piątek, 24 maja 2024


(...) transkrypcja z wypowiedziami obu polityków, Ilhama Alijewa i Ebrahima Raisi, które wygłosili w dniu 19 maja 2024 podczas oficjalnych uroczystości nad rzeką Araks.

Ten pierwszy komplementował wyjątkową zażyłości stosunków z Iranem, opartych o braterstwo i partnerskie porozumienie. Podkreślał znaczenie współpracy dla stabilności i bezpieczeństwa regionu, argumentując że żadne zewnętrzne, odległe o „tysiące kilometrów” państwa nie powinny ingerować w „nasze sprawy”. Argumentował, że Armenia liczyła na pomoc innych, ale się przeliczyła i lepiej żeby nie popełniła drugi raz tego samego błędu.

– Nie damy się poróżnić! – stwierdził.

Skrytykował przy okazji powstałą po pierwszej wojnie karabaskiej Grupę Mińską OBWE, za to, że „doprowadziła do zamrożenia konfliktu”, zamiast jego rozwiązania. To udało się jego zdaniem dopiero Baku, z pomocą środków politycznych i militarnych, ale z poszanowaniem prawa międzynarodowego.

Pozostałą część wystąpienia wypełniły zapewnienia o owocnej i dynamicznej współpracy w zakresie rozbudowy infrastruktury pogranicza, w tym powstaniu autostrady i linii kolejowej, które połączą kraj z Nachiczewanem, a szerzej, wepną cały region do budowanych od wielu lat międzynarodowych korytarzy transportowych. Przy czym przemilczał fakt, że połączenia te powstają głównie po azerskiej stronie granicy.

W mojej interpretacji, Alijew starał się osłodzić Iranowi koncept korytarza Zangezur, opisując go jako element budowy międzynarodowej trasy transportowej, na której można dobrze zarobić. Na przykładzie rozbudowy infrastruktury (elektrowni i tam) wskazywał, że współpraca daje lepsze efekty niż rywalizacja czy wrogość. Brał Iran pod włos, starając się sugerować mieszanie się zewnętrznych mocarstw w sprawy regionu, co miało stanowić ukłon w kierunku antyamerykańskiej retoryki teokratów. Jednocześnie przemycał obliczone na użytek wewnętrzny wątki sprawiedliwej wojny, którą trzeba ostatecznie zakończyć pokojem, jeśli Armenia wykaże się rozsądkiem.

Przemawiający po Alijewie Raisi był równie wylewny, celebrując współpracę i wyraźnie nawołując do jeszcze większego zbliżenia, a jednocześnie nie dawał się zwodzić. Podchwycił temat gospodarczy, wskazując na korzyści płynące z budowy projektów dla prowincji Wschodniego Azerbejdżanu i całego regionu. Wskazał na głęboką wspólnotę historii, kultury, religii oraz bliskie pokrewieństwo obydwu narodów, jednakże jego zdaniem to Iran i Najwyższy Przywódca „zdecydowali się” na pogłębienie relacji z Azerbejdżanem. W podobnie tonie dodał, że rozwój Azerbejdżanu „jest naszym własnym rozwojem”, odnosząc się tym samym do faktu wspomnianej budowy nowych dróg głównie po azerskiej stronie granicy. Zaznaczył przy okazji, że Iran chętnie przystąpi do odbudowy Karabachu, co stanowiło moim zdaniem zakomunikowaną publicznie cenę dalszej kooperacji w tym zakresie. Wyraził także oczekiwanie, że współpraca polityczna przeniesiona zostanie na fora międzynarodowe, np. Szanghajską Organizację Współpracy, a Azerbejdżan wykaże się „solidarnością” w sprawie Palestyny.

Powiedział: – Nie mamy wątpliwości, że mieszkańcy Azerbejdżanu gardzą syjonistycznym reżimem.

Oczywiście, miał na myśli rząd w Jerozolimie, z którym Baku nieustannie współpracuje. Podejrzewa się zresztą, że azerskie terytorium było wykorzystywane do ataków na Iran.

Na koniec przekonywał, że każdy czynnik zagrażający statusowi granicy między oboma państwami może stanowić dla nich potencjalne zagrożenie. Iran nie chciałby się o to martwić, przeciwnie, wolałby aby granice dawały nadzieję na współpracę i rozwój polityczno-gospodarczy.

Trudno mi uciec od wrażenia, że Raisi całkowicie pominął element partnerstwa, ustawiając Azerbejdżan w roli młodszego brata, któremu potrzebna jest tak pomoc, jak i pewna dyscyplina. Można wręcz powiedzieć, że użyta retoryka była paternalistyczna i zaborcza, wyraźnie w kontrze do powszechnie przyjmowanej wśród Azerów koncepcji wspólnoty z Turkami („dwa państwa, jeden naród”). Pod lukrową polewą zachęcającą do zbliżenia, Raisi dał do zrozumienia, że Iran oczekuje konkretów. Wsparcia na arenie międzynarodowej, przy czym nie toleruje współpracy Azerbejdżanu z Izraelem, jak i nie wyrazi zgody na siłowe rozwiązanie statusu korytarza Zangezur.

globalnagra.pl

czwartek, 23 maja 2024


Ściągnięte do obwodu charkowskiego ukraińskie odwody i pododdziały z mniej zagrożonych kierunków frontu pozwoliły na spowolnienie tempa rosyjskiego natarcia do poziomu obserwowanego w ostatnich tygodniach na innych kierunkach. W celu powstrzymania agresora Ukraińcy zaangażowali dodatkowo co najmniej 14 batalionów z 12 różnych brygad, dzięki czemu zwiększyli swoje zgrupowanie do ok. 30 batalionów (12 tys. żołnierzy), co zrównoważyło wprowadzone do walki siły najeźdźcze. Mimo to w ostatnich dniach Rosjanie wyszli na obrzeża leżącej 16–18 km na północ od Charkowa węzłowej miejscowości Łypci oraz wyparli siły ukraińskie z północnej części Wołczańska, o który trwają zacięte walki. Według oficjalnych danych ukraińskich pod kontrolą obrońców pozostaje 60% miasta, zostało ono jednak oskrzydlone od zachodu, co utrudnia zaopatrzenie od strony Charkowa. Łącznie od 10 maja agresor opanował obszar od 170 do 260 km2, zajmując w tym czasie 13 miejscowości (w tym dziewięć w pierwszych trzech dniach działań, a pozostałe w ciągu kolejnego tygodnia), przy szerokości nowego odcinka frontu wynoszącej 70 km i głębokości wdarcia do 10 km. 19 maja władze lokalne obwodu charkowskiego poinformowały, że od otwarcia nowego frontu przez Rosjan ewakuowano ze strefy zagrożonej postępami wroga ponad 10 tys. ludzi.

(...)

Kwestią otwartą pozostaje, czy wprowadzenie do walki nowych ukraińskich jednostek zdoła doprowadzić do powstrzymania rosyjskiego natarcia. Jak przyznają sami Ukraińcy, ich rezerwy zostały praktycznie wyczerpane i do wypełniania luk w obronie kierowane są często jednostki będące w trakcie odtwarzania zdolności bojowej oraz z kierunków, na których obecnie aktywność agresora jest mniejsza. Ukraińcom udało się jednak względnie ustabilizować front i doprowadzić wroga do skupienia wysiłku na dwóch kierunkach uderzenia – na Łypci i Wołczańsk. W dalszym ciągu nie widać oznak przygotowań do rozwinięcia przez Rosjan w obwodzie charkowskim operacji na większą skalę.

