piątek, 26 kwietnia 2024



Według amerykańskiego dziennika "New York Times" Izraelczycy chcieli odpowiedzieć znacznie brutalniej, ale zostali od tego odwiedzeni przez Biały Dom. Tak, aby nie doszło do eskalacji i potencjalnej otwartej wojny regionalnej. W zamian Izraelczycy przeprowadzili symboliczny atak, który był odpowiednikiem pogrożenia Irańczykom palcem. Metoda jego przeprowadzania i wybrany cel były takie, aby uzyskać jak najbardziej wyraziste przesłanie, przy zachowaniu jak najmniejszej skali.

Oficjalnie Izrael nic nie komunikuje w tej sprawie. Dość szczegółów zdradziło jednak kilka zdjęć z irackiego pola, zdjęcie satelitarne irańskiej bazy lotniczej na obrzeżach miasta Isfahan i doniesienia o głośnej eksplozji na jej terenie. Te pierwsze wykonano rano 19 kwietnia. Widać na nich wypalony człon napędowy jakiejś rakiety, która spadła na irackie pole około 60 kilometrów na południowy zachód od Bagdadu. W kolejnych godzinach pojawiły się zdjęcia drugiego, inaczej uszkodzonego, który spadł na brzeg kanału irygacyjnego w tym samym rejonie. Zbieżność w czasie z atakiem na Iran nasuwała prostą odpowiedź. Szybko pojawiły się porównania zdjęć i twierdzenia, że to człony napędowe izraelskich rakiet Sparrow (po polsku wróbel), które formalnie są tylko symulatorami celów podczas testów izraelskich systemów antyrakietowych Arrow.

Rakiety rodziny Sparrow zaprojektował i produkuje izraelski koncern Rafael. Materiały promocyjne wskazują, że istnieją trzy warianty. Od najmniejszego Black Sparrow, przez Blue Sparrow po największy Silver Sparrow. Każda ma formalnie za zadanie symulować inną kategorię wrogich rakiet balistycznych. Od takich o krótkim zasięgu, po te o pośrednim przekraczającym tysiąc kilometrów. Silver Sparrow używano do testów najwyższego piętra izraelskiej tarczy antyrakietowej, rakiet Arrow-3. W ich trakcie cele wystrzeliwano z myśliwców F-15. Silver Sparrow musiały się zachowywać identycznie jak irańskie rakiety pośredniego zasięgu, czyli być w stanie osiągnąć taką samą prędkość i trajektorię. Oznacza to, że powinny być w stanie przelecieć podobną odległość przekraczającą tysiąc kilometrów. Czyli tak naprawdę mogą stanowić bazę do prawdziwej rakiety bojowej o podobnych osiągach.

(...)

Wszystko wskazuje więc na to, że w izraelskim arsenale jest uzbrojenie, o którym oficjalnie nie informowano. Co więcej, ma ono robiące wrażenie możliwości. Według nieoficjalnych informacji podawanych przez między innymi "NYT", pociski odpalono z samolotów lecących w syryjskiej przestrzeni powietrznej. Prawdopodobnie F-15, bo takich używano podczas testów tarczy antyrakietowej. Syryjski rząd oficjalnie przyznał, że rankiem 19 kwietnia Izraelczycy przeprowadzili serię ataków na jego systemy radarowe i przeciwlotnicze na południu kraju. Prawdopodobnie zabezpieczali sobie przestrzeń do wyprowadzenia ataku na Iran.

Znad południowo-wschodniej Syrii, przy granicy z Irakiem, do irańskiego Isfahanu jest około 1200 kilometrów. Linia przeprowadzona z irańskiego lotniska do mniej więcej styku granic Syrii, Jordanii i Iraku przebiega kilkadziesiąt kilometrów na południe od Bagdadu. Gdyby izraelska rakieta leciała po takiej trasie, to jej zużyty i odrzucony przedział napędowy mógłby upaść na pola właśnie tam, gdzie znaleziono dwa opisane wcześniej obiekty. Według "NYT" jeden z dwóch pocisków eksplodował w locie i nie dotarł do celu. Amerykańskie źródła nie znają przyczyny wybuchu. Izraelskie źródło gazety twierdziło, że głowica otrzymała polecenie autodestrukcji, po tym jak ta z pierwszej rakiety trafiła w cel w Iranie i tym samym polityczny cel ataku został osiągnięty.

Oficjalnie Irańczycy twierdzą, że nic nie trafiło w bazę w Isfahanie. Jej zdjęcia satelitarne wykonane 19 kwietnia pokazują jednak, że wokół umieszczonego tam stanowiska radaru rosyjskiego systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego S-300 pojawiły się ciemne ślady, a samo urządzenie i jego bezpośrednia okolica są przykryte dużą siatką maskującą (zdjęcia i szczegółowa analiza tego, co na nich widać). Nie ma całkowitej pewności, ale prawdopodobnie został trafiony i uszkodzony lub zniszczony. Oczywistym głównym podejrzanym jest izraelska rakieta Silver Sparrow. Wskazywałoby to na robiącą wrażenie celność, jak na pocisk odpalany z powietrza i pokonujący ponad tysiąc kilometrów.

Zagadką jest, czy Silver Sparrow w wersji bojowej istnieją w większych ilościach, czy były to unikaty przygotowane na potrzeby tego konkretnego ataku, mającego charakter polityczny. Izraelczycy w ten sposób pogrozili Iranowi palcem i pokazali, że dysponują bronią zdolną dosięgnąć kluczowych irańskich obiektów programu atomowego, które są właśnie w rejonie Isfahanu. Do tego najwyraźniej są odporne na najlepszą irańską obronę, czyli system S-300. Na tyle niewrażliwe, że prawdopodobnie zniszczyły lub uszkodziły najcenniejszy element jednej z czterech kupionych w Rosji baterii, czyli radar wskazywania celów 30N6E2.

