poniedziałek, 4 listopada 2024



Fakty są takie, że choć nie wszystko idzie zgodnie z założeniami, to jednak widać, że Intel ogólnie idzie we właściwym kierunku. Lunar Lake będzie przełomowym produktem w historii firmy, bo jest pierwszym układem stworzonym za pomocą rynkowych, a nie wewnętrznych narzędzi. Sukces sprzedażowy jest w jego przypadku drugorzędną sprawą, bo ma postawione przed sobą zupełnie inne cele.

Intel w końcu stworzył też z twórcami wspomnianych narzędzi (Cadence, Synopsys) niezbędne rozszerzenia i biblioteki, dzięki którym zewnętrzni klienci w końcu będą mieli realne szanse na skorzystanie z linii produkcyjnych fabryk Intela. W praktyce najważniejszym pytaniem jest więc, czy Intelowi wystarczy czasu na dokończenie wszystkich niezbędnych zmian. Trochę szkoda, że Pat Gelsinger nie przejął sterów rok wcześniej. Bob Swan miał być tylko tymczasowym CEO, który miał na chwilę załatać dziurę powstałą po aferze obyczajowej Briana Krzanicha. Potem przyszedł COVID, Intel zaczął notować rekordowe zyski, bo ludzie rzucili się na nowe komputery, przez co wszyscy zaczęli się klepać po plecach. Może gdyby nie ta sytuacja, teraz na przyszłość Intela patrzylibyśmy inaczej.

Jednak nawet jeśli nie wystarczy czasu i Intel w 2025 roku nie odzyska pozycji technologicznego lidera, o której tyle mówi Pat Gelsinger, moim zdaniem nie będzie można mówić o śmierci Intela.

Po pierwsze trzeba pamiętać o... wątku politycznym. Intel, a dokładniej fabryki Intela, są bardzo ważne dla rządu USA, bo jest to ostatnia amerykańska firma, która jest w stanie produkować najbardziej zaawansowane mikroprocesory. Czyli nawet jeśli Intel się wyłoży, to w najgorszym przypadku widzę sytuację, gdy fabryki zostają całkowicie oddzielone od części produktowej firmy i idą pod rządową kroplówkę, przechodząc na "model chiński". W Chinach mało kogo obchodzi, że SMIC notuje straty. W Tajwanie i Korei pieniądze podatników również płyną szerokimi strumieniami do TSMC i Samsunga. Fabryk tego typu po prostu nie można rozpatrywać jedynie w kontekście wartości biznesowej, bo mają one ogromne znaczenie strategiczne.

A po drugie... skoro AMD nie umarło i obecnie święci tryumfy między innymi dzięki temu, że kiedyś kupiło ATI (a swego czasu ten zakup niemal pogrzebał firmę), to Intel też jest w stanie przetrwać. Co prawda może to zrobić w innej formie niż dotychczasowa, więc Intel, którego znamy, może umrzeć, ale z wysyłaniem Intela na stypę z Blackberry i Nokią jeszcze bym się wstrzymał.

komputerswiat.pl


To pierwszy raz w historii kiedy w Sejmie (Saeima) wszczęto procedurę wobec deputowanych w związku z niewystarczającą znajomością języka łotewskiego – poinformował krajowy nadawca LSM.

Rozpatrywana była także sprawa drugiego posła z partii Dla Stabilności! (ST!) Jefimijsa Klementjevsa, ale komisja ds. mandatów i etyki uznała, że jego znajomość języka znacznie się poprawiła i polityk może kontynuować prace w parlamencie oraz w odpowiednich komisjach. Kwalifikacje Pucki należy jednak sprawdzić – powiedział szef komisji Janis Vucans. Wcześniej na polityków w związku z zastrzeżeniami co do ich znajomości języka narodowego nałożone zostały grzywny.

"Niezależnie od wyniku głosowania Łotwa to mój dom, Łotwa to moja ojczyzna. Boże błogosław Łotwę!" – oświadczył 50-letni Puczka wywodzący się z regionu Dyneburga na południowym wschodzie Łotwy.

Ostatecznie za skierowaniem Puczki na egzamin w 100-osobowej izbie opowiedziało się 67 posłów, a 12 było przeciw. Partia Dla Stabilności!, utworzona na początku 2021 r., jest ugrupowaniem opozycyjnym i w obecnej kadencji parlamentu dysponuje 10 mandatami.

PAP


Dotychczasowa niemiecka pomoc wojskowa dla Ukrainy była - zdaniem autorów - niewielka i wyniosła 10,6 mld euro, co odpowiada 0,1 proc. niemieckiego PKB. Dla porównania, podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej (1991 r.) Niemcy wydały sześciokrotnie więcej – 0,6 proc. PKB lub 4 proc. całorocznego budżetu. Nawet po doliczeniu pomocy humanitarnej obecna pomoc w skali roku wynosi 0,14 PKB.

W ocenie autorów – prezesa Kilońskiego Instytutu Moritza Schularicka i jego współpracownika Johannesa Bindera - koszt przerwania pomocy byłby bardzo wysoki ze względu na falę uciekinierów z Ukrainy, wyższe wydatki na NATO w związku z koniecznością obrony państw bałtyckich oraz zerwanie relacji handlowych z podbitą przez Rosję Ukrainą. Porażka Zachodu zwiększyłaby w dodatku prawdopodobieństwo nowych konfliktów w świecie.

Binder i Schularick podkreślają, że Rosja zgodzi się na negocjacje i zakończenie wojny dopiero wtedy, gdy dojdzie do wniosku, że nie jest w stanie jej wygrać środkami militarnymi, a Zachód udowodni, że jest zdecydowany na trwałe wsparcie walczącej Ukrainy.

Rozwijając poszczególne punkty raportu, autorzy podkreślają, że niemiecka pomoc wojskowa jest niewielka i wyniosła od 2022 r. 10,6 mld euro, co odpowiada 0,1 proc. skumulowanego PKB. Niemcy znajdują się dopiero na 16 miejscu, a wyprzedzają je m. in. Dania (0,65 proc.), Estonia (0,57 proc.) i Łotwa (0,43 proc.), a także Polska.

Dla zilustrowania tezy o niewielkiej skali pomocy, autorzy zwracają uwagę, że dopłaty z budżetu na samochody służbowe z silnikami spalinowymi kosztują budżet rocznie 13,7 mld euro.

Odnosząc się do przewidywanych następstw rosyjskiego zwycięstwa nad Ukrainą, eksperci piszą, że niemieckie wydatki na obronność musiałyby wzrosnąć od 0,5 proc. do 1 proc. PKB rocznie. Niemcy musiałyby się też liczyć z falą uciekinierów, której liczebność szacowana jest od 1,9 mln. do 3,8 mln. oraz ze stratami ekonomicznymi wskutek zawieszenia eksportu i utratą inwestycji w Ukrainie.

Binder i Schularick zaznaczają, że tylko wiarygodne odstraszanie może skłonić Rosję do zakończenia wojny. Odrzucają populistyczne hasła, według których przerwanie dostaw broni do Ukrainy doprowadzi do pokoju. Zwracają uwagę, że siła gospodarcza UE jest dziewięciokrotnie większa od rosyjskiej (PKB UE – 18,9 bln dolarów, Rosji – 2 bln USD), a produkcja przemysłowa pięciokrotnie większa. Nawet bez pomocy USA, potencjał Europy wystarczy do odparcia rosyjskiej agresji. Konieczna jest jednak polityczna wola – zaznaczają.

Przestrzegając zasad konsekwentnego odstraszania, Zachód może uświadomić Rosji, że nie wygra wojny środkami militarnymi.

W wywiadzie dla tygodnika „Die Zeit” Schularick powiedział, że Niemcom bardziej niż pieniędzy brakuje właściwej postawy wobec nowej sytuacji w dziedzinie bezpieczeństwa. „Od końca II wojny światowej opieraliśmy się na tym, że ktoś inny nas obroni – Amerykanie, NATO, świat zachodni. (…) Przekonanie, że ktoś za nas to zrobi, jest ciągle jeszcze bardzo rozpowszechnione. (…) Nie chcemy wziąć na siebie odpowiedzialności. Ale pokoju i wolności nie można mieć za darmo” – zauważył prezes Kilońskiego Instytutu.