Siły rosyjskie zintensyfikowały działania w rejonie Siewierska, skąd m.in. dowództwo ukraińskie miało wycofać część sił w celu ratowania sytuacji w obwodzie charkowskim. Dochodzą sprzeczne informacje o zajęciu przez agresora leżącej na wschód od Siewierska Biłohoriwki – ostatniej w tym rejonie miejscowości w obwodzie ługańskim pozostającej pod kontrolą ukraińską (walki o nią toczą się już od kilkunastu miesięcy). Po kilku tygodniach niepowodzeń jednostki rosyjskie zajęły pozycje we wschodniej części Czasiw Jaru (w tzw. Mikrorejonie Kanał), umacniając się równocześnie na południe od miasta i intensyfikując walki o leżącą na północ od niego Kałyniwkę. Według części źródeł Rosjanie zajęli też centrum Kliszczijiwki na południowy zachód od Bachmutu, o którą zacięte walki toczą się z przerwami od lata 2023 r. Kolejne postępy agresor poczynił również na zachód od Doniecka, zajmując większość wsi Netajłowe (wedle części źródeł pododdziały rosyjskie osiągnęły Zbiornik Karliwski) oraz sąsiadującej z Marjinką Heorhijiwki, a także następne kwartały we wschodniej i południowo-zachodniej części Krasnohoriwki. Nie przyniosły rozstrzygnięcia dalsze walki o Robotyne na południe od Orichiwa w obwodzie zaporoskim, gdzie obecnie to Rosjanie mają problemy z umocnieniem się w ruinach tej miejscowości. Niepowodzeniem agresora zakończyły się też kolejne szturmy w Staromajorśkem i Urożajnem na południe od Wełykiej Nowosiłki.

15 maja ukraińskie Centrum Narodowego Oporu wskazało, że Rosjanie budują na terytoriach okupowanych nowe obiekty przeznaczone do przechowywania zwłok. Najwięcej powstaje ich w obwodzie ługańskim, dokąd przewozi się ciała żołnierzy zabitych w trakcie ofensywy w obwodzie charkowskim. Zarazem okupant miał zrezygnować z transportowania zwłok do obwodu biełgorodzkiego, aby uniknąć negatywnych reakcji społecznych.

Głównym celem rosyjskich uderzeń z powietrza pozostaje Charków, którego ranga jako bezpośredniego zaplecza obrońców znacząco wzrosła po rozpoczęciu działań na północ i północny-wschód od miasta. Atakowane jest ono kilka razy dziennie, głównie kierowanymi bombami lotniczymi, w mniejszym zaś stopniu dronami kamikadze i rakietami, a lokalne władze potwierdzają systematyczne niszczenie infrastruktury magazynowej i transportowej. Z działaniami w rejonie Charkowa należy wiązać ataki na lotnisko w Mirhorodzie w obwodzie połtawskim (15–17 i 20 maja), które służy za główną bazę ukraińskiego lotnictwa na tym odcinku frontu, i tamtejszą infrastrukturę energetyczną (18 maja).

Rosjanie zintensyfikowali ataki na rejon Odessy, skąd obrońcy wyprowadzają większość uderzeń na Krym. Ostrzeliwanie rakietami tamtejszej infrastruktury logistycznej miało miejsce 17, 18 i 19 maja, a w kolejnych dniach agresor atakował miasto i jego okolice dronami kamikadze. O zniszczeniach infrastruktury donoszono także z Dniepru i Mikołajowa (15 maja), obwodu winnickiego (17 maja) i Kropywnyckiego (20 maja). Łącznie od wieczora 14 maja do rana 21 maja agresor miał wykorzystać 46 rakiet, z których obrońcy zestrzelili od trzech do sześciu. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych deklarowało blisko stuprocentową skuteczność w odpieraniu ataków „szahedów”, których w dniach 17–21 maja (w poprzednich ich użycie nie było zgłaszane) Rosjanie mieli wykorzystać w sumie 128, lecz do celu dotarł tylko jeden. Oficjalnie do większości zniszczeń spowodowanych przez drony kamikadze miało dojść w następstwie upadku odłamków.

Siły ukraińskie przeprowadziły serię zmasowanych ataków rakietowych na Krym, w rezultacie których doszło do zniszczeń rosyjskiej infrastruktury wojskowej. W atakach na lotnisko Belbek 15 maja zniszczone zostały elementy baterii systemu obrony powietrznej S-400, a następnego dnia – samoloty bojowe, w tym dwa myśliwce przechwytujące MiG-31 przenoszące pociski hipersoniczne Kindżał (zniszczony został także Su-27, a uszkodzony MiG-29), oraz skład materiałów pędnych i smarów. 17 maja trafiono podstację energetyczną w rejonie Sewastopola, co czasowo odcięło dostawy prądu do miasta. W ataku 19 maja miało dojść do zniszczenia rosyjskiego okrętu w porcie sewastopolskim. Dowództwo Marynarki Wojennej Ukrainy ogłosiło, że zatopiony został trałowiec „Kowrowiec” (posowiecka jednostka projektu 266-M), z kolei w rosyjskim internecie pojawiła się informacja, że zniszczonym okrętem mogła być korweta rakietowa „Cyklon” (wprowadzona do służby w 2023 r. jednostka projektu 22800 Karakurt, mogąca przenosić pociski Kalibr), do czego z dystansem odnieśli się ukraińscy wojskowi. Dotychczasowych doniesień o zatopieniu któregokolwiek z wymienionych okrętów nie potwierdziły jednak materiały wizualne. W każdym z ataków Ukraińcy mieli wykorzystać od 10 do 12 pocisków ATACMS, z których przeciętnie dwa miały osiągnąć zamierzone cele, a także – bez większego rezultatu – drony kamikadze (w tym nawodne).

Pod względem efektywności i potencjalnego wpływu na działania agresora ataki na lotnisko Belbek należy uznać za najskuteczniejsze od sierpnia 2022 r., kiedy to w uderzeniu na lotnisko Saki Ukraińcy zniszczyli skład amunicji i osiem samolotów bojowych. Po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji Rosjanie utracili w wyniku ukraińskich działań bojowych szczególnie cenne myśliwce przechwytujące – nosiciele pocisków hipersonicznych (jeden MiG-31 uległ zniszczeniu w październiku 2022 r. w rezultacie wypadku). Do obserwowanej w ostatnich tygodniach poprawy skuteczności ukraińskich ataków na Krym przyczyniło się pozyskanie znacznej liczby pocisków ATACMS (Ukraińcy mieli otrzymać ponad 100 sztuk wersji o zasięgu 305 km oraz większą, niesprecyzowaną liczbę pocisków o zasięgu 165 km), co pozwala na ich masowe użycie. Choć efektywność rosyjskiej obrony powietrznej na Krymie należy uznać za stosunkowo wysoką (rzędu 85% w przypadku ATACMS-ów), to obecnie jest ona niewystarczająca do pełnego odparcia ukraińskich uderzeń.

