wtorek, 16 kwietnia 2024



Siły rosyjskie wznowiły natarcie na północ od Awdijiwki, wychodząc na obrzeża miejscowości Nowokałynowe i oskrzydlając ją od wschodu, a także podchodząc pod Oczeretyne, stanowiące jeden z węzłowych punktów nowej linii ukraińskiej obrony. Mają się znajdować około jednego kilometra od drugiej z wymienionych miejscowości. Postępując w kierunku Oczeretynego, jednostki agresora wyszły na flankę sił ukraińskich we wsi Berdyczi, której północna część wciąż pozostaje pod kontrolą obrońców. Rosjanie przesunęli się również na zachód od Awdijiwki, wypierając siły ukraińskie z ostatnich pozycji w miejscowości Perwomajśke, o którą walki trwały od lata 2022 r., oraz ze środkowej części Semeniwki na zachodnim brzegu rzeczki Durna. Do nieznacznych zmian na korzyść agresora doszło też w południowej części Krasnohoriwki i na południe od Wełykiej Nowosiłki. Do intensyfikacji walk, choć bez znaczących zmian pozycji obu stron, doszło w Robotynem na południe od Orichiwa.

Wbrew informacjom przekazywanym przez lokalne źródła ukraińskie dowództwo w Kijowie zaprzeczyło oddaniu kontroli nad Bohdaniwką i rozpoczęciu walk we wschodniej części Czasiw Jaru (w Mikrorejonie Kanał).

11 kwietnia Rosjanie przeprowadzili kolejne zmasowane uderzenie powietrzne przeciwko ukraińskiej energetyce, którego główny rezultatem było zniszczenie podkijowskiej Trypolskiej Elektrowni Cieplnej. Poważnie uszkodzone zostały ponadto dwie charkowskie elektrociepłownie (TEC-2 i TEC-3) oraz podstacje wysokiego napięcia w obwodach lwowskim, odeskim i zaporoskim. Po raz kolejny w ostatnich tygodniach doszło do trafienia w podziemny magazyn gazu koło Stryja w obwodzie lwowskim (o skutkach tych uderzeń strona ukraińska nie informuje). Do uszkodzenia obiektów w rejonach przemysłowych doszło w Mikołajowie i Sełydowem w obwodzie donieckim. Agresor miał wykorzystać łącznie 46 rakiet (w tym hipersoniczne Kindżał) i 40 dronów, z których obrońcy deklarowali zestrzelenie odpowiednio 18 i od 37 do 39. Ponadto po południu tego dnia rosyjskie bomby kierowane uderzyły w elektrociepłownię w Sumach.

Trypolska Elektrownia Cieplna – jeden z największych tego typu na Ukrainie – zaopatrywała w energię ukraińską stolicę wraz z obwodem oraz obwody czerkaski i żytomierski. Jej właściciel – Centrenerho – poinformował o utracie 100% posiadanych mocy produkcyjnych. W marcu rosyjski atak zniszczył należącą do koncernu elektrownię Żmijowską w obwodzie charkowskim, a jeszcze w lipcu 2022 r. wojska agresora zajęły elektrownię Wuhłehirśką w obwodzie donieckim.

Według źródeł ukraińskich zniszczenie Trypolskiej Elektrowni Cieplnej było możliwe ze względu na wykorzystanie przez Rosjan nowego typu rakiet – Ch-69, będących wersją rozwojową kierowanych pocisków lotniczych Ch-59 o dużo większym zasięgu (do 400 km) i możliwości przemieszczania się na pułapach poniżej pola obserwacji radarów (do 20 m). Za szczególnie groźną w przypadku nowego typu rakiety strona ukraińska uznała jednak możliwość przenoszenia jej przez lotnictwo taktyczne, którego starty nie są uwzględniane w systemie wczesnego ostrzegania (informuje on o podniesieniu w powietrze bombowców strategicznych i przenoszących pociski Kindżał ciężkich myśliwców przechwytujących MiG-31).

Siły rosyjskie kontynuowały ataki na bezpośrednie zaplecze sił ukraińskich, a także punktowe uderzenia na obiekty infrastruktury energetycznej i przemysłowej. Stałym celem rosyjskich rakiet i dronów pozostawał Charków (od początku miesiąca miasto nie było atakowane jedynie 15 kwietnia), zmniejszyła się natomiast liczba uderzeń w Zaporoże (12 kwietnia ponownie zaatakowane zostały zakłady Motor Sicz). Obiekty infrastruktury energetycznej atakowane były w obwodach: chersońskim (12 kwietnia), dniepropetrowskim (12 i 15 kwietnia), mikołajowskim (10 i 12 kwietnia) oraz odeskim (10 i 14 kwietnia). O rosyjskich atakach donoszono również z obwodu chmielnickiego (12 i 16 kwietnia) oraz z Kropywnyckiego i Połtawy (w obu przypadkach 15 kwietnia). Ponadto 10 kwietnia zniszczony został most w Ołeksandriwce na południe od Odessy. Łącznie od wieczora 9 kwietnia do rana 16 kwietnia agresor miał wykorzystać 99 rakiet i 93 drony kamikadze Shahed-136/131 (13 i 15 kwietnia nie odnotowano ataków „szahedów”). Obrońcy deklarowali zestrzelenie 23 rakiet i od 86 do 88 bezzałogowców.

