wtorek, 10 września 2024



Od czasu wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie Węgry utrzymują zależność energetyczną od FR na niemal niezmienionym poziomie. Alternatywą w przypadku ropy są dostawy za pośrednictwem chorwackiego terminalu naftowego, które dziś pokrywają ok. 30% importu. Rząd w Budapeszcie nie czyni jednak wyraźnych kroków w celu ich zwiększenia. Podczas dyskusji o sankcjach przeciw Rosji w 2022 r. spółka MOL szacowała, że pełne dostosowanie rafinerii Százhalombatta pod Budapesztem do przetwarzania nierosyjskich gatunków ropy zajmie od dwóch do czterech lat, niemniej nie informuje obecnie, jakie osiągnięto dotąd postępy w tym zakresie. Strona węgierska podkreśla, że przepustowość rurociągu Adria (11 mln ton rocznie) jest niewystarczająca do pokrycia łącznego zapotrzebowania rafinerii na Węgrzech (8,1 mln ton) i Słowacji (6,1 mln ton), oraz wytyka nieukończoną modernizację jego ok. 80-kilometrowego odcinka Sisak–Virje. Budapeszt zarzuca stronie chorwackiej, że ta nałożyła po 2022 r. „pięciokrotnie wyższe opłaty od rynkowych”, co miałoby podważać wiarygodność Zagrzebia.

Zarówno rząd Chorwacji, jak i operator tamtejszej sieci przesyłowej odpierają węgierskie oskarżenia o niedostateczną przepustowość, wygórowane ceny i rzekomy brak wiarygodności Zagrzebia jako partnera. Przypominają o wieloletniej współpracy między spółkami JANAF i MOL, w ramach której obie strony wywiązywały się z wzajemnych zobowiązań, m.in. z ważnego do końca 2024 r. kontraktu (obejmującego także dostawy dla Slovnaftu) na transport 2,2 mln ton ropy.

Z nieoficjalnych źródeł chorwackiego „Forbesa” wynika, że Węgrom zaoferowano umowę długoterminową (najprawdopodobniej korzystniejszą finansowo), ale ci odmówili. Chorwaci podkreślają również, że dzięki zastosowaniu polimerów DRA, które redukują opory podczas przepływu ropy naftowej, rurociąg Adria jest w stanie na kierunku węgierskim transportować 14,3 mln ton surowca rocznie, tj. całość zapotrzebowania rafinerii na Węgrzech i Słowacji. Według prezesa JANAF-u węgierskie zarzuty są tym bardziej niewiarygodne, że w lutym 2023 r. przedstawiciele spółki MOL uczestniczyli w testach technicznych rurociągu, które pokazały, że na tym kierunku jego przepustowość wynosi 1,2 mln ton miesięcznie, co daje 14,4 mln ton ropy rocznie.

W ocenie JANAF-u oskarżenia Budapesztu o nadmierne opłaty to element taktyki negocjacyjnej grupy MOL. Według chorwackiej firmy cenę za transport ropy uzgadnia się w procesie negocjacji zgodnie z ustaloną (niejawną) metodologią, której podstawą jest długość i stopień wykorzystania przepustowości poszczególnych odcinków rurociągu. Z tego względu wysokość opłat w przypadku dostaw z terminalu chorwackiego powinna być dla Węgier opłacalna – rurociąg prowadzący do ich granicy liczy bowiem jedynie 289 km (podczas gdy odcinek Drużby przez Ukrainę prawie 700 km). Ponadto transport przez terytorium, na którym toczą się działania wojenne, wiąże się z ryzykiem wystąpienia przerw w dostawach.

Węgry na wszelkie sposoby usiłują jednak podtrzymać import z FR. Według zapowiedzi Budapesztu do połowy września ma zostać wypracowane rozwiązanie, które pozwoli wznowić tranzyt ropy Łukoilu przez Ukrainę. Rosyjski surowiec miałby ponownie trafiać do rafinerii na Węgrzech i Słowacji, a MOL stałby się jego właścicielem prawnym już od granicy rosyjsko-ukraińskiej, przy czym to w jego gestii będzie zapewnienie bezpieczeństwa przesyłu na tym odcinku. W praktyce generowałoby to dla węgierskiego koncernu dodatkowy koszt z tytułu ubezpieczenia w wysokości ok. 1,5 dolara za baryłkę.

osw.waw.pl


„Rzeczpospolita”: Mija miesiąc odkąd Ukraińcy weszli na teren obwodu kurskiego. Jak tę ofensywę można ocenić z militarnego punktu widzenia? Czy udało się w jej trakcie zrealizować jakieś ważne cele wojskowe?

Ppłk rez. Maciej Korowaj: Pod względem militarnym to jest pewnego rodzaju majstersztyk: przeprowadzono operację zaczepną, ofensywną, na terenie przeciwnika, nie dysponując de facto przewagą powietrzną. Przewagą powietrzną dysponuje Federacja Rosyjska – może nie jest to supremacja – ale de facto ma więcej możliwości uderzeń lotniczych. W takich warunkach prowadzenie operacji zaczepnej jest dosyć karkołomnym zadaniem. Tutaj Ukraińcy zastosowali bardzo ciekawe, nowatorskie rozwiązania militarne, które pozwoliły im uzyskać przede wszystkim zaskoczenie – o dziwo w takim środowisku przepełnionym informacją o polu walki i ruchach przeciwnika. Znaleziono najbardziej słaby punkt i w niego uderzono. Siły ukraińskie w początkowej fazie tej operacji prowadziły wojnę manewrową, niszcząc Rosjan na głębokich rubieżach, podchodzące siły były izolowane, te, które się broniły, były też izolowane, do momentu kiedy Rosjanie nie nasycili tego kierunku wszystkim czym mogli. Głównie były to jednostki złożone z żołnierzy poborowych, ale też rezerwy, które były dostępne na froncie południowym, tam gdzie jeszcze takie rezerwy były. Udało się Rosjanom nasycić ten kierunek wojskiem. Ale Ukraińcy nie zatrzymali się ze względu na to, że nie mogli dalej iść, tylko dlatego, że muszą cały czas działać w określonych warunkach i środowisku, gdzie działają określone środki walki radioelektronicznej, one też mają ograniczony zasięg, i ich obrona przeciwlotnicza, która musi przeganiać elementy przewagi rosyjskiej w powietrzu. Ukraińcy zeskalowali to uderzenie na tyle, na ile posiadali środków, aby ta operacja była dla nich jak najbardziej wydajna i zmusiła Rosjan do użycia na tym kierunku swoich rezerw.

Ja zakładałem, jeszcze rok temu, że Rosjanie przygotowują operację ofensywną na kierunku sumskim, a preludium do tego będzie seria kaskadowych operacji ofensywnych na froncie południowym. I od października zeszłego roku takie operacje Rosjanie prowadzą. Atakowali w kierunku Robotynego, w kierunku Marjinki, w kierunku Awdijiwki, Czasiw Jaru, Kremiennej. Te operacje przechodziły kaskadowo – jedna się zaczynała, druga, trzecia, czwarta, tak aby nacisk na całej długości na siły ukraińskie trwał. Dodatkowym uderzeniem było uderzenie na kierunku Charkowa i mocne uderzenie w kierunku Awdijiwki, która została zdobyta, a teraz uderzenie na kierunku Pokrowska. Takim ostatecznym uderzeniem miało być – ja zakładam – uderzenie w kierunku Sum, co by całkowicie rozwodniło siły i rezerwy ukraińskie. I gdzieś ten front mógłby im pęknąć. Takie były założenia gen. Walerija Gierasimowa (szef Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej, obecnie głównodowodzący siłami Rosji na Ukrainie – red.), który z premedytacją osłabił te siły, które broniły granicy, pozostawiając tam tylko bataliony straży granicznej Federalnej Służby Bezpieczeństwa i część jednostek mieszanych, złożonych z żołnierzy poborowych i kontraktowych, które odtwarzały gotowość bojową po walkach na froncie południowym. I wszystkie siły rzucił na tę kaskadową ofensywę, żeby Ukraińców wymęczyć. Gen. Ołeksandr Syrski (głównodowodzący siłami ukraińskimi – red.) stwierdził, że nie będzie rzucał rezerw i walczył na zasadach rosyjskich, nie będzie wypalał najlepszych jednostek w ciężkich, okopowych walkach, w których Rosjanie czują się dobrze i mają przewagę ogniową w artylerii i lotnictwie, tylko uderzył tam, gdzie są najsłabsi, na kierunku z którego mogło wyjść najbardziej śmiertelne uderzenie dla sił ukraińskich. Przeniósł walkę na teren Federacji Rosyjskiej – i te rezerwy, które mogły być przez Rosję użyte do operacji w kierunku Sum, są teraz uwiązane w walki obronne na terenie obwodu kurskiego. Gen. Syrski tą operacją zutylizował rezerwy, które mogły być użyte na innych kierunkach, a z drugiej strony zabezpieczył sobie kierunek, z którego mogło wyjść uderzenie na tyły armii ukraińskiej.