Schularick opowiedział się za zwiększeniem wydatków na wojsko. Przypomniał, że w czasach, gdy Willy Brandt był kanclerzem (1969-1974), RFN wydawała 3 proc. PKB na obronność. Polska przeznacza na wojsko więcej, a wkrótce może dojść do 5 proc., USA wydają 3,5 proc.

„Jeżeli Niemcy osiągną poziom 3 proc., to byłoby to 120 mld euro, a więc tyle, ile wynosi roczna dopłata z budżetu centralnego do emerytur” – podkreślił.

PAP

niedziela, 3 listopada 2024



Historię o tym, jak Radosław Sikorski w przededniu wojny ostrzegł Ukraińców, opowiedział Sergiej Leszczenko, były dziennikarz i doradca Wołodymyra Zełenskiego. To anegdota, pokazująca, że na zachód od Kijowa, w Europie także zdawano sobie sprawę z nadchodzącej nawałnicy.

Rzecz działa się 20 lutego (dwa dni przed rosyjską inwazją) na spotkaniu w czasie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Leszczenko powiedział serwisowi Puck, że rozmawiał wówczas z wieloma osobami, które zazwyczaj powtarzały popularne frazesy o tym, że wojny nie będzie, a Ukraina już odniosła sukces. Później głos zabrał jednak Radosław Sikorski i powiedział, według relacji Leszczenki, co następuje:

Będzie wojna i to się stanie w tym tygodniu. Zostaniecie zniszczeni za trzy dni. Nikt wam nie pomoże, chyba że szybko zniszczycie 10 tys. rosyjskich żołnierzy, 100 rosyjskich samolotów i 300 rosyjskich czołgów. Jeśli to zrobicie, kraje zaczną dawać wam broń i nakładać sankcje na Rosję.

Po słowach Sikorskiego w pomieszczeniu zapadła cisza, a Leszczenko przyznawał później, że wystąpienie polskiego dyplomaty brzmiało, jak wysłuchiwanie wyroku "herolda apokalipsy".

rmf24.pl


- Bezsprzecznie Rosja stara się wpływać na amerykańską opinię publiczną w kontekście wyborów. Mówiąc wprost, Kreml stawia na Donalda Trumpa. Nie twierdzę, że jest on jakimś sojusznikiem Rosjan, ale ewidentnie widzą oni większą korzyść dla siebie w sytuacji, gdyby to on wrócił do Białego Domu - mów dr Marek, założyciel Centrum Badań nad Współczesnym Środowiskiem Bezpieczeństwa.

Specjalista wskazuje dwie główne płaszczyzny wpływania przez Kreml na amerykańskich wyborców. Po pierwsze to użycie znanych prawicowych publicystów, a po drugie klasyczne farmy trolli, fałszywe wiadomości i zmanipulowane nagrania, oraz rosyjskie media anglojęzyczne.

 - Najbardziej jaskrawy przykład to aktywność osób wprost kooperujących z Rosją. Takich jak Jackson Hinkle, Tucker Carlson, Douglas McGregor czy Scott Ritter. To są osoby, które mają w mediach społecznościowych milionowe zasięgi i systematycznie serwują narrację Kremla. Niektórzy wręcz odwiedzają Rosję i jak na przykład Hinkle, wprost wybielają rosyjskie zbrodnie w Ukrainie, czy jak Carlson dają głos Putinowi. Są to osoby z kręgu zwolenników Donalda Trumpa i to do jego wyborców ten przekaz głównie trafia - mów dr Marek.

Nie ma bezsprzecznych dowodów na finansowanie ich przez Rosję, czy aktywną współpracę z jej służbami. Jednak liczne powiązania, wizyty w Rosji, wychwalanie rosyjskiego reżimu i jego działań, deprecjonowanie Ukrainy i szerzej Zachodu, czynią z tych ludzi co najmniej tak zwanych "pożytecznych idiotów". Tak w ZSRR i na zachodzie w czasach istnienia tegoż państwa potocznie określano zachodnich dziennikarzy i intelektualistów, którzy z pobudek ideologicznych wychwalali Kraj Rad i deprecjonowali swoje ojczyzny. "Idioci", bo nie brali za to pieniędzy od ZSRR.

Służby USA obecnie starają się ograniczyć wpływ tego rodzaju przekazu. Na początku września FBI postawiło zarzuty dwóm obywatelom Rosji, ogłosiło sankcje przeciwko dziesięciu osobom oraz firmom, a do tego przejęło 32 domeny internetowe. Głównym celem operacji okazała się założona w stanie Tennessee przez dwóch pracowników rosyjskiej telewizji RT firma Tenet Media. Rosja wpompowała w nią niemal 10 milionów dolarów, które wędrowały do sieci głównie amerykańskich twórców takich jak Dave Rubin, Benny Johnson czy Tim Pool. Czyli prezentujących raczej prawicowe treści, zbieżne pod wieloma względami z przekonaniami wyborców Trumpa. Według Departamentu Sprawiedliwości była to operacja podjęta z aprobatą Kremla, mająca na celu wzmocnić kandydata Partii Republikańskiej, kimkolwiek on by był.

- Do działalności agentów wpływu oraz osób z różnych powodów wspierających Kreml należy dodać oczywiście działania klasyczne, czyli farmy trolli i anglojęzyczne media służące przekazowi narracji Kremla - mówi o drugiej płaszczyźnie działań Rosjan dr Marek. W ostatnich tygodniach w amerykańskich mediach dużo napisano zwłaszcza o grupie Sztorm-1516 i R-FBI. Ta ostatnia została oryginalnie założona przez Prigożina, ale tak jak wszystkie wartościowe elementy jego imperium, została po jego śmierci przejęta przez innych zauszników Kremla. Działa nadal.

Według zespołu badaczy z uniwersytetu Clemson w Karolinie Południowej sieć zarządzana przez grupę Sztorm-1516 w ciągu roku stworzyła i szerzyła 54 różne fałszywe narracje. Przy czym nie chodzi tu o kilka postów trolli na jakiś temat, ale o złożone kampanie z użyciem zmanipulowanych nagrań, fałszywych wywiadów czy zdjęć. Na przykład historię o tym, jak to niby podczas oficjalnej wizyty w Zambii w 2023 roku Harris udała się na safari i zastrzeliła ściśle chronionego czarnego nosorożca, których żyje tylko około 30. Towarzyszył temu wywiad z rzekomym strażnikiem parku narodowego, który to potwierdzał i deklarował, iż informacja o polowaniu została stłumiona przez władze, a wszystkim świadkom nakazano milczenie. Harris owszem była w Zambii w 2023 roku, ale podczas całej wizyty nie była na żadnym safari, a jedynie w stolicy kraju, Lusace. Władze parku narodowego North Luangwa zaprzeczyły, aby widoczny na wideo mężczyzna był ich pracownikiem. Podobnie przygotowana była operacja mająca na celu przekonanie, że Harris potrąciła pieszą i uciekła z miejsca wypadku w San Francisco.

Zmanipulowane materiały miały też na celu Waltza, któremu zarzucono molestowanie swoich męskich uczniów, kiedy był nauczycielem i trenerem w szkole w Minnesocie w latach 1996-2006. Ofiarą miał być między innymi uczeń na wymianie z Kazachstanu. Organizujący wymianę Departament Stanu zaprzeczył, aby ktoś taki istniał, a jedno z nazwisk rzekomej ofiary okazało się być imieniem owszem ucznia ze szkoły Waltza, który jednak zaprzeczył, aby kiedykolwiek miał z nim zajęcia. Dowodów nie było, poza rzekomymi emailami i zmanipulowanymi cyfrowo nagraniami rozmowy z rzekomymi informatorami.

W kontekście samych wyborów pojawiły się już fałszywe nagrania mające przedstawiać na przykład grupę nielegalnych imigrantów z Haiti celowo sprowadzonych przez Demokratów celem seryjnego głosowania w ważnym stanie Georgia na podstawie sfałszowanych dokumentów, czy palenie kart wyborczych z głosami oddanymi na Trumpa. W obu przypadkach szybko ustalono, że to kłamstwa. Według specjalistów z uniwersytetu Clemson w wielu tego rodzaju przypadkach wszystko wskazuje na standardowe metody grupy Sztorm-1516, której narrację chętnie podchwytują raz za razem publicyści i influencerzy związani z amerykańską prawicą.

