sobota, 2 listopada 2024



Artūras Paulauskas w 2016 r. jest szefem parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Litwy. Rosja właśnie odebrała Ukrainie Krym, w Donbasie trwa wojna. Polityk udziela głośnego wywiadu: ujawnia, że rosyjscy dywersanci rok wcześniej mogli w ramach ćwiczeń przekroczyć litewską granicę przy kurorcie Juodkrantė. Już wcześniej w raporcie litewskiego wywiadu padają oskarżenia o infiltrację Litwy przez Rosję.

Paulauskas:  – Chciałem dać drugiej stronie do zrozumienia, że wiemy o ich działaniu, że nie śpimy (…) Tłumaczyłem wszystkim wokół, że odprężenie się skończyło, że musimy wzmocnić wywiad, obronę i wydawać na to więcej pieniędzy.

Według źródeł LRT, naszego litewskiego partnera, w 2015 r. w Juodkrantė mogli wylądować sabotażyści z 561 Morskiej Stacji Rozpoznawczej GRU (przemianowanej później na 390) ze wsi Parusnoje. Port w litewskiej Kłajpedzie i strategiczne obiekty na wybrzeżu Bałtyku to miejsca kluczowe dla operacji NATO – i dla rosyjskiego wywiadu oraz ataków sabotażystów.

Według źródeł w litewskim wojsku grupa płetwonurków z Parusnoje trenuje w rosyjskiej części Mierzei Kurońskiej (w miejscowościach Lesnoj, Rosity a także w Morskoje, pod granicą z Litwą). Ludzie z jednostki GRU są szkoleni do pracy na terytorium wroga – muszą umieć identyfikować punkty, które umożliwią sabotaż, monitorować logistykę i łańcuchy dostaw NATO.

Morski specnaz z Parusnoje w teorii jest w stanie wtargnąć na terytorium Litwy i np. wysadzić infrastrukturę portową. Wykorzystując okręty podwodne grupa dywersantów może niezauważona wylądować na obrzeżach portu i przejąć nad nim kontrolę.

Grupa GRU ze wsi Parusnoje jest uważana dziś przez ekspertów za jedną z najbardziej niebezpiecznych jednostek Rosji w pobliżu granic z NATO.

Królewiec to nie tylko gniazdo sabotażu, ale także baza Iskanderów, rakiet krótkiego zasięgu, które Rosjanie zainstalowali po raz pierwszy przy granicy z Polską w 2016 r.

W lutym 2024 r., dwa lata po wybuchu wojny w Ukrainie, premier Donald Tusk objeżdża Berlin i Paryż. – Kwestia zagrożenia nuklearnego nie jest abstrakcją. Po ataku na Ukrainę Putin wielokrotnie używał tego argumentu. Usiłuje wywrzeć presję na Zachód – mówi szef polskiego rządu na konferencji z kanclerzem Olafem Scholzem.

Tusk podkreśla, że Rosja niedawno zmodernizowała arsenał atomowy. – Warszawa i Berlin znajdują się w zasięgu rosyjskich Iskanderów. To jest 100 głowic nuklearnych, może więcej. Z jakiegoś powodu zostały one zmodernizowane. Z jakiegoś powodu w ostatnim czasie pojawiło się ich tam więcej – mówi. 

Od jednego ze współpracowników Tuska słyszymy nieoficjalnie: – W tamtym czasie ciągle mówił o wojnie, dawno nie widziałem go tak przejętego. Wrócił właśnie ze Stanów, pesymistyczny co do rozwoju sytuacji. Na pewno dostawał szczegółowe raporty na temat tego, co dzieje się na granicach. 

Kilka miesięcy później, w czerwcu 2024 r., z podobnym przekazem występuje minister Radosław Sikorski. Na konferencji Odbudowy Ukrainy mówi:  – Federacja Rosyjska może przechowywać około 100 głowic nuklearnych w Kaliningradzie, co naraża Unię Europejską na realne ryzyko ataku. 

Minister przypomina, że rosyjskie rakiety już kilkakrotnie naruszyły polską przestrzeń powietrzną.

(...)

Co się stanie, jeśli Rosjanie zdecydują się na atak rakietowy? Andrzej Wilk, główny specjalista ds. wojskowych aspektów bezpieczeństwa międzynarodowego Ośrodka Studiów Wschodnich: – Mamy pociski do zestrzeliwania Iskanderów i międzykontynentalnych rakiet balistycznych. To, czy przenoszą ładunek nuklearny, nie ma znaczenia. Jesteśmy w trakcie tworzenia wielowarstwowego systemu obrony powietrznej. Jeśli zdążymy z planami, w Europie nie będzie silniejszego parasola antyrakietowego niż nasz. Pytanie, czy możliwości przeciwnika będą większe niż nasze możliwości obrony? Żeby odeprzeć zmasowany atak trzeba odpowiedniej liczby przeciwrakiet.

Wilk przyznaje, że najlepsza obrona przeciwrakietowa może zawieść, gdy dystans do celu jest nieduży. – Gwarancją sukcesu, jeżeli chodzi o obronę przed Iskanderami, jest zniszczenie wyrzutni, zanim zostaną odpalone. NATO ma wystarczająco dużo sił, żeby natychmiast zlikwidować systemy w obwodzie królewieckim – uważa ekspert.

(...)

Na ile prawdopodobny jest scenariusz inwazji na kraje bałtyckie? Według Wilka Rosja nie zdecyduje się na atak na NATO dopóki NATO jest dość silne, aby go odeprzeć. Rosjanom musiałaby sprzyjać sytuacja geopolityczna, bo atak na jeden z krajów NATO oznaczałby wojnę globalną o znacznie większej skali niż konflikt w Ukrainie.

Konrad Muzyka jest spokojny o granice NATO. Według niego niemal cała rosyjska produkcja zbrojeniowa zaspokaja potrzeby wojny na Ukrainie. Większość sił lądowych z Obwodu wyjechała na front: – Tak długo jak USA jest częścią NATO i nie ma problemów w Azji, możemy spać spokojnie. Nawet jeśli Ukraina przegra i Rosja przejmie połowę jej terytorium. Rosja wyjdzie z tej wojny bardzo osłabiona. Jej zdolności, zwłaszcza lądowe, będą w dużym stopniu przetrzebione. 

Mniej optymistyczne są scenariusze, w których Stany zajęte są wojną na Pacyfiku. Muzyka przypomina, że według doktryny obronnej NATO sojusznicy będą mieli przewagę powietrzną w przypadku konfliktu. – Zniszczymy obronę powietrzną Rosjan i nie będziemy potrzebować miliona pocisków artyleryjskich. Nasze samoloty są tak dokładne, że zniszczą siły naziemne wroga – mówi Muzyka. 

Co jeśli amerykańskie siły powietrzne będą zaangażowane gdzie indziej, na przykład w konflikt zbrojny między Chinami a Tajwanem? Muzyka: – Wtedy znajdziemy się w bardzo ciężkiej sytuacji.

frontstory.pl

piątek, 1 listopada 2024




Niedawno pojawiły się przykładowo informacje o sponsorowaniu wojny w Ukrainie przez Michaiła Fridmana. Wiadomo jednak, że najbardziej zasłużonymi na tym polu oligarchami byli nieżyjący już Jewgienij Prigożyn (którego Putin określił jako „rosyjskiego Sorosa”) oraz Małofiejew, nazywany (w kontraście do Prigożyna) „rosyjskim anty-Sorosem” i – ze względu na powiązania z hierarchami kościelnymi – „prawosławnym oligarchą”. 

Pierwszy z nich zorganizował słynną „farmę” trolli, a także jedną z najgłośniejszych firm najemniczych – Grupę Wagnera. Działająca od 2013 r. Agencja Badań Internetowych, znana jako petersburska „farma” trolli, dysponowała miesięcznym budżetem w wysokości 1 mln euro przeznaczonym na powielanie rosyjskiej propagandy wojennej oraz rozprzestrzenianie fake newsów radykalizujących postawy społeczne i polityczne.

Drugi zasłynął jako mecenas organizacji proxy, które używają zarówno „klasycznych”, jak i cyfrowych środków  aktywnych. Założył ośrodek analityczny „Katehon” (w jego radzie nadzorczej zasiada m.in. Dugin) oraz stowarzyszenie edukacji historycznej „Dwugłowy Orzeł”, jest też wiceprzewodniczącym Wszechświatowego Soboru Narodu Rosyjskiego. W 2015 r. odrestaurował pomnik Katarzyny II w Symferopolu, buduje również dwa parki tematyczne gloryfikujące rosyjską historię (w Moskwie i w Jałcie na Krymie). Działalność „charytatywną” finansuje za pośrednictwem Funduszu św. Wasilija Wielkiego. W 2014 r. sponsorował z niego ultrakonserwatywne prorosyjskie ruchy prawicowe w Europie – Austriacką Partię Wolności, bułgarską nacjonalistyczną Atakę, francuski Front Narodowy. W Republice Serbskiej wsparł prorosyjskiego prezydenta Milorada Dodika i wysłał służby bezpieczeństwa w mundurach kozackich na jego reelekcję. Wspomógł nieudany zamach stanu w Czarnogórze w 2016 r. Od 2014 r. przeciwko Małofiejewowi toczy się wszczęte przez Ukrainę postępowanie karne: oskarżono go o wspieranie separatyzmu i przekazywanie środków nielegalnym formacjom zbrojnym – był on formalnym pracodawcą Aleksandra Borodaja, pierwszego „premiera” samozwańczej tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DNR), oraz Igora Girkina, jej byłego „ministra obrony”.

Cyfrowe środki aktywne rozwija za pośrednictwem grupy medialnej Cargrad, założonej w 2015 r., aby wspierać informacyjnie rosyjskie działania w Donbasie. Wcześniej, od 2011 r., autoryzował powstanie wspomnianej już Ligi Bezpiecznego Internetu (LBI) – organizacji okołorządowej wspomagającej w praktyce cenzurę Runetu. Jej organem założycielskim był Fundusz św. Wasilija Wielkiego. Małofiejew jako pierwszy zajął fotel prezesa zarządu LBI, a przewodniczącym jej rady nadzorczej został doradca prezydenta Szczegolew. Początkowo stowarzyszenie miało się zajmować monitoringiem stron propagujących ekstremizm, homoseksualizm, pornografię dziecięcą i pedofilię, lecz szybko okazało się, że przydaje się też jako platforma rozpowszechniająca treści odpowiednie z punktu widzenia władz i zwalczająca te niekorzystne dla rządzących.