Jeśli spojrzymy na mapę to rzeczywiście tak by to wyglądało, front zostałby rozciągnięty być może na niemal 2 tys. km. W takim razie nawet to, że Rosjanie nie przerzucili zbyt wielu jednostek biorących udział w ofensywie na Pokrowsk do obrony obwodu kurskiego, nie oznacza, że ofensywa nie przyniosła oczekiwanych efektów militarnych?

Ale w tej chwili ofensywa rosyjska w kierunku Pokrowska stoi. Rosjanie zatrzymali się maksymalnie 6 km od progu Pokrowska i Myrhorodu. Teren jest dosyć płaski i nie ma tam miejscowości, na których można byłoby oprzeć uderzenie, Rosjanie zajmują dogodny teren, wysyłają grupy szturmowe w dużych ilościach, one zajmują teren i dopiero potem podciągają resztę sił. Rosjanie prowadzą tzw. bitwę ogniową – na samym kierunku operacji w kierunku Pokrowska mieli przewagę ogniową 10 do 1. W tej chwili, zgodnie z tym co mówi ukraiński Sztab Generalny, sam gen. Syrski w wielu wypowiedziach, jest to przewaga 2 do 1. Prawie o 80 proc. została zredukowana możliwość rażenia ogniowego przez siły Federacji Rosyjskiej na tym kierunku. Jakim cudem tego dokonano? No właśnie uderzeniem na obwód kurski i rozmyciem części rezerw i zasobów na kierunku kurskim. Nie zawsze chodzi o zniszczenie dział, ale też przeniesienie artylerii, przeniesienie logistyki itd. Rosjanie mogą mieć na tym kierunku dużo środków ogniowych, ale – ze względu na to, że prowadzą intensywne działania ogniowe na kierunku kurskim – muszą część artylerii, amunicji przerzucić tam. I równocześnie działa na kierunku pokrowskim mniej strzelają.

rp.pl


Latem ubiegłego roku władze rosyjskie, mając nadzieję na zwerbowanie jak największej ilości "mięsa armatniego" do wysłania na wojnę w Ukrainie, podniosły kwotę płatności za podpisanie kontraktu. Od początku roku średnia regionalna płatność wzrosła czterokrotnie i łącznie z częścią federalną osiągnęła 1 mln rubli (według aktualnego kursu 42 tys. zł).

Pod koniec lipca Władimir Putin podwoił zryczałtowaną płatność za podpisanie umowy z ministerstwem obrony do 400 tys. rubli (17 tys. zł). Od tego czasu 47 rosyjskich regionów również zwiększyło swój udział. Obecnie płatności regionalne wynoszą średnio 596 tys. rubli (29 tys. zł), czyli ponad trzykrotnie więcej niż pod koniec ubiegłego roku. W 15 regionach kwota płatności regionalnych osiągnęła 1 mln lub więcej. W Moskwie, Sankt Petersburgu i Karaczajo-Czerkiesji wraz z wypłatą federalną nowi pracownicy kontraktowi otrzymają łącznie 2 mln rubli (85 tys. zł).

Od lipca 2023 r. do czerwca 2024 r. wypłaty dla uczestników inwazji na Ukrainę, w tym wypłaty w przypadku obrażeń i śmierci, osiągnęły łącznie 3 bln rubli (128 mld zł). To prawie jedna trzecia rekordowego budżetu wojskowego Rosji od czasów radzieckich, a także ok. 8 proc. budżetu federalnego i ok. 1,5 proc. rosyjskiego PKB.

onet.pl

poniedziałek, 9 września 2024



Włodarze na szczeblu państwowym i regionalnym nie narzuciliby tak łatwo swojej kleptokracji, gdyby napotkali mocniejszy opór ze strony społecznej. Przez wieki wśród Rosjan panowała powszechna nieufność wobec tych, którzy byli u władzy – od caratu przez okres komunizmu normą było, że rosyjskie rodziny zakładały, iż rząd w stolicy to pasożyt żerujący na ludziach, sądy zaś wypaczają sprawiedliwość na korzyść potężnych i bogatych. W konsekwencji Rosjanie zaufanie pokładali przede wszystkim w krewnych i sprawdzonych przyjaciołach. Kiedy carscy urzędnicy zjawiali się po podatki i rekruta, czymś zrozumiałym było, że chłopi ukrywali, co tylko mogli, a kiedy szlachta dopominała się nadmiernych świadczeń od podległych sobie chłopów, ci powszechnie fałszowali rzeczywistą obfitość zbiorów. Skłonność do takiego migania się bądź też zachowań wprost nielegalnych jeszcze wzrosła w czasach dyktatury komunistycznej. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych system komunistyczny się rozpadł, a w Rosji wprowadzono dziki kapitalizm gospodarczy, naturalną reakcją obywateli było raz jeszcze obdarzenie zaufaniem rodzin i przyjaciół, nie zaś rządu, który pozwolił się namnożyć tak zwanym oligarchom. Poczucie niezadowolenia i rozpaczy przybierało na sile, w miarę jak ludzie starali się walczyć ze skutkami zaistniałej depresji gospodarczej.

Mało co w tym było nieuniknione, jeszcze mniej zaś celowe. Rządzący w ostatniej dekadzie XX wieku wytyczali ścieżkę ku wyjściu z mroku, przy czym nie mieli zbyt wielu pewnych źródeł światła. Prędko jednak wykorzystali sytuację, która pozwalała im na kształtowanie polityki zgodnie z własnym interesem, co zaskoczyło wyłącznie tych, którzy przeceniali szanse na wprowadzenie w kraju zdrowej demokracji oraz rządów prawa. Rosyjskie społeczeństwo w ostatniej dekadzie XX wieku miało dość politycznej retoryki, na polityków patrzyło z nieufnością, bez reszty zaś skupiało się na tym, jak zarobić na chleb i nie stracić pracy. Spadła liczba demonstracji. Rozruchy stały się rzadkością. 

Władza wiedziała, jak ważne jest, by mieć oko zarówno na nastroje społeczne, jak i na rozwój wypadków w najwyższych kręgach politycznych i biznesowych. Rozumiano, co się może stać, gdy notowania opinii publicznej się pogorszą. W późnych latach osiemdziesiątych Gorbaczow nie miał konkurencji, lecz w 1990 roku sondaże wskazały gwałtowny spadek jego popularności, który okazał się nieodwracalny. Jelcyn w latach 1990‒1991 wzbudził falę podziwu, lecz przez kolejne lata dekady coraz bardziej tracił szacunek ludzi. Gorbaczow i Jelcyn napili się z kielicha admiracji, a następnie zadławili jej niesmacznymi fusami. Obydwu przyszło zmierzyć się z kryzysem, który niespodziewanie okazał się nie do przezwyciężenia, i obydwaj musieli oddać władzę. Ci, których Putin i jego ekipa obsypali względami w postaci ministerstw, korporacji bądź też państwowych projektów, jak najbardziej mogą obrócić się przeciwko swoim dobroczyńcom. Media, które obecnie otaczają ich uwielbieniem, w mgnieniu oka mogą się przełączyć w tryb zaczepny.

