czwartek, 15 sierpnia 2024



Rosyjska armia ponosi obecnie największe straty od początku wojny i kurczy się szybciej, niż rekrutuje nowych żołnierzy — powiedziały Bloombergowi trzy źródła zbliżone do Kremla i rosyjskiego ministerstwa obrony. Według osoby zaznajomionej z sytuacją władze regionalne są w stanie zmobilizować nie więcej niż jedną trzecią żołnierzy kontraktowych z kwot ustalonych przez Moskwę.

Obecna sytuacja może zmusić władze do rozważenia nowej mobilizacji — podały dwa źródła Bloomberga. Według jednego z nich może to wynikać z potrzeby rotacji jednostek na froncie. Jego zdaniem już pod koniec roku Moskwa może ogłosić pobór do wojska.

Analizy brytyjskiego wywiadu wojskowego i wpisy rosyjskich "korespondentów wojennych" dają obraz niewiarygodnych kosztów, jakie ponosi Rosja w związku z działaniami wojennymi w obwodach donieckim i charkowskim.

Wywiad brytyjskiego ministerstwa obrony donosi, że w maju i czerwcu rosyjska armia traciła 35 tys. żołnierzy miesięcznie — chodzi o zabitych i rannych. W lipcu liczba ofiar w siłach zbrojnych Kremla spadała, ale w sierpniu ponownie wzrosła. Wspomniani specjaliści szacują, że rosyjska armia może tracić ponad tysiąc żołnierzy dziennie. Innymi słowy — straty poniesione przez nią w ciągu czterech miesięcy mogą sięgać ok. 140 tys. osób.

Mimo to Rosja nie zmniejsza presji na ukraińskie pozycje na Donbasie. Naciera tam mimo ofensywy Sił Zbrojnych Ukrainy na obwód kurski. Tam armia Putina, pomimo jego rozkazów i oświadczeń o ogromnych stratach ukraińskich, jak dotąd nie była w stanie stawić poważnego oporu. Z różnych doniesień wynika, że Kreml ściągnął nawet do tego obwodu najemników Grupy Wagnera z Afryki.

(...)

Tymczasem mobilizacja nowych rekrutów do rosyjskiej armii przebiega opornie, o czym świadczy m.in. stały wzrost wypłat za udział w wojnie. W Moskwie żołnierz kontraktowy za pierwszy rok służby może obecnie otrzymać 5,2 mln rubli (ok. 220 tys. 540 zł) — oczywiście jeśli przeżyje. W lipcu mer Moskwy Siergiej Sobianin obiecał 1,9 mln rubli (ok. 80 tys. 582 zł) za samo tylko podpisanie kontraktu, oprócz 600 tys. rubli (ok. 25 tys. 447 zł) rocznie wypłacanych przez moskiewski rząd (do tego dochodzi wynagrodzenie wypłacane przez ministerstwo obrony).

Wskaźnikiem problemów z rekrutacją do armii może być też fakt, że wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew, który regularnie chwalił się, że do wojska zaciąga się tysiąc osób dziennie lub więcej, ostatnio przestał wypowiadać się na ten temat.

Jak donosi Bloomberg, presja ze strony Kremla na wypełnienie ustalonych limitów rekrutacji jest tak duża, że aby je wypełnić, bogatsze regiony starają się zachęcać do rekrutacji mieszkańców biedniejszych części kraju.

Brak "świeżych" sił i ogromne straty na froncie sprawiają, że rosyjskiej armii coraz trudniej jest trzymać się obecnej strategii powolnego, ale wytrwałego posuwania się naprzód — powiedziała agencji osoba zaznajomiona z sytuacją. Dodała, że z powodu niedoboru żołnierzy rosyjskie kierownictwo nie omawia już planów zdobycia Kijowa i innych miast.

Temat niedoboru żołnierzy jest jednym z głównych tematów "blogerów wojennych". Anastazja Kaszewarowa jakiś czas temu mówiła o "niedostatecznie leczonych rannych o kulach, bez oczu, z ciężkimi ranami", którzy są wysyłani z powrotem na front. "Nie ma ludzi. Liczba ofiar jest wysoka. Dla tych, którzy nie rozumieją — FIZYCZNIE NIE MA LUDZI DO ATAKOWANIA. Żywe siły zostały wyczerpane" — napisał Wojenkor Kotenok.

onet.pl/The Moscow Times


Według danych jednolitego punktu obsługi kontraktów od połowy lata 2023 r. do początku sierpnia 2024 r. zainteresowanie umowami z ministerstwem obrony Federacji Rosyjskiej spadało. W sierpniu 2023 r. na udział w wojnie zgodziło się ponad 3 tys. osób, a w czerwcu 2024 r. — nieco ponad 1 tys.

Jednak decyzja mera Moskwy Siergieja Sobianina o zwiększeniu płatności za podpisanie kontraktu do 1,9 mln rubli (według aktualnego kursu 81 tys. zł) od 1 sierpnia trzykrotnie zwiększyła liczbę chętnych na wojnę.

(...)

Ci, którzy chcą podpisać kontrakt, są wysyłani na wojnę pod przykrywką pracowników instytucji budżetowych. Wynika to z faktu, że wszystkie organizacje budżetowe mają kwoty na rekrutację kontraktową.

Zawarcie kontraktu zajmuje cały dzień: osoba najpierw wypełnia kwestionariusz i wniosek, następnie podpisuje umowę z jedną z państwowych instytucji budżetowych, a potem przechodzi badania lekarskie i udaje się do centrum szkoleniowo-metodycznego ministerstwa obrony. Kilka dni później ochotnicy wyjeżdżają do jednostek wojskowych.

Korespondent Wierstki usłyszał w punkcie selekcji, że formalnie kontrakt obowiązuje przez rok, ale w rzeczywistości będzie trwał do końca wojny. "Jak dotąd żaden z chłopców nie został zwolniony" — podsumował jeden z pracowników.

onet,pl

środa, 14 sierpnia 2024



Rozmowa zaczęła się od tematu próby zamachu na życie Trumpa. Następnie rozpoczął on serię monologów na temat swoich przeciwników w wyścigu o Biały Dom, imigracji, inflacji, prawa i porządku, rolnictwa, swoich relacji z różnymi dyktatorami na świecie i groźby wojny nuklearnej.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych nie złapał jednak przynęty, gdy Musk próbował nakłonić go do zaatakowania Brukseli za jej stanowisko w sprawie dezinformacji (w ubiegłym roku wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova powiedziała, że spośród największych platform społecznościowych portal X jest najbardziej podatny na dezinformację — red.).

Musk odniósł się do listu otwartego skierowanego do niego przez Thierry'ego Bretona, cyfrowego "egzekutora" Unii Europejskiej. Przypomniał w nim miliarderowi o unijnych przepisach dotyczących promowania mowy nienawiści.

— Jest wiele prób cenzury i wymuszania cenzury, nawet na Amerykanach z innych krajów. Co o tym sądzisz? — zapytał Musk Trumpa.

Ten nie dał się jednak złapać. Zamiast tego rozpoczął tyradę na temat deficytu handlowego USA z UE. Powiedział, że "bardzo wykorzystują one [kraje unijne] Stany Zjednoczone w handlu" i że "nie są tak twardzi jak Chiny, ale są źli".

Następnie podjął temat pieniędzy, które UE przeznacza na pomoc Ukrainie. Porównał tę kwotę z wydatkami USA na ten cele. Nie mówił jednak, że Waszyngton powinien zmniejszyć rozmiary wsparcia finansowego, a wydawał się sugerować, że Bruksela powinna zwiększyć wielkość swojej pomocy świadczonej Ukrainie.

— Pytam: dlaczego nie zamierzają wyrównać [tej kwoty]? Dlaczego nie płacą tego, co my płacimy? Dlaczego Stany Zjednoczone płacą nieproporcjonalnie więcej za obronę Europy niż Europa? To nie ma sensu. To niesprawiedliwe i należy się tym zająć — powiedział Trump.

Następnie pochwalił Zełenskiego za rozmowę telefoniczną, którą odbył z nim w 2019 r. Doprowadziła ona do jego impeachementu — został wówczas oskarżony o próbę wpłynięcia na wybory w 2020 r. poprzez wywieranie nacisków na ukraińskiego przywódcę, aby ten wszczął dochodzenie w sprawie obecnego prezydenta Joego Bidena i jego syna Huntera.