Ukrycie rozwoju rakiety balistycznej pośredniego zasięgu pod płaszczykiem celu do testów antyrakietowej nie jest czymś szczególnie zaskakującym. To samo prawdopodobnie robią Amerykanie. Ukrywali się przez dekady z racji obowiązywania traktatu INF (w latach 1987-2019), który nakładał ograniczenia na rozwój rakiet balistycznych pośredniego zasięgu. Nie mieli też szczególnej potrzeby militarnej, żeby tworzyć taką broń. Nie chcieli jednak porzucać odpowiednich technologii, które opracowali do lat 80. Tak się akurat wygodnie składało, że jednocześnie rozwijali systemy, mające tej klasy rakiety przechwytywać. Stworzyli więc całą serię celów, które na poziomie eksperymentalnym pozwalały podtrzymywać, a nawet rozwijać umiejętności w tym zakresie.

Kiedy w 2019 roku USA wycofały się z traktatu INF (argumentując, że Rosja i tak go łamie), po 9 miesiącach przeprowadziły demonstracyjny test rakiety balistycznej pośredniego zasięgu. Najprawdopodobniej był to eksperymentalny składak z rozwiązań używanych podczas testów systemów antyrakietowych, ponieważ nie podano na jego temat żadnych konkretnych informacji, ani do dzisiaj nie ma mowy o produkcji lub przyjęciu na uzbrojenia. Po prostu Amerykanie najwyraźniej chcieli wysłać sygnał, że ciągle to potrafią. Na podobnej zasadzie teraz swój sygnał wysłali Izraelczycy. Pytanie, czy ich była rakieta-cel, jest lub będzie produkowana w większych ilościach w wersji bojowej.

gazeta.pl

czwartek, 25 kwietnia 2024



Uchwalenie przez Kongres ustawy finansującej pomoc dla Ukrainy zajęło prawie osiem miesięcy. W sierpniu 2023 r. Biały Dom złożył w Kongresie pierwszą (...), a w październiku drugą propozycję stosownej legislacji. Pierwsza z nich dotyczyła potrzeb, które miały zaistnieć w związku z wojną na Ukrainie w pierwszym kwartale roku budżetowego 2024 (FY24, rozpoczął się 1 października 2023 r.), a druga obejmowała już cały rok budżetowy i była połączona z środkami na ochronę granicy USA z Meksykiem (zob. Amerykańskie wsparcie dla Ukrainy pod znakiem zapytania), co stanowiło priorytet dla republikanów. W oparciu o tę drugą propozycję w Senacie powstał projekt ustawy łączącej wsparcie dla Ukrainy z pomocą dla Izraela i środkami na wzmocnienie odstraszania w regionie Indo-Pacyfiku, który został przyjęty przez izbę wyższą w lutym. Żadnej z propozycji nie procedowano jednak w Izbie Reprezentantów.

Głównym powodem blokowania w Izbie ustawy o wsparciu dla Ukrainy był opór prawego skrzydła GOP, skoncentrowanego wokół liczącej ponad 40 kongresmenów konserwatywnej frakcji (Freedom Caucus), która – przy kruchej większości republikańskiej wynoszącej jesienią 222 na 435 kongresmenów – zablokowała pierwszy projekt. Przyczyniło się do tego również odwołanie z funkcji ówczesnego spikera Izby Kevina McCarthy’ego, a następnie wybranie nowego – Mike’a Johnsona – w październiku 2023 r. Ten, przy poparciu GOP, uzależniał swą zgodę na głosowanie nad ustawą o wsparciu dla Ukrainy od uchwalenia korzystnych dla republikanów regulacji w zakresie ochrony granicy z Meksykiem i reformy prawa imigracyjnego, a także m.in. od uchwalenia budżetu federalnego na FY24. Gdy jednak w lutym pojawiła się ze strony ponadpartyjnej grupy senatorów kompromisowa propozycja dotycząca granicy i imigracji, republikanie z Izby odrzucili ją jako niesatysfakcjonującą.

Wyjściem z impasu było przedstawienie w kwietniu przez Mike’a Johnsona czterech projektów ustaw: o wsparciu dla Ukrainy, pomocy dla Izraela, środkach na wzmocnienie odstraszania na Indo-Pacyfiku oraz sankcjach m.in. wobec Iranu i Rosji. Wszystkie zostały zatwierdzone 20 kwietnia w Izbie Reprezentantów. Powody ostatecznego poddania przez Johnsona ustaw pod głosowanie w Izbie były wielorakie. Spiker szukał odpowiedniego momentu, w którym będzie mógł pozwolić sobie na ten krok, minimalizując ryzyko utraty stanowiska.

Nieuchwalenie wsparcia dla Ukrainy w przypadku przełamania frontu przez Rosję mogłoby się okazać kosztowne dla Donalda Trumpa i republikanów przed listopadowymi wyborami; sam Trump wyraził ciche przyzwolenie na procedowanie ustawy. Johnson konfrontował się też z rosnącą presją – zarówno wewnętrzną ze strony „tradycyjnych” republikanów, jak i zewnętrzną ze strony europejskich sojuszników. Dodatkowo wpływ na niego mogły mieć także amerykańskie dane wywiadowcze, sygnalizujące krytyczną sytuację ukraińskich sił zbrojnych.

