środa, 28 sierpnia 2024



Podobnie jak w przypadku wszystkich nieudanych małżeństw, pierwszy znak, że branża technologiczna zawiodła, pojawił się na wiele lat przed ostatecznym rozstaniem.

Po dwóch dekadach konsekwentnych wewnętrznych innowacji, Big Tech uzależnił się od przejęć. 

W 2010 r. Apple kupił Siri, Meta kupiła WhatsApp, Instagram i Oculus, Amazon kupił Twitcha, Google kupił Nest i cały dział mobilności Motoroli.

Początkowo społeczeństwo, które jeszcze nie nabrało podejrzeń wobec technologii, kibicowało tym szaleństwom, oklaskując Amazona i Metę (wówczas jeszcze Facebooka) za znalezienie nowych sposobów na rozszerzenie działalności i zdobycie większej liczby użytkowników. Z czasem jednak przejęcia uniemożliwiły tym firmom skupienie się na dostarczaniu funkcji, których potrzebowaliśmy. (I ostatecznie wpędziły je w kłopoty prawne, jak ujawniło poniedziałkowe orzeczenie antymonopolowe przeciwko praktykom Google w zakresie wyszukiwania). Duże firmy technologiczne stały się mniej znane z jednego konkretnego produktu. Zamiast tego oferowały rozległy pakiet różnych połączonych ze sobą funkcji, które w pewnym sensie działały i skutecznie drukowały pieniądze.

Firmy technologiczne i przeciętni użytkownicy wiedzieli, że samo przejmowanie mniejszych startupów nie wystarczy. W końcu ludzie potrzebowali czegoś prawdziwego, na skalę wyszukiwarki Google, Facebooka lub oryginalnego iPhone'a, czegoś, co zmieniło sposób, w jaki wchodziliśmy w interakcje z innymi, co uczyniło nasze życie lepszym, fajniejszym i bardziej żywym, a przynajmniej trochę łatwiejszym. Po kilku latach bezczynności Dolina Krzemowa nie była jednak w stanie tego zapewnić. Zamiast tego, Big Tech popadł w obsesję na punkcie niedopracowanych projektów, które wydawały się rewolucyjne, ale w praktyce albo nie były wystarczająco niezawodne, aby można było im zaufać, albo po prostu nie były szczególnie przydatne.

Lśniące rozpraszacze były powszechne: wirtualna rzeczywistość na krótko zawojowała rynek, a Oculus Rift spopularyzował tę koncepcję, dopóki nie stało się oczywiste, że technologia ta jest jedynie niszowym gadżetem o niezwykle zmiennych rezultatach w zależności od tego, kto z niej korzysta. Na krótko zachwyciła nas rzeczywistość rozszerzona, z niesamowicie wyglądającym demo firmy Magic Leap, które zainspirowało krótki szał finansowania wraz z jeszcze krótszym cyklem zainteresowania wokół Google Glass. Autonomiczne samochody stały się modne po tym, jak Tesla uruchomiła oprogramowanie "autopilota" pod koniec 2015 r., a Elon Musk obiecał, że do 2017 r. "każda nowa Tesla będzie jeździć sama". Po latach Musk nie wywiązał się z obietnicy, a pojazdy autonomiczne wciąż mają trudności z dotarciem na rynek poza bardzo wąskim kręgiem zastosowań. Potem nastąpił bolesny flirt z kryptowalutami i zupełnie niepotrzebne mrzonki o metaverse.

Za wszystkimi tymi ruchami kryje się jeden spójny czynnik: obietnice technologiczne znacznie przewyższyły zdolność oprogramowania i sprzętu do faktycznego generowania wartości. Autonomiczne samochody są możliwe, ale wymagają niewiarygodnie dużej ilości danych szkoleniowych, a nawet wtedy podejmują rażące, a czasem śmiertelne decyzje, przez co trudno im zaufać. Chociaż możemy uwielbiać ideę przebywania w wirtualnym świecie, nasze oczekiwania są takie, że chcielibyśmy w pełni zmysłowego doświadczenia, a nie nieporęcznego zestawu gogli, a bez całkowitego wczucia się, wszystko wydaje się odległe. Rzeczywistość rozszerzona ma fajne pomysły, ale konsumenci chcą czegoś, co magicznie wyświetla się przed nimi. Wszelkie fizyczne przeszkody lub niezgrabny system menu niszczą iluzję. We wszystkich tych przypadkach firmy technologiczne próbowały wbić się na nowy, wielomiliardowy rynek, pozwalając jednocześnie, by podstawowe produkty, czyli to, co sprawiło, że zakochaliśmy się w nich w pierwszej kolejności, odeszły w zapomnienie. To wszystko jest tak strasznie rozczarowujące: ignorowanie długoterminowych problemów na rzecz błyszczących świecidełek, które sprawiają, że niedoinformowani inwestorzy zakochują się w nich, nie akceptując faktu, że powodem, dla którego ludzie są tak negatywnie nastawieni do branży technologicznej, jest to, że jej podstawowe produkty stają się coraz gorsze, aby inwestorzy mogli zarobić więcej pieniędzy.

Big Tech stał się ponury, roszczeniowy i leniwy, ponieważ wierzy, że nikt inny nie będzie w stanie odebrać mu cennych klientów. 

(...)

Coraz częściej pogrążona w rozwodowej mentalności kadra kierownicza boi się wykonywać ciężką, twórczą pracę, ponieważ wymaga to inwestowania ogromnych ilości czasu i energii w opracowywanie nowych wynalazków z wyraźnymi przypadkami użycia w życiu codziennym lub naprawianie podstawowych produktów, które pozostawili na pastwę losu. Pichai nie powinien być podekscytowany sztuczną inteligencją w wyszukiwarce. Powinien wykonać ciężką pracę, aby naprawić kwestie kulturowe i motywacyjne, które zrujnowały istniejącą wyszukiwarkę Google. Satya Nadella nie powinien przeznaczać miliardów na sztuczną inteligencję, ale starać się stworzyć znaczące ulepszenie systemu Microsoft Windows lub inwestować w wewnętrzne usługi bezpieczeństwa, zamiast zlecać je partnerom nastawionym na wzrost za wszelką cenę, takim jak CrowdStrike. Amazon jest w tym momencie firmą logistyczną o wartości 50 mld dol. z ogromnym biznesem przetwarzania w chmurze. Zamiast inwestować w uszczęśliwianie swoich pracowników i klientów, pozwolił na obniżenie jakości produktów oferowanych na platformie i traktował swoich pracowników i klientów jak śmieci. Ale wszystko to jest o wiele trudniejsze niż kupienie jakiegoś na wpół gotowego chatbota i niechlujne podłączenie go, więc tutaj dostajemy AI w desperackiej próbie odzyskania klientów.

Podobnie jak w przypadku rozpadu każdego małżeństwa, wielki rozwód technologii z użytkownikami jest wynikiem oderwania się od powodu, dla którego zbudowali swoje firmy w pierwszej kolejności, kiedy rzeczy miały większe znaczenie, kiedy czuli, że muszą zasłużyć na miłość i szacunek ludzi. Obecnie firmy Big Tech to zlepki ludzi z różnych przedsiębiorstw nabytych w różnym czasie, bez jasnej wizji i niewielkiej jedności kulturowej. Podobnie jak w przypadku ludzi, którzy biorą ślub, starzeją się, przestają chodzić na randki, przestają zwracać uwagę na siebie nawzajem i na małe rzeczy, Big Tech po prostu zapomniał, co się liczy: klient. Zamiast tego popadł w pasożytniczą relację, w której klienci są zmuszeni pozostać, ponieważ odejście byłoby bolesne, frustrujące i wymagałoby dużo pracy.

businessinsider.com.pl

wtorek, 27 sierpnia 2024



Karol Byzdra, Energetyka24.com: o jakiej skali dzisiejszego ataku możemy mówić?