— Szczerze mówiąc, nie ma nikogo, kto czułby się gorzej w związku z sytuacją w Ukrainie niż ja. Znam Zełenskiego. Był dla mnie bardzo honorowy. Kiedy przyszli z rosyjskim oszustwem i powiedzieli, że rozmawiałem z nim przez telefon, on stwierdził, że to była idealna rozmowa telefoniczna (w czasie tej rozmowy Trump próbował wymusić na Zełenskim wszczęcie dochodzenia przeciwko Hunterowi Bidenowi — red.).

Trump ponownie rozmawiał z Zełenskim w zeszłym miesiącu — po raz pierwszy od rozpoczęcia inwazji przez Rosję.

onet.pl


W sierpniu 2015 r. napisałem, rozważając możliwość, że być może Trump mógłby wygrać: "kiedy niezadowoleni wyborcy odkrywają moc, z której nie zdawali sobie sprawy, mogą nastąpić bardzo nieoczekiwane konsekwencje".

Nawet abstrahując od Trumpa, amerykańska opinia publiczna od dawna wykazuje chęć zerwania z "normalną" polityką. Oznacza to na przykład, że wyborcy w Kalifornii mogą — po raz pierwszy w historii — odwołać urzędującego gubernatora i umieścić na jego miejscu byłego kulturystę, aktora Arnolda Schwarzeneggera.

W 2016 r. wyborcy Trumpa powiedzieli: tak, możemy umieścić kandydata bez doświadczenia i kwalifikacji w Gabinecie Owalnym; tak, możemy zignorować ostrzeżenia prasy głównego nurtu; tak, możemy głosować za zmianą bardziej radykalną niż jakakolwiek w naszej historii.

Jednak w 2024 r. twierdzenia Trumpa o zmianie są znacznie mniej wiarygodne. Po pierwsze, Trump był już wcześniej w Białym Domu.

Po drugie, Trump wydaje się niezdolny do odłożenia na bok swojej porażki w 2020 r. Uparcie powraca do swoich fałszywych twierdzeń o kradzieży wyborów, nawet do tego stopnia, że atakuje niezwykle popularnego republikańskiego gubernatora Georgii. Cokolwiek to jest, to nie jest zmiana.

onet.pl/Politico



Entuzjazm wobec kandydatury Kamali Harris z internetu (o tym aspekcie można przeczytać w ostatniej części tego tekstu) przeniósł się do prawdziwego życia. Harris na wiece wynajmuje hangary, bo ludzie nie mieszczą się w mniejszych przestrzeniach. Do tłumów czekającego na płycie lotniska przylatuje wiceprezydenckim samolotem. Wygląda to jak materiał z trasy koncertowej Taylor Swift... albo z kampanii Trumpa sprzed czterech lat, kiedy sam, jako prezydent, latał na spotkania wyborcze Air Force One. W ostatnich dniach do stanów, które odwiedzała Harris, jeździł też JD Vance, kandydat na wiceprezydenta Trumpa. Ale na jego spotkania przychodziła - w porównaniu z wiecami Kamali - garstka osób.

Jak reaguje Trump? Nie bardzo umie sobie poradzić z wybuchem euforii wobec konkurentki. Do tego stopnia, że kłamliwie oskarżył sztab Harris o fabrykowanie zdjęć wiwatujących tłumów przy pomocy AI. "[Kamala] oszukuje na lotnisku", "nikogo tam nie ma" - pisał. Ale sam w ostatnich dniach raczej unikał dużych spotkań z wyborcami. W internecie mnożą się już teorie, co za tym stoi. Jedni zgadują, że Trump po zamachu w Pensylwanii żyje w paranoicznym strachu, że teraz wszyscy dybią na jego życie. Inni na odległość diagnozują zespół stresu pourazowego. Kiedy na konferencji prasowej w Mar-a-Lago Trump został bezpośrednio spytany o to, dlaczego częściej nie spotyka się z wyborcami, wypalił: "Głupie pytanie". A sztab Kamali bezlitośnie wykorzystuje niską aktywność przeciwnika. Wiralowo rozeszła się ta grafika z porównaniem liczby kampanijnych wieców. I widać, że ktoś poświęcił dużo czasu, żeby znaleźć takie zdjęcie Trumpa, na którym wygląda na jak najbardziej starego i zmęczonego.

Kampania Bidena była stonowana, elegancka i - jak pokazywały sondaże - średnio skuteczna. Sztab Harris nie bierze jeńców. Największą furorę robi dziś narracja, z której jako pierwszy zasłynął Tim Walz. "Oni są po prostu dziwni" - tak mówił Walz o trumpistach. To proste, mocne hasło, które doskonale się nadaje do internetowych ripost. I brzmi wiarygodnie, zwłaszcza wypowiadane przez kogoś, w kim nie ma dosłownie nic "dziwnego". Walz - mąż, ojciec, były żołnierz, wieloletni nauczyciel - wygląda i zachowuje się jak uosobienie miłego amerykańskiego taty z sitcomu.

Co na to republikanie? Wszelkie próby odwrócenia albo zneutralizowania retoryki Walza na razie kończą się fiaskiem. JD Vance w niedawnym wywiadzie zaczął komentować, że Walz podczas wiecu "dziwnie" przywitał się z żoną - i zrobił to, opisując, jak on sam, JD, przytula i całuje swoją. Przy innej okazji, zapytany, czy Trump ma poczucie humoru, powiedział, że tak, ma znakomite, bo wyśmiewa się ze wszystkich naokoło. Kamali Harris republikanie nadają wydumane ksywki - "Cum-Allah" albo "Kamabla" (to ostatnie to autorski pomysł Trumpa i nie, nikt nie wie, dlaczego tak). Na Walza wymyślili "Tampon Tim Walz" (chodzi o to, że jako gubernator Minnesoty wprowadził bezpłatne produkty menstruacyjne do szkolnych łazienek). Ale całkowicie oddolne hity też są. Jeden ze zwolenników Trumpa zaczął snuć na Twitterze teorie o "niezasymilowanych imigrantach z Niemiec" i "germanoidalnych Amerykanach", sugerując, że do nich właśnie należy Walz, w którego żyłach "nie płynie krew ojców założycieli". Czy to wszystko brzmi normalnie, czy też "dziwnie" - niech każdy sobie oceni sam.

Ani Trump, ani JD Vance, ani ich sztab, ani cywilni fani Trumpa nie wiedzą dziś, jak podejść do walki z teamem Harris-Walz. Minęły czasy, kiedy wystarczyło opowiadać o "Śpiącym Joe" i patrzeć, jak rosną sondażowe słupki. I Donald Trump o tym wie. Do tego stopnia, że napisał posta z rozbudowaną fantazją o tym, jak by to było, gdyby Biden powrócił. Niech to będzie puenta tego tekstu - i najlepszy dowód na to, jak dobrze demokraci wyszli na zmianie składu.

"Jakie są szanse na to, że Pokręcony Joe Biden, NAJGORSZY prezydent w historii USA, którego Prezydenturę Niekonstytucyjnie ukradli Kamabla, Barack HUSSEIN Obama, Szalona Nancy Pelosi, Chytry Adam Schiff, Zapłakany Chuck Schumer i inni na Zwariowanej Lewicy, ROZWALI Narodową Konwencję Demokratów i spróbuje z powrotem przejąć nominację, zaczynając od tego, że wyzwie mnie na jeszcze jedną DEBATĘ. On czuje, że popełnił tragiczną historyczną porażkę, przekazując Prezydenturę USA - ZAMACH STANU - ludziom, których najbardziej na Świecie nienawidzi, i chce jej z powrotem, TERAZ!!!"

gazeta.pl


Ludowy Bank Chin poinformował, że w trzecim kwartale 2023 r. po raz pierwszy od co najmniej 25 lat odnotowano odpływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Dane te nie oddają jednak w pełni realnych procesów gospodarczych. Zagraniczne firmy od dawna cenią Chiny za atrakcyjne warunki prowadzenia działalności, choć w ostatnich latach klimat inwestycyjny w tym kraju pogarsza się za sprawą polityki wewnętrznej Pekinu oraz zaostrzenia rywalizacji z Waszyngtonem. ChRL pod panowaniem Xi Jinpinga nadała szczególny priorytet bezpieczeństwu gospodarczemu, wprowadzając szereg regulacji uderzających w zagranicznych inwestorów. Odpowiedź biznesu na narastające wyzwania – zachęcanego przez władze USA i UE do de-riskingu – jest jednak zróżnicowana. Niektóre firmy redukują inwestycje, aby zmniejszyć ryzyko wynikające z silnych powiązań z rynkiem chińskim, inne zwiększają nakłady, by umocnić i wyizolować lokalne operacje. Właściwe ustalenie proporcji stanowi wyzwanie, lecz ze złożonej mozaiki danych wyłania się obraz strukturalnego spadku inwestycji zagranicznych w Chinach. Wskaźniki ilustrujące to zjawisko mogą wprawdzie ulec w najbliższych latach koniunkturalnej poprawie, niemniej motywowane ekonomiczną kalkulacją i polityczną presją procesy strukturalne będą zapewne prowadzić do dalszego ograniczania inwestycji w Chinach w ramach stopniowej, szerokiej redukcji zależności zagranicznego biznesu od tamtejszej bazy przemysłowej.