(...)

W 2022 r., po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę, LBI skoncentrowała się na wykrywaniu antywojennych wpisów. Zaskarżyła Wikipedię o rozpowszechnianie „fejków” i zażądała usunięcia haseł „Rzeź w Buczy” czy „Ostrzał szpitala w Mariupolu”. Ambicją nowej dyrektorki stowarzyszenia stało się nie tylko „oczyszczenie” rosyjskiego internetu z antykremlowskich przekazów, lecz także wychowanie młodego pokolenia w duchu putinizmu. Ewidentnie w związku z agresją na Ukrainę LBI zreorganizowano: dotychczasowi sponsorzy – operatorzy łączności i komunikacji cyfrowej (Rostelekom, Megafon, Wympiełkom, MTS) oraz firmy informatyczne (m.in. Kaspersky Lab) opuściły ją w lutym 2022 r.77 W efekcie jej status uległ zmianie: obecnie przedstawia się ona jako organizacja „założona w 2011 r. przy wsparciu MSW, Ministerstwa Łączności oraz Komitetu Dumy ds. Rodziny, Kobiet i Dzieci”, co de facto oznacza, że będzie finansowana z funduszy państwowych.

Jolanta Darczewska - Zawładnąć umysłami i urządzić świat


W rozmowach z tymi, którzy chcą iść na wojnę, można usłyszeć jeszcze jeden powód ich decyzji. To nadzieja, że uda im się w życiu choć coś osiągnąć, osiągnąć chociaż jeden cel. „Większość ich motywacji bierze się z faktu, że są przegrani” – mówi jeden z pracowników socjalnych ośrodka. — Dla nich przeżycie wojny to jeden z niewielu celów w życiu, które można faktycznie osiągnąć. Tak mówią: mam 35 lat, jestem kompletnym frajerem, to moja ostatnia szansa”.

(...)

Psychologowie nazywają ten problem „przegranym społecznym”, „pragnieniem przynajmniej pewnego sukcesu narzuconego przez społeczeństwo patriarchalne”, „pragnieniem samorealizacji, gdy nie ma innych wind społecznych”. „Ludzie w mediach społecznościowych mają kult osiągnięć i uważamy, że każdy, kurwa, odnosi sukces. Ale twarda rzeczywistość życia w Rosji i na świecie jest taka, że wszystko jest kompletnym bałaganem. I to wydaje się normalne” – mówi jedna z pracownic socjalnych. - Można się totalnie osrać, za dużo wypić, rozleniwić się, schrzanić, nie wyszło wam w związku, nie macie rodziny, leżycie latami i gracie na komputerze. A potem proponują ci – czy chcesz zagrać w inną grę? Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że coś pójdzie nienormalnie. Ale jednocześnie będziesz miał pieniądze, zawód, status, szacunek i uwagę społeczeństwa. I oczy im się świecą.”

(...)

Pracownicy punktu selekcji na Timiryazevskiej mówią, że prawie połowa osób chcących podpisać kontrakt w Moskwie odbywała karę w koloniach pod różnymi zarzutami, od rabunku w latach 90. po sprzedaż narkotyków w latach 20. Dla wielu z nich służba i stopień wojskowy są sposobem na naprawienie „błędów młodości”. „Usunięcie piętna bycia przestępcą to bardzo silna motywacja” – mówi jeden z prawników pracujących w ośrodku. „Tak mówią: nie chcę, aby mój termin był problemem dla moich dzieci”. Dokończenie wyroku to dla nich bzdura, ale wykreślenie karalności jest dla nich bardzo fajne. A co jeśli moje dzieci będą chciały służyć w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych? Oznacza to, że postrzegają swoją poprzednią decyzję jako błędną, ale teraz chcą, aby wszystko było prawidłowe. Właściwą rzeczą jest iść na wojnę.

(...)

Victor jest weteranem drugiej wojny czeczeńskiej. „Nie jestem w tym dla pieniędzy. Żona płacze, ale chyba muszę już iść. To nie młodzi ludzie mają walczyć. No bo dlaczego ja tu jeszcze siedzę, starszy pan, a tam walczą młodzi, którzy kobiet jeszcze nawet nie widzieli...” Trzy pytania później okazuje się, że syn Wiktora spędził na wojnie siedem miesięcy, wrócił i popełnił samobójstwo. Powiesił się za miastem, po przesłaniu żonie geolokalizacji. Została z dwójką dzieci – trzecioklasistą i dziesięciomiesięcznym chłopcem. „No cóż, pochowałem go i postawiłem pomnik. I tak pójdę.

(...)

Siergiej Waleriewicz, sklepikarz, dziewięć lat nauki. „Dlaczego podpisuję umowę? Pojechało tam wielu znajomych, a ja byłem z nimi dla towarzystwa. Czy mam uczucia patriotyczne? Nie, nie, po prostu mam wielu znajomych i jestem z nimi dla towarzystwa. Ostatni raz piłem alkohol wczoraj. Rozumiem ryzyko, rozumiem wszystko. Dosłownie codziennie czytam o stratach. Co zrobię po powrocie? Tak, nie wiem, czy wrócę, czy nie... No cóż, mam dzieci, mam rodzinę... Żonie to nie przeszkadza...”

(...)

Vadim jest zastępcą brygadzisty w fabryce, pracuje za 50 tysięcy rubli miesięcznie. „Zamierzam poprawić się finansowo, a nie zabijać ludzi. Mam nadzieję, że uda nam się to zrobić w ciągu roku lub półtora i wrócimy”.

Nikołaj ma troje dzieci - dwa lata, trzy lata i pięć lat. „Nic mnie tu nie trzyma” – mówi ojciec wielu dzieci. „Naprawdę muszę się tam dostać”. Mam pełną świadomość, że mogą mnie tam zabić. Mój przyjaciel już tam poszedł. To motywujące, że te działania wojskowe już mają miejsce w Rosji, chciałbym, żeby to się szybko skończyło”.

(...)

Walery Pawłowicz swój pierwszy kontrakt podpisał w 2016 roku, następnie pracował na budowie, potem w taksówce, a potem znowu na budowie. „Nastąpił przełom w obwodzie kurskim - i zdecydowałem się pojechać. Wydaje mi się, że mam doświadczenie i doskonale zdaję sobie sprawę z pełnej skali ryzyka? Wątpię. Gdybym był bardziej świadomy, nie kręciłbym się teraz tutaj.

Ale moim pierwszym problemem są finanse. No cóż, niektórym może się to wydawać śmieszne, ale ja naprawdę kocham swoją ojczyznę. Czy uważam, że wojna jest sprawiedliwa? Nie wiem, to się już zaczęło... Moim zdaniem można było to zrobić, ale ktoś tam wie lepiej ode mnie, ja wiem mniej... Ale skoro to się stało, to trzeba dobrnąć do końca, ale tego nawet jeszcze nie widać...Chciałbym wrócić”.

(...)

Instalator Ivan nie ukrywa, że chce zarabiać więcej. „Co sądzę o wojnie? Tak, nawet o tym nie myślałem. To krok polityczny i nie do mnie należy o tym decydowanie. Może sprawiedliwe, może niesprawiedliwe. Ale pensje w Rosji są niewielkie, wydaje się, że jesteś wykształcony i oczytany, pracujesz, ale nie ma pieniędzy. Gdybym w czasie pokoju zarabiał 200 tysięcy, nie poszedłbym na żadną wojnę. Ale to nie my zarządzamy pieniędzmi w kraju. Są ludzie, którzy podejmują za nas decyzje, to nie zależy od nas. Czy poszedłem na wybory? Byłem tam kilka razy. Ostatnim razem głosowałem na Putina.

(...)

Sklepikarz Dmitry wypił wczoraj Bałtyckie „zero” i butelkę wódki. Jego brat jest już na wojnie, ale nie ma własnego mieszkania, a z siostrą pokłócił się: „Wyrzuciła mnie i nie ma w ogóle gdzie mieszkać”.

(...)

Inną przyczyną odmowy jest poważne uzależnienie od narkotyków, zauważalne podczas rozmowy kwalifikacyjnej i sprawdzane przez psychiatrę. Patrzą też na tatuaże. Do centrum nie przychodzą osoby z modną obfitością wzorów na ciele; większość kandydatów ma jeden lub dwa tatuaże wykonane w wojsku lub w strefie. Gwiazdy, rozeta, „Cały świat jest u moich stóp” po łacinie, „Tylko Bóg ma prawo mnie sądzić”. Podczas gdy „Wierstka” komunikowała się z tymi, którzy chcieli podpisać kontrakt, do centrum przyszedł jeden mężczyzna ze swastyką na nodze, a drugi z numerami 14/88 na ramieniu. „Myśleliśmy, żeby im odmówić” – przyznaje jeden z pracowników. „Ale obaj byli już w Północnym Okręgu Wojskowym, obaj służyli w Wagnerze, przywieźli medale za schwytanie Bachmuta i fotografie”.

(...)

Jak przyznają sami pracownicy centrum, ich zadaniem jest wysłanie wszystkich na wojnę. „Jeszcze nikomu nie odmówiłem, powiem tak. Dlaczego? Cóż, wydaje mi się to dziwne, ktoś chce umrzeć za Putina, dlaczego mam go powstrzymywać? Odwrotnie. Widzę kogoś, kto chce umrzeć. Byłoby dziwnie, gdybym powiedział: nie, idź do pracy jako ochroniarz”.

verstka.media

czwartek, 31 października 2024



– Spotykał się pan z Łukaszenką… Czy może nam Pan opowiedzieć o tych spotkaniach?