Maciej Zaniewicz, Forum Energii: Z całą pewnością mówimy o jednym z największych ataków. Po raz kolejny był on w dużej mierze wymierzony w system elektroenergetyczny. Przez dłuższy czas obserwowaliśmy względny spokój, co pozwoliło Ukraińcom w znacznym stopniu zniwelować problemy spowodowane wcześniejszymi atakami i ograniczyć czas planowanych wyłączeń energii elektrycznej. Dotychczas panowały stosunkowo optymistyczne nastroje, z nadzieją, że uda się przejść przez wrzesień bez wyłączeń, jednak dzisiejszy atak brutalnie zweryfikował tę rzeczywistość, i teraz jesteśmy pewni, że nie uda się tego osiągnąć.

Czy wiadomo już, jakie obiekty i elementy infrastruktury energetycznej zostały zniszczone?

Jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o szczegółach ataku. Nawet sam operator nie jest chętny do dzielenia się informacjami i wciąż liczy straty. Na ten moment można jednak stwierdzić, że oprócz elektrowni, które wcześniej były głównymi celami, tym razem zaatakowane zostały także stacje elektroenergetyczne.

Dlaczego akurat stacje elektroenergetyczne?

Nie da się ich w pełni zabezpieczyć. W Ukrainie wdrażany jest program ochrony tych stacji, mający na celu m.in. uchronienie ich przed odłamkami, co w pewnym stopniu zwiększa ich bezpieczeństwo. Głównym problemem jest jednak fakt, że centralnym elementem każdej stacji jest transformator z łatwopalnym olejem. Pożary takich transformatorów są szczególnie groźne, ponieważ płonący olej szybko się rozprzestrzenia i jest trudny do ugaszenia. W związku z tym ochrona pasywna tych obiektów jest niemal niemożliwa.

(...)

Rozumiem, wrócimy w takim razie do tematu. Zbliżamy się do końca lata, a wkrótce wiele państw rozpocznie przygotowania do sezonu grzewczego. Co takie ataki oznaczają w kontekście nadchodzącej zimy?

Ataki przed zimą, zwłaszcza te skoordynowane, skierowane zarówno na źródła wytwarzania energii, jak i na stacje elektroenergetyczne, mogą oznaczać, że Ukraina nie tylko będzie musiała zmagać się z niedoborem energii elektrycznej, ale również nie będzie mogła w pełni zaspokoić tego deficytu przez import.

Do tej pory import energii stanowił istotne uzupełnienie, zajmując drugie miejsce w miksie energetycznym po energetyce jądrowej. Jeśli tego typu ataki będą się ponawiać, import i przesył energii elektrycznej z zachodu Ukrainy na wschód może być znacząco utrudniony. (...)

Co mogą teraz zrobić państwa wspierające Ukrainę?

Przede wszystkim Ukraina pilnie potrzebuje wzmocnienia obrony powietrznej, aby zredukować skutki obecnych ataków i zwiększyć odporność na przyszłe zagrożenia, które z dużym prawdopodobieństwem będą miały miejsce. Drugim kluczowym obszarem wsparcia jest finansowanie oraz dostarczanie technologii na rzecz odbudowy i modernizacji systemu elektroenergetycznego, co stanowi ogromne wyzwanie. Choć podejmowane są koordynowane działania w tym zakresie, celem Rosjan jest spowodowanie jak największych zniszczeń, niezależnie od skali wsparcia, jaką Ukraina otrzymuje. Można to postrzegać jako wyścig między siłami destrukcyjnymi a wysiłkami odbudowującymi. Wynik tego wyścigu zdecyduje, czy Ukraińcy będą mieli dostęp do energii elektrycznej i ogrzewania, czy też będą musieli zmierzyć się z ich brakiem.

energetyka24.com


Zatrzymanie Pawła Durowa we Francji skupiło na sobie uwagę mediów. Jednak wielu komentatorów zdaje się nie dostrzegać roli, jaką Durow i prowadzone przez niego media pełnią w rosyjskim przemyśle kłamstwa. Co więcej, reakcje niektórych ludzi Zachodu na zatrzymanie Rosjanina przepełnione są opiniami o „wolności słowa” i „standardach”, jakie ponoć rosyjski Telegram spełnia.

Przypomina to typową próbę uwiarygodnienia platformy, która wykorzystywana jest przez Kreml do działań wymierzonych w Zachód. Działalność spółek Durowa jest dla Moskwy bardzo ważna, a prezentowanie go jako szefa medium społecznościowego wynika z braku świadomości czym de facto jest Telegram.

Rosyjski Telegram nie jest w żadnej mierze odpowiednikiem zachodnich mediów społecznościowych. To wprzęgnięta w system rosyjskich służb specjalnych platforma do prowadzenia operacji wywiadowczych, operacji wpływu oraz wojny w cyberprzestrzeni. Spółka prowadząca telegram jest używana jako narzędzie działań ofensywnych przeciwko krajom NATO.

Z jednej strony Telegram służy do infekowania odbiorców treściami produkowanymi przez rosyjski przemysł propagandy. Najważniejsi propagandyści rosyjscy są tam obecni i prowadzą popularne kanały komunikacji, często przenikające również do zachodniej infosfery. Jednak wiele kanałów, grup na TE jest wprost prowadzonych przez rosyjskie służby wywiadowcze, które prowadzą za ich pomocą operacje dezinformacyjne czy operacje wpływu. Te działania są elementem realizacji strategicznych celów Kremla i realizują założenia rosyjskiego imperializmu. W oparciu o struktury informacyjne TE prowadzone są więc operacje wywiadowcze Rosji przeciwko Zachodowi.

Zasoby Telegrama są również wykorzystywane do działań z zakresu wojny cybernetycznej. Rosyjskie służby specjalne chętnie wykorzystują „cywilne” grupy hakerskie do działań w cyberprzestrzeni. One zaś korzystają również z zasobów rosyjskich spółek technologicznych. Do takich należy telegram. Zresztą sama aplikacja TE, oferowana przez rosyjskiego producenta, uchodzi za ofensywną i niebezpieczną dla użytkowników, co związane jest m. in. z możliwością prowadzenia za jej pośrednictwem operacji wywiadowczych i zbierania danych o użytkowniku.

(...)

x.com/StZaryn


Francuskie władze zatrzymały Pawła Durowa w związku z podejrzeniami o to, że jego platforma społecznościowa Telegram była wykorzystywana do rozpowszechniania pornografii dziecięcej, handlu narkotykami i przestępczości zorganizowanej.

Wynika to z faktu, że Telegram jest szeroko wykorzystywany przez rosyjskie wojsko do komunikacji na polu bitwy, ponieważ ma ono problemy z wdrożeniem własnego bezpiecznego systemu komunikacji. Jest to również główne narzędzie prowojennych blogerów wojskowych i mediów — a także milionów zwykłych Rosjan.

"Praktycznie zatrzymali szefa komunikacji rosyjskiej armii" — napisał na Telegramie rosyjski bloger wojskowy o nazwie Włączony Z War.

Autor kanału o nazwie Dwa Kierunki stwierdził, że rosyjscy specjaliści pracują nad alternatywą dla Telegrama, ale Główny Zarząd Łączności Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej "nie wykazał rzeczywistego zainteresowania" udostępnieniem takiego systemu rosyjskim żołnierzom. Autor twierdzi, że aresztowanie Durowa może w rzeczywistości przyspieszyć rozwój niezależnego systemu komunikacji.