W zapoczątkowanym pod koniec lat siedemdziesiątych okresie „reform i otwarcia” Chiny stały się jednym z największych odbiorców bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) na świecie. Włączenie do globalnych łańcuchów dostaw stało za wielkim sukcesem gospodarczym ChRL ostatnich dekad. Napływ kapitału nie tylko pozwolił stworzyć miliony miejsc pracy, lecz także wiązał się z transferem wiedzy, umiejętności i technologii, które stanowiły fundament rozwoju. Zarazem stopniowo rosło uzależnienie zagranicznego biznesu od Chin jako kluczowego miejsca produkcji oraz źródła dostaw, a w późniejszych latach – również ważnego rynku zbytu.

W momencie wzrostu napięcia na linii Waszyngton–Pekin stało się jasne, że zależność ekonomiczna od ChRL to istotny problem dla Zachodu, o implikacjach zarówno ekonomicznych, jak i politycznych. Prezydent USA Donald Trump zaczął nawoływać do tzw. decouplingu, czyli zerwania powiązań gospodarczych z Chinami. Postulat ten spotkał się z silnym sprzeciwem środowiska biznesowego, które przekonywało, że jego realizacja jest co najmniej nieopłacalna, o ile nie niemożliwa. W kolejnych latach, także w wypowiedziach liderów Unii Europejskiej, termin ten wyparło określenie de-riskingu, czyli bardziej punktowego identyfikowania i ograniczania potencjalnie niebezpiecznych zależności.

osw.waw.pl

wtorek, 13 sierpnia 2024



W tym czasie, jesienią 2019 r., González-Rubcow funkcjonuje już w Warszawie.

Nawiązuje relację z dziennikarką Natalią K. (nie wiemy, kiedy i gdzie dokładnie się poznają). Wynajmują mieszkanie w Warszawie, razem podróżują. Podobnie jak sam Pablo do tej pory – w rejony zapalne.

On publikuje w baskijskich lub hiszpańskich mediach (Gara, Público, laSexta), współpracuje też ze znanym na całym świecie Voice of America i Deutsche Welle. Ona – energiczna, znająca języki – relacjonuje wydarzenia z Polski i ze świata dla komercyjnych, głównie zagranicznych stacji. Od lat także jeździ do Donbasu i Ukrainy, na granicę polsko-białoruską, bywa w Nagornym Karabachu, w Senegalu, na Zachodnim Brzegu. Nie wiemy, w ilu podróżach biorą udział razem z Pablo od czasu, gdy są parą. Wiemy, że współpracują zawodowo.

„Uwierzyła mojej legendzie” – tak według  El Independiente miał powiedzieć  Pablo w jednej z rozmów, przechwyconej przez polskie służby.

Zaraz po przyjeździe do Polski González zaczyna się w Warszawie „legendować” towarzysko. Może dzięki temu rozpracować środowiska dziennikarzy i korespondentów, a także fotoreporterów i lewicujących aktywistów. Według jednego z naszych źródeł w służbach, w tym czasie usiłuje również budować relacje w biznesowym zapleczu prawicy. W 2019 r. występuje w panelu na Forum w Karpaczu. Temat? „Długi cień propagandy – wojna informacyjna z Ukrainą i Zachodem”. González przekonuje, że z Rosją trzeba prowadzić dialog, a sankcje są niepotrzebne.

(...)

Znają wszystkich i wszyscy ich znają. Przez warszawskie mieszkanie Natalii i Pablo przewijają się znajomi, w tym ze świata mediów. Językiem dyskusji często jest angielski. Wpadają korespondenci, przychodzą pogadać aktywiści. Opowiada jeden ze znajomych, który chce pozostać anonimowy: – Dzisiaj patrzę na to inaczej, ale czasem komuś  brakowało prądu w komórce czy w laptopie. Nie mówiąc o pracy na wyjeździe, tam zawsze dużo się działo, latały ładowarki, powerbanki. Teraz się zastanawiam, czy on mógł zasysać od nas jakieś dane, kogoś rozpracowywać. 

González chętnie jeździ na festiwale fotograficzne – w sieci znajdujemy jego zdjęcia z FotoCampu (2020 r.), z plakietką VIP, którą otrzymał jako „osoba towarzysząca” – Z perspektywy czasu nie dziwi mnie to, ponieważ na FotoCampie przewija się m.in. elita dziennikarzy i fotoreporterów – więc impreza może być wartościowa, jeśli chodzi o kontakty, informacje. Z tego co pamiętam, trzymał się raczej na uboczu – opowiada nam nieoficjalnie jeden z uczestników. Gonzaleza interesuje fotografia dokumentalna.

– Dzięki relacji z Natalią miał dostęp do różnych kontaktów, środowisk, chodził na piwo z korespondentami, budował relacje, wzbudzał zaufanie – pamięta inny z naszych rozmówców z kręgu Pablo i Natalii.

– Miły, nie do przepicia, poglądy lewicowe – charakteryzuje inny.

Znajomy Natalii i Pablo (jak wszyscy pozostali, chce pozostać anonimowy) wspomina: – Czasem nagrywał jakieś filmiki, wywiady, robił zdjęcia, mówił, że to dla hiszpańskich mediów. Nie wiem co z tego publikował, nie zwracaliśmy na to uwagi.

Pablo – przynajmniej ten z warszawskiej „legendy” GRU – to zagorzały fan Star Wars. Wielbiciel złowieszczego Imperium. To ciemna strona mocy, żartuje, walczyła o ład w Galaktyce.

Nikomu nie zapala się czerwona lampka choć to, co pisze González, gdy mieszka w Polsce, jest zastanawiające.

W 2019 r. pisze w Eulixe o rozczarowaniu Ukraińców Majdanem, o wyborach w Ukrainie (wspomina o możliwych oszustwach wyborczych), silnych podziałach i niepokojach w społeczeństwie. Analizuje wybory w Polsce i Hiszpanii, w 2020 r. publikuje tekst podważający historię II wojny światowej w sposób zgodny z narracją Kremla (utrzymującą, że Polska przyczyniła się do wojny prowadząc agresywną politykę wobec ZSRR). Artykuł kończy cytatem ze Stalina. Publikuje też analizę akcji otrucia Nawalnego – z hipotezą, że nie stali za tym Rosjanie (niedługo później Bellingcat ujawni skład komanda rosyjskich służb, które próbowało zabić Nawalnego nowiczokiem).

W jednym z wywiadów dla hiszpańskiego portalu bagatelizuje słynne śledztwo Fundacji Nawalnego o pałacu Putina, uznając je za „dziecinne i dla naiwnej publiczności”: „Nie mam wątpliwości, że prezydent Rosji ma wielu bogatych znajomych – ale czy ten pałac został opłacony z publicznych pieniędzy? Nie. Został kupiony przez prywatnych ludzi za ich własne pieniądze, które przypuszczalnie zarobili uczciwie, choć z przychylnością Kremla.”

W tym samym wywiadzie opowiada o nazistach w Ukrainie i o tym, że Polska nie chce silnej Ukrainy, bo marzy jej się „Polska od morza do morza”.

González jest skuteczny, udaje mu się opublikować tekst w prestiżowym polskim piśmie. W październiku 2020 r. wypuszcza w eulixe.com tekst o uchodźcach z Syrii w Górnym Karabachu, w tym samym czasie tekst na ten sam temat ukazuje się w „Tygodniku Powszechnym”. 

Sytuacja w Górnym Karabachu się wówczas zaostrza, na granicy z Armenią jest rosyjskie wojsko. Opowiada jeden z korespondentów, który spotkał Gonzáleza-Rubcowa w Stepanakercie: – Był miły, ale zachowywał się z dystansem. Przyjechał wcześniej, pokazał nam lokalną knajpę, bo trudno było dostać jedzenie. Pracował w Stepanakercie przez trzy dni, a później, co mnie bardzo zaskoczyło, nagle pojechał na spotkanie z premierem Armenii. To o tyle dziwne, że  sytuacja była gorąca i trudno było z kimkolwiek umówić się na wywiad.