Ukraińcy kontynuowali ataki na rosyjską infrastrukturę paliwową oraz przygraniczne obwody FR. 17 maja ukraińskie drony trafiły w rafinerię w Tuapse, a 19 maja – w Sławiańsku nad Kubaniem (obie w Kraju Krasnodarskim). Mimo że nie raportowano poważniejszych zniszczeń, w obu zakładach wstrzymano pracę. Uszkodzone miały zostać ponadto podstacja energetyczna w mieście Bałszycha pod Moskwą (15 maja) oraz transformator i zbiornik przeładunkowy materiałów płynnych w porcie w Noworosyjsku (17 maja). Nieprawdziwe okazały się doniesienia o ataku na bazę paliwową w Wyborgu w obwodzie leningradzkim (19 maja), a uderzenie na analogiczny obiekt w obwodzie rostowskim 15 maja zakończyło się niepowodzeniem. 17 maja Ukraińcy mieli wykorzystać rekordową liczbę dronów kamikadze. Według przekazów rosyjskich aż 102 zostały zestrzelone (w tym 51 nad Krymem i 44 nad Krajem Krasnodarskim). Dwa dni później miał mieć natomiast miejsce największy z dotychczasowych ukraińskich ataków na Kraj Krasnodarski z użyciem 57 dronów.

(...)

20 maja rzecznik ukraińskiego resortu obrony wskazał, że ponad 400 tys. mężczyzn w wieku poborowym zaktualizowało swoje dane rejestracyjne za pomocą dostępnej od 18 maja aplikacji mobilnej „Rezerwa+”. Jej operatorzy odnotowali łącznie 620 tys. pobrań. Aplikacja jest aktywna także poza granicami Ukrainy, a centrum obsługi działa przez całą dobę.

20 maja ukraińska policja zakomunikowała, że na podstawie danych otrzymanych z komisji wojskowych poszukiwanych jest 94,5 tys. mężczyzn uchylających się od służby wojskowej. Większość z nich pochodzi z obwodu dniepropetrowskiego – do 20 maja zatrzymano i doprowadzono do komisji ponad 20 tys. mężczyzn. Dane te dotyczą jedynie 10 obwodów, z 10 innych (w tym z Kijowa, Odessy i Lwowa) nie przekazano informacji.

osw.waw.pl

Po otrzymaniu zawiadomienia o poborze niezwłocznie zgłosiłem się do wojskowego biura poborowego. Tam postawiono mi i innym mężczyznom ultimatum: albo podpiszemy kontrakt i trafimy do Ukrainy z godnością, albo zostaniemy natychmiast wysłani na linię frontu, bez żadnego szkolenia czy przygotowania. Ci, którzy się wahali, zostali wysłani prosto do walki. Reszta z nas została przydzielona do jednostek wojskowych, a następnie przetransportowana na poligon w Bamburowie (na Rosyjskim Dalekim Wschodzie).

W ciągu miesiąca przeszliśmy rygorystyczne szkolenie pod okiem instruktorów, z których wielu było weteranami "specjalnej operacji wojskowej" (...). Kiedy nasze "szkolenie" dobiegło końca, zostaliśmy odesłani do jednostki. Pod koniec grudnia 2023 r. dotarliśmy do Ukrainy, niedaleko Wołnowachy (miasto w obwodzie donieckim — red.).

Większość czasu zajmowały nam ćwiczenia wojskowe. Budziliśmy się, wsiadaliśmy do pojazdów i ruszaliśmy w różne miejsca — a to szturmować daną miejscowość, a to przemierzać zalesione obszary czy czuwać w okopach. Podczas jednego z takich ćwiczeń doszło do tragedii — na nasz teren treningowy spadł pocisk i pozbawił życia kilku rekrutów.

Na tym się nie skończyło. Każdego dnia pojawiały się nowe eksplozje — i ofiary. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. W Wołnowachie byliśmy do stycznia, po czym zostaliśmy przeniesieni do Ołeniwki. Niecały dzień później znaleźliśmy się w samym środku kolejnego szturmu, tym razem w pobliżu Nowomychajliwki.

Szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie będziemy mieli żadnych grup zwiadowczych ani ewakuacyjnych — nic. Dali nam tylko kilka transporterów opancerzonych. Uratowało mnie to, że zostałem przydzielony do grupy szturmowej, która odpowiadała również za ewakuację.

Plan zakładał wysłanie każdej grupy do przodu w pojeździe opancerzonym i stopniowe zwiększanie sił w miarę postępów na froncie. Mówiąc prościej, mieliśmy zostać dowiezieni do pewnego punktu, a stamtąd ruszyć dalej pieszo. Podczas natarcia niektórzy zostali ranni, inni zginęli. Ranni nie mogli się ewakuować ani wycofać.

Jeśli tylko byliśmy w stanie utrzymać karabin, byliśmy szturmowcami, więc musieliśmy iść dalej.

Dezercja podczas szturmu była niemożliwa — za nami ustawiony był rząd żołnierzy z karabinami maszynowymi. Gdybyśmy tylko spróbowali uciec, "powitaliby" nas salwą. Mogliśmy więc iść tylko w jednym kierunku: przed siebie.

Pierwsze grupy, które ruszyły naprzód, zostały natychmiast zdziesiątkowane — natknęły się na ostrzał artyleryjski, atak czołgów i piechoty. Nie minęło wiele czasu, a pole bitwy było całe usłane ciałami. Wielu żołnierzy ledwo zdążyło wyjść z pojazdów opancerzonych, a już zostało zabitych. Kolejnym grupom udało się nieco odepchnąć Ukraińców, ale prawie cała kompania została zniszczona.

Pierwszego dnia udało nam się posunąć o trzysta metrów oraz wyciągnąć trzech rannych żołnierzy. To był cud, że nam się udało — spadł śnieg (Rosjanie zdobyli Awdijiwkę w lutym 2024 r. — red.), dzięki czemu mogliśmy ich ciągnąć na sankach. Kładłem na nich jednego, ciągnąłem, wracałem po następnego i powtarzałem proces tyle razy, ile mogłem. Musieliśmy ciągnąć ich przez około dwa kilometry.

Nie było medyków, musieliśmy polegać wyłącznie na sobie. Wydobycie rannych było prawie niemożliwe — ostrzał artyleryjski praktycznie nie ustawał. W pobliżu roiło się od dronów, krążyły jak ptaki. Tymczasem nasza artyleria milczała, oddawała strzał może raz na godzinę. Potem znowu cisza. Grupy szturmowe posuwały się naprzód w pojazdach opancerzonych. Wydaje mi się, że mieliśmy nawet czołg, ale wszystkie te pojazdy zostały szybko zniszczone. Nie dało się sprowadzić posiłków. Siedzieliśmy tam, słuchając krzyków pierwszej grupy i wymiany ognia i rannych błagających o pomoc. Wsparcie jednak nigdy nie nadeszło, po prostu nie było skąd go ściągnąć.

Z grup żołnierzy wysłanych na pierwszy ogień przeżyli nieliczni — ci, którym udało się szybko założyć opaski uciskowe lub których obrażenia nie były aż tak poważne. Żołnierze z poważnymi ranami wykrwawiali się w ciągu 30 sekund. Przez pierwsze 10 sekund utrzymywała ich adrenalina, przez następne 10 próbowali przeżyć, a przez ostatnie — coś zrobić, by się ratować. Po tym zwykle siły ich zawodziły i umierali.

Praktycznie nie było z nami żołnierzy wyższych rangą. Jedyny oficer, który nie bał się dołączyć do szturmu, poszedł w przedostatniej grupie szturmowej, razem ze wszystkimi. Dowódca kompanii nigdy nie pojawił się jednak na pozycjach. Przez cały mój pobyt w Ukrainie widziałem go tylko raz — w nocy odwiedził zastępcę. Ten natomiast całe dwa dni, przez które my szturmowaliśmy ukraińskie pozycje, ukrywał się w bunkrze. Ani razu z niego nie wyszedł.