Rosyjscy decydenci są jednak zaniepokojeni.

(...)

Władze rosyjskie obawiają się, że Durow może przekazać władzom francuskim klucze szyfrujące i w ten sposób zapewnić im dostęp do zaszyfrowanej komunikacji na platformie.

(...)

"Każdy, kto jest przyzwyczajony do korzystania z platformy do prowadzenia poufnych rozmów, powinien natychmiast je stamtąd usunąć i już ich tam nie prowadzić. Durow został zamknięty, bo władze francuskie chcą zdobyć klucze (do zaszyfrowanej komunikacji — red.). I zamierza im je dać" — napisała na Telegramie kremlowska propagandystka Margarita Simonjan.

Brak moderacji treści na Telegramie sprawił, że stał się on rajem dla osób zajmujących się nielegalnym handlem bronią i narkotykami na Zachodzie, a na Wschodzie narzędziem komunikacji, werbowania sabotażystów i siania propagandy — powiedział POLITICO Nazar Tokar, szef Kremlingrama — grupy śledczej aktywistów badających bezpieczeństwo na Telegramie i jego potencjalne powiązania z Kremlem.

— Rosjanie robią wszystko przez Telegrama. Rekrutują agentów i ludzi do kontruderzeń. Dziś popularną kampanią jest rekrutacja ludzi, którzy będą niszczyć ukraińskie samochody wojskowe. I jest to całkiem skuteczne. Za jego pomocą koordynują swoje działania wojskowe — powiedział Tokar.

(...)

Tokar twierdzi, że Telegram stał się tak popularny nie tylko dlatego, że jest wygodny i szybki, ma własną kryptowalutę i wiele bezpłatnych funkcji, ale także dlatego, że zapewnia dostęp do podziemia nielegalnych usług.

— Wystarczy zainstalować bezpłatną aplikację, aby uzyskać łatwy dostęp do podmiotów oferujących sprzedaż broni, narkotyków, treści zawierających przemoc... czegokolwiek. Wszystko to jest tam dostępne, wystarczy wyszukać. Na innych komunikatorach nie jest to tak łatwe — powiedział Tokar.

onet.pl/BILD


Beata Baszkirowa, urodzona w Jakucji w 1987 r., jest pierwszą dokumentalistką, która zajmuje się Putinem i konsekwencjami jego polityki. Towarzyszyła samozwańczemu szamanowi Gabyszewowi i jego grupie przez kilka dni podczas marszu do Moskwy. Szczególnie zainteresowały ją "przepowiednie" egzorcysty.

"Kiedy nadszedł rok 2020, szaman wciąż podkreślał: »Ludzie, nastały nowe czasy, wszystko będzie teraz inne, w tym roku zmieni się światopogląd wszystkich ludzi na planecie«. A w 2020 r. wybuchła pandemia, tak, ludzkość przechodziła do innej rzeczywistości. Jego słowa okazały się prorocze" — powiedziała.

Aleksiej Prianisznikow, prawnik Gabyszewa, podejrzewa w filmie, że Putin boi się mistycznej mocy swojego klienta. "Moi znajomi Jakuci często mówili: »znajomy mojego znajomego wykonał pewne rytuały dla samego Putina«. Ale oczywiście to wszystko jest bardzo tajne, niemożliwe do udowodnienia. Nie twierdzę, że Putin odprawia szamańskie rytuały" — wyjaśnił autor.

(...)

"Bóg powiedział mi, że Putin jest demonem" — powiedział szaman w kręgu swoich zwolenników. "Natura go nie lubi. Tam, gdzie jest Putin, zawsze są katastrofy, ataki terrorystyczne i wojny. Kiedy Putin przechodzi, zawsze zostawia za sobą brudny ślad. On nie jest ziemianinem, a jego zwolennicy to wprowadzeni w błąd ludzie, którzy sprowadzili na manowce połowę jego narodu".

Lato 2019. Chociaż ukraińskie miasta nie były jeszcze codziennie bombardowane przez rosyjską armię, Nawalny wciąż żył, a Prigożyn nie dzierżył jeszcze młota kowalskiego jako emblematu Grupy Wagnera, rosyjskie społeczeństwo obywatelskie już wtedy było w bardzo trudnej sytuacji.

"Wielokrotnie wspominałem o szamanie Gabyszewie w moim programie, za pierwszym razem żartowałem, za drugim się śmiałem, ale teraz wcale mnie to nie śmieszy. Putin jest zafiksowany na punkcie astrologii i ezoteryki, a ten szaman wywołuje u niego panikę. Upewniają się, że szaman nie uderzy w swój tamburyn" — skomentował marsz szamana na Moskwę Aleksiej Nawalny.

W miarę jak szaman maszerował, dołączało do niego coraz więcej podobnie myślących ludzi. Jednym z nich był Jewgienij, znany jako "Kruk", który odpowiadał za bezpieczeństwo w grupie i sprawdzał wiarygodność nowych zwolenników. Kruk kontrolował między innymi pieniądze przesyłane przez sympatyków z całej Rosji.

Tylko kilkadziesiąt osób towarzyszyło Gabyszewowi, ale szaman liczył, że im bliżej Moskwy, tym zjawi się więcej podobnie myślących ludzi. Grupa dotarła więc do miasta Czyta, gdzie szaman Gabyszew wziął udział w wiecu "Rosja bez Putina".

"Demokracja powinna być bez strachu. Teraz ludzie boją się wypowiadać, boją się zwolnienia. Po prostu nasza władza państwowa jest bezgranicznie demoniczna. Ludzie są wpędzani w sztuczną depresję. Szaman może wyleczyć naturalną depresję w mgnieniu oka, ale tylko czary mogą wyleczyć tę sztuczną depresję. Czarownik wpędził cały kraj w iluzję strachu i depresji, ale biały czarownik, taki jak ja, może zniszczyć tę obsesję" — powiedział Gabyszew.

Pod koniec sierpnia 2019 r. szaman udał się do miasta Ułan Ude, gdzie został przyjęty nie tylko przez licznych zwolenników, ale także przez tak zwanych "szamanów przyjaznych Putinowi". Wezwali oni Gabyszewa do porzucenia planów obalenia Putina. Podczas wiecu przeciwko wynikom wyborów na burmistrza w Ułan Ude doszło do starć z policją.

Stało się jasne, że szaman Gabyszew nie był tylko dziwnym podróżnikiem, ale działaczem społecznym, który zgromadził setki podobnie myślących antyputinowskich aktywistów z Dalekiego Wschodu i Transbaikalii.

W połowie września tego samego roku rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) umieściła szamana na swojej liście poszukiwanych. Kilka dni później dwa autobusy uzbrojonej policji zaatakowały prowizoryczny obóz Gabyszewa na granicy z obwodem irkuckim.

W tym momencie szaman przeszedł ok. 3000 km. Później został przywieziony z powrotem do Jakucka i przyjęty do kliniki psychiatrycznej w celu postawienia diagnozy. Ale to nie powstrzymało szamana. Wiosną 2020 r. ogłosił nowy marsz na Moskwę.

Reakcja policji była przewidywalna. Specjalne siły policyjne i załoga karetki pogotowia wtargnęły do domu Gabyszewa i ponownie zabrały go do kliniki psychiatrycznej.

(...)

W połowie stycznia 2021 r. Gabyszew ogłosił plany nowej operacji. W marcu chciał wjechać do Moskwy na białym koniu, a jego zwolennicy mieli mu towarzyszyć w samochodach. W rezultacie 50 funkcjonariuszy policji włamało się do jego domu, aby ponownie zabrać go do szpitala psychiatrycznego.

