sobota, 21 września 2024



Atak Trzeciej Rzeszy na ZSRR na trzy lata skutecznie wygnał radzieckich komunistów z Polski. Kiedy sytuacja na froncie zaczęła jednak sprzyjać Stalinowi, żądni łupów czerwonoarmiści wrócili — tym razem rabując i plądrując ze zdwojoną siłą. W Polsce rabunek mienia przez rosyjskich żołnierzy miał miejsce już w drugiej połowie 1944 r., gdy Armia Czerwona zajęła wschodnie tereny, ale na wielką skalę ruszył, gdy przekroczyła linię Wisły. Wtedy Sowieci przystąpili do systemowego i zaplanowanego demontażu polskiej gospodarki.

O ile wcześniejsze rabunki i szabrownictwo żołnierzy pozostawały nieuregulowane, pod koniec 1944 roku Ludowy Komisariat Obrony wprowadził specjalne przepisy, które z szabrownictwa uczyniły element rozwiązania systemowego.

W myśl obowiązujących przepisów szeregowemu żołnierzowi, który mógł się pochwalić nieposzlakowaną opinią przysługiwała jedna paczka w miesiącu o wadze 5 kg, którą mógł wysłać do ojczyzny. Znajdowały się tam „trofea” zdobyte na „wyzwolonych” terenach. Waga takiej paczki uzależniona była od stopnia. Oficerowie mogli wysłać paczkę dwa razy cięższą, a wobec generałów i oficerów żadnych limitów nie stosowano. Bywało tak, że starsi oficerowie wysyłali do domów całe wagony zdobyczy. Do ZSRR wywożono tony ubrań, kosztowności, zastaw stołowych i narzędzi. Kradziono nawet deski sedesowe.

O skali szabrownictwa najlepiej świadczy przykład Kurska, który przytacza Catherine Merridale w książce „Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939–1945”. Otóż w styczniu 1945 r. do tego miasta nadano niespełna 300 paczek od żołnierzy, którzy „wyzwalali” Europę Wschodnią. W maju ich liczba przekroczyła już 87 tysięcy! W pobliżu lokalnego dworca wybudowano nawet magazyn mający chronić łupy przed pogodą oraz schronisko dla brygad rozładowujących wagony i dostarczających paczki do odbiorców. A Kursk był tylko jednym z wielu takich miast.

Znacznie groźniejszy dla polskiej gospodarki był demontaż strategicznych fabryk. I to dosłownie, bo wiele z nich pocięto na kawałki, zapakowano na wagony i wywieziono w głąb Związku Radzieckiego. Taki los spotkał m.in. fabrykę paliw syntetycznych w Blachowni Śląskiej, potężny kompleks liczący 200 hal produkcyjnych, który według zamierzeń miał produkować docelowo 900 tys. ton paliwa lotniczego rocznie. Rosjanom rozebranie fabryki zajęło cztery miesiące. Prace trwały tam do września 1945 r. i zaangażowano w nie prawie 8 tys. robotników. Aby przewieźć całe wyposażenie zakładu, potrzeba było 10 tys. wagonów.

Z zakładów paliw syntetycznych w Zdzieszowicach wywieziono z kolei 1714 wagonów urządzeń takich jak tokarki, obrabiarki i całe instalacje technologiczne. Na jeszcze większą skalę przebiegał demontaż fabryki w Policach. Do 1 listopada 1946 r. wywieziono stamtąd blisko 14 tys. wagonów różnorakich urządzeń. Na wschód pojechały zdemontowane śląskie elektrownie z Miechowic, Zabrza, Zdzieszowic, Mikulczyc i Chełmska Śląskiego oraz huty, z Gliwic, Katowic, Świętochłowic, Bobrku oraz Łabęd.

Grabieży podlegały praktycznie wszystkie rzeczy posiadające jakąkolwiek wartość materialną. Mianem „zdobyczy wojennych” określano: „zakłady, majątki ziemskie, dwory, magazyny, spichlerze, sklepy z wszelkim asortymentem, maszyny rolnicze, artykuły spożywcze, paliwo, paszę, bydło, porzucony sprzęt gospodarstwa domowego i inne przedmioty, które nasze [radzieckie — przyp. red.] wojska zdobyły w miastach, wsiach i centrach przemysłowych znajdujących się na terytorium nieprzyjaciela” czytamy w dokumencie podpisanym przez generała pułkownika Nikołaja Bułganina.

Komuniści przejmowali zatem warsztaty, tartaki, cukrownie, a także domy i mieszkania. Rozgrabiono przedsiębiorstwa przemysłowe w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Częstochowie, Zgodzie, Chorzowie, Siemianowicach, Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Toruniu, Inowrocławiu, Włocławku, Chojnicach, Łodzi, Dziedzicach, Oświęcimiu i Chorzowie. Kiedy w Toruniu na 46 wagonów załadowano wyposażenie miejscowych młynów w mieście zabrakło chleba. Na Odrze Sowieci skonfiskowali 98 proc. floty rzecznej, a w miastach portowych w posiadanie „sojuszników” przeszło 70 proc. majątku stoczniowego. Armia Czerwona plądrowała szpitale, biblioteki oraz muzea — wylicza Dariusz Kaliński w książce „Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski?”*.