Podczas głosowania ponad połowa republikanów w Izbie opowiedziała się przeciwko przyjęciu ustawy o wsparciu Ukrainy (112 głosów przeciw, 101 za), podczas gdy demokraci jednomyślnie ją poparli. Do ponad 40-osobowej grupy skrajnie prawicowych republikanów dołączyło przeszło 70 bardziej umiarkowanych. Z kolei w Senacie za ustawą zagłosowało 48 demokratów i 31 republikanów, a przeciwko niej 3 demokratów i 15 republikanów. Deputowani GOP, w szczególności w Izbie, w coraz większym stopniu biorą pod uwagę zarówno skrajne stanowiska przedstawicieli frakcji Freedom Caucus i ich intensywną obecność w konserwatywnych mediach, jak i elektorat partii, który coraz bardziej sprzeciwia się interwencjonistycznej polityce zagranicznej, oczekując skupienia się na problemach wewnętrznych.

Istotne znaczenie ma również niechęć do Ukrainy i brak jednoznacznego poparcia dla Kijowa ze strony Donalda Trumpa, faktycznego lidera republikanów. Perspektywy przyjęcia następnego pakietu wsparcia dla Ukrainy pozostają niepewne. Nie należy się go spodziewać przed zaprzysiężeniem kolejnego prezydenta w styczniu 2025 r. Niemniej, jako że konfiguracji politycznej po wyborach nie sposób aktualnie przewidzieć, szanse na pomoc w przyszłym roku pozostają obecnie trudne do oszacowania.

osw.waw.pl

Wielu badaczy od lat wskazuje na postępujące niedobory wolności w Europie, deficyt legitymizacji eurokratów i refeudalizację sfery publicznej związaną z ekspansją biurokracji państwowej i masowych mediów. W szerszym znaczeniu biurokracja ta rozumiana jest jako zagrożenie oddolnej debaty publicznej przez strategiczną manipulację stosowaną systematycznie przez zorganizowane grupy interesu, jak i coraz większe wyobcowanie brukselskich polityków owocujące postępującym rozziewem pomiędzy kształtowaniem się opinii i woli politycznej obywateli a polityką faktycznie stosowaną do rozwiązywania istotnych problemów. W związku z takimi konstatacjami niemiecki myśliciel Jürgen Habermas wskazywał nawet, iż dziś tym, co może łączyć mieszkańców poszczególnych krajów europejskich, jest przede wszystkim uniosceptycyzm. 

nlad.pl


Rzeczywiście krótko po spotkaniu Trumpa z Dudą Republikanie odwołali wielomiesięczną blokadę pomocy dla Ukrainy w wysokości 61 mld dolarów. Autorzy tekstu zastanawiają się, co było przyczyną zmiany stanowiska. Wśród możliwych powodów wymienili spotkanie przewodniczącego amerykańskiej Izby Reprezentantów Mike’a Johnsona z ukraińskimi chrześcijanami, dynamikę sytuacji wewnętrznej w USA i obawę, że porażka Ukrainy w wojnie z Rosją mogłaby zagrozić amerykańskim interesom.

(...)

Jednocześnie autorzy wskazują, że „być może pewną rolę odegrały wszystkie wymienione czynniki”.

– Mało znany jest jednak fakt, że Polska przeprowadziła w minionych tygodniach w Waszyngtonie dyplomatyczną ofensywę, aby doprowadzić do przekazania Ukrainie potrzebnej pomocy wojskowej – podkreślili autorzy.

Ich zdaniem, polscy doradcy polityczni, dyplomaci i politycy, w tym szef komisji spraw zagranicznych Sejmu Paweł Kowal, „uwijali się” w ostatnim czasie po Stanach Zjednoczonych.

Die Welt przypomniał, że kilka tygodni temu prezydent Duda razem z premierem Donaldem Tuskiem byli w Białym Domu. Jak czytamy, to była „niezwykła” wizyta, gdyż prezydent i premier należą do dwóch skłóconych obozów politycznych, widać jednak, że w sprawach bezpieczeństwa Polski obaj politycy działają wspólnie. Autorzy wyjaśniają niemieckim czytelnikom, że z polskiego punktu widzenia widać, że bezpieczeństwo zależy bezpośrednio od sytuacji Ukrainy.

– Polska jako państwo frontowe na wschodniej flance NATO, należące pod względem wojskowym do wagi ciężkiej i pełniące rolę punktu przerzutowego dla transportów broni do Ukrainy, stała się jednym z centralnych członków NATO – podkreślili niemieccy publicyści.

Jak dodają, wizyty sekretarza generalnego Sojuszu Jensa Stoltenberga i premiera Wielkiej Brytanii Rishiego Sunaka we wtorek /23.04.2024 - red./ w Warszawie są tego potwierdzeniem.

belsat.eu/PAP

środa, 24 kwietnia 2024



Rosjanie kontynuują ataki w Donbasie, przede wszystkim w okolicach Marjinki i Awdijiwki oraz na wschód od Czasiw Jaru. Najbardziej znaczący sukces osiągnęli w Oczeretynem – zajęli większą część tej miejscowości. Od zdobycia Awdijiwki (tj. w ciągu ostatnich dwóch miesięcy) oddziały agresora przesunęły się na tym kierunku o ok. 8 km w głąb pozycji ukraińskich, atakując wzdłuż linii kolejowej Awdijiwka–Pokrowsk. Jak dotąd jest to sukces wyłącznie w skali taktycznej, jednak daje on najeźdźcom możliwość wyprowadzenia natarcia na skrzydła przeciwnika i osłabienia obrony na sąsiednich odcinkach frontu.