Żaden oficer nie brał z nami udziału w szturmie.

Pewnego dnia zostaliśmy załadowani do pojazdu opancerzonego i wysłani do walki. Natychmiast powitał nas ostrzał karabinów maszynowych i grad ukraińskich pocisków artyleryjskich. Wszystko to, zanim jeszcze zdążyliśmy dotrzeć do celu.

Wjechaliśmy w zalesiony teren. Wyrzucili nas z wozu opancerzonego i odjechali. Ranni leżeli tam, gdzie zostali ranieni, pozostawieni sami sobie. Ostrzał trwał cztery godziny: brały w nim udział czołgi, artyleria, moździerze, piechota. Do eksplozji dochodziło niemal wszędzie — na każdym kroku leżały porozrywane ciała. A my chodziliśmy po nich, bo nie było innego wyjścia — teren usłany był nimi tak gęsto, że praktycznie nie było widać ziemi. Wśród tych ciał szukaliśmy schronienia przed wybuchami. Leżeliśmy na nich, siedzieliśmy na nich, chodziliśmy po nich.

Artyleria waliła przez cztery godziny, a potem przez kolejne pięć udawaliśmy martwych, aby uniknąć wykrycia przez ukraińskich zwiadowców. W końcu Ukraińcy wstrzymali ostrzał, drony kamikadze i drony używane do zrzutów amunicji przestały nadlatywać. Mimo to pozostaliśmy bez ruchu aż do zapadnięcia zmroku.

Z całej kompanii liczącej około stu ludzi przeżyło tylko siedmiu.

Następnego dnia mieliśmy czekać na posiłki i wznowić szturm, ale poinformowano nas, że żadne posiłki nie nadejdą. Wzmocniliśmy więc naszą pozycję i próbowaliśmy utrzymać obronę, jednocześnie oczyszczając punkt z ciał naszych towarzyszy — po to, aby można było je odesłać do domu, bliskim.

Pracowałem z dwoma chłopakami. W przerwach między ostrzałem artyleryjskim wyciągaliśmy ciała — tyle, ile się dało. Ale było ich tak dużo, że ułożyły się w kilka warstw, jedno na drugim. Połamane, pokryte krwią, z oszpeconymi twarzami i odciętymi kończynami.

W czasie tej "pracy" poczułem mdłości i kilka razy zwymiotowałem. Odór rozkładających się ciał był po prostu nie do zniesienia. To samo działo się w okopach — ludzie padali jak muchy, jeden za drugim. Gdy żołnierze po nich przybiegali, również padali od pocisków.

Nie jedliśmy. Nie piliśmy. Od czasu do czasu mogliśmy ukryć się i zapalić. Poza tym byliśmy w ciągłym ruchu, zbieraliśmy ciała. Te stopniowo stawały się coraz cięższe i trzeba było je od siebie odrywać — zamarzały na mrozie i stawały się sztywne jak drewno. Było tak wiele ciał. Zbieraliśmy je pod ogniem ostrzału artyleryjskiego.

W pewnym momencie rozdzieliliśmy się. Ze mną został strzelec maszynowy — szczęściarz, że wciąż żył, mimo że był w grupach szturmowych, które poszły do walki na pierwszy rzut. Natychmiast został przydzielony do służby osłonowej i nie opuszczał swojej pozycji. Był też zastępca dowódcy, ale nie opuszczał bunkra. Byłem więc jedyną osobą, która mogła kontynuować zbieranie ciał.

Po jednym dniu postanowiłem sprawdzić, czy oprócz naszej siódemki ktoś jeszcze przeżył. Wziąłem towarzysza i razem zapuściliśmy się głębiej w zalesiony teren w kierunku ukraińskich pozycji. Podchodziłem do każdego ciała i krzyczałem: "czy ktoś żyje?".

Wkrótce znalazłem rannego. Miał złamane obie nogi, wdała się gangrena. Zawołałem chłopaków — wyciągnęliśmy rannego. Gdy tylko wyszliśmy na pole, zaczęły padać pociski moździerzowe. Dostałem w lewe udo.

Powiedziałem: "wstańmy i idźmy dalej". Facet obok mnie pomógł ciągnąć sanie. Chwilę potem usłyszeliśmy jednak kolejną eksplozję i ponownie zostałem trafiony. Byłem ranny, czułem, że tracę coraz więcej krwi. Pochyliłem się nad raną, aby przycisnąć ją swoim ciałem i powiedziałem chłopakowi, aby czołgał się dalej beze mnie. Pociągnął za sobą rannego, a ja czołgałem się dalej przez pole.

W lewym kolanie utkwił odłamek kuli — nigdy mi go nie usunięto. Kiedy w końcu doczołgałem się wystarczająco blisko, chłopaki przenieśli mnie na sanie i zawieźli do Wołnowachy, gdzie przeprowadzono mi operację. Błagałem lekarzy, żeby dali mi środki przeciwbólowe — z jakiegoś powodu chcieli zrobić wszystko bez znieczulenia. Twierdzili, że nie będzie bolało. Wtedy przyszła lekarka i kazała podać mi znieczulenie miejscowe. Dzięki temu byłem w stanie znieść ból.

Z Wołnowachy zostałem wysłany do Doniecka, następnie ewakuowany helikopterem do szpitala w Rostowie. Później przetransportowano mnie wraz z innymi rannymi do Władywostoku, ponieważ szpital w Rostowie był przepełniony. Ludzie leżeli na korytarzach. Miałem szczęście, że zostałem umieszczony w pokoju, ponieważ kilka godzin po moim przybyciu zaczęto przenosić rannych do innych szpitali w całej Rosji. Wciąż przybywali nowi pacjenci. Byli wszędzie: na pierwszym, drugim i trzecim piętrze, nawet na izbie przyjęć.

onet.pl/The Insider

W pierwszych dniach rosyjskiego ataku rosyjskie jednostki pancerne stale posuwały się na północ i południe od Czasiw Jaru, podczas gdy rosyjska piechota sondowała najbardziej wrażliwą dzielnicę miasta — jego dzielnicę kanałową, która leży po odsłoniętej stronie kanału biegnącego z północy na południe wzdłuż wschodniej krawędzi Czasiw Jaru.

W tym czasie ukraińska obrona w Czasiw Jaru była słaba — i stawała się coraz słabsza. W połowie kwietnia ministerstwo obrony w Kijowie rozwiązało brygadę ukraińskiej armii broniącą rejonu kanału, 67. brygadę zmechanizowaną, po tym, jak oficjalne dochodzenie potwierdziło zarzuty głębokiej niekompetencji w sztabie dowodzenia brygady.

Pododdziały 56. i 41. brygady zmechanizowanej oraz 5. brygady szturmowej armii ukraińskiej starały się wypełnić lukę w linii obronnej pozostawioną po rozwiązaniu 67. brygady zmechanizowanej. Kijów wysłał też do Czasiw Jaru więcej dronów.

W międzyczasie bezpośrednio nad linią frontu krążyły jednak rosyjskie odrzutowce szturmowe Su-25, wystrzeliwując rakiety w kierunku ukraińskich żołnierzy, którym skończyły się pociski obrony przeciwlotniczej. Rosyjscy spadochroniarze zbliżali się do Czasiw Jaru od północy i południa, grożąc otoczeniem garnizonu miasta.