Analitycy wskazują przy tym na jedną osobę, jako szczególnie przydatną dla Rosjan. To John Mark Dougan, były policjant z Florydy, który zbiegł do Rosji w 2016 roku po postawieniu mu w USA zarzutów o wymuszenie i nielegalny podsłuch. Otrzymał azyl od Rosjan i aktualnie jest wiązany z siecią stron pseudoinformacyjnych, często noszących nazwy sugerujące, że są normalnymi amerykańskimi mediami. Na przykład "Chicago Times Herald", która należała do lokalnej gazety, ukazującej się na przełomie XIX i XX wieku w Chicago, ale jeszcze przed I wojną światową zniknęła z rynku. Aktualnie czołową gazetą tego regionu jest "Chicago Tribune". - Jeśli chodzi o działania w ramach grupy Sztorm-1516, to dostaje za nie pieniądze. Nie jest jednak żadnym geniuszem zła i koordynatorem, ale pionkiem. Pożytecznym idiotą - powiedział w rozmowie z CNN anonimowy "europejski pracownik służb wywiadowczych". Dougan w rozmowie ze stacją temu zaprzeczył i zdecydowanie odrzucił wszelkie oskarżenia o współpracę z aparatem rosyjskiej dezinformacji.

- Ludzie zaangażowani w te całe sieci dezinformacji, robią to z różnych powodów. Niektórzy dla pieniędzy, inni z przyczyn ideologicznych. Całość jest bardzo scentralizowana i zarządzana z góry, choć czasem wkrada się tam chaos i brak spójności. Zdarzają się pionki, które podejmują inicjatywę i nie zawsze można powiedzieć, czy to działanie zespołowe, czy indywidualne - twierdzi ten sam rozmówca amerykańskiej telewizji. Podobnie uważają badacze z Uniwersytetu Clemsona, którzy w swoim raporcie wydanym w tym miesiącu stwierdzają, iż trudno jednoznacznie określić strukturę całej sieci dezinformacji skupionej wokół Sztorm-1516 i R-FBI, ale wyraźnie widać, że są jednym organizmem.

- Ich narracje miały największy efekt ze wszystkich rosyjskich kampanii dezinformacyjnych na przestrzeni ostatnich czterech lat. Czyli ktokolwiek za tym stoi, jest najpoważniejszym graczem, a z moich analiz wynika, że za zarówno Sztorm-1516 jak i R-FBI stoi ta sama osoba - uważa Patrick Warren z Uniwersytetu Clemsona. - Nie jestem przekonany, żeby te rosyjskie działania wpłynęły na wynik wyborów w USA. Myślę, że ich cel jest mniej ambitny. Myślę, że chcą po prostu przekonać świat, że mają zdolność do destabilizowania rzeczywistości. Chcą, aby o nich mówiono - uważa natomiast w rozmowie z CNN Colin Gerard, francuski badacz zajmujący się R-FBI.

gazeta.pl


Die Welt: Dwa lata temu założyłeś "Project Blueprint": zespół 30 ekspertów ma zapewnić, że twoje 46-letnie organy znów będą miały 18 lat — i pozostaną takie na zawsze. Aby osiągnąć ten cel, codziennie połykasz 111 tabletek i żyjesz jak asceta. Ostatni posiłek jesz o jedenastej rano, a o dwudziestej trzydzieści kładziesz się spać. W nocy czujnik na penisie mierzy liczbę i czas trwania erekcji. Kto wymyślił ten sztywny reżim?

Bryan Johnson: Do niedawna nasz mózg był najbardziej zaawansowaną rzeczą, jaką stworzyła ewolucja. Homo sapiens był niezrównanym mistrzem architektury, ale w ostatnich latach osiągnęliśmy granice naszych możliwości. Nie radzimy sobie ze wszystkimi problemami, które grożą zniszczeniem nas i naszego świata. Dlatego potrzebne jest coś radykalnie innego, ani konwencjonalni lekarze, ani alternatywni uzdrowiciele. Najwyższy czas powołać nowego architekta.

I jak się nazywa?

Sztuczna inteligencja. Sztuczna inteligencja jest bardziej zaawansowana niż ludzki umysł: szybsza, mądrzejsza, bardziej racjonalna i dalekowzroczna. Komu pozwolę przejąć kontrolę nad moim zdrowiem: mojemu humorzastemu małpiemu mózgowi czy obiektywnie oceniającemu oprogramowaniu, które nie da się nabrać na moje sztuczki, by zdobyć dużą pizzę z dużą ilością sera?

Moje 79 organów jest badanych każdego dnia. Sztuczna inteligencja przekształca wyniki pomiarów w plan odmładzania.

To nie mój zawodny mózg, ale algorytm mówi mi, jak żyć. Personalizacja tego algorytmu dla innych ludzi jest sercem "Project Blueprint". Moje 75 bilionów komórek jest jedynie królikiem doświadczalnym. Zdaję sobie sprawę, że przekazanie kontroli sztucznej inteligencji byłoby największą możliwą zniewagą dla ludzkiego ego.

Ale prawie zrujnowaliśmy tę planetę i dlatego Homo sapiens powinien zostać zwolniony. Myślę, że najwyższy czas, aby AI przejęła kontrolę i uratowała planetę.

Średnia długość życia podwoiła się w XX w. Jaka jest Twoja droga do nieśmiertelności?

Do 2030 r. chcę zmniejszyć wiek moich narządów o 25 proc. W obecnej sytuacji osiągnę ten cel. Mój wskaźnik starzenia się jest niższy niż 88 proc. wszystkich 18-latków. Moje serce ma 37 lat, moje kości 28 lat, moja skóra 28 lat, moje płuca 18 lat, a moja morfologia krwi jest niemal identyczna, jak u mojego 18-letniego syna. Jeśli myślisz, że zmyślam, zajrzyj na moją stronę blueprint.bryanjohnson.co. Każdy może tam sprawdzić moje dane biometryczne z ostatnich kilku lat.

Gdzie znajdują się obszary problemowe?

Moje lewe ucho ma 64 lata, ponieważ jako nastolatek strzelałem z broni. Moje prawe ucho ma 49 — zbyt głośna muzyka rockowa jako nastolatek.

Dlaczego nosisz tak zwany Adam Sensor na penisie w nocy?

Ponieważ każdy mężczyzna ma również wiek seksualny, a Adam Sensor może to zmierzyć u mężczyzn. Z pomocą terapii falami uderzeniowymi udało mi się zwiększyć całkowitą długość moich nocnych erekcji do średnio dwóch godzin i dwunastu minut. Moim celem jest osiągnięcie czasu 18-latka: trzy godziny i 30 minut.

onet.pl/Die Welt

sobota, 2 listopada 2024



Artūras Paulauskas w 2016 r. jest szefem parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Litwy. Rosja właśnie odebrała Ukrainie Krym, w Donbasie trwa wojna. Polityk udziela głośnego wywiadu: ujawnia, że rosyjscy dywersanci rok wcześniej mogli w ramach ćwiczeń przekroczyć litewską granicę przy kurorcie Juodkrantė. Już wcześniej w raporcie litewskiego wywiadu padają oskarżenia o infiltrację Litwy przez Rosję.

Paulauskas:  – Chciałem dać drugiej stronie do zrozumienia, że wiemy o ich działaniu, że nie śpimy (…) Tłumaczyłem wszystkim wokół, że odprężenie się skończyło, że musimy wzmocnić wywiad, obronę i wydawać na to więcej pieniędzy.

Według źródeł LRT, naszego litewskiego partnera, w 2015 r. w Juodkrantė mogli wylądować sabotażyści z 561 Morskiej Stacji Rozpoznawczej GRU (przemianowanej później na 390) ze wsi Parusnoje. Port w litewskiej Kłajpedzie i strategiczne obiekty na wybrzeżu Bałtyku to miejsca kluczowe dla operacji NATO – i dla rosyjskiego wywiadu oraz ataków sabotażystów.

Według źródeł w litewskim wojsku grupa płetwonurków z Parusnoje trenuje w rosyjskiej części Mierzei Kurońskiej (w miejscowościach Lesnoj, Rosity a także w Morskoje, pod granicą z Litwą). Ludzie z jednostki GRU są szkoleni do pracy na terytorium wroga – muszą umieć identyfikować punkty, które umożliwią sabotaż, monitorować logistykę i łańcuchy dostaw NATO.