Po kilkumiesięcznych walkach agresor opanował też – za cenę ogromnych strat – Nowomychajliwkę (przed wojną 1,4 tys. mieszkańców), położoną 7 km od linii rozgraniczenia z 2014 r. Walcząca tam ukraińska 79 Brygada Desantowo-Szturmowa opublikowała film pokazujący przesunięcie linii bojowej w tym rejonie w ciągu ostatniego półrocza i ponad 300 sztuk zniszczonego sprzętu wroga, głównie czołgów i wozów opancerzonych różnych typów.

(...)

W ostatnich dniach spadła intensywność rosyjskich ataków powietrznych na Ukrainę w porównaniu z tą z okresu od 9 do 16 kwietnia (...). Agresor tylko raz dokonał zmasowanego uderzenia za pomocą rakiet i dronów. 19 kwietnia użył 14 bezzałogowców Shahed 131/136 oraz 22 rakiet różnych typów, z czego obrona przeciwlotnicza zestrzeliła wszystkie drony i 15 pocisków manewrujących. Głównym celem były obiekty położone w Dnieprze i obwodzie dniepropetrowskim. Poza tym Rosjanie przeprowadzili kilka punktowych ataków, m.in. dwukrotnie na Odessę, w tym 17 kwietnia na Czernihów z wykorzystaniem trzech pocisków balistycznych Iskander. Zniszczony został budynek dawnego hotelu, w którym prawdopodobnie mieścił się punkt dowodzenia i węzeł łączności armii ukraińskiej.

20 kwietnia amerykańska Izba Reprezentantów przyjęła projekt ustawy o wojskowym i budżetowym wsparciu Ukrainy. W tym tygodniu spodziewane jest głosowanie nad nim w Senacie i – w razie jego uchwalenia w tej samej treści – podpisanie dokumentu przez prezydenta Joego Bidena. W zakresie pomocy wojskowej ustawa przewiduje przede wszystkim pulę w wysokości 7,8 mld dolarów w ramach specjalnych uprawnień prezydenckich (PDA), które pozwalają na przekazanie Kijowowi uzbrojenia i sprzętu wojskowego (UiSW) w trybie natychmiastowym ze stanów magazynowych Departamentu Obrony (DoD), oraz ok. 13,8 mld z Inicjatywy Wsparcia Bezpieczeństwa Ukrainy (USAI), umożliwiającej zamawianie nowych UiSW dla tego państwa w amerykańskim przemyśle zbrojeniowym. W ramach pomocy budżetowej otrzyma ono ok. 7,85 mld dolarów w formie pożyczki, która będzie mogła zostać umorzona.

Jeden z zapisów aktu prawnego zobowiązuje prezydenta do niezwłocznego dostarczenia Ukrainie pocisków balistycznych ATACMS, bez sprecyzowania która ich wersja ma być przekazana. Jednocześnie głowa państwa ma prawo odstąpić od tego obowiązku. Starszą wersję pocisków ATACMS (M39), o krótszym zasięgu (165 km), dostarczono Kijowowi już wcześniej. Nowsze wersje mają zasięg do 300 km. Prezydent Wołodymyr Zełenski zasugerował 22 kwietnia, że osiągnął porozumienie z prezydentem Bidenem w sprawie dostaw nowszych wersji pocisków ATACMS.

19 kwietnia premier Denys Szmyhal przedstawił plany wykorzystania amerykańskiej pomocy finansowej. Z łącznej kwoty 60,8 mld dolarów 49,9 mld zostanie przeznaczone na wydatki na obronę, 7,8 mld – na wsparcie budżetu państwa, 1,57 mld – na pomoc gospodarczą, w tym odbudowę infrastruktury krytycznej, a 400 mln – na ochronę granic i rozminowywanie.

22 kwietnia, w przeddzień wizyty w Polsce, premier Wielkiej Brytanii Rishi Sunak ogłosił największy z dotychczasowych pakiet pomocy dla Ukrainy – o wartości 500 mln funtów. W sumie przekazanych ma zostać 60 uzbrojonych małych łodzi i pontonów szturmowych, ponad 1,6 tys. pocisków kierowanych (w tym obrony powietrznej i Storm Shadow), 160 samochodów opancerzonych Husky, 162 pojazdy opancerzone nieokreślonego typu i 78 pojazdów terenowych nieokreślonego typu oraz 4 mln sztuk amunicji do broni strzeleckiej.

16 kwietnia rząd duński przedstawił swój 17. pakiet pomocy dla Kijowa. Ma on wartość 26,8 mln euro. W jego ramach we współpracy z Czechami i Holandią planuje się zakup broni i amunicji oraz bezzałogowców w ukraińskim przemyśle zbrojeniowym. 18 kwietnia podczas wizyty na Ukrainie wicekanclerz RFN i minister gospodarki Robert Habeck otworzył fabrykę bezzałogowców niemieckiej spółki Quantum-Systems. Obecnie zatrudnia ona 25 osób, a do końca roku liczba ta ma wzrosnąć do 100. Fabryka zwiększy ogólne moce produkcyjne Quantum-Systems do ok. 1 tys. dronów rocznie.

19 kwietnia podczas Rady NATO–Ukraina Niemcy przedstawiły inicjatywę na rzecz wzmacniania obrony powietrznej Ukrainy (Immediate Action on Air Defence, IAAD), w ramach której w krótkim czasie Kijowowi miałyby zostać przekazane kolejne baterie systemów obrony powietrznej. Państwa miałyby również możliwość przeznaczania środków na zakup m.in. amunicji. RFN zadeklarowała dostarczenie jednej baterii systemu Patriot (trzeciej z kolei). Holandia obiecała 150 mln euro oraz zakup systemów bardzo krótkiego zasięgu za kolejne 60 mln euro. Dania także wyraziła chęć finansowego uczestnictwa w IAAD, lecz konkretów nie podano. Litwa ogłosiła swój udział i zamiar przekazania radarów obserwacji powietrznej.

osw.waw.pl


23 kwietnia Jian G., długoletni asystent Maximiliana Kraha, lidera listy AfD w wyborach do Parlamentu Europejskiego (PE), został aresztowany w Dreźnie pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Chin. W trakcie pracy w PE (od 2019 r.) miał on przekazywać informacje wywiadowi oraz inwigilować chińskich działaczy opozycyjnych w RFN. Urodzony w ChRL Jian G. posiada niemieckie obywatelstwo i zanim dołączył do AfD, był członkiem SPD.

