapitały własne;
3. krótkoterminowe zadłużenie większe niż zapasy gotówki (aktywa pieniężne).

Zwiększyć skalę zobowiązań o maksymalnie 15% rocznie mógł deweloper, który nie przekroczył żadnej z „czerwonych linii”. W przypadku spółki, która nie spełniła jednego z kryteriów, było to do 10%, a dwóch – do 5%. Natomiast firmom raportującym zadłużenie wyższe niż to wyznaczone przez wszystkie limity zakazano zwiększania zobowiązań. Kryteria były tylko nieco bardziej rygorystyczne niż wskaźniki raportowane przez przeciętnych dużych deweloperów w 2020 r., jednak niektóre firmy znacznie przekraczały „czerwone linie” nakreślone przez władze.

Nie jest jasne, czy decydenci byli świadomi, że implementacja regulacji zainicjuje reakcję łańcuchową prowadzącą do głębokiego i długotrwałego kryzysu, czy też nie przewidzieli skali konsekwencji, a ich zamiarem było jedynie wyeliminowanie z rynku najbardziej zadłużonych podmiotów i ograniczenie spekulacji. Przepisy uderzyły jednak w fundament działalności deweloperów, zależnych od pozyskiwania nowych środków na pokrycie wcześniejszych zobowiązań. Wysłały również jasny sygnał, że Pekin nie toleruje dotychczasowego modelu, dodatkowo zniechęcając potencjalnych inwestorów do pożyczania pieniędzy firmom z sektora.

Po sierpniu 2020 r. deweloperzy napotkali poważne przeszkody w pozyskiwaniu finansowania na rynku krajowym. Poza motywacjami finansowymi – głównie obawami o zwrot pożyczonych środków – pracownicy chińskich instytucji stosowali zbyt restrykcyjną interpretację nowych przepisów. Bankierzy nie tylko odmawiali udzielania kredytów zwiększających zobowiązania deweloperów, lecz także uchylali się od rolowania dotychczasowych długów, mimo że prawo ich do tego nie obligowało.

Wzrost ryzyka niewypłacalności przełożył się na problemy deweloperów z emisją obligacji na rynku offshore, gdzie pozyskiwali waluty zagraniczne. W efekcie nie byli oni w stanie spłacać swoich zobowiązań. Symbolem kryzysu stała się firma China Evergrande – drugi największy i najbardziej zadłużony przedstawiciel branży w ChRL – która w grudniu 2021 r. została formalnie uznana za niewypłacalną po tym, jak nie uregulowała płatności wobec nabywców swoich obligacji dolarowych wyemitowanych w Hongkongu. Inwestorzy byli jednak świadomi, że problem zadłużenia nie dotyczy pojedynczych deweloperów, lecz ma charakter systemowy.

W obliczu ograniczeń w pozyskiwaniu kapitału na rynku krajowym chińscy deweloperzy zwrócili się ku inwestorom zagranicznym, emitując obligacje denominowane najczęściej w dolarze amerykańskim na rynkach offshore, głównie w Hongkongu. Raportowana skala zobowiązań z tego tytułu stanowiła istotną, sięgającą ok. 25% część długu odsetkowego dużych podmiotów, ale na tle wszystkich środków zaangażowanych w finansowanie działalności całego sektora pozostawała minimalna – wynosiła oficjalnie raptem 0,1%.

Mimo to za symboliczny początek kryzysu na chińskim rynku nieruchomości uznaje się wrzesień 2021 r., gdy w światowych mediach finansowych dominowały doniesienia o tym, że Evergrande Group – drugi największy deweloper w ChRL – nie będzie w stanie uregulować zobowiązań wobec zagranicznych obligatariuszy. Inwestorzy obawiali się powtórzenia scenariusza Lehman Brothers, którego upadek w 2008 r. stał się katalizatorem globalnego kryzysu finansowego.

Przypadek Evergrande nie był odosobniony. Analitycy Barclays szacują, że od początku 2020 r. co najmniej 60 chińskich deweloperów, którzy wyemitowali obligacje na kwotę ponad 140 mld dolarów, stało się niewypłacalnych. „Financial Times” ocenia, że wśród nich znalazła się ponad połowa z czołowych 50 przedstawicieli sektora. Wbrew obawom wciąż nie doprowadziło to jednak do kryzysu finansowego w ChRL ani na świecie. Straty ponieśli natomiast m.in. zagraniczni inwestorzy instytucjonalni, tj. BlackRock i HSBC.

Problemy z dostępem do finansowania spowodowały, że deweloperzy przestali płacić wykonawcom i dostawcom materiałów, przez co prace na wielu budowach zostały wstrzymane. To wraz z obawami przed bankructwami firm z branży i „antyspekulacyjną” narracją Pekinu zniechęciło potencjalnych nabywców i ograniczyło sprzedaż mieszkań. Istotny spadek przychodów deweloperów z kluczowego źródła – odpowiadającego za około jedną trzecią przychodów –  doprowadził do tego, że jeszcze częściej nie byli oni w stanie kontynuować finansowania prac budowlanych czy regulować zobowiązań wobec inwestorów. W związku z obawami przed nieukończeniem inwestycji władze zwiększyły nadzór nad środkami przechowywanymi na rachunkach powierniczych.

To z kolei skutkowało wzmocnieniem przekonania wśród potencjalnych klientów, że budowy mogą w ogóle nie zostać ukończone, więc nie warto ryzykować zakupu mieszkania, a wśród potencjalnych inwestorów – że mogą nie otrzymać z powrotem pożyczonych środków. W 2022 r. niepewność spotęgowała strategia „zero COVID”, ograniczająca aktywność gospodarczą w ChRL. Deweloperzy nie dysponowali więc pieniędzmi, by kontynuować prace, oraz zmniejszyli liczbę rozpoczynanych projektów. W związku z tym nie potrzebowali tyle ziemi, ile wcześniej . W efekcie spadły wpływy budżetowe lokalnych władz i jej wartość, przez co kurczyła się przestrzeń do fiskalnej stymulacji gospodarki, a nawet brakowało środków na realizację podstawowych zadań, tj. wypłat pensji pracownikom sektora budżetowego czy emerytur. Błędne koło zaczęło się obracać w drugą stronę.

Sytuację mogłaby częściowo poprawić znacząca obniżka cen mieszkań, przekonująca potencjalnych nabywców do zakupu. Na zastosowanie mechanizmu rynkowego nie było jednak zgody władz ani tych mieszkańców, którzy wcześniej zainwestowali w lokale w tych samych lokalizacjach. Pekin polecił lokalnym władzom stabilizację rynków, a te zareagowały, zakazując deweloperom zbyt silnych cięć cen (...). Z kolei dotychczasowi kupcy protestowali przeciw obniżkom i żądali rekompensat za poniesione „straty”. Doprowadziło to do paradoksalnych sytuacji – deweloperzy obchodzili regulacje ograniczające spadki nominalnych cen m.in. poprzez dołączanie do lokalu nieodpłatnego garażu lub wyposażenia, a nawet wręczanie nowym nabywcom mieszkań sztabek złota w ramach prezentu oraz przyjmowanie części płatności w czosnku i pszenicy.