Trwał wyścig między siłami rosyjskimi próbującymi zdobyć Czasiw Jar a ukraińskimi i sojuszniczymi logistykami pędzącymi z dostarczaną przez Amerykanów amunicją do zagrożonego miasta.

Dobrą wiadomością dla przyjaciół wolnej Ukrainy jest to, że Ukraińcy najwyraźniej wygrali ten wyścig. Garnizon w Czasiw Jarze najwyraźniej ma już pod dostatkiem amunicji — i sieje spustoszenie wśród rosyjskich grup szturmowych.

W piątek batalion około 20 rosyjskich pojazdów opancerzonych wyruszył z Doniecka w kierunku Czasiw Jaru. Jeszcze kilka tygodni temu rosyjska grupa szturmowa mogła pokonać znaczną część trzykilometrowego dystansu z Doniecka do Czasiw Jaru bez poważnych przeszkód ze strony ukraińskich obrońców.

Dysponując niewielką liczbą pocisków przeciwpancernych i artyleryjskich, Ukraińcy polegali na dronach z widokiem z pierwszej osoby, które bombardowały Rosjan. Ale te kilogramowe drony mają zasięg zaledwie trzech kilometrów i zawierają zaledwie pół kilograma materiałów wybuchowych — zbyt mało, by przebić warstwy dodatkowego pancerza, jaki Rosjanie chałupniczymi metodami dodawali do swoich pojazdów.

Do połowy maja Ukraińcy zyskali jednak znacznie lepsze uzbrojenie. Kiedy więc ta grupa szturmowa próbowała w piątek pokonać kilometry otwartych pól, zbierała na siebie trafienia przez całą drogę — z 50- i 25-kilogramowych pocisków oraz z kilogramowych dronów. Nieliczni Rosjanie, którzy dotarli do kanału, nie przetrwali długo.

„Pomimo szybkich sukcesów w pierwszych tygodniach szturmu na Chasiw Jar, w tym dotarcia do kanału i, w niektórych przypadkach, przekroczenia go małymi grupami, Rosjanom ostatecznie nie udało się ustanowić przyczółka po drugiej stronie i posunąć się dalej” — poinformowała w piątek ukraińska grupa analityczna Frontelligence Insight.

Garnizon w Czasiw Jarze nie jest jedynym, który korzysta z napływu amunicji.

onet.pl/Forbes

środa, 22 maja 2024


W listopadzie /2022 - red./ portal The Bell ujawnił jednak, że założycielem Rybara jest 31-letni tłumacz wojskowy, Michaił Zwinczuk. Wcześniej był pracownik służby prasowej rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Jego najbliższym współpracownikiem miał być Denis Szczukin, programista z Moskwy.

W tym czasie między prokremlowskimi blogerami wojskowymi a zwierzchnikiem sił zbrojnych generałem Walerijem Gierasimowem doszło do otwartego konfliktu. Gierasimow był wściekły, bo korespondenci krytykowali ruchy armii. Choć współpraca między nimi a Ministerstwem Obrony była regularna, blogerzy pozwolili sobie na niezależność wobec przekazów z armii.

W efekcie Gierasimow zwrócił się do Roskomnadzoru (Federalna Służba ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej) z oficjalnym żądaniem sprawdzenia wpisów dziewięciu korespondentów wojskowych. Urzędnicy mieli się im przyjrzeć pod kątem „dyskredytowania” Sił Zbrojnych FR. Gdyby udowodniono im winę, groziłoby im nawet więzienie.

W oświadczeniu Gierasimow wskazał, kogo należy monitorować. Wymieniono: Igora Striełkowa, Siemiona Pegowa (kanał WarGonzo), Jurija Podolaka, Vladlena Tatarskiego, Siergieja Mardana, Igora Dimitriewa, Kristinę Potupczik, oraz autorów kanałów GreyZone i Rybar.

Blogerzy odebrali to jako niezasłużony atak, nie pierwszy zresztą, bo spór nabrzmiewał przynajmniej od września. Jednym ze skutków wszystkich tych zdarzeń było ujawnienie się Zwinczuka. Przyznał, że to on stoi za kanałem Rybar, a nawet udzielił wywiadu prywatnej rosyjskiej telewizji RTVI.

Dość szczegółowo opisał, jak funkcjonuje cały projekt. Jego słowa (nawet gdy zachowamy do nich dystans, Zwinczuk na pewno nie mówi pełnej prawdy o swojej działalności) dają znaczący wgląd w mechanizmy rosyjskiej wojny informacyjnej.

Przede wszystkim stwierdzenie, że Zwinczuk to były tłumacz wojskowy, w żadnej mierze nie oddaje jego przeszłości. To zawodowy oficer. Ukończył Akademię Wojskową Ministerstwa Obrony FR, a potem trafił do służb specjalnych. Był dowódcą grupy wywiadowczej. Potem, jak to opisał, zajmował się „pracą informacyjną i analityczną”. Może to oznaczać, że pracował także dla rosyjskiego wywiadu. Oficjalnie jako tłumacz służył w Syrii. Następnie pracował w służbach prasowych ministerstwa obrony. W 2019 roku miał przejść na emeryturę wojskową. I, jak zapewnia, wtedy właśnie rozpoczął „samodzielną” działalność informacyjna. Jednak „Rybara” założył w 2018 roku, czyli gdy był jeszcze czynnym oficerem.

Zwinczuk przyznał również, że w latach 2020-2021 (a właściwie do rozpoczęcia wojny w Ukrainie, jak pokazują archiwa internetowe) był felietonista portalu RIA FAN, należącego do grupy Jewgienija Prigożina. Zapewnił przy tym, że pracował tam jako niezależny ekspert, który od czasu do czasu wysyłał do redakcji swoje teksty.

(...)

20 grudnia prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin wydał dekret, którym powołał „grupę roboczą do spraw zapewnienia interakcji między władzami publicznymi i organizacjami w kwestiach szkolenia mobilizacyjnego, ochrony socjalnej i prawnej obywateli Federacji Rosyjskiej, biorących udział w specjalnej operacji wojskowej oraz członków ich rodzin". W skład grupy weszli rosyjscy deputowani, wysocy urzędnicy i kilku „dziennikarzy”, zapewne rekrutujących się z grona najbardziej zaufanych. Wśród nich — Michaił Zwinczuk. Tym samym mit jego niezależności prysł bezpowrotnie.

oko.press

Założyciel powiązanego z Kremlem kanału Rybar na Telegramie Michaił Zwinczuk udzielił nietypowo publicznego wywiadu, w którym skrytykował Ministerstwo Obrony Rosji (MON) i spekulował na temat możliwych zmian w MON. 18 maja Zwinczuk udzielił wywiadu rosyjskojęzycznej placówce RTVi  skupiającej się na diasporze, który koncentrował się na zastąpieniu byłego rosyjskiego ministra obrony i obecnego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji Siergieja Szojgu oraz korupcji w rosyjskim Ministerstwie Obrony. Zwinczuk skarżył się na biurokratyczne problemy rosyjskiego MON i twierdził, że niedawno mianowany minister obrony Rosji Andriej Biełousow będzie musiał rozpocząć wprowadzanie „pozytywnych zmian” w MON w ciągu trzech miesięcy, zanim ludzie „zaczną zadawać pytania”. Zwinczuk twierdził, że Biełousow prawdopodobnie zastąpi byłego wiceministra obrony Rosji Rusłana Tsalikowa, który podobno złożył Szojgu rezygnację na tydzień przed zastąpieniem Szojgu, ponieważ Calikow był „prawą ręką Szojgu”, a nie Biełousowa. Zwinczuk oświadczył także, że na swoich stanowiskach pozostaną wiceminister obrony Rosji Tatiana Szewcowa oraz wiceminister obrony Rosji i szef Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego MON Rosji Wiktor Goremykin. Rosyjskie źródło informacji, które wcześniej rzetelnie informowało o zmianach w rosyjskim dowództwie wojskowym, stwierdziło 14 maja, że ​​Szewcowa prawdopodobnie jednak zrezygnuje. Zwinczuk oświadczył, że posiada informację, że wiceminister obrony Rosji generał pułkownik Yunus-Bek Jewkurow opuści stanowisko, aby stanąć na czele Korpusu Afrykańskiego MON, a jego miejsce zajmie szef Zarządu Głównego Żandarmerii Wojskowej Rosji Siergiej Kuralenko.