To kolejne z serii zatrzymań pod zarzutem szpiegostwa w RFN na rzecz Chin lub Rosji. 22 kwietnia aresztowano troje Niemców zbierających informacje na temat technologii podwójnego zastosowania (m.in. w okrętach). Oskarża się ich też o zakup specjalistycznego lasera i jego nielegalny transport do Chin. 17 kwietnia ujęto dwóch Niemców posiadających również paszporty rosyjskie i podejrzanych o szpiegostwo na rzecz Rosji. Prokuratura zarzuca im prowadzenie działań operacyjnych wokół obiektów wojskowych, linii kolejowych i innej infrastruktury krytycznej w celu przygotowania ataków na szlaki zaopatrzeniowe dla ukraińskiego wojska. Dotyczy to nie tylko niemieckich obiektów, lecz także należących do amerykańskich sił zbrojnych stacjonujących w RFN.

Komentarz

Oskarżenie asystenta lidera AfD osłabi tę partię przed czerwcowymi wyborami do PE. Pozostałe ugrupowania wykorzystają aresztowanie do ataku na nią i będą wskazywać na podatność jej polityków na wpływy reżimów autorytarnych. AfD – notująca od kilkunastu tygodni spadek popularności (obecnie 17–18%) – musi się mierzyć zarówno z zarzutami o szpiegostwo na rzecz Chin, jak i przede wszystkim Rosji. Kilka tygodni temu drugi na liście AfD w wyborach do PE Petr Bystron został przez media oskarżony o czerpanie korzyści finansowych z rozpowszechniania rosyjskiej propagandy na temat wojny na Ukrainie (prokuratura prowadzi śledztwo w tej sprawie). Na spadek popularności partii wpłynęły też wielotysięczne demonstracje przeciwko niej organizowane na przełomie lutego i marca w reakcji na ujawnienie wysuwanych przez jej członków propozycji wyrzucenia z RFN osób z pochodzeniem migracyjnym (ok. 30% społeczeństwa). Poparcie dla AfD słabnie także wskutek pojawienia się silnej konkurencji – ugrupowania Sahry Wagenknecht (BSW, 7% w sondażach; zob. Niemcy: inauguracja prorosyjskiej partii Wagenknecht).

Dla Zielonych i FDP oraz chadecji ujawnienie działalności chińskich agentów jest również okazją do krytykowania kanclerza Olafa Scholza za jego zbyt uległą postawę wobec Chin. Ujęcie szpiegów po jego wizycie w Pekinie nie jest przypadkowe. Służby wstrzymywały się zapewne z działaniami, aby nie zakłócić jego ubiegłotygodniowej delegacji, skoncentrowanej na pogłębieniu relacji gospodarczych (zob. De-risking może poczekać. Wizyta Scholza w Chinach). Zieloni i FDP domagają się asertywniejszego podejścia do współpracy naukowej i kulturalnej z ChRL (w tym ograniczenia działalności Instytutów Konfucjusza). Opowiadają się także za dalszą redukcją wykorzystania chińskich komponentów w niemieckiej sieci 5G (zob. Lex Huawei. Niemcy zaostrzają kontrolę nad siecią 5G).

Seria zatrzymań nasili postulaty wzmocnienia niemieckich służb. W ostatnich latach kontrwywiad (BfV) koncentrował się na kwestiach gospodarczych oraz zwalczaniu ekstremistów, zwłaszcza prawicowych i islamskich. Po agresji na Ukrainę presja na Niemcy ze strony rosyjskich służb wywiadowczych uległa wzmożeniu. Część polityków koalicji (m.in. szefowa resortu spraw wewnętrznych Nancy Faeser z SPD oraz przewodniczący komisji ds. służb specjalnych Konstantin von Notz z Zielonych) postuluje w związku z tym zwiększenie finansowania i liczebności personelu służb oraz rozszerzenie ich uprawnień. Chodzi m.in. o efektywniejsze działania operacyjne (np. obserwację osób podejrzanych), szerszy dostęp do informacji przekazywanych za pomocą komunikatorów internetowych i lepszą kontrolę przepływu środków finansowych.

osw.waw.pl

wtorek, 23 kwietnia 2024



Według Potanina nowy plan uchroni norylskie przedsiębiorstwo przed „rosnącą presją USA na transakcje finansowe z Rosją”. Zauważył również, że przychody Norniklu spadły o co najmniej 15 proc. od 2022 r. „z powodu szeregu trudności” związanych z płatnościami międzynarodowymi, eksportem produkcji i obniżkami cen.

Biznesmen wyjaśnił także potrzebę przeniesienia produkcji ze względu na ochronę środowiska: Huta miedzi zlokalizowana jest pod Norylskiem i trzeba okresowo wstrzymywać produkcję, aby ograniczyć emisję gazów cieplarnianych. Jednocześnie Nornikiel nie ma obecnie dostępu do zachodnich technologii, które mogłyby zapewnić ciągłość produkcji i akceptowalny poziom zanieczyszczeń – podkreślił.