Przed wprowadzeniem lokalu na rynek deweloper jest zobowiązany zadeklarować jego wstępną cenę, która musi uzyskać akceptację lokalnego urzędnika. Mimo znacznego spadku zainteresowania kupujących władze długo nie godziły się na istotne obniżki w przypadku mieszkań już wystawionych na sprzedaż i wymagających zgody na wprowadzenie do obrotu. Politycy próbują również ingerować w rynek wtórny – poprzez mechanizm „ceny referencyjnej”, który stanowi wytyczną  dla stron transakcji.

Wprowadzając silne restrykcje w sektorze w 2020 r., Pekin był gotów zaakceptować krótkoterminowe koszty korekty, aby osiągnąć większe korzyści w przyszłości. Nie docenił jednak wpływu swojej ingerencji w działanie rynku w nowym otoczeniu krajowym i międzynarodowym. Po dynamicznym polockdownowym odbiciu w 2021 r. w kolejnym roku realizacja chińskiej strategii „zero COVID” ponownie poważnie zaburzyła funkcjonowanie gospodarki. Doprowadziła do ograniczenia aktywności oraz pogorszenia nastrojów konsumentów i inwestorów, także zagranicznych. Rzeczywistość, w której chińskie władze podjęły się największego od dekad chłodzenia sektora nieruchomości, znacznie się skomplikowała.

Wzrost obaw o kondycję i perspektywy całej gospodarki dodatkowo wzmocnił zmianę postaw finansowych Chińczyków. W obliczu braku istotnego wsparcia rządu dla gospodarstw domowych, jak miało to miejsce na Zachodzie, mieszkańcy Chin ograniczyli kosztowniejsze i trudniejsze do upłynnienia inwestycje, np. w nieruchomości, na rzecz gromadzenia gotówki na czarną godzinę. Ze względu na opóźnienia w pracach budowlanych osoby znajdujące się w trudnej sytuacji finansowej były zmuszone do podjęcia decyzji o przeprowadzce do nieukończonego budynku, bez dostępu do bieżącej wody czy prądu. Setki tysięcy kredytobiorców zagroziło zawieszeniem spłaty kredytów. Ich protesty pokazały, że kwestia ta stała się istotnym problemem społecznym, którego nasilenie może okazać się niebezpieczne dla stabilności społeczno-politycznej.

W lipcu 2022 r. masową skalę przybrały protesty kredytobiorców, grożących odmową spłaty kredytów hipotecznych związanych z nieukończonymi, przedłużającymi się projektami deweloperskimi. Niezależne szacunki wskazywały, że w szczytowym momencie – w sierpniu – objęły one ponad 320 przedsięwzięć z ok. 100 miast. Od połowy 2022 r. Freedom House odnotował przeszło 1800 protestów odnoszących się do sytuacji na rynku nieruchomości. Dwie trzecie przypadków dotyczyło opóźnień w budowach i słabej jakości wykonania lokali, a pozostałe – głównie braku wypłaty wynagrodzeń pracownikom budowlanym.

Sytuacja stanowiła potencjalne zagrożenie dla stabilności sektora bankowego, ale przede wszystkim – wyzwanie polityczne dla KPCh w okresie przed XX zjazdem partii. W odróżnieniu od licznych izolowanych protestów na podłożu nadużyć w sektorze finansowym mogła się bowiem przekształcić w ruchy sprzeciwu obejmujące całe Chiny, skierowane przeciw władzom centralnym, a nie lokalnym.

O ile władze lokalne, które mają pewną autonomię w kształtowaniu lokalnej polityki mieszkaniowej, podjęły próby pobudzania rynku jeszcze w 2021 r., o tyle Pekin początkowo ograniczał się do stosunkowo niewielkich interwencji słownych, nieznacznych obniżek stóp procentowych oraz utworzenia funduszy inwestycyjnych wspierających deweloperów w dokańczaniu rozpoczętych projektów. Do zmiany stanowiska partyjną centralę przekonały dopiero pogłębiające się załamanie, fala niewypłacalności rozlewająca się od deweloperów do wykonawców i dostawców oraz bojkot kredytobiorców odmawiających spłaty kredytów hipotecznych zaciągniętych na zakup wciąż niewybudowanych mieszkań.

Wszystkie główne silniki wzrostu PKB – poza eksportem – działały suboptymalnie. Typową dla chińskich władz odpowiedzią byłoby wdrożenie istotnego pakietu stymulacyjnego, obejmującego woltę w kwestii polityki dotyczącej rynku nieruchomości i rozległe inwestycje infrastrukturalne. Tymczasem tym razem postawa Pekinu była bardziej zachowawcza, a władze lokalne nie dysponowały wystarczającymi środkami po latach strategii „zero COVID”. Dopiero pod koniec 2022 r. i na początku 2023 r. wprowadzono znaczące rozwiązania poprawiające płynność sektora, m.in. faktyczne zawieszenie obowiązywania „trzech czerwonych linii” w przypadku wybranych deweloperów.

Pozytywna reakcja okazała się krótkotrwała – po odbiciu w pierwszym kwartale, wspartym przez rezygnację ze strategii „zero COVID”, sprzedaż mieszkań znów zaczęła maleć. W lipcu 2023 r. była o niemal połowę mniejsza niż dwa lata wcześniej i przed pandemią oraz sięgnęła najniższego poziomu pod względem metrażu od kwietnia 2012 r. Równocześnie deweloperzy rozpoczęli budowę najmniejszej powierzchni mieszkaniowej od 2008 r. W kolejnym miesiącu ujawniły się poważne problemy finansowe Country Garden, do poprzedniego roku największego chińskiego dewelopera, oraz Zhongzhi Enterprise Group, instytucji „bankowości cienia” zarządzającej aktywami wycenianymi na bilion juanów.

W obliczu niskiego oprocentowania depozytów bankowych w ChRL instytucje „bankowości cienia” sprzedają klientom detalicznym i biznesowym produkty finansowe obiecujące wyższą stopę zwrotu. Otrzymane środki pożyczają spółkom, przede wszystkim prywatnym, które nie są w stanie pozyskać wystarczającego wsparcia państwowych banków, nastawionych na finasowanie przedsiębiorstw państwowych i władz lokalnych. Wśród nich byli m.in. deweloperzy. Z oficjalnych danych wynika, że branża trustowa, będąca segmentem „bankowości cienia”, ma aktywa wyceniane na 21 bln juanów (ok. 17% PKB). Oficjalnie z sektorem nieruchomości wiąże się bezpośrednio raptem ok. 6% aktywów, jednak analitycy ANZ Research szacują całkowitą ekspozycję na ok. 30%. Formalnie tych produktów inwestycyjnych nie objęto państwowym system gwarancji. Mimo to ich nabywcy uważają (m.in. z uwagi na fakt, że dystrybuują je banki państwowe), że władze de facto zapewniają ochronę zainwestowanego kapitału.

