środa, 24 lipca 2024



Rosja ma 2-3 razy więcej sprzętu wojskowego od Ukrainy. Od początku wojny podwoiła liczbę czołgów, potroiła liczebność systemów artyleryjskich i zwiększyła liczbę transporterów opancerzonych — z 4,5 tys. do 8,9 tys. Do tego liczba rosyjskich żołnierzy sięgnęła 520 tys., a celem Moskwy jest zwiększyć ją do końca roku do 690 tys. Takie liczby podał gen. Ołeksandr Syrski, naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy.

Nie podał odpowiednich liczb dla ukraińskiej armii. Stwierdził jednak, że rosyjska armia ponosi trzykrotnie wyższe straty od wojska ukraińskiego, a w niektórych regionach są one nawet wyższe. — Mają o wiele więcej zabitych — powiedział Syrski.

Na początku czerwca Władimir Putin powiedział, że nieodwracalne straty Sił Zbrojnych Ukrainy są pięciokrotnie wyższe niż straty rosyjskich sił zbrojnych. Brytyjski wywiad wojskowy ma jednak inne szacunki.

Z jego danych wynika, że maj i czerwiec były jednymi z najbardziej śmiercionośnych miesięcy dla rosyjskiej armii: traciła ona wówczas średnio ponad 1,1 tys. żołnierzy dziennie, co daje liczbę ok. 70 tys. w ciągu dwóch miesięcy. Admirał Tony Radakin, szef brytyjskiego sztabu obrony, stwierdził, że od początku wojny Rosja straciła 550 tys. wojskowych (mowa o zabitych i rannych).

Pod względem uzbrojenia ma jednak znaczną przewagę. Eksperci z brytyjskiego think tanku Royal United Defence Research Institute (RUSI) obliczyli, że od rozpoczęcia wojny udało jej się zwiększyć produkcję pocisków artyleryjskich kalibru 152 mm ponad pięciokrotnie, pocisków do wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Grad ponad 15-krotnie, a pocisków manewrujących Ch-101 — najczęściej używanych przez wojsko rosyjskie w Ukrainie — o 7,5 razy.

Mało tego — według różnych szacunków w tym roku Kreml wyprodukuje ok. 1,5 tys. czołgów i 3 tys. innych pojazdów opancerzonych. W 85 proc. nie będą to jednak nowe pojazdy, a odpowiednio odnowione modele wyciągnięte z rosyjskich magazynów.

Mimo tej przewagi rosyjskiej armii udało się osiągnąć jedynie niewielkie taktyczne korzyści — podkreśla Syrski.

(...)

Stwierdził, że z racji tego, iż Rosja ma "przewagę powietrzną" i "bardzo silną" obronę powietrzną, możliwości myśliwców F-16, które wkrótce dotrą do Ukrainy od krajów zachodnich, będą ograniczone. Dlatego też Kijów coraz częściej i coraz bardziej skutecznie wykorzystuje drony. To z ich pomocą ukraińskie siły zaatakowały — zdaniem Syrskiego — ok. 200 obiektów infrastruktury krytycznej na terytorium Rosji, w tym fabryki, składy broni i magazyny ropy naftowej. 

onet.pl


Punktem wyjścia do tych pytań jest paradoksalna konstatacja (znów — całkowicie odwrotna od dominującej w Polsce), że napadając na Ukrainę, Rosja w istocie zademonstrowała, że wybiera Zachód, a nie, że się od Zachodu odwraca.

Widząc paranoiczną wrogość Rosji wobec Zachodu, zakładamy, że Rosja się od nas odwróciła. Tylko pozornie jest to prawdą, a nie półprawdą. W mojej ocenie Rosja napadła na Ukrainę po pierwsze dlatego, że taka była wewnątrzpolityczna potrzeba panującego dzisiaj w Rosji reżimu. Po drugie dlatego, że Rosją rządzą ludzie, którzy emocjonalnie nie pogodzili się z utratą imperium. I wreszcie po trzecie dlatego, że Rosjanie jakkolwiek udają przyjaźń z Chinami, to równocześnie doskonale rozumieją, że z Chińczykami nigdy nie będą w stanie się układać tak jak z Zachodem.

Rosyjskie elity są dziś obsesyjnie antyzachodnie, ale widzą też, że z powodu braku reform gospodarczych, kończącej się renty surowcowej i z racji problemów demograficznych, Rosja będzie już jedynie słabnąć. Wbrew temu bowiem, co sądzi się często w Polsce, elity te nie straciły kontaktu z rzeczywistością.

Napadając na Ukrainę, Rosja de facto próbowała zmusić Zachód do uznania jej wczorajszego statusu i ułożyć sobie relacje z Zachodem na swoich warunkach. Moskwa zachowywała się jak chuligan, który próbuje wstąpić do ekskluzywnego klubu, ale zarazem otwiera sobie drzwi do niego kopniakiem. Tyle że za ukraińskimi drzwiami stał Zachód i drzwi uderzyły Moskwę w czoło.

onet.pl


Co pana zdaniem jest fundamentalne w tej palecie pomysłów zawartych w projekcie?

Paradoksalnie to, czego w projekcie nie ma, czyli zwiększenie liczby inspektorów. Nas jest zaledwie około 1500. To zdecydowanie za mało, żeby działać skutecznie. Liczba skarg jest duża, a ich napływ w związku z ochroną sygnalistów będzie jeszcze większy. Potrzebny jest też większy budżet, bez pieniędzy nie będziemy mieli fachowców. Nabory pracowników nie idą tak, jak byśmy oczekiwali. Sama praca jest bardzo obciążająca psychicznie.

Wiem, jak trudno jest wchodzić na zakład pracy. Tam nie witają nas chlebem i solą. Skarżący również miewają pretensje. Nie jest tak, że wszyscy pracownicy oczekują, że damy im umowę o pracę. Ludzie często nie są zainteresowani legalizacją zatrudnienia. Wiele osób się śmieje, że jak wchodzimy na budowę, to ona od razu pustoszeje.

Bo wolą pracować "na czarno"?