– Przenosimy centrum rozwiązywania problemów środowiskowych do Chin, gdzie istnieją bardziej zaawansowane technologicznie scenariusze. […] [Jeśli] nie zakopiemy niczego w naszej tundrze, nasi potomkowie za sto lat nie będą musieli tego odkopywać – powiedział Władimir Potanin, odnosząc się do technologii wiązania dwutlenku siarki w gipsie, który trafia na składowiska.

Aby obniżyć koszty i ominąć sankcje, Potanin zamierza uruchomić wspólne rosyjsko-chińskie przedsięwzięcie. Nie określił, kto stanie się współinwestorem w tym projekcie. Uruchomienie przedsiębiorstwa w Chinach przybliży produkcję do konsumenta końcowego, zauważył biznesmen. Według miliardera około 50 proc. produkowanej przez firmę miedzi i niklu trafia obecnie do Chin. Jest pewien , że biorąc pod uwagę odmowę współpracy Stanów Zjednoczonych i Europy, liczba ta będzie teraz jeszcze wyższa.

Rosyjski oligarcha przyznał jednak, że jego biznes jest bardzo uzależniony od chińskiego rynku:

– Jesteśmy oczywiście zależni od chińskiego systemu, ale lepiej być w środku tego systemu, a nie na zewnątrz i patrzeć, jak się, że tak powiem, jest wypychany. Jeśli i tak nie da się tego uniknąć, jeśli nie potrafimy zdywersyfikować dostaw, aby nie uzależniać się od rynku chińskiego, to lepiej w niego głębiej wejść i się zintegrować – stwierdził.

Potanin powiedział, że produkty wytwarzane we wspólnym przedsięwzięciu będą sprzedawane jako chińskie, co pozwoli uniknąć dalszych sankcji, ponieważ według niego na chińskie towary znacznie trudniej do nałożenia sankcji w Chinach niż rosyjskie towary przybywające do Chin.

Właściciel Norniklu opisał też nowy szlak logistyczny, którym półprodukty będą trafiać do Chin. Ma on prowadzić z portu Dudinka nad Jenisejem, poprzez Murmańsk, marokański Tanger i kończyć się w portach południowych Chin. Po 2030 r. z powodu ocieplenia klimatu Potanin ma nadzieje, że transport zostanie przeorientowany tzw. północnym szlakiem na wschód, bo obecnie przez znaczną część roku pozostaje on zamarznięty.

Biznesmen podkreślił, że jego plan uzyskał akceptację ze strony Władimira Putina i znalazł się w porządku obrad szczytów rosyjsko-chińskich. Jego zdaniem wsparcie polityczne sprawi, że firma uniknie “samowoli” chińskich urzędników.

belsat.eu


Zwrot w sprawie Ukrainy może stać się również zwrotem w karierze prawicowego polityka. Choć jest trzecią osobą w państwie i drugą w linii sukcesji do prezydentury, Johnson nie był dotąd w Waszyngtonie uznawany za politycznego zawodnika wagi ciężkiej. Wybory spikera wygrał niemal przypadkowo, po tym jak partia przez trzy tygodnie nie mogła dojść do porozumienia w sprawie następcy McCarthy’ego, a z wyścigu odpadło trzech bardziej znanych i wyżej stojących w hierarchii kandydatów. Ostatecznie zdecydowało poparcie Trumpa, z którym Johnson współpracował przy jego obronie w procesie impeachmentu.

Mimo to Johnson był postacią właściwie kompletnie nieznaną nie tylko dla przeciętnego Amerykanina, lecz nawet dla swoich kolegów w Kongresie. Republikańska senatorka Susan Collins przyznawała, że nie wiedziała, kim jest nowy spiker i musiała go „wygooglować”. Nie była zresztą jedyna.

Jego reputacji nie poprawiły kolejne miesiące, naznaczone dalszymi sporami wewnątrz Partii Republikańskiej i serią dotkliwych legislacyjnych porażek. Johnson przegrał głosowania m.in. w sprawie impeachmentu ministra Alejandro Mayorkasa (powiodła się dopiero druga próba) i w sprawie osobnego pakietu pomocowego dla Izraela. W niemal wszystkich kluczowych ustawach, jak w przypadku uchwalenia budżetu i uniknięcia tzw. shutdownu, musiał zdawać się na głosy Demokratów. Aż siedmiokrotnie jego inicjatywy były blokowane przez jego kolegów partyjnych w komisji regulaminowej, mimo że przedtem takie przypadki były niemal niespotykane.

Polityczne zwycięstwo w sprawie Ukrainy prawdopodobnie nie zmieni tej podstawowej dynamiki, tym bardziej, że po głosowaniu z Izby odszedł jeden z republikańskich centrystów Mike Gallagher, co zmniejszyło funkcjonalną przewagę Republikanów nad Demokratami do jednego głosu.

– Jeśli ktoś myśli, że to głosowanie uspokoi chaos, to się myli. Będzie go jeszcze więcej, bo teraz Republikanie naprawdę rzucą się sobie do gardeł – ocenił w rozmowie z PAP przedstawiciel Demokratów w Izbie.

Mimo to, choć partyjna prawica wciąż straszy Johnsona wnioskiem o odwołanie, jego przyszłość wydaje się bezpieczna, przynajmniej w bliskim czasie. Pytani o to, jak zagłosowaliby nad wnioskiem o odwołanie spikera, politycy Demokratów zgodnie odpowiadali, że nie chcą, by Johnson został ukarany za „zrobienie tego, co słuszne”.

belsat.eu/PAP

niedziela, 21 kwietnia 2024



Przez większą część XX w. słowo "rodzina" w Ameryce kojarzyło się z przesłodzonym obrazem przedstawiającym szczęśliwe małżeństwo, dwójkę dzieci i jednego, nieprawdopodobnie dobrze wytresowanego golden retrievera, a wszystko to w domku jednorodzinnym. W ciągu ostatnich 50 lat pojęcie rodziny nuklearnej ulegało jednak stopniowej erozji.