Pod koniec sierpnia 2023 r. Ludowy Bank Chin i Narodowa Administracja ds. Regulacji Finansowych ogłosiły obniżenie minimalnego poziomu wkładu własnego, rozszerzenie preferencyjnych warunków kredytu na większą grupę kredytobiorców oraz poleciły bankom zredukowanie oprocentowania uprzednio zawartych umów. Pekin dał również zielone światło władzom lokalnym na złagodzenie miejscowych polityk mieszkaniowych, w tym poluzowanie kontroli cen minimalnych.

Złagodzenie regulacji oraz jasny sygnał, że wzrosła tolerancja władz dla spekulacji stabilizującej rynek, pobudziły popyt na mieszkania w głównych metropoliach. Podobnie jak na początku roku, również tym razem ożywienie okazało się przejściowe. Wizję zażegnania kryzysu oddalały kolejne głośne problemy deweloperów. We wrześniu Evergrande poinformował, że stojący na czele grupy Hui Ka Yan został objęty „środkami przymusu” w związku z podejrzeniem popełnienia „przestępstw niezgodnych z prawem”. W październiku firmę Country Garden uznano za niewypłacalną po tym, jak nie uregulowała ona dolarowego zobowiązania wobec obligatariuszy w ostatecznym terminie. W styczniu 2024 r. sąd w Hongkongu zarządził likwidację Evergrande Group. Dwa miesiące później zaniepokojenie wzbudziły doniesienia o możliwej niewypłacalności kolejnego dużego dewelopera – Vanke Group. Wydarzenia pokazały, że poważne problemy nie omijają nawet kontrolowanych przez władze firm, które otrzymują silniejsze wsparcie państwa. W marcu regulator rynku kapitałowego oskarżył główny podmiot należący do grupy Evergrande o bezprecedensowe w skali światowej oszustwo księgowe: zawyżenie przychodów w 2019 r. o 214 mld juanów, a w 2020 r. – o 350 mld juanów, co stanowiło odpowiednio około połowy i blisko 80% przychodów spółki w tych latach. Zapewne nie był to odosobniony przypadek fałszowania wyników w sektorze.

W kwietniu 2024 r. Pekin zasygnalizował kolejną fazę wsparcia koniunktury na rynku. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego zwróciło uwagę na kwestię niesprzedanych mieszkań oraz zaapelowało o stworzenie „nowego modelu rozwoju rynku nieruchomości”. W maju władze ChRL ogłosiły pakiet rozwiązań obejmujący m.in. finansowanie z banku  centralnego w kwocie do 300 mld juanów zakupu ukończonych mieszkań przez przedsiębiorstwa państwowe i przekształcanie ich w przystępne cenowo lokale, zniesienie ogólnokrajowej minimalnej stawki oprocentowania kredytów hipotecznych oraz obniżenie minimalnego wkładu własnego. Na rozluźnienie lokalnych restrykcji ograniczających dostępność mieszkań zdecydowały się władze największych metropolii jak Szanghaj, Shenzhen i Guangzhou, a w czerwcu – także Pekin.

Podobnie jak w przypadku poprzednich rund luzowania regulacji, również tym razem efekt okazał się krótkotrwały. W czerwcu sprzedaż mieszkań była najwyższa od roku, jednak już w lipcu spadła do najniższego poziomu od przeszło 15 lat (...). Firmy rozpoczęły budowę najmniejszej liczby lokali od blisko dwóch dekad. Zważywszy na deklarowane priorytety władz, niepokoić może ponowny spadek tempa oddawania nieruchomości do użytku.

Nowych, przełomowych rozwiązań nie ogłoszono podczas wyczekiwanego III Plenum KC KPCh, które odbyło się w lipcu. Partia powtórzyła obietnicę wprowadzenia nowego modelu rynku nieruchomości, przyspieszenia budowy subsydiowanych lokali oraz poszerzenia autonomii władz miejskich w zakresie regulacji lokalnych rynków w zależności od miejscowych uwarunkowań. Niespełna tydzień później bank centralny ogłosił drugą w tym roku obniżkę pięcioletniej stopy procentowej (Loan Prime Rate), będącej punktem odniesienia dla oprocentowania kredytów hipotecznych. Na początku sierpnia była ona na najniższym poziomie w swojej historii sięgającej 2019 r. i wynosiła 3,85% (wobec 4,65% przed wybuchem kryzysu). Według danych banku centralnego średnie oprocentowanie nowych hipotek spadło z 5,63% na koniec 2021 r. do 3,45% w czerwcu 2024 r.

We wrześniu – tradycyjnie dobrym miesiącu dla deweloperów – sprzedaż mieszkań przez 100 czołowych reprezentantów branży spadła o blisko 38% r/r, czyli najmocniej od kwietnia. Rządzący podjęli kolejną próbę stabilizacji rynku. W ramach szerokiego pakietu stymulacyjnego47 ogłosili m.in. dostosowanie oprocentowania istniejących kredytów hipotecznych do bieżących warunków rynkowych, obniżenie ogólnokrajowego minimalnego poziomu wkładu własnego w przypadku drugiego mieszkania z 25% do 15%, rozszerzenie skali refinansowania kredytów dla firm państwowych na zakup lokali oraz przedłużenie terminu spłaty kredytów dla deweloperów. Władze Pekinu, Szanghaju i Shenzhen złagodziły ograniczenia dotyczące zakupu mieszkań, a Kantonu – zniosły je całkowicie. Stanowczy komunikat wystosowało Biuro Polityczne, które podkreśliło, że „zatrzymanie spadków i przywrócenie stabilności” na rynku nieruchomości to konieczność.

(...)

Symptomatyczna jest sytuacja na rynku biurowym, który mierzy się z recesją zapoczątkowaną jeszcze przed wybuchem kryzysu na rynku mieszkaniowym. We wszystkich większych miastach ChRL ponad 20% powierzchni biurowej pozostaje niewykorzystane, co stanowi najgorszy wynik na świecie. Od 2018 r. spadają kwoty odstępnego, a wyceny biurowców zostały skorygowane o 15–30%. Pomimo to deweloperzy budują kolejne nieruchomości i wprowadzają je na nasycony rynek. Dzieje się to w obliczu spowolnienia gospodarczego, ograniczenia przez władze rozwoju sektora technologii konsumenckich oraz wzrostu popularności pracy zdalnej.

(...)

Według oficjalnych statystyk do końca sierpnia 2024 r. w porównaniu ze szczytem z 2021 r. ceny spadły najmocniej w historii – o ok. 8% na rynku pierwotnym i ok. 14% na rynku wtórnym. Szacunki budzą jednak istotne wątpliwości. Niezależne od władz źródła wskazują na zdecydowanie głębszą korektę, szczególnie w przypadku lokali z drugiej ręki, które nie podlegają tak restrykcyjnej kontroli rządzących jak nowe mieszkania (...). Ponadto znaczące są dysproporcje regionalne. Z danych chińskiego pośrednika nieruchomości Centaline Group, na które powołuje się Bloomberg, wynika, że na rynku wtórnym w Shenzhen przecena przekracza 35%, a w Pekinie, Szanghaju i Guangzhou – 25%. W efekcie ceny w stolicy ChRL miały wrócić do poziomu z 2016 r.56 Grupa CSLA donosiła o spadkach sięgających 40% w mniejszych ośrodkach. Reuters informował, że w niektórych lokalizacjach cięcia sięgnęły nawet dwóch trzecich, a według „Financial Times” – aż 75%. Wraz z rosnącą akceptacją władz dla procesu dostosowania sytuacji na rynku pierwotnym do głębokiej korekty zachodzącej na rynku wtórnym spadki oficjalnych cen nowych mieszkań powinny przyspieszyć.