Rzekomo walczył z nimi pogrzebaczem i jakucką włócznią, raniąc policjanta w nogę. Prawnik Gabyszewa uważa ten epizod za nieudowodniony. Jednak umożliwiło to śledczym wszczęcie postępowania karnego przeciwko szamanowi za atak na policjanta i umieszczenie go w szpitalu psychiatrycznym z intensywnym monitorowaniem w celu przymusowego leczenia. Kanibale i seryjni mordercy są często umieszczani w takich placówkach. Od tego czasu Gabyszew nie został zwolniony, a jego prawnik bezskutecznie starał się o przeniesienie szamana do innego szpitala o łagodniejszych warunkach.

(...)

Jednak Aleksiej Nawalny całkiem słusznie zwrócił uwagę na to, że Władimir Putin najwyraźniej wierzy w egzorcyzmy i obawia się wpływu sił nieziemskich. Putin ani razu nie wymienił Aleksieja Nawalnego z nazwiska — dopóki nie kazał go zabić. 17 marca 2024 r. prezydent Rosji po raz pierwszy publicznie wymienił nazwisko Nawalnego. Według jednej z wersji Putin nie wymienił nazwiska Nawalnego za jego życia, aby nie dodawać mu energii i władzy.

(...)

Arcykapłan Andriej Kordoczkin napisał w "Nowej Gaziecie", że światopogląd Putina był dziwaczną mieszanką prawosławia, komunizmu, magii, astrologii, numerologii, szamanizmu i kabalizmu. Zbudował swój system wierzeń w taki sposób, że kult Putina musi obejmować żywych i umarłych w postaci zdjęć weteranów II wojny światowej w procesji "Nieśmiertelnego Pułku", Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i wreszcie samego Boga w nowo wybudowanej świątyni rosyjskich sił zbrojnych.

onet.pl/Die Welt


Czy na tym tle rodzą się społeczne niepokoje, które mogą się przełożyć na sytuację polityczną? W Ukrainie trwa stan wojenny, który nie pozwala organizować wyborów, mimo że kadencje prezydenta i Rady Najwyższej dobiegły już końca. Polityczne napięcia nie znajdują więc ujścia. Dyskusja o przeprowadzeniu wyborów wraca jednak od czasu do czasu.

— Mam wrażenie, że w Ukrainie jest konsensus ws. wyborów — żeby ich nie robić. Społeczeństwo, mimo że ma swoje pretensje do Zełenskiego, nie popiera organizacji wyborów w sytuacji wojny. Jakiś czas temu ukraińskie partie polityczne podpisały swego rodzaju porozumienie, że również są przeciwko robieniu wyborów. Prezydent i Rada Najwyższa w dalszym ciągu mają mandat do sprawowania władzy na podstawie konstytucji i ustawy o stanie wojennym. Sam prezydent Zełenski też się do wyborów nie pali. Ale rzeczywiście taka dyskusja się od czasu do czasu toczy i są dwa obozy. Jeden uważa, że trzeba przeprowadzić wybory mimo wszystko, zwłaszcza że nie wiadomo, ile stan wojenny potrwa. Ja się skłaniam do argumentów tego obozu, który twierdzi, że to bardzo zły pomysł, bo z przyczyn czysto technicznych tego się po prostu nie da zrobić zgodnie ze standardami OBWE. Nie da się przeprowadzić kampanii wyborczej, umożliwić zgromadzeń i swobody agitacji, nie da się przeprowadzić głosowania na terenach okupowanych. A gdyby się to nawet udało w warunkach wojny, to znajdzie się tysiąc powodów, by podważyć wiarygodność takich wyborów. Jak już mówiłem, panuje generalny konsensus co do tego, że wybory powinny się odbyć po zakończeniu stanu wojennego. Ale to, że jest konsensus co do nieprzeprowadzania wyborów w czasie wojny, to nie znaczy, że jest konsensus co do wszystkich innych spraw.

Minął okres jednoczenia się wokół flagi?

— Tak, ten okres konsolidacji minął. Rodzi się coraz więcej wewnętrznych napięć. Wynika to ze zmęczenia ukraińskiego społeczeństwa wojną, ale i po części z tego, że Zełenski, który słabnie, jeśli nie ma sukcesów na froncie, zmuszony jest wprowadzać niepopularne decyzje, jak np. nowe zasady mobilizacji do wojska. Obciążają go także skandale korupcyjne. Wykorzystują to politycy opozycji, którzy walczą o polityczne przetrwanie, bo ograniczająca debatę publiczną sytuacją stanu wojennego i model władzy, który wytworzyła, sprawia, że opozycja jest mocno zmarginalizowana. Dlatego politycy muszą walczyć o uwagę, by mieć w ogóle szanse na udział we władzy w powojennej Ukrainie.

Gdy rozmawiałam z ukraińskim publicystą Witalijem Portnikowem, mówił, że obawia się, że trwająca bez perspektywy zakończenia wojna będzie systematyczne niszczyć wszystkie sfery życia i doprowadzi Ukrainę do takiego stanu, w jakim jest np. dzisiejszy Liban. Czyli państwa upadłego, gdzie nastąpił pełny rozkład instytucjonalny i społeczny. Ukraińcy są zmęczeni wojną, ale dyskusja o jakichś koncesjach terytorialnych na rzecz Rosji, oczywiście tylko wtedy, gdy Ukraina otrzymałaby gwarancje bezpieczeństwa, np. w postaci wejścia do NATO, to chyba wciąż jest temat tabu. Jak pan widzi perspektywę zakończenia wojny?

— Moim zdaniem ta wojna będzie się decydować na froncie. Jej zakończenie będzie możliwe w sytuacji, gdy Ukraina będzie albo dramatycznie przegrywać, albo będzie odwrotnie i Ukraińcy będą odnosić sukcesy na froncie, zmuszając Putina do zaprzestania wojny. Żeby to się wydarzyło, Ukraina musiałaby dostać znacznie większą pomoc militarną od Zachodu i poprawić swój system szkolenia i mobilizacji żołnierzy. To sytuacja militarna będzie decydować o tym, która ze stron będzie gotowa na jakie ustępstwa.

Gdyby Ukraina musiała wybierać, czy suwerenność, czy terytorium, to moja intuicja mówi, że wybrałaby suwerenność. Rosjanie zajęli kilkanaście procent terytorium Ukrainy, a przez ostatnie miesiące – do operacji kurskiej – społeczeństwo ukraińskie obserwowało kolejne straty. Tymczasem komunikacja strategiczna cały czas prowadzona jest tak, jakby była jesień 2022 r., kiedy armia ukraińska odbiła Charkowszczyznę i Chersoń, odnosiła sukcesy. Te rzeczywistości się rozmijają i Ukraińcy zaczęli to dostrzegać. Badania opinii publicznej pokazują, że rośnie powoli odsetek osób, które byłyby w stanie zaakceptować negocjacje z Rosją i nawet jakieś ustępstwa. Część Ukraińców zaczyna się też zastanawiać, po co Ukrainie kompletnie zrujnowany, prorosyjski Donbas. Trzeba jednak pamięć, że kwestia negocjacji pokojowych rozbija się również o sytuację poza Ukrainą, przede wszystkim o wybory w Stanach Zjednoczonych i o to, jaki będzie pomysł nowej administracji, czy Trumpa, czy Harris, na rozwiązanie tego konfliktu. Kijów nie wejdzie do realnych negocjacji, jeśli Zachód nie zapewni mu gwarancji bezpieczeństwa – optymalnie członkostwa w NATO i środków na odbudowę kraju ze zniszczeń, a Rosja nie będzie na tyle przyciśnięta do muru, by zgodzić się na ustępstwa, a nie – jak obecnie – obstawać de facto przy żądaniu kapitulacji i politycznego podporządkowania Ukrainy. 