Na końcu Rosjanie zdemontowali i ukradli 5 tys. kilometrów torów kolejowych, którymi wcześniej wywozili zagrabione towary do kraju. To jedna czwarta sieci kolejowej Polski po wojnie.

Oficjalne dane radzieckie Centralnego Urzędu Statystycznego mówiły o 1119 przedsiębiorstwach zdemontowanych na terenie dzisiejszej Polski. Skala rzeczywistego rabunku była znacznie większa. Tylko do 1948 r. za wschodnią granicę wyjechało nie mniej niż 283 tys. wagonów z zagrabionymi z Polski dobrami.

W 1946 r. wartość konfiskat i szkód na terenach przedwojennych wyrządzonych przez wojska sowieckie została wyliczona przez komunistyczne władze Polski na 375 mln dol. i były to wyłącznie straty poniesione na terenie Polski Centralnej i utraconych ziem wschodnich. Do tego należy doliczyć straty w infrastrukturze, zabudowie mieszkalnej oraz nieuregulowane koszty związane z funkcjonowaniem sowieckich garnizonów w Polsce.

Jak wylicza w swojej pracy Dariusz Kaliński, gdyby to wszystko zsumować wartość strat mogłaby dziś sięgnąć 54 miliardów dolarów. I jest to szacunek wyjątkowo ostrożny!

onet.pl/Forbes

piątek, 20 września 2024



Jakub Wiech: Czy można powiedzieć, że na powodzie w południowej Polsce wpłynęła obecna zmiana klimatu?

Dr Sebastian Szklarek, Europejskie Regionalne Centrum Ekohydrologii Polskiej Akademii Nauk, autor bloga Świat Wody: Tak, są już pierwsze analizy pokazujące, że to zjawisko zostało wzmocnione o ok. 20% przez zmianę klimatu. Chodzi tu przede wszystkim o różnicę ciśnień, które wygenerował niż genueński oraz o opady, które przyniósł. Gdyby nie obecna zmiana klimatu, to źródło tych powodzi – czyli intensywny opad deszczu w krótkim czasie – byłby mniejszy.

Czy ta powódź nie psuje narracji o suszy, którą widzieliśmy w mediach tydzień temu?

Nie, wręcz przeciwnie, te narracje mają dużo wspólnych elementów, tylko nie wszyscy je dostrzegają. Susza bierze się stąd, że przez dłuższy czas nie pada. Nie pada, bo powietrze jest cieplejsze i zanim para wodna zamieni się w opad, to ciepłe powietrze dłużej się nią nasyca. I kiedy już do opadu dojdzie, to spada w krótkim czasie duża ilość wody, które potem nie jest zatrzymywana w krajobrazie. I wtedy mamy bardzo szybki powrót do stanu suszy. W ten sposób powodzie i susze współgrają ze sobą.

Jak się bronić przed takimi zjawiskami?

Adaptacja staje się coraz trudniejsza. Z modeli meteorologicznych i klimatycznych wynika, że takie zjawiska będą się intensyfikować, ale nikt nie potrafi powiedzieć, jak bardzo zintensyfikuje się pojedyncze zjawisko. Mamy tu więc wciąż pewne niepewności, jeśli chodzi o finalny wymiar takich wydarzeń, jak np. deszcze nawalne. Natomiast warto zauważyć, że np. modele Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej trafnie przewidziały skalę opadów.

Nawiasem: jak dalekosiężne mamy te modele?

Wiarygodne modele i prognozy mamy na trzy dni do przodu. Niemniej, wracając do pytania o obronę, to mówiąc o powodzi długofalowo stoimy przed koniecznością opuszczenia terenów zalewowych. Tu leży clou problemu. Gdyby nie zabudowa w terenach zalewowych, to nie mówilibyśmy o powodzi. Natomiast jeśli ludność nie będzie się chciała przenieść z tych miejsc, to trzeba będzie myśleć o rozwiązaniach ochronnych, np. jeśli chodzi o stolarkę okienną czy szandory. Tymczasem nadal walczymy archaicznymi metodami, czyli workami z piaskiem.

Nie da się tego załatwić zbiornikami, takimi jak w Raciborzu?

Wszystko zależy od lokalizacji. Do każdego przypadku trzeba podejść indywidualnie. Zbiornik Racibórz Dolny ma pewne zadanie – przechwytywać wodę idącą z Czech i chronić miasta wzdłuż Odry. Ale np. w Kotlinie Kłodzkiej nie ma miejsca na taki zbiornik. Tam mamy naturalne trudne uwarunkowania dotyczące biegu rzek w postaci np. sporych spadków i słabo przepuszczalnych utworów skalnych. A każda w miarę płaska przestrzeń zajęta jest zabudową, bo na niej łatwiej się wybudować niż na stoku.

Skoro są „naturalne trudne warunki”, to może faktycznie niepotrzebna nam renaturalizacja rzek?

W tym sporze żadna ze stron nie ma całkowitej racji. Każda rozpatruje problem zerojedynkowo, a tymczasem powinniśmy szukać palety rozwiązań, które będą względem siebie komplementarne. One i tak by pewnie nie wyeliminowały powodzi, ale ograniczałyby skutki tego wezbrania. Natomiast powtórzę: kluczowe jest usunięcie się z terenów zalewowych.