Jeżeli Kreml pozwoli wybranym prominentnym rosyjskim milbloggerom na nasilenie krytyki wobec rosyjskiego MON, może wzrosnąć presja społeczna na rzecz reform, które – jeśli zostaną wdrożone – wesprą rosyjski wysiłek wojenny na Ukrainie. Rosyjskie Ministerstwo Obrony przyznało /.../ w szczególności Zwińczukowi w grudniu 2023 r. za jego wysiłki na rzecz edukacji wojskowo-patriotycznej i pracy wojskowo-politycznej na rzecz rosyjskiej armii, a prezydent Rosji Władimir Putin przyznał Zwińczukowi rosyjski Order Zasługi dla Ojczyzny II klasy w listopadzie 2023 r. ISW w dalszym ciągu ocenia, że ​​przyznanie przez Kreml nagrody Zwinczukowi, którego kanał na Telegramie według stanu na 18 maja miało ponad 1,2 miliona obserwujących, było prawdopodobnie częścią szerszych wysiłków mających na celu przejęcie kontroli i przejęcie często krytycznej przestrzeni informacyjnej rosyjskich milblogerów. Rosyjscy milbloggerzy w dużej mierze ograniczyli swoją osobistą krytykę pod adresem Szojgu i rosyjskiego szefa Sztabu Generalnego, generała armii Walerego Gerasimowa po zbrojnym buncie Grupy Wagnera w czerwcu 2023 roku. Być może Zwinczuk próbuje wykorzystać swój publiczny wywiad do oceny reakcji Kremla na krytyczne głosy po zastąpieniu Szojgu na Biełousowa. Biorąc jednak pod uwagę powiązania Zwińczuka z Kremlem, Kreml mógł zlecić Zwińczukowi publiczną krytykę rosyjskiego MON, dyktując jednocześnie treść i dotkliwość jego wypowiedzi, co może wyznaczać akceptowalną granicę krytyki pod adresem MON. Jakiekolwiek ewentualne zezwolenie Kremla na wzmożoną krytykę rosyjskiego MON ze strony rosyjskich milbloggerów mogłoby doprowadzić do reform biurokratycznych, które poprawią skuteczność rosyjskich wysiłków wojennych na Ukrainie, zwłaszcza w połączeniu z zamiarami Biełousowa i Putina dotyczącymi mobilizacji rosyjskiej gospodarki i bazy przemysłu obronnego (DIB) do wspierania  przedłużającej się wojny na Ukrainie i ewentualne przygotowanie się do przyszłej konfrontacji z NATO.

understandingwar.org

(...) rosyjska dezinformacja jest jak matrioszka – przykrywa prawdę kolejnymi warstwami kłamstw. Według zespołu Antibot4Navalny powiązania między kontami na X, które biorą udział w tej akcji, także przypominają drewnianą lalkę, w której znajdują się kolejne lalki coraz mniejszych rozmiarów. Stąd nadana przez zespół nazwa kampanii – „Matrioszka”.

Pierwsze, co widzimy, to duża lalka – komentarz konta A proszący o sprawdzenie fejka podanego przez konto B – mniejszą lalkę. Następnie okazuje się, że konto B także prosiło o sprawdzenie innego fejka podanego przez jeszcze mniejszą lalkę – konto C. Może się okazać, że konto C także kiedyś prosiło o sprawdzenie jeszcze innego fejka podanego przez konto D itd., itd.

Z przekazanych nam danych Antibot4Navalny wynika, że najdłuższy taki ciąg łączył ze sobą sześć różnych profili. Może pojawić się pytanie – jaki jest cel tak złożonych kombinacji? Przecież równie dobrze jeden zespół kont mógłby tylko podawać fałszywe informacje, a drugi wyłącznie prosić o ich sprawdzenie. 

Według Antibot4Navalny potencjalny powód to ochrona kont przed zawieszeniem za publikowanie samych fałszywych informacji. Niewykluczone jednak, że celem jest zdobywanie obserwatorów zainteresowanych sprawdzaniem fałszywych informacji, a potem karmienie ich fejkami. Możliwe także, że autorzy akcji chcą przekonywać, że skoro te same osoby obalają fałszywe informacje i je podają, to nie wiadomo już, co jest prawdą.

Do prowadzenia kampanii dezinformacyjnych bywają używane fałszywe lub skradzione konta sterowane zarówno przez programy komputerowe (boty), jak i przez prawdziwe osoby (trolle). Przykładowo we wspomnianą akcję „Sobowtór” zaangażowane były boty podszywające się pod znane media. W przypadku „Matrioszki” również można podejrzewać, że mamy do czynienia z siecią fałszywych lub skradzionych profili.

(...)

Narzędzie AI Detector firmy Hive wykazuje, że zdjęcia profilowe niektórych z tych kont są wygenerowane przez sztuczną inteligencję (1, 2, 3). Poza tym niektóre mogą być wykradzione lub kupione – Antibot4Navalny zauważył, że jeden profil, który zaczął podawać fałszywe informacje, był niedługo przedtem wystawiony na sprzedaż.

O tym, że kontami kierują prawdziwe (być może zatrudnione do tego) osoby, a nie – programy, świadczy analiza ich aktywności. Jak ustalił na podstawie ponad 2000 wpisów zespół Antibot4Navalny, przerwy między wpisami jednego konta wynoszą najczęściej 45 sekund, gdy w przypadku prowadzonej przez boty kampanii „Sobowtór” wynosiły one maksymalnie 6 sekund. 

Ponadto zaangażowane w kampanię konta są aktywne często między 9:00 a 17:00, czyli w typowych godzinach pracy.

Nietrudno poznać, że profile zaangażowane w kampanię „Matrioszka” sprzyjają Kremlowi. Wystarczy spojrzeć na przykłady podawanych przez nie fałszywych informacji, które opisał AFP Factuel: ukraiński artysta przeciął wieżę Eiffla, graffiti w Los Angeles i Paryżu wyśmiewa Wołodymyra Zełenskiego, Ukrainiec zrabował katakumby w Paryżu itp. Takie materiały mają psuć wizerunek Ukraińców lub udowadniać niechęć Zachodu do Ukrainy.

(...)

Na przykład fałszywa opowieść o Ukraińcach, którzy próbowali wyłudzić okup od rodziny osoby porwanej przez Hamas, była przedstawiona jako wiadomość niemieckiego radia WDR 1. Z kolei niepotwierdzona w żadnym innym źródle informacja o ukraińskim artyście, który wszczął awanturę podczas wystawy w Berlinie, przypominała materiał dziennika „Berliner Zeitung”.