newsweek.pl

poniedziałek, 26 sierpnia 2024



Hawrylyuk stwierdził, że siły rosyjskie wystrzeliwały średnio co miesiąc około 300.000 pocisków artyleryjskich na całym teatrze działań, a ich celem było pokonanie sił ukraińskich dużą przewagą artyleryjską Rosji. Havrylyuk stwierdził, że bardziej precyzyjne (i skuteczne) zachodnie systemy artyleryjskie mogą zrównoważyć te zalety, o ile siły rosyjskie nie będą miały przewagi artyleryjskiej większej niż trzy do jednego. Siły ukraińskie wykorzystały artylerię rakietową GMLRS i systemy artylerii NATO 155 mm oraz amunicję zdolną do rażenia celów na większe odległości niż rosyjska/sowiecka artyleria polowa, aby prowadzić doskonały ogień przeciwbaterii przez całą wojnę na Ukrainie. Hawrylyuk dodał, że ukraińskie jednostki artylerii stosują także taktykę zapewniającą większą mobilność niż rosyjskie jednostki artylerii, przez co prowadzą skuteczniejszy ogień przeciwbaterii. Havrylyuk zauważył, że szybko rosnące wykorzystanie systemów bezzałogowych na Ukrainie to kolejny przykład tego, jak siły ukraińskie mogą obniżyć koszty, zadając jednocześnie duże straty siłom rosyjskim, oraz że zwiększone wykorzystanie ukraińskich dronów w 2024 r. doprowadziło do większych strat rosyjskiej artylerii i pojazdów opancerzonych. Hawrylyuk stwierdził, że precyzyjne uderzenia dalekiego zasięgu w Rosję pozwolą Ukrainie uniemożliwić Rosji przerzut większych ilości amunicji i sprzętu na linię frontu, a ataki na bazy wojskowe, arsenały i szlaki logistyczne w Rosji poważnie zmniejszą przewagę rosyjskiej artylerii. Narzucone przez Zachód ograniczenia w zakresie pomocy wojskowej dla Ukrainy oraz polityka ograniczająca ukraińskie ataki dalekiego zasięgu przeciwko celom wojskowym w Rosji ograniczają ukraińskie zdolności, co pogarsza rosyjskie przewagi materiałowe.

understandingwar.org

niedziela, 25 sierpnia 2024



Grupa zaniepokojonych obywateli Nigerii zwróciła się do rządu USA z prośbą o nałożenie sankcji na państwową spółkę Nigerian National Petroleum Company Limited (NNPCL) i jej dyrektora generalnego, Mele Kyariego, za naruszenie międzynarodowych restrykcji nałożonych na rosyjską ropę naftową.

W liście przesłanym w czwartek do Biura Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) ministerstwa skarbu USA grupa Nigeryjczyków poinformowała, że NNPCL importuje rosyjską ropę naftową i produkty naftowe powyżej pułapu cenowego ustalonego m.in. przez USA, UE i Australię, który wynosi 60 dolarów za baryłkę.

Zaniepokojeni Obywatele na rzecz Reformy Gospodarczej Nigerii (CCERN) - bo tak podpisali się pod petycją - donieśli USA, że państwowa spółka miesza na Malcie produkty naftowe pochodzące z różnych źródeł z rosyjską ropą kupowaną powyżej limitu 60 dolarów za baryłkę, a to oznacza naruszenie obowiązujących sankcji. Wyliczyli, że na tych transakcjach Rosja zarobiła w ciągu roku ponad 2 mld dolarów, „co pozwala jej na uzyskanie znacznych dochodów na finansowanie machiny wojennej wykorzystywanej przeciwko Ukrainie”.

Zainteresowanie Nigeryjczyków transakcjami naftowymi wzięło się z chęci uzyskania odpowiedzi na pytanie, dlaczego ceny benzyny na nigeryjskich stacjach są tak wysokie i czy Nigeryjczycy płacą za benzynę więcej, niż wynoszą międzynarodowe ceny referencyjne, ponieważ kraj jest obecnie uzależniony od importu tego produktu.

List kończy się wyrażeniem obawy, że dochody z tych nielegalnych działań są wykorzystywane również do promowania rosyjskich wpływów w Afryce Zachodniej i finansowania tam antyzachodnich protestów, co „grozi wciągnięciem regionu w konflikty, które podważyłyby interesy Nigeryjczyków i Stanów Zjednoczonych”.

PAP

sobota, 24 sierpnia 2024



W wizji gospodarki, którą kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) przedstawiło na III Plenum Komitetu Centralnego (KC), postęp technologiczny jawi się jako recepta na wszystkie główne bolączki Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) i obawy jej władz. Partia nie wykorzystała wydarzenia do wykazania, że ma konkretne pomysły na rozwiązanie strukturalnych problemów oraz pobudzenie koniunktury. Jej priorytetem pozostają przygotowania do konfrontacji z USA. Pekin podporządkowuje modernizację gospodarki celom wzmacniania bezpieczeństwa państwa i znalezienia nowych źródeł produktywności. Klucz do sukcesu mają stanowić wytwarzane i udoskonalane w kraju technologie, a także rozwój bazy przemysłowej. Ma to uniezależnić ChRL od dostaw z zagranicy, uczynić z rozwoju przemysłu nowy motor wzrostu oraz zagwarantować Chinom miano globalnego lidera innowacji. Odbywa się to kosztem dobrobytu Chińczyków. Mając do wyboru złagodzenie fundamentalnego problemu niskiej konsumpcji oraz umocnienie „fortecy” oblężonej przez Amerykanów, Pekin decyduje się na opcję technologicznej „ucieczki do przodu”. Strategia ta nieuchronnie prowadzi też do eskalacji konfliktów handlowych z innymi krajami, które odczuwają efekty jego polityki przemysłowej i obawiają się drugiego „chińskiego szoku”.

W dniach 15–18 lipca w stolicy odbyło się długo wyczekiwane III Plenum XX KC KPCh. W przeszłości trzecią z siedmiu zwyczajowych sesji plenarnych mających miejsce podczas pięcioletniej kadencji KC kierownictwo partii wykorzystywało do zakomunikowania kierunku polityki gospodarczej funkcjonariuszom niższego szczebla, mieszkańcom Chin oraz zagranicznym obserwatorom. III plenum z grudnia 1978 r. symbolizuje początek okresu „reform i otwarcia”. W trakcie spotkania w 1993 r. członkowie KC położyli formalny fundament pod znaczące reformy pod hasłem budowy „socjalistycznej gospodarki rynkowej”. Z kolei wydarzenie z 2013 r., na którym ogłoszono „decydującą rolę rynku w alokacji zasobów”, rozbudziło nadzieje na rozpoczęcie kolejnej fazy liberalizacji.

Na oczekiwania wobec tegorocznego III Plenum XX KC – poza historycznymi odniesieniami – wpłynęły trzy czynniki. Po pierwsze poprzedniego spotkania w 2018 r. nie poświęcono kwestiom ekonomicznym, co oznacza, że od ponad dekady kluczowy organ partii formalnie nie wypowiadał się w sprawie priorytetów polityki gospodarczej.