A czy te tereny zalewowe mogą się rozprzestrzenić w miarę postępów zmiany klimatu?

Raczej nie, a jeśli już, to nieznacznie.

energetyka24.com


Ustępujący sekretarz generalny podzielił się swoimi radami na przyszłość. Podkreślił, że sojusznicy muszą być gotowi płacić cenę za pokój. Aby zrealizować wszystkie założone przez nich cele w ramach NATO, kraje członkowskie muszą zacząć wydawać na obronność znacząco więcej niż ustalony pułap 2 proc. PKB.

"Im więcej pieniędzy, im silniejsza nasza obrona, im skuteczniejsze nasze odstraszanie, tym większe nasze bezpieczeństwo" - podkreślił.

Druga lekcja, jaka zdaniem Norwega płynie z najbliższej przeszłości, mówi o tym, że "wolność jest bardziej istotna niż wolny handel". Przypomniał, że część sojuszników była kiedyś przekonana, iż kupowanie rosyjskiego gazu jest wyłącznie kwestią handlową. "To było błędem. Rosja używa gazu jako środka przymusu, by powstrzymać nas przed wspieraniem Ukrainy. Nie możemy popełnić tego samego błędu z Chinami" - mówił sekretarz generalny NATO, wskazując na metale ziem rzadkich i przejmowanie kontroli nad infrastrukturą krytyczną przez Pekin.

Jednocześnie, jak podkreślił, bezpieczeństwo nie może być wymówką do wprowadzania środków protekcjonistycznych wobec przyjaciół i sojuszników. "Wręcz przeciwnie, im bardziej ograniczymy handel z potencjalnymi przeciwnikami, tym ważniejsze jest utrzymanie otwartych stosunków gospodarczych między sojusznikami. Bariery i cła między naszymi krajami zwiększą koszty, obniżą jakość i stłumią innowacyjność" - powiedział.

Zdaniem Norwega trzecia lekcja, jaka płynie z czasu jego kadencji, mówi o tym, że siła militarna jest warunkiem wstępnym dialogu.

"Wiem to z czasów, gdy byłem premierem Norwegii. Musimy rozmawiać z naszymi sąsiadami jakkolwiek trudne by to było. Ale dialog działa tylko wtedy, gdy jest wspierany przez silną obronę. Widać to wyraźnie na Ukrainie. Dając Ukrainie więcej broni, możemy sprawić, że Putin zrozumie, że nie może dostać tego, czego chce, siłą" - powiedział.

W jego opinii siła militarna ma swoje granice i jest to czwarta lekcja. "Widzieliśmy to wyraźnie w Afganistanie. Po atakach terrorystycznych 11 września słuszne było, by udać się do Afganistanu. Nasza interwencja wojskowa miała jasny mandat ONZ i otrzymała szerokie poparcie polityczne w całym Sojuszu. Zniszczyliśmy Al-Kaidę i zapobiegliśmy temu, by Afganistan stał się bezpieczną przystanią dla międzynarodowych terrorystów. Więc nasza misja nie poszła na marne i oddaję hołd wszystkim tym, którzy złożyli najwyższą ofiarę" - podkreślił.

Dodał, że misja w Afganistanie trwała jednak za długo. "Kiedy przybyłem do NATO w 2014 r., plan zakładał zakończenie naszej obecności wojskowej za kilka lat i przejście do partnerstwa politycznego. Ale siedem lat później nadal byliśmy tam z tysiącami żołnierzy. To, co zaczęło się jako ukierunkowana operacja antyterrorystyczna, stało się misją budowania narodu na dużą skalę" - podkreślił.

Jak powiedział, fakt, że rząd afgański i siły bezpieczeństwa upadły tak szybko, pokazał, dlaczego słusznie było wyjechać.

"To, co powinno być stabilną i silną strukturą państwa, okazało się domkiem z kart. Nie było powodu, aby sądzić, że pozostanie przez kolejne dwadzieścia lat dałoby inny wynik. Tak więc wyciągnięta lekcja jest taka, że cel każdej przyszłej operacji wojskowej poza terytorium NATO musi być jasno określony i musi uczciwie określać, co możemy, a czego nie możemy osiągnąć" - wyjaśnił.

Piąta lekcja - jak mówił ostatnia i najważniejsza - mówi o tym, że Zachód nigdy nie może traktować więzi między Europą a Ameryką Północną jako czegoś oczywistego.

"NATO nie jest wyryte w kamieniu. Jest wynikiem świadomych wyborów i woli politycznej. Słyszeliśmy głosy po obu stronach Atlantyku wzywające Amerykę i Europę do rozstania się. Skupianie się na krótkowzrocznych interesach narodowych zamiast długoterminowej współpracy nie wyjdzie nam na dobre. Izolacjonizm nie zapewni nikomu bezpieczeństwa. Żyjemy w świecie wzajemnych powiązań. Wyzwania w dziedzinie bezpieczeństwa są zbyt duże, a konkurencja zbyt zacięta, aby jakikolwiek kraj mógł działać sam. Inwestowanie w stosunki transatlantyckie to jedyna zwycięska droga naprzód" - podkreślił.