13 kwietnia ukraińskie rakiety uderzyły w Ługańskie Zakłady Budowy Maszyn, gdzie uszkodzono jeden z budynków. Według Kijowa trafione zostało stanowisko dowodzenia rosyjskiego zgrupowania „Centrum”. Zależnie od źródeł Ukraińcy mieli wykorzystać dwa lub trzy pociski manewrujące Storm Shadow/SCALP. 10 kwietnia ukraińskie drony przeprowadziły kolejny atak na rafinerię Nowoszachtyńską w obwodzie rostowskim (poprzednio atakowana była w marcu). Na terenie zakładu upadł jeden z czterech użytych dronów, lecz nie spowodował znaczących szkód. Potwierdzono także, że w rezultacie przeprowadzonego przez Ukraińców dzień wcześniej ataku na zakłady lotnicze w Borisoglebsku zawalił się dach jednego z budynków.

15 kwietnia premier Petr Fiala poinformował, że Czechy zawarły kontrakt na pierwsze 180 tys. pocisków artyleryjskich dla Ukrainy, lecz nie ujawnił szczegółów. 6 tys. nabojów kalibru 155 mm znalazło się w nowym pakiecie wsparcia wojskowego ogłoszonym 10 kwietnia przez Berlin.

Niemcy planują przekazanie Ukrainie trzeciej baterii systemu Patriot, o czym resort obrony w Berlinie powiadomił 13 kwietnia. Z kolei 9 kwietnia Departament Stanu USA wydał zgodę na usługi serwisowe i sprzedaż części zamiennych do systemów Hawk o łącznej wartości 138 mln dolarów. Waszyngton miał się też zgodzić na przekazanie Ukrainie przez Norwegię 22 myśliwców F-16, wraz z zapasowymi silnikami, częściami zamiennymi i trenażerami. Część maszyn nie nadaje się do lotu i byłaby potraktowana jako dodatkowe źródło części zamiennych. Prawdopodobnie sprawnych pozostało nie więcej niż 12 maszyn, które w grudniu 2021 r. Norwegia miała odsprzedać USA.

Koalicja dronów zapowiada nowe bezzałogowce dla armii ukraińskiej. 15 kwietnia odbyło się posiedzenie grupy kierowniczej koalicji, w trakcie którego Kanada zobowiązała się do przekazania Ukrainie 450 dronów wielozadaniowych SkyRanger (dostawy mają rozpocząć się latem br.), a Niemcy – kolejnej partii bezzałogowców rozpoznawczych Vector 211. Holandia we współpracy z Danią i Niemcami potwierdziła zamiar zakontraktowania dronów RQ-35 Heidrun o wartości 200 mln euro. 3 mln euro na produkcję dronów FPV dla Ukrainy ma przekazać Litwa. 16 BSP Vector i 30 Heidrun znalazło się również w nowym niemieckim pakiecie wsparcia wojskowego.

osw.waw.pl


Obszerny artykuł na temat relacji Bacha z rosyjskimi władzami opublikował portal sport-express.ru. "Szef MKOl Thomas Bach zamienił się w Rosji w czarny charakter i wroga kraju. Na najwyższym poziomie niemiecki funkcjonariusz jest oskarżany o dwulicowość i zdradę ideałów olimpijskich, a także nazywany dyrygentem antyrosyjskiej kampanii w sporcie" - czytamy.

To oczywiście propagandowe opinie, które królują w kraju rządzonym przez Władimira Putina. Trudno oczekiwać, żeby o ideałach olimpijskich rozprawiano w kraju, który był "bohaterem" gigantycznego skandalu związanego ze stosowaniem środków dopingujących oraz, który chce organizować własne tzw. Igrzyska Przyjaźni w kontrze do igrzysk olimpijskich. 

Skąd takie podejście? Wszystko przez warunki, jakie MKOl postawił przed rosyjskimi sportowcami, aby mogli wziąć udział w igrzyskach. Muszą oni ubiegać się o status neutralny. Nie będą mogli też eksponować rosyjskiej flagi i nie usłyszą swojego hymnu. Rosja nie będzie też uwzględniania w klasyfikacji medalowej. Poza tym do rywalizacji nie przystąpią sportowcy związani z wojskiem i służbami, a więc trenujący w klubach CSKA i Dynamo Moskwa.

- Indywidualni sportowcy nie mogą ponosić odpowiedzialności za działania swoich rządów. To tylko jeden z 28 konfliktów zbrojnych, które trwają na świecie, inni sportowcy pokojowo ze sobą rywalizują - powiedział Bach, cytowany przez BBC o dopuszczeniu sportowców z Rosji i Białorusi do igrzysk w Paryżu.