Mariusz Maszkiewicz, ambasador RP na Białorusi (1998-2002): – Moja ostatnia rozmowa z Łukaszenką miała miejsce w czerwcu 2002 roku, to było takie pożegnalne spotkanie… Miałem już wyjeżdżać i nagle Łukaszenka przyjechał z Moskwy, wściekły… To było to słynne spotkanie, kiedy Putin powiedział przy dziennikarzach słynną frazę „muchy – osobno, kotlety – osobno”. Był zły [na Putina] i chyba chciał pokazać, że teraz będzie przyjacielem Polski. Akurat potrzebował mnie w tym momencie, dwa dni po tym spotkaniu z Putinem i zaprosił mnie na pożegnalną rozmowę: „Panie ambasadorze, pan wyjeżdża, ale zawsze może pan do nas przyjechać, jest pan przyjacielem Białorusi, wiem o pana pracy tutaj”. Potem, kiedy kamery zniknęły, a dziennikarze wyszli, odbyliśmy rozmowę w cztery oczy, trwała około 45 minut. Powiedziałem mu, by brał przykład z Rosji – tam jest demokracja, gospodarka się rozwija. A on spojrzał na mnie i odpowiedział: „Panie ambasadorze, myli się pan, nie wie pan, kim jest Putin, ale jeszcze pan zobaczy, jakim jest człowiekiem”.

Napisałem wtedy raport do Warszawy z tej rozmowy. Myślę, że była to najciekawsza depesza w mojej pracy dyplomatycznej.

– Co się w niej znalazło?

– Przewidywania co do przyszłości Putina, do czego on się posunie, że będzie gorszy od Łukaszenki. On [Łukaszenka] się go wtedy bał. Trząsł się przed nim ze strachu.

– Co jeszcze powiedział o Putinie?

– Że być może my nie podejrzewamy go [Putina] o morderstwa, ale on wie coś o tym. Powiedział, żeby przyglądać się sytuacji w Rosji, że tam nie ma granic i nie ma hamulców.

– Ciekawe, że w 2002 roku mówił takie rzeczy, a 20 lat później rozpoczął wojnę z Putinem przeciwko Ukrainie.

– Cóż, sam się zagnał w kozi róg, nie miał wyjścia, znalazł się pod ścianą jak szczur. Ludzie wierzyli, że będzie w stanie prowadzić niezależną politykę, ale okazało się, że nie.

– Mówi się czasem, że Łukaszenka jest najlepszym gwarantem białoruskiej niepodległości w dzisiejszych warunkach. Czy jest on dziś w stanie przeciwstawić się Putinowi?

– Wydaje mi się, że ten problem przeszedł na inny poziom.

- Dla Putina nie ma znaczenia, w jakim stopniu Białoruś jest teraz suwerenna. Białoruś stała się częścią tego systemu, częścią wojny, częścią rosyjskiej gospodarki. Stało się to stopniowo… Łukaszenka oddawał po kawałku…

A jednak nadal ma coś do zaoferowania, ponieważ wciąż jeszcze jest suwerenność i jednocześnie jej nie ma. Bardzo podoba mi się białoruska formuła: „tak czy siak” – nie wiesz, czy stoisz na prawej, czy na lewej nodze, a może trochę na prawej, trochę na lewej. To bardzo ciekawa formuła, niezrozumiała dla naszej zachodniej mentalności. Ale na Białorusi ludzie nauczyli się z tym żyć: liczne wojny, okupacje pokazały, że trzeba zachować życiową substancję, umieć ukryć swoje przekonania i swoje myślenie przed wrogiem. To jest niezrozumiałe dla Litwina czy Polaka, ale ja to rozumiem.

(...)

– Stosunki polsko-białoruskie praktycznie nie istnieją po tym, jak Łukaszenka rozpoczął hybrydowy atak. Andrzej Poczobut siedzi w więzieniu, Andżelika Borys została zwolniona, ale może znowu tam trafić, nie ma żadnych gwarancji. Czy uważa Pan, że Polska ma jakąkolwiek możliwość wpłynięcia na to, co dzieje się teraz na Białorusi?

– Obawiam się, że politycy nie mają na to wpływu, a urzędnicy różnych polskich struktur po prostu boją się eskalacji, to zrozumiałe. Oczywiście zawsze trudno jest podejmować decyzje, ale doradzałbym ostrzejszą politykę w odniesieniu do tego, co jest teraz najważniejsze dla Łukaszenki – roli pośrednika w handlu z Chinami. Znamy nazwy niemieckich firm, które dostarczają sprzęt, maszyny dla rosyjskiego kompleksu wojskowego. Przywożą je do Turcji, tam zmieniane są naklejki, a towary transportowane są do Rosji. To po prostu przerażające. Powinniśmy zamknąć cały handel z Białorusią, zlikwidować wszystkie możliwości, odciąć dopływ tlenu. Ale to wymaga odwagi.

– W białoruskich siłach demokratycznych są osoby, które twierdzą, że wydarzenia z 2020 roku były błędem, ponieważ zniszczyły nawet tę przestrzeń wolności, która uformowała się na Białorusi wewnątrz dyktatury w latach 2015-2020. Co Pan o tym sądzi?

– Od początku był to dla mnie projekt rosyjski. Wszyscy ci blogerzy… Babaryka… (Wiktar Babaryka, jeden z kandydatów w wyborach prezydenckich 2020, obecnie więzień polityczny – belsat.eu) Nie wiem, po prostu uważam to za możliwą opcję, ale nie wiem na pewno. Te projekty mogły mieć na celu osłabienie Łukaszenki. Byłem bardzo sceptyczny od samego początku, ale kiedy ludzie wyszli spod kontroli tych politycznych technologów, którzy chcieli kontrolować proces za dwa miliony dolarów… To jak trawa wyrastająca spod asfaltu. Pojawiła się białoruska flaga, pojawił się białoruski język. To oznacza, że ta idea narodowa jest bardzo silna.

– A dlaczego tak niewielu urzędników poparło naród? Było oczywiste, że Łukaszenka przegrał. Widzieli protokoły, widzieli kolejki do głosowania, których nigdy w historii Białorusi nie było.

– To nie tak, że nie poparli, oni się bali. Nie chcę teraz wystawić urzędnika, z którym miałem kontakty. Ale proszę mi wierzyć: byli po stronie ludzi, ale po prostu się bali i milczeli. Czekali na rozwój wydarzeń.

Łukaszenka jest maniakiem władzy, wyników wyborów, człowiekiem, który czuje wszystko opuszkami palców i wie, co i jak zrobić. To polityk, który ma to swoim kodzie genetycznym, jest zwierzęciem politycznym.

x.com/Bielsat_pl


Chińskie roszczenia sięgają 1947 r. i zostały zgłoszone przez rząd Republiki Chińskiej, a następnie w pełni podtrzymane przez ChRL, po jej utworzeniu w 1949 r. Pekin dąży do ustanowienia na obszarze ok. 80% Morza Południowochińskiego (zakreślonym na pierwszej opublikowanej mapie roszczeń przerywaną „linią dziewięciu kresek” – stąd nazwa) de facto morza terytorialnego. Roszczenia wysuwane wobec Filipin obejmują praktycznie całą ich wyłączną strefę ekonomiczną, a na niektórych odcinkach nachodzą również na morze terytorialne tego państwa (...).

Po dojściu do władzy Xi Jinpinga w 2012 r. nastąpiła intensyfikacja działań ChRL na Morzu Południowochińskim. Pekin nie tylko zajmuje kolejne obszary lądowe (rafy, atole, mielizny itp. – formacje, które zgodnie z Konwencją NZ o prawie morza nie są wyspami), lecz także tworzy sztuczne wyspy, gdzie buduje bazy wojskowe – w sumie mają one powierzchnię ok. 13 km2. Na niektórych nieokupowanych atolach Chińczycy zainstalowali ruchome podwodne przeszkody, które bronią wejścia do tych naturalnych portów. Pekin próbuje egzekwować wokół okupowanych obiektów prawa przynależne morzu terytorialnemu i WSE. Chińska straż wybrzeża blokuje dostęp rybakom czy statkom badawczym innych państw do całości spornego akwenu. Oddziały tzw. morskiej milicji ludowej nękają jednostki straży wybrzeża pozostałych krajów nadbrzeżnych. Obecnie w zasadzie każdy tydzień przynosi informacje o nowych incydentach, które przybierają coraz ostrzejszą formę. Coraz częściej dochodzi również do bezpośrednich interakcji między stronami. Używane są m.in. armatki wodne, mają też miejsce przypadki taranowania okrętów. Istnieje uzasadniona obawa, że jest kwestią czasu, kiedy działania te poskutkują ofiarami w ludziach.

Uzyskanie kontroli nad wschodnią częścią Morza Południowochińskiego ma także ogromne znaczenie dla Pekinu w kontekście zdobycia zdolności do zbrojnego przejęcia w przyszłości wyspy Tajwan. Cieśnina Luzon, oddzielająca Filipiny od Tajwanu, może stanowić jedną z dwóch głównych dróg zaopatrzenia wyspy – druga prowadzi z japońskiej wyspy Ishigaki. Połączenie czynników politycznych, strategicznych i ekonomicznych (dostęp do zasobów naturalnych, zob. mapa) powoduje, że przywódcy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) nie mogą wycofać się z pretensji terytorialnych w regionie.

W 1994 r. ChRL zajęła rafę Mischief, ok. 150 mil morskich od Filipin, gdzie zbudowano sztuczną wyspę i ogłoszono ustanowienie wokół niej morza terytorialnego. Była to pierwsza zdobycz Pekinu kosztem wyłącznej strefy ekonomicznej tego kraju. W 2012 r. Chiny przejęły kontrolę nad ławicą Scarborough, położoną 132 mile morskie od filipińskiej wyspy Luzon, natomiast we wrześniu 2024 r. – nad ławicą Sabina, niecałe 80 mil morskich od filipińskiego brzegu (zob. mapa). Filipińczycy wciąż kontrolują drugą ławicę Thomas, gdzie unieruchomili na mieliźnie stary okręt „Sierra Madre”, ale Chińczycy utrudniają na wszelkie sposoby jego zaopatrywanie i naprawy. Zwiększanie liczby i zakresu incydentów prowokowanych przez chińskie jednostki sugeruje, że przywódcy ChRL nie są gotowi na żaden kompromis z pozostałymi państwami nadmorskimi i dążą do ich zastraszenia.