Kiedy w jednym czasie wzbiera niezadowolenie elit oraz rozczarowanie społeczeństwa, tak jak to było za Gorbaczowa i za Jelcyna (a także za Mikołaja II w 1917 roku), wówczas pojawia się intensywna presja na przywódcę, aby odszedł. Na Kremlu nie ustają w wysiłkach, by śledzić rozwój potencjalnie niebezpiecznych opinii. W czasach radzieckich służyły temu KGB oraz struktury istniejące przed jego utworzeniem. Tajna policja miała własny interes w wyolbrzymianiu zagrożeń dla stabilności politycznej państwa, toteż komunistyczne kierownictwo nigdy nie mogło do końca wierzyć w wiarygodność jej raportów.

Otwarte badanie opinii publicznej przebiegało nierówno aż do 1987 roku, kiedy to Gorbaczow zezwolił na założenie Wszechzwiązkowego Centrum Badania Opinii Publicznej przez uznanych socjologów Tatjanę Zasławską i Borysa Gruszyna. Bieżącą pracą ośrodka, przemianowanego w 1992 roku na Rosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej i znanego pod rosyjskojęzycznym skrótem WCIOM, zarządzał Jurij Lewada, który ustanowił wysokie standardy, włączając techniki badania i analiz z innych krajów świata, wskutek czego politycy niekiedy musieli czytać niepochlebne doniesienia o tym, co ludzie o nich myślą. W działania WCIOM nie wtrącano się do 2003 roku, kiedy to rząd zmienił system jego finansowania. Sfrustrowany Lewada, przekonany, że ministrowie sprzeciwili się w ten sposób niepokojącym doniesieniom o opiniach na temat walk w Czeczenii, zrezygnował z funkcji i założył własne Centrum Lewady. W 2006 roku zmarł. Centrum Lewady zachowało niezależność, wpadło jednak w tarapaty, w niewielkiej części było bowiem finansowane ze środków z zagranicy, czym naraziło się na wpisanie na listę „agentów zagranicy”. Decyzja o rezygnacji z takiej formy wsparcia i tak nie uchroniła ośrodka przed złą wolą resortu sprawiedliwości – w 2016 roku, na krótko przed wyborami do Dumy, zaliczono go do instytucji „pełniących zadanie agenta zagranicy”, co dowodziło nieustającego wyczulenia Kremla na kwestię badania opinii publicznej. 

Putin określił swój coroczny program telewizyjny Bezpośrednie połączenie z telefonami od widzów mianem barometru opinii publicznej, okazale tytułując go „najpotężniejszym sondażem socjologicznym”, i wraz ze swoim zespołem stara się, by podczas publicznych wystąpień nie dochodziło do jakichkolwiek nieprzyjemności. I choć jego ludzie niekiedy zapalczywie protestują przeciwko badaniom Centrum Lewady, to jednocześnie polegają na informacjach dostarczanych przez kompetentnych badaczy. Nie oznacza to bynajmniej, by wyniki badań sondażowych były w pełni zadowalające – obecna Rosja nie jest już krajem, w którym każdy byłby gotów swobodnie wyrażać krytyczną opinię wobec kierownictwa. Osoby odbierające telefon od sondażowni muszą się dobrze zastanowić nad odpowiedzią na pytanie, czy mogą polegać na Putinie. Wspomnieniami łatwo sięgają czasów, kiedy każdy obywatel radziecki, który dawał wyraz dezaprobacie wobec władz, pakował się w poważne kłopoty. Choć obecnie sytuacja nie przedstawia się aż tak groźnie, to wielu respondentów i tak zawaha się przed powiedzeniem czegoś, co mogłoby się szkodliwie odbić na ich zatrudnieniu bądź warunkach mieszkaniowych. Mimo to trudno uznać, by niedokładność wyników sondaży była więcej niż magrinalna.

Pomimo bezceremonialnego potraktowania przez władze Centrum Lewady w dalszym ciągu zapewnia użyteczny wgląd w kształtowanie się rosyjskiej opinii publicznej. W styczniu 2018 roku ośrodek spytał o sprawy, które wzbudzały u ludzi największe poruszenie. Odpowiedzi dowodziły wyraźnego zaniepokojenia podstawowymi warunkami bytowymi. Największe zmartwienie, wskazane przez 68 procent ankietowanych, stanowiły podwyżki cen. W następnej kolejności wspominano o powszechnej biedzie (47 procent) i wzroście bezrobocia (40 procent). Takie wyniki, o ile stanowią miarodajne odzwierciedlenie rzeczywistości, zdają się ukazywać, że ludzie arzekają na kwestie najbardziej bezpośrednio dotykające ich samych oraz ich rodzin. Czynniki, które mogą uznać za przyczynę zaistnienia takiej sytuacji, wymieniają na dalszych pozycjach – na przykład łapownictwo i korupcję wskazało zaledwie 38 procent respondentów. Jeszcze mniej respondentów wspominało o kurczącym się dostępie do opieki zdrowotnej oraz edukacji. 

Wina samego Putina jest kwestią dyskusyjną. Dwie trzecie obywateli uważa, że osobiście odpowiada za utrzymującą się korupcję, panuje przy tym powszechny sceptycyzm co do możliwości jej wyplenienia. Lecz zaledwie 6 procent zarzuca mu nieuczciwość. Generalnie jego reputacja nie doznaje uszczerbku – wychodzi na to, że inni, owszem, są skorumpowani, ale on nie. Dlaczego? Ponad połowa respondentów wyraziła przekonanie, że po prostu jest jej nieświadom i że doradcy ją przed nim ukrywają.

Wyniki w sondażach i osobiste sukcesy wyborcze na przestrzeni lat bynajmniej nie zapewniły Putinowi ochrony przed niebezpieczeństwem wzbudzenia gwałtownej reakcji negatywnej. W 2011 roku jego popularność poważnie spadła, gdy oznajmił, że ma zamiar po raz kolejny ubiegać się o prezydenturę, a premierem z powrotem uczynić Miedwiediewa. Po objęciu urzędu w 2012 roku jego popularność ciągle nie wzrastała, a w styczniu 2013 roku zanurkowała do 62 procent – w ten oto sposób przychodziło mu płacić za machlojki wokół urzędu prezydenta, jak również za niepewny stan rosyjskiej gospodarki po ogólnoświatowej recesji z lat 2007‒2008. W miarę pogarszania się warunków na rynku pracy kierownictwo ściągało na siebie społeczną dezaprobatę, lecz nawet olbrzymia przepaść między najbogatszymi mieszkańcami Rosji a tymi najbiedniejszymi wywoływała niezadowolenie zaledwie trzeciej części respondentów.

Dlatego też w 2012 roku zdecydował się na wydanie jedenastu „dekretów majowych” jeszcze w dniu inauguracji swojej trzeciej kadencji prezydenckiej. Choć opozycji udało się zorganizować protesty w Moskwie i wielu innych dużych ośrodkach miejskich, w wyborach odniósł zdecydowane zwycięstwo, co wywołało powszechne wrażenie, że cieszy się teraz pozycją nie do ruszenia, lecz on sam tak tego nie widział. Swymi dekretami chciał udowodnić, że jego administracja będzie się troszczyła o interesy ludzi, zarazem budując nowoczesną gospodarkę i społeczeństwo. Zwrócono uwagę, że obiecał podnieść wynagrodzenia nauczycielom i lekarzom – zdawał sobie sprawę, że znaczna część protestujących wywodziła się z grona pracowników umysłowych. Zobowiązał się również do podniesienia stypendiów studenckich. Choć i tym razem podkreślił potrzebę poprawy gotowości bojowej sił zbrojnych, to w swoich zapowiedziach skupił się przede wszystkim na opiece zdrowotnej, mieszkalnictwie, uczciwości w administracji oraz na szkolnictwie. Aby ubiec poważniejsze niepokoje, Putin był zmuszony włączyć do programu swojej kadencji większą dozę empatii.