Naturalną konsekwencją – znaną w naukach ekonomicznych pod nazwą „efektu majątkowego” – jest ograniczenie wydatków  konsumpcyjnych, szczególnie wówczas gdy zakup nieruchomości miał charakter inwestycyjny, a nie użytkowy. Z kolei osoby spłacające kredyt mieszkaniowy również są niezadowolone, ponieważ mają poczucie, że przepłacają za lokal. Spadek cen mógłby mieć przeciwny skutek i wesprzeć konsumpcję, gdyby potencjalni przyszli nabywcy uznali, że nie muszą już tyle oszczędzać na zakup mieszkania, a większą część dochodów mogą przeznaczać na bieżące wydatki.  Pomimo przeceny koszt lokalu w największych chińskich miastach pozostaje jednak relatywnie wyższy niż w innych światowych metropoliach (...). Ponadto obecny kryzys na rynku nieruchomości wpisuje się w szerszą słabość chińskiej gospodarki i podkopuje wiarę Chińczyków w jej świetlaną przyszłość. W efekcie rośnie pula środków gromadzonych „na czarną godzinę”, m.in. w postaci depozytów bankowych.

Wbrew obawom poważne problemy w sektorze nieruchomości nie doprowadziły jednak do kryzysu finansowego – nie doszło  do masowych upadłości banków czy bankructw administracji lokalnych i powiązanych z nimi wehikułów inwestycyjnych. Kontrola władz nad kluczowymi podmiotami gospodarczymi, przede wszystkim instytucjami finansowymi, oraz  transgranicznym przepływem kapitału okazuje się wystarczająco skuteczna. Zgodnie z intencją Pekinu udało się również zredukować wpływ sektora na kondycję całej gospodarki. Z szacunków Bloomberg Economics wynika, że udział aktywności prowadzącej do powstania finalnego, kompletnego produktu mieszkaniowego i dostarczenia go do odbiorcy końcowego zredukowano z ok. 24% PKB w latach 2015–2019 do ok. 19% w 2023 r.60 Analitycy Banku Finlandii wskazują na nawet głębszy spadek – z ok. 26% PKB w 2021 r. do 16% dwa lata później. Trend powinien być kontynuowany w kolejnych latach, ponieważ w okresie od 2021 do 2024 r. liczba rozpoczynanych projektów budowlanych zmniejszyła się o ponad 60% i obecnie jest już niższa niż liczba finalizowanych budów (...).

Kryzys na rynku nieruchomości jest nieuniknioną konsekwencją decyzji partii komunistycznej o konieczności zmierzenia się z narastającym od lat problemem. Hamując spadki cen oraz stopniowo luzując politykę mieszkaniową, władze nie dopuściły do gwałtownej korekty, lecz ugruntowały płytsze, ale długotrwałe dostosowanie. W ten sposób zapobiegły realizacji czarnego scenariusza, czyli możliwej destabilizacji państwa, lecz zarazem naraziły chińską gospodarkę na przewlekłą słabość. Wydaje się, że rządzący przeliczyli się jednak, wierząc, że będą w stanie kontrolować przebieg procesu i – w razie potrzeby – szybko uporać się z kryzysem.

W ciągu ostatnich trzech lat władze wprowadziły liczne rozwiązania mające na celu złagodzenie zapaści. Nie oznacza to absolutnie, że Xi Jinping zmienił stanowisko w sprawie roli sektora, a Pekin wycofał się z prób reformy modelu gospodarczego skoncentrowanego wokół spekulacji na nieruchomościach, ale świadczy o rosnącym niepokoju. Mimo to korekty nadal nie udało się zatrzymać. Partyjne władze szukają rozwiązania, które ustabilizuje sytuację, ale nie zagrozi realizacji innych celów stawianych przez Xi Jinpinga, a w optymalnym scenariuszu – nawet je wesprze. Należy się spodziewać przebudowy rynku nieruchomości na kształt zgodny z wizją obecnego przywódcy ChRL. Złota era,
gdy zakup mieszkania był bezpieczną inwestycją gwarantującą pokaźny zysk, dobiegła końca. Pekin jest przekonany, że zredukowany i kontrolowany przez państwo sektor zdoła zaspokoić potrzeby mieszkaniowe Chińczyków. Im dłużej trwa kryzys, tym trudniej go przezwyciężyć bez wdrożenia zdecydowanych reform. Centralizacja władzy pod przywództwem Xi Jinpinga oraz jego bezpośrednie wsparcie dla inicjatyw ograniczających spekulację na rynku nieruchomości zawęziły pole do wykonania politycznej wolty, choć – jak pokazało niespodziewane porzucenie strategii „zero COVID” – jej nie wykluczyły. Optymalnym sposobem na spuszczenie powietrza ze spekulacyjnej bańki byłaby kilkuletnia stabilizacja cen mieszkań w okresie wzrostu dochodów.

Doniesienia medialne wskazują, że w ostatnim czasie – wbrew oficjalnym informacjom – zarobki w miastach nie rosną już tak szybko jak przed kilkoma laty, a nawet spadają. Inne rozwiązanie bardziej trwale stabilizujące sytuację to zachęcanie ludności do osiedlania się w mniejszych ośrodkach, które odpowiadają za 80% rynku pierwotnego w Chinach. Dzięki potężnym inwestycjom infrastrukturalnym w ostatnich latach już dziś są one połączone z metropoliami gęstą siecią komunikacyjną. Kolejnym krokiem powinno być zagwarantowanie mieszkańcom średniej wielkości miast usług publicznych na wyższym poziomie, co skutkowałoby ograniczeniem presji popytowej w głównych 
ośrodkach i wzrostem zainteresowania lokalami w pozostałych. To rozwiązanie wymaga jednak niebagatelnych nakładów finansowych, co wydaje się niezgodne z wizją silnej i niezależnej ChRL Xi Jinpinga, w której gros zasobów należy poświęcić nie na wydatki socjalne, lecz na wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego państwa oraz redukcję zależności od zagranicy.

Dokonując zmiany priorytetów, chińskie władze postanowiły zwiększyć rolę państwa w sektorze nieruchomości, który do 2021 r. pozostawał zdominowany przez firmy prywatne – powiązane z partią na różnych poziomach, ale niebędące pod kontrolą państwa (...). Rządzący deklarują, że zapewnią dokończenie rozpoczętych projektów, które opłacili nabywcy w ramach przedsprzedaży. Ponadto planują rozszerzenie programów budowy tanich mieszkań komunalnych i wymiany starych lokali na nowe oraz intensyfikację prac nad renowacją slumsów. Polityka mieszkaniowa ma być dostosowana do lokalnych uwarunkowań. Władze ponad dwudziestu miast rozpoczęły również proces skupu mieszkań z rynku pierwotnego, aby zredukować nierównowagę między podażą a popytem i wesprzeć finansowo deweloperów.