Morski specnaz z Parusnoje w teorii jest w stanie wtargnąć na terytorium Litwy i np. wysadzić infrastrukturę portową. Wykorzystując okręty podwodne grupa dywersantów może niezauważona wylądować na obrzeżach portu i przejąć nad nim kontrolę.

Grupa GRU ze wsi Parusnoje jest uważana dziś przez ekspertów za jedną z najbardziej niebezpiecznych jednostek Rosji w pobliżu granic z NATO.

Królewiec to nie tylko gniazdo sabotażu, ale także baza Iskanderów, rakiet krótkiego zasięgu, które Rosjanie zainstalowali po raz pierwszy przy granicy z Polską w 2016 r.

W lutym 2024 r., dwa lata po wybuchu wojny w Ukrainie, premier Donald Tusk objeżdża Berlin i Paryż. – Kwestia zagrożenia nuklearnego nie jest abstrakcją. Po ataku na Ukrainę Putin wielokrotnie używał tego argumentu. Usiłuje wywrzeć presję na Zachód – mówi szef polskiego rządu na konferencji z kanclerzem Olafem Scholzem.

Tusk podkreśla, że Rosja niedawno zmodernizowała arsenał atomowy. – Warszawa i Berlin znajdują się w zasięgu rosyjskich Iskanderów. To jest 100 głowic nuklearnych, może więcej. Z jakiegoś powodu zostały one zmodernizowane. Z jakiegoś powodu w ostatnim czasie pojawiło się ich tam więcej – mówi. 

Od jednego ze współpracowników Tuska słyszymy nieoficjalnie: – W tamtym czasie ciągle mówił o wojnie, dawno nie widziałem go tak przejętego. Wrócił właśnie ze Stanów, pesymistyczny co do rozwoju sytuacji. Na pewno dostawał szczegółowe raporty na temat tego, co dzieje się na granicach. 

Kilka miesięcy później, w czerwcu 2024 r., z podobnym przekazem występuje minister Radosław Sikorski. Na konferencji Odbudowy Ukrainy mówi:  – Federacja Rosyjska może przechowywać około 100 głowic nuklearnych w Kaliningradzie, co naraża Unię Europejską na realne ryzyko ataku. 

Minister przypomina, że rosyjskie rakiety już kilkakrotnie naruszyły polską przestrzeń powietrzną.

(...)

Co się stanie, jeśli Rosjanie zdecydują się na atak rakietowy? Andrzej Wilk, główny specjalista ds. wojskowych aspektów bezpieczeństwa międzynarodowego Ośrodka Studiów Wschodnich: – Mamy pociski do zestrzeliwania Iskanderów i międzykontynentalnych rakiet balistycznych. To, czy przenoszą ładunek nuklearny, nie ma znaczenia. Jesteśmy w trakcie tworzenia wielowarstwowego systemu obrony powietrznej. Jeśli zdążymy z planami, w Europie nie będzie silniejszego parasola antyrakietowego niż nasz. Pytanie, czy możliwości przeciwnika będą większe niż nasze możliwości obrony? Żeby odeprzeć zmasowany atak trzeba odpowiedniej liczby przeciwrakiet.

Wilk przyznaje, że najlepsza obrona przeciwrakietowa może zawieść, gdy dystans do celu jest nieduży. – Gwarancją sukcesu, jeżeli chodzi o obronę przed Iskanderami, jest zniszczenie wyrzutni, zanim zostaną odpalone. NATO ma wystarczająco dużo sił, żeby natychmiast zlikwidować systemy w obwodzie królewieckim – uważa ekspert.

(...)

Na ile prawdopodobny jest scenariusz inwazji na kraje bałtyckie? Według Wilka Rosja nie zdecyduje się na atak na NATO dopóki NATO jest dość silne, aby go odeprzeć. Rosjanom musiałaby sprzyjać sytuacja geopolityczna, bo atak na jeden z krajów NATO oznaczałby wojnę globalną o znacznie większej skali niż konflikt w Ukrainie.

Konrad Muzyka jest spokojny o granice NATO. Według niego niemal cała rosyjska produkcja zbrojeniowa zaspokaja potrzeby wojny na Ukrainie. Większość sił lądowych z Obwodu wyjechała na front: – Tak długo jak USA jest częścią NATO i nie ma problemów w Azji, możemy spać spokojnie. Nawet jeśli Ukraina przegra i Rosja przejmie połowę jej terytorium. Rosja wyjdzie z tej wojny bardzo osłabiona. Jej zdolności, zwłaszcza lądowe, będą w dużym stopniu przetrzebione. 

Mniej optymistyczne są scenariusze, w których Stany zajęte są wojną na Pacyfiku. Muzyka przypomina, że według doktryny obronnej NATO sojusznicy będą mieli przewagę powietrzną w przypadku konfliktu. – Zniszczymy obronę powietrzną Rosjan i nie będziemy potrzebować miliona pocisków artyleryjskich. Nasze samoloty są tak dokładne, że zniszczą siły naziemne wroga – mówi Muzyka. 

Co jeśli amerykańskie siły powietrzne będą zaangażowane gdzie indziej, na przykład w konflikt zbrojny między Chinami a Tajwanem? Muzyka: – Wtedy znajdziemy się w bardzo ciężkiej sytuacji.

frontstory.pl

piątek, 1 listopada 2024




Niedawno pojawiły się przykładowo informacje o sponsorowaniu wojny w Ukrainie przez Michaiła Fridmana. Wiadomo jednak, że najbardziej zasłużonymi na tym polu oligarchami byli nieżyjący już Jewgienij Prigożyn (którego Putin określił jako „rosyjskiego Sorosa”) oraz Małofiejew, nazywany (w kontraście do Prigożyna) „rosyjskim anty-Sorosem” i – ze względu na powiązania z hierarchami kościelnymi – „prawosławnym oligarchą”. 

Pierwszy z nich zorganizował słynną „farmę” trolli, a także jedną z najgłośniejszych firm najemniczych – Grupę Wagnera. Działająca od 2013 r. Agencja Badań Internetowych, znana jako petersburska „farma” trolli, dysponowała miesięcznym budżetem w wysokości 1 mln euro przeznaczonym na powielanie rosyjskiej propagandy wojennej oraz rozprzestrzenianie fake newsów radykalizujących postawy społeczne i polityczne.

Drugi zasłynął jako mecenas organizacji proxy, które używają zarówno „klasycznych”, jak i cyfrowych środków  aktywnych. Założył ośrodek analityczny „Katehon” (w jego radzie nadzorczej zasiada m.in. Dugin) oraz stowarzyszenie edukacji historycznej „Dwugłowy Orzeł”, jest też wiceprzewodniczącym Wszechświatowego Soboru Narodu Rosyjskiego. W 2015 r. odrestaurował pomnik Katarzyny II w Symferopolu, buduje również dwa parki tematyczne gloryfikujące rosyjską historię (w Moskwie i w Jałcie na Krymie). Działalność „charytatywną” finansuje za pośrednictwem Funduszu św. Wasilija Wielkiego. W 2014 r. sponsorował z niego ultrakonserwatywne prorosyjskie ruchy prawicowe w Europie – Austriacką Partię Wolności, bułgarską nacjonalistyczną Atakę, francuski Front Narodowy. W Republice Serbskiej wsparł prorosyjskiego prezydenta Milorada Dodika i wysłał służby bezpieczeństwa w mundurach kozackich na jego reelekcję. Wspomógł nieudany zamach stanu w Czarnogórze w 2016 r. Od 2014 r. przeciwko Małofiejewowi toczy się wszczęte przez Ukrainę postępowanie karne: oskarżono go o wspieranie separatyzmu i przekazywanie środków nielegalnym formacjom zbrojnym – był on formalnym pracodawcą Aleksandra Borodaja, pierwszego „premiera” samozwańczej tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DNR), oraz Igora Girkina, jej byłego „ministra obrony”.