Jesienią 2021 r. González dalej relacjonuje m.in. wojnę w Karabachu i protesty w Kazachstanie. Jeździ też pod granicę polsko-białoruską, relacjonuje kryzys uchodźczy i protesty kobiet, pojawia się na forum w Karpaczu (ponownie), wrzuca zdjęcie spod siedziby Radia Maryja i przeprowadza wywiad z ludźmi z Ordo Iuris. 

Na przełomie 2021 i 2022 r. wokół Gonzáleza-Rubcowa robi się gęsto. O jego działalności wiedzą już hiszpańskie służby, wie brytyjskie MI6 i polskie ABW. Sieć zaciska się, gdy na początku lutego 2022 r., krótko przed wojną, González w okolicach Donbasu zostaje zatrzymany przez ukraińskie SBU podczas nagrywania rzekomego wejścia na żywo w telewizji – kamera jest ustawiona w ten sposób, że w kadrze znajdują się wojskowy sprzęt i ukraińscy żołnierze. González o zatrzymaniu przez SBU napisze na swoim profilu na Twitterze

SBU zabiera mu paszport i telefon, każe jechać z linii frontu na przesłuchanie do Kijowa. Tam González-Rubcow dostaje wilczy bilet, ma natychmiast opuścić kraj i nie wracać na Ukrainę.

Wiemy, że na wiele miesięcy przed wybuchem wojny Natalia K. sama nabiera wątpliwości, czy jej partner nie współpracuje z rosyjskimi służbami (nie możemy ujawnić źródła tej informacji). Nie wiemy, co robi ze swoimi wątpliwościami. Gdy kilka dni temu chcemy ją o to dopytać, w odpowiedzi grozi, że jeśli ujawnimy jej nazwisko – zasypie nas kosztownymi pozwami (twierdzi, że reprezentuje ją wpływowy warszawski prawnik).

Od czasu zatrzymania pary w nocy z 27 na 28 lutego 2022 r. Natalia K. ma zarzut pomocnictwa w szpiegostwie, sprawa nie trafiła jednak do sądu. Czy powrót Pablo Gonzáleza-Rubcowa do Moskwy coś zmieni? Od rzecznika Prokuratury Krajowej dostajemy krótką odpowiedź: „Ma w tej sprawie zarzuty pomocnictwa do przestępstwa z art. 130 par. 1 kk. Postępowanie w tym zakresie jest normalnie kontynuowane.” (Na pytanie, co stanie się formalnie ze śledztwem w sprawie Gonzaleza po jego wymianie – prokuratura odmawia odpowiedzi). 

(...)

Poza grupą znajomych pary, którzy są przekonani, że Natalia padła ofiarą nieszczęśliwej miłości, o śledztwie nikt nie słyszy. Po aresztowaniu Gonzáleza w nieformalnych rozmowach Natalia długo broni partnera, bagatelizuje ustalenia prokuratury, załatwia mężczyźnie książki do aresztu. 

Według hiszpańskiego El Independiente Natalia K. po zatrzymaniu nie wie, że Pablo nie ma rozwodu, że była żona z trójką dzieci jest nadal  oficjalną i aktualną żoną. Początkowo kobieta ma organizować nawet pieniądze na prawników dla Gonzáleza. Jej znajomi w nieoficjalnych rozmowach z FRONTSTORY.PL twierdzą , że dopiero w ostatnich miesiącach zaczyna odcinać się od szpiega GRU.

Jeszcze zimą 2022 r. Natalia K. wraca na pierwszą linię newsów. O swoich zarzutach nigdy publicznie nie wspomina – choć zabiera głos w ważnych debatach. Bywa w Sejmie, relacjonuje sytuację na granicy, uczestniczy w konferencji NATO, opowiada o sytuacji w Polsce dla czołowych zagranicznych mediów. 

Nic nie wskazuje na to że redakcje, dla których pracuje, wiedzą o tym, że ma zarzut w głośnej, szpiegowskiej aferze.

Po aresztowaniu polscy znajomi Gonzáleza długo mają wątpliwości co do jego winy  – zwłaszcza aktywiści, którzy na własnej skórze doświadczyli działań ziobrowej prokuratury. González trafia za kraty w momencie, gdy niezależni dziennikarze w Polsce są atakowani przez rząd, służby i propagandowe media. 

Wątpliwości podsyca fakt, że śledztwo się przedłuża, sprawa po dwóch latach wciąż nie trafia do sądu. Do części aktywistów, do zachodnich organizacji dziennikarskich trafia narracja o niesłusznie uwięzionym „hiszpańskim reporterze”.

Wkrótce po aresztowaniu w sieci rusza kampania #FreePablo: powstaje strona internetowa i konta w mediach społecznościowych, na których pojawiają się doniesienia o rzekomo bezpodstawnym aresztowaniu Gonzáleza. To operacja dezinformacyjna: ma „wyczyścić” wizerunek oficera GRU na Zachodzie, wśród dziennikarzy i intelektualistów (intelektualiści rzeczywiście podpiszą list w jego obronie), wprowadzić zamieszanie i niepewność.

Kampania jest skuteczna. Hiszpańskie media relacjonują sprawę, organizacje broniące praw dziennikarzy, z Reporterami bez Granic (RSF) na czele wydają gromkie oświadczenia. Kataloński parlament kontrolowany przez secesjonistów domaga się uwolnienia Gonzáleza, o Gonzáleza regularnie upominają się politycy hiszpańskiej skrajnej lewicy.

(...)

W kampanię w Hiszpanii zaangażowana jest oficjalna, hiszpańska partnerka Gonzáleza i matka trójki jego dzieci, Oihana Goiriena. Po zatrzymaniu Goiriena regularnie udziela wywiadów w mediach. Jak opisuje El Independiente, Goiriena co miesiąc otrzymuje przelewy z Moskwy od ojca Rubcowa. 

Ale realnym spiritus movens kampanii jest wpływowy prawnik Gonzáleza, Gonzalo Boye. Często pojawia się w sprawach z rosyjskimi wątkami w tle – jest adwokatem byłego premiera Carlosa Puigdemonta, który szukał wojskowego i finansowego wsparcia Rosji dla secesji Katalonii. 

Dziennikarskie śledztwo OCCRP ujawniło, że w przeddzień głosowania w sprawie niepodległości Katalonii w 2017 r. Puigdemont spotkał się w Barcelonie z Nikolau Sadovnikovem, który miał mu w imieniu Rosji zaoferować pomoc gospodarczą i wojskową dla niepodległej Katalonii w zamian m.in. za przepisy, które sprzyjałyby wykorzystaniu kryptowalut.

W Hiszpanii toczy się śledztwo w sprawie powiązań katalońskich separatystów z Kremlem – jest nim objęty zarówno Puidgemont, jak i prawnik Gonzalo Boye, który odwiedzał Gonzáleza w radomskim areszcie.

Po wymianie Gonzáleza Boye cieszył się w Russia Today, że doszło do „humanitarnej wymiany dziennikarzy”. Puidgemont pojawił się ostatnio w buzującej Katalonii na jeden dzień i zniknął – szuka go hiszpańska policja.

frontstory.pl

poniedziałek, 12 sierpnia 2024



Nic nie wskazuje na to (nawet przekaz propagandy), by obywatele zajętych przez Ukraińców terenów w jakikolwiek sposób podejmowali samodzielną walkę z siłami ukraińskimi i by w tym celu oddolnie się organizowali. Według rozproszonych informacji (głównie z sieci społecznościowych i mediów opozycyjnych) większość mieszkańców zdecydowała się na ewakuację, którą samodzielnie zorganizowali; towarzyszyły temu chaos i panika. Mniejsza część skorzystała z pomocy udzielanej przez władze lokalne, które nie przygotowały się odpowiednio do ewakuacji. W sieciach społecznościowych mieszkańcy skarżą się, że ich bliscy pozostali na zagrożonych terenach, ponieważ nikt nie zaoferował im pomocy. Pojawiły się również doniesienia o przypadkach maruderstwa i szabrowania porzuconych domostw przez nieokreślone „cygańskie bandy”.

(...)