Można zaryzykować stwierdzenie, że z perspektywy Pekinu obecne działania są oceniane jako sukces i budzą w kierownictwie KPCh przekonanie, że wygrywają oni tę niewypowiedzianą konfrontację – zwłaszcza że systematycznie przejmują kontrolę nad kolejnymi obszarami Morza Południowochińskiego. Równocześnie w mniej lub bardziej zawoalowany sposób wyrażają oczekiwanie, że Filipiny rozluźnią więzi z USA. Wydaje się, że przywódcy ChRL nie dostrzegają nie tylko sprzeczności między tymi celami, lecz także faktu, że taka polityka wręcz przybliża Manilę do Waszyngtonu. Możliwe również, że drogę do neutralizacji Filipin widzą w ich zastraszaniu i pokazywaniu braku skutecznych działań USA, które mogłyby powstrzymać Pekin.

KPCh uczyniła dążenie do „odzyskania” rzekomych chińskich terytoriów jednym z filarów legitymizacji swej władzy. Odstąpienie od tych wysiłków i uznanie filipińskich praw do WSE na bazie UNCLOS jest więc niemożliwe z powodów wewnętrznych. Bardzo ogólne obietnice współpracy gospodarczej w zamian za pogodzenie się z chińskimi roszczeniami nie mogą wpłynąć na zmianę postawy Manili z podobnych powodów – nie zostałoby to bowiem zaakceptowane przez filipińską opinię publiczną. W konsekwencji polityka Chin wobec Filipin stanowi chaotyczne połączenie z jednej strony eskalacyjnej presji militarnej, której oczekuje nacjonalistycznie nastawione chińskie społeczeństwo i część aparatu partyjno-państwowego, z drugiej zaś – obietnic bliżej niezdefiniowanych korzyści gospodarczych dla Filipin w przypadku uznania pretensji terytorialnych ChRL.

(...)

Niepowodzenie ścieżki prawnomiędzynarodowej zachęciło kolejnego prezydenta Filipin – Dutertego – do podjęcia próby znalezienia kompromisu z Xi Jinpingiem, z którym nawiązał też dobre relacje osobiste. Sprzyjały temu skłócenie Dutertego z Amerykanami na tle przestrzegania praw człowieka na Filipinach oraz oskarżenia pod jego adresem o autorytarne inklinacje. Z perspektywy czasu wydaje się, że początkowe lata jego administracji stanowiły dla Pekinu najlepszą okazję, aby wciągnąć Manilę w chińską orbitę wpływów. Przywódca Filipin był prawdopodobnie nawet gotowy na wycofanie się z EDCA i ogłosił polityczną „separację” kraju od USA.

Duterte był pierwszym filipińskim prezydentem, który wybrał Pekin jako cel swojej inauguracyjnej podróży zagranicznej. Podczas wizyty w październiku 2016 r. Chiny zaoferowały Filipinom inwestycje w wysokości 24 mld dolarów, w tym duże projekty infrastrukturalne w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku. Później strony omawiały ideę połączonych patroli na spornych akwenach i program ochrony łowisk przed nadmierną eksploatacją. Obietnice wspólnego wydobycia zasobów w spornych obszarach czy ogromnych chińskich inwestycji pozostały jednak niespełnione. ChRL uruchomiła tylko dwa z zapowiadanych projektów infrastrukturalnych: most i system irygacyjny w jednej lokalizacji.

W tym samym czasie nadzieje Pekinu i samego Dutertego na pobudzenie antyamerykańskich nastrojów na Filipinach nie spełniły się. Działania ChRL na Morzu Południowochińskim doprowadziły wręcz do wzrostu antychińskiego nastawienia w tamtejszym społeczeństwie. Wydaje się, że elity chińskie – podobnie jak kremlowskie wobec Ukraińców przed 2022 r. – oparły swoje oczekiwania na własnych projekcjach, głównie na marksistowskich antykolonialnych kalkach. Przywódcy KPCh byli przekonani, że ze względu na kolonialną przeszłość Filipin w państwie tym łatwo można wykorzystać antyamerykańskie nastroje i rozerwać sojusz filipińsko-amerykański. Pekin zinterpretował na przykład opuszczenie archipelagu przez wojska USA w 1991 r. jako klęskę Stanów Zjednoczonych, a nie efekt normalizacji relacji między Manilą a Waszyngtonem.

W 2019 r. i na początku 2020 r. Chiny otoczyły wysepkę Thitu – od 1971 r. kontrolowaną przez Filipiny, ale co do której pretensje roszczą sobie ChRL, Tajwan i Wietnam – setkami kutrów tzw. morskiej milicji ludowej w celu uniemożliwienia modernizacji pasa startowego. Następnie upoważniły swoją straż przybrzeżną do ostrzeliwania w razie potrzeby zagranicznych statków, a w marcu ponad 200 kutrów milicji zacumowało na spornej rafie Whitsun. W konsekwencji Duterte zapoczątkował pod koniec kadencji powrót do tradycyjnej, proamerykańskiej orientacji polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

(...)

Filipiny, byłe terytorium zależne, a de facto amerykańska kolonia, od uzyskania pełnej niepodległości w 1946 r. są jednym z najstarszych sojuszników USA. Traktat o wzajemnej obronie między Stanami Zjednoczonymi a Republiką Filipin został podpisany w 1951 r. i zobowiązuje strony do wzajemnego wsparcia w przypadku ataku innego państwa zarówno na terytorium, jak i na siły zbrojne, ale też statki i samoloty służby cywilnej w regionie Pacyfiku. Filipiny są postrzegane przez okoliczne państwa jako miernik wpływów Waszyngtonu na Indo-Pacyfiku. Dla Pekinu rozerwanie tych więzi byłoby znaczącym sukcesem politycznym i strategicznym. Niemniej polityka ChRL wobec Filipin wiąże się nierozerwalnie z kwestią Morza Południowochińskiego i pretensji terytorialnych w ramach „linii dziewięciu kresek”.

Ofensywne operacje na Morzu Południowochińskim wpisują się w szereg działań Chin na arenie międzynarodowej, jak te prowadzące do napięć z Indiami czy Japonią, które są odbierane przez państwa Indo-Pacyfiku jako dążenie do uzyskania regionalnej dominacji. Reakcją na to jest z jednej strony kooperacja dwustronna w sferze bezpieczeństwa z Waszyngtonem, z drugiej zaś rosnący poziom współpracy regionalnej obejmującej również Filipiny. W maju 2024 r. oficjalnie potwierdzono działanie grupy państw zwanej „Squad”, obejmującej Stany Zjednoczone, Australię, Japonię i Filipiny. Prowadzą one wspólne patrole morskie w WSE Filipin. Wcześniej powstały też dwa nieformalne sojusze: w 2007 r. Czterostronny Dialog ds. Bezpieczeństwa (Quadrilateral Security Dialogue, QUAD), skupiający Indie, Australię, Japonię i USA, a w 2021 r. partnerstwo Australii, Wielkiej Brytanii i USA (AUKUS). Grupa państw Pacyfiku – Australia, Japonia, Korea Południowa i Nowa Zelandia – zwana nieformalnie AP4 zawiązała partnerstwo z NATO.

Wspólnym i niezbędnym elementem tych inicjatyw pozostają Stany Zjednoczone. Mimo odnowienia systemu sojuszy w regionie wydają się one niezdolne do powstrzymania postępów ChRL poniżej progu wojny, chociaż poczyniły szereg kroków, aby wzmocnić dwustronne porozumienia obronne z Filipinami. Przy zachowaniu wszystkich różnic pomiędzy działaniami na morzu i na lądzie, a także przy uwzględnieniu innego stanu sojuszy wojskowych, przypomina to sytuację na Ukrainie po aneksji Krymu w 2014 r., a przed pełnoskalową inwazją Rosji na ten kraj. Pomimo zmian kolejnych administracji w Waszyngtonie wciąż dominuje podejście do sytuacji w Azji Wschodniej zdefiniowane przez prezydenta Baracka Obamę (2008–2016). Zakłada ono potwierdzenie nienaruszalności suwerenności Filipin i deklarowanie gotowości USA do ich obrony zgodnie z zobowiązaniami traktatowymi. Z drugiej strony Waszyngton nie chce prowadzić mediacji między stronami i nie jest gotowy do bezpośredniego reagowania na chińskie prowokacje tak długo, jak ChRL nie prowadzi otwartej agresji. Administracja Obamy wykazała się przy tym dużą dozą naiwności nie tylko wobec Rosji (polityka resetu), lecz także Chin, gdy prezydent USA uwierzył w zapewnienia Xi Jinpinga z 2015 r., że Pekin nie będzie militaryzował sztucznych wysp budowanych na Morzu Południowochińskim. Mimo to do 2022 r. Chińczycy zmilitaryzowali ich siedem.

(...)

Choć wydaje się, że obecnie strony są zdecydowane na utrzymanie stanu poniżej progu wojny, to istnieje realna groźba, że wydarzenia wymkną się spod kontroli. Filipiny pozostają traktatowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a na ich terytorium stacjonują wojska amerykańskie. Sprawia to, że decyzja o otwartej wojnie z Filipinami jest dla Pekinu o wiele trudniejsza, niż dla Moskwy wydanie rozkazu o pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby to wojnę z USA i ich sojusznikami, ponieważ Waszyngtonowi udała się rewitalizacja systemu sojuszy w regionie.

Trudno uniknąć pytań, czy dotychczasowe doświadczenia, przede wszystkim brak poważnych konsekwencji jawnego pogwałcenia przez Pekin prawa międzynarodowego i ignorowania wyroku Trybunału Arbitrażowego z Hagi, nie przesądzą o dalszej eskalacji sporu. W decyzjach przywódców KPCh ponownie coraz większą rolę odgrywa ideologia, która stanowi mieszankę marksizmu i nacjonalizmu. Zgodnie z nią nie tylko starcie z Zachodem jest nieuniknione, lecz także przesądzony jest schyłek Zachodu. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku działań Kremla na przestrzeni ostatnich dekad, może to nasilić przekonanie Chin, że USA są długofalowo niezdolne do obrony status quo w dziedzinie bezpieczeństwa w Azji. W konsekwencji może to zachęcić Pekin do posunięć wykraczających skalą poza te aktualnie przezeń podejmowane.

