sobota, 22 czerwca 2024



Informacji o tej istotnej decyzji udzielił w trakcie czwartkowej konferencji prasowej rzecznik Amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, John Kirby. Zgodnie z jego słowami, USA - mając świadomość, że fakt ten odbije się na terminach dostaw dla innych krajów - musiały podjąć „trudną, ale konieczną decyzję” o spriorytetyzowaniu dostaw pocisków przeciwlotniczych dla Ukrainy. Zgodnie ze słowami Kirby'ego państwo to znajduje się obecnie w „kluczowym momencie konfliktu” i musi dysponować wystarczającą ilością pocisków, aby skutecznie odpierać kolejne rosyjskie ataki rakietowe.

Kontynuując odpowiedzi na pytania, rzecznik Rady Bezpieczeństwa dodał, że efekty „przesunięcia priorytetów” dostaw powinny być widoczne za kilka miesięcy, gdy do Ukrainy zaczną trafiać pociski prosto z linii produkcyjnych amerykańskich firm.  Warto dodać, że zgodnie z udzielonymi w trakcie konferencji informacjami, krajem którego dostawy nie zostaną opóźnione jest Republika Taiwanu.

Ogłoszona w czwartek decyzja jest częścią szerszej i trwającej od kilku miesięcy inicjatywy, która ma zaowocować istotnym i pilnym wzmocnieniem naziemnego komponentu ukraińskiej obrony powietrznej. Komponent ten, wyposażony głównie w posowieckie systemy S-300 i Buk udowodnił w pierwszych miesiącach i latach inwazji swoją wysoką skuteczność, niszcząc kilkadziesiąt rosyjskich statków powietrznych wielu typów i uniemożliwiając rosyjskim siłom powietrznym uzyskanie swobody działań nad ukraińskim niebem.

Jednocześnie jednak, wraz z kolejnymi atakami lotniczo-rakietowymi systematycznie malała ilość pocisków przeciwlotniczych pozostająca w dyspozycji ukraińskich SZ. Fakt ten pociągnął za sobą konieczność dostawy zachodnich systemów przeciwlotniczych średniego (Patriot i SAMP/T) oraz krótkiego (IRIS-T SLM, NASAMS, Aspide) zasięgu. Wykazały się one bardzo wysoką skutecznością w odpieraniu rosyjskich ataków. Sam system Patriot, chroniący między innymi Kijów, zgodnie ze słowami ukraińskich żołnierzy i polityków, wielokrotnie udowodnił, że jest „najnowocześniejszym systemem obrony powietrznej na świecie”.

Problemem ukraińskiej obrony powietrznej nie była jednak sama jakość, ale też ilość systemów obrony powietrznej. Stosunkowo nieliczne zachodnie zestawy nie były w stanie osłonić ukraińskiej infrastruktury krytycznej oraz rozwiniętych wojsk. Z tego powodu kolejne rosyjskie ataki skutkowały systematycznym niszczeniem sieci elektroenergetycznej, jak tez kolejnymi skutecznymi uderzeniami na pozycje obronne wojsk lądowych.

Obecnie ukraińskie SZ dysponują 3-4 zespołami ogniowymi systemu Patriot, przekazanymi przez Stany Zjednoczone i Niemcy. Uzupełnia je jeden, przekazany wspólnie przez Francję i Włochy, system SAMP/T będący produkowanym w Europie odpowiednikiem Patriota. W odpowiedzi na apele strony ukraińskiej, w najbliższych miesiącach do naszego wschodniego sąsiada trafić mają kolejne systemy tej klasy. Dostatecznie po jednym systemie zadeklarowały USA, Niemcy i Rumunia, z kolei Holandia rozpoczęła inicjatywę mającą zaowocować skompletowaniem z udziałem kilku krajów NATO kolejnego zestawu. Całość pakietu uzupełnia z kolei deklaracja Włoch, które zobowiązały się samodzielne przekazać zespół ogniowy SAMP/T.

Powyższe dostawy pozwolą podwoić „stan posiadania” ukraińskiej obrony powietrznej. Brakującym elementem, który zapewni im odpowiednią skuteczność jest duży zapas pocisków rakietowych i właśnie to zagwarantować ma amerykańska decyzja o przekierowaniu produkcji pocisków na potrzeby Ukrainy. 

strefaobrony.pl


Według powołującego się na dochodzenie hiszpańskich służb El Debate osobą, z którą Wawiłowa utrzymywała regularne kontakty, był Josep Lluis Alay, bliski doradca Carlesa Puigdemonta.

Ze śledztwa wynika, że to właśnie Wawiłowa zapoczątkowała relacje pomiędzy ludźmi Kremla a separatystami ze wspólnoty autonomicznej Katalonii dążącymi do oderwania tego regionu od Hiszpanii.

Alay, nazywany w Hiszpanii „prawą ręka Puigdemonta”, kontaktował się z Wawiłową m.in. w związku z tłumaczeniami jej książek na język hiszpański.

El Debate przypomina, że działająca przez lata „pod przykrywką” agentka rosyjskiej SWR zleciła najbliższemu doradcy Puigdemonta przetłumaczenie swoich trzech książek. Gazeta twierdzi, że tłumaczenie książek mogło być jedynie przykrywką dla kontaktów doradcy byłego premiera Katalonii oraz agentki rosyjskiej SWR.

Alay, jak wynika z dochodzenia „Voloh”, doskonale wiedział kim jest Wawiłowa, gdyż utrzymywał z nią relacje po tym, jak w 2010 r. została ona deportowana z USA do Rosji w ramach wymiany ujętych szpiegów. Wawiłowa i jej mąż znaleźli się bowiem w grupie 10 osób wymienionych za byłego rosyjskiego agenta Siergieja Skripala (który po latach był celem rosyjskiego zamachu w Wielkiej Brytanii z użyciem broni masowego rażenia. Zginęła wtedy postronna obywatelka Wielkiej Brytanii).

Wawiłowa vel Tracey Folley i jej mąż Andriej Biezrukow vel Donald Heathfield byli tzw. „nielegałami” (czy też „śpiochami”), rosyjskimi szpiegami udającymi Amerykanów dzięki fałszywej tożsamości. 

belsat.eu/PAP/elpais.com

20 czerwca Władimir Putin złożył oficjalną wizytę w Wietnamie, gdzie spotkał się z czołowymi politykami: prezydentem, premierem, sekretarzem generalnym rządzącej Komunistycznej Partii Wietnamu oraz przewodniczącym parlamentu. Przeprowadzono też rozmowy w rozszerzonym składzie, w których po stronie rosyjskiej uczestniczyło wielu ministrów (przemysłu, transportu, energetyki, wiceminister obrony), szefów państwowych agencji (ds. wojskowo-technicznej współpracy z zagranicą i inwestycji) oraz dyrektorzy koncernów (Rosoboroneksportu, Zarubieżniefti, Novateku, Rosatomu, banku WEB). Podpisano polityczną deklarację oraz szereg dokumentów międzyresortowych i biznesowych, w większości o charakterze niewiążących memorandów. Spółka Zarubieżnieft’ uzyskała licencję na zagospodarowanie kolejnego złoża w wietnamskiej strefie ekonomicznej na szelfie Morza Południowochińskiego (tzw. Blok 11-2).

Hanoi jest tradycyjnie bliskim partnerem politycznym Moskwy. Postsowiecką elitę rosyjską i komunistyczną elitę wietnamską łączy przede wszystkim pamięć o poparciu, jakiego ZSRR konsekwentnie udzielał Komunistycznej Partii Wietnamu w trakcie konfliktów w Indochinach w zasadzie przez cały okres od 1945 r. do drugiej połowy lat 80. (kolejno przeciwko Francji, Wietnamowi Południowemu, Stanom Zjednoczonym, Kambodży i Chinom). Szczególnie silne były więzi w dziedzinie współpracy wojskowo-technicznej. Wietnamskie siły zbrojne wyposażano niemal wyłącznie w sprzęt radziecki i rosyjski, a pewna liczba wietnamskich oficerów szkoliła się w Rosji. Po Chinach, Japonii i Korei Południowej Wietnam jest najważniejszym partnerem handlowym FR w regionie Azji Wschodniej i Azji Południowej.

Komentarz

Wizytę Putina należy interpretować jako próbę nadania nowej dynamiki w relacjach bilateralnych i powstrzymania Hanoi przed dalszym prozachodnim dryfem, który w dużym stopniu wynika z jego obaw przed rosnącą potęgą i asertywnością ChRL (z którą Wietnam toczy spór dotyczący rozgraniczenia szelfu i wysp na Morzu Południowochińskim). W ostatnich latach Moskwa – mimo ogłoszonego na początku drugiej dekady XX wieku zwrotu na Wschód – zaniedbała stosunki z Hanoi. Putin ostatni raz odwiedził Wietnam w 2017 r., jeszcze przed atakiem Rosji na Ukrainę stagnacji ulegały obroty handlowe (szczególnie na tle spektakularnego wzrostu wymiany obu partnerów z Chinami). Po rosyjskiej inwazji spadły one z ok. 7 mld dolarów w 2021 r. do poniżej 5 mld w 2022 r., a w 2023 r. wzrosły o zaledwie 8%. Nadal nie zrealizowano umowy z 2017 r. o zbudowaniu przez Rosatom w Wietnamie centrum badań jądrowych.