Inna jest rzeczywistość dużych miast, a inna reszty Polski. Wiele osób pracuje na czarno z wyboru, bo może dodatkowo korzystać ze świadczeń socjalnych. Mamy mężczyzn niepłacących alimentów, którzy również nie są zainteresowani legalną pracą. Z kolei młode osoby często nie wierzą, że dostaną emeryturę, a do ręki otrzymują od razu odczuwalnie więcej. I powiedzmy sobie szczerze, na te wszystkie zjawiska jest przyzwolenie społeczne. To nie jest tak, że ktoś jest z tego powodu piętnowany. Przeciwnie, często jest uważany za bohatera, bo mniej płaci państwu.

PIP ma szacunki, ile osób może pracować "na czarno"?

Tak naprawdę, to nikt nie wie, ile osób pracuje w szarej strefie gospodarki. Wszelkie dane liczbowe w tym zakresie mają charakter szacunkowy.

No więc jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, poziom zatrudnienia nieformalnego w ciągu ostatnich lat uległ znacznemu obniżeniu - z 880 tys. osób w 2017 r., co stanowiło 5,4 proc. ogółu pracujących, do 324 tys. w 2022 r., tj. 2,0 proc. pracujących.

Te procentowe szacunki pokrywają się z danymi Państwowej Inspekcji Pracy. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę osób, które w toku naszych kontroli uznano w 2023 r. za pracujące nielegalnie (15,7 tys. obywateli Polski oraz 6,6 tys. cudzoziemców) i odniesiemy to do ogólnej liczby osób, których legalność pracy weryfikowano, to otrzymamy podobny wskaźnik.

money.pl


Historia kryzysu mieszkaniowego w Rosji rozpoczyna się wiosną 2020 roku, kiedy władze państwa wprowadzają preferencyjne kredyty hipoteczne dla obywateli kupujących mieszkania w nowych budynkach. W ten sposób chciano wesprzeć rynek nieruchomości i budownictwo, które ucierpiało przez pandemię COVID-19. 

(...)

Program dotowanych hipotek został skonstruowany w taki sposób, że banki zawierały z Rosjanami umowy na kredyty oprocentowane na 6%, podczas gdy państwo dopłacało różnicę do referencyjnej stopy procentowej. W momencie wprowadzenia programu wynosiła ona ok. 8%.

Wolumen pożyczek hipotecznych nie wzrósł przez to od razu. Licznik zaczął kręcić się na zwiększonych obrotach dopiero po 22 lutego 2022 roku. Po wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie sankcje zaciskają się coraz szczelniejszym kordonem dookoła rosyjskiej gospodarki: rubel traci na wartości, następuje tąpnięcie na giełdzie, rośnie inflacja, obce waluty znikają z kantorów. Rosjanie nie mają gdzie lokować swoich oszczędności i zwracają się w kierunku rynku nieruchomości. Jednocześnie w tym samym czasie Bank Rosji zaczyna podnosić stopy procentowe.

Z ok. 2% dopłacanych przez państwo do kredytów hipotecznych Rosjan po dwóch latach od ataku na Kijów zrobiło się 10%, bo referencyjna stopa procentowa wzrosła do 16%. Banki udzielają pożyczek na 16-20%, obywatele płacą 6%, a Kreml pokrywa różnicę i otrzymuje coraz wyższe rachunki. Ministerstwo Finansów Rosji wydało już na dopłaty ok. pół biliona rubli (ok. 22,5 mld zł).

(...)

Z szacunków Moskiewskiego Instytutu Ekonomii Miast wynika, że w latach 2020-2023 ceny mieszkań w największych rosyjskich miastach wzrosły średnio o 172%. Według danych Sberbanku ceny za metr kwadratowy na rynku pierwotnym w całej Rosji wzrosły w tym czasie o 104%, a na rynku wtórnym o 72%. Według oficjalnych danych skumulowana inflacja w Rosji sięgnęła przez ten okres ok. 30%. 

Sytuacja nie wygląda lepiej na rynku wynajmu. Według rosyjskiej firmy z branży nieruchomości "Etazhi" w 2023 roku koszt wynajmu mieszkania z jedną sypialną wzrósł w Rosji średnio o 31%. Największy wzrost cen dotknął regiony w środkowej Rosji i na Syberii. Za małe mieszkanie w standardzie ZSRR mieszkańcy Krasnojarska płacili w zeszłym roku 47,9% więcej niż w 2022 roku. W Czelabińsku stawki poszły w górę o 46,3%, a w Wołgogradzie o 38,9%.

Według "The Economist" prezes rosyjskiego banku centralnego Elwira Nabiullina zaczęła naciskać na władze, żeby ograniczyć lub zakończyć dotacje. W rezultacie jej działań w grudniu 2023 roku państwo zwiększyło minimalną kaucję klasyfikującą do otrzymania dopłat z 20% do 30%. Na początku lipca 2024 roku Kreml zawiesił program dotyczący mieszkań w nowych blokach. Pozostały jedynie dopłaty do kredytów w niektórych regionach. 

(...)

W 2023 roku rosyjscy deweloperzy zbudowali nowe mieszkania o łącznej powierzchni 110 mln metrów kwadratowych, podczas gdy średnia z wcześniejszych lat wynosiła ok. 59 mln metrów kwadratowych. Według "Izwiestii" brak stymulacji popytu ze strony rządu doprowadzi do bankructwa wielu z nich. Brak dopłat uderzy też w interesy banków. Według rosyjskich analityków, na których powołuje się "The Economist", liczba nowych hipotek może spaść o około 50% w drugiej połowie roku.

bankier.pl

wtorek, 23 lipca 2024



W ostatnim tygodniu Rosjanie poczynili postępy na kilku odcinkach frontu – głównie w Donbasie. Zajęli centrum Krasnohoriwki i ponownie wyparli obrońców z jej południowo-zachodnich przedmieść, odzyskanych w ukraińskim kontrataku tydzień wcześniej. Siły agresora kontynuują natarcie na kierunku Pokrowska, gdzie zajęły stanowiącą lokalny węzeł komunikacyjny miejscowość Prohres, a także w aglomeracji torećkej, gdzie opanowały część Piwnicznego i Zaliznego oraz poszerzyły bazę operacyjną w oparciu o południowy obszar Nju-Jorku. Rosjanie zajęli też wschodnią część Maksymiljaniwki – ostatniej miejscowości odgradzającej ich od Kurachowego. Przełamanie ukraińskich pozycji obronnych nastąpiło w rejonie Siewierska, gdzie siły agresora zajęły leżącą 6 km na południowy wschód od tego miasta Iwano-Darjiwkę. Lokalne przerwanie ukraińskiej linii obrony nastąpiło również na południowy wschód od Kupiańska – Rosjanie zajęli miejscowość Piszczane. Nieznaczne postępy najeźdźca poczynił także w rejonie Czasiw Jaru, gdzie usiłuje on uchwycić przyczółek po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas.