Częsta postawa wśród ludności to publiczne obwinianie władz lokalnych o brak pomocy i apelowanie do Putina o zapewnienie bezpieczeństwa (m.in. przysłanie wojsk, odparcie ataku, udzielenie pomocy materialnej). Zgodnie ze świadomością i z doświadczeniem Rosjan apel do szefa państwa (w paradygmacie dobry car – źli bojarzy) jest jedyną skuteczną metodą zabiegania o rozwiązanie problemu, gdy systemowe drogi nie funkcjonują. Nie brakuje również społecznych głosów rozczarowania, że władze i media państwowe kłamią/dezinformują, twierdząc, że w zaatakowanych regionach wszystko wraca do normy i jest spokojnie. Na razie brakuje jednak refleksji na temat realnych przyczyn wtargnięcia Ukraińców, co przełożyłoby się doraźnie na bardziej krytyczną ocenę rozpętanej wojny i działań reżimu z Putinem na czele.

Atak na przygraniczny region z jednej strony wzmacnia antyukraińskie i antyzachodnie nastroje w społeczeństwie, za pomocą których Kreml mobilizuje obywateli do udziału w wojnie. Władze mogą je wykorzystać jako pretekst do kolejnej formalnej mobilizacji, której dotąd unikały. Z drugiej strony wtargnięcie Ukraińców w głąb Rosji jednoznacznie demonstruje słabość państwa, które nie potrafi zabezpieczyć granic, skalę zakłamania propagandy oraz obojętność wobec losów własnych obywateli. Może się to przekładać na stopniową erozję poparcia dla władz, skutkującą raczej chaosem i degradacją relacji społecznych, lecz nie zorganizowanym sprzeciwem wobec reżimu.

(...)

W odpowiedzi na amerykańskie deklaracje 7 sierpnia ambasador FR w Waszyngtonie Anatolij Antonow ocenił te wypowiedzi jako „naprawdę oburzające” i określił działania ukraińskie jako „akcję terrorystyczną”, w trakcie której amerykańska broń stała się „narzędziem mordowania zwykłych Rosjan”. Dodał też, że rosyjskie granice są „święte”, a USA powinny przerwać dostawy broni dla Kijowa i „powściągnąć neonazistów” z Sił Zbrojnych Ukrainy.

Również rzeczniczka MSZ FR Maria Zacharowa w komentarzu z 7 sierpnia uznała ukraińskie działania za „zmasowany atak terrorystyczny” mający „barbarzyński” charakter oraz oskarżyła siły ukraińskie o popełnienie „krwawych przestępstw” przeciwko ludności cywilnej. Ponadto zarzuciła Zachodowi „cyniczne milczenie” wobec rzekomych ukraińskich przestępstw, co jakoby „wzmacnia poczucie bezkarności ukraińskich neonazistów”, i wezwała społeczność międzynarodową do „zdecydowanego potępienia przestępczych działań kijowskiego reżimu”.

Reakcja rosyjskiej dyplomacji wskazuje, że ukraińską akcję zbrojną odebrano jako poważny cios w wizerunek FR, który wymagał natychmiastowej reakcji. Warto odnotować, że nie tylko nie spowodowała ona poważnych rosyjskich działań odwetowych wobec Ukrainy czy Zachodu, ale nawet nie wywołała rosyjskich pogróżek, w tym odwołujących się do gróźb eskalacji nuklearnej. Wyjątkiem były tu posty zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa FR Dmitrija Miedwiediewa, który wezwał do poszerzenia celów terytorialnych rosyjskiej agresji (m.in. na Kijów i Odessę), a w reakcji na udział niemieckich czołgów w ukraińskiej operacji zadeklarował, że „Rosja zrobi wszystko, aby dostarczyć nowe rosyjskie czołgi na [berliński] plac Republiki”.

Pokazuje to propagandowy charakter rzekomych rosyjskich „czerwonych linii”. Strategia FR polega na dyskredytacji ukraińskich działań poprzez przedstawianie ich jako skierowanych wyłącznie przeciwko ludności cywilnej. Ponadto rosyjska dyplomacja próbuje wykorzystać znaną obawę administracji Bidena przed eskalacją wojny, aby skłonić ją do restrykcyjnej interpretacji ogłoszonych przez nią „czerwonych linii” dotyczących użycia amerykańskiej broni.

osw.waw.pl


Zwracam uwagę, że Bortnikow był zaangażowany w negocjacje i udzielił gwarancji założycielowi PKW Wagnera, Jewgienijowi Prigożynowi, podczas buntu latem ubiegłego roku. Przemieszczenie się najemników z 1. Ochotniczego Korpusu szturmowego w rejon Kurska może świadczyć, że szef FSB na ich sile chce zawiązać rosyjską obronę tego kierunku, a nie jednostkach podległych pod Ministerstwo Obrony.

Dotychczas to kombinowane zgrupowanie WDW i rosyjska piechota morska nie ustępuje pola walecznym Ukraińcom. 

Zmiana dowodzenia na FSB nie wróży dobrze koordynacji działań wojska i rosyjskich jednostek wojsk ochrony pogranicza. Może jest to tylko nominacja formalna, a i tak wojsko będzie dowodziło? Raczej jestem septyczny. Bortnikow nie dałby się w to wmanewrować.

Rosyjskie posiłki wchodzą transzami i w ten sam sposób są utylizowane przez Operacyjną Grupę Manewrową SZU. Dotychczas nie udaje się Rosjanom skutecznie zatrzymać tej ukraińskiej taktyki. 

Widać wyraźnie że SZU dążą do bojów spotkaniowych z pochodzącymi siłami rosyjskim lub wolą je atakować gdy są w kolumnie zanim rozwiną swoje ugrupowanie bojowe lub przygotują pozycje obronne, a gdy są silnie umocnione - Ukraińcy omijają je pozostawiając do oczyszczania "rangersom", artylerii i dronom.

To bardzo frustruje dowódców rosyjskich, gdyż nie mogą sformatować odpowiedniej obrony do tej taktyki. Poszczególnie elementy rosyjskie biją się samotnie lub starają się samodzielnie trzymać obronę, a przez to nie koordynują działań z sąsiadami. 

Nadal wśród Rosjan występują problemy z łącznością i logistyką. W praktyce nie istnie rosyjska ewakuacja techniczna.  

Rosjanie przerzucili 50% wysiłku lotniczego z innych kierunków (poza pokorowskim) na wsparcie obrony kierunku kurskiego. 

x.com/Maciej_Korowaj


Na Białorusi pokazano wraki dronów, które rzekomo zostały zestrzelone przez białoruskie siły obrony powietrznej. Twierdzą, że drony te zostały wystrzelone z Ukrainy. Według ukraińskiego eksperta Iwana Stupaka najprawdopodobniej to jest ustawka. - To tylko płonący dron leżący na suchej trawie. Wygląda na to, że został przywieziony i rozrzucony na miejscu. Wydaje mi się, że Białorusini nawet nie wiedzą, jak zestrzelić drona. Nie mają doświadczenia. Powiesili wrak na drzewach, jednak po upadku drony eksplodują na ziemi. Wygląda na to, że wszystko było ustawione - mówi ekspert z Kijowa. 

Ekspert jest przekonany, że oświadczenia Łukaszenki o wzmocnieniu białoruskich jednostek na granicy z Ukrainą są próbą odwrócenia uwagi ukraińskiego dowództwa wojskowego od walk w obwodzie kurskim.

Oczekiwano, że ukraińskie dowództwo wojskowe przestraszy się tego ruchu i wycofa swoje siły z obwodu kurskiego z powrotem do obwodów czernihowskiego i kijowskiego. Dziś rano nasza straż graniczna poinformowała, że to był blef. Białoruskich czołgów nie ma na granicy. Łukaszenko pokazał ruch czołgów na nagraniu, ale w rzeczywistości straż graniczna ich tam nie widzi.

ukrayina.pl

niedziela, 11 sierpnia 2024



Jewhen Prykhodko: Jak blisko jesteśmy dziś negocjacji między Ukrainą a Rosją?

Daniel Szeligowski, /PISM - red./: Jesteśmy dosłownie na progu ewentualnych negocjacji. Ale chcę od razu wyjaśnić – mam na myśli negocjacje jako wyjaśnienie stanowisk stron, a nie jako prawdziwe negocjacje pokojowe. Obie strony chcą teraz pokazać Republikanom w USA, że są otwarte na rozmowy. Nie oznacza to jednak, że negocjacje zakończą się sukcesem. Przygotowanie to jedno, ale osiągnięcie porozumień ukraińsko-rosyjskich to zupełnie co innego.