Spowolnienie we współpracy rosyjsko-wietnamskiej było widoczne w sferze wojskowo-technicznej. Według danych SIPRI wartość wietnamskiego importu z Rosji zmniejszała się gwałtownie mniej więcej od roku 2018, a Wietnam zaczął otwarcie deklarować wolę dywersyfikacji źródeł importu broni. Spadek ten wynikał także z braku gotowości Hanoi do łamania amerykańskich sankcji obejmujących współpracę z rosyjskim sektorem obronnym. Wietnam tymczasem zaczął aktywnie rozwijać relacje gospodarcze z Zachodem i polityczno-strategiczne – ze Stanami Zjednoczonymi.

Wizyta miała w dużym stopniu wymiar polityczno-propagandowy. Obie strony dołożyły starań, aby stworzyć wrażenie bezproblemowych stosunków i woli obu państw do pogłębiania współpracy we wszystkich sferach. Strona rosyjska wyraziła uznanie dla „wyważonego i obiektywnego” stanowiska Hanoi wobec agresji Rosji na Ukrainę, a Wietnam zadeklarował poparcie dla inicjatyw międzynarodowych Moskwy mających de facto antyzachodnie ostrze (Wielkie Partnerstwo Eurazjatyckie, budowa systemu bezpieczeństwa w Azji na zasadzie pozablokowej i niepodzielnego bezpieczeństwa, „depolityzacja” Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej, walka z „rewizjonizmem historycznym” dotyczącym II wojny światowej itd.).

Wizyta nie przyniosła (poza licencją dla Zarubieżniefti) konkretnych rezultatów w postaci umów, które mogłyby zdynamizować współpracę ekonomiczną czy wojskową (mimo obecności w rosyjskiej delegacji aż trzech oficjeli odpowiedzialnych za kwestie współpracy wojsko-technicznej). Już po odbyciu rozmów z przedstawicielami władz, na spotkaniu z wietnamskimi absolwentami radzieckich i rosyjskich uczelni, Putin przyznał, że istnieją poważne trudności we wzajemnych rozliczeniach, i ujawnił, że Hanoi odmawia obsługi samolotów pasażerskich zachodniej produkcji, z których korzystają rosyjskie linie lotnicze. Jednocześnie de facto zarzucił stronie wietnamskiej brak woli politycznej do stworzenia efektywnego mechanizmu rozliczeń. Wątpliwe jest, aby Hanoi zmieniło swoją dotychczasową ostrożną politykę wobec łamania sankcji, biorąc pod uwagę znaczenie dynamicznie rozwijających się więzi gospodarczych Wietnamu z Zachodem (36 mld dolarów inwestycji zagranicznych) i konieczność szukania amerykańskiego wsparcia w obliczu chińskiej potęgi.

osw.waw.pl

piątek, 21 czerwca 2024



W dniach 18–19 czerwca Władimir Putin złożył oficjalną wizytę w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej (KRLD). W skład rosyjskiej delegacji weszli dwaj wicepremierzy (odpowiedzialni za sektor energetyczny i przemysł obronny), ministrowie: obrony, spraw zagranicznych, transportu i zdrowia, wiceminister obrony oraz gubernator graniczącego z ChRL Kraju Nadmorskiego. Oprócz rozmów Putina z liderem KRLD Kim Dzong Unem odbyło się też spotkanie w rozszerzonym składzie. Podpisano trzy dokumenty: międzypaństwowy Układ o wszechstronnym partnerstwie strategicznym oraz dwa międzyrządowe porozumienia – o budowie mostu drogowego przez graniczną rzekę Tumen i o współpracy w dziedzinie ochrony zdrowia, kształcenia medycznego i nauki.

Układ o strategicznym partnerstwie zawiera klauzulę o niezwłocznym udzieleniu „wojskowej i innej pomocy przy użyciu wszystkich dostępnych sił” – zgodnie z art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych – w wypadku gdy druga strona znajdować się będzie w stanie wojny w konsekwencji agresji zbrojnej. Ponadto zamieszczono w nim zobowiązanie do niepodpisywania z państwami trzecimi umów, które naruszałyby suwerenność i bezpieczeństwo drugiego sygnatariusza, oraz do podjęcia wspólnych działań w celu wzmocnienia zdolności obronnych stron. Dokument zobowiązuje FR i KRLD do zwiększenia handlu, stwarzania sprzyjających warunków współpracy gospodarczej w kwestiach celnych i finansowych oraz stymulowania wzajemnych inwestycji. Putin w trakcie wizyty, jak również w opublikowanym dzień przed nią artykule dla północnokoreańskiego dziennika odnotował z wdzięcznością poparcie, jakiego Korea Północna udziela Rosji w wojnie z Ukrainą, wyrażał się z uznaniem o antyamerykańskiej polityce Pjongjangu i obarczał całą winą za napięcia na Półwyspie Koreańskim Stany Zjednoczone. Zapowiedział, że Moskwa sprzeciwia się przedłużaniu reżimu sankcyjnego ONZ wobec KRLD.

Komentarz

Podpisanie układu o partnerstwie strategicznym – a zwłaszcza włączenie do niego klauzuli o wzajemnej pomocy wojskowej na wypadek agresji – ma poważne konsekwencje. Oznacza intensyfikację współpracy wojskowo-technicznej, co niewątpliwie przełoży się na zwiększenie dostaw północnokoreańskiego wyposażenia i amunicji dla armii rosyjskiej walczącej przeciwko Ukrainie. Pośrednio świadczy o tym obecność w delegacji FR wicepremiera odpowiedzialnego za przemysł zbrojeniowy i – obok ministra obrony – zajmującego się zaopatrzeniem sił zbrojnych wiceministra tego resortu. Jednocześnie podpisanie układu wiąże się z tym, że Rosja będzie wspierać modernizację technologiczną armii północnokoreańskiej, a zwłaszcza jej komponentu rakietowego, kosmicznego i – prawdopodobnie – nuklearnego. To zaś przyczyni się do podniesienia zagrożenia militarnego dla Korei Południowej i stacjonujących w tym państwie (z którym Stany Zjednoczone są związane sojuszem obronnym) sił amerykańskich. Co więcej, można założyć, że porozumienie wojskowe z Rosją zachęci północnokoreański reżim do eskalowania napięcia i zwiększenia gotowości do zachowań niosących ze sobą niebezpieczeństwo pełnoskalowego konfliktu na Półwyspie Koreańskim. Niewątpliwie podpisanie tego dokumentu pokazuje, że Moskwa uważa, iż wybuch takiego konfliktu byłby dla niej korzystny, a co najmniej jest gotowa ponieść jego ryzyko.

Porozumienie należy również uznać za przypieczętowanie radykalnego zwrotu Kremla od Zachodu ku Azji w sferze nie tylko polityki zagranicznej, lecz także kształtowania tożsamości Rosji. Warto w tym miejscu przypomnieć, że FR odziedziczyła po Związku Radzieckim pochodzące z 1961 r. porozumienie z KRLD, które zawierało też zapisy o wzajemnej pomocy wojskowej. Moskwa klauzulę tę wypowiedziała jednak w 1996 r. Nawet pod koniec lat 90., gdy rosyjski establishment polityczny był już głęboko rozczarowany relacjami z Zachodem (za symboliczny przełom można uznać sprzeciw wobec interwencji zbrojnej NATO w Kosowie), pomysł antyzachodniego sojuszu z Koreą Północną zgłaszały jedynie środowiska stanowiące absolutny margines polityczny i intelektualny. Do samego pełnoskalowego ataku FR na Ukrainę w lutym 2022 r. KRLD w rosyjskim dyskursie politycznym traktowano jako przykład tego, czym Rosja nie chciałaby się stać – nawet w sytuacji konfliktu z Zachodem. Zacieśnienie więzi z Pjongjangiem i towarzysząca temu retoryka Kremla doskonale pasują do rozwijanej przezeń ideologicznej koncepcji cywilizacyjnego zerwania z tradycją zachodnią i budowania antyzachodniego sojuszu „tradycyjnych cywilizacji”.

Skład rosyjskiej delegacji świadczy o tym, że w wymiarze praktycznym strony będą poszerzały współpracę przede wszystkim w sferach wojskowo-technicznej, energetyki, ochrony zdrowia oraz zamierzają dążyć do rozbudowania połączeń komunikacyjnych. Warto zwrócić uwagę, że formalnie Rosja nadal przestrzega sankcji ONZ nałożonych na KRLD. W związku z tym oficjalne obroty handlowe między nimi – mimo dziewięciokrotnego wzrostu w 2022 r. i ponownego podniesienia się o połowę w 2023 r. – osiągnęły zaledwie 35 mln dolarów rocznie. Należy jednak przypuszczać (co pośrednio potwierdza zawetowanie przez Rosję w zeszłym roku prac grupy ekspertów ONZ zajmującej się monitorowaniem restrykcji wymierzonych w Koreę Północną), że w rzeczywistości wymiana jest znacznie wyższe. Niemniej ewentualny rozwój tej współpracy będzie miał większe znaczenie dla KRLD niż dla Rosji.