Pierwszym wyraźnym sygnałem zgonu rodziny nuklearnej był kryzys naftowy z 1973 r. i następująca po nim dwuletnia recesja, która oznaczała koniec powojennego dobrobytu na Zachodzie. Od tego czasu rodzina nuklearna rozpadała się kawałek po kawałku. W 1970 r. ponad dwie trzecie dorosłych Amerykanów w wieku od 25 do 49 lat mieszkało z małżonkiem i co najmniej jednym dzieckiem. Według Pew Research do 2021 r. tylko 37 proc. dorosłych pasowało do tego modelu.

(...)

Podobnie jak wiele innych norm społecznych, rodzina nuklearna była produktem warunków ekonomicznych i kulturowych określonego czasu i miejsca, podtrzymywanym przez politykę i instytucje przez dziesięciolecia. Aż do XIX w. małżeństwo było nie tyle związkiem dwóch zakochanych osób, ile pragmatycznym, obowiązkowym krokiem wpisanym w długą tradycję organizacji społecznej i rodzinnej. Większość Amerykanów w tym czasie żyła w wielopokoleniowych "rodzinach korporacyjnych", które razem prowadziły rodzinne gospodarstwa rolne lub firmy.

Wraz z uprzemysłowieniem gospodarki w XIX w. coraz więcej młodych mężczyzn i kobiet opuszczało rodzinne gospodarstwa, by znaleźć pracę w fabrykach i biurach, zwykle w miastach. Uwolnieni od bacznego wzroku rodziców i krewnych ci młodzi ludzie zaczęli chodzić na randki, wydając swój własny dochód na wyjścia do lokalnego kina lub baru. W swojej książce z 2016 r. "Labor of Love: The Invention of Dating" Moira Weigel szczegółowo opisała te zmiany. "Przenosząc zaloty z domu na rynek, randki stały się lukratywnym biznesem" — napisała. "Po raz pierwszy w historii ludzkości randki sprawiły, że konieczne stało się kupowanie rzeczy, aby spotkać się twarzą w twarz z potencjalnym partnerem" — dodała.

W miarę jak kultura randkowania stawała się coraz bardziej zakorzeniona w gospodarce w XX w., sposób życia oparty na wspólnocie ustąpił miejsca jednostkom skupiającym się na własnych pragnieniach i potrzebach. Klasa średnia powiększyła się, a dzieci nie musiały już zarabiać na ekonomiczne przetrwanie swojej rodziny. W białych rodzinach z klasy średniej mężczyźni zarabiali na utrzymanie rodziny, a ich żony wychowywały dzieci i prowadziły dom. Rodzina nuklearna stała się mikrokosmosem kapitalistycznej samowystarczalności i związanego z nią konsumpcjonizmu.

Pod pewnymi względami był to również przypadek. Jak zauważył Brooks w "The Atlantic", status rodziny nuklearnej jako domyślnego układu gospodarstwa domowego dla dorosłych Amerykanów osiągnął szczyt w stosunkowo krótkim okresie między 1950 a 1965 r., kiedy wskaźniki rozwodów spadły, wskaźniki dzietności wzrosły, a powojenna gospodarka rozkwitła. To właśnie w tych latach "wokół tego typu rodziny ukształtował się rodzaj kultu", napisał Brooks, zauważając, że ci, którzy złamali formę, rezygnując z małżeństwa, byli często postrzegani jako dewianci lub "neurotycy".

Obsesja na punkcie rodziny nuklearnej maskowała jej podstawową niestabilność. W latach 70. nierówności społeczne i stagnacja płacowa po kryzysie naftowym i recesji z 1973 r. uniemożliwiły wielu białym mężom o średnich dochodach utrzymanie całych rodzin z jednej pensji. Coraz więcej kobiet wchodziło na rynek pracy, co dawało im większą autonomię ekonomiczną i umożliwiało niektórym opuszczenie nieszczęśliwych małżeństw. Po tym, jak Kalifornia zalegalizowała rozwód bez orzekania o winie w 1969 r., inne stany szybko poszły w jej ślady. Z kolei liczba rozwodów gwałtownie wzrosła. (Do dziś kobiety inicjują zdecydowaną większość rozwodów).

W miarę jak coraz więcej osób zakładało rodziny, które odbiegały od normy rodziny nuklearnej, niedociągnięcia tej struktury stały się oczywiste. Największym tego skutkiem jest dziś kryzys opieki nad dziećmi, w którym samodzielność nieodłącznie związana z modelem rodziny nuklearnej spowodowała, że kobiety poniosły ciężar wychowywania dzieci. Mimo że przytłaczająca większość kobiet pracuje obecnie poza domem, to na ich barkach nadal spoczywa większość nieodpłatnej pracy związanej z opieką nad dziećmi i starzejącymi się krewnymi. Wykonują również więcej prac domowych. Pranie, sprzątanie i gotowanie są wykonywane głównie przez kobiety.

Bez jednego partnera skoncentrowanego na pełnoetatowym prowadzeniu domu ilość pracy wymagana do prowadzenia rodziny nuklearnej nie jest tak naprawdę wykonalna. — Wszystkie rodziny, bez wyjątku, są zależne od rozległego wsparcia z zewnątrz, niezależnie od tego, czy są to państwowe programy opieki społecznej, płatne osoby świadczące usługi, czy członkowie dalszej rodziny hojnie pomagający — powiedziała mi O'Brien.