Działalność Bacha skrytykował publicznie sam Putin, ten sam który jako pierwszy składał mu gratulacje zaraz po wyborze na szefa MKOl-u. - Dzięki niektórym liderom współczesnego Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego dowiedzieliśmy się, że zaproszenie na igrzyska nie jest bezwarunkowym prawem najlepszych sportowców, ale pewnym przywilejem. I można go zdobyć nie na podstawie wyników sportowych, ale przez jakieś gesty polityczne. I że same igrzyska mogą być wykorzystywane jako narzędzie nacisku politycznego na ludzi, którzy nie są politycznie zaangażowani jako prymitywna i w rzeczywistości rasistowska, dyskryminacja etniczna - grzmiał pod koniec zeszłego roku.

sport.pl


Na tle trwającego od dekad strategicznego konfliktu irańsko-izraelskiego obecny atak ze strony Iranu należy uznać za bezprecedensowy. Po raz pierwszy państwo to uderzyło na terytorium Izraela otwarcie, a nie przez regionalnych sojuszników, i użyło do tego tak licznych środków napadu. Fakt, że przygotowania do ostrzału zostały przez Teheran nagłośnione, a po jego przeprowadzeniu tamtejsze władze manifestacyjnie ogłosiły zakończenie operacji, wskazuje jednak na polityczny, symboliczny i jednorazowy charakter tego działania. Miało ono, jak się wydaje, przede wszystkim uspokoić „jastrzębie” w Iranie, odbudować autorytet wśród irańskich sojuszników i szerzej – w świecie islamu – oraz wysłać sygnał ostrzegawczy Izraelowi i Stanom Zjednoczonym. Jakkolwiek strategicznym celem Teheranu pozostaje osłabienie Izraela, bezpośrednia konfrontacja z tym państwem, wspieranym przez USA, mogłaby mu przynieść katastrofalne skutki. Z jego perspektywy zdecydowanie bezpieczniejsze wydaje się wyczekiwanie na błędy i wyczerpanie Izraela w związku z uwikłaniem w konflikt w Gazie oraz narastającymi kryzysami wewnętrznymi.

Spektakularna skuteczność obrony powietrznej Izraela i państw go wspierających została okupiona znacznym zużyciem środków bojowych i nie dałoby się jej utrzymać w warunkach przedłużającego się uderzenia o podobnej skali (na co irańskie zasoby pozwalają). Ataki nie były też skoncentrowane na jednym punkcie – rozpraszanie uderzeń od północnych wzgórz Golan aż po pustynię Negew nie tylko ułatwiło obronę, lecz także świadczy o tym, że Teheranowi nie zależało na efekcie głównie militarnym. Ewentualna dalsza eskalacja konfliktu stanowiłaby pod tym względem problem również dla walczącej Ukrainy, a to z uwagi na potencjalną konkurencję o – i tak już ograniczone – zasoby pocisków obrony powietrznej będące w posiadaniu USA i państw zachodnich.

Paradoksalnie irański ostrzał jest dla władz w Jerozolimie korzystny, gdyż – poza zademonstrowaniem skuteczności obrony powietrznej – ustawił Izrael w centrum zmontowanej przez Stany Zjednoczone międzynarodowej koalicji oraz zapewnił mu jednoznaczne poparcie krajów zachodnich. Dał mu też – jako stronie zaatakowanej – prawo do określenia odpowiedzi. Wreszcie – odwrócił uwagę świata od coraz bardziej problematycznej (politycznie i wizerunkowo) izraelskiej operacji w Strefie Gazy oraz sytuacji na Zachodnim Brzegu, gdzie żydowscy osadnicy pod ochroną tamtejszej armii masowo stosują przemoc wobec ludności palestyńskiej. Atak ze strony Teheranu pozwolił zatem Izraelowi zatrzymać postępującą izolację oraz ustawił debatę o regionie w korzystny dla tego państwa sposób, tzn. skoncentrował ją na zagrożeniu irańskim.

Jednocześnie jednak w scenariuszu, w którym konfrontacja w jej obecnej fazie miałaby zakończyć się na powstrzymaniu irańskiego ostrzału, tzn. jeśli Izrael – podążając za apelami m.in. USA, Wielkiej Brytanii czy Francji – miałby powstrzymać się od odpowiedzi militarnej, uzyskane korzyści polityczne mogłyby okazać się krótkotrwałe. Podnosi to prawdopodobieństwo izraelskiego ataku odwetowego. Należy spodziewać się, że planując go i przeprowadzając, Izrael będzie próbował pogodzić kilka celów. Po pierwsze utrzymać i wzmocnić koalicję, która odparła irańskie uderzenie. Po drugie unikać zbyt daleko idących działań jednostronnych (żeby nie popaść w izolację i nie narazić się na potępienie za zaostrzanie napięć). Po trzecie nie dopuścić przy tym do tego, aby ryzyko bezpośredniej konfrontacji izraelsko-irańskiej spadło z agendy międzynarodowej. To ostatnie zaś wymagać może stawiania sojuszników przed faktami dokonanymi, w tym w postaci punktowych eskalacji niekoordynowanych ze Stanami Zjednoczonymi bądź notyfikowanych Waszyngtonowi w ostatniej chwili.