Wizyta Putina w Korei Północnej i zawarte porozumienia staną się dla Moskwy narzędziem presji polityczno-psychologicznej na Zachód. Tworzą bowiem zagrożenie wzrostem regionalnej i globalnej niestabilności, a jednocześnie służą lansowaniu tezy, że północnokoreańskie zasoby ułatwią Rosji przedłużenie wojny z Ukrainą lub nawet przyczynią się do zwycięstwa agresora. W ten sposób zwiększają presję na polityczną regulację konfliktu na warunkach Moskwy. Ponadto są instrumentem zastraszania azjatyckich sojuszników USA bezpośrednio lub pośrednio wspierających Ukrainę (politycznie, finansowo lub dostawami amunicji) – Japonii, a szczególnie Korei Południowej – co podnosi koszty i ryzyka takiej ich polityki.

Zwraca uwagę powściągliwa reakcja Pekinu na zawarcie przez Moskwę i Pjongjang układu o partnerstwie strategicznym. Należy założyć, że Putin poinformował chińskiego lidera o zamiarze podpisania takiego dokumentu podczas ostatniej wizyty w Pekinie w kwietniu. Dla Chin konsekwencje tego porozumienia są niejednoznaczne. Z jednej strony pomoże ono Rosji prowadzić wojnę na Ukrainie i będzie stanowić dodatkowy problem dla Waszyngtonu, co leży w interesie Pekinu. Z drugiej jednak – zwiększone ryzyko eskalacji na Półwyspie Koreańskim mogłoby doprowadzić do pełnoskalowego konfliktu w regionie Azji Północno-Wschodniej z udziałem Stanów Zjednoczonych, czego ChRL chciałaby obecnie uniknąć.

osw.waw.pl


Filipińsko-chińskie morskie przepychanki mają miejsce w archipelagu wysp Spratlay na Morzu Południowochińskim. Konkretnie rafy Ayungin, na której spoczywa stary filipiński (ex-amerykański) okręt desantowy Sierra Madre. Został tam umieszczony w 1999 roku, aby wzmocnić filipińską obecność w okolicy, po tym jak kilka lat wcześniej Chińczycy zaczęli budowę swojej nielegalnej placówki wojskowej (początkowo nazywanej "schronieniem dla rybaków") na pobliskim atolu Mischief Reef. Aktualnie na rdzewiejącym i rozpadającym się kadłubie na zmianę przebywają w spartańskich warunkach kilkuosobowe grupy filipińskich marynarzy. Ich jedyną funkcją jest być i trwać, aby utrudnić Chińczykom zawłaszczenie rafy. Ci nie podejmują bezpośrednich ataków na Sierra Madre, jednak już od ponad dekady próbują sabotować misje zaopatrzeniowe i wymianę obsady filipińskiej placówki.

17 czerwca doszło do kolejnego tego rodzaju starcia. Filipińczycy wysłali do Sierra Madre jedną większą łódź i kilka mniejszych półsztywnych. Chińczycy czekali z ponad dwukrotnie liczniejszymi siłami, do tego ich jednostki były większe. Według relacji filipińskiego wojska chińska straż wybrzeża używała taranowania, aby zmusić ich łodzie do zmiany kursu i niepłynięcia ku Sierra Madre. Jedna z nich miała zostać wzięta w kleszcze przez dwie chińskie jednostki, jej silniki celowo uszkodzono, po czym doszło do abordażu. Chińczycy mieli dokonać bezprawnego przeszukania i zagrabienia części broni oraz wyposażenia filipińskich marynarzy.

Pomimo wszystko część jednostek Filipin dotarła do burty Sierra Madre i rozpoczęła przeładunek. Chińczycy nie dali za wygraną i zaatakowali je przy pomocy kilku swoich łodzi półsztywnych. Na filipińskich nagraniach widać, jak dochodzi do taranowania, przepychania i prób odholowywania. Można też zobaczyć, że chińscy marynarze grożą siekierą, kiedy Filipińczyk próbuje odwiązać linę, która służyła do odholowywania jego łodzi. Jeden z filipińskich załogantów został ugodzony ostrym przedmiotem w ramię i musiał zostać opatrzony. Według Filipin został ugodzony nożem przywiązany do bambusa i używanym jak prosta dzida. Filipińczycy nagrali też, jak jeden z Chińczyków dziurawi gumowaną burtę ich jednostki przy pomocy noża. Widać też, jak bosakami po prostu kradną plecaki i torby z pokładów filipińskich łodzi. Do tego Chińczycy próbowali utrudniać nagrywanie wydarzeń przy pomocy silnych świateł stroboskopowych i puszczali z głośników wysoki dźwięk.

(...)

Chiny stosują jednak strategię faktów dokonanych i wykorzystują swoją siłę. Od lat 90. sztucznie powiększyły kilka wcześniej bezludnych lub tylko okresowo zamieszkanych wysepek i raf, przeobrażając je w bazy wojskowe. Część z lotniskami i stanowiskami obrony przeciwlotniczej oraz brzegowej. Używają ich jako podstawy do wysuwania żądań co do kontroli nad okolicznymi wodami. Do prób ich egzekucji używają przede wszystkim sił Straży Wybrzeża, która jest bardzo rozbudowaną i dobrze wyposażoną organizacją paramilitarną. Jej największe jednostki są rozmiarów porównywalnych do amerykańskich niszczycieli typu Alreigh Burke. Łączna liczba oceanicznych i przybrzeżnych jednostek patrolowych jest szacowana na prawie 300 sztuk. Dodatkowo i tak już bardzo silna Straż Wybrzeża jest wspierana przez tak zwaną Milicję Morską. To kolejna paramilitarna organizacja, która używa nieuzbrojonych zaadoptowanych lub specjalne budowanych jednostek cywilnych do zadań patrolowych, a raczej hybrydowych. Zadaniem milicji jest głównie dbanie o chińskie interesy na spornych wodach. Dokładna liczba jednostek tej formacji nie jest znana, ale jest szacowana na 300-400 na Morzu Południowochińskim.

Państwa spierające się z Chinami o kontrolę nad tymże morzem nie dysponują porównywalnymi środkami. Brunei, Filipiny, Indonezja, Malezja, Tajwan i Wietnam muszą więc prowadzić skomplikowaną grę ze swoim znacznie większym zaborczym sąsiadem. Trudną zwłaszcza z tego powodu, że Chiny są dla każdego z tych państw kluczowym partnerem gospodarczym. Chińczycy dysponują więc nie tylko znaczną przewagą siły na morzu, ale też narzędziami presji gospodarczej. Większość unika więc zaogniania stosunków z Chinami i stara się nie doprowadzać do incydentów. Okresowo dochodzi jednak do okresów napięć, zwłaszcza z udziałem Filipin oraz Wietnamu, które są relatywnie najbardziej dotknięte chińskimi zakusami.

gazeta.pl


Według "Handelsblatt" jest udokumentowane, że Scholz (wówczas jako minister finansów) wielokrotnie lobbował w USA, aby zapobiec nałożeniu sankcji na Nord Stream 2. Szczególnie u sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, który za rządów Donalda Trumpa był odpowiedzialny za kwestię sankcji. Scholz miał już w 2020 roku zaproponować poufnie zainwestowanie miliarda euro z pieniędzy niemieckich podatników w terminale do przeładunku skroplonego gazu ziemnego na północnym wybrzeżu Niemiec. Warunkiem było zniesienie przez USA sankcji nałożonych na Nord Stream 2.

"Notatka z Ministerstwa Gospodarki z września 2020 r. potwierdza teorię, że terminale LNG były dla Scholza jedynie środkiem do celu. (…) Zwraca uwagę, że ‘ani kwestie finansowania nie zostały ostatecznie wyjaśnione, ani nie udzielono wszystkich zezwoleń na budowę terminali'. Notatka pokazuje również, że Scholz najwyraźniej chciał przeforsować swoją tajną umowę bez zgody niemieckiego parlamentu jako ustawodawcy budżetowego" – pisze "Handelsblatt".

Jak przypomina, zabiegi Scholza okazały się bezcelowe, ponieważ administracja Trumpa odrzuciła propozycję umowy. "Biały Dom ogłosił, że nie da się nabrać na 'bzdury' niemieckiego rządu" – czytamy.

Po nieudanym zabiegu Scholza do akcji wkroczyła Manuela Schwesig, która zgodziła się na utworzenie fundacji z rosyjskim koncernem energetycznym Gazprom, jedynym właścicielem Nord Stream 2 AG. Fundacja Ochrony Klimatu i Środowiska MV miała rzekomo zajmować się ochroną klimatu, ale w rzeczywistości jej głównym celem było ominięcie amerykańskich sankcji nałożonych na Nord Stream 2. Plan się udał, przynajmniej początkowo. Departament Stanu USA uznał pod koniec 2021 r., że fundacja jest instytucją rządową, wobec której obowiązuje zwolnienie z sankcji. Restrykcjami nie został też objęty należący do fundacji statek, który dokończył prace.