EP: Kiedy takie spotkanie mogłoby się odbyć?

DS: Okno na to otworzy się późną jesienią 2024 roku – w przededniu lub już po wyborach prezydenckich w USA. Nie będzie to tete-a-tete, ale coś w rodzaju szczytu szwajcarskiego lub negocjacji w sprawie umowy zbożowej. Właśnie do tego dąży prezydent Wołodymyr Zełenski i jego otoczenie.

EP: A Putin?

DSH: Nie jest zbyt entuzjastycznie nastawiony do perspektywy negocjacji. Uważam, że Putin blefuje, gdy mówi, że chce rozmawiać. Jednak nawet przy takim blefie może dojść do spotkań, bo Rosja na tym skorzysta. Federacji Rosyjskiej nie podoba się format negocjacji w dużym kręgu. Im mniej krajów, tym lepiej i najlepiej – bez udziału Ukrainy. Np. negocjacje rosyjsko-amerykańskie za plecami Ukrainy.

EP: Kto jest najbardziej zainteresowany negocjacjami?

DS: Po obu stronach rośnie chęć, przede wszystkim na przerwę. Zarówno Ukraina, jak i Rosja ponoszą straty. Po stronie ukraińskiej straty te są bardziej dotkliwe. Federacja Rosyjska, mimo sukcesów operacyjnych na Donbasie, ma problemy z techniką, korzysta z coraz starszego sprzętu – ona też potrzebuje przerwy. Na froncie pojawia się broń z Korei Północnej – kolejny sygnał, że rosyjska machina wojskowa zawodzi. Chcę jednak podkreślić: potrzeba przerwy nie oznacza gotowości do poważnych negocjacji. Przede wszystkim jest to konieczność czasowego zatrzymania pożaru.

EP: Już tej jesieni?

DS: Uważam, że taka możliwość istnieje, a przerwa jest coraz bardziej potrzebna stronie ukraińskiej, ponieważ zbliża się zima, system energetyczny może nie wytrzymać nowego rosyjskiego ostrzału. Z drugiej strony, jeśli Rosja wierzy, że może dojść do porozumienia z potencjalną przyszłą administracją Trumpa, to Rosjanie również powinni wykazać taką wolę.

(...)

EP: Które kraje zachodnie wywierają największą presję na Ukrainę,  aby zmusić ją do negocjacji?

DS: Głównym zamysłem zbrojenia Ukrainy przez koalicję międzynarodową było od samego początku wzmocnienie pozycji negocjacyjnej Kijowa. Znane stwierdzenie „popieramy na tyle, na ile to konieczne” należy przetłumaczyć jako „popieramy na tyle, aż Ukraina wypracuje swoje stanowisko negocjacyjne”. Tak naprawdę niewiele jest krajów zachodnich, które naprawdę chcą zwycięstwa Ukrainy, czyli powrotu do granic z 1991 roku.

Większość krajów zachodnich się z tym nie zgadza. Sama myśl o wkraczaniu ukraińskich żołnierzy na Krym przeraża ich. Wywołuje to ich oburzenie i mówią o możliwym ataku nuklearnym Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Wtedy jakakolwiek poważna dyskusja z zachodnimi kolegami traci sens. Od początku wierzyli, że wszystko zakończy się negocjacjami.

EP: Jakie to kraje? USA, Niemcy, Francja?...

DS: Kwestia granic z 1991 r. nie jest już poważnie rozważana, ponieważ Ukraina nie ma potencjału, aby do nich wrócić – ani jutro, ani pojutrze. A zachodnia broń nie naprawi sytuacji. W Siłach Zbrojnych jest za mało ludzi i tego problemu nie da się rozwiązać w krótkim terminie. Na dłuższą metę tak. Rozpoczyna się więc pewien okres przejściowy w wojnie. I teraz pytanie: jaki powinien być ten okres przejściowy? Czy wojna będzie kontynuowana, tylko na mniejszą skalę? Czy to tylko rozwiązanie tymczasowe? Najlepiej, aby Ukraina sama decydowała o perspektywie okresu przejściowego, a nie zachodni sojusznicy. (...) trzeba już dziś przygotować się na nową fazę tej wojny w przyszłości.

EP: Czy osobiście wierzy Pan w pokój z Rosją?

DS: Nie! Ponieważ problem jest głębszy, nie ogranicza się wyłącznie do Putina. Problem leży w samym społeczeństwie rosyjskim i jego podejściu do Ukrainy. Rosjanie nie uznają ukraińskiej państwowości. Chęć podporządkowania sobie Ukrainy jest nieodłączną cechą nie tylko Putina, ale całej rosyjskiej elity i dużej części rosyjskiego społeczeństwa. Działania wojenne prędzej czy później ustaną, ale nie wierzę w pokój. Rosyjskie myślenie o Ukrainie nie ulegnie zmianie. Jedyną rzeczą, która może to zmienić, jest miażdżąca porażka militarna Rosji. Ale nie stanie się to dzisiaj, nie jutro i nie pojutrze. Przyczyna konfliktu nie została usunięta.

EP: Czy przeniesienie wojny na terytorium Federacji Rosyjskiej spowodowałoby zmianę myślenia Rosjan o Ukrainie?

DS: Tylko częściowo. Przeniesienie działań wojennych na terytorium Rosji zmieniłoby stosunek narodu rosyjskiego do samej wojny  , ale nie do Ukrainy. Część Rosjan opowiadałaby się za zakończeniem wojny, ale ich świadomość pozostała niezmieniona – nadal nie godzą się z faktem, że Ukraina jest suwerennym państwem.

EP: To, co  obecnie obserwujemy w obwodzie kurskim, to próba odwrócenia uwagi Rosjan od Donbasu lub wzmocnienia ukraińskiego stanowiska do ewentualnych negocjacji z Rosjanami?

DS: Myślę, że wszystko, co dzieje się na froncie latem i co będzie się działo na początku jesieni, jest próbą wzmocnienia pozycji negocjacyjnych obu stron. Rosjanie to robią w Donbasie. Ukraińcy są teraz w obwodzie kurskim. Te dwa argumenty (dotyczące negocjacji i wojskowego planu /Ukrainy wymuszenia - red./ wycofania sił rosyjskich z obwodu donieckiego nie wykluczają się. Mniej skłaniam się jednak ku drugiemu, militarnemu /powodowi/, gdyż Rosjanie mają wystarczające siły, aby stawić czoła ukraińskiej ofensywie i nie przerzucać wojsk z Donbasu. Po drugie, Ukraińcy podejmują duże ryzyko, mając jednocześnie niestabilną sytuację na froncie wschodnim, więc /najwyraźniej/ według ich obliczeń ryzyko to jest uzasadnione.

EP: Czy Zachód ma dzisiaj jakieś metody oddziaływania, aby zmusić Rosjan do zasiadania przy stole negocjacyjnym?

DS: Rosjanie nie będą prowadzić poważnych negocjacji, dopóki nie zostaną do tego zmuszeni. Nie ma sensu, aby zasiadali przy stole negocjacyjnym, dopóki ich sytuacja na froncie nie będzie zbyt trudna. Istnieją dwa główne scenariusze, w których Rosjanie pójdą do negocjacji: miażdżące porażki Federacji Rosyjskiej na froncie lub ogromne prawdopodobieństwo, że Zachód i Ukraina będą gotowe na znaczne ustępstwa. Inna opcja: jeśli Rosjanie będą mogli zyskać przewagę polityczną od USA lub Chin, udając zainteresowanie negocjacjami. Przykładowo, gdyby Donald Trump dał do zrozumienia Rosjanom, że od ich pojawienia się na szczycie będzie zależał przyszły rozwój stosunków amerykańsko-rosyjskich, delegacja rosyjska by przyjechała. Politycznie nic by ich to nie kosztowało. /Np./ Spotkania na Białorusi w 2022 roku. Rozmowy zawsze inicjuje ktoś, kto jest w gorszej sytuacji niż ten, kto jest do nich zaproszony. Ukraina rozpoczyna dziś negocjacje.

EP: Wspomniał Pan o negocjacjach w 2022 r. Rosjanie zaproponowali wówczas Ukrainie nie pokój, lecz kapitulację. Czy nowe negocjacje nie będą takie same?