(...)

Stałym celem rosyjskich ataków rakietowych pozostają infrastruktura portowa i instalacje wojskowe w obwodzie odeskim – trafienia odnotowano 16, 18, 19 i 22 lipca. Agresor kontynuował także uderzenia z użyciem rakiet i dronów na bezpośrednie zaplecze obrońców (głównie w obwodach charkowskim i mikołajowskim). Wzrosło wykorzystanie do ataków w rejonach przyfrontowych pocisków balistycznych Iskander-M, których agresor użył m.in. przeciwko infrastrukturze i składom kolejowym w obwodzie charkowskim 20 i 22 lipca. Iskandery coraz częściej mają być odpalane z Krymu. Wrogie rakiety i/lub drony uderzyły w obiekty energetyczne w obwodach sumskim (20, 21, 22 i 23 lipca, m.in. w Konotopie i Szostce), czernihowskim (20 lipca) i połtawskim (20 lipca w rejonach połtawskim i myrhorodzkim). W dniach 16–23 lipca Rosjanie mieli wykorzystać co najmniej 42 rakiety (w tym co najmniej 12 Iskander-M), obrońcy zadeklarowali zestrzelenie trzech z nich. Według Kijowa agresor użył także 79 dronów Shahed-136/131, z których zniszczonych miało zostać 70. Źródła ukraińskie zwróciły uwagę na wykorzystanie przez Rosjan nowego typu drona kamikadze – poruszającego się na niskim pułapie (20–30 m) – który został zestrzelony 20 lipca w rejonie Kijowa.

osw.waw.pl


Na przykład w połowie lipca Rosjanie chwalili się udanym użyciem motocykli do szturmu na wieś Urożajne na Zaporożu. Żołnierze z formalnie doborowej 40 Brygady Piechoty Morskiej przeprowadzili kombinowany atak, w ramach którego kilka grup motocyklistów przejechało przez ukraińskie pozycje i zajęło stanowiska u wylotu wsi. Wraz z presją w postaci ostrzału i tradycyjnego ataku zmechanizowanego zmusiło to Ukraińców do trudnego odwrotu przez pola. Można o nim przeczytać w relacjach ukraińskich żołnierzy, którzy potwierdzają bardzo gwałtowny charakter rosyjskiego ataku. Dla Rosjan to wręcz modelowy przykład użycia motocykli do szturmu.

Pierwsze tego rodzaju ataki to początek kwietnia. Użyciem motocykli do działań szturmowych chwalił się wówczas batalion Zaria (rus. Zorza), który należał kiedyś do sił tak zwanych separatystów ługańskich, obecnie regularnego rosyjskiego wojska. Aktualnie działa na zachód od Doniecka w rejonie Krasnohoriwki. To miejsce bardzo intensywnych walk od minionej jesieni, z powszechnym użyciem dronów, w tym uderzeniowych FPV. Ponieważ klasyczne ataki przy pomocy ciężkiego sprzętu regularnie kończyły się poważnymi stratami, zaczęto eksperymentować. Na tym samym odcinku frontu pojawiły się też pierwsze czołgi-stodoły, powolne, ale dość odporne na ataki dronów. Z drugiej strony pojawiła się ich antyteza, czyli zupełnie niechronione, ale szybkie motocykle.

Argument pomysłodawców motoszturmów za ich użytecznością jest właściwie jeden, zaskoczenie. Jest oczywiste, że nie zapewniają żadnej osłony, ale skracają czas, w jakim atakujący może dotrzeć do okopów ukraińskich i wskoczyć do nich, zaczynając walkę. W realiach frontowych, gdzie drony rozpoznawcze wiszą w powietrzu praktycznie całą dobę, a pas do 10-20 kilometrów w głąb od linii styczności jest w zasięgu działania dronów FPV, jest to istotna sprawa. Duże kolumny ciężkiego sprzętu są szybko namierzane i zwalczane przez artylerię, systemy przeciwpancerne, miny oraz drony poczynając od kilku-kilkunastu kilometrów od właściwych pozycji ukraińskich. Zazwyczaj oznacza to poważne straty. Nie bez powodu Rosjanie teraz atakują już bardzo rzadko grupami liczącymi więcej niż kilka ciężkich pojazdów, a najchętniej to małymi grupami piechoty. Alternatywą są poważne straty w czołgach i bojowych wozach piechoty, których nie są w stanie bez końca ponosić.

Motocykle idealnie wpisują się w tę tendencję do odchudzania i przyśpieszania działań szturmowych. W ten sposób Ukraińcy mają mniej czasu na reakcję, wysłanie w powietrze dronów FPV, a miny przeciwpancerne stają się mniej użyteczne, bo mogą nie zareagować na nacisk motocykla, a motocyklista może je łatwiej dostrzec i ominąć. Na tej samej zasadzie Rosjanie od kilku miesięcy używają też do ataków prostych pojazdów terenowych Desertcross 1000-3, które w 2023 roku zaczęli sprowadzać na dużą skalę z Chin. Wówczas była mowa o zamówieniu dla wojska na 1,5 tysiąca sztuk, które może zostać zwiększone. Pojazdy opisywano jako świetne narzędzie do logistyki na bliskim zapleczu frontu. Od wiosny tego roku pojawiają się jednak regularnie też jako narzędzie do przeprowadzania ataków. Często nocnych. Każdy pojazd przewozi po 3-4 żołnierzy. Idea podobna do motocykli, czyli dotrzeć do celu szybciej i w sposób mniej rzucający się w oczy.