"Handelsblatt" opisuje również decydującą rolę innego socjaldemokraty, ówczesnego szefa MSZ, obecnego prezydenta Niemiec Franka-Waltra Steinmeiera. Choć przyznał on po inwazji Rosji na Ukrainę, że jego poparcie dla Nord Stream było "oczywistym błędem", to dokumenty odsłaniają, jego wielkie zaangażowanie na rzecz budowy gazociągu. W "katalogu środków na rzecz politycznego wsparcia Nord Stream 2" z 2016 roku, opracowanym przez biuro Steinmeiera "wschodnioeuropejscy przeciwnicy gazociągu zostali w nim oskarżeni o kierowanie się niskimi pobudkami" – czytamy.

(..)

Zdaniem "Handelsblatt" cała trójka polityków, Scholz, Schwesig i Steinmeier, zamknęła rozdział dotyczący Nord Stream 2. Jednak poseł Zielonych Felix Banaszak apeluje o powołanie komisji śledczej w Bundestagu. "Dlaczego wielka koalicja (za czasów Angeli Merkel była to CDU/CSU i SPD – red.) najwyraźniej chciała szybko przeforsować Nord Stream 2 przy wsparciu Scholza tuż przed dojściem do władzy obecnej koalicji? Czy chodziło o przedstawienie faktu dokonanego nowym partnerom koalicyjnym, Zielonym i FDP, którzy są krytyczni wobec projektu?" – pyta w rozmowie z dziennikiem Banaszak.

Gazeta podkreśla, że SPD nie jest jak dotąd zainteresowana rozliczeniem się ze sprawą Nord Stream 2. Także obecna opozycyjna CDU woli zachować milczenie. "Była kanclerz Angela Merkel, były minister gospodarki Altmeier i politycy CDU z Meklemburgii-Pomorza Przedniego są tak samo zaangażowani w aferę jak Steinmeier, Scholz i Schwesig" – konkluduje "Handelsblatt".

gazeta.pl/Deutsche Welle

czwartek, 20 czerwca 2024



Dania i Szwecja poszukują możliwości ograniczenia aktywności „floty cienia” na swoich morzach terytorialnych i w wyłącznych strefach ekonomicznych (WSE). Problem dotyczy głównie Danii, gdyż żegluga odbywa się przez Cieśniny Duńskie. Tamtejsze media za ośrodkiem badawczym CREA podają, że od początku 2023 r. do maja br. przez Wielki Bełt przepłynęło 2,5 tys. tankowców z rosyjską ropą, z czego połowa należała do „floty cienia” (obecnie jest to już 61%). Z kolei Szwecja zaobserwowała ich obecność w swojej WSE przy Gotlandii, gdzie cumują one, by przeładować surowiec. Sztokholm obawia się wykorzystania statków do rozpoznania radioelektronicznego. Oba państwa dostrzegają ryzyko katastrofy ekologicznej wskutek sprowokowanego lub przypadkowego wycieku ropy czy kolizji (załogi tankowców są niedoświadczone), tym bardziej że w marcu br. doszło do takiego incydentu z udziałem nieubezpieczonej jednostki w Cieśninach Duńskich (globalnie odnotowano już kilkadziesiąt podobnych zdarzeń). Zwracają uwagę, że w razie katastrofy z udziałem tankowca „floty cienia” prawne możliwości przypisania odpowiedzialności czy uzyskania odszkodowania są ograniczone ze względu na niejasną strukturę właścicielską oraz wadliwe lub fałszywe ubezpieczenia tych jednostek. Siły zbrojne Danii i Szwecji podwyższyły w związku z tym gotowość do reagowania na potencjalny incydent oraz wzmocniły monitoring żeglugi.

Duńskie dyskusje na temat powstrzymania „floty cienia” trwają od jesieni 2023 r. Pole manewru tego państwa ograniczają Konwencja kopenhaska (1857) dotycząca swobody żeglugi w Cieśninach Duńskich i Konwencja o prawie morza (UNCLOS, 1982), gwarantujące swobodę przepływu przez Sund, Wielki Bełt i Mały Bełt. Debatuje się jednak nad opcjami wykorzystania UNCLOS, np. art. 220(2). Stwierdza on, iż w wypadku uzasadnionych przypuszczeń, że statek płynący po morzu terytorialnym naruszył ustawy i inne przepisy prawne danego państwa lub normy międzynarodowe i standardy środowiskowe, kraj ten może przeprowadzić fizyczną inspekcję statku i wszcząć postępowanie, łącznie z zatrzymaniem jednostki. Oznacza to, że Dania i Szwecja mogłyby dokonać takowej inspekcji tankowców „floty cienia” pod kątem przestrzegania przez nie norm środowiskowych czy sankcji UE oraz weryfikacji ubezpieczenia. Otwartą kwestią pozostaje wola polityczna obu państw do poczynienia takiego kroku i ewentualnego zatrzymania statków, co mogłoby wywołać wrogą reakcję Moskwy. Dlatego Kopenhaga i Sztokholm zabiegają przede wszystkim o objęcie floty skutecznymi restrykcjami unijnymi w ramach 14. pakietu. Inspiracją mogą być obostrzenia nałożone 13 czerwca br. przez Wielką Brytanię na cztery jednostki „floty cienia” i ich ubezpieczyciela.

Wdrożenie systemowego rozwiązania ograniczającego działalność „floty cienia” – a tym samym wpływy do rosyjskiego budżetu – jest trudne ze względu na obawy Zachodu przed wzrostem światowych cen ropy i paliw, a także na niechęć Węgier i unijnych armatorów (Cypru, Malty, Grecji) do nakładania stosownych restrykcji. Dotychczas ta ostatnia grupa państw doprowadzała do znacznego łagodzenia części zapisów sankcyjnych, m.in. tych dotyczących odsprzedaży tankowców. Brak determinacji ze strony UE unaocznia nieefektywność ustanowionego przez kraje G7 mechanizmu limitu cenowego (zob. Konieczność rewizji sankcji na rosyjską ropę), którego egzekucja jest fragmentaryczna. Do tej pory najskuteczniejszą – choć o ograniczonym czasie działania – metodę walki z łamaniem obostrzeń stanowi wpisywanie konkretnych armatorów i statków na listy sankcyjne USA ze względu na naruszenie price cap, co utrudnia Rosjanom eksport.

Ograniczenie bałtyckiej żeglugi tankowców przewożących rosyjską ropę i paliwa skutkowałoby poważną redukcją dochodów Kremla. Rosyjskie porty na Morzu Bałtyckim odpowiadają za od 30% do nawet 50% eksportu surowca drogą morską oraz za znaczną część sprzedaży produktów ropopochodnych. Ze względu na bariery infrastrukturalne przekierowanie tych wolumenów do innych portów jest obecnie niemożliwe. Dlatego należy się spodziewać zdecydowanej próby przeciwstawienia się przez Rosję ewentualnym ograniczeniom – zarówno na polu dyplomatycznym (dalsze groźby i zarzuty o eskalację), jak i sądowym (np. w marcu br. po objęciu sankcjami jednego z rosyjskich ubezpieczycieli – AlfaStrachowanie – firma zaskarżyła tę decyzję do unijnych sądów). W przypadku faktycznego zamiaru blokowania żeglugi floty poprzez regularne inspekcje i zatrzymania statków nie można wykluczyć rosyjskiego „testu” determinacji Szwecji i Danii – eskortowania tankowca przez okręty Floty Bałtyckiej. Takie posunięcie miałoby jednak charakter przede wszystkim demonstracyjny – zapewnienie eskorty wszystkim lub chociażby większości tankowców wiozących rosyjską ropę i paliwa jest nierealne ze względu na skalę zjawiska.

osw.waw.pl


Oleg Pszeniczny: Według pana w 1917 r. Rosjanie mieli wybór między lewicową a prawicową dyktaturą. Okazuje się, że wtedy wybrali lewicę. Czy teraz wybrali prawicę?

Borys Akunin: Cały okres Putina to nie zwrot, ale stopniowy powrót do pierwotnego modelu państwa, w którym nie może być ani federacji, ani podziału władzy, ani wolnej prasy, ani niezależnego sądu. To powrót do 1985 r. Pozostaje tylko przywrócić republiki związkowe — w rzeczywistości istnieje taka próba. Prowadzona ukradkiem, lecz wytrwale.

Czy Rosję Putina można uznać za kontynuację Rosji Lenina?

Nie Lenina. Lenin nie chciał przywrócić imperium, ale zorganizować światową rewolucję. Putin jest kontynuatorem nie tylko polityki Breżniewa i Stalina, ale także polityki państwowej Romanowów. Znowu "prawosławie — autokracja — narodowość", znowu "Trzeci Rzym", który jest teraz rozumiany jako światowa twierdza reakcyjno-konserwatywnych wartości.

Istnieje opinia, że zarówno Stalin, jak i Putin to "szarzy, mali ludzie". Na ile ten pogląd jest uzasadniony?

Nie wydaje mi się, by Stalin i Putin byli szarymi ludźmi. Są dla mnie bardzo niesympatycznymi, ale niewątpliwie utalentowanymi postaciami politycznymi. Są podobni w swojej megalomanii i łatwości, z jaką niszczą ludzi (choć Putinowi wciąż daleko do Stalina pod tym względem). Jest jednak między nimi — jako władcami — jedna zasadnicza różnica, o której piszę w książce.