Wiedział jednak, że mało kto wczyta się w treść poza nagłówkami. Wprowadzenie tych dekretów w życie oznaczałoby gruntowną odmianę warunków życia wszystkich Rosjan, tyle że każdy, kto przyjrzał się szczegółom, musiał uznać je za nierealistyczne albo wręcz utopijne. Rok później w kręgach władzy pojawiło się już zaniepokojenie. Minister finansów Anton Siłuanow przypomniał członkom gabinetu, że przychody z eksportu ropy i gazu nie wystarczają do pokrycia oficjalnych obietnic zwiększenia wydatkowania. Zgodził się z nim minister rozwoju gospodarczego Aleksiej Ulukajew, który zasygnalizował trudności, jakie napotykały rządowe programy socjalne.

Lecz to nie dekrety majowe, a aneksja Krymu najbardziej dopomogła Putinowi w odzyskaniu popularności, która w czerwcu 2015 roku osiągnęła szczytowy poziom 89 procent. Na krótko przed wyborami prezydenckimi w 2018 roku wciąż notował bezpieczne 71 procent poparcia. W przeszłości zdarzały się znacznie wyraźniejsze tąpnięcia jego notowań: w sierpniu 2000 roku spadły do 65 procent, co było konsekwencją tragedii okrętu podwodnego Kursk, jak również oznaką narastającego zaniepokojenia społecznego w związku z wojną w Czeczenii, wielu Rosjan przypominało sobie bowiem wcześniejszą wojnę z 1994 roku i obawiało się, że rosyjska armia ponownie wpakuje się w tarapaty, a tysiące żołnierzy przypłaci to życiem. Do innych spadków dochodziło jeszcze w późniejszych latach, przede wszystkim przy oblężeniu szkoły w Biesłanie w 2004 roku.

Większość Rosjan żywiła też przekonanie, że wprowadzone przez Zachód sankcje gospodarcze stanowiły element nieustającej kampanii mającej na celu osłabienie i upokorzenie Rosji. Jesienią 2014 roku tego zdania było siedmioro na dziesięcioro Rosjan, a odsetek ten w kolejnych latach nie ulegał zmianie. Zachodnie obiekcje wobec działań militarnych Rosji uznawało za nieuzasadnione 60 procent respondentów. 

Robert Service - Na Kremlu wiecznie zima


Donald Trump ostrzegł, że wyśle do więzienia urzędników, których uważa za oszustów. "Gdy wygram, ci, którzy oszukali, zostaną pociągnięci do odpowiedzialności z całą surowością prawa, co obejmie długoterminowe wyroki więzienia, aby ta niegodziwość wymiaru sprawiedliwości się nie powtórzyła" - napisał były prezydent USA, cytowany przez "The Guardian".

Polityk wymienił, że jego ostrzeżenie dotyczy prawników, działaczy politycznych, darczyńców, nielegalnych wyborców i skorumpowanych urzędników wyborczych. "Osoby zamieszane w nieuczciwe zachowanie zostaną wytropione, złapane i osądzone na poziomie, niestety, nigdy wcześniej niewidzianym w naszym kraju" - zaznaczył Donald Trump. Jak przypomnieli dziennikarze CNN, nie ma dowodów potwierdzających, że wybory prezydenckie w 2020 roku zostały sfałszowane. Tego zdania byli zarówno sędziowie, jak i były prokurator generalny USA William Barr z Partii Republikańskiej.

gazeta.pl


Gościni TOK FM zastanawiała się również nad tym, co rzeczywiście w Polsce robił Paweł Rubcow i jaką rolę miał odegrać. Przyznała, że ma pewne wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście był on szpiegiem. Podkreśliła, że nie został za to skazany. - Sam fakt, że uczestniczył w wymianie szpiegów, nie jest jeszcze stuprocentową, moim zdaniem, przesłanką do tego, żeby ocenić, że był szpiegiem. Dlaczego? Dlatego, że mógł być wysłany (do Polski) po prostu jako osoba, która robi szum i zamieszanie - stwierdziła.

Przekonywała, że "prawdziwy szpieg nigdy nie nosiłby ze sobą dwóch paszportów". - To jest podstawa działania każdej osoby, która jest przeszkolona do pracy szpiegowskiej. Nie nosimy ze sobą żadnych rzeczy, które by udowadniały, że nasza legenda jest nieprawdziwa. Jeżeli jego legendą działalności było to, że był dziennikarzem freelancerem i miał nawiązywać relacje w środowisku dziennikarskim, to dlaczego miał w domu dwa paszporty? Dlaczego miał coś, co w sposób najbardziej banalny mogło ujawniać, że ma dwie tożsamości? - pytała. Jak dodała, tej zagadki możemy nigdy nie wyjaśnić.

Wyjaśniając, na czym mogła polegać działalność Pawła Rubcowa, użyła pojęcia agentura proxy. - Pamiętajmy, że działalność prowadzona przez obcy wywiad, szczególnie po wybuchu wojny na Ukrainie, ze strony rosyjskich służb specjalnych, ma również na celu tworzenie po prostu chaosu, budowanie poczucia zagrożenia w społeczeństwie, budowanie przekonania, że państwo nie jest w stanie dać nam elementarnego poczucia codziennego bezpieczeństwa - wyjaśniała.

Jej zdaniem właśnie wprowadzanie takiego niepokoju mogło być zadaniem Rubcowa. - Wiemy o tym, że on publikował artykuły popierające działania rosyjskie, tłumaczące zachowanie Rosji na arenie międzynarodowej, nie tylko w Polsce, ale również w Hiszpanii. Więc raczej byłaby to taka agentura proxy - tania agentura, którą można wykorzystać do niezbyt skomplikowanych działań - powiedziała i dodała, że nie ma dowodów (bądź nie zostały one ujawnione), by Rubcow dotarł do kogokolwiek, kto ma realny wpływ na sytuację w Polsce. 

tokfm.pl

niedziela, 8 września 2024



Jakub Biernat, Bielat: - Czy Rosja idzie chińską drogą w blokowaniu niewygodnych treści w internecie i czy można już mówić o stworzeniu czegoś na kształt Great Russian Firewall?

Ksenia Jermoszyna, badaczka francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych (CNRS), rosyjska opozycjonistka i cyberaktywistka: - Od czasów wprowadzenia w Rosji tzw. ustawy Jarowej (zainicjowanej przez rosyjską deputowaną Irinę Jarową - belsat.eu) znanej jako ustawa o „suwerennym internecie”, Rosja jest porównywana z Chinami w tym względzie. Częściowo się z tym zgadzam, a częściowo nie.

- Dlaczego?

- W Chinach internet był zaprojektowany w inny sposób i zbudowany wokół niego sektor gospodarczy i infrastruktura bardzo różniła się od rosyjskiej. Tam od razu państwo miało kontrolę nad węzłami Sieci łączącymi ją ze światem. W Rosji internet rozwijał się spontanicznie, panował pozytywny chaos. Z miejsca pojawiło się wielu dostawców, powstał konkurencyjny rynek, który zapewnił dobrą jakość usług. I gdy państwo zabrało się za próby kontroli, zderzyło się z decentralizowaną siecią, dużą ilością połączeń transgranicznych. W 2018 r. było wiadomo o 60 takich punktach, a było ich znacznie więcej. Teraz ich liczba maleje, rosyjskie władze na taki chaotyczny system starały się “naciągnąć” system kontroli. I by zbliżyć się do chińskiego modelu, musiały wiele się natrudzić. Trzeba było zmusić tych licznych dostawców do wdrożenia nowych praw.

- Jak prawnie i technicznie wyglądał ten proces?