Istotnymi czynnikami pozostają również przebieg i nieznane dzisiaj rozstrzygnięcie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Można założyć, że przykład Ukrainy działa na Xi Jinpinga i jego otoczenie odstraszająco. Fakt, że konflikt zbrojny trwa już trzeci rok, a Rosja wciąż nie spotkała się z pełną mobilizacją Zachodu, potwierdza jednak głęboko ugruntowane w Pekinie przekonanie, że Zachód nie będzie zdolny do długotrwałych zmagań. Z perspektywy ChRL brak zdecydowanego oporu wobec jej akcji na Morzu Południowochińskim też o tym świadczy.

Bezspornie postępy Chin w rozszerzaniu swojej kontroli na Morzu Południowochińskim nie tylko przyczyniają się do budowy ich pewności siebie, lecz także zachęcają je do pogłębiania de facto sojuszu chińsko-rosyjskiego. Strategicznie przekształca się on z relacji czysto defensywnej – reżimy autorytarne czują się zagrożone przez demokratyczne państwa Zachodu i są przekonane, że te dążą do ich obalenia – w sojusz rewizjonistyczny, zmierzający do aktywnego przebudowania porządku światowego. Wydaje się, że elementem kalkulacji chińskich przywódców jest wiara, że w dalszej perspektywie, w konsekwencji kolejnych zdobyczy terytorialnych Pekinu na Morzu Południowochińskim, słabnąć będzie również wartość amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa – nie tylko w regionie Indo-Pacyfiku, lecz także w skali globalnej. Można się spodziewać, że zachęci to regionalne państwa rewizjonistyczne, jak Iran czy Korea Północna, do asertywniejszych działań. Rozproszenie zaś sił amerykańskich jest celem Pekinu, ponieważ doprowadzi do dalszego osłabienia determinacji obrony zarówno Filipin, jak i Tajwanu.

osw.waw.pl

środa, 30 października 2024



W ciągu dwóch i pół roku od rozpoczęcia w lutym 2022 r. pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę można było dostrzec ewolucję rosyjskiej taktyki. Moskwa dostosowywała się do zmieniającej się sytuacji na froncie i zewnętrznych okoliczności polityczno-gospodarczych. Można w tym procesie wyodrębnić kilka etapów.

1) Próba chirurgicznej operacji wojskowej przeciw Ukrainie (24 lutego – koniec marca 2022 r.)

Zarówno deklaracje, jak i działania najwyższych przedstawicieli państwa rosyjskiego i Sił Zbrojnych FR pozwalają na próbę rekonstrukcji pierwotnych założeń planu Moskwy. Wszystko wskazuje na to, że Kreml zaplanował szybką operację wojskową, która miała w krótkim czasie (od kilku dni do paru tygodni) doprowadzić do zajęcia Kijowa, całości Donbasu i  utworzenia lądowego połączenia na Krym, a w wariancie maksimum – do opanowania całej wschodniej części Ukrainy położonej na lewym brzegu Dniepru, a także południowej jej części – do granicy z Mołdawią. Demokratyczne władze ukraińskie z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim na czele miałyby zostać obalone, a ich najważniejsi członkowie zlikwidowani lub zmuszeni do ucieczki z kraju. Rząd w Kijowie zastąpiono by marionetkowym gabinetem złożonym z prorosyjskich kolaborantów. Działania te miałyby sparaliżować ewentualny opór ukraińskich sił zbrojnych i innych struktur siłowych oraz zastraszyć tamtejsze społeczeństwo. Tym samym Rosja przejęłaby kontrolę polityczną nad całą Ukrainą (niejasny jest ewentualny zasięg wojskowej okupacji kraju, być może nie objęłaby ona najbardziej na zachód wysuniętych obwodów), terrorem tłumiąc przejawy ewentualnego lokalnego oporu. Moskwa zapewne liczyła się z ograniczonymi sankcjami ze strony Zachodu, niemniej zakładała, że szok wywołany szybkością i skutecznością jej działań oraz załamanie się ukraińskiego oporu powstrzymają go przed próbą jakiejkolwiek ingerencji, co z czasem doprowadzi do faktycznej akceptacji przezeń nowego status quo. Aby odstraszyć państwa zachodnie od prób poważniejszego wsparcia Kijowa, Kreml wysłał sygnały świadczące o jego determinacji do użycia wszelkich środków dla swojej „obrony” (z bronią nuklearną włącznie). Jednocześnie Moskwa zgodziła się na negocjacje polityczne ze stroną ukraińską, usiłując wybadać, na ile wysoka jest jedność władz ukraińskich i czy uda się osiągnąć cele polityczne na drodze dyplomatycznej bez konieczności ponoszenia znaczących kosztów wojny.

2) Rosja w defensywie (koniec marca 2022 – sierpień 2023 r.) 

W tym okresie Rosja miała już świadomość fiaska planów swojej operacji wojskowej (jej sukcesami militarnymi były jedynie zajęcie znacznej większości obwodów chersońskiego i zaporoskiego, stworzenie szerokiego korytarza lądowego na Krym oraz odcięcie Ukrainy od Morza Azowskiego). Brak wystarczających sił po jej stronie doprowadził do wymuszonego ich wycofania z północnego odcinka frontu (obwodów kijowskiego, żytomierskiego, czernihowskiego i sumskiego). To – obok odkrycia rosyjskich masowych zbrodni wojennych – spowodowało przerwanie ukraińsko-rosyjskich rozmów politycznych. Rosjanie musieli stawić czoła coraz mocniejszym siłom ukraińskim (wspieranym rosnącą stopniowo pomocą wojskową i finansową Zachodu), których udana kontrofensywa w obwodzie charkowskim we wrześniu 2022 r. zmusiła ich do wycofania wojsk z tego regionu. Moskwa zdecydowała się wówczas na kilka ważnych kroków. Po pierwsze ogłosiła „częściową mobilizację” w celu zwiększenia liczebności jednostek na froncie. Po drugie dokonała formalnej aneksji czterech obwodów Ukrainy: donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego. Było to – nawet wobec tradycji rosyjskiej polityki imperialnej – posunięcie nietypowe, bowiem Moskwa nie kontrolowała części anektowanych terytoriów. Świadczyło to o desperacji po stronie Kremla, który posunął się do zademonstrowania swojej determinacji poprzez zasugerowanie użycia taktycznej broni jądrowej dla obrony „integralności terytorialnej Rosji”. Miało to odstraszyć Zachód, a zwłaszcza USA, przed dalszym wspieraniem militarnym strony ukraińskiej i – jak się wydaje – wpłynęło na opóźnienie części dostaw zachodniej pomocy wojskowej z obawy przed eskalacją konfliktu (ten ostatni argument nieustannie podnoszono w publicznej i niepublicznej debacie w państwach zachodnich, co podziałało samoodstraszająco). Osłabieniu morale strony ukraińskiej i wywołaniu kryzysu humanitarnego służyła także fala ataków powietrznych na obiekty krytyczne ukraińskiej infrastruktury energetycznej jesienią i zimą 2022 r. Wszystko to nie zapobiegło kolejnej rosyjskiej porażce na froncie. Siły FR, pod presją ukraińskiej kontrofensywy, zostały zmuszone w listopadzie 2022 r. do wycofania się z prawobrzeżnej Chersońszczyzny, w tym ze stolicy obwodu – Chersonia.

Od początku 2023 r. Rosja ustabilizowała front i zaczęła koncentrować się coraz bardziej na próbach ofensywy w Donbasie (którego „obrona” była głównym politycznym pretekstem dla wojny, jakim posługiwał się Kreml) i rozbudowie linii obronnych na innych odcinkach frontu. Niewielkie postępy rosyjskie w obwodzie donieckim (zwłaszcza zajęcie Bachmutu w maju 2023 r.) zostały okupione bardzo dużymi stratami, poniesionymi jednak głównie przez rosyjskich więźniów wcielonych (w liczbie ok. 50 tys.) do oddziałów tzw. prywatnej firmy wojskowej Grupa Wagnera. Narastający publiczny konflikt jej lidera Jewgienija Prigożyna z kierownictwem Sił Zbrojnych FR osłabiał morale strony rosyjskiej. Kulminacją tego procesu był krótkotrwały „bunt Prigożyna” w czerwcu 2023 r. (zob. dalej), który nastąpił już po rozpoczęciu ukraińskiej kontrofensywy. Wówczas Moskwa ponownie zaczęła używać szerzej straszaka nuklearnego i m.in. ogłosiła decyzję o rozmieszczeniu taktycznej broni jądrowej na Białorusi. Sięgnęła także po broń ekonomiczną: w lipcu wycofała się z porozumienia dotyczącego (funkcjonującego od sierpnia 2022 r.) tzw. czarnomorskiego korytarza zbożowego umożliwiającego Ukrainie bezpieczny eksport produktów rolno-spożywczych. Strona ukraińska zdołała jednak w kolejnych miesiącach w dużym stopniu zneutralizować konsekwencje tego kroku poprzez rozwój alternatywnych szlaków eksportu wzdłuż wybrzeża czarnomorskiego, rzeką Dunaj i trasami lądowymi.

3) Rosja w ofensywie (od września 2023 r.)

