Atak Trzeciej Rzeszy na ZSRR na trzy lata skutecznie wygnał radzieckich komunistów z Polski. Kiedy sytuacja na froncie zaczęła jednak sprzyjać Stalinowi, żądni łupów czerwonoarmiści wrócili — tym razem rabując i plądrując ze zdwojoną siłą. W Polsce rabunek mienia przez rosyjskich żołnierzy miał miejsce już w drugiej połowie 1944 r., gdy Armia Czerwona zajęła wschodnie tereny, ale na wielką skalę ruszył, gdy przekroczyła linię Wisły. Wtedy Sowieci przystąpili do systemowego i zaplanowanego demontażu polskiej gospodarki.
O ile wcześniejsze rabunki i szabrownictwo żołnierzy pozostawały nieuregulowane, pod koniec 1944 roku Ludowy Komisariat Obrony wprowadził specjalne przepisy, które z szabrownictwa uczyniły element rozwiązania systemowego.
W myśl obowiązujących przepisów szeregowemu żołnierzowi, który mógł się pochwalić nieposzlakowaną opinią przysługiwała jedna paczka w miesiącu o wadze 5 kg, którą mógł wysłać do ojczyzny. Znajdowały się tam „trofea” zdobyte na „wyzwolonych” terenach. Waga takiej paczki uzależniona była od stopnia. Oficerowie mogli wysłać paczkę dwa razy cięższą, a wobec generałów i oficerów żadnych limitów nie stosowano. Bywało tak, że starsi oficerowie wysyłali do domów całe wagony zdobyczy. Do ZSRR wywożono tony ubrań, kosztowności, zastaw stołowych i narzędzi. Kradziono nawet deski sedesowe.
O skali szabrownictwa najlepiej świadczy przykład Kurska, który przytacza Catherine Merridale w książce „Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939–1945”. Otóż w styczniu 1945 r. do tego miasta nadano niespełna 300 paczek od żołnierzy, którzy „wyzwalali” Europę Wschodnią. W maju ich liczba przekroczyła już 87 tysięcy! W pobliżu lokalnego dworca wybudowano nawet magazyn mający chronić łupy przed pogodą oraz schronisko dla brygad rozładowujących wagony i dostarczających paczki do odbiorców. A Kursk był tylko jednym z wielu takich miast.
Znacznie groźniejszy dla polskiej gospodarki był demontaż strategicznych fabryk. I to dosłownie, bo wiele z nich pocięto na kawałki, zapakowano na wagony i wywieziono w głąb Związku Radzieckiego. Taki los spotkał m.in. fabrykę paliw syntetycznych w Blachowni Śląskiej, potężny kompleks liczący 200 hal produkcyjnych, który według zamierzeń miał produkować docelowo 900 tys. ton paliwa lotniczego rocznie. Rosjanom rozebranie fabryki zajęło cztery miesiące. Prace trwały tam do września 1945 r. i zaangażowano w nie prawie 8 tys. robotników. Aby przewieźć całe wyposażenie zakładu, potrzeba było 10 tys. wagonów.
Z zakładów paliw syntetycznych w Zdzieszowicach wywieziono z kolei 1714 wagonów urządzeń takich jak tokarki, obrabiarki i całe instalacje technologiczne. Na jeszcze większą skalę przebiegał demontaż fabryki w Policach. Do 1 listopada 1946 r. wywieziono stamtąd blisko 14 tys. wagonów różnorakich urządzeń. Na wschód pojechały zdemontowane śląskie elektrownie z Miechowic, Zabrza, Zdzieszowic, Mikulczyc i Chełmska Śląskiego oraz huty, z Gliwic, Katowic, Świętochłowic, Bobrku oraz Łabęd.
Grabieży podlegały praktycznie wszystkie rzeczy posiadające jakąkolwiek wartość materialną. Mianem „zdobyczy wojennych” określano: „zakłady, majątki ziemskie, dwory, magazyny, spichlerze, sklepy z wszelkim asortymentem, maszyny rolnicze, artykuły spożywcze, paliwo, paszę, bydło, porzucony sprzęt gospodarstwa domowego i inne przedmioty, które nasze [radzieckie — przyp. red.] wojska zdobyły w miastach, wsiach i centrach przemysłowych znajdujących się na terytorium nieprzyjaciela” czytamy w dokumencie podpisanym przez generała pułkownika Nikołaja Bułganina.
Komuniści przejmowali zatem warsztaty, tartaki, cukrownie, a także domy i mieszkania. Rozgrabiono przedsiębiorstwa przemysłowe w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Częstochowie, Zgodzie, Chorzowie, Siemianowicach, Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Toruniu, Inowrocławiu, Włocławku, Chojnicach, Łodzi, Dziedzicach, Oświęcimiu i Chorzowie. Kiedy w Toruniu na 46 wagonów załadowano wyposażenie miejscowych młynów w mieście zabrakło chleba. Na Odrze Sowieci skonfiskowali 98 proc. floty rzecznej, a w miastach portowych w posiadanie „sojuszników” przeszło 70 proc. majątku stoczniowego. Armia Czerwona plądrowała szpitale, biblioteki oraz muzea — wylicza Dariusz Kaliński w książce „Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski?”*.
Na końcu Rosjanie zdemontowali i ukradli 5 tys. kilometrów torów kolejowych, którymi wcześniej wywozili zagrabione towary do kraju. To jedna czwarta sieci kolejowej Polski po wojnie.
Oficjalne dane radzieckie Centralnego Urzędu Statystycznego mówiły o 1119 przedsiębiorstwach zdemontowanych na terenie dzisiejszej Polski. Skala rzeczywistego rabunku była znacznie większa. Tylko do 1948 r. za wschodnią granicę wyjechało nie mniej niż 283 tys. wagonów z zagrabionymi z Polski dobrami.
W 1946 r. wartość konfiskat i szkód na terenach przedwojennych wyrządzonych przez wojska sowieckie została wyliczona przez komunistyczne władze Polski na 375 mln dol. i były to wyłącznie straty poniesione na terenie Polski Centralnej i utraconych ziem wschodnich. Do tego należy doliczyć straty w infrastrukturze, zabudowie mieszkalnej oraz nieuregulowane koszty związane z funkcjonowaniem sowieckich garnizonów w Polsce.
Jak wylicza w swojej pracy Dariusz Kaliński, gdyby to wszystko zsumować wartość strat mogłaby dziś sięgnąć 54 miliardów dolarów. I jest to szacunek wyjątkowo ostrożny!
onet.pl/Forbes