Amerykańska kampania prezydencka jeszcze potęguje pewność siebie Izraela. - Izrael ma teraz mandat do tego, żeby odpowiadać. Ma poczucie, że Amerykanie są po jego stronie. Dla Amerykanów to jest bardzo niedogodny moment, bo mają kampanię wyborczą. Ich sprawstwo jest mniejsze, gdyby nowa administracja została dopiero co wybrana - opowiada Marek Matusiak. Według niego to składa się na "okno możliwości", które widzi Izrael, by "wyjść z uścisku irańskiego".
Niestety są to także okoliczności do zrealizowania się czarnego scenariusza dla tego konfliktu. - Irańczycy coraz bardziej obawiają się o eskalację. Mają poczucie, że są wewnętrznie osłabieni, popularność reżimu jest bardzo niska, mają problemy gospodarcze, a do tego ich sojusznicy w regonie są osłabieni. Mogą nabrać w pewnym momencie obawy, że walczą o przetrwanie. Wtedy będzie niebezpiecznie, bo rzeczywiście może ich to skłonić do desperackich kroków i wojny na wielką skalę - mówi nam Marek Matusiak.
Z drugiej strony wyhamowanie izraelskiego entuzjazmu może doprowadzić do deeskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Paradoks jest jednak taki, że aby to się stało, najpierw musi dojść do jeszcze większej eskalacji. Wskazuje na to analityk OSW.
- Izrael ma poczucie wiatru w żagle. Żył w cieniu ataku rakietowego Hezbollahu. Obawiał się, że gdy będzie chciał osłabić tę organizację, to będzie narażony na tysiące rakiet, które polecą w jego stronę. Jednak udało się osiągnąć sukcesy w zwalczaniu Hezbollahu relatywnie niskim kosztem, bo właściwie nie ma wielkich strat poza kilkoma żołnierzami, którzy zginęli w izraelskim ataku w Libanie. To zachęca go do pójścia dalej - opowiada Marek Matusiak. Podkreśla, że irańskie ostrzały nie miały wielkiego wpływu na Izrael. Gdyby jednak to się zmieniło, zmieni się też podejście Tel Awiwu.
- Gdyby Izraelczycy nagle poczuli koszt tego wszystkiego i skalę ryzyka, dynamika mogłaby się zmienić. Gdyby irańskie salwy rakietowe przyniosły większe zniszczenie po stronie Izraela, gdyby zginęli ludzi albo zostały trafione rafinerie, port, lotnisko czy bazy wojskowe, to wtedy Izraelczycy mieliby poczucie, że to bardzo ryzykowna gra i nie wyjdą z niej bez szwanku. Być może wtedy zmieniliby kalkulacje - zauważa w rozmowie z nami analityk OSW.
Innym czynnikiem, który może zmienić dynamikę tego konfliktu, są pieniądze. - Wojna dużo kosztuje. Izraelczycy nie mają niewyczerpanych zasobów finansowych i gospodarczych. Mają setki tysięcy rezerwistów, którzy są pod bronią i nie pracują. Nie uczą się i nie mają normalnego życia. To nie może się ciągnąć w nieskończoność. Izrael musi mieć poczucie, że sukces jest potrzebny szybko, ale nie chce też utrzymywać państwa w stanie permanentnego prowadzenia wojny na siedmiu frontach. Nawet dla państwa przyzwyczajonego do konfliktów zbrojnych jest to zbyt kosztowne i wyczerpujące - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marek Matusiak. Puentuje to jednak zdaniem, że "ryzyk i znaków zapytania jest tyle, że trudno przewidywać przyszłość sytuacji na Bliskim Wschodzie".
gazeta.pl