O rosyjskim pochodzeniu wpisów świadczy jednak nie tylko sprzyjająca Rosji tematyka, lecz przede wszystkim wpadki językowe. Przykładowo wpis promujący fałszywą informację o graffiti przedstawiającym pluskwę zawierał zamiast angielskiego słowa „bedbug” rosyjskie „klop”. 

W innym miejscu nazwisko „Zełenska” przetłumaczono nie jako „Zelenska” tylko „Zelens-Koy” (rosyjski dopełniacz rodzaju żeńskiego). Z kolei angielskie słowo określające ukrytą wiadomość w jakimś materiale, a dosłownie oznaczające jajo wielkanocne, przetłumaczono nie jako „easter egg”, lecz jako „paschalka”, co także jest słowem rosyjskim.

(...)

Być może osoby odpowiedzialne za kampanię „Matrioszka” chcą wykorzystać w praktyce żartobliwe prawo Brandoliniego inaczej zwane „zasadą asymetrii bzdur”. W oryginale podanym przez włoskiego programistę Alberto Brandoliniego brzmi ono: „Ilość energii potrzebna do obalenia bzdury jest o rząd wielkości większa niż ilość energii potrzebnej do jej wyprodukowania”.

Gdy bzdur do wyjaśnienia będzie zbyt wiele, może nam zabraknąć sił i środków. Antibot4Navalny ostrzega, że w każdej chwili liczba zgłoszeń kierowanych do fact-checkerów może zostać zwiększona dziesięciokrotnie. Wystarczą do tego kolejne fałszywe konta i odpowiednia moc obliczeniowa, a to stosunkowo tanie i łatwo dostępne zasoby. 

demagog.org.pl

wtorek, 21 maja 2024


W styczniu 2024 roku Łobowa, Ołeksijewycz i Honduł udały się na spotkanie z szefem Biura Prezydenta Ukrainy Andrijem Jermakiem i szefem Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy (HUR) Kyryłem Budanowem, gdzie przedstawiciele władz odpowiadali na pytania rodzin ofiar wybuchu w Ołeniwce. Jak wspomina Ołeksijewycz, Jermak i Budanow powiedzieli wtedy, że krewni obrońców Azowstalu „nie wiedzą, jakie były gwarancje, kiedy żołnierze opuszczali Azowstal, kto negocjował [oddanie się do niewoli] i jak to się stało”, a rodziny żołnierzy „nie są gotowe usłyszeć tej prawdy”.

Jednocześnie szef Biura Prezydenta i szef HUR obiecali, że jeśli rodziny obrońców zechcą „usłyszeć tę prawdę”, to zorganizowane zostanie osobne spotkanie dla ograniczonej liczby osób i bez kamer. Ostatecznie takie spotkanie się nie odbyło się, choć, jak zauważają żony obrońców Azowstalu, minęły ponad cztery miesiące.

belsat.eu

Ekspert zapytany o to, czy w jego ocenie za ostatnimi pożarami w Polsce mogą stać służby rosyjskie, stwierdził, że to bardzo mało prawdopodobne.

- Biorąc charakter wojny, która toczy się za naszą wschodnią granicą, nie można oczywiście niczego wykluczyć, jednak prawdopodobieństwo, że to działanie służby, jest nikłe - podkreślił gość Szymona Kępki. Jak zauważył, podwyższenie temperatur wpływa na zwiększenie palności tych składowisk.- Takie składowiska są przykładem ludzkiej pazerności i podłości. One w ogóle nie powinny istnieć - dodał oburzony.

Gość TOK FM zwrócił uwagę na ważny szczegół. Odpady, które trafiają na składowiska, są zwykle nieodpowiednio przechowywane. Pojemniki pod wpływem temperatury - latem upałów, a w zimie mrozów - rozszczelniają się. Często nie wiadomo także, co się w znajduje. - Jeśli pojemniki się rozszczelnią, może dojść do zmieszania tych substancji i materiałów, a te mogą w wyniki takiego procesu prowadzić do samozapłonu - podkreślił gen. Grosset. 

Jako przykład bardzo niebezpiecznego składowiska odpadów podał to znajdujące się w Wołominie, gdzie znajduje się ok. 20 tys. ton różnego rodzaju materiałów niebezpiecznych. - To jest tak zwana Puszka Pandory, strach pomyśleć, co by się stało, gdyby doszło tam do zapłonu - wyjaśnił. 

W ocenie eksperta lekka histeria, która powstała wokół wojny hybrydowej z Rosją, sprawia, że część właścicieli składowisk odpadów może chcieć to wykorzystać.

tokfm.pl

Bandy zamaskowanych zbirów czaiły się nocą w uliczkach Tbilisi, polując na prozachodnich aktywistów. Gruzini, którzy sprzeciwili się rosyjskiej ustawie o "agentach zagranicznych", stali się celem tysięcy nękających telefonów w ramach skoordynowanej kampanii zastraszania. W ramach jej prorządowi radykaliści grożą członkom rodziny, w tym osobom starszym i dzieciom, przeciwników ustawy. Następnego dnia prozachodni aktywiści zobaczyli, że ich domy, biura i pojazdy zostały pomalowane sprayem z groźbami przemocy lub oklejone plakatami ogłaszającymi ich "wrogami ludu".

— Jesteśmy zszokowani. Nie widzieliśmy takich represji od lat 90. — mówi były dyplomata, Gia Japaridze, odnosząc się do wojny domowej w Gruzji po upadku Związku Radzieckiego. 8 maja Japaridze trafił do szpitala ze wstrząsem mózgu po tym, jak pięciu zamaskowanych mężczyzn zaatakowało go, gdy wychodził z przyjęcia.

— Gdy mnie bili, ciągle powtarzali: "To za sprzeciwianie się rosyjskiemu prawu" — dodaje.

(...)

— Wcześniej byli bardzo ostrożni, ponieważ wiedzieli, że Zachód ich obserwuje. Jednak odkąd Rosjanie zaczęli sobie lepiej radzić w Ukrainie, prorosyjscy aktywiści poczuli się swobodniej. Wiedzą też, że Stany Zjednoczone i Europa są zbyt rozproszone, by cokolwiek z tym teraz zrobić — tłumaczy politolog z Uniwersytetu Stanforda, Francis Fukuyama.

(...)

— Mam bardzo złe przeczucie. Od 25 lat jestem dziennikarką śledczą. Byłam nękana przez trzy poprzednie rządy, ale nigdy wcześniej w ten sposób — mówi prześladowana dziennikarka, Nino Zuriaszvili. Pokazała zdjęcia wulgarnych określeń wymalowanych czerwoną farbą na jej samochodzie oraz plakaty, które wisiały na jej drzwiach wejściowych, z jej podobizną podpisaną, jako "zagraniczna niewolnica pieniędzy". W jednym z anonimowych telefonów mężczyzna groził jej za nazwanie gruzińskiej ustawy o "zagranicznych agentach" rosyjskim prawem.

(...)

Bandy proputinowskich działaczy już trzykrotnie próbowały osaczyć lidera prozachodniej partii Girchi, Zuraba Japaridze. Udało mu się tego uniknąć tylko dlatego, że miał pozwolenie na broń i wystrzelił w powietrze, aby odstraszyć napastników.

onet.pl/Politico

niedziela, 19 maja 2024


Meduza: Jak ten wizerunek ma się do rzeczywistości?