Nie sposób miarodajnie ocenić, w jakim stopniu ta rosyjska taktyka lekkich szturmów jest skuteczna. Ukraińcy prezentują dużo nagrań, na których widać trafienia Rosjan na motocyklach i w pojazdach Desertcross. Na przykład 1 lipca 72 Brygada Zmechanizowana broniąca rejonu Wuhłedaru, pokazała nagranie pobojowiska po nieudanym rosyjskim ataku. Pomiędzy wrakami cięższych pojazdów, być może zniszczonych już wcześniej, można doliczyć się kilkunastu porzuconych motocykli crossowych i rozrzuconych ciał Rosjan. Pomimo takich obrazków, Rosjanie się nie zniechęcają.

gazeta.pl

poniedziałek, 22 lipca 2024



Polityka Macrona przed 2022 r. opierała się na przekonaniu, że Francja i Europa nie są skazane na rolę obserwatorów narastającego antagonizmu pomiędzy wielkimi mocarstwami (USA, Chinami i Rosją). Prezydent chciał osiągnąć porozumienie strategiczne z Federacją Rosyjską (FR), które zapoczątkowałoby wypracowanie nowej architektury bezpieczeństwa europejskiego. Krokiem w tym kierunku było zainicjowanie w 2019 r. „dialogu zaufania i bezpieczeństwa z Rosją”. Macron dążył do nawiązania osobistej relacji z Władimirem Putinem. Sądził, że pozwoli ona na pokojowe zakończenie kryzysu w stosunkach Rosja–Zachód, rozpoczętego w 2014 r. nielegalną aneksją Krymu i wojną w Donbasie.

Wizja „wspólnej architektury bezpieczeństwa” z FR wykraczała poza bilateralne relacje francusko-rosyjskie. Choć dotyczyła bezpieczeństwa innych krajów, zwłaszcza tych graniczących z Rosją, nie została z nimi skonsultowana. Paryżowi dojście do kompromisu z Moskwą w kwestiach bezpieczeństwa europejskiego pozwalałoby skupić się na innych zagrożeniach, które wydawały mu się wówczas pilniejsze: sytuacji w Afryce, terroryzmie, konfliktach na Bliskim Wschodzie. Zamierzenia Macrona – szczególnie wobec przywiązanych do NATO Niemiec – uzasadniała polityka Donalda Trumpa.

Wybór Wołodymyra Zełenskiego na prezydenta w 2019 r. niósł z perspektywy Paryża szansę na przyspieszenie rozwiązania konfliktu rosyjsko-ukraińskiego w ramach formatu normandzkiego oraz na  osiągnięcie porozumienia pozwalającego następnie na nowy reset w stosunkach na linii UE–Rosja. Brak porozumienia na szczycie formatu w Paryżu w grudniu 2019 r., gdzie doszło do rozmów Zełenski–Putin, nie przeszkodził Macronowi w dążeniu do pogłębiania dialogu strategicznego z FR. Zahamował natomiast dynamikę relacji francusko-ukraińskich. Paryż i Berlin nie chciały sprawiać wrażenia, że wywierają presję na słabszą stronę starcia, ale nie miały też zamiaru odstępować od przyznawania pierwszeństwa kontaktom z Moskwą. Macron odwlekał termin wizyty w Kijowie; propozycje wzmocnienia współpracy wojskowej między Francją a Ukrainą także nie wychodziły poza sferę projektów.

Jednocześnie tło relacji Francja–FR w latach 2017–2022 stanowiła rosnąca aktywność rosyjskich podmiotów w państwach afrykańskich będących w przeszłości francuskimi koloniami. Działalność Grupy Wagnera, nastawiona na bezpośrednią obecność najemników oraz propagowanie antyfrancuskiej i antyzachodniej propagandy, generowała bardzo duże zaniepokojenie we francuskich siłach zbrojnych, administracji, świecie eksperckim i dziennikarskim. Do czasu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę oficjalne łączenie działalności formacji z Moskwą było jednak dla francuskiej dyplomacji tabu z obawy przed pogorszeniem stosunków dwustronnych. Paryż wychodził zapewne z założenia, że jej wrogie poczynania w Afryce ustaną po osiągnięciu porozumienia UE z FR w sprawie europejskiego bezpieczeństwa.

Objęcie w styczniu 2021 r. urzędu prezydenta USA przez Joego Bidena doprowadziło do szybkiej poprawy relacji między Waszyngtonem a Brukselą i Berlinem. Promowane przez Francję hasła budowy europejskiej autonomii strategicznej, w tym w sferze kontaktów z Rosją, stały się mniej nośne. Wiosną 2021 r. FR dokonała pierwszej koncentracji wojsk na granicy z Ukrainą, a w czerwcu doszło do spotkania Bidena z Putinem na szczycie w Genewie. Francja i Niemcy odpowiedziały inicjatywą szczytu UE–Rosja w Brukseli latem 2021 r., lecz nie zgodziła się na nią większość krajów członkowskich. Macron kontynuował jednak bilateralny dialog z Putinem, głównie poprzez rozmowy telefoniczne.

osw.waw.pl

środa, 17 lipca 2024



Rosjanie kontynuują natarcie na kierunku Pokrowska – zajęli kolejne trzy miejscowości (Jasnobrodiwkę, Jewheniwkę i Woschod) oraz podeszli do linii rzeki Wowcza. Na wschód od niej siły ukraińskie bronią się już tylko w oskrzydlonej z północy i południa wsi Nowoseliwka Persza. Agresor podszedł też pod Wozdwyżenkę – ostatni ukraiński punkt oporu przed trasą Pokrowsk–Konstantynówka. Najeźdźcy poczynili kolejne postępy w aglomeracji torećkej, wchodząc klinem pomiędzy Piwniczne i Zalizne na wschód od Torećka oraz osiągając centrum Nju-Jorku. 14 lipca ponownie zajęli Urożajne na południe od Wełykiej Nowosiłki – następnej po Staromajorśkem i Robotynem miejscowości, którą obrońcy odzyskali w trakcie letniej ofensywy w 2023 r. Ze zmiennym szczęściem trwają starcia o Krasnohoriwkę – ukraiński kontratak doprowadził do odzyskania części terenów na południowo-zachodnich obrzeżach miasta, lecz siły rosyjskie wyparły przeciwnika z kolejnych kwartałów w centrum.