Jak powiedział, Europejczycy muszą zrozumieć, że bez NATO nie ma bezpieczeństwa w Europie. "Bez Turcji na południu, Norwegii na północy oraz Stanów Zjednoczonych, Kanady i Wielkiej Brytanii na zachodzie nie sposób wyobrazić sobie bezpieczeństwa kontynentu europejskiego. Sojusz transatlantycki dobrze służył Europie, torując drogę do ściślejszej integracji europejskiej i rozprzestrzeniania demokracji i wolności w Europie Środkowej i Wschodniej. To lekcja historii, którą Europejczycy muszą zapamiętać" - powiedział.

PAP


Czy wnioski z wojny w Ukrainie mogą być także pomocne dla sił morskich NATO na Bałtyku? Jakie są priorytetowe zadania sił morskich Sojuszu w tym regionie i w jaki sposób powinny być one realizowane?

- NATO jest sojuszem obronnym. Dlatego priorytetowe zadania na Bałtyku to odstraszanie. Do tego NATO potrzebuje wiarygodności i intencjonalności. Ale oczywiście musi być również gotowe do pokonania przeciwnika, a nie tylko odstraszania.

Rozumiem, że to wybieganie w przyszłość, ale skoro wywołał pan temat, to zapytam: co jest potrzebne, by Rosjan w tym rejonie pokonać?

- NATO potrzebowałoby do tego wielu zdolności i przewagi we wszystkich domenach: na lądzie, na wodzie, w powietrzu, cyberprzestrzeni oraz w przestrzeni kosmicznej. Ale w szczególności, w tym, co określa się mianem kolejnej, szóstej domeny. To potencjał przemysłowy.

NATO musi zatem dysponować wystarczającymi możliwościami  przemysłowymi, aby tworzyć i utrzymywać aktywność w regionie Morza Bałtyckiego. Widzieliśmy to już na lądzie, zwłaszcza w przypadku amunicji artyleryjskiej.

Czy którejś z tych domen nadałby pan szczególny priorytet?

- Jako marynarz priorytetu upatruję w działaniach morskich, szczególnie w posiadaniu zdolności podwodnych. W mojej ocenie konieczne jest posiadanie zarówno jednostek podwodnych ze zdolnościami do "projekcji siły" na lądzie - wyposażonych w pociski manewrujące do ataków lądowych, jak i nawodnych, które byłyby w stanie chronić siły NATO "na wodzie".

(...)

Co - w pana ocenie - jest największym zagrożeniem na Bałtyku?

- Odpowiedź będzie prosta: Rosjanie. Po przystąpieniu Finlandii i Szwecji do NATO niektórzy widzą w Morzu Bałtyckim coś, co nazywają "morzem NATO". To błąd. Z "morzem NATO" mielibyśmy do czynienia, gdyby nie działali i nie operowali na nim Rosjanie.

I w ten sposób wracamy do sposobu, w jakim chcemy to osiągnąć, czyli m.in. posiadać okręty podwodne i zdolności zwalczania wrogich jednostek. Trzeba zastopować rosyjską aktywność na Bałtyku, mając zarówno fregaty "Miecznik", jak i rozwijając zdolności podwodne w ramach programu "Orka". Wbrew pozorom, łatwiej zablokować Rosjan, posiadając zdolności obronne podwodne niż tylko nawodne.

wnp.pl


Zachodni wojskowi dokonują podobnych ocen. Rosji brakuje siły roboczej, amunicji i sprzętu wojskowego do przeprowadzenia dużej ofensywy na Ukrainie: jeśli Moskwa chce odwrócić losy frontu, ogromne straty będą musiały zostać zrekompensowane mobilizacją i zakupem dodatkowej broni od innych krajów, powiedział dziennikarzom pod koniec maja wysoki rangą urzędnik NATO. — Niedostatecznie obsadzone, niedoświadczone jednostki otrzymują rozkazy posuwania się naprzód, by osiągać nierealistyczne cele — opisał rosyjską taktykę bojową.

onet.pl


Ackermann przypomina, że dzień, w którym nadano wywiad, czyli 17 września, był 85. rocznicą ataku Armii Czerwonej na Polskę, a okupacja Polski nastąpiła po podpisanym we wrześniu 1939 roku pakcie Ribbentrop-Mołotow. Ten ostatni regulował niemieckie i sowieckie "strefy wpływów".

"Redakcja postanowiła dać rosyjskiemu przedstawicielowi 20 minut, aby przybliżył on niemieckojęzycznej publiczności w dużej mierze w sposób niekwestionowany perspektywę Władimira Putina" – pisze "FAZ". "Fakt, że Deutschlandfunk, jako nadawca publiczny, wyemitował wywiad — prawdopodobnie nieświadomie — 17 września, a dziennikarz, pomimo przygotowania i wysiłków, aby zadać krytyczne pytania, ani razu nie nazwał wielu kłamstw ambasadora po imieniu, pokazuje dwa ogólne spostrzeżenia na temat obecności przeszłości w niemieckim postrzeganiu Europy Wschodniej" — czytamy.

Ackermann zauważa, że "istnieje historyczna mistrzowska narracja", której Związek Radziecki używał do uzasadnienia ataku na sąsiednie państwa i której Rosja używa dziś ponownie, aby uzasadnić swój atak na Ukrainę.