osw.waw.pl


Obecnie już wiadomo, że Iran przekazał USA informację o planowanym ataku, w tym o czasie i sposobie jego przeprowadzenia, a także, że będzie on miał charakter ograniczony, jako odpowiedź na zbombardowanie konsulatu irańskiego w Damaszku, ale bez planu doprowadzenia do dalszej eskalacji. W środę 10 kwietnia irańskie MSZ przekazało informację o planowanym ataku przedstawicielom dyplomatycznym Iraku, Jordanii i Turcji. Poinformował o tym szef irańskiej dyplomacji, a tureckie MSZ potwierdziło, że przekazało wiadomość Amerykanom, tak by uniknąć dalszych komplikacji.

(...)

To, że ani Iran, ani USA nie chcą eskalacji oraz bezpośredniego konfliktu zbrojnego jest oczywiste i potwierdza to wiele faktów. Obie strony utrzymują też otwarte linie komunikacyjne, co pozwala na uruchamianie procedur deeskalacyjnych w przypadku przekroczenia czerwonej linii. Taka sytuacja miała miejsce po zabiciu gen. Sulejmaniego, gdy Iran musiał odpowiedzieć, ale tak by nie zmusić Trumpa do eskalacji. Gdyby jednak Trump jej chciał to nie zlekceważyłby ataku na bazę al-Asad w Iraku, która zresztą nie była taka niegroźna (później okazało się, że wstrząsy mózgu oraz inne obrażenia psychiczne żołnierzy USA były znacznie poważniejsze niż początkowo podawano), lecz wykorzystałby to jako pretekst do uderzenia na Iran.

Iran nie miał natomiast zamiaru zabijać żołnierzy USA, bo tego nie potrzebował i nie chciał płacić ceny za to. Atak na bazę al-Asad był wystarczający by wyjść z twarzą, pokazać zdolności swoich rakiet oraz zrobić propagandowy teatr. Deeskalacją, po zapłaceniu daniny krwi (jakkolwiek cyniczne by to nie było), skończył się też incydent związany z błędem popełnionym przez iracką milicję szyicką Kataib Hezbollah, czyli jej atak na bazę Tower22, w której zginęło 3 żołnierzy USA. Ponieważ Kataib Hezbollah jest za bardzo umocowane w strukturach sił bezpieczeństwa Iraku (a przecież Irak jest partnerem USA) więc trzeba było znaleźć „chłopca do bicia”. Wypadło na afgańskich proxy Iranu w Syrii, czyli Liwa al Fatimijun i paru jej dowódców musiało oddać życie dla deeskalacji. Iran dorzucił jeszcze, w ramach zapłaty, wstrzymanie ataków Islamskiego Oporu w Iraku na bazy USA.

(...)

Tyle, że gdy Izrael postanowił uderzyć na irański konsulat w Damaszku to syryjska obrona przeciwlotnicza znów nie zadziałała. Wkrótce potem pojawiła się dość zaskakująca wypowiedź gen. Jahji Safawiego, doradcy ds. wojskowych Najwyższego Przywódcy i b. dowódcy Sepah, że Rosja jest beneficjentem eskalacji na Bliskim Wschodzie, gdyż odciąga to siły i środki USA z Ukrainy. Jest to oczywiste i oczywistym jest również to, że jest to oczywiste dla Iranu, ale zaskakujące jest to, że Iran przestał udawać, że tak nie jest i że problemu nie ma. Ponadto, już po ataku na konsulat w Damaszku, irański dziennik Dżomhuri Eslami zaatakował Rosję wskazując, że blokuje ona aktywizację obrony przeciwlotniczej w Syrii w czasie izraelskich ataków na cele irańskie.

Iran najwyraźniej dostrzegł w końcu swój błąd jednak nie chodzi tu wyłącznie o to, że Rosja nie chce wesprzeć Iranu ze względu na równowagę sił. Można przypuszczać, że Rosja była zainteresowana tym by Izrael uderzył w konsulat irański, gdyż wiedziała, że Iran znajdzie się wtedy w pułapce: będzie musiał odpowiedzieć, mimo że nie będzie tego chciał. Moskwa wiedziała też, że zaangażuje to USA, a każdy błąd może doprowadzić do eskalacji, której będzie beneficjentką. Wydaje się, że właśnie w tym kontekście należy odczytywać słowa gen. Safawiego, tzn., że Iran ma świadomość, że Rosja chciała tego kryzysu. Ciekawe jest też to, że ani Rosja, ani Chiny nie przedstawiły rezolucji Rady Bezpieczeństwa potępiającej Izrael za jego atak, podczas gdy Iran prawdopodobnie odstąpiłby od odpowiedzi, gdyby taka rezolucja została przyjęta, a USA zagwarantowałyby, że jego bezczynność, skrywana pod pojęciem „strategicznej cierpliwości”, nie zachęci Izraela do kolejnego ataku. Warto dodać, że USA nie były uprzedzone o ataku w Damaszku i nie były zadowolone z faktu, że do niego doszło.