W drugim tygodniu lipca głównym celem uderzeń rakietowych agresora była Odessa. Miasto i okolice atakowano czterokrotnie (9, 10, 13 i 15 lipca) rakietami balistycznymi Iskander-M. 10 lipca doszło do uszkodzenia magazynów portowych i jednego ze statków. Tego samego dnia trafione zostały ponadto obiekt energetyczny w obwodzie rówieńskim oraz przedsiębiorstwo w Wozniesieńsku w obwodzie mikołajowskim. 13 lipca uderzające po sobie pociski Iskander-M trafiły w dworzec i skład kolejowy w miejscowości Budy w obwodzie charkowskim. Strona ukraińska informowała o dwóch osobach zabitych i 23 rannych. Rosyjskie rakiety lub drony ponownie zaatakowały ukraińskie lotniska (Myrhorod w obwodzie połtawskim 9 lipca i Starokonstantynów w obwodzie chmielnickim 12 lipca), Połtawę (13 lipca), okolice miasta Dniepr (14 lipca) i Mikołajowa (15 lipca) oraz Chersoń (16 lipca, uderzenie rakiety balistycznej miało doprowadzić do zniszczenia hangarów). Łącznie od 9 lipca do rana 16 lipca agresor miał wykorzystać 33 rakiety (obrońcy zadeklarowali zestrzelenie ośmiu) oraz 54 drony kamikadze (zniszczonych miało zostać 37, a cztery z nieznanych powodów miały przelecieć na Białoruś).

Liczba ukraińskich ataków na głębokie zaplecze wroga znacząco zmalała i w ostatnich tygodniach aktywność ta ogranicza się do uderzeń z użyciem dronów. Przygraniczne obwody FR i okolice Moskwy atakowano czterokrotnie, w tym skutecznie 13 lipca (pożar w bazie paliwowej w Cymlańsku w obwodzie rostowskim) i 16 lipca (pożar w zakładach wytwórczych aparatury niskiego napięcia w Korieniewie w obwodzie kurskim). Po incydencie z amerykańskim dronem RQ-4 Global Hawk nad Morzem Czarnym (Waszyngton zaprzecza zestrzeleniu go przez Rosjan) pod koniec czerwca zmniejszyła się intensywność sojuszniczego rozpoznania w rejonie Krymu, a ukraińskie uderzenia na półwysep z wykorzystaniem przekazanych przez Zachód rakiet de facto wstrzymano. Krym atakowany był tylko 15 lipca z użyciem dronów, które bez większych rezultatów uderzyły w instalacje dywizjonu obrony powietrznej na przylądku Fiolent. Dwukrotnie (12 i 16 lipca) Ukraińcy przeprowadzili uderzenie na instalacje wroga w Mariupolu. Po ataku 16 lipca część miasta została odcięta od dostaw prądu.

W trakcie szczytu NATO w Waszyngtonie 10 lipca partnerzy Ukrainy potwierdzili wcześniejsze zapowiedzi i doniesienia medialne o przekazaniu jej następnych systemów obrony powietrznej. Stany Zjednoczone, Niemcy i Rumunia dostarczą po baterii patriotów, Holandia wraz z nieujawnionymi partnerami – „zbiorczą” czwartą baterię tego systemu, a Włochy – baterię SAMP/T. Łączna wartość sprzętu to ponad 1 mld dolarów. Dodatkowo w najbliższych miesiącach partnerzy Kijowa planują dostawy kilkudziesięciu systemów krótkiego zasięgu (NASAMS, HAWK, IRIS-T SLM i IRIS-T SLS) oraz samobieżnych dział przeciwlotniczych Gepard. Dzień później rząd w Oslo ogłosił, że jesienią Ukraina otrzyma sfinansowaną przez Norwegię baterię systemu IRIS-T. Prezydent Wołodymyr Zełenski podziękował za wsparcie, lecz uznał je za wysoce niedostateczne.

(...)

Zwraca uwagę, że w trakcie szczytu NATO – podobnie jak podczas przeprowadzonych w ostatnich miesiącach spotkań tzw. grupy Ramstein – nie podjęto żadnych nowych decyzji w kwestii wyposażenia armii ukraińskiej w broń pancerną. Większość czołgów i bojowych wozów opancerzonych Zachód przekazał w latach 2022–2023, a obecne dostawy – głównie przestarzałych czołgów Leopard 1A5 i bojowych wozów piechoty Marder – stanowią efekt decyzji podjętych kilkanaście miesięcy temu. Wyjątkowo USA zdecydowały się na dodatkowe „ratunkowe” transze bojowych wozów piechoty Bradley, jednakże pozwoliły one jedynie na uzupełnienie strat (nie ma informacji, aby w podobny sposób miały zostać uzupełnione straty w czołgach Abrams). Zapasy broni pancernej w armii ukraińskiej wykruszają się aktualnie dużo szybciej, niż docierają uzupełnienia, co wynika nie tylko z aktywności nieprzyjaciela, lecz także ze zużycia technicznego często wiekowego uzbrojenia. O ile ostatnie dostawy pozwoliły Ukraińcom przezwyciężyć tzw. głód amunicyjny i zwiększyć skuteczność działań obronnych, o tyle niedobór broni pancernej uniemożliwia im przejście do ofensywy i podjęcie kolejnej próby odbicia utraconych terenów.

osw.waw.pl


10 lipca na kanwie szczytu NATO w Waszyngtonie Stany Zjednoczone i Niemcy we wspólnym oświadczeniu poinformowały, że w 2026 r. USA rozpoczną czasowe rozmieszczenie zdolności rakietowych dalekiego zasięgu w RFN w ramach planu ich trwałej dyslokacji tamże. De facto chodzi o systemy rakietowe pośredniego i średniego zasięgu od 500 do 5,5 tys. km z pociskami: SM-6 (ponad 500 km zasięgu), Tomahawk (ok. 1,3 tys. km) i hipersonicznymi (ponad 3 tys. km).