We wrześniu 1939 roku miała to być pomoc dla ograniczonych w swoich prawach białoruskich i ukraińskich mieszkańców wschodnich województw Rzeczypospolitej Polskiej. Kilka tygodni później Związek Radziecki zorganizował zgromadzenia ludowe, aby przedstawić aneksję okupowanych terytoriów jako wolę ludu. Dokładnie taki scenariusz zastosowała Moskwa na Krymie w 2014 roku.

"Dziesięć lat później Deutschlandfunk oddaje do dyspozycji za darmo czas antenowy, aby odgrzać stary propagandowy wątek o rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy, której Rosja musi pomóc". O tym, że od czasu tej "hojnej" pomocy zburzono tysiące domów przy pomocy rosyjskich bomb, dronów i pocisków manewrujących – nie pada w wywiadzie ani słowo – krytykuje autor "FAZ". Nieśmiały ton dziennikarza przeprowadzającego wywiad z ambasadorem dziesięć lat po rozpoczęciu rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie "wskazuje na wciąż bezgraniczny niemiecki respekt dla Rosji" – uważa Ackermann.

Wywiad w niemieckim radiu publicznym dał ambasadorowi Rosji możliwość publicznego zakwestionowania historycznego charakteru Ukrainy, podczas gdy państwo rosyjskie przemocą uniemożliwia ukraińskiemu społeczeństwu odbudowę kraju na zasadzie samostanowienia. "Zamiast zapewniać ochronę, Rosja codziennie zabija Ukraińców, niszcząc domy, elektrownie, szpitale i obiekty kulturalne. Respekt niemieckiego dziennikarza dla wypowiedzi Siergieja J. Nieczajewa odpowiada szacunkowi okazywanemu przez dużą część niemieckiego społeczeństwa dla zapowiedzi Władimira Putina" – czytamy.

Rosyjski dyplomata narzuca swoje warunki, upokarza dziennikarza Deutschlandfunku, który podejmuje kilka ostrożnych prób wskazania na negatywne dla Federacji Rosyjskiej konsekwencje wojny – zauważa "FAZ". "Tak powstaje komora rezonansowa dla szeptów z Moskwy, która właśnie ten respekt i szacunek włącza do swoich strategicznych rozważań".

onet.pl/Dw-world.de

czwartek, 19 września 2024



Petraeus, reagując na płynącą z ust nie tyle nawet ukraińskich, ile zachodnich uczestników konferencji, krytykę Zachodu za niedostateczne wsparcie wojskowe Ukrainy, stwierdził, że Stany Zjednoczone szczególnie na początku wojny musiały liczyć się z użyciem przez Rosję taktycznej broni jądrowej.

Były dyrektor CIA podkreślił, że Rosjan udało się odwieść od takiego kroku dzięki równocześnie twardej, ale zarazem ostrożnej postawie Stanów Zjednoczonych, a także wsparciu ze strony innych państw.

Jak bardzo wyraźnie zaznaczył, dużą i jednoznacznie pozytywną rolę odegrali prezydent Chin Xi Jingping oraz premier Indii Narendra Modi. Słowa Petraeusa są potwierdzeniem tego, co nieco ponad tydzień temu w czasie zorganizowanej przez dziennik Financial Times debaty z szefem brytyjskiego wywiadu MI6 Richardem Moorem powiedział obecny dyrektor CIA William Burns.

(...)

Amerykanin wrócił do swojej wypowiedzi dla amerykańskich mediów z 2022 r., kiedy to powiedział, że gdyby Rosja użyła czy to przeciw Ukrainie, czy też przy okazji wojny w Ukrainie (w tym drugim wypadku chodziłoby o wybuch na niezamieszkałym terenie) taktycznej broni jądrowej, to zapewne USA zatopiłyby całą rosyjską Flotę Czarnomorską oraz za pomocą konwencjonalnych uderzeń zniszczyłyby wszystkie rosyjskie siły lądowe i lotnicze znajdujące się na terenie Ukrainy.

Gen. Petraeus jednoznacznie dał do zrozumienia, że ta wypowiedź nie była wyłącznie jego prywatną opinią, alej wyrazem stanowiska Białego Domu, który nie chciał jednak Rosji grozić bezpośrednio i dlatego zrobił to za pośrednictwem emerytowanego generała i byłego szefa CIA.

W rozmowie z Onetem wysoki rangą funkcjonariusz struktur rządowych USA przyznał, że Rosjanie otrzymali wówczas jednoznaczny sygnał, iż powinni na serio wziąć pod uwagę to, co powiedział gen. Petraeus. Komunikat przekazany Moskwie szedł jednak dalej i był na tyle szczegółowy, że obejmował konkretną zapowiedź użycia w kolejnych falach ataków na cele rosyjskie setek rakiet samosterujących, które wystrzeliwane byłyby zarówno z amerykańskich samolotów, jak i z pokładów np. okrętów podwodnych.

Zapytany przez nas, czy takie działania nie byłyby oprotestowane przez niektórych sojuszników europejskich, w tym np. Niemcy, rozmówca Onetu odparł, że przy takim scenariuszu jak użycie przez Rosję taktycznej broni jądrowej, "Berlin nie miałby nic do gadania" a USA przypomniałyby każdemu w NATO, "kto podejmuje decyzje w NATO".