Stalin był silnym strategiem i słabym taktykiem. Oznacza to, że był w stanie opracować wielkie cele (w tym zbrodnicze), ale często potykał się na drodze do ich osiągnięcia, co kosztowało kraj ogromne ofiary.

Z drugiej strony Putin jest dość zręcznym taktykiem, ale strategiczne cele, do których dąży, są samobójcze lub nieosiągalne.

Nie stanie się światowej klasy przywódcą politycznym ani władcą supermocarstwa. Jedyne, co może osiągnąć, to to, że zamiast być młodszym partnerem Zachodu, stanie się młodszym partnerem Chin.

onet.pl/The Insider

środa, 19 czerwca 2024



Pierwszym ewolucyjnym odejściem, które ostatecznie doprowadziło do powstania naszego gatunku, wcale nie były powiększenie się mózgu ani umiejętność budowania narzędzi, lecz dwunożność — strukturalnie nieprawdopodobna i niosąca ze sobą gigantyczne konsekwencje adaptacja, której początki sięgają czasów sprzed siedmiu milionów lat [Johanson 2006]. Ludzie są jedynymi ssakami, których naturalną sylwetką podczas chodzenia jest pozycja wyprostowana (inne ssaki naczelne robią to tylko okazjonalnie), stąd dwunożność może być postrzegana jako krytyczna przełomowa adaptacja, dzięki której ostatecznie staliśmy się ludźmi. Mimo to dwunożność — będąca zasadniczo sekwencją powstrzymywanych upadków — jest ze swej natury niestabilna i niezgrabna: „Ludzkie chodzenie to ryzykowna sprawa. Bez idealnego wyczucia, którego dokładność sięga ułamków sekundy, człowiek upadłby płasko na twarz; prawdę mówiąc, każdy wykonywany przez niego krok to balansowanie na krawędzi katastrofy” [Napier 1970, s. 165]. Oprócz tego, że jesteśmy bardziej podatni na urazy mięśniowo-szkieletowe, dwunożność powoduje również utratę masy kostnej, osteopenię (spadek gęstości kości poniżej normy) i osteoporozę [Latimer 2005] u osób w podeszłym wieku.

Zaproponowano wiele różnych odpowiedzi na oczywiste pytanie: „Dlaczego w takim razie to robimy?”. Niektóre z nich, w tym krótka argumentacja Johansona [2006], wydają się mało przekonujące. Sprawianie wrażenia wyższego po to, żeby zastraszyć drapieżników, nie przyniosłoby żadnego skutku w kontakcie z dzikimi psami, gepardami czy hienami, które nie boją się ssaków dużo większych od siebie. Chodzenie w wyprostowanej pozycji tylko po to, żeby wyglądać na wyższego, niepotrzebnie przyciągnęłoby uwagę drapieżników; sięganie po owoce z niskich gałęzi było możliwe bez rezygnacji z szybkiego biegania na czterech kończynach; a efekt ochłodzenia organizmu można było osiągnąć, odpoczywając w cieniu i szukając pożywienia tylko podczas chłodniejszych poranków lub wieczorów. Najlepszym wytłumaczeniem mogą być różnice w ogólnym zużyciu energii [Lovejoy 1988]. Hominini, podobnie jak wiele innych ssaków, większość swojej energii tracili na rozmnażanie się, jedzenie i zapewnianie bezpieczeństwa, a skoro dwunożność pomogła im osiągać te wszystkie cele, cecha ta została przyjęta na stałe.

Cytując Johansona [2006, s. 2]: „Naturalna selekcja nie może wykreować takiego zachowania jak dwunożność, ale może doprowadzić do wybrania tego zachowania, jeśli ono już się pojawiło”. Patrząc na to z węższej perspektywy, trudno stwierdzić, czy dwunożność przyniosła wystarczającą biomechaniczną przewagę, która przyczyniła się do jej rozpowszechnienia tylko ze względu na koszt energii chodzenia [Richmond i in. 2001]. Sockol, Raichlen i Pontzer [2007] zmierzyli koszt energetyczny spacerujących szympansów i dorosłych ludzi; odkryli, że u ludzi chodzenie kosztuje około 75% mniej energii niż chodzenie na czterech lub na dwóch kończynach u szympansów. Różnica ta jest rezultatem różnic biomechanicznych w anatomii i chodzie — przede wszystkim rozszerzonego biodra i dłuższych kończyn tylnych u ludzi.

Dwunożność rozpoczęła kaskadę gigantycznych zmian ewolucyjnych [Kingdon 2003; Meldrum, Hilton 2004]. Kiedy hominini zaczęli chodzić w wyprostowanej pozycji, zyskali swobodę do noszenia broni w rękach i zanoszenia jedzenia do siedlisk (wcześniej musieli spożywać je na miejscu). Dwunożność była niezbędna do wykształcenia większej zręczności dłoni i rozwinięcia umiejętności korzystania z narzędzi. Hashimoto i jego współpracownicy [2013] doszli do wniosku, że adaptacje, które umożliwiły używanie narzędzi, ewoluowały niezależnie od tych, które były potrzebne do wykształcenia dwunożności, ponieważ zarówno u ludzi, jak i u małp każdy palec ma osobną reprezentację w pierwotnej korze somatosensorycznej, tak samo jak jest fizycznie odseparowany od pozostałych palców u dłoni. Dzięki temu palce mogą być używane niezależnie od siebie w złożonych ruchach podczas używania narzędzi. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że bez dwunożności niemożliwe byłoby używanie korpusu ciała jako dźwigni, która przyspiesza działanie dłoni podczas wytwarzania i używania narzędzi. Dwunożność wyswobodziła również usta i zęby, umożliwiając im wykształcenie bardziej złożonego systemu przywoływania, który jest warunkiem wstępnym do powstania języka [Aiello 1996]. Wszystkie te formy rozwoju wymagały większych mózgów, których koszt energii z czasem zwiększył się aż 3-krotnie w porównaniu z mózgami szympansów i osiągnął poziom aż jednej szóstej całkowitego podstawowego tempa metabolizmu [Foley, Lee 1991; Lewin 2004]. Średni współczynnik encefalizacji (rzeczywista/szacowana masa mózgu podzielona przez masę ciała) wynosi 2 – 3,5 dla ssaków naczelnych i wczesnych homininów, natomiast u ludzi jest to nieco ponad 6. Trzy miliony lat temu Australopithecus afarensis miał mózg o pojemności niecałych 500 cm3; 1,5 miliona lat temu pojemność ta była 2-krotnie większa u Homo erectus, a potem wzrosła średnio jeszcze o 50% u Homo sapiens [Leonard, Snodgrass, Robertson 2007].

Wyższy współczynnik encefalizacji był kluczowy dla zwiększenia złożoności społecznej (która poprawiła szanse na przetrwanie i odróżniła homininów od innych ssaków) i był ściśle związany ze zmianami jakości spożywanego jedzenia. Zapotrzebowanie mózgu na energię jest mniej więcej 16 razy większe niż zapotrzebowanie mięśni szkieletowych, a mózg człowieka potrzebuje 20 – 25% energii metabolizmu spoczynkowego w porównaniu z 8 – 10% u innych ssaków naczelnych i jedynie 3 – 5% u pozostałych ssaków [Holliday 1986; Leonard i in. 2003]. Jedynym sposobem na utrzymanie dużego mózgu przy zachowaniu ogólnego tempa metabolizmu (metabolizm spoczynkowy u człowieka nie jest wyższy niż u innych ssaków o podobnej masie) było zmniejszenie masy innych tkanek o wysokich wymaganiach metabolicznych. Aiello i Wheeler [1995] wysunęli tezę, że zmniejszenie długości przewodu pokarmowego było najlepszą opcją, ponieważ masa jelit (w przeciwieństwie do masy serca czy nerek) może być bardzo różna w zależności od diety.

Fish i Lockwood [2003], Leonard, Snodgrass i Robertson [2007], a także Hublin i Richards [2009] potwierdzili, że istnieje ważna pozytywna korelacja między jakością diety a masą mózgu u ssaków naczelnych, a lepsza dieta homininów, zawierająca mięso, wspomagała większe mózgi, których wysokie zapotrzebowanie na energię było po części rezultatem skrócenia układu pokarmowego [Braun i in. 2010]. Podczas gdy u pozostałych ssaków naczelnych niebędących ludźmi ponad 45% masy przewodu pokarmowego stanowi jelito grube, a tylko 14 – 29% jelito cienkie, u ludzi ten stosunek jest odwrócony: jelito cienkie stanowi ponad 56%, a jelito grube tylko 17 – 25% masy przewodu pokarmowego, co wyraźnie świadczy o dostosowaniu się człowieka do spożywania wysokojakościowych produktów o dużej gęstości energii (mięsa, orzechów), które mogą być trawione w jelicie cienkim. Zwiększona konsumpcja mięsa pomaga również wyjaśnić przyrost masy ciała oraz większy wzrost człowieka, a także mniejsze szczęki i zęby [McHenry, Coffing 2000; Aiello, Wells 2002]. Jednak wzrost spożycia mięsa nie mógł zmienić podstaw energetycznych ewoluujących homininów: aby zdobyć dowolne pożywienie, musieli oni polegać wyłącznie na swoich mięśniach i stosowaniu prostych forteli podczas zbierania, wygrzebywania, polowania i łowienia.