- W 2012 r. gdy pojawiły się pierwsze czarne listy stron zakazanych, dostawcy wykonywali nowe prawo po swojemu. Blokada stron była bardzo nieharmoniczna: niektórzy w ogóle nie blokowali, inni używali rozmaitych sposobów blokady czy to za pomocą dodatkowych urządzeń, czy na poziomie skryptu. W 2019 r. państwo zderzyło się w czasie pierwszych blokad Telegramu z oporem ze strony dostawców, zresztą zupełnie apolitycznych. Okazało się, że funkcjonuje mnóstwo sposobów na obejście blokad. Władze więc nałożyły na nich obowiązek instalowania urządzeń dla DPI (głębokiej inspekcji pakietów - służących do analizowania przesyłanych treści internetowych - belsat.eu).

Władze zrozumiały także, że by zbliżyć się do chińskiego modelu, muszą zająć się także  transgranicznymi punktami dostępu i dowiedzieć się, jacy dostawcy z nich korzystają. W tych punktach także ustanowiono urządzenia DPI, podobnie jak na głównych węzłach sieci tzw. IX (Internet Exchange) wewnątrz kraju. W efekcie tych działań osiągnięto podobny poziom filtrowania przesyłanych danych jak w Chinach, choć w inny sposób.

- A co ten system odróżnia od chińskiego?

- Różnica jest zasadnicza. Przepływ informacji wewnątrz Chin nie jest szczególnie kontrolowany. Tam blokada następuje głównie według listy słów kluczowych. Badałam, jak wygląda to w przypadku Wechat – czyli tzw. superaplikacji (superapp), która łączy komunikator ze sklepem internetowym i wieloma innymi usługami. W Chinach, inaczej niż w Rosji, prawie wszyscy używają rodzimych aplikacji i jest łatwiej kontrolować ich zawartość. Rosja obecnie dąży do czegoś podobnego, zastępując zagraniczne serwisy krajowymi. Trwa więc faktyczny proces sinoizacji internetu w Rosji.

(...)

- A czy Putin ma jakieś pojęcie na temat technologii, czy w ogóle korzysta z internetu?

- Z tego co widzę w mediach i słyszałam od dostawców, Putin jest technosceptykiem, Nie ufa technologiom internetu i się ich boi. Uważa, że są niebezpieczne i sam się stara powstrzymywać od internetowej aktywności. Jest wyznawcą tej kagiebowskiej narracji, że internetowi nie można ufać, bo dookoła są wrogowie i stąd się biorą prawa do zwiększania kontroli. Rosyjskie władze dążą więc do stworzenia swojej Sieci, w której będą mieli swoje treści i będzie się ona opierała na innych wartościach niż sieć stworzona przez Amerykanów.

- Tylko jak to wykonać praktycznie? 

- Badam teraz kwestię państwowego standardu szyfrowania GOST-Szyfr, który obecnie wprowadzany jest w Rosji. Różni się on znacznie od standardów międzynarodowych. Władze chcąc się odciąć od świata, zaczynają posługiwać się swoimi certyfikatami szyfrowania. Tych szyfrów używa się na Gosusługach (odp. E-obywatela - belsat.eu), w przeglądarce Yandex, na stronach instytucji państwowych. Powstał więc już cały równoległy internet oparty na tym standardzie.

(...)

- Telegram jest anonimowy, jak określić w ogóle, które kanały są niezależne, a które zależne od Kremla?

- Telegram jest medium, gdzie toczy się wiele operacji psychologicznych tzw. PsyOps. Od kilku lat jest aktualny temat dekolonizacji wewnątrz Rosji. Lokalne narody i grupy etniczne np. Baszkirzy, Buriaci, widząc, co się stało z Ukrainą, również domagają się odłączenia od Rosji. Razem z kolegami zrobiliśmy olbrzymią analizę kilkudziesięciu tysięcy kanałów poświęconych tej tematyce. I wśród nich są i oryginalne kanały, a są kremlowskie, które tylko podszywają się pod ten ruch. I widać całą ich sieć. Ktoś we władzach zauważył problem i postanowił zareagować. Powstają nawet fejkowe-fejkowe kanały - imitacje już nie tylko oryginalnych kanałów, ale także tych kremlowskich. 

- Przypomina to nieco działania carskiej Ochrany, które tworzyły kontrolowane przez siebie rewolucyjne komórki…

- To dobre porównanie. Pojawiają się różne dziwne i kontrowersyjne inicjatywy, które mają za zadanie przyciągnąć do siebie ludzi. Jest np. coś takiego, jak „Państwo mężczyzn”, taka antyfeministyczna subkultura. Przyciąga ona młodzież – wykorzystując emocje i tworząc wielkie audytorium. A jej celem jest głośny w Rosji feministyczny ruch antywojenny. Powstaje więc kontrprojekt, niby niepolityczny, a będący instrumentem propagandy.

belsat.eu


"Opinia publiczna na Zachodzie się zmienia, bardzo szybko i bardzo zacnie" – cieszyła się 25 lutego tego roku Margarita Simonian, naczelna telewizji RT (to cytat z aktu oskarżenia). Choć od ponad dwóch lat RT nie ma prawa nadawać swoich propagandowych programów na terenie Zachodu, nie znaczy to, że nie nie wpływa na to, co i jak myślą obywatele krajów, które nałożyły sankcje. Simonian wyjaśniała na ekranie, że choć od czasu napaści Rosji na Ukrainę sama RT nadawać nie może, to zbudowała "potężną sieć, całe imperium tajnych projektów, które urabiają opinię publiczną, przekazując prawdę zachodnim odbiorcom."

Jednym z takich tajnych projektów jest amerykańskie dzieło Kostii i Leny. Kałasznikow to obywatel Rosji i pracownik RT, wiceszef "działu projektów w mediach cyfrowych". Afanasjewa to również Rosjanka i pracowniczka RT – producentka zajmująca się sprawami zagranicznymi.

W akcie oskarżenia zanonimizowano nazwy spółek i nazwiska większości amerykańskich kontaktów Kostii i Leny, ale też zostawiono dość śladów, by szybko rozszyfrować, co jest czym i kto jest kim. W operacji RT kluczowa była agencja Tenet Media z Tennessee – prokurator był tak uprzejmy, że zacytował w akcie oskarżenia jej dokładne motto, więc rozszyfrowanie tej zagadki poszło błyskawicznie. Dzięki temu wiadomo też od razu, kim byli Założyciel 1 i Założyciel 2, czyli twórcy Tenet Media. To Lauren Chen, konserwatywna influencerka z YouTube’a i jej mąż Liam Donovan.

Tenet Media reklamuje się jako siedziba "nieustraszonych głosów". W istocie to agencja zarządzająca konstelacją prawicowych gwiazd YouTube’a TikToka czy X (dawnego Twittera), bezwstydnie wychwalających Trumpa i ośmieszających najpierw Bidena, a teraz Kamalę Harris. Obsługuje m.in. Lauren Southern, kanadyjską dziennikarkę i dokumentalistkę, Tima Poola, autora podcastu "Culture War", Taylera Hansena (chwali się, że dokumentował wydarzenia na Kapitolu w 2020 r. i że jego filmy często podawał dalej Trump), youtubera Matta Christiansena, Dave’a Rubina (kanał polityczny The Rubin Report na YouTube) czy Benny’ego Johnsona, autora prawicowego podcastu "The Benny Show", wcześniej związanego m.in. z Newsmax TV czy TheBlaze.

Pełną wiedzę o pochodzeniu pieniędzy od Leny i Kostii mieli właściciele agencji. Jak podkreśla prokurator, już od marca 2021 r. przez blisko rok Lauren Chen tworzyła filmy, wpisy w mediach społecznościowych i teksty na podstawie umowy, którą jej kanadyjska firma zawarła z ANO TV-Novosti, spółką-matką RT. Treści ukazywały się na jej kanałach społecznościowych bez żadnych odniesień do RT. Firma Chen wystawiła Rosjanom rachunki za 217 filmików. Co więcej, napisała 25 felietonów, które ukazały się na stronie RT – oczywiście bez wzmianki, że to teksty opłacone przez Rosjan. W pandemii Chen i Donovan byli nawet oficjalnie wymieniani na stronach RT jako współpracownicy, ale skarżyli się, że utrudnia im to pracę w Ameryce. Do maja 2022 r. Donovan współpracował też z niemiecką filią RT o nazwie Ruptly GmbH. W cytowanej w akcie oskarżenia korespondencji w serwisie Discord Chen i Donovan pisali np.: "No, Ruscy zapłacili. Możemy wystawić im fakturę za kolejny miesiąc". Słowem, doskonale wiedzieli, kto im płaci i za co.