Słowa Petraeus są o tyle istotne, że pokazują po pierwsze to, iż Waszyngton gra z Moskwą znacznie twardziej niż jest to odbierane przez wielu polskich komentatorów.

Jeszcze ważniejszy jest jednak fakt, że wyraźnie wskazują one na to, iż ocena polityki na podstawie publicznie znanych wypowiedzi jest w sytuacji wojny oceną de facto pozbawioną podstaw merytorycznych. Patrząc na twarde i buńczuczne wypowiedzi rosyjskich oficjeli i retoryczną wstrzemięźliwość Zachodu, łatwo dojść do całkowicie błędnego wniosku o sile Rosji i słabości Zachodu.

W rzeczywistości retoryczna siła Rosjan jest wyrazem ich słabości, ale zarazem też wynikiem – tu niestety prawdziwej — kalkulacji, że w dobie mediów społecznościowych pojawią się komentatorzy, którzy nie rozumiejąc tego, co się dzieje, będą głosić wygodne dla Rosji tezy.

onet.pl


Gazprom nie ma obecnie kontroli nad ilością gazu dostarczanego do ukraińskiej sieci transportu gazu w celu tranzytu na zachód.

Akumulatory, które podtrzymywały pracę urządzeń pomiarowych, są wyczerpane, w Sudży nie ma prądu, nie ma też personelu technicznego. Nie ma możliwości przywrócenia zasilania i naprawy sprzętu. Praca stacji tranzytowej gazu została sparaliżowana.

Aby wyjść z tej sytuacji, Gazprom zaproponował stronie ukraińskiej przeniesienie tranzytowego punktu dostaw gazu z Sudży do stacji kompresorowej w miejscowości Dołgoje.

Stacja ta znajduje się 300 km od Ukrainy, praktycznie na granicy obwodów kurskiego i orłowskiego. Według tych samych źródeł strona ukraińska nie zgadza się na przeniesienie.

Podczas rozmowy z ludźmi z Gazpromu zapytałem: "A co jeśli po jakimś czasie stacja Dołgoje również znajdzie się pod ukraińską kontrolą?". Odpowiedź była następująca: "Cóż, podchodzimy do tego z rezerwą. Chociaż nie można wykluczyć, że ostatecznie punkt dostaw gazu będzie musiał zostać przeniesiony aż do Urengoju (osiedle typu miejskiego w azjatyckiej części Rosji, we wchodzącym w skład tego państwa Jamalsko-Nienieckim Okręgu Autonomicznym — red.)".

Zostało to oczywiście powiedziane w żartach, ale moi rozmówcy wyraźnie nie wykluczali ataku wojsk ukraińskich jeszcze bardziej w głąb Rosji.

Jeśli takie problemy pojawiły się przy podejmowaniu decyzji o zmianie punktu, od którego będzie liczona odległość tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę, to można sobie wyobrazić, z jakimi trudnościami będzie musiał zmierzyć się Gazprom, gdy będzie musiał przekonać europejskich klientów w Austrii czy na Słowacji do zmiany swoich kontraktów.

Zgodnie z planem omawianym obecnie zarówno w Moskwie, jak i Kijowie, od początku 2025 r. spółka Sieci Gazociągów Przesyłowych Ukrainy będzie musiała przesyłać gaz należący do europejskich klientów, zamiast rosyjskiego gazu. Otrzymywać będzie za to opłaty tranzytowe nie od spółki Gazprom Export, lecz od firm z krajów zachodnich.

Ukraińcy stanowczo odmawiają podpisania nowej umowy tranzytowej z Gazpromem: rosyjski monopolista wielokrotnie łamał swoje obietnice i zobowiązania. Stał się całkowicie niezdolny do prowadzenia działalności.

Austriacy i Słowacy będą musieli zawrzeć w swoich umowach zapis o odbiorze rosyjskiego gazu nie na ukraińskiej granicy swoich krajów, ale na granicy między Ukrainą a Rosją — a tę granicę zastępuje obecnie stale przesuwająca się linia frontu w obwodzie kurskim. Czy zgodzą się na Dołgoje lub inny punkt na trasie słynnego gazociągu Urengoj-Pomary-Użgorod?

onet.pl/The Moscow Times


Tureckie banki próbują "zabezpieczyć się przed możliwymi problemami w postaci potencjalnych ograniczeń i sankcji" — stwierdziło źródło TASS. Jego zdaniem de facto jedynym bankiem w Turcji skłonnym obsługiwać jej transakcje z Rosją jest Emlak Katilim. Przyjmuje on płatności w lirach i rublach. Transakcje w dolarach i euro są natychmiast blokowane przez tureckie banki.

Pierwsze doniesienia o problemach Rosji w rozliczeniach z Turcją pojawiły się w styczniu, wkrótce po tym, jak prezydent USA Joe Biden podpisał rozporządzenie wykonawcze zaostrzające reżim sankcji wobec podmiotów utrzymujących kontakt z rosyjskim kompleksem wojskowo-przemysłowym. W kwietniu amerykańscy urzędnicy jeszcze bardziej zwiększyli presję i zaczęli grozić sankcjami osobistymi menedżerom najwyższego szczebla organizacji kredytowych współpracujących z Rosją.