(...)

Nigdy nie poznamy najwcześniejszych dat kontrolowanego używania ognia do ogrzewania się i gotowania: na otwartych przestrzeniach wszystkie znaczące dowody zostały usunięte przez sekwencję wielu wydarzeń, natomiast w jaskiniach zostały zatarte przez następne pokolenia, które również używały ognia. Najwcześniejsza data potwierdzonego użycia kontrolowanego ognia została ostatnio cofnięta: Goudsblom [1992] określił ją na około 250 000 lat temu, a 12 lat później Goren-Inbar ze współpracownikami [2004] cofnęli ją aż do 790 000 lat temu. Tymczasem informacje zawarte w skamielinach sugerują, że konsumowanie jedzenia poddanego obróbce cieplnej zaczęło się dużo dawniej — 1,9 miliona lat temu. Nie ma jednak żadnych wątpliwości co do tego, że w okresie paleolitu górnego (30 000 – 20 000 lat temu), w którym Homo sapiens sapiens wyparł europejskich neandertalczyków, używanie ognia było już powszechne [Bar-Yosef 2002; Karkanas i in. 2007].

Przyrządzanie mięsa na ogniu zawsze było postrzegane jako ważny element ewolucji człowieka; Wrangham [2009] uważa wręcz, że miało ono „gigantyczny” wpływ na naszych przodków, bo znacząco zwiększyło zakres i jakość dostępnego pożywienia, a także przyniosło wiele zmian fizycznych (włącznie z mniejszymi zębami i mniej pojemnym przewodem pokarmowym) i behawioralnych (takich jak potrzeba bronienia zapasów nagromadzonej żywności, która sprzyjała tworzeniu więzi opiekuńczych między kobietami a mężczyznami), które ostatecznie doprowadziły do kompleksowej socjalizacji, osiadłego trybu życia i „samoudomowienia”. Wszystkie prehistoryczne metody gotowania wykorzystywały otwarty ogień: mięso było zawieszane nad płomieniami, zakopywane w gorącym żarze, kładzione na gorących kamieniach, okrywane twardą skórą, pokrywane gliną albo wkładane razem z gorącymi kamieniami do skórzanych worków wypełnionych wodą.

(...)

Bailey i współpracownicy [1989] doszli do wniosku, że nie istnieją żadne jednoznaczne etnograficzne dowody na istnienie zbieraczy-łowców, którzy żyliby w tropikalnych lasach deszczowych i nie żywili się udomowionymi zwierzętami i roślinami hodowlanymi. Później Bailey i Headland [1991] zmienili ten wniosek, gdy dowody archeologiczne z Malezji pokazały, że duże zagęszczenie sagowca i świń pozwalało na wyjątki. Podobnie zbieractwo często przynosiło zaskakująco niezadowalające rezultaty w bogatych gatunkowo tropikach i lasach strefy umiarkowanej. Ekosystemy te obejmują większość masy roślinnej na naszej planecie, jednak ma ona głównie formę martwych tkanek pni wysokich drzew składających się z celulozy i ligniny, których ludzie nie potrafią strawić [Smil 2013a]. Bogate energetycznie owoce i nasiona stanowią bardzo niewielki odsetek ogólnej masy roślinnej i często nie są dostępne, bo rosną na wysokich koronach drzew; nasiona natomiast często są chronione przez twarde łupiny, które sprawiają, że ich spożycie musi być poprzedzone przez proces obróbki pochłaniający duże ilości energii. Zbieractwo w lasach tropikalnych wymagało również przeprowadzania większych poszukiwań; duża różnorodność gatunków jest bowiem przyczyną znaczących odległości między tymi drzewami lub pnączami, których części są gotowe do zbioru (...).  Zbieranie orzechów brazylijskich jest doskonałym przykładem tych ograniczeń (...).

W przeciwieństwie do często frustrujących łowów w lasach tropikalnych i borealnych, łąki i otwarte tereny leśne oferowały dużo lepsze możliwości  zbierania i łowienia. Wprawdzie charakteryzowały się one dużo mniejszą ilością energii na jednostkę powierzchni niż gęste lasy, ale większą część tej energii stanowiły łatwe do zbierania i wysoce odżywcze nasiona i owoce, a także skupiska korzeni i bulw bogatych w skrobię. Wysoka gęstość energetyczna orzechów (aż do 25 MJ/kg) przyczyniła się do wzrostu ich popularności, a niektóre z nich, takie jak żołędzie i kasztany, były również bardzo łatwe do zebrania. I w przeciwieństwie do terenów leśnych wiele zwierząt pasących się na terenach trawiastych mogło dorastać do bardzo dużych rozmiarów, często przemieszczało się w ogromnych stadach i przynosiło imponujący zysk energetyczny w przypadku zainwestowania energii w łowy.

Hominini mogli zdobywać mięso na terenach trawiastych i leśnych, nawet nie posiadając żadnej broni — jako padlinożercy, niezrównani biegacze albo sprytni kombinatorzy. Wobec skromnych fizycznych uzdolnień pierwszych ludzi i braku skutecznej broni najbardziej prawdopodobne jest, że nasi przodkowie początkowo byli lepszymi specjalistami od zdobywania padliny niż od łowów [Blumenschine, Cavallo 1992; Pobiner 2015]. Duzi drapieżcy — lwy, lamparty, koty szablozębne — często porzucali częściowo zjedzone roślinożerne ofiary. Ich mięso, albo przynajmniej odżywczy szpik kostny, mogli zjadać czujni ludzie pierwotni, zanim zdążyły je wyczuć sępy, hieny lub inni padlinożercy. Jednak Domínguez-Rodrigo [2002] twierdzi, że padlina zawierała niewystarczająco dużo mięsa i tylko polowania mogły zapewnić odpowiednią ilość białka zwierzęcego ludziom żyjącym na terenach trawiastych. Tak czy inaczej dwunożność i większa zdolność do pocenia się człowieka w porównaniu z dowolnym innym ssakiem umożliwiły ściganie nawet najszybszych roślinożerców aż do ich wyczerpania (...).

(...)

Niezwykła zdolność człowieka do termoregulacji wynika z jego zdolności do wydzielania dużych ilości potu. Konie tracą wodę w tempie 100 g na 1 m2 skóry na godzinę, wielbłądy tracą do 250 g/m2, tymczasem ludzie tracą ponad 500 g/m2, a maksymalne tempo wydzielania potu może u nich wynieść ponad 2 kg na godzinę [Torii 1995; Taylor, Machado-Moreira 2013]. Tempo pocenia się przekłada się na utratę ciepła na poziomie 550 – 625 W, co wystarczy do regulowania temperatury ciała nawet podczas wykonywania bardzo ciężkiej pracy. Ludzie mogą również pić mniej, niż wydalają pod postacią potu, a każde tymczasowe częściowe odwodnienie potrafią wyrównać kilka godzin później. Dzięki umiejętności biegania ludzie dołączyli do grupy drapieżników o wysokiej temperaturze ciała prowadzących dzienny tryb życia, które potrafią ścigać zwierzęta aż do ich wyczerpania [Heinrich 2001, Liebenberg 2006]. Przykładem takich udokumentowanych wyścigów są między innymi biegi Indian Tarahumara z północnego Meksyku ścigających jelenie oraz biegi Pajutów i Nawahów, którzy potrafią wyprzedzić antylopę widłorogą. Ludzie z plemienia Basarwa z Kalahari potrafili gonić dujkery, oryksy, a w porze suchej nawet zebry aż do wycieńczenia tych zwierząt, a niektórzy australijscy Aborygeni robili to samo z kangurami. Łowcy biegający boso zdołali zmniejszyć koszty energii o około 4% (i rzadziej doznawali ostrych urazów kostki i chronicznych urazów podudzia) w porównaniu ze współczesnymi biegaczami noszącymi sportowe buty [Warburton 2001].

Carrier [1984] uważa, że imponujące tempo odprowadzania ciepła przez człowieka stanowi ważną przewagę ewolucyjną, która pomogła naszym przodkom przejąć nową niszę zarezerwowaną dla drapieżników prowadzących dzienny tryb życia i mających wysoką temperaturę ciała. Zdolność do obfitego pocenia się, a co za tym idzie, do ciężkiej pracy w gorącym środowisku, charakteryzuje również te populacje, które wyemigrowały do chłodniejszych klimatów: nie obserwuje się znaczących różnic w gęstości rozmieszczenia gruczołów ekrynowych u ludzi zamieszkujących różne strefy klimatyczne [Taylor 2006]. Ludzie ze średnich i dużych szerokości geograficznych już po krótkim okresie aklimatyzacji zaczynają się pocić w takim tempie, jak osoby, które mieszkają w gorącym klimacie.