(...)

Strategicznym celem Iranu nie jest zniszczenie Izraela, ale zapewnienie bezpieczeństwa Islamskiej Republiki i uzyskanie statusu regionalnego mocarstwa. Zniszczenie Izraela to całkowita abstrakcja, podobnie jak użycie broni nuklearnej w tym celu (byłoby to samobójstwo Iranu). Iran chce zmusić USA do negocjacji, wskazując, że bez dogadania się z nim nie da się ustabilizować regionu. Dotyczy to m.in. kryzysu politycznego i gospodarczego w Libanie (którego rozwiązanie blokowane jest przez Hezbollah) i sytuacji na Morzu Czerwonym. Póki co polityka „maksymalnej presji” wobec Iranu nie przyniosła pożądanych efektów, podobnie jak uderzenia karne na proxy irańskich. Być może więc czas na dyplomację by uniknąć scenariusza, z którego cieszyć się mogą tylko ekstremiści oraz Rosja i Chiny.

defence24.pl

poniedziałek, 15 kwietnia 2024



Kreml opublikował fragmenty rozmowy przywódców Rosji i Białorusi – Władimira Putina i Alaksandra Łukaszenki – z 11 kwietnia w Moskwie. Dotyczyły one kwestii ewentualnych negocjacji, które miałyby doprowadzić do „pokojowego” uregulowania konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Putin podkreślił, że Rosja zawsze była i nadal jest na to gotowa, „tylko nie w formacie narzucania nam jakichś ram, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością”. Lekceważąco odniósł się przy tym do organizowanej przez Szwajcarię konferencji promującej ukraińskie propozycje pokojowe, zwracając uwagę, że Rosja nie została na nią zaproszona.

Łukaszenka zapowiedział gotowość współpracy w doprowadzeniu do rozmów i zasugerował przyjęcie za ich podstawę projektu porozumienia, który negocjowały delegacje Rosji i Ukrainy pod koniec marca 2022 r. w Stambule. Putin zgodził się z tym, zaś jego rzecznik Dmitrij Pieskow potwierdził, że Kreml „nie wyklucza” uznania dokumentu stambulskiego za podstawę negocjacji, choć zastrzegł konieczność uwzględnienia zmian wynikających m.in. z formalnej aneksji przez FR czterech ukraińskich obwodów. Z kolei minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow wyjaśnił, że Moskwie nie chodzi o przyjęcie za podstawę do rozmów konkretnego dokumentu, opartego na odmiennych realiach, lecz o zawarte w nim zasady, „na jakich należy prowadzić dialog”.

Komentarz

Powyższe deklaracje Putina to najmocniejszy jak dotąd sygnał, że w opinii Kremla nastał odpowiedni moment do otwarcia negocjacji, które pozwoliłyby na obniżenie kosztów osiągnięcia rosyjskich celów politycznych wobec Ukrainy. O tym, że podstawą pertraktacji mogłyby być rezultaty rozmów stambulskich z 2022 r., powiedział 3 kwietnia minister obrony Siergiej Szojgu w rozmowie telefonicznej ze swoim francuskim odpowiednikiem Sébastienem Lecornu. Sygnalizowanie przez Kreml gotowości do negocjacji nie świadczy o zmęczeniu czy wyczerpaniu wojną ani o gotowości do zawarcia realnego kompromisu i rezygnacji z maksymalnych celów wobec Ukrainy. Wręcz odwrotnie, Moskwa najwyraźniej uważa, że osiągnęła wystarczającą przewagę w sferze psychologiczno-politycznej. Składają się na nią inicjatywa na polu walki, oznaki zmęczenia konfliktem i niechęci do dalszego ponoszenia jego kosztów w niektórych państwach zachodnich, impas w sprawie uchwalenia pakietu pomocy dla Ukrainy w Kongresie USA czy trudności z mobilizacją na Ukrainie. Kreml ma zapewne nadzieję, że w wypadku wciągnięcia Zachodu (a pod jego presją także Kijowa) w proces negocjacyjny mógłby liczyć na uzyskanie w nim tego, czego dotychczas nie był w stanie zdobyć na drodze militarnej.