Cyfrowe środki aktywne rozwija za pośrednictwem grupy medialnej Cargrad, założonej w 2015 r., aby wspierać informacyjnie rosyjskie działania w Donbasie. Wcześniej, od 2011 r., autoryzował powstanie wspomnianej już Ligi Bezpiecznego Internetu (LBI) – organizacji okołorządowej wspomagającej w praktyce cenzurę Runetu. Jej organem założycielskim był Fundusz św. Wasilija Wielkiego. Małofiejew jako pierwszy zajął fotel prezesa zarządu LBI, a przewodniczącym jej rady nadzorczej został doradca prezydenta Szczegolew. Początkowo stowarzyszenie miało się zajmować monitoringiem stron propagujących ekstremizm, homoseksualizm, pornografię dziecięcą i pedofilię, lecz szybko okazało się, że przydaje się też jako platforma rozpowszechniająca treści odpowiednie z punktu widzenia władz i zwalczająca te niekorzystne dla rządzących.

(...)

W 2022 r., po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę, LBI skoncentrowała się na wykrywaniu antywojennych wpisów. Zaskarżyła Wikipedię o rozpowszechnianie „fejków” i zażądała usunięcia haseł „Rzeź w Buczy” czy „Ostrzał szpitala w Mariupolu”. Ambicją nowej dyrektorki stowarzyszenia stało się nie tylko „oczyszczenie” rosyjskiego internetu z antykremlowskich przekazów, lecz także wychowanie młodego pokolenia w duchu putinizmu. Ewidentnie w związku z agresją na Ukrainę LBI zreorganizowano: dotychczasowi sponsorzy – operatorzy łączności i komunikacji cyfrowej (Rostelekom, Megafon, Wympiełkom, MTS) oraz firmy informatyczne (m.in. Kaspersky Lab) opuściły ją w lutym 2022 r.77 W efekcie jej status uległ zmianie: obecnie przedstawia się ona jako organizacja „założona w 2011 r. przy wsparciu MSW, Ministerstwa Łączności oraz Komitetu Dumy ds. Rodziny, Kobiet i Dzieci”, co de facto oznacza, że będzie finansowana z funduszy państwowych.

Jolanta Darczewska - Zawładnąć umysłami i urządzić świat


W rozmowach z tymi, którzy chcą iść na wojnę, można usłyszeć jeszcze jeden powód ich decyzji. To nadzieja, że uda im się w życiu choć coś osiągnąć, osiągnąć chociaż jeden cel. „Większość ich motywacji bierze się z faktu, że są przegrani” – mówi jeden z pracowników socjalnych ośrodka. — Dla nich przeżycie wojny to jeden z niewielu celów w życiu, które można faktycznie osiągnąć. Tak mówią: mam 35 lat, jestem kompletnym frajerem, to moja ostatnia szansa”.

(...)

Psychologowie nazywają ten problem „przegranym społecznym”, „pragnieniem przynajmniej pewnego sukcesu narzuconego przez społeczeństwo patriarchalne”, „pragnieniem samorealizacji, gdy nie ma innych wind społecznych”. „Ludzie w mediach społecznościowych mają kult osiągnięć i uważamy, że każdy, kurwa, odnosi sukces. Ale twarda rzeczywistość życia w Rosji i na świecie jest taka, że wszystko jest kompletnym bałaganem. I to wydaje się normalne” – mówi jedna z pracownic socjalnych. - Można się totalnie osrać, za dużo wypić, rozleniwić się, schrzanić, nie wyszło wam w związku, nie macie rodziny, leżycie latami i gracie na komputerze. A potem proponują ci – czy chcesz zagrać w inną grę? Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że coś pójdzie nienormalnie. Ale jednocześnie będziesz miał pieniądze, zawód, status, szacunek i uwagę społeczeństwa. I oczy im się świecą.”

(...)

Pracownicy punktu selekcji na Timiryazevskiej mówią, że prawie połowa osób chcących podpisać kontrakt w Moskwie odbywała karę w koloniach pod różnymi zarzutami, od rabunku w latach 90. po sprzedaż narkotyków w latach 20. Dla wielu z nich służba i stopień wojskowy są sposobem na naprawienie „błędów młodości”. „Usunięcie piętna bycia przestępcą to bardzo silna motywacja” – mówi jeden z prawników pracujących w ośrodku. „Tak mówią: nie chcę, aby mój termin był problemem dla moich dzieci”. Dokończenie wyroku to dla nich bzdura, ale wykreślenie karalności jest dla nich bardzo fajne. A co jeśli moje dzieci będą chciały służyć w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych? Oznacza to, że postrzegają swoją poprzednią decyzję jako błędną, ale teraz chcą, aby wszystko było prawidłowe. Właściwą rzeczą jest iść na wojnę.

(...)

Victor jest weteranem drugiej wojny czeczeńskiej. „Nie jestem w tym dla pieniędzy. Żona płacze, ale chyba muszę już iść. To nie młodzi ludzie mają walczyć. No bo dlaczego ja tu jeszcze siedzę, starszy pan, a tam walczą młodzi, którzy kobiet jeszcze nawet nie widzieli...” Trzy pytania później okazuje się, że syn Wiktora spędził na wojnie siedem miesięcy, wrócił i popełnił samobójstwo. Powiesił się za miastem, po przesłaniu żonie geolokalizacji. Została z dwójką dzieci – trzecioklasistą i dziesięciomiesięcznym chłopcem. „No cóż, pochowałem go i postawiłem pomnik. I tak pójdę.

(...)

Siergiej Waleriewicz, sklepikarz, dziewięć lat nauki. „Dlaczego podpisuję umowę? Pojechało tam wielu znajomych, a ja byłem z nimi dla towarzystwa. Czy mam uczucia patriotyczne? Nie, nie, po prostu mam wielu znajomych i jestem z nimi dla towarzystwa. Ostatni raz piłem alkohol wczoraj. Rozumiem ryzyko, rozumiem wszystko. Dosłownie codziennie czytam o stratach. Co zrobię po powrocie? Tak, nie wiem, czy wrócę, czy nie... No cóż, mam dzieci, mam rodzinę... Żonie to nie przeszkadza...”

(...)

Vadim jest zastępcą brygadzisty w fabryce, pracuje za 50 tysięcy rubli miesięcznie. „Zamierzam poprawić się finansowo, a nie zabijać ludzi. Mam nadzieję, że uda nam się to zrobić w ciągu roku lub półtora i wrócimy”.

Nikołaj ma troje dzieci - dwa lata, trzy lata i pięć lat. „Nic mnie tu nie trzyma” – mówi ojciec wielu dzieci. „Naprawdę muszę się tam dostać”. Mam pełną świadomość, że mogą mnie tam zabić. Mój przyjaciel już tam poszedł. To motywujące, że te działania wojskowe już mają miejsce w Rosji, chciałbym, żeby to się szybko skończyło”.

(...)

Walery Pawłowicz swój pierwszy kontrakt podpisał w 2016 roku, następnie pracował na budowie, potem w taksówce, a potem znowu na budowie. „Nastąpił przełom w obwodzie kurskim - i zdecydowałem się pojechać. Wydaje mi się, że mam doświadczenie i doskonale zdaję sobie sprawę z pełnej skali ryzyka? Wątpię. Gdybym był bardziej świadomy, nie kręciłbym się teraz tutaj.

Ale moim pierwszym problemem są finanse. No cóż, niektórym może się to wydawać śmieszne, ale ja naprawdę kocham swoją ojczyznę. Czy uważam, że wojna jest sprawiedliwa? Nie wiem, to się już zaczęło... Moim zdaniem można było to zrobić, ale ktoś tam wie lepiej ode mnie, ja wiem mniej... Ale skoro to się stało, to trzeba dobrnąć do końca, ale tego nawet jeszcze nie widać...Chciałbym wrócić”.

(...)

Instalator Ivan nie ukrywa, że chce zarabiać więcej. „Co sądzę o wojnie? Tak, nawet o tym nie myślałem. To krok polityczny i nie do mnie należy o tym decydowanie. Może sprawiedliwe, może niesprawiedliwe. Ale pensje w Rosji są niewielkie, wydaje się, że jesteś wykształcony i oczytany, pracujesz, ale nie ma pieniędzy. Gdybym w czasie pokoju zarabiał 200 tysięcy, nie poszedłbym na żadną wojnę. Ale to nie my zarządzamy pieniędzmi w kraju. Są ludzie, którzy podejmują za nas decyzje, to nie zależy od nas. Czy poszedłem na wybory? Byłem tam kilka razy. Ostatnim razem głosowałem na Putina.