Kiedy wynaleziono odpowiednie narzędzia, szybko zaczęto masowo ich używać do ścigania ofiar. Faith [2007] po przebadaniu 51 znalezisk ze środkowego paleolitu i 98 znalezisk z późnego paleolitu potwierdził, że pradawni afrykańscy łowcy byli doskonale wyszkoleni w zabijaniu dużych ssaków kopytnych, w tym również bawołów. Wymagania dotyczące energii podczas polowania na duże zwierzęta również wniosły nieoceniony wkład w socjalizację gatunku ludzkiego. Trinkaus [1987, s. 131 – 132] doszedł do następującego wniosku: „większość cech wyróżniających człowieka, takich jak dwunożność, zręczność manualna, złożona technologia i wyraźna encefalizacja, może być postrzegana jako efekt wymagań stawianych przez oportunistyczny system zbieracko-łowiecki”.

Rola, jaką odegrały polowania w ewolucji społeczności ludzkich, jest oczywista. Indywidualne polowania na duże zwierzęta przy użyciu prymitywnych narzędzi niezwykle rzadko kończyły się sukcesem, a skuteczne grupy myśliwych musiały zachować minimalną wielkość umożliwiającą współpracę, żeby były w stanie śledzić zranione zwierzęta, zabić je, przetransportować ich mięso, a potem podzielić się łupem. Wspólne łowy z pewnością przynosiły najlepsze rezultaty dzięki dobrze zaplanowanemu i przeprowadzonemu zaganianiu zwierząt w ograniczone stada (przy pomocy zasieków zrobionych z krzewów i kamieni, drewnianych płotów albo ramp) i schwytaniu ich do wcześniej przygotowanych zagród lub naturalnych pułapek bądź też — i jest to być może najprostsze i najgenialniejsze rozwiązanie — wywołaniu wśród nich takiej paniki, że spadały z urwiska [Frison 1987]. W ten sposób zabijano wielu dużych roślinożerców — mamuty, bizony, jelenie, antylopy i dzikie owce — i pozyskiwano duże ilości mięsa, które następnie można było zamrozić albo przetworzyć (uwędzić lub wysuszyć na słońcu).

(...)

Przed nastaniem rolnictwa ludzie byli wszystkożercami, bo nie mogli sobie pozwolić na zignorowanie jakichkolwiek dostępnych zasobów żywności. Chociaż różnorodność gatunków i roślin spożywanych przez zbieraczy-łowców była duża, zazwyczaj w ich diecie dominowało tylko kilka podstawowych produktów. Wykształcenie się preferencji dla ziaren wśród zbieraczy było nieuniknione. Oprócz tego, że zbieranie i przechowywanie ziaren jest zazwyczaj proste, łączą one w sobie dużą wartość energetyczną ze stosunkowo dużą ilością białka. Ziarna dzikich traw są tak samo kaloryczne jak ziarna zbóż uprawnych (dla pszenicy jest to 15 MJ/kg), podczas gdy gęstość energetyczna orzechów jest aż do 80% większa (dla orzechów włoskich wynosi 27,4 MJ/kg).

(...)

Nasza niezdolność do zrekonstruowania prehistorycznych bilansów energetycznych sprawiła, że pewni naukowcy dokonali niedopuszczalnych generalizacji. W niektórych grupach ogólny wysiłek podejmowany w celu zdobycia pożywienia był stosunkowo niski i trwał zaledwie kilka godzin dziennie. To odkrycie sprawiło, że zbieracze-łowcy zaczęli być postrzegani jako „pierwotne zamożne społeczeństwo” cieszące się obfitością dóbr materialnych i spędzające czas na rozrywce i spaniu [Sahlins 1972]. Co istotne, uznano, że członkowie plemienia Dobe !Kung, żyjącego na pustyni Kalahari w Botswanie i żywiącego się dziką roślinnością i mięsem, stanowią doskonałe odzwierciedlenie prehistorycznych zbieraczyłowców, którzy żyli w zadowoleniu, ciesząc się siłą i zdrowiem [Lee i DeVore 1968]. Wniosek ten, oparty na bardzo ograniczonych i wątpliwych dowodach, musi zostać zakwestionowany — i tak właśnie się stało [Bird-Davin 1992; Kaplan 2000; Bogin 2011].

Uproszczone teorie na temat zamożnych społeczności zbierackołowieckich ignorują zarówno aspekt ciężkiej i często niebezpiecznej pracy związanej ze zdobywaniem pożywienia, jak i częstotliwość, z którą czynniki środowiskowe i choroby zakaźne dziesiątkowały większość tych społeczności. Sezonowe niedobory żywności zmuszały ludzi do zjadania niestrawnych tkanek roślin, co prowadziło do utraty wagi, a często też wywoływało niszczycielskie klęski głodu. Powodowały również wysoką śmiertelność niemowląt (której jedną z przyczyn było dzieciobójstwo) i obniżało dzietność. Nic więc dziwnego, że ponowna analiza kosztów energetycznych i danych demograficznych zebranych w latach 60. XX w. potwierdziła, iż stan odżywienia oraz zdrowie członków plemienia Dobe !Kung „były w najlepszym razie wątpliwe, a w najgorszym sugerowały, że społeczności tej grozi wyginięcie” [Bogin 2011, s. 349]. Froment [2001, s. 259] napisał: „Zbieracze-łowcy, którzy musieli stawiać czoło niebezpieczeństwom i zmagać się z groźnymi chorobami, nie żyją — i nigdy nie żyli — w rajskim ogrodzie; nie byli zamożni, lecz biedni; mieli ograniczone potrzeby i ograniczonypoziom zadowolenia”.

(...)

Najwyższą wydajność w złożonych społecznościach zbierackołowieckich przypisuje się wykorzystywaniu zasobów wodnych [Yesner 1980]. Wykopaliska z czasów mezolitu w południowej Skandynawii ujawniły, że kiedy łowcy z okresu polodowcowego doprowadzili do wyginięcia całych populacji dużych roślinożerców, zaczęli urządzać polowania na morświny i wieloryby, łowić ryby albo zbierać muszle (Price 1991]. Mieszkali w większych, często stałych osadach i budowali w nich cmentarze. Plemiona z rejonu Wybrzeża Północno-Zachodniego, uzależnione od połowów ryb, budowały osady dla kilkusetosobowych grup, które mieszkały w solidnych drewnianych domach. Regularne wędrówki gatunków łososia były gwarancją niezawodnego i łatwo dostępnego źródła odżywczego mięsa, które można było z łatwością przechowywać w postaci wędzonej. Dzięki dużej zawartości tłuszczu (około 15%) gęstość energetyczna łososia (wynosząca 9,1 MJ/kg) prawie 3-krotnie przewyższa gęstość energetyczną dorsza (3,2 MJ/kg). Imponującym przykładem wysokiej gęstości zaludnienia wynikającej z uzależnienia od połowów zwierząt morskich są Inuici z Alaski, których zwrot energii netto z zabijania migrujących fiszbinowców był ponad dwa tysiące razy większy niż poniesione nakłady [Sheehan 1985] (...).

Dostawy żywności uzależnione od kilku sezonowych przepływów energii wymagały stworzenia rozbudowanego i często skomplikowanego systemu magazynowania. Oto przykładowe sposoby przechowywania jedzenia: wkładanie go do wiecznej zmarzliny; suszenie i wędzenie owoców morza, jagód i mięsa; przechowywanie ziaren i korzeni; konserwowanie w oleju; wytwarzanie kiełbas; przygotowywanie ciast na bazie zmielonych orzechów oraz różnych rodzajów mąki. Przechowywanie żywności przez długie okresy i na dużą skalę zmieniło nastawienie zbieraczyłowców do takich kwestii jak czas, praca i natura, a także pomogło ustabilizować gęstość zaludnienia na wyższym poziomie [Hayden 1981; Testart 1982; Fitzhugh, Habu 2002]. Potrzeba planowania i budżetowania czasu była prawdopodobnie najważniejszą korzyścią ewolucyjną. Ten nowy tryb funkcjonowania uniemożliwił częste przemieszczanie się i wprowadził nową formę egzystencji opartą na gromadzeniu nadwyżek zapasów. Proces ten miał charakter samowzmacniający: konieczność zarządzania jeszcze większą ilością przepływów energii słonecznej zapoczątkowała drogę do jeszcze większej złożoności społecznej.

Vaclav Smil - Energia i cywilizacja

wtorek, 18 czerwca 2024



W artykule opublikowanym we wtorek na pierwszej stronie oficjalnej partyjnej gazety "Rodong Sinmun" rosyjski dyktator napisał, że oba kraje opracują alternatywne, "niekontrolowane przez Zachód" systemy handlu i wzajemnych rozliczeń oraz wspólnie stawią opór "jednostronnym i nielegalnym" restrykcjom Zachodu.

"Jesteśmy głęboko przekonani, że wspólnymi siłami przeniesiemy dwustronną współpracę na wyższy poziom", co przyczyni się do wzmocnienia suwerenności obu krajów oraz pogłębienia stosunków gospodarczych między nimi - napisał Putin.

"Bardzo doceniamy, że KRLD (Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna) zdecydowanie wspiera specjalną operację wojskową Rosji na Ukrainie, wyrażając solidarność z nami w najważniejszych kwestiach międzynarodowych oraz prezentując (...) wspólne stanowisko w ONZ" - dodał.