Temur Umariow: W rzeczywistości nawet w tym aspekcie nic nowego nie wydarzyło się od początku wojny. Moskwa i Pekin nadal nieufnie nazywają się nawzajem sojusznikami. W rzeczywistości powody tego pozostają takie same, chociaż wojna uczyniła je bardziej przekonującymi.

Jakie są te powody?

Ani Rosja, ani Chiny nie chcą zrobić kroku w kierunku siebie nawzajem jako sojuszników, ponieważ wiąże się to z dużym ryzykiem. Chiny nie mogą wpływać na decyzje podejmowane przez Władimira Putina i jego otoczenie i obawiają się, że jeśli nazwą się sojusznikiem Rosji, będą musiały ingerować w konflikty, w które wcale nie chcą się angażować.

Takie samo stanowisko zajmuje Rosja. Rozumie, że Chiny mają skomplikowane stosunki z Indiami i Wietnamem, [że istnieje] konflikt terytorialny na Morzu Południowochińskim, problem Tajwanu. Są to dość ryzykowne i chwiejne tematy, w których Rosja nie chce zajmować jednoznacznego stanowiska. Przynajmniej na razie woli pozostać neutralna w tych kwestiach.

W przedostatnim wspólnym oświadczeniu wydanym po wizycie Władimira Putina w Pekinie [w lutym 2022 r.] w przededniu Igrzysk Olimpijskich znalazło się słynne zdanie, że Rosję i Chiny łączy "przyjaźń bez granic". Wszyscy wówczas interpretowali to jako ogłoszenie sojuszu, że Rosja i Chiny są teraz zdecydowanie razem przeciwko całemu światu. W rzeczywistości fraza ta, choć wyglądała bardzo patetycznie, była po prostu próbą uniknięcia słowa "sojusz".

Jeśli spojrzymy na najnowsze wspólne oświadczenie podpisane po wizycie Xi Jinpinga w Moskwie w 2023 r., nie ma tam "przyjaźni bez granic". Mówi się tylko o "partnerstwie".

Czy są jakieś inne zmiany w stosunkach?

Jedyną dużą zmianą od początku wojny jest rosnąca nierównowaga w tych stosunkach. Rosja staje się zależna od Chin w coraz większym stopniu. Stało się tak, ponieważ w wielu aspektach Rosja nie ma już innych alternatyw. Jeśli wcześniej mogła zrównoważyć chińską obecność [w gospodarce] z europejską (na przykład na rynku energii), teraz jest to niemożliwe. Teraz Rosji pozostały tylko Chiny. Jednocześnie Chiny mają wiele możliwości rozwoju swoich stosunków [międzynarodowych].

(...)

Nie tak dawno "Financial Times" napisał, że handel zagraniczny Chin obecnie się odradza, w szczególności dzięki eksportowi do Rosji. W 2023 r. Rosja stała się piątym co do wielkości partnerem handlowym Chin, awansując z dziewiątego miejsca w 2020 r. Jakie problemy są obecnie szczególnie dotkliwe dla chińskiej gospodarki? I w jaki sposób Rosja pomaga je rozwiązać?

Handel z Rosją naprawdę rośnie. Częściowo ten czynnik pozwolił Chinom poprawić swój handel zagraniczny od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Koronawirus uderzył w tę sferę dość mocno, Państwo Środka nie zniosło kwarantanny przez bardzo długi czas, obawiając się powtórki horroru, przez który przeszedł Wuhan. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że problemy chińskiej gospodarki to nie tylko handel — handel nie jest obecnie głównym motorem gospodarki.

Chiny nie produkują już dóbr konsumpcyjnych, ale przechodzą do bardziej wyrafinowanych sektorów globalnej produkcji. Od ok. 2007 r. Chiny starają się przeorientować swoją gospodarkę w kierunku konsumpcji krajowej, tak aby głównym motorem wzrostu była populacja i jej inwestycje. Jest to trudne, ponieważ zaangażowanie państwa w gospodarkę kraju jest bardzo wysokie.

Aby osiągnąć swój cel, chińskie władze muszą przejść transformację strukturalną, w szczególności polityczną. Jest to o tyle trudne, że w ciągu kilkunastu lat istnienia chińskiej gospodarki [w obecnym kształcie] wyłoniły się całe grupy elit, które nie chcą niczego zmieniać

Udział Rosji w tych procesach jest niezwykle niski; nie może ona w żaden sposób wpływać na konsumpcję wewnętrzną w Chinach. Częściowo pomogła przywrócić handel, ale nie może rozwiązać wszystkich innych kryzysów chińskiej gospodarki.

Na początku naszej rozmowy powiedział pan, że jednym z głównych trendów jest rosnąca zależność Rosji od Chin. Co Pekin sądzi o takiej pozycji Moskwy?

Kreml był zależny od Państwa Środka już wcześniej, ale po rozpoczęciu wojny zależność ta stała się znacznie bardziej zauważalna. Widać to w asortymencie chińskich towarów w rosyjskich sklepach. Najbardziej oczywistym przykładem są marki samochodów z Chin, które stały się popularne po tym, jak ceny europejskich marek stały się nieosiągalne dla przeciętnego nabywcy. To samo dzieje się na rynku smartfonów.

Jednocześnie nie twierdziłbym, że Chiny będą teraz aktywnie inwestować w rosyjską gospodarkę i że chińscy producenci telefonów zaczną teraz budować swoje fabryki w Rosji. Pekin postrzega Moskwę jako krótkoterminowy rynek o bardzo wysokim popycie — ale nie jako strategiczną okazję inwestycyjną. Inwestycje zawsze polegają na planowaniu długoterminowym, a w Rosji, jak wiemy, niemożliwe jest teraz planowanie nawet na rok do przodu, ponieważ nikt nie wie, co będzie dalej.

W połowie marca br. dziennikarze "The Moscow Times" i pracownicy organizacji non-profit Arctida opublikowali dochodzenie w sprawie tego, jak europejskie firmy nadal dostarczały sprzęt do rosyjskiego projektu Arctic LNG 2, dostarczając swoje produkty o wartości setek milionów euro w celu obejścia sankcji. Według ich danych europejski sprzęt dla Arctic LNG 2 jest importowany głównie z Chin. Jak pan myśli, dlaczego Chiny są zaangażowane w szarą strefę i mroczny eksport dla Rosji?

Z zewnątrz może się to wydawać tajnym planem, paktem między Xi Jinpingiem a Putinem, ale rzeczywistość, jak widzę, jest znacznie bardziej prozaiczna.

Po pierwsze, Chiny nie są jedynym krajem zaangażowanym w reeksport do Rosji. Zaangażowane są kraje Azji Środkowej, Turcja i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Widzą one ogromny popyt na niektóre towary w Rosji i zdają sobie sprawę, że można go łatwo zaspokoić bez żadnego ryzyka, zwłaszcza jeśli nie mówimy o towarach podwójnego zastosowania.

Wydaje mi się, że w tej kwestii [handlu] wszyscy są bardzo ostrożni w dostarczaniu Rosji towarów niezbędnych do prowadzenia wojny — niektórych elementów celowników, dronów itp. Tylko Korea Północna i Iran mogą to robić publicznie i bezpośrednio. Wszystko inne, tj. towary, które są oficjalnie niedostępne w Rosji i nie są związane z wojną, to szara strefa, w której nie zawsze jest jasne, co dokładnie narusza reżim sankcji. Każdy przedsiębiorca działa tak, jak chce. Nie widzę w tym nic politycznego. Jest to raczej czysto pragmatyczne pragnienie zarabiania pieniędzy.

onet.pl