DSH: Na razie  wygląda na to, że tak właśnie będzie. Ale w porównaniu do marca 2022 r. Federacja Rosyjska nawet podniosła stawkę. Obecnie Rosjanie są jeszcze bardziej wymagający. Przedtem chcieli kapitulacji, teraz do tego dodano chęć zalegalizowania zdobyczy terytorialnych, czyli rozczłonkowania Ukrainy i usunięcia ukraińskiego rządu. Według Rosjan to, co oferowali w 2022 roku, to promocja, a to, co jest teraz, to cena regularna. Jedynym sposobem, aby wpłynąć na kalkulacje Federacji Rosyjskiej, jest jej porażka militarna. Nie ma innych opcji.

EP: Gdyby sprawa trafiła do negocjacji, czy istnieje coś, co stanowiłoby skuteczną gwarancję przed nowym atakiem Rosji?

DS: Każdy kraj ma swoje własne obliczenia. Polska nie raz podkreślała, że ​​tylko od Ukrainy powinno zależeć, na jakich warunkach chciałaby negocjować z Rosją i czy w ogóle tego chce. Na razie warunki te nie zostały jasno określone, poza bardzo wyraźną czerwoną linią (którą przecież często powtarza prezydent Zełenski) – żadnych ustępstw terytorialnych. Oznacza to, że Ukraina jest gotowa na jakiś kompromis, ale nie terytorialny.

Ale nie powinieneś też wpadać w pułapkę myślenia tunelowego: mówią, że kompromis jest zawsze lepszy niż brak kompromisu. Nie zgadzam się z tym. Zły kompromis może być gorszy niż jego brak. Jeżeli przyjąć, że Ukraina w najbliższej przyszłości nie odzyska terytorium z 1991 r., to w tzw. okresie przejściowym strony mogą osiągnąć pewne porozumienie. Jednak, jak pokazuje historia, porozumienia z Rosją zazwyczaj nie są dla Ukrainy korzystne. Na przykład porozumienia mińskie – związały ręce Ukrainie, ale nie związały rąk Rosji. Prowadzi to do naturalnego wniosku: dla Ukrainy najkorzystniej będzie, jeśli w okresie przejściowym strony nie podpiszą żadnych warunków. Przecież praktycznie nie ma narzędzi, aby zmusić Rosję do przestrzegania jakiegokolwiek porozumienia. Oznacza to, że faktyczne zamrożenie obecnej sytuacji jest dla Ukrainy dobrą opcją. Gorszym scenariuszem jest jednak formalne zamrożenie na mocy jakiegoś ukraińsko-rosyjskiego lub wielostronnego porozumienia. Najgorzej natomiast jest, gdy Ukrainie narzuca się porozumienie rosyjsko-ukraińskie, bo oznaczałoby to, że Ukraina jest tak słaba, że ​​nie jest w stanie się jemu oprzeć.

EP: Jak długo może trwać zamrożenie?

DS: Czasami najbardziej improwizowane rozwiązania okazują się najtrwalsze. Kluczem nie jest to, czy dojdzie do porozumienia, czy nie, czy nastąpi zawieszenie broni, czy nie. Najważniejsze dla Zachodu jest udzielenie Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Najgorsze jest to, że obecnie kraje zachodnie w ogóle nie dyskutują na ten temat.

EP: Dlaczego?

DS: Bo nikt nie chce ich dać. Koło się zamyka: Zachód twierdzi, że dopóki wojna będzie trwała, nie da żadnych gwarancji bezpieczeństwa, ale wojna będzie trwała, dopóki nie będzie gwarancji bezpieczeństwa. Zachodni przywódcy i większość moich zachodnich kolegów-analityków w ogóle nie rozumieją tej sytuacji. Ich zdaniem nie można mówić o gwarancjach bezpieczeństwa, dopóki nie będzie wiadomo, o jakich terytoriach ukraińskich mówimy. Uważam, że wręcz przeciwnie, musimy najpierw ustalić, jakie gwarancje bezpieczeństwa możemy udzielić Kijowowi, wtedy znając odpowiedź, władzom ukraińskim będzie znacznie łatwiej negocjować z Rosjanami, bo będą wiedziały, jakiego wsparcia mogą udzielić liczyć na zachodnich sojuszników.

W tej dyskusji pojawia się inny argument: mówią, że Rosjanie nie chcą zakończyć wojny, bo boją się, że wtedy Ukraina zostanie przyjęta do NATO. Argument ten należy interpretować odwrotnie: aby zmienić rosyjskie kalkulacje, konieczne jest przyjęcie Ukrainy do NATO już teraz, w przeciwnym razie Rosjanie nigdy nie zakończą tej wojny. Musimy zdecydować o gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy niezależnie od tego, co myślą o tym Rosjanie.

EP: Głównymi przeciwnikami przyjęcia Ukrainy do NATO są USA i Niemcy. Boją się (lub przeszkadza im) rosyjskocentryczne myślenie: co Rosjanie pomyślą i jak zareagują?

DS: Stanowisko amerykańsko-niemieckie (np. nie możemy przyjąć Ukrainy do NATO, bo wojna trwa i doprowadzi do eskalacji) jest tylko pretekstem. Korzeń to coś innego. Zachód nie chce przekraczać dwóch czerwonych linii. A to jest dalekie od dostaw broni na Ukrainę. Czerwone linie to gwarancje bezpieczeństwa i rosyjskie pieniądze. Teraz nie ma mowy o przystąpieniu Ukrainy do NATO, nie ma też mowy o konfiskacie rosyjskiego majątku. Zachód nie chce na to iść. Próbuje nawet ominąć te pytania. Przykładowo, zamiast przystąpić do NATO, istnieją dwustronne umowy (między Ukrainą a poszczególnymi państwami) o współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Nie dają jednak gwarancji bezpieczeństwa, choć tak to przedstawia ekipa Zełenskiego. Jeśli chodzi o zamrożone rosyjskie pieniądze, nie ma zgody na ich konfiskatę, zamiast tego podejmowane są próby zarabiania na nich odsetek.

EP: Dlaczego Zachód nie chce przekroczyć tych czerwonych linii?

DS: Wiele krajów  popierających Ukrainę od początku wierzyło, że wszystko zakończy się negocjacjami i kompromisem. Co? Teraz nie ma to dla nich znaczenia. Do kompromisu potrzebny jest piernikowy ludzik i bicz. Oznacza to, że zarówno gwarancje bezpieczeństwa, jak i rosyjskie aktywa to piernik w negocjacjach z Rosją. Dlatego Waszyngton i Berlin uważają, że jeśli Ukraina przystąpi do NATO, stracą jeden z pierników. Moim zdaniem wykluczenie możliwości członkostwa Ukrainy w NATO jest dla USA i Niemiec jednym z głównych elementów potencjalnego kompromisu z Rosją.

EP: Czy Waszyngton rozumie cenę takich kompromisów – bez mocnych gwarancji bezpieczeństwa Rosjanie zaatakują ponownie, ale z jeszcze większą siłą. Mogą pojechać dalej – do krajów bałtyckich, Polski.

DS: Duża część waszyngtońskiego establishmentu to rozumie, ale ma inne obliczenia. To, co dla nas jest świetną ceną, nie oznacza, że ​​dla nich jest to świetna cena. Dla nas wojna z Rosją jest kwestią egzystencjalną, ale dla Stanów Zjednoczonych jest to (w najlepszym przypadku) konflikt peryferyjny, w którym Stany Zjednoczone wspierają jedną ze stron, choć minimalnie. Pomoc USA dla Ukrainy stanowi niewielki procent amerykańskiego budżetu obronnego. Waszyngton koncentruje się na Chinach, a Rosja jest dla niego sprawą drugorzędną. Stosunki rosyjsko-amerykańskie nie ograniczają się do kwestii Ukrainy, są znacznie szersze. Federacja Rosyjska jest partnerem USA w sprawach kontroli zbrojeń, walki z terroryzmem i współpracy w dziedzinie technologii kosmicznych. USA oczywiście rozumieją cenę tej sprawy dla Ukrainy, ale liczą się też z własnymi korzyściami. Ich zdaniem armia rosyjska jest w takim stanie, że Europie nic nie zagraża. Z drugiej strony w amerykańskich elitach jest coraz więcej osób, które dobrze rozumieją, czym jest Rosja i jakie niesie ze sobą zagrożenie, ale są rozczarowane Europą. Myślą tak: jeśli kraje europejskie nie traktują poważnie rosyjskiego zagrożenia, dlaczego Amerykanie mieliby to zrobić?

EP: Kongres amerykański przez wiele miesięcy nie mógł głosować za pakietem pomocowym dla Ukrainy, potem na arenie międzynarodowej coraz głośniej zaczął brzmieć głos Emmanuela Macrona – nie wykluczył on możliwości wysłania jednostek francuskich na Ukrainę i bezpośrednio stwierdził, że Niemcy i USA są przeciwko Ukrainie w NATO. Dlaczego francuski prezydent jest teraz praktycznie niewidoczny?