(...)

W dłuższej perspektywie realnym scenariuszem wydaje się zwiększenie udziału państwa na rynku podzielonym na dwie części: publiczną i komercyjną. 

Podstawowe potrzeby mieszkaniowe ludności byłyby zaspokajane przez przystępne cenowo lokale zapewniane przez władze, podczas gdy rynek odpowiadałby na zapotrzebowanie na apartamenty o wyższym standardzie. Handel mieszkaniami socjalnymi zostałby ograniczony, natomiast pole do spekulacji nieruchomościami – pozostawione segmentowi komercyjnemu.

(...)

Analitycy Międzynarodowego Funduszu Walutowego szacują, że finalizacja rozpoczętych projektów budowlanych będzie kosztowała ok. 5% PKB ChRL, czyli ok. 6 bln juanów. Według ekspertów banku Nomura opóźniona jest budowa 20 mln opłaconych przez nabywców mieszkań, a deweloperom brakuje 3,2 bln juanów na ich dokończenie. Z kolei analityk UBS twierdzi, że problem dotyczy 7 mln lokali, a niedobór środków wynosi 2 bln juanów. Z oficjalnych danych wynika, że od początku 2018 r. deweloperzy sprzedali blisko 30 mln więcej mieszkań, niż oddali do użytku.

Potężnych nakładów wymaga również koncepcja skupu przez państwo mieszkań bezpośrednio od deweloperów, którzy nie są w stanie ich sprzedać z powodu spadku popytu. Z oficjalnych danych wynika, że powierzchnia oferowanych na rynku pierwotnym lokali wynosi blisko 400 mln m2, czyli tyle, ile łączna powierzchnia mieszkalna w blisko 70 największych miastach Polski. Ekonomiści J.P. Morgan oceniają, że w przypadku uwzględnienia obiektów w budowie pula niesprzedanych mieszkań sięgnie blisko 2 mld m2. Jeszcze wyższe szacunki podają analitycy ANZ – wskazują oni na prawie 3 mld m2. Eksperci z Bloomberg Economics twierdzą zaś, że należy mówić o ok. 60 mln lokali. Ekonomiści Goldman Sachs, Tianfeng Securities i GROW Investment Group szacują koszt operacji na 7–8 bln juanów, natomiast proste przemnożenie niesprzedanej powierzchni i średniej ceny na rynku pierwotnym daje kwotę ok. 4 bln juanów. Bloomberg ocenia, że bez wsparcia rządu redukcja różnicy między podażą a popytem na rynku pierwotnym zajmie co najmniej cztery lata.

Maciej Kalwasiński - Od boomu do bańki

piątek, 15 listopada 2024



Żeby dostrzec różnicę, którą powoduje ten fakt należy porównać ceny gazu w głównych hubach handlowych UE oraz USA – są to odpowiednio holenderski TTF oraz leżący w Luizjanie Henry Hub. Przez zdecydowaną większość ostatnich 10 lat amerykańskie ceny gazu były 2-3 razy niższe od europejskich. Dla przykładu, we wrześniu 2014 roku surowiec ten kosztował w USA 3,92 dolara za mmBtu (czyli za milion brytyjskich jednostek termicznych, odpowiednik ok. 30 metrów sześciennych), a w UE – 9,24 dolara za mmBtu. We wrześniu 2019 roku ceny te wynosiły 2,58 dolara za mmBtu (USA) oraz 4,21 dolara za mmBtu (UE).

Od tej zasady były jednak dwa wyjątki. Pierwszy to okres pierwszych lockdownów związanych z pandemią koronawirusa. W lipcu 2020 roku gaz w UE był tak tani, że praktycznie zrównał się cenowo z gazem amerykańskim (1,80 vs. 1,74 dolara za mmBtu). Sytuacja ta nie trwała jednak zbyt długo i już pod koniec I kwartału 2021 roku poziomy cenowe wróciły do normy. Jednakże krótko potem pojawił się drugi wyjątek, który zupełnie zaburzył te proporcje: chodzi oczywiście o kryzys energetyczny związany z rosyjską wojną na Ukrainie.

Szykująca się do agresji Rosja już w połowie 2021 roku zaczęła ograniczać dostawy gazu do Europy (warto przypomnieć: uzależnionej od importów), co spowodowało istotny skok cen tego surowca. Już w październiku tego roku za mmBtu gazu w UE płaciło się 31,05 dolara. W USA cena pozostała na relatywnie niskim poziomie: 5,48 dolara za mmBtu. Amerykanie nie musieli się bowiem obawiać, że ktoś im ograniczy lub odetnie dostawy gazu – dostarczali go sobie sami; jego cena reagowała jedynie delikatnie na zaburzenia odnotowywane na rynku światowym.

Katastrofa spadła na Europejczyków jednak dopiero w roku 2022. W czasie szczytu kryzysu energetycznego – tj. w sierpniu – ceny gazu w hubie TTF osiągnęły astronomiczny poziom 70,04 dolara za mmBtu, były więc ok. 35 razy wyższe niż w sierpniu roku 2020. Zaburzenia na globalnym rynku surowca przelały się również na rynek USA – ale znów w delikatny sposób. Ceny były tam wciąż 8 razy niższe od europejskich (8,79 dolara za mmBtu). Z czasem presja na europejskim rynku gazu zaczęła ustępować: we wrześniu roku 2024 gaz w TTF kosztował 11,78 dolara za mmBtu. Jednakże było to wciąż 5 razy więcej niż w USA (2,25 dolara za mmBtu) i tego rodzaju proporcja utrzymuje się już od pewnego czasu.

(...)

Cena gazu jest absolutnie kluczowa dla zrozumienia różnicy w kosztach energii między USA i UE. Obecnie to właśnie gaz jest najważniejszym surowcem zarówno dla amerykańskiego, jak i europejskiego miksu energetycznego. Odpowiada on a ok. 40% produkcji energii elektrycznej w USA, a także – ze względu na tzw. system merit order – kształtowała cenę energii elektrycznej w UE w ostatnich latach. Jak się bowiem okazuje, to właśnie ekstremalnie drogi gaz, a nie np. koszty uprawnień do emisji, podbiły unijną cenę energii elektrycznej.

(...)

Z czasem ceny energii elektrycznej w UE zaczęły się stabilizować, ale nadal pozostały wysokie – jak podaje analityk Georg Zachmann, jeszcze w pierwszej połowie 2023 roku ceny hurtowe energii elektrycznej w Unii Europejskiej wahały się średnio wokół 110 dolarów/MWh, podczas gdy w kluczowych rynkach Stanów Zjednoczonych wynosiły około 30-50 dolarów/MWh. 

(...)