(...)

Zrozumienie, dlaczego kapitalizm i rodzina nuklearna tworzą tak zgrany duet, nie wymaga wielkiego wysiłku intelektualnego. Zatomizowane jednostki rodzinne generują więcej pracy na rynku i kupują większe ilości towarów niż rozległe, wspólnotowe grupy krewnych, które mogą polegać na sobie nawzajem, dzieląc się zasobami i siłą roboczą. Pozory samowystarczalności rodziny nuklearnej ledwo skrywają jej toksyczną współzależność z gospodarką rynkową. Ta dynamika sprawia jednak, że rodzina nuklearna jest szczególnie podatna na presję ekonomiczną.

Z biegiem lat ludzie, którzy odeszli od tego standardu, przestali być postrzegani jako odchylenia od normy i stali się przykładami różnych ścieżek, którymi może podążać dorosłość. Obecnie prawie jedna czwarta dzieci w USA żyje w gospodarstwach domowych z jednym rodzicem, a coraz więcej dorosłych żyje bez małżonka lub partnera, samotnie lub ze współlokatorami. 

(...)

Chociaż nie jest jasne, jak będzie wyglądać przyszłość rodziny, na wietrze widać nasiona zmian. Ostatnie miesiące przyniosły zalew artykułów o trendach, wątków na Reddicie i nagłówków gazet spekulujących na temat poliamorycznych rodzin, platonicznego rodzicielstwa i żyjących wspólnie kolektywów samotnych rodziców. Po cichu do mody powraca nawet wielopokoleniowe gospodarstwo domowe, w dużej mierze dzięki ciągłemu wzrostowi kosztów utrzymania i potrzebom rodzin w zakresie opieki.

Wydaje się, że pandemia przyspieszyła poczucie pilnej potrzeby wymyślenia czegoś lepszego. — Aby rodziny mogły w ogóle funkcjonować, potrzebują dużo zewnętrznego wsparcia — powiedziała O'Brien. — Podczas pandemii, gdy niektóre z tych zewnętrznych form wsparcia zniknęły, stało się to dramatycznie i boleśnie oczywiste dla ogromnej liczby ludzi — dodała.

businessinsider.com.pl


Miejsce pochodzenia tych języków, sięgające zapewne początków rozwoju cywilizacji, do dziś nie było jednoznacznie ustalone. W nauce dominują dwie hipotezy. Jedna mówi o tym, że miejsce narodzin tych języków to azjatyckie stepy około 6 tys. lat temu. Druga – że stało się to aż 9 tys. lat temu i to zupełnie gdzie indziej – gdzieś w kolebce cywilizacji rolniczej, czyli w rejonie Żyznego Półksiężyca (obszar ciągnący się łukiem od Egiptu do Zatoki Perskiej).

To właśnie postanowił rozstrzygnąć zespół dr. Graya, a konkretnie grupa 80 specjalistów językowych. Na podstawie danych historycznych, starych zapisków w językach już wymarłych oraz analizy języków współczesnych opracowali oni nowy zestaw danych zawierający podstawowe słownictwo ze 161 języków indoeuropejskich, w tym 52 języków starożytnych lub historycznych. Do tego przeprowadzili modelowanie komputerowe pokazujące, jak rozprzestrzeniały się ludy mówiące dziś językami z rodziny indoeuropejskiej. Z tych badań wysnuli zaskakujący wniosek. Jedna z wcześniejszych hipotez okazała się zupełnie niepoprawna – języki indoeuropejskie nie narodziły się na dalekich stepach dzisiejszego Kazachstanu. Drugą trzeba było nieco zmodyfikować i uszczegółowić. Okazało się bowiem, że języki indoeuropejskie wywodzą się z północnych krańców Żyznego Półksiężyca, konkretnie z obszaru na południe od gór Kaukazu – od północnej Persji po część południowej Anatolii, dziś leżącej na terytorium Turcji. Według szacunków dr. Graya rozwój języków indoeuropejskich zaczął się nie 9 tys., a ok. 8 tys. 100 lat temu.

onet.pl/Newsweek

sobota, 20 kwietnia 2024



W 2023 roku przewaga Stanów Zjednoczonych nad Chinami w rankingu największych gospodarek świata wzrosła do najwyższego poziomu od 2008 roku. PKB USA był o ok. 9,5 bln dol. większy niż Chin. Państwo Środka pozostaje jednak w tej chwili największą światową potęgą przemysłową - odpowiada za ok. 30 proc. globalnej wartości dodanej w przemyśle przetwórczym (dla porównania udział USA wynosi ok. 11 proc.). Ma to oczywiście przełożenie na gospodarki innych państw, które bazują na dostawach wielu dóbr przemysłowych, inwestycyjnych i konsumpcyjnych z Chin. Ewentualne poważne zakłócenie przepływu tych dóbr - które byłoby konsekwencją eskalacji konfliktu między Chinami a USA - miałoby ogromne, negatywne skutki dla łańcuchów dostaw w innych częściach świata.

- Mówimy o dwóch największych gospodarkach świata, o największym eksporterze - czyli Chinach, i o największym importerze - czyli Stanach Zjednoczonych. I mówimy o sytuacji, która może zerwać powiązanie między tymi gospodarkami, a równocześnie zmusić inne państwa do tego, żeby opowiedziały się po którejś ze stron. Dlatego też wiele państw podejmuje obecnie intensywne starania, żeby zwiększyć bezpieczeństwo, również gospodarcze, swoją samowystarczalność, rozwijać własne, krajowe możliwości produkcyjne i ograniczać przy tym zależność od innych partnerów - mówi Maciej Kalwasiński.

bankier.pl