DS: Teraz zajmuje się swoimi problemami, a nie Ukrainą. Jego pozycja polityczna we Francji została zachwiana – najpierw jego partia poniosła porażkę w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem rozwiązał parlament krajowy.

EP: Czyli nie jest prawdą, że podczas szczytu NATO w Waszyngtonie prezydent Biden dał Macronowi wyraźny sygnał, że nie powinien pozwalać sobie na takie wypowiedzi?

DS: Nie przeceniajmy roli państw. Biden nie może zadzwonić do innego prezydenta i powiedzieć mu, co ma robić. Nawet Zełenski nie słucha Bidena, a co dopiero Macron. Zmiana retoryki Macrona nie wynika z tego, że nagle zrozumiał, czym tak naprawdę jest Rosja. Ambicja odegrała tu rolę. Grupa Wagnera wypychająca Francuzów z Afryki zirytowała Macrona. W przypadku polityków, szczególnie tych z tak dużym ego, jest to katastrofa. Macron potraktował tę sytuację bardzo osobiście, dlatego działalność na wschodniej flance NATO na rzecz Ukrainy jest dla Francuzów okazją do zemsty na Putinie. Są przekonani, że jeśli będą naciskać na Rosjan w kontekście Ukrainy, zmusi ich to do wycofania części wojsk z Afryki. Taka jest kalkulacja Francuzów.

(...)

EP: Jedyną skuteczną gwarancją bezpieczeństwa dla Ukrainy jest członkostwo w NATO, ale z /pana/ odpowiedzi jasno wynika, że ​​jest to niemożliwe. Czy nie ma innych opcji?

DS: Oczywiście, że tak. Ale każdy, kto publicznie twierdzi, że NATO nie jest jedyną gwarancją bezpieczeństwa Ukrainy, jest potępiany w dyskusjach publicznych, ponieważ stoi w sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Ukrainy. Jedną z opcji jest scenariusz koreański, dwustronne gwarancje. Tylko że jest to źle rozumiane, bo ten scenariusz jest zwykle postrzegany w kontekście terytorialnym, a nie w kontekście gwarancji. (...) Scenariusz koreański zakłada obecność wojsk amerykańskich na terytorium Ukrainy. Wielu amerykańskich żołnierzy stanowi poważną gwarancję bezpieczeństwa dla Ukrainy.

EP: Ale czy Amerykanie się na to zgodzą?

DS: Amerykanie nie płoną pożądaniem, ale pan pyta, czy istnieje alternatywa dla członkostwa w NATO. Odpowiadam więc – jest. Być może obecność wojsk amerykańskich jest nawet lepszą gwarancją bezpieczeństwa niż członkostwo w NATO. Ponieważ przystąpienie Ukrainy do Sojuszu nie oznacza jeszcze, że wojsko amerykańskie znajdzie się na terytorium Ukrainy lub pojawi się tam w przypadku nowej agresji. W kontekście scenariusza koreańskiego mogą to być nie tylko wojska amerykańskie, ale także siły innych państw, pod warunkiem, że wyłoni się odpowiednia koalicja, która się na to zgodzi.

EP: Czy Polska by w tym brała udział?

DS: W marcu 2022 r., kiedy trwały negocjacje rosyjsko-ukraińskie, Polska znalazła się w gronie krajów, które były gotowe udzielić Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa.

EP: I wysłać wojska na Ukrainę?

DS: Traktat rosyjsko-ukraiński nie opisywał dokładnie, w jaki sposób. Ale kiedy mówimy o gwarancjach bezpieczeństwa, oczywiste jest, że mówimy o zaangażowaniu sił zbrojnych. W projekcie rosyjsko-ukraińskiego porozumienia na rok 2022 obok Polski gwarantami bezpieczeństwa były Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja, Turcja i kilka innych krajów. Co jakiś czas zmieniała się ich liczba. Obecnie Polska pod pewnymi warunkami byłaby gotowa udzielić Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa, ale kluczowe jest to, czy USA zapewnią gwarancje bezpieczeństwa. Jeśli nie, to ta konstrukcja w ogóle nie będzie miała sensu. Jeśli wśród gwarantów nie będzie Amerykanów, Rosjanie nie potraktują tego poważnie.

EP: Czy możemy przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja w przypadku wygranej Donalda Trumpa?

DSH: Teraz wiemy już,  co mniej więcej planują Trump i jego zespół. Za pomocą bicza i piernikowego ludzika chcą doprowadzić Ukrainę i Rosję do stołu negocjacyjnego. Zełenski to rozumie, dlatego sygnalizują gotowość do negocjacji. Jest to bardzo pragmatyczne podejście. Piernik jest otwarcie na stole – pod rządami Trumpa Stany Zjednoczone mogą zwiększyć pomoc wojskową. Bicz — jeśli Ukraińcy nie zgodzą się na negocjacje, Amerykanie całkowicie wstrzymają pomoc wojskową. Środowisko Trumpa jasno to zakomunikowało. Zamiast tego Amerykanie nie wiedzą, co dalej robić po rozpoczęciu negocjacji. Potencjalna przyszła administracja Trumpa nie może zmusić Rosjan do ustępstw, chyba że zostaną pokonani militarnie na froncie.

EP: A co jeśli Kamala Harris wygra?

DS: Będzie kontynuować politykę Joe Bidena. Jej administracja zrobi także wszystko, aby wojna zakończyła się negocjacjami. Zakładam, że będą realizować strategię unikania eskalacji z Rosją.

EP: Obecnie istnieje kilka formuł pokojowych – chińsko-brazylijska, Johnson, afrykańska, prezydent Zełenski. Czy któraś z nich zostanie uwzględniona w ewentualnych negocjacjach?

DS: Jeśli strona ukraińska zgłosi gotowość do negocjacji, musi przedstawić pewne warunki wejścia, bo inaczej ktoś to za nią zrobi. Formuła Zełenskiego nakreśla te warunki, choć osobiście jestem wobec niej sceptyczny, gdyż jest bardzo chaotyczna. Jest w tym jednak podstawa – najpierw Rosjanie opuszczają terytorium Ukrainy, a dopiero potem możemy mówić o negocjacjach. Oznacza to, że formuła Zełenskiego wyraźnie wskazuje na możliwość rozmów, ale kluczowe jest to, kiedy — po odejściu Rosjan. Stąd moje rozróżnienie pomiędzy negocjacjami – wyjaśnianiem stanowisk stron, a negocjacjami – czyli poważnymi dyskusjami o zawarciu pokoju.

W pewnym momencie formuła Zełenskiego ograniczyła także rozpowszechnianie innych planów pokojowych, z których każdy prowadzi do ustępstw terytorialnych ze strony Ukrainy. Wszyscy dyskutują teraz o planie ukraińskim. Nawet jeśli na dzień dzisiejszy nie uda się tego zrealizować, to już samo to, że wszyscy mówią o stanowisku Ukrainy, jest w jej rękach. Na szczycie w Szwajcarii Ukraińcy zaryzykowali – postanowili przetestować poparcie dla tej formuły. Okazało się, że uczucie nie było tak szerokie, jak mogłoby się wydawać. Plan był następujący: zachodni przywódcy poprą formułę Zełenskiego, a Ukraińcy przedstawią ją Rosjanom. Jednak reprezentacja krajów zachodnich nie była do końca taka, jakiej chciał Kijów. W szczególności nie przyjechał Joe Biden. Pojawił się problem, skoro poparcie dla formuły Zełenskiego nie jest tak mocne, jak się wydawało, to dlaczego Rosjanie mieliby się na to zgodzić? Być może jesienią nastąpią zmiany w formule i Ukraińcy będą musieli przekonać o jej wykonalności zarówno Republikanów, jak i Demokratów.

Z drugiej strony istnieje plan chińsko-brazylijski jako kontroferta. Uważam, że jego rola jest dziś niedoceniana, choć wokół niego można stworzyć alternatywną koalicję międzynarodową. Najprawdopodobniej zatem utworzą się dwa obozy – ukraiński i, relatywnie rzecz ujmując, chiński, i powstaną jesienią, czyli przed wyborami prezydenckimi w USA. Jesień będzie pełna /wrażeń/. Na razie obie strony budują swoją pozycję negocjacyjną na linii frontu.

novapolshcha.pl