Po drugie tradycyjnie III plenum odbywało się w kolejnym roku po wyborze władz KPCh (ostatnio – w 2022 r.), a zatem powinno było mieć miejsce jeszcze w 2023 r. Opóźnienie sesji wzbudziło liczne dyskusje. Czy to sygnał podziałów w partyjnej elicie? Czy Xi Jinping i jego najbliższe otoczenie wolą odsunąć moment konsultacji swojej polityki w szerszym gronie? A może czekają na wyklarowanie sytuacji wewnętrznej i zagranicznej po głębokich perturbacjach spowodowanych m.in. pandemią COVID-19 i pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę? Pekin nie przedstawił odpowiedzi na powyższe spekulacje. Być może pierwszoplanowe było przeświadczenie najwyższego kierownictwa partii, że kierunek wytyczony w ostatnich latach przez przewodniczącego pozostaje niezmienny i jasny, a więc nie ma pilnej potrzeby zwoływania posiedzenia KC.

Po trzecie uwaga krajowej i zagranicznej opinii publicznej ogniskowała się na III Plenum, ponieważ stanowiło ono dla władz KPCh dobrą okazję do wprowadzenia istotnych korekt kursu w obliczu przedłużającego się okresu dekoniunktury oraz narastających negatywnych efektów niezrównoważonego wzrostu w minionych dekadach. W Chinach trwa najdłuższy i najgłębszy kryzys na rynku nieruchomości od momentu jego powstania w latach 90. Nastroje ludności pozostają pesymistyczne z powodu spadku wartości majątków, obniżenia dochodów, trudnej sytuacji na rynku pracy oraz niepokoju o przyszłość w realiach spowalniającej gospodarki. W konsekwencji wzrost konsumpcji nadal nie powrócił do przedpandemicznego trendu. W warunkach polityki nastawionej na wsparcie produkcji dóbr prowadzi to do pogłębienia nierównowagi między popytem a podażą i do deflacji. Ponadto władze lokalne borykają się z kłopotami ze spłatą zobowiązań, a presja zagranicznych partnerów na ograniczenie chińskiej nadwyżki handlowej rośnie.

Mimo wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej partia nie wykorzystała wydarzenia do zaprezentowania konkretnych rozwiązań problemów ani sposobów na poprawę nastrojów społecznych. Wydaje się, że podobnie jak w latach ubiegłych został ono zdominowane przez newralgiczne dla Pekinu zagadnienia strategiczne – bezpieczeństwo i rozwój – a nie ważniejszą dla populacji kwestię polepszenia warunków bytowych. Wbrew składanym od lat zapewnieniom władze ChRL nadal nie rezygnują z modelu rozwojowego opartego głównie na inwestycjach i eksporcie na rzecz wzmocnienia konsumpcji prywatnej. To ostatnie jest deklarowane w Pekinie od dawna, regularnie rekomendują je również nie tylko czołowi ekonomiści zagraniczni, jak związany z Uniwersytetem Pekińskim Michael Pettis czy Paul Krugman, lecz także międzynarodowe instytucje (np. Międzynarodowy Fundusz Walutowy) i krajowi eksperci. Tylko w ostatnich miesiącach apelowali o to m.in. Huang Yiping z Uniwersytetu Pekińskiego, Li Daokui z Uniwersytetu Tsinghua i Zhang Jun z Uniwersytetu Fudan. W kwestii wzmacniania sieci zabezpieczeń społecznych oraz zwiększania dochodów ludności partia pozostaje ostrożna i nie decyduje się na radykalne reformy, lecz wprowadza zmiany stopniowo.

(...)

Wśród postulatów znalazły się też odniesienia do największych bolączek trapiących chińską gospodarkę. Pekin obiecał m.in. rozszerzenie źródeł dochodów władz lokalnych i zwiększenie udziału wydatków rządu centralnego, zniesienie ograniczeń dostępu do świadczeń socjalnych w miejscu pracy dla osób bez lokalnego meldunku, wzmocnienie autonomii władz miejskich w zakresie regulowania rynku nieruchomości zgodnie z warunkami lokalnymi, podjęcie działań wspierających wzrost dzietności, promocję zatrudnienia absolwentów i migrantów wiejskich, podwyżkę dochodów z pracy oraz redukcję nierówności. KC zaakcentował konieczność „pogłębiania reform i otwarcia” i zapewnił, że będzie dążył do tego, aby „rynek odgrywał decydującą rolę w alokacji zasobów”.

Powyższe deklaracje sugerują, że partia właściwie zidentyfikowała problemy i sygnalizuje wolę ich złagodzenia. Wątpliwości budzi jednak szczerość jej intencji i zdolność do ich wcielenia w życie. Już dekadę temu – na III Plenum XVIII KC w 2013 r. – zapowiedziano ambitny program prorynkowych reform, z których KPCh w kolejnych latach faktycznie się wycofała, a nawet wprowadzała zmiany prowadzące w przeciwnym kierunku, np. ograniczyła rolę sektora prywatnego w gospodarce. Mimo to dziś równocześnie twierdzi, że udało jej się osiągnąć wyznaczone wówczas cele, i ponownie anonsuje ich realizację w przyszłości. Podważa to jej wiarygodność i napawa sceptycyzmem co do spełnienia obietnic. Zależy ono nie tylko od woli kierownictwa KPCh, lecz także – i przede wszystkim – od umiejętności wypełnienia haseł treścią, czyli od sformułowania konkretnych rozwiązań, oraz od skali oporu lokalnych grup interesu, które są beneficjentami obecnego modelu, a poniosą koszty finansowe i polityczne transformacji. Wyznaczenie relatywnie nieodległej perspektywy realizacji reform – 2029 r. – można interpretować jako próbę zmobilizowania przez Pekin aparatu partyjnego niższego szczebla.

Wizja gospodarki ChRL wyłaniająca się z dokumentów opublikowanych po zakończeniu III Plenum XX KC jest zgodna z kierunkiem obranym wcześniej przez wierchuszkę KPCh. Polityka Donalda Trumpa i ponadpartyjny konsensus w USA uświadomiły chińskim władzom, że eskalacja mocarstwowego konfliktu jest nieuchronna i trwała. Nadało to nowy impuls wysiłkom podejmowanym już przez wcześniejsze generacje liderów ChRL. Tuż przed rozpoczęciem lipcowej sesji KC w państwowych mediach ukazał się artykuł, w którym podkreślano, że „reforma nie oznacza zmiany kierunku”, a w kwestiach fundamentalnych postawa Pekinu „jest niezachwiana, a myślenie – jasne”. „Niezmiennie realizujemy dogłębne i kompleksowe reformy na drodze socjalizmu o chińskiej charakterystyce aż do końca. To nieunikniona droga do odrodzenia narodowego” – zaznaczała propaganda.

Nadrzędnym priorytetem gospodarczym Pekinu pozostaje modernizacja mająca na celu wzmocnienie bezpieczeństwa partii i państwa, a także podtrzymanie rozwoju w obliczu wyczerpywania się efektywności dotychczasowych silników wzrostu oraz podejmowanych przez rządy państw Zachodu prób ograniczenia transferu technologii do Chin. Przewodnią rolę w tym zakresie ma odgrywać przemysł, będący w optyce KPCh fundamentem niezależności i dobrobytu.

ChRL od dziesięcioleci prowadzi wyjątkowo aktywną politykę wsparcia krajowej produkcji, pod egidą ochrony „branż wschodzących”, reformy strony podażowej, strategii Made in China 2025 czy hasła „podwójnej cyrkulacji”. Z niepełnych szacunków CSIS wynika, że tylko w 2019 r. przeznaczyła na ten cel ok. 1,7% PKB, czyli równowartość 250 mld dolarów. Analitycy wskazują, że w relacji do wielkości gospodarki jest to kwota ponad dwa razy większa niż ta wydana przez Koreę Południową (drugie państwo w tym rankingu), a w ujęciu nominalnym – przeszło dwukrotnie wyższa niż przeznaczona przez Stany Zjednoczone. Dzięki wsparciu władz centralnych i lokalnych oraz staraniom przedsiębiorców i pracowników w minionych dekadach w Chinach powstał niezrównany w skali świata ekosystem przemysłowy, odpowiadający za ponad 30% globalnej produkcji wobec niespełna 15% przed dwudziestoma laty.