Chociaż rosyjscy dyplomaci rozpoczęli rozmowy z Turcją w lutym, obiecując "wykonać właściwą robotę" i chronić współpracujące z Rosją podmioty, negocjacje nie przyniosły rezultatów.

— W tureckich bankach coraz częstsze są przypadki "wypierania" firm zajmujących się tranzytem towarów do Rosji. Tacy klienci są identyfikowani, a ich przelewy blokowane lub całkowicie zamykane — skarżył się we wrześniu Aleksiej Erchow, rosyjski ambasador w Ankarze.

Pod koniec sierpnia turecki bank Ziraat, który jest własnością państwa i zajmuje pierwsze miejsce w kraju pod względem wielkości aktywów, przestał otwierać rachunki w rublach. Źródła rosyjskiej agencji informacyjnej RIA Nowosti informują, że inne państwowe banki w Turcji prowadzą podobną politykę, podczas gdy niektóre prywatne organizacje kredytowe jeszcze prowadzą rozliczenia w rublach.

W obliczu problemów z płatnościami i spadkiem obrotów handlowych Władimir Putin przełożył wizytę w Turcji. Mogła to być jego pierwsza od początku agresji na Ukrainę podróż do kraju NATO.

onet.pl


Mamy tu do czynienia z precedensem. Wielu z najważniejszych ukraińskich urzędników było dziećmi, gdy rozpadł się Związek Radziecki. Starsze pokolenie pamięta jednak dzień w sierpniu 1991 r., kiedy prezydent George H.W. Bush zatrzymał się w Kijowie w drodze do Moskwy. Przemawiając przed sowieckim ukraińskim parlamentem, Bush wezwał Ukraińców, by nie dążyli do niezależności od Rosji. Oprzyj się "samobójczemu nacjonalizmowi", zganił.

Według Ukraińców amerykański prezydent dał im do zrozumienia, że bardziej obawia się niepewności związanej z upadkiem Rosji, niż chce bronić wartości takich jak demokracja i samostanowienie dla długo represjonowanego kolonialnego przyczółka Moskwy.

Kilka tygodni później ponad 90 proc. Ukraińców poparło niepodległość w referendum. Pod koniec roku Związek Radziecki przestał istnieć i narodziła się niepodległa Ukraina. Wystąpienie Busha przeszło do historii jako "przemówienie Kurczaka z Kijowa". To było nie w porę i trochę tchórzliwe.

To, co Stany Zjednoczone robią w Ukrainie, odbija się echem na całym świecie. Sojusznicy i wrogowie bacznie się temu przyglądają.

Wyniki Bidena w zakresie wspierania przyjaciół są mieszane. Niecały rok po rozpoczęciu kadencji wycofał Stany Zjednoczone z Afganistanu, pozostawiając za sobą dziesiątki tysięcy Afgańczyków, którzy pracowali dla Amerykanów, 300 mld dol. (1 bln 147 mld dol.) w amerykańskim zestawie wojskowym, dwustronny traktat o bezpieczeństwie w strzępach oraz osłabioną amerykańską pozycję i odstraszanie. Bez względu na to, co myśleć o zaletach wojny w Afganistanie, Ameryka porzuciła swoich sojuszników — a prezydentura Bidena nigdy się nie podniosła. Spadek jego notowań sięga września 2021 r.

onet.pl/Politico

środa, 18 września 2024



Twierdzi, że opuścili swoje pozycje, ponieważ nie byli w stanie dłużej zostać w jednostce. Na potwierdzenie tych słów wskazuje na dużą czerwoną bliznę na czole Archestowa.

— Widzisz ją, prawda? To nasz dowódca przyszedł i zdzielił go kijem — mówi.

— A ja spałem — wyjaśnia Archestow.

— Kiedy dowódca wytrzeźwiał, zapytałem go: dlaczego go uderzyłeś? A on na to: po prostu mi się pomieszało! Nie chciałem go pobić.

— Byłem zmęczony, po prostu zmęczony — mówi z kolei Jewgienij Nikołajenko. — Do ostatniego zadania przydzielili mi dziadków, którzy mają po 60 lat. Chodzą jak pingwiny. Mówią mi: "dokąd nas prowadzisz? To pewna śmierć. Po co?". Co to za wojna, skoro prowadzę ich na śmierć?

Po opuszczeniu jednostki żołnierze trafili do miejscowości Mironówki znajdującej się godzinę jazdy od Bachmutu (wioska została zajęta przez wojska rosyjskie w maju 2022 r.), gdzie walczy batalion Pereswiet. Ukryli się przed dowództwem w wynajętym mieszkaniu. Twierdzą, że pomimo codziennego ostrzału życie w wiosce toczy się dalej — jest dosłownie "pełna ludzi", a dzieci nadal chodzą do szkoły.

(...)

W okolicy Bachmutu batalion Pereswiet znalazł się we wrześniu 2023 r. (wcześniej jednostka walczyła w okolicach Doniecka).