Śmierć Prigożyna w katastrofie lotniczej (w końcu sierpnia 2023 r., najprawdopodobniej w wyniku sabotażu służb specjalnych FR) przywróciła poczucie stabilności w rosyjskich elitach. We wrześniu uwidoczniło się też fiasko kilkumiesięcznych prób ukraińskiej kontrofensywy na południu frontu i w Donbasie. Przyczyniły się do niego dobre przygotowanie i adaptacja sił rosyjskich, opóźnione i niewystarczające wsparcie wojskowe ze strony Zachodu oraz błędy popełnione przez stronę ukraińską. Narastały także oznaki zmęczenia przedłużającym się konfliktem w części państw zachodnich i słabnięcia woli wspierania Kijowa. Skutkowało to wzrostem pewności siebie po stronie rosyjskiej. Moskwa zaczęła wysyłać sygnały, że jest gotowa rozmawiać o zakończeniu konfliktu, lecz na podstawie przedstawionych wcześniej (wiosną 2022 r.) warunków de facto kapitulacji Ukrainy. Kreml liczył na to, że blokada amerykańskiego pakietu pomocy dla Kijowa (w dużej mierze umożliwiającego kluczowe dostawy broni i amunicji dla sił ukraińskich) doprowadzi do stopniowego załamania się (najpóźniej na przełomie 2024 i 2025 r.) ukraińskiej obrony. Zintensyfikował zatem ataki powietrzne na ukraińską infrastrukturę krytyczną (w tym energetyczną) i zwiększył presję wojskową w Donbasie.

Przyjęcie w końcu kwietnia 2024 r. amerykańskiego pakietu pomocowego (ok. 61 mld dolarów) zmieniło sytuację, umożliwiając stronie ukraińskiej stopniowe wzmacnianie obrony. Rosja rozpoczęła z kolei lokalną ofensywę w obwodzie charkowskim, wiążąc tam część sił ukraińskich. Przyczyniło się to do zgody USA na wykorzystanie zachodnich systemów rakietowych do bombardowania rosyjskiego pogranicza (wcześniej Waszyngton dopuszczał takie ataki tylko na okupowane terytoria ukraińskie). Kluczowe państwa zachodnie (w tym USA) podpisały także z Kijowem długoterminowe umowy dwustronne o współpracy w obszarze bezpieczeństwa. W odpowiedzi Moskwa rozpoczęła operację polityczno-propagandową zmierzającą w dwóch kierunkach. Po pierwsze, zaczęła znów używać straszaka nuklearnego, grożąc eskalacją konfliktu do poziomu użycia taktycznej broni jądrowej. Po drugie, deklarowała gotowość zakończenia wojny, przedstawiając jej polityczne warunki (...). Kreml nie mógł już liczyć na szybkie pokonanie ukraińskiej obrony, ale najprawdopodobniej zakładał, że dynamika sytuacji politycznej w Europie (wzrost wpływów środowisk populistycznych i nacjonalistycznych, przychylnie nastawionych do Moskwy) i w USA (wzrost nastrojów izolacjonistycznych) doprowadzi – najpóźniej w 2025 r. – do wewnętrznych sporów i w konsekwencji załamania się względnej solidarności Zachodu w polityce wsparcia Ukrainy i presji na Rosję. Tym samym realniejsze stanie się osiągnięcie przez Moskwę strategicznych celów wobec Ukrainy (na pierwszym etapie) i wobec Zachodu (w dalszej kolejności). Kijów zareagował deklaracjami o gotowości do rozmów pokojowych i jednoczesną lokalną ofensywą swych regularnych sił zbrojnych na rosyjski obwód kurski w sierpniu 2024 r. Ta ostatnia poskutkowała zajęciem przez wojska ukraińskie przygranicznych terenów obwodu, co stanowiło problem polityczny i wizerunkowy dla Kremla. Nie zmieniało to jednak taktyki Rosji.

Marek Menkiszak - (Nadal można) wygrać wojnę z Rosją


Rosyjscy politycy i urzędnicy oraz państwowa propaganda – w ramach zintensyfikowanej od wiosny 2024 r. kampanii – usiłują przekonać zachodnią opinię publiczną do fałszywej tezy. Zawiera ona kilka elementów. Po pierwsze, Moskwa miała wysuwać rzekomo ograniczone żądania wobec Ukrainy. Po drugie, stronom zasadniczo udało się porozumieć i uzgodnić „kompromisowe” formuły. Po trzecie, do zgody nie doszło wskutek zachodniego sabotażu (jako główny „sprawca” przedstawiany jest ówczesny premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson).

W rzeczywistości już wtedy żądania Moskwy wobec Kijowa były daleko idące – ich przyjęcie doprowadziłoby do „legalizacji” naruszenia integralności terytorialnej Ukrainy, efektywnego jej rozbrojenia oraz pozbawienia swobody prowadzenia polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Stworzyłyby one także formalne narzędzia ingerencji Moskwy w politykę wewnętrzną państwa ukraińskiego. W żadnym momencie rozmów nie powstała wersja dokumentu akceptowana przez obie strony. Ukraińcy formułowali początkowo kontrpropozycje wobec niektórych rosyjskich żądań, ale w końcowej fazie przedstawili de facto alternatywny projekt, pomijający kluczowe postulaty Moskwy i skupiający się na zachodnich gwarancjach bezpieczeństwa dla Kijowa. Powodem wstrzymania rozmów ukraińsko-rosyjskich było z jednej strony fiasko kluczowej, pierwszej fazy rosyjskiej agresji, mającej prowadzić do zajęcia Kijowa (jedyną motywacją do wszczęcia rozmów przez stronę ukraińską było zapobieżenie likwidacji państwa ukraińskiego w obliczu znaczącej dysproporcji sił na korzyść Moskwy i znikomego wówczas wsparcia militarnego ze strony Zachodu). Z drugiej strony ważnym czynnikiem politycznym było odkrycie na początku kwietnia 2022 r. w podkijowskiej Buczy i Irpieniu masowych grobów ukraińskich cywilów zamordowanych przez rosyjskich agresorów. Radykalnie zwiększyło to nastroje antyrosyjskie w społeczeństwie ukraińskim i wzmocniło wolę oporu za wszelką cenę, czyniąc ewentualne ustępstwa wobec Moskwy politycznie nieakceptowalnymi. Z kolei udział przedstawicieli ONZ, państw zachodnich, Turcji i Białorusi w procesie negocjacyjnym był mocno ograniczony – sprowadzał się głównie do usług logistycznych i wsparcia redakcyjnego. Rozmowy nie osiągnęły nigdy etapu, na którym konieczne stałoby się podjęcie decyzji politycznych dotyczących zobowiązań Zachodu wobec stron (czy to gwarancji dla Ukrainy, czy ustępstw wobec Moskwy).

Od kwietnia 2024 r. strona rosyjska zaczęła publicznie sugerować, że możliwe byłoby trwałe uregulowanie konfliktu z Ukrainą na bazie powyższych warunków stambulskich, jednak po ich modyfikacji. Listę takich formalnych ogólnikowych żądań najpełniej przedstawił Władimir Putin w wystąpieniu z 14 czerwca 2024 r. Wysunął on wówczas dwa warunki wstrzymania działań wojennych:

• wycofanie sił ukraińskich do granic administracyjnych anektowanych przez Rosję obwodów (siły  rosyjskie kontrolują niemal całość obwodu ługańskiego, ale jedynie większą część obwodów  donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego);
• zobowiązanie się Ukrainy do rezygnacji z członkostwa w NATO.

Według Putina uregulowanie konfliktu byłoby możliwe w toku rozmów i wymagałoby zgody Kijowa  (oraz Zachodu) na rosyjskie warunki, tj.:

• akceptację przez Ukrainę „nowych realiów terytorialnych” (czyli aneksji Krymu i czterech innych ukraińskich regionów);
• neutralny, pozablokowy i bezatomowy status państwa ukraińskiego;
• demilitaryzację (w oparciu o poziomy uzbrojenia dyskutowane w 2022 r. (...));
• „denazyfikację” (którą 4 czerwca Putin zdefiniował m.in. jako zakaz działalności organizacji wspierających ideologię (neo)nazistowską, w tym banderowską);
• zapewnienie praw i swobód ludności rosyjskojęzycznej;
• przyjęcie porozumień pokojowych w formie aktów prawnomiędzynarodowych;
• zniesienie wszystkich zachodnich sankcji przeciw Rosji.

Nie ma jednak wątpliwości, że gdyby doszło do rozmów na bazie powyższych żądań, to strona rosyjska powróciłaby do poszerzania listy szczegółowych warunków – do zakresu porównywalnego z tym, czego domagała się wiosną 2022 r. (...).

Spełnienie wyżej wymienionych roszczeń prowadziłoby w praktyce nie tylko do poważnego naruszenia integralności terytorialnej Ukrainy, lecz także do istotnego ograniczenia jej suwerenności. 

(...)

Obecne starcie rosyjsko-ukraińskie nie jest konfliktem lokalnym, lecz ważnym elementem dużo szerszej konfrontacji Rosji z Zachodem, która toczy się co najmniej od początku 2007 r., a jej charakter stopniowo się zaostrza (wyjąwszy krótkie interludium bardziej kooperatywnych relacji w latach 2009–2011). Ważną cezurę wyznacza powrót Putina na urząd prezydenta FR wiosną 2012 r., po którym (od 2013 r.) nastąpił szereg agresywnych działań Moskwy. Od tego czasu możemy mówić o prowadzonej przez putinowską Rosję wojnie z Zachodem. Objęła ona i nadal obejmuje m.in. wrogie kampanie propagandowe, cyberataki, akcje sabotażowe, w tym przeciwko infrastrukturze krytycznej, próby dywersji politycznej, działania korupcyjne, szantaż energetyczny czy wreszcie demonstracje i prowokacje zbrojne (...).

Faktyczna likwidacja Ukrainy jako niepodległego państwa po planowanym zwycięstwie Rosji w wyniku pełnoskalowej agresji w lutym 2022 r. miała stanowić jedynie punkt wyjścia do rozmów z USA i państwami NATO, ale już z pozycji siły. Podstawą tych pertraktacji byłyby przedstawione przez Moskwę w grudniu 2021 r. żądania w formie projektów porozumień o bezpieczeństwie (...). Kreml zapewne eskalowałby przy tym swoje roszczenia, co służyłoby realizacji celów strategicznych polityki putinowskiej w Europie. Należą do nich: (1) uznanie przez Zachód tzw. obszaru poradzieckiego (z czasowym wyłączeniem państw bałtyckich) za rosyjską strefę wpływów i zablokowanie przy tym możliwości przyszłej integracji państw Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego ze strukturami europejskimi i euroatlantyckimi; (2) ustanowienie buforowej strefy bezpieczeństwa w Europie Środkowej (a także Północnej) poprzez narzucenie daleko idących ograniczeń dotyczących zbrojeń, aktywności wojskowej i rozmieszczania tam sił sojuszniczych; (3) zredukowanie do minimum amerykańskiej obecności w Europie, w tym zwłaszcza doprowadzenie do wycofania się sił USA (w pierwszej kolejności ich broni nuklearnej) oraz do demontażu powstającego zintegrowanego (amerykańsko-natowskiego) systemu obrony przeciwrakietowej na Starym Kontynencie.