Mimo to zdaniem Xi Jinpinga nie jest on jeszcze „wystarczająco silny i zaawansowany” oraz nadal nadmiernie polega na „kluczowych technologiach kontrolowanych przez innych”. Już w 2014 r. przewodniczący podkreślał, że „tylko poprzez opanowanie kluczowych technologii możemy zapewnić podstawowe bezpieczeństwo gospodarcze i obronne kraju”. W następnych latach dodawał, że „kluczowych, podstawowych technologii nie można wybłagać, kupić ani wynegocjować”. Dziś – w obliczu presji USA – rozwój własnych innowacji stał się sprawą naglącą, a przy tym – ze względu na stopień zaawansowania naukowo-technicznego i potencjał ChRL – osiągalną. Celem jest już nie tylko ulepszanie istniejących technologii, lecz także kreowanie przełomowych rozwiązań.

W postępie technologicznym Pekin widzi zarówno konieczność dyktowaną bezpieczeństwem, jak i szansę. Jest przekonany, że trwa kolejna rewolucja przemysłowa, która może zmienić ład światowy, i aspiruje, by wyrosnąć na jej globalnego lidera. Dlatego promuje i kontroluje rozwój w „branżach przyszłości” (technologie informacyjne nowej generacji, sztuczna inteligencja, lotnictwo i astronautyka, nowe materiały, zaawansowany sprzęt, biomedycyna i technologia kwantowa). Za bezprecedensowe należy uznać jego wsparcie dla rodzimego sektora półprzewodników. Szczególne znaczenie dla władz KPCh mają pojazdy elektryczne, baterie nowej generacji i fotowoltaika – w dziedzinach tych Chiny już teraz wyznaczają światowe trendy. „Nowe trio” ma uniezależnić ChRL od dostaw surowców energetycznych z zagranicy oraz zagwarantować krajowemu przemysłowi następną przewagę kosztową nad konkurencją, a państwu – wiodącą rolę w globalnej zielonej transformacji. Równocześnie rządzący wciąż są zainteresowani utrzymaniem tradycyjnych gałęzi przemysłu, które ma unowocześnić implementacja nowych rozwiązań technologicznych.

Główny priorytet rządu to aktualnie „dążenie do zmodernizowania systemu przemysłowego i rozwijanie sił wytwórczych nowej jakości w szybszym tempie”. Pojęcie „sił wytwórczych nowej jakości” zostało wprowadzone do słownika KPCh we wrześniu 2023 r. Obejmuje ono nie tylko technologie pionierskie i najbardziej zaawansowane, lecz także drobne innowacje prowadzące do skuteczniejszego wykorzystania czynników produkcji. Ma to podtrzymać wzrost gospodarczy kraju, w sytuacji gdy zwiększanie nakładów pracy jest mało prawdopodobne, a kapitału – przynosi coraz mniejsze korzyści.

(...)

Do niedawna standardową odpowiedzią rządzących na wyzwania gospodarcze było wyraźne luzowanie polityk fiskalnej i monetarnej w celu pobudzenia inwestycji. Te napędzały wzrost, ale równocześnie pogłębiały problemy strukturalne – prowadziły m.in. do zadłużenia, destabilizacji sektora finansowego, nieefektywnej alokacji kapitału, powstania nadwyżki mocy produkcyjnych, poszerzenia nierówności społecznych i regionalnych, podwyżek cen mieszkań oraz ograniczenia konsumpcji. Obecnie to innowacje, poprzez zwiększanie produktywności, powinny skutkować wzrostem produkcji, co z kolei ma się przekładać ma na wyższe dochody i wydatki ludności.

Priorytety wyłożone na plenum wskazują, że w Pekinie pokutuje przekonanie, iż droga do wzrostu popytu wiedzie głównie poprzez wspomaganie podaży, oraz niechęć do „wspierających lenistwo” programów społecznych. Tymczasem w rzeczywistości prokonsumpcyjna reforma wymagałaby przekierowania strumienia środków płynącego aktualnie do przemysłu w ręce gospodarstw domowych, np. w formie rozszerzenia sieci zabezpieczeń społecznych na kształt rozwiązań europejskich. Takie postępowanie nie tylko utrudniłoby jednak realizację podstawowego celu, czyli budowę konkurencyjnej i samowystarczalnej bazy produkcyjnej, lecz także osłabiłoby pozycję partii i powiązanej z nią elity biznesowej, która utraciłaby kontrolę nad częścią zasobów. Zmiana budzi więc opór beneficjentów dotychczasowego modelu. Z tych powodów KPCh nadal nie zdołała rozwiązać problemu niskiej konsumpcji, mimo że dostrzega go od lat. W 2023 r. ChRL odpowiadała za ok. 13% globalnych wydatków na ten cel – oraz aż za 27% nakładów na inwestycje. Konsumpcja prywatna utrzymuje się na poziomie poniżej 40% PKB, podczas gdy w Polsce wynosi ok. 60%, w Korei Południowej – blisko 50%, a w USA – ponad 70%. W efekcie Chińczycy korzystają z owoców wzrostu w ograniczonym zakresie. Już w 2007 r. premier Wen Jiabao określił tamtejszą gospodarkę jako „niestabilną, niezbalansowaną, nieskoordynowaną i niezrównoważoną” i ocenił, że kraj „musi zwiększyć konsumpcję wewnętrzną”. Z kolei przewodniczący Xi Jinping na początku swoich rządów mówił o „nowej normalności” oraz o konieczności wzmocnienia konsumpcji i sektora usług.

(...)

Realizacja długoterminowej strategii wyznaczonej przez Pekin odbywa się kosztem dobrobytu Chińczyków. Budowa samowystarczalnej bazy przemysłowej oraz postęp technologiczny wymagają znacznych zasobów finansowych i ludzkich, które w efekcie nie są dostępne w innych, bardziej oddziałujących na dobrobyt ludności obszarach. To oraz spadek tempa wzrostu gospodarczego sprawiają, że standard życia w ChRL nie rośnie już tak szybko, jak w poprzednich dekadach.

Polityka władz KPCh nieuchronnie prowadzi również do eskalacji konfliktów z partnerami handlowymi, odczuwającymi skutki chińskiej „polityki zubożania sąsiada” i obawiającymi się drugiego „chińskiego szoku”. Silne wsparcie przemysłu przy równoczesnym ograniczaniu konsumpcji powoduje, że firmy operujące w ChRL skutecznie rozwijają działalność na rynkach zagranicznych. W 2023 r. tamtejsza nadwyżka handlowa przekroczyła 800 mld dolarów, a w przypadku produktów fabrycznych sięga 2% światowego PKB, czyli więcej, niż Niemcy i Japonia notowały łącznie w szczycie swojej eksportowej potęgi w latach 70. i 80. Chiny odpowiadają za około jedną trzecią globalnej produkcji przemysłowej, a blisko połowę wytworzonych towarów sprzedają za granicę. Ekspansja budzi sprzeciw państw mających własne ambicje rozwoju przemysłu i starających się ochronić lokalne miejsca pracy. W ostatnich kilkunastu miesiącach ograniczenia w zakresie napływu towarów z ChRL wprowadziły nie tylko USA i UE, lecz także Brazylia, Indie, Indonezja, Chile, Turcja czy Meksyk.

osw.waw.pl


Chiński rząd obniżył wymagania kapitałowe dla osób kupujących nieruchomości. Później obniżył o połowę podatek od obrotu giełdowego, a następnie bank centralny obniżył kluczową stopę procentową do rekordowo niskiego poziomu. Chiński reżim próbuje uratować gospodarkę, ale wygląda na to, że to już walka z wiatrakami.