W 2026 r. do utworzonej w 2021 r. w niemieckim Wiesbaden 2 Wielodomenowej Grupy Zadaniowej (2nd Multi-Domain Task Force, MDTF) trafią najprawdopodobniej jedna bateria systemu Typhon (cztery wyrzutnie, każda z czterema pociskami SM-6 lub Tomahawk) oraz jedna bateria pocisków hipersonicznych Dark Eagle (cztery wyrzutnie, każda z dwoma pociskami Long Range Hypersonic Weapons, LRHW).

Z kolei 11 lipca ministrowie obrony Polski, Francji, Niemiec i Włoch podpisali list intencyjny w sprawie budowy zdolności do precyzyjnych uderzeń dalekiego zasięgu (European Long-Range Strike Approach). Dokument ma zaowocować wspólnym rozwijaniem, zakupem i wykorzystywaniem systemów rakietowych pośredniego i średniego zasięgu.

Komentarz

Rozmieszczenie amerykańskich systemów rakietowych pośredniego i średniego zasięgu w Niemczech wzmocni odstraszanie w Europie, zapewniając zdolności, którymi do tej pory Sojusz nie dysponował. Decyzja ta jest pierwszym krokiem do wyrównania dysproporcji w tym obszarze pomiędzy NATO a Rosją. Moskwa od połowy pierwszej dekady XXI wieku rozwijała systemy rakietowe tego typu (z pociskami manewrującymi 9M729 Iskander-M1 o zasięgu 2,5 tys. km oraz pociskami hipersonicznymi 3M22 Cyrkon o zasięgu do 1 tys. km), łamiąc tym samym amerykańsko-sowiecki/rosyjski traktat INF z 1987 r. Prowadziła też prace nad unifikacją pocisków lądowych i morskich oraz wyrzutni do nich. Drugie z wymienionych nie podlegały ograniczeniom układu i mogły mieć większy zasięg niż ich lądowe odpowiedniki. Traktat INF zakazywał projektowania, testowania i używania wystrzeliwanych z lądu pocisków manewrujących i balistycznych o zasięgu między 500 a 5,5 tys. km, które technicznie są zdolne do przenoszenia również głowic nuklearnych. Ze względu na podważanie traktatu przez Rosję Stany Zjednoczone formalnie wypowiedziały go w 2019 r.

Mimo że decyzja z Waszyngtonu ma charakter przełomowy, liczba planowanych do rozmieszczenia w Europie oraz do wdrożenia w Wojskach Lądowych USA baterii systemów rakietowych pośredniego i średniego zasięgu jest niewielka w porównaniu z istniejącymi zdolnościami rosyjskimi (15 brygad rakietowych z wyrzutniami systemu Iskander oraz cztery brygady i dwa dywizjony rakietowe obrony wybrzeża z wyrzutniami systemu Bastion zdolnymi do rażenia celów lądowych). Proces rozwoju tego typu systemów w Stanach Zjednoczonych dopiero trwa – został zainicjowany w trakcie administracji Donalda Trumpa. Do 2028 r. Wojska Lądowe USA mają otrzymać zaledwie po pięć baterii systemu Typhon i Dark Eagle – do wdrożenia w ramach pięciu brygad MDTF (zob. Aneks). Projekt ten jest skomplikowany i nowatorski, ale podlega realizacji zgodnie z harmonogramem. Rozmieszczenie w Europie omawianych systemów nastąpi nie wcześniej niż w 2026 r.

Choć dużo później niż Stany Zjednoczone, również europejscy sojusznicy zauważyli potrzebę rozwijania zdolności do precyzyjnych uderzeń dalekiego zasięgu. W Europie będzie to jednak kompleksowe przedsięwzięcie, obejmujące opracowanie nie tylko nowych pocisków manewrujących, lecz także nowych wyrzutni. Żadne państwo spośród sygnatariuszy listu intencyjnego nie dysponuje dziś zdolnościami tego typu. Francja wdrożyła w swojej Marynarce Wojennej pociski MdCN o zasięgu ok. 1 tys. km, które tamtejszy koncern MBDA aktualnie dostosowuje do wyrzutni lądowych i promuje jako podstawę pozyskiwania tego typu zdolności. Żeby móc je wykorzystywać, państwa europejskie będą też musiały rozwinąć systemy do wykrywania, rozpoznania i precyzyjnego namierzania celów na dalekich odległościach – obecnie ich nie mają i polegają w tym obszarze na USA.

Wspólne amerykańsko-niemieckie oświadczenie wywołało zaskoczenie w RFN, gdyż niemiecki rząd nie zapowiadał takich działań. Kwestia rozwijania i wdrażania zdolności rakietowych pośredniego i średniego zasięgu pojawiła się już jednak w tamtejszej Narodowej strategii bezpieczeństwa z 2023 r. Większość mediów w RFN interpretuje tę decyzję jako przełom w do tej pory zachowawczym stosunku kanclerza Olafa Scholza do konfliktu na Ukrainie i konfrontacji z Rosją. Porównuje ją do zgody kanclerza Helmuta Schmidta (SPD) na rozlokowanie amerykańskich rakiet Pershing II na terenie Niemiec w latach 80. Oświadczenie skrytykowali pojedynczy posłowie SPD, sugerując, że dyslokacja zdolności rakietowych pośredniego i średniego zasięgu w RFN doprowadzi do „kolejnego wyścigu zbrojeń”. Ten argument i obawy o wzrost zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa podnoszą liderzy partii skrajnych – BSW i AfD. Z kolei koalicjanci z Zielonych negatywnie oceniają sposób zakomunikowania tej niespodzianej decyzji. Scholz może liczyć na poparcie opozycyjnej chadecji, dla której rozmieszczenie amerykańskich systemów rakietowych na terytorium RFN to element wzmacniania bezpieczeństwa Europy.