(...)

Sklepikarz Dmitry wypił wczoraj Bałtyckie „zero” i butelkę wódki. Jego brat jest już na wojnie, ale nie ma własnego mieszkania, a z siostrą pokłócił się: „Wyrzuciła mnie i nie ma w ogóle gdzie mieszkać”.

(...)

Inną przyczyną odmowy jest poważne uzależnienie od narkotyków, zauważalne podczas rozmowy kwalifikacyjnej i sprawdzane przez psychiatrę. Patrzą też na tatuaże. Do centrum nie przychodzą osoby z modną obfitością wzorów na ciele; większość kandydatów ma jeden lub dwa tatuaże wykonane w wojsku lub w strefie. Gwiazdy, rozeta, „Cały świat jest u moich stóp” po łacinie, „Tylko Bóg ma prawo mnie sądzić”. Podczas gdy „Wierstka” komunikowała się z tymi, którzy chcieli podpisać kontrakt, do centrum przyszedł jeden mężczyzna ze swastyką na nodze, a drugi z numerami 14/88 na ramieniu. „Myśleliśmy, żeby im odmówić” – przyznaje jeden z pracowników. „Ale obaj byli już w Północnym Okręgu Wojskowym, obaj służyli w Wagnerze, przywieźli medale za schwytanie Bachmuta i fotografie”.

(...)

Jak przyznają sami pracownicy centrum, ich zadaniem jest wysłanie wszystkich na wojnę. „Jeszcze nikomu nie odmówiłem, powiem tak. Dlaczego? Cóż, wydaje mi się to dziwne, ktoś chce umrzeć za Putina, dlaczego mam go powstrzymywać? Odwrotnie. Widzę kogoś, kto chce umrzeć. Byłoby dziwnie, gdybym powiedział: nie, idź do pracy jako ochroniarz”.

verstka.media

czwartek, 31 października 2024



– Spotykał się pan z Łukaszenką… Czy może nam Pan opowiedzieć o tych spotkaniach?

Mariusz Maszkiewicz, ambasador RP na Białorusi (1998-2002): – Moja ostatnia rozmowa z Łukaszenką miała miejsce w czerwcu 2002 roku, to było takie pożegnalne spotkanie… Miałem już wyjeżdżać i nagle Łukaszenka przyjechał z Moskwy, wściekły… To było to słynne spotkanie, kiedy Putin powiedział przy dziennikarzach słynną frazę „muchy – osobno, kotlety – osobno”. Był zły [na Putina] i chyba chciał pokazać, że teraz będzie przyjacielem Polski. Akurat potrzebował mnie w tym momencie, dwa dni po tym spotkaniu z Putinem i zaprosił mnie na pożegnalną rozmowę: „Panie ambasadorze, pan wyjeżdża, ale zawsze może pan do nas przyjechać, jest pan przyjacielem Białorusi, wiem o pana pracy tutaj”. Potem, kiedy kamery zniknęły, a dziennikarze wyszli, odbyliśmy rozmowę w cztery oczy, trwała około 45 minut. Powiedziałem mu, by brał przykład z Rosji – tam jest demokracja, gospodarka się rozwija. A on spojrzał na mnie i odpowiedział: „Panie ambasadorze, myli się pan, nie wie pan, kim jest Putin, ale jeszcze pan zobaczy, jakim jest człowiekiem”.

Napisałem wtedy raport do Warszawy z tej rozmowy. Myślę, że była to najciekawsza depesza w mojej pracy dyplomatycznej.

– Co się w niej znalazło?

– Przewidywania co do przyszłości Putina, do czego on się posunie, że będzie gorszy od Łukaszenki. On [Łukaszenka] się go wtedy bał. Trząsł się przed nim ze strachu.

– Co jeszcze powiedział o Putinie?

– Że być może my nie podejrzewamy go [Putina] o morderstwa, ale on wie coś o tym. Powiedział, żeby przyglądać się sytuacji w Rosji, że tam nie ma granic i nie ma hamulców.

– Ciekawe, że w 2002 roku mówił takie rzeczy, a 20 lat później rozpoczął wojnę z Putinem przeciwko Ukrainie.

– Cóż, sam się zagnał w kozi róg, nie miał wyjścia, znalazł się pod ścianą jak szczur. Ludzie wierzyli, że będzie w stanie prowadzić niezależną politykę, ale okazało się, że nie.

– Mówi się czasem, że Łukaszenka jest najlepszym gwarantem białoruskiej niepodległości w dzisiejszych warunkach. Czy jest on dziś w stanie przeciwstawić się Putinowi?

– Wydaje mi się, że ten problem przeszedł na inny poziom.

- Dla Putina nie ma znaczenia, w jakim stopniu Białoruś jest teraz suwerenna. Białoruś stała się częścią tego systemu, częścią wojny, częścią rosyjskiej gospodarki. Stało się to stopniowo… Łukaszenka oddawał po kawałku…

A jednak nadal ma coś do zaoferowania, ponieważ wciąż jeszcze jest suwerenność i jednocześnie jej nie ma. Bardzo podoba mi się białoruska formuła: „tak czy siak” – nie wiesz, czy stoisz na prawej, czy na lewej nodze, a może trochę na prawej, trochę na lewej. To bardzo ciekawa formuła, niezrozumiała dla naszej zachodniej mentalności. Ale na Białorusi ludzie nauczyli się z tym żyć: liczne wojny, okupacje pokazały, że trzeba zachować życiową substancję, umieć ukryć swoje przekonania i swoje myślenie przed wrogiem. To jest niezrozumiałe dla Litwina czy Polaka, ale ja to rozumiem.

(...)

– Stosunki polsko-białoruskie praktycznie nie istnieją po tym, jak Łukaszenka rozpoczął hybrydowy atak. Andrzej Poczobut siedzi w więzieniu, Andżelika Borys została zwolniona, ale może znowu tam trafić, nie ma żadnych gwarancji. Czy uważa Pan, że Polska ma jakąkolwiek możliwość wpłynięcia na to, co dzieje się teraz na Białorusi?

– Obawiam się, że politycy nie mają na to wpływu, a urzędnicy różnych polskich struktur po prostu boją się eskalacji, to zrozumiałe. Oczywiście zawsze trudno jest podejmować decyzje, ale doradzałbym ostrzejszą politykę w odniesieniu do tego, co jest teraz najważniejsze dla Łukaszenki – roli pośrednika w handlu z Chinami. Znamy nazwy niemieckich firm, które dostarczają sprzęt, maszyny dla rosyjskiego kompleksu wojskowego. Przywożą je do Turcji, tam zmieniane są naklejki, a towary transportowane są do Rosji. To po prostu przerażające. Powinniśmy zamknąć cały handel z Białorusią, zlikwidować wszystkie możliwości, odciąć dopływ tlenu. Ale to wymaga odwagi.

– W białoruskich siłach demokratycznych są osoby, które twierdzą, że wydarzenia z 2020 roku były błędem, ponieważ zniszczyły nawet tę przestrzeń wolności, która uformowała się na Białorusi wewnątrz dyktatury w latach 2015-2020. Co Pan o tym sądzi?

– Od początku był to dla mnie projekt rosyjski. Wszyscy ci blogerzy… Babaryka… (Wiktar Babaryka, jeden z kandydatów w wyborach prezydenckich 2020, obecnie więzień polityczny – belsat.eu) Nie wiem, po prostu uważam to za możliwą opcję, ale nie wiem na pewno. Te projekty mogły mieć na celu osłabienie Łukaszenki. Byłem bardzo sceptyczny od samego początku, ale kiedy ludzie wyszli spod kontroli tych politycznych technologów, którzy chcieli kontrolować proces za dwa miliony dolarów… To jak trawa wyrastająca spod asfaltu. Pojawiła się białoruska flaga, pojawił się białoruski język. To oznacza, że ta idea narodowa jest bardzo silna.

– A dlaczego tak niewielu urzędników poparło naród? Było oczywiste, że Łukaszenka przegrał. Widzieli protokoły, widzieli kolejki do głosowania, których nigdy w historii Białorusi nie było.