Moskwa wolałaby zapewne uniknąć konieczności podjęcia kosztownej politycznie i gospodarczo ofensywy zbrojnej, której rezultat nie musiałby jej przynieść powodzenia w najbliższych miesiącach. Kreml wydaje się przy tym zakładać, że jego przeciwnicy (zwłaszcza administracja Joego Bidena i Berlin) – postawieni przed jasno zarysowaną alternatywą wynegocjowanego porozumienia z jednej strony a eskalacją konfliktu (spodziewana latem rosyjska ofensywa wojskowa) z drugiej – wejdą na ścieżkę ustępstw. W tym kontekście kolejna fala wypowiedzi rosyjskich oficjeli przywołujących widmo eskalacji konfliktu, jaka pojawiła się w ostatnich tygodniach pod pretekstem reakcji na wypowiedź prezydenta Emmanuela Macrona, oraz intensyfikacja ataków na ukraińskie obiekty energetyczne mogą być interpretowane jako element takiej właśnie strategii komunikacyjnej. Niewykluczone też, że Kreml w momencie rozpoczęcia letniej ofensywy chce mieć już otwarte kanały negocjacji, tak aby maksymalnie szybko i sprawnie przekuć sukcesy na froncie w prawnie wiążące zobowiązania traktatowe.

Moskwa nieprzypadkowo odwołuje się do rozmów politycznych toczonych między delegacjami Ukrainy i Rosji od końca lutego do końca marca 2022 r. na Białorusi i w Turcji w sytuacji wojskowej przewagi sił rosyjskich. Projektu porozumienia rosyjsko-ukraińskiego z wiosny 2022 r. jak dotąd nie ujawniono. Wbrew twierdzeniom Putina strony nigdy nie zgodziły się co do jego treści. Z nieoficjalnych przecieków wynika, że Rosja żądała w nim przyjęcia przez Ukrainę statusu państwa neutralnego, zakazu jej członkostwa w sojuszach wojskowych, rozmieszczania na jej terytorium obcych baz wojskowych i organizowania ćwiczeń z udziałem innych państw, demilitaryzacji (rozumianej jako radykalna redukcja sił zbrojnych, wprowadzenie limitów uzbrojenia, zakaz rozmieszczania systemów rakietowych i broni masowego rażenia), zrównania statusu języka rosyjskiego z ukraińskim oraz tzw. denazyfikacji (ustawowego zakazu działalności osób i organizacji, które Rosja uważa za wrogie wobec niej). Rosjanie zastrzegli wówczas, że w przypadku uzyskania przez Ukrainę gwarancji bezpieczeństwa nie obejmą one Krymu oraz tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (w granicach administracyjnych obwodów donieckiego i ługańskiego), których anektowanie przez Rosję lub których niepodległość Kijów miałby formalnie zaakceptować. Dokument zakładał także, że po zawieszeniu broni nastąpi stopniowe wycofanie się wojsk rosyjskich z obszarów zajętych przez nie po 24 lutego 2022 r. (z wyjątkiem obwodów donieckiego i ługańskiego). Przyjęcie tych żądań oznaczałoby faktyczną utratę przez Ukrainę suwerenności, prawa do prowadzenia samodzielnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa (ale też wewnętrznej), oraz pozbawienie jej efektywnej zdolności do obrony.

W najnowszych wypowiedziach, m.in. ministra Ławrowa, dostrzec można wyraźną zapowiedź, że żądania rosyjskie w trakcie ewentualnych negocjacji będą wykraczać poza ustalenia zawarte w dokumencie stambulskim. Strona rosyjska zapowiedziała już, że warunkiem wstępnym będzie uznanie przez Kijów aneksji obwodów zaporoskiego i chersońskiego oraz utworzenie „korytarza sanitarnego” (strefy zdemilitaryzowanej) po ukraińskiej stronie granicy z FR. Tak jak w Stambule Moskwa niewątpliwie zażąda również zniesienia przez Zachód i Ukrainę wszystkich sankcji przeciwko Rosji. Należy przy tym oczekiwać, że w przypadku podjęcia rozmów strona rosyjska – negocjując z pozycji siły – eskalowałaby swoje żądania i próbowałaby je powiązać z tymi dotyczącymi zasadniczej rewizji europejskiego ładu bezpieczeństwa, zawartymi w projektach dokumentów przedstawionych USA i NATO w grudniu 2021 r. (zob. Rosyjski szantaż wobec Zachodu). Takie sugestie padały już wcześniej w wypowiedziach rosyjskich urzędników. Zarazem samo podjęcie rozmów sondujących z Moskwą przez zachodnich polityków może być przez nią wykorzystane do siania nieufności i stymulowania napięć pomiędzy państwami zachodnimi i Kijowem oraz wewnątrz wspólnoty zachodniej.