Warto przy tym zaznaczyć, że węgiel w USA również jest tańszy niż w Europie: wg firmy węglowej Peabody Energy koszt wydobycia tego surowca w USA wynosił w 2024 r. 160 zł/tona. Tymczasem ceny w europejskich portach ARA sięgały w tym roku nawet 489 zł/tona. UE nie ma bowiem dostatecznie dużo własnych zasobów węgla kamiennego i musi importować ten surowiec (wydobywany w Europie węgiel jest zaś ekstremalnie drogi w wydobyciu; za 96% jego produkcji odpowiada Polska, gdzie koszty wydobycia tony sięgają obecnie 824 zł). Z kolei węgiel brunatny z roku na rok traci w UE na znaczeniu; jego udział w wytwarzaniu unijnej energii elektrycznej w 2024 roku będzie wynosił ok. 6%, z czego większość to Niemcy oraz Polska. W USA produkcja energii z węgla brunatnego jest pomijalnie mała, nie uwzględnia się jej nawet w statystykach.

Jednakże, jeśli chodzi o energię elektryczną, to UE może konkurować z USA mocami bezemisyjnymi, które mają bardzo niski koszt generacji energii. Są to zarówno źródła odnawialne (odpowiadające w tym roku za ok. 50% unijnej produkcji energii elektrycznej) oraz atom (w Unii Europejskiej działa obecnie 100 reaktorów jądrowych o łącznej mocy ok. 97 GW, czyli więcej niż w USA, gdzie pracują 94 reaktory o łącznej mocy 96 GW). Konkurencja ta musi się jednak wiązać ze zmianami w kształcie rynku energii. Chodzi przede wszystkim o system merit order, służący do ustalania cen, który narzuca na cały rynek koszt generacji z najdroższego źródła (to z jego powodu energetyka gazowa wywindowała unijne ceny energii). Taki mechanizm działał świetnie w stabilnej sytuacji podażowej, ale w czasie kryzysu okazał się dość niszczycielski dla europejskich gospodarek.

energetyka24.com


Chiński konsument wybudził się z długiego letargu. Sprzedaż detaliczna w Państwie Środka wzrosła w październiku o 4,8% proc., co oznacza duże przyspieszenie z 3,2 proc. odnotowanych we wrześniu oraz najlepszy wynik od lutego. Odczytowi pomogło obchodzone w dniach 1-7 października święto ustanowienia republiki ludowej, będące dniami wolnymi od pracy. Tydzień po jego zakończeniu, 14 października, ruszyły zaś wyprzedaże z okazji Dnia Singla.

(...)

Oprócz tego widoczne skutki zaczynają przynosić też rządowe programy stymulacyjne. Pekin dąży do wzmocnienia konsumpcji, żeby oprzeć na niej w większym stopniu swój wzrost gospodarczy. Kilka miesięcy temu chińskie władze wprowadziły m.in. dopłaty do wymiany sprzętu AGD. Sprzedaż urządzeń z tej kategorii zwiększyła się w październiku o 39,2 proc.

Produkcja przemysłowa w Chinach wzrosła w październiku o 5,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi spowolnienie względem wrześniowego odczytu na poziomie 5,4 proc. Ekonomiści ankietowani przez agencję Reutera spodziewali się, że wskaźnik umocni się o 5,6 proc. Prawdziwy problem gospodarki Państwa Środka ujawniają jednak dane z sektora nieruchomości.

Inwestycje w nieruchomości w okresie styczeń-październik zmniejszyły się o 10,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi największy spadek od odczytu z końca sierpnia 2021 roku. Sprzedaż nieruchomości w przeliczeniu na metr kwadratowy okazała się jednak nieco lepsza niż w ubiegłych miesiącach. W okresie styczeń-październik spadła o 15,8 proc. rok do roku, czyli wolniej niż w okresie styczeń-wrzesień, kiedy zmniejszyła się o 17,1 proc.

Pomimo kolejnych prób wsparcia ze strony państwa sektor nieruchomości w dalszym ciągu pozostaje w głębokim kryzysie. Bank centralny obniżył stopy procentowe, władze nakazały zmniejszenie minimalnego wkładu własnego, a największe miasta znoszą kolejne bariery w zakupie mieszkań.

bankier.pl



Według tegorocznego badania globalizacja osiągnęła swój szczyt w 2015 r., kiedy to globalna Północ osiągnęła łącznie 240 bln dol. (prawie 992 bln zł) dodatkowych zysków z globalnego Południa. To 30 razy więcej niż cała pomoc finansowa, jaką globalne Południe otrzymało od globalnej Północy.

Oznacza to, że musimy zrozumieć, że globalne Południe nie jest bynajmniej zamkniętym segmentem świata, który może żyć samodzielnie i obejść się bez globalnej Północy. Wręcz przeciwnie.

Pieniądze nadal są wypompowywane z globalnego Południa do krajów rozwiniętych, ale przepływ inwestycji do tych krajów z Północy już się zmniejszył. Istnieją międzynarodowe obliczenia dotyczące tego, gdzie trafiają inwestycje, i pokazują one, że Północ inwestuje obecnie na Północy dwie trzecie całkowitej kwoty światowych inwestycji.

Jest to zmiana w całym handlu zagranicznym i strukturze technologicznej Północy, rewizja wcześniej ustalonego wzorca współpracy między krajami. Jest to bardzo niebezpieczny trend dla globalnego Południa.

Po pandemii COVID-19 proces ten stał się bardziej intensywny. Pojawiły się trzy ważne terminy, które będą teraz definiować przyszłość: niarshoring, frenshoring, reshoring (inshoring).

Niarshoring to ten sam outsourcing, ale tylko do sąsiedniego terytorium dla kraju rozwiniętego. Na przykład dla USA jest to Meksyk i kraje Ameryki Łacińskiej.

Franshoring — przekierowanie biznesu do krajów bezpiecznych ekonomicznie i politycznie, przyjaznych w swoich reżimach politycznych rządom globalnej Północy.

Reshoring to, można powiedzieć, przeciwieństwo offshoringu: powrót produkcji do krajów globalnej Północy, z których kiedyś eksportowana była do krajów globalnego Południa.

A wszystko to jest restrukturyzacją modelu globalizacji, na którym kiedyś zaczęły rosnąć gospodarki globalnego Południa.

Oznacza to, że zamiast inwestować pieniądze i budować fabryki w Chinach, Indonezji, Malezji, Północ buduje fabryki na własnym terytorium lub, w przypadku Stanów Zjednoczonych, w Meksyku zamiast w Wietnamie czy na Filipinach.

(...)

Pamiętajmy, że kiedy rozpoczęła się globalizacja, logika była bardzo prosta: firmy przenosiły produkcję na Południe, aby zaoszczędzić na kosztach. Istnieją dowody na to, że zachodnie firmy zaoszczędziły do 70 proc. swoich kosztów. Ale był jeszcze jeden czynnik biznesowy, o którym nikt wtedy nie myślał, czyli ryzyko. Południe jest niestabilne, Południe może być wrogie, jest dość daleko stamtąd. A podczas pandemii okazało się, że w krajach rozwiniętych nagle zabrakło towarów medycznych: nie było masek, rękawiczek ani strzykawek.

Wszystko jest produkowane w Chinach, a Chiny niczego nie dostarczają, ponieważ porty są zamknięte. A teraz, podczas wojny w Europie, której globalne Południe, jak widzimy, nie postrzega jako czegoś bardzo poważnego dla siebie, ryzyko w krajach rozwiniętych zaczyna być oceniane inaczej.