Inaczej rzecz się miała z częścią influencerów, których przygarnęła pod swe skrzydła agencja Tenet Media. Chen założyła spółkę 19 stycznia 2022 r., sama określa ją jako amerykańską filię swojej kanadyjskiej spółki – tej, która zawierała umowy z ANO TV-Novosti. Tenet Media produkuje filmy i wpisy w mediach społecznościowych: na YouTube, TikToku, X, Facebooku, Instagramie i Rumble. Całość, poza założycielami, obsługują trzy osoby, wspomagane przez firmę zewnętrzną, w której pracowali m.in. Kałasznikow i Afanasjewa. I choć rosyjskie wpływy widać tu gołym okiem, nikt oczywiście nie zgłosił tego w Departamencie Sprawiedliwości (zgodnie z wymogami amerykańskiej ustawy o agentach zagranicznych).

Z opisu w akcie oskarżenia wynika, że nawiązywanie kontaktu z twórcami Tenet Media przez Kostię i Lenę przypominało wyrafinowaną grę pozorów, tyle że najwyraźniej obie strony wiedziały, że to tylko gra. Wszak Chen i Donovan mieli już za sobą pracę dla Rosjan i wystawianie faktur bez żadnych zahamowań.

Spektakl zaczął się pod koniec 2022 r., kiedy do współpracy z Chen zgłosił się niejaki "Eduard Grigoriann" i jego dwie współpracowniczki. Urodzony w Brukseli bankier, syn Belgijki i Francuza o ormiańskich korzeniach, miał się dorobić jako doradca inwestycyjny w zachodnich bankach, a teraz chciał wspomóc debatę publiczną po właściwej stronie i wyłożyć pieniądze na stworzenie kanału na YouTube. Szukał do niego gwiazd i gotów był dobrze zapłacić za poszukiwania (8 tys. dol. miesięcznie). Snuł też plany pokaźnych wydatków za każdy odcinek internetowego show (nawet 100 tys. dol.).

Oczywiście żadnego Grigorianna nie było, a udawał go Kałasznikow, w czym wspomagała go Afanasjewa, grając w sieci dwie asystentki. Nawet jeśli Chen podejrzewała, że rzutki bankier z Brukseli nie istnieje, to bez oporów grała w grę, w której dostawała 8 tys. dol. miesięcznie za pośrednictwo (za pośrednictwem spółek-wydmuszek z Czech i Węgier) oraz procent od podpisanej umowy. A sumy w tych umowach były niemałe. Asystentki "Grigorianna" podały konkretne nazwiska gwiazd prawicowego internetu (najprawdopodobniej to Dave Rubin – 2,4 mln subskrybentów na YT i Tim Pool – 1,3 mln subskrybentów). Chen informowała, że jeden z nich zażąda zapewne 2 mln dol. rocznie, a drugi "bliżej 5 mln dol.". Nawet takie wygórowane stawki nie odstraszyły ormiańskiego mecenasa. Kilka miesięcy później "Grigoriann" za pośrednictwem Chen podpisał umowy z oboma influenserami. Był wprawdzie pewien problem, bo jeden z komentatorów nabrał podejrzeń co do tajemniczego sponsora, o którym nie mógł nic znaleźć w sieci, ale przestał dociekać, kiedy zobaczył screenshot z prymitywnie podrobionego profilu "Grigorianna", którego główną ozdobą było stockowe zdjęcie jakiegoś modela na pokładzie prywatnego odrzutowca. I tak podejrzliwi internetowi tropiciele spisków dali się ograć jak dzieci.

onet.pl

sobota, 7 września 2024



Gen. bryg. McMaster swoją misję jako 25. Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego Prezydenta USA oficjalnie rozpoczął 20 lutego 2017 roku. Na tym stanowisku zastąpił Michaela Flynna, który funkcję doradcy prezydenta pełnił zaledwie przez…miesiąc. Powód? Wprowadzanie FBI w błąd w sprawie jego kontaktów z byłem ambasadorem Federacji Rosyjskiej, Siergiejem Kislyakiem. W kontekście Flynna i jego kontaktów z Moskwą ciekawe jest również to, że był on pierwszym amerykańskim urzędnikiem (w latach 2012-2014 został dyrektorem Agencji Wywiadu Obronnego), który w czasie pełnionej służby, wygłosił wykład w siedzibie rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU.

Współpraca McMastera z Trumpem trwała co prawda dłużej, niż w przypadku Flynna, ale w tym przypadku trudno również mówić o długofalowym współdziałaniu. Były uczestnik misji m.in. w Zatoce Perskiej zrezygnował z funkcji doradcy republikańskiego prezydenta w marcu 2018 roku. Tu powodem również była Rosja, choć trochę w innym kontekście, o czym w dalszej części tekstu.

We fragmencie książki McMastera opublikowanym przez „Wall Street Journal” przytoczone są wspomnienia dotyczące sporów, jakie autor toczył z prezydentem Trumpem w sprawie polityki Stanów Zjednoczonych względem Rosji rządzonej przez Wladimira Putina.

„Podobnie jak swoi poprzednicy (George W. Bush oraz Barack Obama – red.) Trump był zbyt pewny swoich możliwości, co do poprawy relacji z dyktatorem z Kremla. Samozwańczy »ekspert« w zawieraniu transakcji wierzył, że może zbudować osobiste relacje z Putinem” – napisał McMaster, twierdząc dodatkowo, że dużą rolę w takim podejściu do rosyjskiego przywódcy odegrało ego Trumpa i chęć „zagrania na nosie” establishemtowi w USA.

„Skoro większość ekspertów w Waszyngtonie była za twardym podejściem do Putina, to on chciał im pokazać, że można się z nim dogadać” – dodał.

Wspomniane ego miało być też bardzo zręcznie wykorzystywane przez samego Putina w bezpośrednim kontakcie z amerykańskim prezydentem. Rosjaninowi miała w tym pomagać wieloletnia praca w KGB. Jak prezydent FR najskuteczniej oddziaływał na Donalda Trumpa? Poprzez komplementy i pochlebstwa. Te podobały się Amerykaninowi, czemu zresztą publicznie dawał wyraz. To także utwierdzało go w przekonaniu, że jest „wybranym”, gotowym do zbudowania prawdziwie dobrych relacji, wbrew opiniom większości.

„Byłem głównym głosem mówiącym mu, że Putin wykorzystuje go i innych polityków z obu partii, aby podważyć zaufanie Amerykanów do naszych demokratycznych zasad, instytucji i procesów. Putin nie był i nigdy nie będzie przyjacielem Trumpa. Czułem, że moim obowiązkiem jest to podkreślić” – napisał McMaster.

W swoich wspomnieniach były doradca amerykańskiego prezydenta pisze, że właściwie od początku współpracy z Trumpem panowie mieli inne podejście do Rosji i Wladimira Putina, ale różna optyka dotycząca działań Moskwy nie była czymś, co znacząco utrudniało ich kooperację. Ta zaczęła szwankować dopiero w lutym 2018 roku, chwilę po 54. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

To wtedy H.R. McMaster mówił m.in. na temat potrzeby przeciwdziałania rozprzestrzenianiu broni jądrowej, walki z dżihadystami czy o potrzebie znacznej reformy niektórych instytucji międzynarodowych. Poruszone tu wątki zostały jednak zepchnięte na boczny tor publicznej debaty, a to ze względu na wypowiedź doradcy Trumpa w sprawie ewentualnej współpracy amerykańsko-rosyjskiej w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Generał stwierdził, że taka współpraca jest mało prawdopodobna, a to z tego względu, że rosyjscy eksperci są zajęci - jak powiedział - „obalaniem naszej demokracji”. Zrobił to, przytaczając dowody podawane w raporcie Roberta Muellera, który badał rosyjską ingerencję w amerykańskie wybory w 2016 roku i nazwał je „niepodważalnymi”. Problem w tym, że do prezydenta Trumpa dotarła wiadomość, że McMaster nazwał cały raport Muellera „niepodważalnym”. Po otrzymaniu takiej informacji, Trump zatweetował w następujący sposób:

„Generał McMaster zapomniał powiedzieć, że na wyniki wyborów w 2016 Rosjanie nie mieli wpływu. Jedyna zmowa była pomiędzy „Crooked H” (określenie Trumpa dot. Hillary Clinton – red.), DNC (Krajowa Konwencja Demokratów) i Dems. (Partia Demokratyczna)”.