Wysłanie przez stronę rosyjską sygnału o gotowości do negocjacji ma także cel doraźny. Jest nim chęć osłabienia politycznego znaczenia przygotowywanej przez Szwajcarię konferencji promującej ukraińskie warunki pokojowego uregulowania konfliktu. Rosji zależy na opinii państw Globalnego Południa, które na wojnę rosyjsko-ukraińską patrzą przede wszystkim z punktu widzenia jej negatywnych dla nich konsekwencji (destabilizacja rynków żywności, zakłócenia w handlu międzynarodowym, zmniejszone zainteresowanie Zachodu finansowaniem pomocy gospodarczej). Dąży więc do zneutralizowania wysiłków zachodniej dyplomacji, która przekonuje państwa Globalnego Południa, że to agresywność FR wobec sąsiadów stanowi główną przyczynę przedłużania się konfliktu. Manifestując wyraźniej i konkretniej swoją gotowość do rozmów, Kreml przypuszczalnie pragnie też ostatecznie odwieść Pekin od udziału w szwajcarskiej konferencji, ponieważ jak dotąd nie udało mu się skłonić go do jednoznacznego i publicznego zdystansowania się od tej inicjatywy.

osw.waw.pl


Chińskie banki zaczęły blokować płatności od rosyjskich firm za komponenty do montażu elektroniki, w tym części do serwerów, systemów przechowywania danych i laptopów.

Płatności są blokowane "nawet tym firmom, które podpisały długoterminowe kontrakty na produkcję i dostawę komponentów do montażu elektroniki" — mówi jeden z rozmówców dziennika "Kommiersant", który poinformował o problemach z płatnościami.

— Chiny są zasadniczo monopolistą w bazie komponentów. Prawie 100 proc. globalnego wolumenu komponentów do montażu elektroniki jest po ich stronie — dodaje ekspert.

Problemy z płatnościami to efekt międzynarodowych sankcji nałożonych na Rosję po inwazji na Ukrainę. Jak wynika z rozmów przeprowadzonych przez dziennikarzy portalu The Moscow Times, chińskie banki przestrzegają tych sankcji jeszcze bardziej rygorystycznie niż to konieczne.

Jeśli idzie o elektronikę, to problemy z płatnościami zgłosiły firmy IT Fplus i JSC Sovereign Mobile Initiative Holding. Według założyciela tego ostatniego Aleksandra Kalinina, od grudnia 2023 r. azjatyckie firmy finansowe "nie przegapiły płatności za towary od rosyjskich podmiotów prawnych za dostawy gotowych produktów" — komputerów, systemów przechowywania danych, serwerów itp. Problemy pojawiły się od początku kwietnia.

— Krajowi producenci, którzy zamówili komponenty z Chin, nie mogą przystąpić do montażu swoich produktów w Rosji — zauważa Kalinin. Jego zdaniem bank centralny powinien interweniować w tej sytuacji i "uzgodnić ze stroną chińską możliwość płatności".

Chińskie banki zaczęły odmawiać współpracy z Rosją i zaostrzać kontrolę nad operacjami ze względu na zagrożenie tzw. wtórnymi sankcjami USA w styczniu tego roku (chodzi o sankcje, które obejmują wszystkie podmioty dokonujące interesów z firmami znajdującymi się na liście sankcji – red.). Problemy z dokonywaniem płatności za pośrednictwem chińskich banków dotyczą prawie wszystkich towarów i usług, mówi Witalij Mankiewicz, przewodniczący Rosyjsko-Azjatyckiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców (RASPP).

W grudniu 2023 r. amerykański regulator zebrał szefów chińskich organizacji bankowych i zagroził nałożeniem na nich sankcji w przypadku ujawnienia współpracy z rosyjskimi podmiotami prawnymi. Dlatego jak dotąd perspektywy nie są jasne — zauważył Mankiewicz.

Problem z płatnościami do Chin "zaczął narastać ok. lutego i osiągnął swój szczyt w kwietniu", mówi Julija Szlenskaja, prezeska brokera celnego i logistycznego KVT. Według jej szacunków ponad połowa importerów nie jest w stanie uregulować płatności od chińskich dostawców — niezależnie od tego, czy towary są objęte sankcjami i z usług którego banku korzysta dostawca. Z tego powodu dostawy towarów z Chin spadły trzykrotnie.

— W ciągu najbliższych dwóch do trzech miesięcy nie spodziewamy się żadnych dostaw komponentów i zestawów montażowych dla żadnego rosyjskiego producenta — powiedziało źródło "Kommiersanta" wśród rosyjskich producentów elektroniki. Według niego obecnie opracowywane są alternatywne scenariusze płatności, ale obecny problem "opóźnia produkcję krajowej elektroniki o ok. sześć miesięcy".

Od lutego rosyjskie firmy — nie tylko trudniące się elektroniką — mają duże trudności z przesyłaniem pieniędzy do Chin. Część importerów nadal nie jest pewna, jakie będą losy płatności zrealizowanych na przełomie lutego i marca. Od innych banki wymagają dokumentów poświadczających, że ostatecznym nabywcą zakupionych produktów nie jest podmiot powiązany z armią rosyjską ani kompleksem wojskowo-przemysłowym.

Nigdy nie można być pewnym, która płatność zostanie zrealizowana, a która nie, wynika z informacji zebranych przez The Moscow Times. Chińskie banki niechętnie przyjmują płatności za towary o określonych kodach produktów. Ich lista dość dokładnie odzwierciedla listy sankcyjne USA, UE i ich sojuszników — a pod pewnymi względami nawet je przewyższa.