– To nie tak, że nie poparli, oni się bali. Nie chcę teraz wystawić urzędnika, z którym miałem kontakty. Ale proszę mi wierzyć: byli po stronie ludzi, ale po prostu się bali i milczeli. Czekali na rozwój wydarzeń.

Łukaszenka jest maniakiem władzy, wyników wyborów, człowiekiem, który czuje wszystko opuszkami palców i wie, co i jak zrobić. To polityk, który ma to swoim kodzie genetycznym, jest zwierzęciem politycznym.

x.com/Bielsat_pl


Chińskie roszczenia sięgają 1947 r. i zostały zgłoszone przez rząd Republiki Chińskiej, a następnie w pełni podtrzymane przez ChRL, po jej utworzeniu w 1949 r. Pekin dąży do ustanowienia na obszarze ok. 80% Morza Południowochińskiego (zakreślonym na pierwszej opublikowanej mapie roszczeń przerywaną „linią dziewięciu kresek” – stąd nazwa) de facto morza terytorialnego. Roszczenia wysuwane wobec Filipin obejmują praktycznie całą ich wyłączną strefę ekonomiczną, a na niektórych odcinkach nachodzą również na morze terytorialne tego państwa (...).

Po dojściu do władzy Xi Jinpinga w 2012 r. nastąpiła intensyfikacja działań ChRL na Morzu Południowochińskim. Pekin nie tylko zajmuje kolejne obszary lądowe (rafy, atole, mielizny itp. – formacje, które zgodnie z Konwencją NZ o prawie morza nie są wyspami), lecz także tworzy sztuczne wyspy, gdzie buduje bazy wojskowe – w sumie mają one powierzchnię ok. 13 km2. Na niektórych nieokupowanych atolach Chińczycy zainstalowali ruchome podwodne przeszkody, które bronią wejścia do tych naturalnych portów. Pekin próbuje egzekwować wokół okupowanych obiektów prawa przynależne morzu terytorialnemu i WSE. Chińska straż wybrzeża blokuje dostęp rybakom czy statkom badawczym innych państw do całości spornego akwenu. Oddziały tzw. morskiej milicji ludowej nękają jednostki straży wybrzeża pozostałych krajów nadbrzeżnych. Obecnie w zasadzie każdy tydzień przynosi informacje o nowych incydentach, które przybierają coraz ostrzejszą formę. Coraz częściej dochodzi również do bezpośrednich interakcji między stronami. Używane są m.in. armatki wodne, mają też miejsce przypadki taranowania okrętów. Istnieje uzasadniona obawa, że jest kwestią czasu, kiedy działania te poskutkują ofiarami w ludziach.

Uzyskanie kontroli nad wschodnią częścią Morza Południowochińskiego ma także ogromne znaczenie dla Pekinu w kontekście zdobycia zdolności do zbrojnego przejęcia w przyszłości wyspy Tajwan. Cieśnina Luzon, oddzielająca Filipiny od Tajwanu, może stanowić jedną z dwóch głównych dróg zaopatrzenia wyspy – druga prowadzi z japońskiej wyspy Ishigaki. Połączenie czynników politycznych, strategicznych i ekonomicznych (dostęp do zasobów naturalnych, zob. mapa) powoduje, że przywódcy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) nie mogą wycofać się z pretensji terytorialnych w regionie.

W 1994 r. ChRL zajęła rafę Mischief, ok. 150 mil morskich od Filipin, gdzie zbudowano sztuczną wyspę i ogłoszono ustanowienie wokół niej morza terytorialnego. Była to pierwsza zdobycz Pekinu kosztem wyłącznej strefy ekonomicznej tego kraju. W 2012 r. Chiny przejęły kontrolę nad ławicą Scarborough, położoną 132 mile morskie od filipińskiej wyspy Luzon, natomiast we wrześniu 2024 r. – nad ławicą Sabina, niecałe 80 mil morskich od filipińskiego brzegu (zob. mapa). Filipińczycy wciąż kontrolują drugą ławicę Thomas, gdzie unieruchomili na mieliźnie stary okręt „Sierra Madre”, ale Chińczycy utrudniają na wszelkie sposoby jego zaopatrywanie i naprawy. Zwiększanie liczby i zakresu incydentów prowokowanych przez chińskie jednostki sugeruje, że przywódcy ChRL nie są gotowi na żaden kompromis z pozostałymi państwami nadmorskimi i dążą do ich zastraszenia.

Można zaryzykować stwierdzenie, że z perspektywy Pekinu obecne działania są oceniane jako sukces i budzą w kierownictwie KPCh przekonanie, że wygrywają oni tę niewypowiedzianą konfrontację – zwłaszcza że systematycznie przejmują kontrolę nad kolejnymi obszarami Morza Południowochińskiego. Równocześnie w mniej lub bardziej zawoalowany sposób wyrażają oczekiwanie, że Filipiny rozluźnią więzi z USA. Wydaje się, że przywódcy ChRL nie dostrzegają nie tylko sprzeczności między tymi celami, lecz także faktu, że taka polityka wręcz przybliża Manilę do Waszyngtonu. Możliwe również, że drogę do neutralizacji Filipin widzą w ich zastraszaniu i pokazywaniu braku skutecznych działań USA, które mogłyby powstrzymać Pekin.

KPCh uczyniła dążenie do „odzyskania” rzekomych chińskich terytoriów jednym z filarów legitymizacji swej władzy. Odstąpienie od tych wysiłków i uznanie filipińskich praw do WSE na bazie UNCLOS jest więc niemożliwe z powodów wewnętrznych. Bardzo ogólne obietnice współpracy gospodarczej w zamian za pogodzenie się z chińskimi roszczeniami nie mogą wpłynąć na zmianę postawy Manili z podobnych powodów – nie zostałoby to bowiem zaakceptowane przez filipińską opinię publiczną. W konsekwencji polityka Chin wobec Filipin stanowi chaotyczne połączenie z jednej strony eskalacyjnej presji militarnej, której oczekuje nacjonalistycznie nastawione chińskie społeczeństwo i część aparatu partyjno-państwowego, z drugiej zaś – obietnic bliżej niezdefiniowanych korzyści gospodarczych dla Filipin w przypadku uznania pretensji terytorialnych ChRL.

(...)

Niepowodzenie ścieżki prawnomiędzynarodowej zachęciło kolejnego prezydenta Filipin – Dutertego – do podjęcia próby znalezienia kompromisu z Xi Jinpingiem, z którym nawiązał też dobre relacje osobiste. Sprzyjały temu skłócenie Dutertego z Amerykanami na tle przestrzegania praw człowieka na Filipinach oraz oskarżenia pod jego adresem o autorytarne inklinacje. Z perspektywy czasu wydaje się, że początkowe lata jego administracji stanowiły dla Pekinu najlepszą okazję, aby wciągnąć Manilę w chińską orbitę wpływów. Przywódca Filipin był prawdopodobnie nawet gotowy na wycofanie się z EDCA i ogłosił polityczną „separację” kraju od USA.

Duterte był pierwszym filipińskim prezydentem, który wybrał Pekin jako cel swojej inauguracyjnej podróży zagranicznej. Podczas wizyty w październiku 2016 r. Chiny zaoferowały Filipinom inwestycje w wysokości 24 mld dolarów, w tym duże projekty infrastrukturalne w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku. Później strony omawiały ideę połączonych patroli na spornych akwenach i program ochrony łowisk przed nadmierną eksploatacją. Obietnice wspólnego wydobycia zasobów w spornych obszarach czy ogromnych chińskich inwestycji pozostały jednak niespełnione. ChRL uruchomiła tylko dwa z zapowiadanych projektów infrastrukturalnych: most i system irygacyjny w jednej lokalizacji.

W tym samym czasie nadzieje Pekinu i samego Dutertego na pobudzenie antyamerykańskich nastrojów na Filipinach nie spełniły się. Działania ChRL na Morzu Południowochińskim doprowadziły wręcz do wzrostu antychińskiego nastawienia w tamtejszym społeczeństwie. Wydaje się, że elity chińskie – podobnie jak kremlowskie wobec Ukraińców przed 2022 r. – oparły swoje oczekiwania na własnych projekcjach, głównie na marksistowskich antykolonialnych kalkach. Przywódcy KPCh byli przekonani, że ze względu na kolonialną przeszłość Filipin w państwie tym łatwo można wykorzystać antyamerykańskie nastroje i rozerwać sojusz filipińsko-amerykański. Pekin zinterpretował na przykład opuszczenie archipelagu przez wojska USA w 1991 r. jako klęskę Stanów Zjednoczonych, a nie efekt normalizacji relacji między Manilą a Waszyngtonem.