Całą sprawę wykorzystał prokremlowski Sputnik, który poinformował, że gen. McMaster mówiąc, że Rosja wmieszała się w wybory w USA „bezpośrednio zaprzeczył prezydentowi Trumpowi”.

Po przemowie w Monachium do McMastera zadzwonił ówczesny szef personelu Białego Domu, John Kelly, przekazując doradcy Trumpa, że prezydent jest wściekły. Gen. McMaster chciał natychmiast wyjaśnić całą sprawę i zaproponował, że zadzwoni do prezydenta.

„Chciałem wyjaśnić, że mowa o trzech oddzielnych pytaniach. Czy Rosja wmieszała się w wybory? Odpowiedź jest twierdząca. Czy Kreml faworyzował jednego kandydata? Uważałem, że nie dbał o to do momentu, gdy duża liczba Amerykanów zaczęła powątpiewać w legalność wyników. Ostatnie pytanie brzmiało - czy ingerencja Rosji w wybory miała wpływa na ich wyniki? Nie było możliwości odpowiedzieć na to pytanie” – napisał autor książki. Do rozmowy telefonicznej w tej sprawie ostatecznie nie doszło.

Kilkanaście dni po monachijskiej konferencji doszło do dużo bardziej groźnego zdarzenia. 4 marca 2018 roku w miejscowości Salisbury w Wielkiej Brytanii otruto substancją chemiczną o nazwie Nowiczok podwójnego szpiega, Siergieja Skripala, a także jego córkę. Był to kolejny przypadek, w którym to Kreml decydował się na próbę eliminacji swojego dawnego agenta poza granicami Rosji. Prawie dekadę wcześniej – również w Wielkiej Brytanii – doszło do śmiertelnego otrucia polonem Aleksandra Litwinienki.

Skripal, działania GRU w Anglii oraz nowiczok, który został wpisany na listę zakazanych przez Organizację ds. Zakazu Broni Chemicznej substancji chemicznych w 2019 (zakaz wszedł w życie w 2020 r.) stały się przedmiotem burzliwych dyskusji na temat działań Kremla.

Sam Donald Trump nie miał większych wątpliwości, że za tym atakiem stali Rosjanie. „To coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Podchodzimy do tego bardzo poważnie” – mówił prezydent w marcu 2018 roku. W innej wypowiedzi dla mediów Republikanin stwierdził: „Jeśli informacje, które dostaję, potwierdzą się, USA potępi Rosję (…)”.   Jednoznaczna postawa amerykańskiego prezydenta kłóciła się z wydarzeniami, które miały miejsce kilka dni później, kiedy to w „New York Times” ukazał się artykuł, pt. „Putin chwali Trumpa, krytykuje amerykańską scenę polityczną”. Reakcja prezydenta na ten artykuł była zdaniem McMastera lekkomyślna.

„Kiedy tego wieczora wszedłem do Gabinetu Owalnego w innej sprawie, prezydent miał przed sobą kopię tego artykułu i pisał notę do Putina. Powiedział mi, żeby przesłać wycinek do Putina. Byłem pewny, że Putin wykorzysta opatrzony komentarzem wycinek do ośmieszenia Trumpa. Następnego dnia – zgodnie z procedurą – dałem wycinek do biura Sekretarza Stanu, przez którego przechodzi korespondencja z Gabinetu Owalnego. Poprosiłem ich, aby wrócili z nim do mnie przed wysłaniem go do Putina za pośrednictwem rosyjskiej ambasady. Po tym, jak wyszło, że za atakiem na Skripala stoi Kreml i bardzo prawdopodobnie także Putin, powiedziałem im, żeby tego nie wysyłali” – pisze w swoich wspomnieniach gen. McMaster.

Jakiś czas później McMaster powiedział w bezpośredniej rozmowie z Trumpem, że zablokował wysyłkę, tłumacząc to obawami o wykorzystanie notki przez Putina przeciwko amerykańskiemu prezydentowi. Zdaniem byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, rosyjski przywódca mógłby chcieć „złagodzić presję związaną ze sprawą Skripala i wzmocnić narrację, że Trump jest w jakiś sposób »w kieszeni« Kremla”. Niesubordynacja eksperta spotkała się ze złością 45. Prezydenta USA.

„Kiedy tego wieczora wszedłem do Gabinetu Owalnego w innej sprawie, prezydent miał przed sobą kopię tego artykułu i pisał notę do Putina. Powiedział mi, żeby przesłać wycinek do Putina. Byłem pewny, że Putin wykorzysta opatrzony komentarzem wycinek do ośmieszenia Trumpa. Następnego dnia – zgodnie z procedurą – dałem wycinek do biura Sekretarza Stanu, przez którego przechodzi korespondencja z Gabinetu Owalnego. Poprosiłem ich, aby wrócili z nim do mnie przed wysłaniem go do Putina za pośrednictwem rosyjskiej ambasady. Po tym, jak wyszło, że za atakiem na Skripala stoi Kreml i bardzo prawdopodobnie także Putin, powiedziałem im, żeby tego nie wysyłali” – pisze w swoich wspomnieniach gen. McMaster.

Jakiś czas później McMaster powiedział w bezpośredniej rozmowie z Trumpem, że zablokował wysyłkę, tłumacząc to obawami o wykorzystanie notki przez Putina przeciwko amerykańskiemu prezydentowi. Zdaniem byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, rosyjski przywódca mógłby chcieć „złagodzić presję związaną ze sprawą Skripala i wzmocnić narrację, że Trump jest w jakiś sposób »w kieszeni« Kremla”. Niesubordynacja eksperta spotkała się ze złością 45. Prezydenta USA.

defence24.pl

piątek, 6 września 2024


Amerykański resort sprawiedliwości ogłosił w czwartek zarzuty dotyczące łamania sankcji wobec Dimitriego Simesa, Amerykanina rosyjskiego pochodzenia - etatowego pracownika rosyjskiej TV.

Simes, mieszkający w USA emigrant z ZSRR, jest oskarżony o łamanie sankcji i pranie brudnych pieniędzy w związku m. in. z prowadzeniem politycznego talk-show "Wielka Gra" w rosyjskim, państwowym Pierwym Kanale TV. Występował w nim razem z Wiaczesławem Nikonowem - wnukiem Wiaczesława Mołotowa, ministra spraw zagranicznych ZSRR, który zawarł min tajny pakt z III Rzeszą dotyczący podziału Polski. Był też regularnym gościem w programach jednego z najbardziej agresywnych rosyjskich propagandystów Władimira Sołowjowa.

Według prokuratury, od czasu nałożenia sankcji na ten kanał, Amerykanin otrzymał łącznie ponad 1 mln dolarów i przekazał część tej sumy do USA za pośrednictwem armeńskiego banku. Jak wynika z aktu oskarżenia, Simes pracował dla kremlowskiej telewizji od 2018 roku, otrzymując 67 tys. dolarów miesięcznie, darmowe pobyty w luksusowych moskiewskich hotelach i bilety lotnicze w klasie biznes na linii Moskwa-Waszyngton. Posiadłość kremlowskiego propagandysty w Wirginii została w sierpniu przeszukana przez FBI.