"Cieszymy się, że nasi przyjaciele z KRLD bardzo skutecznie bronią swoich interesów pomimo amerykańskiej presji gospodarczej, prowokacji, szantażu i gróźb militarnych, które trwają od dziesięcioleci" - napisał Putin, odnosząc się do rozwoju programu nuklearnego i rakietowego Pjongjangu.

PAP

poniedziałek, 17 czerwca 2024



Paulina Siegień: Pisze Pan w książce, że reżim traktuje ludzi jako zasób naturalny. Jest takie powszechnie używane rosyjskie słowo „nasielenije”, którego najbliższym polskim tłumaczeniem jest „populacja”. Ale w Polsce nikt nie będzie mówić np. o populacji Warszawy albo województwa mazowieckiego.

Siergiej Miedwiediew: Dla reżimu rosyjskiego ludzie to statystyczna masa. W Rosji nie ma jednostki i nie ma obywatela. Jest „nasieleniec” (najbliższe polskie tłumaczenie to „osadnik”). To jednostka statystyczna, człowiek żywotnie zależny od państwa. A dla państwa to zasób biologiczny, nabierany teraz czerpakiem i wrzucany do maszynki do mielenia mięsa. I za sprawą tej mielonki Rosja na razie ma przewagę w Ukrainie.

Czy ten zasób jest w takim razie wyczerpywalny?

Jeśli dojdzie do wojny z NATO, to być może tak. Ale na wojnę w Ukrainie Rosja z łatwością wyśle kolejny milion i straci kolejny. Milion ludzi umarło w czasie pandemii, ale przeszło to zupełnie bez echa. Bo kto ma umrzeć, to i tak umrze. To zabójczy rosyjski fatalizm.

Pewna znajoma z Kaliningradu powiedziała mi jakiś czas temu, że choć zawsze była daleka od teorii spiskowych, to teraz byłaby gotowa uwierzyć, że wirus COVID-19 został spreparowany w laboratorium – ale nie chińskim, a rosyjskim. Bo pandemia doskonale przygotowała w Rosji grunt pod wojnę.

Bardzo dobrze to ujęła. Pandemia stworzyła warunki dla putinowskiej reformy politycznej, czyli zmian w konstytucji. Wprowadziła też nowe metody głosowania, tzw. wybory na pieńkach, czyli głosowanie poza lokalami wyborczymi, wybory wielodniowe. Ale przede wszystkim pandemia wprowadziła kraj w stan wyjątkowy, który płynnie przeszedł w wojnę 24 lutego 2022.

Czy sądzi Pan, że gdyby nie było pandemii, to nie byłoby tej wojny?

Nie, wojna i tak by była. Może rok później, może rok wcześniej. COVID-19 przyspieszył przygotowania, przekonał Putina, że ma kraj pod kontrolą, że wszystkie procesy zarządzania przebiegają sprawnie w sytuacji nadzwyczajnej. I że ludzie są gotowi pogodzić się ze śmiercią. Pandemia pokazała mu, że Rosjanie są gotowi umierać, nie zadając przy tym żadnych niewygodnych pytań. Pandemia była jak próba generalna, a realizacją scenariusza stała się wojna 2022 roku.

(...)

Mówi Pan, że po pierwszym szoku, że Rosja otwarcie zaatakowała Ukrainę, nastąpił drugi – że Rosjanie tę wojnę zaakceptowali. Zapowiada Pan narodzenie nowego rosyjskiego człowieka. Jaki on jest?

Spodziewałem się, że jeśli Rosjanie zajrzą w otchłań, to się przestraszą. Ale oni zajrzeli i skoczyli w nią. Twierdzą, że tak trzeba, że to jest to, czego chcą. Więc wojna nie była momentem otrzeźwienia, stała się momentem prawdy. Obnażyła prawdziwy stan rosyjskiego społeczeństwa.

W tym kontekście pisze Pan o dobrowolnym samozniszczeniu. To jest coś, co tutaj, w Europie, bardzo trudno nam zrozumieć.

Samozniszczenie nie zawsze musi być aktem fizycznym. Życie w Moskwie nie ma teraz nic wspólnego z autodestrukcją. Ludzie żyją cudownie, zarabiają dużo pieniędzy, teatry działają, miasto kwitnie, otwierają się nowe stacje metra. Prognoza PKB Rosji wzrosła dwukrotnie. Rosyjska gospodarka rośnie na krwi jak na drożdżach.

To przerażające, że wojna może stać się modelem rozwoju.

Im więcej krwi, tym bardziej wszystko w Rosji rozkwita, rozwija się. O śmierci nikt nie chce pamiętać. To dla mnie druzgocąca konstatacja. Kraj utożsamił się z tą wojną i absolutnie nie ma zamiaru się jej przeciwstawiać. Rzeczywiście, na naszych oczach rodzi się nowy człowiek. Uważam, że obecna sytuacja jest porównywalna do tej z 1917 roku. Po rewolucji wielu wyjechało, a tam, w ZSRR, rodził się nowy człowiek. Podobne jest teraz i przyglądam się temu procesowi ze strachem, ale i z pewną fascynacją. Co będą mieć w głowie rosyjskie dzieci, które z każdych stron słyszą wojenną propagandę, słuchają o banderowcach, żydobanderowcach, faszystowskiej gejropie itd.? Nie mają możliwości filtrowania tego przekazu. W społeczeństwie panuje strach porównywalny do okresu stalinowskiego terroru, kiedy ludzie boją się rozmawiać ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi, a rodzice ze swoimi dziećmi. Nie można pozwolić na żadne nieostrożne słowo wypowiedziane w obecności niewłaściwej osoby.

Bardzo mnie zaciekawiła w Pana książce teza, że wśród rosyjskich kobiet zamiast feminizmu rozwinęła się mizandria, nienawiść do mężczyzn.

Badacze zwracają uwagę na fenomen rosyjskich kobiet, które bardzo chętnie wysyłają mężczyzn na front. Bo jeśli mąż pije, bije, nie zarabia, a za paręnaście lat ma umrzeć na marskość wątroby, to lepiej niech jedzie na wojnę. Przy dobrym obrocie sprawy jest szansa, że taki mąż nie wróci, a żona dostanie 7 milionów rubli, spłaci kredyt, kupi mieszkanie w większym mieście, zabezpieczy dzieci na przyszłość. Dla niej to początek nowego życia. Czytałem badanie socjologów z Nowosybirska, którzy mówią, że w prowincjonalnych, depresyjnych regionach Rosji taka mizandria jest bardzo rozwinięta w niższych warstwach społecznych. Rosyjski mężczyzna po trzydziestce jest tam nikomu do niczego niepotrzebny.

A więc to kobiety są siłą napędową tego nowego rosyjskiego faszyzmu? A mężczyźni okazują się ofiarami struktury społecznej i państwowej ideologii?

To bardzo ciekawa myśl. Na pewno kobiety to społeczne spoiwo. Rosyjskie społeczeństwo trzyma się na „babach”. Nie na kobietach, a właśnie na takich babach, które dyscyplinują wszystkich dokoła, są strażniczkami porządku społecznego. Bo mąż jest zawsze nieobecny. Albo w pracy, albo łowi ryby, albo z kolegami pije. Albo w ogóle gdzieś wyjechał, zaginął. Dzieci wychowują jednopłciowe rodziny, składające się matek i babć. Mnie wychowała taka jednopłciowa rodzina. Putin rzeczywiście stoi na plecach ruskiej baby. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych było zapotrzebowanie na nowy typ lidera, przeciwieństwo zapitego, pozbawionego samokontroli Jelcyna. Stał się nim młody, niepijący funkcjonariusz służb. Proszę zauważyć, że Putina od początku kreowano na figurę naseksualizowanego samca alfa. Rosyjskim kobietom ta figura się spodobała. A te kobiety, czy też baby, jak mówiłem, to klej, którzy trzyma razem państwo i społeczeństwo. Pracownice budżetówki, urzędniczki, nauczycielki, lekarki. One czekały na „takiego jak Putin” [nawiązanie do słów popularnej piosenki – red.], fantazjowały o nim. Bo ten mężczyzna, który jest w domu, do niczego się nie nadaje. To taki wykoślawiony rosyjski feminizm. Najlepszy mąż to ten, który wraca w czarnym worku z Donbasu.

W książce można znaleźć takie zdanie: „Cała Rosja to nasza Bucza”. Co Pan chciał przez to powiedzieć?

To parafraza słów Czechowa „Cała Rosja jest naszym ogrodem”. Zdanie „Cała Rosja to nasza Bucza” to tak, jakby Tomasz Mann powiedział w 1945 roku: „Całe Niemcy to nasz Auschwitz” – że to jedna wielka przestrzeń moralnej katastrofy. Rosja stoi przemocą, trzyma się na kodeksie przemocy. To, co Rosja pokazała w Buczy, to jej immanentna cecha, która została przeniesiona na zewnątrz. Bucza to nie jest wydarzenie zewnętrzne dla Rosji. To nie tak, że ktoś gdzieś popełnił zbrodnię wojenną. Cała Rosja jest jedną wielką zbrodnią wojenną.

new.org.pl