Amerykańsko-niemieckie plany skutkowały bardzo krytycznymi reakcjami w Rosji. Wiceszef MSZ Siergiej Riabkow zadeklarował, że Moskwa nie zostawi tego „skrajnie destabilizującego działania bez odpowiedzi”. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow uznał je za krok ku nowej zimnej wojnie. Następnego dnia zaostrzył ton i oświadczył, że Rosja może na nie odpowiedzieć, wycelowując swoje rakiety w stolice państw europejskich, które mogą paść ofiarą trwającej konfrontacji. Pogróżki to wyraz frustracji Kremla wywołanej sygnałem gotowości Stanów Zjednoczonych i europejskich sojuszników do zerwania z dotychczasową polityką ignorowania agresywnych poczynań Rosji w sferze zbrojeń. Mają one jednak charakter ogólnikowy i są skierowane głównie do krajów Europy. Można się w związku z tym spodziewać „ujawnienia” przez Moskwę faktycznie już dokonanych dyslokacji systemów rakietowych średniego zasięgu w europejskiej części FR. Kreml chce wzbudzić zaniepokojenie w Niemczech i innych państwach Starego Kontynentu oraz wbić klin między nim a USA. Pewna wstrzemięźliwość pod adresem Waszyngtonu wynika zapewne z przekonania, że ogłoszone decyzje zostaną zrewidowane po zwycięstwie Trumpa w wyborach prezydenckich. Rosja nie chce zatem zbytnio antagonizować Amerykanów, żeby nie zaszkodzić swym politycznym kalkulacjom z tym związanym.

ANEKS

Amerykańskie systemy rakietowe pośredniego i średniego zasięgu

System Dark Eagle używa pocisków hipersonicznych Long Range Hypersonic Weapons (LRHW). Jest mało publicznie dostępnych informacji o charakterystyce tego systemu. Dopiero pod koniec czerwca br. Wojska Lądowe i Marynarka Wojenna USA po raz pierwszy testowo wykorzystały LRHW. Pierwsza bateria tego systemu ma osiągnąć wstępną gotowość operacyjną w 2025 r.

System Typhon używa pocisków SM-6 i Tomahawk wystrzeliwanych z przerobionych morskich wyrzutni pionowego startu VLS Mk41 umieszczonych na ciężarówkach. Testy systemu nastąpiły już w sierpniu 2019 r. Pierwsza bateria została certyfikowana w czerwcu br. Dzięki wykorzystaniu istniejących i produkowanych pocisków (SM-6 i Tomahawk) system może zostać stosunkowo szybko wdrożony w Wojskach Lądowych USA.

Pociski SM-6 oryginalnie zaprojektowano jako pociski obrony powietrznej dalekiego zasięgu dla okrętów Marynarki Wojennej USA, lecz z czasem zmodyfikowano je, aby umożliwić im atakowanie celów nawodnych i lądowych. Posiadają one bardzo małą głowicę bojową (64 kg), ale dzięki własnej stacji radiolokacyjnej są bardzo precyzyjne.

Pociski manewrujące Tomahawk do tej pory były wystrzeliwane z bombowców oraz okrętów nawodnych i podwodnych. Pierwotnie istniała wersja bazowania lądowego, jednak po podpisaniu traktatu INF wycofano ją ze służby; do 2013 r. wycofano też tomahawki z taktycznymi głowicami atomowymi. Głowica bojowa pocisku waży 450 kg.

Multi-Domain Task Force (MDTF)

MDTF to formacja wielkości brygady łącząca w sobie pododdziały rozpoznania satelitarnego i sygnałowego, walki radioelektronicznej, cybernetyczne, a także przeciwlotnicze i artylerii rakietowej. To zupełnie nowa i innowacyjna jednostka, przeznaczona niemal wyłącznie do działania przeciwko nowoczesnemu i równorzędnemu przeciwnikowi. MDTF ma wspierać Siły Zbrojne USA i wojska sojusznicze poprzez wykrywanie, upośledzanie działania i niszczenie wrogich sieci antydostępowych (A2/AD), a tym samym zapewniać swobodę dostępu do teatru działań i manewru na nim. Zadanie te mają być realizowane głównie w sposób niekinetyczny – przez walkę radioelektroniczną i ofensywne posunięcia w cyberprzestrzeni. Uzupełniać je mają precyzyjne zdolności kinetyczne pośredniego i średniego zasięgu do uderzeń w centra dowodzenia i węzły komunikacyjne szczebla operacyjno-strategicznego przeciwnika znajdujące się na jego głębokim zapleczu. W ramach Wojsk Lądowych USA tworzonych jest pięć MDTF. Początkowo jedna formacja miała zostać rozmieszczona w europejskim teatrze działań, dwie przypisano do regionu Indo-Pacyfiku, a po jednej – do Arktyki i do elastycznego reagowania globalnie. W 2024 r. Wojska Lądowe przedstawiły plany zmiany podporządkowania MDTF: trzy formacje mają być przypisane do Indo-Pacyfiku, jedna do Europy, a jedna najprawdopodobniej do Bliskiego Wschodu.

osw.waw.pl

poniedziałek, 15 lipca 2024



Zakrwawiona twarz byłego prezydenta USA pojawiła się na koszulkach, kubkach, naklejkach a nawet na ubraniach dla psów. Trafiły one do sprzedaży w sklepach internetowych w USA, Chinach oraz Europie zaledwie kilka godzin po zdarzeniu. Najczęściej widnieje na nich zdjęcie wykonane przez fotografa Associated Press Evana Vucciego. Przedstawia ono rannego Trumpa z zaciśniętą pięścią, który schodzi ze sceny otoczony agentami Secret Service. Nad nimi powiewa amerykańska flaga.

Jak powiadomił hongkoński dziennik "South China Morning Post", koszulki z Trumpem pojawiły się w sprzedaży w chińskich sklepach internetowych, m.in. na platformie Taobao, już dwie godziny po ataku.

"Umieściliśmy koszulki w sklepie internetowym, kiedy tylko zobaczyliśmy wiadomość o strzelaninie. Chociaż nie zdążyliśmy jeszcze ich wyprodukować, w ciągu trzech godzin odnotowaliśmy już ponad 2 tys. zamówień z Chin i USA" – powiedziała Li Jinwei, sprzedająca towary na Taobao. Jak dodała, wyprodukowanie koszulki z wizerunkiem Trumpa zajmuje w chińskiej fabryce około pół minuty.

Koszulki pojawiały się także w amerykańskich sklepach. Widnieją na nich zdjęcia Trumpa wykonane podczas zamachu oraz napisy: "Nie możesz zabić Trumpa", "Jeśli zamierzasz podejść do króla, lepiej nie spudłuj", "Strzelanie (do mnie) czyni mnie mocniejszym", "Draśnięty, niewzruszony".