Kolejnym tematem w tej serii, o którym niewiele osób mówi, jest zmieniający się miks energetyczny. Energia staje się /raczej "stanie się" - red./ coraz tańsza w krajach rozwiniętych, co rekompensuje różnice w wynagrodzeniach i sprawia, że przenoszenie produkcji do odległych krajów z tanią siłą roboczą, ale wysokimi kosztami logistycznymi, staje się mniej opłacalne.

Chociaż średnia płaca w Meksyku jest nadal nieco wyższa niż w Chinach, ale tylko nieznacznie, koszty transportu są nieporównywalnie niższe w przypadku przesyłek do USA. Innymi słowy, globalne Południe zaczęło tracić swoją przewagę gospodarczą na rzecz Północy, a obraz ten szybko się zmienia.

Nie, globalizacja oczywiście nie umrze, ale przekształca się — główna wymiana towarów, podział pracy, będzie coraz bardziej przebiegać w ramach bloków regionalnych. Stany Zjednoczone, Meksyk, Kanada i niektóre inne kraje Ameryki Łacińskiej utworzą taki blok, a Europa ma już de facto blok w postaci Unii Europejskiej.

onet.pl


"Newsweek": Czy może pan wyjaśnić, dlaczego mieszkania są ulubioną inwestycją polskiej klasy średniej?

Piotr Kuczyński: – Stosunek Polaków do nieruchomości jest wyjątkowy. Może z powodu PRL, w którym jedną z głównych bolączek był stały brak mieszkań. W naszych rodakach po 1989 r. zagnieździła się przemożna potrzeba posiadania własnego mieszkania. To marzenie ponad 90 proc. Polaków. Tymczasem w sąsiednich Niemczech ok. połowa ludzi mieszka w wynajmowanych lokalach i im to nie przeszkadza. Jakby tego było mało, Polacy nie tylko chcą mieć na własność mieszkanie, ale wierzą, że ceny mieszkań nieustannie będą rosły. Przeciętny przedstawiciel klasy średniej, kiedy ma nadwyżkę pieniędzy, inwestuje je w mieszkanie. Co zresztą potwierdzają dane, bo 70 proc. zakupów nieruchomości odbywa się za gotówkę.

Bo to pewna lokata kapitału.

– Pewna to ona była 20 lat temu. Owszem, był okres, kiedy to było super opłacalne, zysk był podwójny — generowany z coraz większej wartości nieruchomości i wynajmu. Ideał. Ale to się zmieniło, tyle że ludzie tego nie przyjmują do wiadomości.

Jest takie powiedzenie, że inwestowanie na rynku walutowym można porównać do pilotowania F-16, który jest szybki, agresywny. Trzeba mieć doskonały refleks. Rynki akcji, to są wielkie Jumbo Jety. Potrzeba rozwagi i odpowiedzialności. A rynek nieruchomości jest jeszcze wolniejszy, inwestowanie na nim to jak pływanie tankowcem. Zanim się zmienią nastroje, trendy, upływają nie sekundy, minuty, ale miesiące, nawet lata.

Jakie wnioski?

– Jak ludzie sobie wbili do głowy, że trzeba kupić mieszkanie, trzymać, wynajmować, to się tego trzymają. A prawda jest taka, że jak pan kupi dzisiaj nieruchomość i ją wynajmie, to otrzyma pan 4-5 proc. z kapitału rocznie. A na dodatek musi się użerać z wynajmującymi, którzy mogą lokal zdemolować, nie płacić, nie chcieć się wyprowadzić. 70 proc. Polaków boi się swoich lokatorów. Tymczasem większy zysk uzyska człowiek, który włoży pieniądze w czteroletnie obligacje skarbu państwa. I nic pan nie musi robić.

To skąd takie uparte trzymanie się tych nieruchomości?

– Wie pan, kiedy najwięcej pieniędzy wpływa na rynek akcji? W końcowej fazie hossy. Wtedy ludzie szaleją i wiadomo, że za chwilę nadejdzie korekta. I tak też jest z rynkiem nieruchomości. Przez całe lata był tworzony ten nawyk: warto kupić, bo mieszkania tylko drożeją. To nie musi być prawda. W latach 2007-2009 w Stanach Zjednoczonych gwałtownie taniały. A teraz widzimy podobny trend w Niemczech, czy w Wielkiej Brytanii. I to może się zacząć również w Polsce.

A trzeba brać pod uwagę, że moje powojenne pokolenie wymiera i zostawiamy mieszkania naszym potomkom. Ich jest jakoś dziwnie mało. W związku z tym można się spodziewać, że za parę lat tych wolnych mieszkań będzie bardzo dużo.

A może my po prostu jako społeczeństwo nie mieliśmy czasu i okazji, żeby się nauczyć inwestowania oszczędności. Bo przez lata ich nie mieliśmy i nie mamy wzorców.

– Osoby, które naprawdę zarabiają duże pieniądze, klasa wyższa, wiedzą jak to się robi. Ich wiedza nie odbiega od światowej normy. W gorszej sytuacji jest klasa średnia, która po prostu nie zdążyła się dorobić, a pracowała bardzo ciężko. Bo co z tego, że niemiecki lekarz zarabia trzy razy więcej niż polski. Tak naprawdę różnica w zamożności jest dużo większa, bo na zachodzie klasa średnia dorabia się od kilkudziesięciu lat, a w niektórych przypadkach to setki lat. Oni nauczyli się żyć w kapitalizmie. W Polsce kapitalizm jest stosunkową nowością. W PRL-u szansę na prawdziwe pieniądze mieli tylko rzemieślnicy i oni weszli w kapitalizm z jakimś startowym pakietem. Ale większość z nas zaczynała od zera. W związku z tym ok. 30 lat to naprawdę nie jest dużo, żeby zgromadzić taki tłuszcz finansowy, żeby czuć się bardzo pewnie.

Na Zachodzie wielu ludzi czuje się pewnie właśnie z tego powodu, że ich rodziny kumulowały przez lata bogactwo. Jeżeli ma pan posiadłość, jacht i 2-3 mln euro oszczędności, to może pan sobie pozwolić na zainwestowanie 100-200 tys. dol. w jakiś niepewny, ale obiecujący biznes.

A polska klasa średnia nie dość, że jeszcze nie ma takich zasobów, to ma poczucie, że strasznie harowała na te swoje oszczędności i drży, kiedy ma je zainwestować. Albo może wybuchnąć kryzys, który może im wszystko zabrać.

(...)

Czy klasa średnia zubożała po pandemii i ostrej inflacji?

– Nie, niech pan zobaczy, jakie wyniki mają Rainbow Tours czy Itaka. Wyjazdy zagraniczne są wykupione. To nie świadczy o zubożeniu. Poza tym pensje w sektorze przedsiębiorstw, które zatrudniają powyżej 10 osób, wynoszą 8300 zł. Wynagrodzenia rosną szybciej niż inflacja. Już jesteśmy po piku inflacyjnym, kiedy niejeden trzymał się za portfel, ale teraz sytuacja się poprawia. Poza tym przyszły obiecane podwyżki; 20 proc. dla budżetówki, 30 proc. dla nauczycieli, wzrosło wynagrodzenie minimalne. Nie można powiedzieć, że Polacy zubożeli.