Najnowsze środki zaradcze skierowane są rynek nieruchomości, który znajduje się w kryzysie od dwóch lat. W tym czasie gigantowi nieruchomości Evergrande skończyły się pieniądze. — Konsekwencją była ogromna niechęć do zakupów w ciągu ostatnich dwóch lat. Sprzedaż mieszkań spadła o około jedną trzecią, a liczba rozpoczętych budów zmniejszyła się o ponad połowę — mówi Monika Boven, ekonomistka DZ Bank.

(...)

Problemy rynku nieruchomości są gigantyczne, a obecnie nieco obniżone wymagania kapitałowe dla nabywców nieruchomości z pewnością nie będą w stanie ich rozwiązać. — Tylko rządowa pomoc dla dużych deweloperów może ustabilizować rynek nieruchomości w najbliższej przyszłości — mówi Wei Yao, chiński ekspert w Societe Generale.

— Jednak sektor nieruchomości nie jest jedynym zagrożeniem. Znacznie większym problemem jest ukryty dług samorządów lokalnych — dodaje ekspert.

Wynika to z faktu, że władze regionalne w dużej mierze finansowały boom gospodarczy Chin w ostatnich latach, budując lotniska, autostrady i nowe miasta satelitarne. W rezultacie całkowite zadłużenie kraju — rządowe, korporacyjne i gospodarstw domowych — jest obecnie wyższe w stosunku do produkcji gospodarczej niż w USA.

Jednak podczas gdy w USA część tego zadłużenia jest obecnie nadmuchiwana przez inflację, w Chinach dzieje się odwrotnie. Pekin niedawno odnotował deflację na poziomie 0,3 proc. Według oficjalnych danych gospodarka nadal rośnie, rzekomo o 6,3 proc. w drugim kwartale w porównaniu z rokiem poprzednim. Ale wątpliwości co do tych danych są obecnie ogromne (...).

Praktycznie wszyscy niezależni ekonomiści widzą zatem co najmniej drastyczne spowolnienie wzrostu. — Chiny mają przede wszystkim problemy strukturalne. Przypomina się sytuacja Japonii w latach 90., kiedy pęknięcie bańki na rynku nieruchomości doprowadziło do lat deflacji i stagnacji gospodarczej — mówi Carsten Klude, główny ekonomista M.M. Warburg.

Chiny mają jeszcze jedno podobieństwo do Japonii. Kurczącą się populację. Grzegorz Drożdż, analityk rynku w firmie inwestycyjnej Conotoxia, uważa to nawet za jedną z głównych przyczyn spowolnienia wzrostu w Chinach. Ponieważ od 1990 r. wskaźnik urodzeń utrzymuje się poniżej wartości 2,1 dziecka na kobietę.

Poniżej tego progu populacja maleje, a w Chinach wartość ta spadła ostatnio nawet do 1,1. — Konsekwencją jest to, że liczba osób zatrudnionych spadła niemal do poziomu sprzed początku tego wieku. (...)

Jakby tego było mało, ma też miejsce exodus zagranicznych korporacji. — Względy polityczne i rosnące płace sprawiają, że globalne firmy wolą uciekać — mówi Johan van Geeteruyen, główny strateg w firmie inwestycyjnej DPAM.

Potentaci przenoszą się do innych krajów w regionie. Taki rozwój można już zaobserwować na przykład w branży półprzewodników. — Ich nowe inwestycje w innych krajach azjatyckich wzrosły ponad siedmiokrotnie w latach 2019-2021.

Wielu obserwatorów od miesięcy czekało, aż rząd Chin przezwycięży wszystkie te problemy za pomocą dużego programu stymulacyjnego. Ale jak dotąd nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego Pekin próbuje różnych małych środków, z których wszystkie prawdopodobnie będą miały niewielki wpływ. Staje się coraz bardziej jasne, że reżim najwyraźniej nie ma ochoty na wielkie działania. Albo nie jest w stanie.

— Potęga Chin może nie być tak duża, jak się często zakłada — mówi Gilles Moeuc, główny ekonomista Axa Group. Jego zdaniem głównym powodem jest wysoki poziom zadłużenia. — Obciążenie finansowe, które rząd ponosi w różnych formach, albo niewiele różni się od tego w krajach rozwiniętych, albo trudno jest opracować program stymulacyjny, który nie zaostrzy ryzyka dla stabilności finansowej w kraju.

Wynika to z faktu, że ryzyko to jest już znaczące, i to nie tylko z powodu kryzysu na rynku nieruchomości. — Jednocześnie kryzys zaczyna rozprzestrzeniać się na tzw. banki-cienie, które finansowały wielu deweloperów — mówi ekonomista.

Gilles Moec uważa, że poprzednia recepta Chin na sukces gospodarczy osiągnęła swoje granice. — Mieszanka gospodarki planowej i rynkowej, choć z powodzeniem uczyniła Chiny globalną potęgą gospodarczą, może nie sprzyjać przezwyciężeniu klątwy średniego dochodu — mówi.

onet.pl/Die Welt


Na wstępie muszę przyznać, że jestem fanem sposobem pisania Andreasa Fuldy. Łączy ono ze sobą rygorystyczną logicznie, ale drętwą, szkołę niemiecką, która często też unika jednoznacznych wniosków, z brytyjską, która jest błyskotliwa i opiniotwórcza, choć czasami bywa na bakier z warsztatem naukowy. Fulda, jako Niemiec pracujący na brytyjskim uniwersytecie, bierze co najlepsze z obydwu stylów i w efekcie mamy dobrze uargumentowaną i logiczną pracę, którą jednak czyta się dobrze. Również mimo dużej ilości informacji nie jest przegadana.

Jak sam tytuł wskazuje, książka Fuldy skupia się na procesie, jak niemiecki elity przemysłowo-polityczne uwikłały RFN, a poprzez nią także UE, w jednostronne uzależnienie od ChRL. Autor rekonstruuje wiele ścieżek, które do tego doprowadziły, ale pokazuje również, że chociaż nie wszystko było jasne z góry, to jednak było wystarczająco dużo sygnałów wcześniej, aby móc przewidzieć skutek. Co gorsza, na dzień ukończenia książki nie widać, że doszło do otrzeźwienia. Wiele zmian w regulacjach, które wprowadzono w Niemczech czy na poziomie UE, mających chronić od jednostronnego uzależnienia gospodarczego, może być postrzegana jako polityczna zasłona dla porażki, a nie koniecznie efekt pójścia po rozum. Moim zdaniem, jak zwykle wszystko sprowadza się do woli politycznej i zdolności do zmiany paradygmatu myślenia.

Jeszcze przed pełnospektaklową inwazją Rosji na Ukrainę, ukułem bon mot, że Niemcy to para bezdzietnych emerytów, którzy zastawiają rodzinne precjoza w chińskim lombardzie, aby opłacić się rosyjskim rekieterom, ponieważ zależy im tylko na dotrwaniu do śmierci w spokoju. Niestety, praca Fuldy, tylko umocniła we mnie to przekonanie, mimo że autor stara się pokazać, że jakieś zamiany zaszły i że istnieje, choć niełatwa, droga wyjścia z tego bagna. Jednak osobiście nie widzę w Berlinie woli, aby tego dokonać.

zawielkimmurem.net