Simes to znany publicysta, analityk i działacz polityczny, który wyemigrował z ZSRR w 1973 roku. Był m. in. nieformalnym doradcą Richarda Nixona i stał na czele stworzonego przez niego ośrodka Center for the National Interest. Ośrodek wydawał też konserwatywny magazyn "The National Interest", w którym pojawiało się wiele tekstów wzywających do zrozumienia polityki Rosji.

Pochodził z rodziny znanych rosyjskich dysydentów o żydowskich korzeniach, jednak jak podaje Nowaja Gazieta, po nawiązaniu współpracy z rosyjską TV, zaczął twierdzić, że jego ojciec był etnicznym Rosjaninem, a matka - prostą traktorzystką.

W 2016 roku został doradcą sztabu wyborczego Donalda Trumpa. Zorganizował wówczas występ ówczesnego kandydata Republikanów w hotelu Mayflower w Waszyngtonie, podczas którego Trump opowiedział się za poprawą stosunków z Rosją. W 2023 r. politolog moderował sesję plenarną Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Petersburgu z udziałem samego Władimira Putina. Propagandysta nie krył wcześniej zachwytów nad działaniami rosyjskiego prezydenta, nazywając np. jego orędzie poświęcone rozpoczęciu wojny z Ukrainą „godnym Churchilla”. Za to prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego nazywał w rosyjskiej TV “skorumpowanym kłamcą”, który otoczył się “nazistami”.

Simes był też jedną z czołowych postaci w śledztwie prowadzonym przez specjalnego prokuratora Roberta Muellera i dotyczącym kontaktów ludzi Trumpa z przedstawicielami Kremla podczas kampanii wyborczej 2016 roku. Obok rosyjsko-amerykańskiego działacza prokuratura oskarżyła też jego żonę Anastasiję za pranie brudnych pieniędzy i zakup dzieł sztuki dla objętego sankcjami rosyjskiego oligarchy Aleksandra Udodowa. W przypadku każdego z zarzutów maksymalną karą jest 20 lat więzienia. Małżeństwo pozostaje jednak na wolności w Rosji.

PAP/Nowaja Gazieta

Na najgorętszym odcinku w rejonie Pokrowska dotychczasowe szybkie postępy Rosjan z początkiem września gwałtownie wyhamowały. Po szokująco gwałtownym zajęciu miasta Nowohrodiwka pod koniec minionego miesiąca stanęli na jego północnych obrzeżach i nie posunęli się już naprzód. Nie zdołali wejść do położonego kilka kilometrów dalej Sełydowa, przed którym Ukraińcom udało się stworzyć linię obrony częściowo opartą o nasyp kolejowy i wiadukt. W ciągu tygodnia pojawiła się cała seria nagrań, na którym widać starcia pod nim na minimalnych odległościach. Na jednym ukraiński czołg rozstrzeliwuje rosyjski transporter, na innym widać jeszcze jeden, ale też porzucony ukraiński czołg, a na kolejnym rosyjska załoga porzuca swój, który potem jest odholowywany przez następny ukraiński i okazuje się sprawny.

To, co się Rosjanom na tym odcinku w ostatnim tygodniu udało, to pójść kilka kilometrów na południe w rejonie miejscowości Hirnyk. To południowe skrzydło całego uderzenia na Pokrowsk. Stwarza to coraz większe zagrożenie dla ukraińskich oddziałów ciągle trzymających długi na około 15 kilometrów dalej na wschód klin, teraz już otoczony przez Rosjan z trzech stron. Kolejne dynamiczne postępy rosyjskie na tym kierunku mogą się skończyć zagrożeniem okrążenia Ukraińców.

Poza tym przez ostatni tydzień na tym priorytetowym kierunku nie zadziało się wiele więcej. Trudno ocenić, co spowodowało takie nagłe wyhamowanie rosyjskich postępów. Czy pojawienie się ukraińskich posiłków, czy wyczerpanie samych Rosjan stratami oraz problemami logistycznymi. Na obszarze zajętym przez nich są tylko kiepskie wiejskie drogi, a cała okolica jest nieustannie nękana przez ukraińskie drony. Może zagrały po prostu wszystkie czynniki naraz i Rosjanie potrzebują pauzy na zebranie sił, przed kolejną próbą szerszego uderzenia. Choć nawet w tym tygodniu Ukraińcy raportowali ciągle wysoką liczbę starć w tym rejonie - donosili o 50-60 rosyjskich atakach na dobę. Choć w zdecydowanej większości mają to być działania niewielkich grup piechoty, liczącej mniej niż 10 żołnierzy, przy ścisłej współpracy z dronami. Pojazdy opancerzone mają być używane bardzo sporadycznie.

Podobnie bez większych sukcesów upłynął Rosjanom tydzień w rejonie Torecka. Bilans może być wręcz ujemny, ponieważ według twierdzeń Ukraińców ich oddziały (wspomniani "Azowcy") zdołały odzyskać sporo pozycji na północ od miejscowości Nju-Jork, a nawet jej północny skraj.

Jednak 20 kilometrów dalej na północy w rejonie miasta Czasiw Jar Rosjanom po dwóch miesiącach uporczywych prób mogło się udać przełamać ukraińską obronę na linii kanału Doniec-Donbas i uchwycić pozycje na jego zachodnim brzegu w rejonie wsi Kalinine. Tak twierdzi przynajmniej kanał Deep State, choć równie popularny analityk Andrew Perpetua jest zdania, że owszem, Rosjanie często tam są, ale po to, by zginąć lub się wycofać, bo tego miejsca nie sposób utrzymać z uwagi na zniszczenia, brak osłony przed dronami i brak możliwości zaopatrywania, przez co jest to raczej ziemia niczyja.

Nowym punktem zapalnym jest obszar pól na zachód od Wuhłedaru, na samym południowo-zachodnim skraju Donbasu. Rosjanie od tygodni intensywnie atakowali na wschód i północ od tego miasta, w kierunku na kopalnię i wieś Wodziane. Ciągle mają tam postępy - na przestrzeni ostatniego tygodnia zbliżali się do nich i działali piechotą w ich obrębie. Jednak jednocześnie przypuścili serię silnych ataków kilkanaście kilometrów dalej na wspomniane tereny na zachód od Wuhłedaru. Zaangażowali do nich znaczne siły, w tym kilkadziesiąt pojazdów opancerzonych. Choć Ukraińcy zadali im znaczne straty udokumentowane na filmach, to ugięli się pod presją i utracili wieś Preczistiwka oraz kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych okolicznych pól. Większość z nich opanowali w ubiegłym roku podczas kontrofensywy na Zaporożu. Rosjanie mieli szykować ten atak już od tygodni, intensywnie bombardując ukraińskie pozycje w rejonie wsi. Ewidentnie ich zamiarem jest próba oskrzydlenia twardo bronionego Wuhłedaru. Od wschodu przez Wodziane i od zachodu przez Preczistiwkę. Ich postępy są na tym kierunku powolne i okupione sporymi stratami podczas ponawianych dużych ataków zmechanizowanych, ale nieprzerwane.

Jest jeszcze jeden punkt na całym długim froncie na terytorium Ukrainy, gdzie są zauważalne jakieś istotniejsze zmiany w kontroli terenu. To daleko na północ w rejonie Kupiańska. Kierunek aktualnie drugo- albo i trzeciorzędny dla obu stron. Pomimo tego Rosjanie powoli, ale metodycznie rozwijają natarcie w rejonie wsi Piszczane. Zajęli ją dość niespodziewanie w połowie lipca i od tego czasu posunęli się polami kilka kilometrów na zachód i południowy zachód. Jednocześnie próbują atakować, z drobnymi sukcesami, w położonej 10 kilometrów na południe wsi Stelmachiwka. Tak jakby ich zamiarem było stworzenie zagrożenia okrążeniem ukraińskich pozycji pomiędzy i zmuszeniem Ukraińców do cofnięcia się. To bardzo lokalne działania, ale największe zmiany w kontroli terenu w tym regionie od miesięcy.

gazeta.pl