(...)

Strona rosyjska, zwłaszcza od jesieni 2023 r., nawiązywała do powyższych postulatów, sugerując przy tym, że w nowej rzeczywistości geopolitycznej (po rosyjskiej agresji na Ukrainę i zaostrzeniu konfliktu z Zachodem) musiałyby one zostać zrewidowane (czyli zaostrzone). Swoistą „ofertą” ze strony Kremla wobec części państw zachodnich (zwłaszcza w Europie) było ich dołączenie do przedstawionej w czerwcu 2024 r. przez Putina wizji nowej architektury bezpieczeństwa i rozwoju w Eurazji. Ta stanowiąca poszerzenie – lansowanej od roku 2015 przez Moskwę – idei Wielkiego Partnerstwa Eurazjatyckiego ogólnikowa koncepcja zakładała rozwój sieci współpracy gospodarczej (w tym finansowej, handlowej, technologicznej i transportowej) w Eurazji w powiązaniu z porozumieniami o zbiorowym bezpieczeństwie i wycofaniu sił „pozaregionalnych” (czytaj: amerykańskich) z tego obszaru. Warunkiem dołączenia państw europejskich do tego (w praktyce zdominowanego przez Chiny) nowego centrum globalnej integracji byłoby wedle Putina „uwolnienie się” przez nie od zależności wojskowej, politycznej, technologicznej, ideologicznej i informacyjnej od USA.

Marek Menkiszak - (Nadal można) wygrać wojnę z Rosją


Siergiej Miedwiediew, politolog, socjolog i dziennikarz, pracuje na Uniwersytecie Karola w Pradze; Rosja przypięła mu łatkę „agenta zagranicznego”. Od wielu lat jest współpracownikiem Radia Swoboda. Z uwagą przygląda się Rosji, analizuje, zadaje trudne pytania. Na swoim profilu na Facebooku zamieścił wzmiankę o spotkaniu ze swoim byłym studentem. Posłuchajcie: „Pamiętam go z dawnych lat, jeszcze jako licealista przychodził na moje wykłady do Muzeum im. Puszkina. Moskwianin, łebski gość, teraz kończy licencjat w Wyższej Szkole Ekonomii w Moskwie [z tą uczelnią Miedwiediew był w przeszłości związany przez wiele lat]. Spotkaliśmy się, wypytywałem go o to, jak jego koledzy studenci odnoszą się do wojny i tego wszystkiego, co się dzieje. Z jego odpowiedzi wywnioskowałem, że ten temat nie jest w ogóle obecny w rozmowach, to nie powód do refleksji. To znaczy oni nawet nazywają wojnę wojną, rozumieją, że na wojnie giną ludzie, ale uznają to za element rzeczywistości, jako jedną z zasad gry, coś, czego nie są w stanie zmienić. Dla niego to oczywiście nieszczęście, ale nie katastrofa. Wojna toczy się gdzieś tam, wojna jest dla tych, którzy generalnie żyją daleko, na marginesie: dla więźniów, dla mieszkańców biednych prowincjonalnych regionów. Ale nie dla takich jak on – młodych, zdolnych, odnoszących sukcesy. Aktywność tzw. patriotów na uczelni? Cały ten ruch Biały Kruk, zbiórki dla uczestników specjalnej operacji wojskowej […] czy tworzenie filii Wyższej Szkoły Ekonomii w Doniecku czy Ługańsku – tak, to jest, ale gdzieś obok. I on to nawet ocenia jako rzecz żenującą. Podobnie jak ogromne plakaty wzywające, by zgłaszać się na wojnę, podpisywać kontrakty, wiszące na stacjach metra. Ale nie ma ich znowu tak wiele, więcej jest reklam telefonii komórkowej.

Psychologicznym problemem wojna jest dla niektórych studentów wydziałów humanistycznych, ale nie dla tych, którzy studiują na wydziałach technicznych – dla programistów, matematyków. W szczególności dla ekonomistów to nie jest żaden problem. Dla nich to czas wielu możliwości. 21-letnich młodziaków przyjmują takie znane firmy jak Yandex […], na początek nowi pracownicy dostają na rękę ekwiwalent 3 tysięcy euro. Problemy? Jakie problemy? Moskwa żyje swoim burzliwym życiem, a życie płynie.

Z rodzicami mój student o wojnie nie rozmawia. Mama jest nauczycielką, ojciec biznesmenem. Codziennie oglądają telewizję, która ich formatuje i podpowiada słowa, których mają używać w opisie rzeczywistości. Ukraińców wszyscy żałują, ale wszyscy są też przekonani, że to sami Ukraińcy zbombardowali i zniszczyli Mariupol. Student sam doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się w kraju, w tym wie o represjach (to też nie jest problem, wszyscy wokół wiedzą, że po pierwszej „administratiwce” [zapewne chodzi o karę aresztu administracyjnego] trzeba raczej wyjechać za granicę), ale cóż – życie, młodość, perspektywy są ważniejsze.

Powiedział jeszcze, że jego optyka związana jest z tym, że gdy dorastał, Putin już był, był po prostu od zawsze, represje były normą, a Ukraina była wrogiem. Student nie znał z autopsji czasów, gdy były wybory, a prasa miała margines swobody, na ulicach odbywały się demonstracje. Dla niego to, co się dzieje teraz, to część normy, tyle że obecnie to ma silniejszy wyraz i wydźwięk. Ale to nadal nie jest coś, co burzy jego życie, co powoduje zapaść.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


To byłaby piękna wizja, przyznajmy. Rosyjski dyktator pojmany w Mongolii i przekazany Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu w Hadze za zbrodnie na Ukrainie. Brzmi niczym jakiś cosplay, grupa rekonstrukcyjna średniowiecznej historii Imperium Mongolskiego uśmiercającego swych ruskich wasali, przybyłych w stepy, by oddać pokłon wielkiemu chanowi. No, pomarzyliśmy!

(...)

Putin po wydaniu nakazu aresztowania przez MTK bywał już za granicą, między innymi w Chinach, nieuznających wszak MTK. Z kolei RPA, która miała go gościć, zrobiła unik, zamieniając tryb wizyty rosyjskiego przywódcy z realnej w wirtualną. Pod tym względem mongolska ekskursja Władimira Władimirowicza okazała się bezprecedensowa, bo rosyjski dyktator po raz pierwszy odwiedził państwo sygnatariusza MTK, do tego demokratyczne i prozachodnie, przynajmniej deklaratywnie.

No i go nie aresztowali.

Przeciwnie, rozłożyli przed nim czerwony dywan, czym po wschodniemu przykryli swoją porażkę dyplomatyczną.

Ale po kolei.

Patrząc na łąki w Karakorum, nie sposób uwierzyć, że była to kiedyś stolica świata, najważniejsze miasto na ziemi, serce Imperium Mongolskiego. Ze wszystkich kierunków sunęły do niego karawany z kupcami i poselstwa bijące czołami przed wielkim chanem. Po dawnej chwale dziś nie pozostał kamień na kamieniu (jeśli nie liczyć buddyjskiego klasztoru z recyklingu, wzniesionego z budulca po dawnej stolicy). Ukryte w łąkach fragmenty ruin odkopanych przez archeologów unaoczniają starą prawdę o nietrwałości potęg.

Wielkość Mongolii przeminęła ze stepowym wiatrem, z dawnego imperium pozostało wspomnienie, a znaczną część mongolskich ziem przejęli Chińczycy, burzyciele Karakorum. Pewnie utrzymaliby je w całości do dziś, gdyby na początku XX wieku północna połówka, tak zwana Mongolia Zewnętrzna, nie wyrwała się na niepodległość, korzystając ze sprzyjających okoliczności i rosyjskiego wsparcia.

Tak, Rosja dla Mongolii okazała się oswobodzicielką z obcego jarzma, niczym dla Serbii czy Bułgarii. I chociaż Mongołowie zapłacili wysoką cenę, będąc pod protektoratem Moskwy, to jednak uratowali państwowość. I to jest pierwszy powód, że Putina teraz nie aresztowali.

Drugim jest położenie geograficzne.

Nadwiślańscy geopolityczni influencerzy, miłośnicy tez o nieuniknioności i przekleństwie geografii, powinni z miejsca pokochać Mongolię. Ma ona najgorszą geografię polityczną na świecie. Graniczy tylko z dwoma sąsiadami, i to jakimi! – Rosją i Chinami. I nie posiada dostępu do morza. Jakby co, nie dopłynie tu amerykańska flota, nie dolecą samoloty, nie dotrą sojusznicze oddziały. Handel też idzie przez Rosję i Chiny, jest uzależniony od chińskich portów i rosyjskich kolei; podobnie energetyka i transport. Mongolia mapy nie oszuka, pozostaje wciśnięta między dwa ekspansywne mocarstwa. Musi z tym żyć. Jeśli więc ktoś zaczyna (i kończy) analizę polityki międzynarodowej na mapie, powinien natychmiast zająć się Mongolią. Słowem, geopolitycy do Ułan Bator!

Ale Mongołowie nie wpadli w defetyzm. Geografię zinterpretowali twórczo. Choć graniczą tylko z dwoma krajami, ogłosili politykę „trzeciego sąsiada” (po rosyjsku nazywając ją jeszcze z dyplomatyczną zwinnością, „trzecim partnerem”). No to co, że go nie ma? Trzeba stworzyć! By politycznie zrównoważyć rosyjsko-chińskie sąsiedztwo, na „trzeciego sąsiada” wyśniono sobie USA. I aby dopomóc marzeniom, przyjęto, dość naskórkowo, demokrację, co pomogło otrzymać granty i pożyczki z Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Rozwoju Azji. Jeszcze innym „trzecim” sąsiadem została Japonia, a następnie Korea Południowa, ważni inwestorzy i jeszcze ważniejsi darczyńcy. Listę „trzeciego”, czy raczej „trzecich” sąsiadów wydłużyć jeszcze można choćby o Australię, UE czy Kanadę, a także o mocnych azjatyckich średniaków, jak Kazachstan czy Wietnam.