W 2019 r. i na początku 2020 r. Chiny otoczyły wysepkę Thitu – od 1971 r. kontrolowaną przez Filipiny, ale co do której pretensje roszczą sobie ChRL, Tajwan i Wietnam – setkami kutrów tzw. morskiej milicji ludowej w celu uniemożliwienia modernizacji pasa startowego. Następnie upoważniły swoją straż przybrzeżną do ostrzeliwania w razie potrzeby zagranicznych statków, a w marcu ponad 200 kutrów milicji zacumowało na spornej rafie Whitsun. W konsekwencji Duterte zapoczątkował pod koniec kadencji powrót do tradycyjnej, proamerykańskiej orientacji polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

(...)

Filipiny, byłe terytorium zależne, a de facto amerykańska kolonia, od uzyskania pełnej niepodległości w 1946 r. są jednym z najstarszych sojuszników USA. Traktat o wzajemnej obronie między Stanami Zjednoczonymi a Republiką Filipin został podpisany w 1951 r. i zobowiązuje strony do wzajemnego wsparcia w przypadku ataku innego państwa zarówno na terytorium, jak i na siły zbrojne, ale też statki i samoloty służby cywilnej w regionie Pacyfiku. Filipiny są postrzegane przez okoliczne państwa jako miernik wpływów Waszyngtonu na Indo-Pacyfiku. Dla Pekinu rozerwanie tych więzi byłoby znaczącym sukcesem politycznym i strategicznym. Niemniej polityka ChRL wobec Filipin wiąże się nierozerwalnie z kwestią Morza Południowochińskiego i pretensji terytorialnych w ramach „linii dziewięciu kresek”.

Ofensywne operacje na Morzu Południowochińskim wpisują się w szereg działań Chin na arenie międzynarodowej, jak te prowadzące do napięć z Indiami czy Japonią, które są odbierane przez państwa Indo-Pacyfiku jako dążenie do uzyskania regionalnej dominacji. Reakcją na to jest z jednej strony kooperacja dwustronna w sferze bezpieczeństwa z Waszyngtonem, z drugiej zaś rosnący poziom współpracy regionalnej obejmującej również Filipiny. W maju 2024 r. oficjalnie potwierdzono działanie grupy państw zwanej „Squad”, obejmującej Stany Zjednoczone, Australię, Japonię i Filipiny. Prowadzą one wspólne patrole morskie w WSE Filipin. Wcześniej powstały też dwa nieformalne sojusze: w 2007 r. Czterostronny Dialog ds. Bezpieczeństwa (Quadrilateral Security Dialogue, QUAD), skupiający Indie, Australię, Japonię i USA, a w 2021 r. partnerstwo Australii, Wielkiej Brytanii i USA (AUKUS). Grupa państw Pacyfiku – Australia, Japonia, Korea Południowa i Nowa Zelandia – zwana nieformalnie AP4 zawiązała partnerstwo z NATO.

Wspólnym i niezbędnym elementem tych inicjatyw pozostają Stany Zjednoczone. Mimo odnowienia systemu sojuszy w regionie wydają się one niezdolne do powstrzymania postępów ChRL poniżej progu wojny, chociaż poczyniły szereg kroków, aby wzmocnić dwustronne porozumienia obronne z Filipinami. Przy zachowaniu wszystkich różnic pomiędzy działaniami na morzu i na lądzie, a także przy uwzględnieniu innego stanu sojuszy wojskowych, przypomina to sytuację na Ukrainie po aneksji Krymu w 2014 r., a przed pełnoskalową inwazją Rosji na ten kraj. Pomimo zmian kolejnych administracji w Waszyngtonie wciąż dominuje podejście do sytuacji w Azji Wschodniej zdefiniowane przez prezydenta Baracka Obamę (2008–2016). Zakłada ono potwierdzenie nienaruszalności suwerenności Filipin i deklarowanie gotowości USA do ich obrony zgodnie z zobowiązaniami traktatowymi. Z drugiej strony Waszyngton nie chce prowadzić mediacji między stronami i nie jest gotowy do bezpośredniego reagowania na chińskie prowokacje tak długo, jak ChRL nie prowadzi otwartej agresji. Administracja Obamy wykazała się przy tym dużą dozą naiwności nie tylko wobec Rosji (polityka resetu), lecz także Chin, gdy prezydent USA uwierzył w zapewnienia Xi Jinpinga z 2015 r., że Pekin nie będzie militaryzował sztucznych wysp budowanych na Morzu Południowochińskim. Mimo to do 2022 r. Chińczycy zmilitaryzowali ich siedem.

(...)

Choć wydaje się, że obecnie strony są zdecydowane na utrzymanie stanu poniżej progu wojny, to istnieje realna groźba, że wydarzenia wymkną się spod kontroli. Filipiny pozostają traktatowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a na ich terytorium stacjonują wojska amerykańskie. Sprawia to, że decyzja o otwartej wojnie z Filipinami jest dla Pekinu o wiele trudniejsza, niż dla Moskwy wydanie rozkazu o pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby to wojnę z USA i ich sojusznikami, ponieważ Waszyngtonowi udała się rewitalizacja systemu sojuszy w regionie.

Trudno uniknąć pytań, czy dotychczasowe doświadczenia, przede wszystkim brak poważnych konsekwencji jawnego pogwałcenia przez Pekin prawa międzynarodowego i ignorowania wyroku Trybunału Arbitrażowego z Hagi, nie przesądzą o dalszej eskalacji sporu. W decyzjach przywódców KPCh ponownie coraz większą rolę odgrywa ideologia, która stanowi mieszankę marksizmu i nacjonalizmu. Zgodnie z nią nie tylko starcie z Zachodem jest nieuniknione, lecz także przesądzony jest schyłek Zachodu. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku działań Kremla na przestrzeni ostatnich dekad, może to nasilić przekonanie Chin, że USA są długofalowo niezdolne do obrony status quo w dziedzinie bezpieczeństwa w Azji. W konsekwencji może to zachęcić Pekin do posunięć wykraczających skalą poza te aktualnie przezeń podejmowane.

Istotnymi czynnikami pozostają również przebieg i nieznane dzisiaj rozstrzygnięcie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Można założyć, że przykład Ukrainy działa na Xi Jinpinga i jego otoczenie odstraszająco. Fakt, że konflikt zbrojny trwa już trzeci rok, a Rosja wciąż nie spotkała się z pełną mobilizacją Zachodu, potwierdza jednak głęboko ugruntowane w Pekinie przekonanie, że Zachód nie będzie zdolny do długotrwałych zmagań. Z perspektywy ChRL brak zdecydowanego oporu wobec jej akcji na Morzu Południowochińskim też o tym świadczy.

Bezspornie postępy Chin w rozszerzaniu swojej kontroli na Morzu Południowochińskim nie tylko przyczyniają się do budowy ich pewności siebie, lecz także zachęcają je do pogłębiania de facto sojuszu chińsko-rosyjskiego. Strategicznie przekształca się on z relacji czysto defensywnej – reżimy autorytarne czują się zagrożone przez demokratyczne państwa Zachodu i są przekonane, że te dążą do ich obalenia – w sojusz rewizjonistyczny, zmierzający do aktywnego przebudowania porządku światowego. Wydaje się, że elementem kalkulacji chińskich przywódców jest wiara, że w dalszej perspektywie, w konsekwencji kolejnych zdobyczy terytorialnych Pekinu na Morzu Południowochińskim, słabnąć będzie również wartość amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa – nie tylko w regionie Indo-Pacyfiku, lecz także w skali globalnej. Można się spodziewać, że zachęci to regionalne państwa rewizjonistyczne, jak Iran czy Korea Północna, do asertywniejszych działań. Rozproszenie zaś sił amerykańskich jest celem Pekinu, ponieważ doprowadzi do dalszego osłabienia determinacji obrony zarówno Filipin, jak i Tajwanu.

osw.waw.pl