Znani w USA twórcy komediowi Hodge Twins zamieścili na platformie X zdjęcie koszulki z portretem zakrwawionej twarzy byłego prezydenta i napisem "Walcz! Walcz! Walcz!". Zapowiedzieli, że "100 proc. zysków ze sprzedaży tej koszulki zostanie przeznaczonych na kampanię Trumpa".

Na platformie sprzedażowej eBay pojawiły się także egzemplarze gazet "New York Times" i "Los Angeles Times" z niedzieli, gdzie na pierwszych stronach widniało zdjęcie Vucciego. Ich cena to około 100 zł.

Media uznały zdjęcie Vucciego za symboliczne, dopatrując się w nim podobieństwa do historycznego zdjęcia wykonanego w 1945 roku na japońskiej wyspie Iwo Jima. Fotograf wojenny Joe Rosenthal sfotografował wówczas sześciu żołnierzy, którzy wznoszą sztandar na górze Suribachi. Za to zdjęcie otrzymał nagrodę Pulitzera.

Chińskie firmy już przygotowują się do listopadowych wyborów prezydenckich w USA, produkując gadżety promujące obu kandydatów, Trumpa i Joe Bidena. Li Jinwei stwierdziła, że na Taobao jest więcej produktów związanych z Trumpem, gdyż - jej zdaniem - ma on większą szansę na wygraną i cieszy się popularnością wśród chińskich internautów. 

PAP


- AR-15 to taki amerykański kałach. Broń tania, masowa, "made in USA" i modna. Jest jej więc w USA mnóstwo i nie bez powodu tak często jest używana przez różnej maści zamachowców - mówi Kuba Link-Lenczowski, strzelec i redaktor naczelny portalu MILMAG.pl. Karabinek jest mniej poręczny i trudniejszy do ukrycia niż pistolet, ale zapewnia większą siłę ognia na większe odległości.

Trump swoje słowa o cudzie i wyjątkowej skuteczności AR-15 wypowiedział w rozmowie z dziennikarzem "The New York Post". Twierdził, że taka była opinia wypowiedziana przez lekarza, który się nim zajmował po próbie zamachu w Pensylwanii. Zdaniem polityka było to "surrealistyczne doświadczenie", którego efekty wzbudziły zaskoczenie medyków. - Lekarz w szpitalu powiedział, że nigdy nie widział czegoś takiego, nazwał to cudem - powiedział republikanin. Medyk miał sprecyzować, że "nigdy nie widział, żeby ktoś przeżył trafienie z karabinka AR-15". Jak mówi Link-Lenczowski, to twierdzenie stojące w sprzeczności z rzeczywistością.

- To broń zasilana amunicją pośrednią kalibru 5,56 mm o dużej energii. Typowo taki pocisk penetruje tkanki miękkie, zostawiając niewielki kanał. Jeżeli kula ominie ważne organy, arterie i kości, większość rannych szybko dochodzi do siebie. Dowodem na to są dziesiątki tysięcy żołnierzy trafionych z podobnej broni podczas wojny w Ukrainie - opisuje Link-Lenczowski. Zastrzega przy tym, że istnieją różne warianty amunicji tego kalibru i są też takie specjalnie skonstruowane celem powodowania większych obrażeń. Jednak te najłatwiej dostępne i powszechnie używane, tak zwane pełnopłaszczowe, zachowują się tak jak opisane wcześniej.

Sam karabinek AR-15 to - jak mówi Link-Lenczowski - żadna cudowna czy szczególnie zabójcza broń. - To nie jest co do zasady broń precyzyjna, czy potocznie mówiąc "snajperska". Nigdy nie była jako taka pomyślana i projektowana. W dużym uproszczeniu AR-15 u zarania to był wojskowy karabinek M-16 z okresu wojny w Wietnamie, który miał strzelać dość celnie na około 300 metrów i być przy tym prosty, niezawodny oraz nadający się do masowej produkcji - mówi redaktor naczelny MILMAG.pl.

Cywilna amunicja do AR-15 nazywa się .223 Remington. Jej wojskowa wersja to w pełnym oznaczeniu NATO 5,56x45mm. Obecnie standard Sojuszu. - Projektowano ją z takim samym założeniem jak M-16, czyli miała zapewniać celność na około 300 metrów. Jest względnie lekka, ale ma dużą energię z racji na dużą prędkość. Na te 300 metrów leci więc płaskim torem, co pomaga w prowadzeniu celnego ognia - opisuje Link-Lenczowski.

Aktualnie baza w postaci rozwiązań z karabinków AR-15/M-16 jest niezwykle popularna na świecie i funkcjonuje w całej rzeszy klonów, modyfikacji i inspiracji. Pod powszechnie używanym w mediach określeniem "AR-15" nie kryje się jeden konkretny model broni. - To cała rodzina konstrukcji, które mogą się znacznie różnić. Zwłaszcza że to broń modułowa i równie dobrze można ją złożyć z naprawdę kiepskiej jakości tanich części z Chin, albo z nawet 10 razy droższych od najlepszych producentów. Wtedy te dwa karabinki będą się znacznie różnić choćby celnością - mówi redaktor naczelny MILMAG.pl. Choć zaznacza, że ze względu na podstawowy mechanizm działania AR-15 jest z natury bronią celniejszą niż na przykład AK-47, czyli potocznie "kałach".

- Tak samo jak w przypadku karabinka, amunicja też jest amunicji nierówna. Są duże różnice pomiędzy masowo produkowanymi nabojami "supermarketowymi", które kosztują po 2 zł za sztukę, a tymi lepszej jakości, które mogą kosztować i 60 zł. Nie wspominając o tym, że strzelcy chcący osiągnąć najlepszą celność, sami ją ręcznie produkują z najlepszych materiałów - opisuje Link-Lenczowski. - Można przypuszczać, że ten konkretny zamachowiec raczej miał broń oraz amunicję z dolnej półki, co oznacza z natury gorszą celność. Abstrahując już zupełnie od kwestii umiejętności i wpływu stresu - dodaje.

gazeta.pl