Póki trzymał się postzimnowojenny porządek, polityka „trzeciego sąsiada” zdawała egzamin. Zachód rządził, Rosja pozostawała słaba, a Chiny skromne. W międzyczasie zamiana rubla transferowego na dolary w handlu międzynarodowym i urynkowienie cen uczyniły Mongolię wydobywczym eldorado, surowcowym rezerwuarem międzynarodowych korporacji, z australijską Rio Tinto na czele. Politycznie to się opłaciło nie tylko miejscowym skorumpowanym elitom, zarabiającym krocie na tej współczesnej odmianie kompradorstwa. W szerszym sensie było to też korzystne dla racji stanu: wiązało gospodarczo Zachód, by w razie czego zechciano tam umierać za Ułan Bator.

Niestety, z czasem sytuacja międzynarodowa zaczęła się pogarszać. Zachód stopniowo acz nieubłagalnie słabnie, rosyjska asertywność skończyła się inwazją na Ukrainę i globalną półizolacją, a Chiny zrobiły się zbyt silne, zbyt bogate i zbyt pewne siebie. Ich wzrost zachwiał równowagą strategiczną Mongolii, bo to Państwo Środka jest jedynym zagrożeniem dla niepodległości tego kraju (i przy okazji głównym partnerem handlowym). „Miał być trzeci sąsiad, a tymczasem dziś to pierwszy sąsiad zaczyna się stawać drugim”, mówił mi w czerwcu 2023 roku jeden z dyplomatów w Ułan Bator, nawiązujący do stopniowego zdominowania Rosji przez Chiny. Robiąca się powoli dodatkiem do Pekinu Moskwa to strategicznie fatalne wieści dla Mongołów. Podobnie jak wojna rosyjsko-ukraińska i jej konsekwencje.

Chwiejącą się pax americana przeciwnicy z lubością nazywają amerykańską hegemonią, na której korzystają głównie Stany Zjednoczone. Choć trudno z tym polemizować, to stworzony przez Amerykanów porządek międzynarodowy ma ważną zaletę: chroni (lojalne wobec niego) państwa małe i średnie. W Polsce doskonale to rozumiemy, a na obszarze postradzieckim Ukraina na własnej skórze przekonuje się, jak wyglądać może alternatywa wobec „porządku opartego na (amerykańskich) regułach”. Gdy nie ma najmocniejszego w piaskownicy wuja Sama, powraca darwinistyczna reguła klubu mocarstw, kliki silnych decydujących o losach świata. Średni i mali są tam niczym tubylcze ludy niewpuszczane do ekskluzywnych klubów „tylko dla białych” w czasach kolonialnych.

Dla Mongolii to fatalna perspektywa. Bo skoro można najechać Ukrainę, łamiąc podstawy Karty ONZ, to dlaczego pewnego dnia Pekin nie miałby doprowadzić do „zjednoczenia” Mongolii? Czyli przyłączenia niepodległej Mongolii (Zewnętrznej) do Mongolii Wewnętrznej, jej połówki historycznej, obecnie prowincji chińskiej. Jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku Deng Xiaoping przypomniał George’owi H. Bushowi o „teorii liścia klonowego”, zgodnie z którą Państwo Środka powinno na mapie przypominać zarysem obręb liścia klonu. Tak nie jest, bo po odłączeniu się Mongolii zrobiła się wyrwa.

To dlatego podważanie obecnego porządku międzynarodowego jest dla Mongolii niczym otwieranie puszki Pandory. A co gorsza, robi to jeszcze Rosja, sprzymierzona obecnie z Chinami.

„Gdy twój gwarant bezpieczeństwa najeżdża na sąsiada, wiedz, że masz problem”, mówił mi rok temu jeden z byłych mongolskich premierów, kreśląc mongolskie podejście do inwazji na Ukrainę. To połączenie niedowierzania, wyparcia, obojętności, niezrozumienia oraz rosnącego krytycyzmu hamowanego świadomością realiów i strachem o przyszłość kraju, wynikającym z globalnych konsekwencji wojny. Dla Mongolii starcie rosyjsko-ukraińskie jest fatalne, bo ustawia Rosję i Zachód na kolizyjnym kursie. A biorąc pod uwagę realia, Rosja jest dla Mongolii planem B, na wypadek, gdyby „trzeci sąsiad” jednak zawiódł i nie wystarczył. Tyle że Moskwa tak nachalnie podważająca obecny porządek międzynarodowy, na którym opiera swoje istnienie Mongolia, zaczyna się robić problematycznym protektorem. Casus MTK doskonale to pokazuje.

Międzynarodowy Trybunał Karny to część obecnego porządku międzynarodowego. Kwestionowanie autorytetu MTK to z kolei podważanie tegoż porządku, szczególnie niebezpieczne dla małych i średnich państw (duzi sobie poradzą). Przekładając to na Mongolię, niearesztowanie Putina naraża Ułan Bator na krytycyzm i potępienie (Ukraina już to nazwała „ciężkim ciosem” dla systemu prawa karnego) oraz dystansuje Mongolię od zachodnich „trzecich sąsiadów”. Ale alternatywa, ewentualne aresztowanie, byłoby jednak samobójstwem politycznym, atakiem na gwaranta bezpieczeństwa. Wyboru więc nie było. Gdy Putin zechciał przyjechać do Ułan Bator, nie tylko nie można go było aresztować, lecz nawet mu odmówić.

kulturaliberalna.pl


Rosyjska gospodarka wykazuje pewne oznaki, że podejmowanie ryzyka związanego z innowacjami i przedsiębiorczością spada. Według rankingu Światowej Organizacji Własności Intelektualnej z 2024 r. innowacje w Rosji nie nadążają za poziomem rozwoju kraju. Liczba zgłoszeń patentowych w Rosji spadła o 13 proc. w 2022 r., a liczba zgłoszeń patentowych od zagranicznych wnioskodawców spadła o 30 proc. według danych Rosyjskiego Urzędu Patentowego.

Rosja utworzyła zaledwie 240 tys. 458 nowych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością w 2022 r., czyli ok. połowy liczby nowych firm zarejestrowanych w 2015 r., wynika z bazy danych Banku Światowego dotyczącej przedsiębiorczości.

Prywatne inwestycje w Rosji również spadły. Transakcje fuzji i przejęć oraz rundy finansowania wspierane przez kapitał private equity i venture capital w Rosji spadły o ok. 39 proc. w latach 2022-2023, a według danych S&P Global w ubiegłym roku w kraju odnotowano zaledwie 1 mld 400 mln dol. obrotów tego typu. Wartość transakcji fuzji i przejęć jako całości również spadła o 71 proc. do 6 mld 410 mln dol. z 22 mld 480 mln dol. w poprzednim roku.

W pierwszej połowie 2024 r. zyski przedsiębiorstw w Rosji również spadły o ok. 6 proc. Tymczasem zyski z działalności zawodowej, naukowej i technicznej w Rosji spadły o ok. 19 proc. w pierwszej połowie tego roku w porównaniu z tym samym okresem rok temu.

Portes powiedział, że na wyniki te częściowo wpływa bardziej restrykcyjne środowisko w Rosji, a także inne wyzwania stojące przed Moskwą, takie jak wysoka inflacja i ucieczka niektórych najbardziej wykształconych pracowników.

— Konsekwencje długoterminowe, konsekwencje średnioterminowe, pustoszą gospodarkę — powiedział. — To bardzo smutne, ale tak właśnie jest — dodał.

businessinsider.com.pl


Spadki cen ropy i gazu oraz rabaty, jakie kraj Putina musi dawać nabywcom, spowodowały, że ich eksport towarów spadł w lipcu br. do 33,7 mld dol. z 37,1 mld dol. rok wcześniej w analogicznym miesiącu i z 35,4 mld dol. w czerwcu br. — wynika z danych Trading Economics. W całym ub.r. ich eksport towarów wyniósł 424,5 mld dol. w porównaniu do 592,1 mld dol. rok wcześniej — podaje Bank Centralny Rosji. Razem z eksportem usług daje to łącznie 465,7 mld dol. przy 640,9 mld dol. rok wcześniej. To poważny zawał rosyjskiej gospodarki będący efektem agresywnych zapędów kraju i sankcji tym wywołanych.

Jak w tym samym czasie wyglądały podobne liczby dla Polski? Rosja ma przecież potencjał ludzki czterokrotnie wyższy niż Polska, nie mamy ropy ani gazu na eksport, więc Rosja powinna mieć przygniatającą przewagę. Nic z tych rzeczy. Przy tych wszystkich różnicach i tak ich przebijamy.

Mamy już w kraju rozbudowany potencjał produkcyjny, który wysyła za granicę towary przetworzone, a nie surowce. Eksport towarów z Polski wyniósł w ub.r. 362 mld dol., a razem z eksportem usług daje to 471 mld dol. — wynika z danych NBP. To o ponad 5 mld dol. więcej niż Rosja.

(...)

Inwestorzy pchali się do Państwa Środka przez lata drzwiami i oknami mimo trudnych warunków stawianych przez komunistyczną partię, niepewności regulacyjnych, braku zachodnich standardów ochrony własności, wciskania inspektorów politycznych do firm. Przyciągała ich wielkość rynku i setki miliony tanich pracowników. Chiny jednak straciły w ubiegłym roku wiele blasku. Tak wynika z danych Banku Światowego.

O ile jeszcze w 2022 r. w Chinach bezpośrednich inwestycji zagranicznych było za 190,2 mld dol., a w Polsce za 36,9 mld dol., to w 2023 r. Chiny przyciągnęły już tylko 42,7 mld dol. podczas gdy Polska 31,6 mld dol. Różnica z ponad 150 mld dol. skurczyła się do nieco ponad 10 mld dol. Dla kapitału międzynarodowego nagle Polska zrównała się z Chinami.

onet.pl