— Wymyślają zadania na bieżąco — twierdzi Jewgienij Nikołajenko. — Pędziliśmy na Ukraińców, ale nie docieraliśmy [do miejsca stacjonowania ich oddziałów], bo powstrzymywała nas ich artyleria — i nie było się gdzie schować. Szliśmy na ślepo z karabinami maszynowymi, ale nie potrzebowaliśmy ich, bo nie byliśmy w stanie przedrzeć się przez ostrzał.

W ostatnich miesiącach Pereswiet próbował zdobyć fortyfikację wznoszącą się na zachód od Kliszczijiwki. Wioska jest kontrolowana przez Siły Zbrojne Ukrainy, ale wojska rosyjska w grudniu 2023 r. zdobyły wschodnią część wzniesienia. Od tego czasu trwają tam ciężkie walki — ten odcinek frontu jest często nazywany "najgorętszym miejscem" na całym kierunku.

Jewgienij Nikołajenko opisuje to miejsce w następujący sposób: — To pole o szerokości około półtora kilometra, gdzie widać cię ze wszystkich stron — a dookoła kratery po pociskach. Jak na Księżycu. Ukraińcy miażdżą tam [pociskami], atakują amunicją z góry, rozsypują na ziemi mnóstwo "sztuczek" — "płatków" i "żarówek" (petarda ze specjalnym wypełnieniem, po nadepnięciu na nią urywa nogę). Biegasz między nimi jak wiewiórka.

Po tym dodaje: — Co 10 sekund dochodzi tam do ostrzału z użyciem amunicji kasetowej, do tego w grę wchodzą moździerze. Przy tym wszystkim musisz siedzieć na otwartym polu — dlatego, że przełożeni już wcześniej donieśli, że Pereswiet zdobył tam przyczółek. Mówiliśmy: "nigdy wcześniej tam nie byliśmy! A oni na to: "no to teraz tam będziecie". I wysłali nas.

Według Nikołajenki straty w 3 Korpusie Armijnym, w skład którego wchodzi Pereswiet, mogą sięgać 80 proc. stanu osobowego. Oznacza to, że można mówić o tysiącach zabitych (Meduzie nie udało się niezależnie potwierdzić tej informacji).

— 3 Korpus jest ludobójczy. Tylko w jednym miejscu zginęło ponad tysiąc naszych ludzi. Wszędzie tam leżą kawałki ich szczątków, nikt ich nie zbiera. Niektóre zwłoki są już wysuszone jak mumie. Są też jednak świeższe trupy. Stare leżą na nowych. Nikt ich k**wa nie potrzebuje — mówi Nikołajenko.

— Od września [2023 r.] nie wolno ich zabierać. Gdy ktoś próbuje, krzyczą: "nie zwracaj na nie uwagi, idź dalej!". Nie wstyd wam, k**wa, za siebie? Dlaczego gromadzicie tam stos trupów? Zabierzcie je, k**wa! Do cholery, tam leży człowiek. Jest już wysuszony, pod jego ubraniem znajdują się same kości. Trup z zegarkiem na ręku — dodaje. — Przychodzisz tu po to, by umrzeć. By dołączyć do "kolekcji".

(...)

— 31 grudnia [2023 r.] dowódcy upili się i zaczęli nas gonić — powiedział Nikołajenko. — Dowódca naszej kompanii przyszedł pijany — i uderzył jednego z chłopców za to, że nie wstał z krzesła i nie zasalutował. Chcieli przywiązać dzieciaka do UAZika (rosyjski producent samochodów terenowych oraz dostawczych — red.) i ciągnąć go [po ziemi] — to okrutna śmierć — dodał.

Żołnierze nagrali ten incydent. Choć doszło do niego w nocy, na wideo widać mężczyznę w kamuflażu, który próbuje przywiązać drugą osobę do samochodu. Po tym wojsko otacza samochód i udaje mu się uwolnić kolegę.

Dzień po incydencie z UAZ-em, 1 stycznia 2024 r., konflikt trwał nadal.

— Urodziła mi się córka chłopca i uczciliśmy to na swój sposób — wódką — powiedział Nikołajenko. — Nasi przełożeni wezwali żandarmerię wojskową, a komendant, pod naciskiem dowódcy, wsadził nas na dwa dni do aresztu. Rzekomo za pijaństwo.

Dzień później czterech żołnierzy przeniesiono do pułku nr 1442 (bez skompletowania odpowiednich papierów). Członkowie tej jednostki już we wrześniu 2023 r. nagrali wideo, w której mówili o kolosalnych stratach i o tym, że "ze strachu" ich koledzy popełniają samobójstwa.

3 stycznia, będąc już w nowej jednostce, dezerterzy wyruszyli na swoją ostatnią misję bojową.

— Nabój strącił mi hełm i zerwał [pasek naramienny] pancerza — tak, że odpadł. Chodziłem z gołą głową pod ostrzałem. Wyprowadziłem grupę i wściekłem się: pie***yć to, to koniec. Nie będę tu służył, dopóki te jelenie [w dowództwie] tu są — powiedział Nikołajenko.

Dodał: — 5 stycznia pojechaliśmy do Mironówki — chcemy udać się do prokuratury wojskowej w Moskwie. [...] Pójdę tam i powiem: to nie jest wojna, ale ludobójstwo. Co wy robicie? Co wy, ku**wa, wyprawiacie?

onet.pl