Przez lata karmiono nas opiniami, że ponad połowa Polaków nic nie oszczędza. A teraz czytam badania Velo Banku, że 73 proc. Polaków oszczędza. Choć tylko co piąty Polak więcej niż 1000 zł miesięcznie.

onet.pl/Newsweek

czwartek, 14 listopada 2024



Siły rosyjskie nadal w dużym stopniu polegają na odnowionych czołgach i pojazdach opancerzonych wyciągniętych z magazynów, aby zastąpić pojazdy utracone podczas trwających działań bojowych, ale prawdopodobnie nie będą w stanie utrzymać tych strat w dłuższej perspektywie. Ekspert ukraińskiego Centrum Strategii Obronnych Viktor Kevlyuk oświadczył 13 listopada, że ​​siły rosyjskie nadal produkują i odnawiają około 150 do 160 nowych czołgów miesięcznie — około 1920 czołgów rocznie — mniej więcej tyle, ile wynosi obecna szybkość wymiany rosyjskich pojazdów. [79] Holenderski projekt open source Oryx poinformował, że siły rosyjskie straciły około 3558 czołgów od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji w 2022 r. Kevlyuk stwierdził, że około 30 procent wszystkich rosyjskich czołgów produkowanych rocznie (czyli około 567 z łącznej liczby 1344 czołgów produkowanych rocznie) to czołgi nowo wyprodukowane, a siły rosyjskie wycofują pozostałe 70 procent z magazynów, zauważając, że ostatnie szacunki brytyjskiego wywiadu sugerują, że Rosja wyczerpie swoje zapasy czołgów i opancerzonych wozów bojowych do jesieni 2025 r., jeśli będzie nadal wycofywać te pojazdy z magazynów w tym tempie. Brytyjski Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS) ocenił w lutym 2024 r., że siły rosyjskie prawdopodobnie będą w stanie wytrzymać około 3000 rocznych strat pojazdów przez co najmniej kolejne dwa lub trzy lata, reaktywując pojazdy z magazynów.  Ukraiński obserwator wojskowy Kostiantyn Maszowec ocenił wcześniej, że rosyjska baza przemysłu obronnego (DIB) może wyprodukować około 250–300 nowych czołgów i naprawić dodatkowe 250–300 czołgów rocznie. 

understandingwar.org


Marta Roels, Business Insider Polska: Kraje nordyckie są uważane za wzór sukcesu społecznego i gospodarczego. Które aspekty tej narracji uważa pan za błędne lub przesadzone?

Dr Tom G. Palmer: Rzeczywiście to kraje odnoszące sukcesy. Pierwszym mitem jest jednak socjalizm. Czasami mówi się na przykład, że Dania jest krajem socjalistycznym. Twierdzą tak politycy pokroju Berniego Sandersa. Duński premier w słynnej odpowiedzi na to zaprzeczył, ponieważ Duńczycy cieszą się gospodarką rynkową opartą na dobrowolnej wymianie i własności środków produkcji. Mają państwo transferowe, ale gospodarka jest mniej socjalistyczna niż w USA, jeśli spojrzeć na własność państwową. Co więcej, ochrona praw własności jest silniejsza niż w wielu innych krajach. Prywatna gospodarka rynkowa generuje ich bogactwo. To po pierwsze.

Drugą kwestią jest to, że choć państwo nakłada podatki i prowadzi redystrybucję poprzez świadczenie usług, opiekę medyczną, edukację itp., to polityka państw skandynawskich nie jest tak hojna, jak sądzi wiele osób z zewnątrz, ponieważ postrzeganie ich przez wielu ludzi jest zakorzenione w latach 70. i wczesnych 80. ubiegłego wieku, kiedy to państwo socjalne zostało znacznie rozbudowane, zwłaszcza w Szwecji. Doprowadziło to jednak do sporego kryzysu w kraju, a wydatki zostały drastycznie ograniczone.

Trzecią kwestią jest to, że państwa opiekuńcze nie są finansowane z podatków od najbogatszych czy miliarderów, ale z podatków od osób pracujących. W przeciwnym razie liczby się nie sumują. Wreszcie z powodu kryzysów w państwach dobrobytu przesunęły się one w kierunku systemów, które są mniej ekspansywne i bardziej zorientowane na swobodę wyboru usług bez monopolizacji państwa. Dotacje można przekazywać różnym usługodawcom. To nie jest monopolistyczny system państwowy, ale z jakiegoś powodu wiele osób postrzega kraje nordyckie jako małe Związki Radzieckie. Tak nie jest. To silne, wolnorynkowe gospodarki.

15 listopada swoją premierę w Polsce będzie miała pana książka "Być wolnym. Jak zachować kontrolę nad swoim życiem w państwie opiekuńczym?". Twierdzi pan, że samokontrola jest lepsza niż kontrola państwa. Wśród czynników, które doprowadziły kraje nordyckie do sukcesu, są wysoka etyka pracy, zaufanie społeczne i podejście, w którym nie chce się nadużywać systemu. Pana zdaniem system ten jednak obecnie zawodzi – jak można to wyjaśnić?

Zawodzi to zbyt mocne słowo, ale widzimy zdecydowane podkopywanie fundamentów dobrobytu. Niedawno ukazała się bardzo ważna książka, której współautorami są Nima Sanandaji i Gabriel Heller-Sahlgren. Przyglądają się w niej wpływowi zasiłków i podatków na zachowanie. Państwo opiekuńcze doprowadziło do załamania norm moralnych – liczba osób skłonnych do oszukiwania systemu wzrosła, zmniejszając zaufanie społeczne. Wiele osób uważa, że akceptowalne jest otrzymywanie świadczeń, do których nie jest się uprawnionym oraz uchylanie się od płacenia podatków, które finansują te świadczenia. W badaniu przyjrzano się wpływowi państwa opiekuńczego na zaufanie społeczne – jeden z fundamentów dobrobytu. Wraz ze wzrostem świadczeń i podatków coraz mniej osób zgadzało się, że oszukiwanie nie jest w porządku. W ostatnich latach nastąpiła niewielka poprawa norm moralnych, które są skorelowane z dwiema rzeczami: workfare, co oznacza system, w którym za otrzymywane świadczenia trzeba wykonywać jakąś pracę oraz zmniejszenie ogólnego obciążenia podatkowego. Kiedy ludzie otrzymują więcej za swoją pracę, a motywacja do korzystania z zasiłków jest mniejsza, zmniejsza się liczba oszustw.

Jest w tym ważna lekcja. Świadczenia państwowe mogą podważyć fundamenty dobrobytu i źródła bogactwa państwa do redystrybucji. Tak więc kraje skandynawskie są dla nas nauką o tym, jak generować dobrobyt i jakie jest niebezpieczeństwo podważenia zaufania społecznego i etyki pracy, jeśli świadczenia są zbyt łatwe, a podatki zbyt wysokie.

businessinsider.com.pl