Sytuacja z kodem HS 88 jest beznadziejna — są to samoloty i statki kosmiczne, ich części itp. — To wszystko jest objęte sankcjami, nikt nawet nie będzie próbował za to płacić z Rosji do Chin — zapewnia jeden z importerów części lotniczych.

Prawdopodobnie będą problemy z produktami objętymi kodem HS 84 — są to wszelkiego rodzaju maszyny i urządzenia do produkcji elektroniki i komponentów komputerowych, a także części do ich tworzenia, reaktory i kotły jądrowe, komputery, łożyska.

Nie wszystkie produkty w tej kategorii znajdują się na listach sankcyjnych, ale zgodnie z naszą wiedzą większość chińskich banków, zwłaszcza dużych, wstrzymuje lub odrzuca wszystkie płatności bezpośrednie w ramach kodu 84. Niektóre płatności są realizowane, ale wydaje się, że jest to raczej wada po stronie chińskiej – mówi szef rosyjskiego operatora handlu zagranicznego.

Podobnie jest z grupami 85 i 90. Pierwsza z nich to elektronika i sprzęt komputerowy, od transformatorów i generatorów po sprzęt rejestrujący i telefony. Drugi to przyrządy i aparatura optyczna, fotograficzna, kinematograficzna, pomiarowa, medyczna, chirurgiczna.

(...)

Sprzęt medyczny w ogóle nie podlega sankcjom, ale obecnie trzeba go kupować z Chin za pośrednictwem krajów trzecich, bo banki nie chcą przyjmować płatności bezpośrednich — skarży się rosyjski importer wyrobów medycznych.

Są też problemy z kodem 9014 – chodzi o kompasy i przyrządy pomiarowe. — Nie można po prostu zapłacić chińskiemu dostawcy obroży z czujnikami GPS dla psów, trzeba udać się do banków — ubolewa sprzedawca artykułów dla zwierząt.

W marcu były duże problemy z płaceniem za samochody i części samochodowe – twierdzą pracownicy trzech rosyjskich firm zajmujących się dystrybucją chińskich aut. I to pomimo faktu, że chińscy producenci samochodów z wielkim entuzjazmem zwiększają sprzedaż w Rosji. — Są tu duże problemy. Musimy wymyślić jakieś inne schematy płatności — mówi nam jeden z dystrybutorów.

W tej sytuacji możemy ufać tylko tym naszym kontrahentom, którzy zapewniają, że problemy są przejściowe. Po wizycie amerykańskich urzędników opadnie kurz, rząd chiński zainterweniuje, banki sobie z tym poradzą – a płatności znów będą przebiegać normalnie. Ale na razie sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana, a zabawa w "wymyśl, jak zapłacić" — coraz trudniejsza i kosztowna – podsumowuje dyrektor naczelny dużego rosyjskiego importera.

onet.pl/The Moscow Times


— To był prawdopodobnie największy, jednoczesny atak rakietowy od czasu amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 r. — mówi Fabian Hinz z Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS). (...)

— Prawie żadna siła militarna na świecie nie jest w stanie wystrzelić tak dużej ilości materiału na raz. To stawia nawet rosyjskie ataki na Ukrainę daleko w cieniu — dodaje ekspert, który szacuje, że do ataku zaangażowano setki, jeśli nie tysiące irańskich żołnierzy.

Mimo że irańskie drony i pociski manewrujące są sterowane autonomicznie i musiały być koordynowane jedynie przez niewielki zespół, samo tankowanie jednego irańskiego pocisku na paliwo ciekłe wymaga zespołu od 10 do 15 osób. W nocy z soboty na niedzielę Iran wystrzelił ok. 100 pocisków balistycznych, a wśród nich pociski na paliwo ciekłe, więc operacja wymagała dużej siły roboczej.

USA zneutralizowało ok. połowy irańskich dronów, ale tylko jednocyfrową liczbę pocisków, relacjonuje Hinz. Jordania i Arabia Saudyjska również unieszkodliwiły niektóre z tych urządzeń, aby bronić własnej przestrzeni powietrznej przed ingerencją irańskich systemów.

— Możliwe, że to, co widzieliśmy podczas ataku, było maksimum tego, co Iran może osiągnąć — mówi Hinz.

Według szacunków Iran posiada 3 tys. pocisków balistycznych, co czyni go największym arsenałem na Bliskim Wschodzie. Jednak w ataku na Izrael aż 99 proc. pocisków i dronów zostało odpartych i nie było żadnych szkód poza jedną ranną dziewczyną i zniszczeniami bazy sił powietrznych.

— Środek odstraszający Iranu poniósł dziś poważną porażkę — mówi Hinz.

— Ograniczoną odpowiedzią mogłyby być ataki na dowódców irańskiej Gwardii Rewolucyjnej tak, jak podczas ostatniego ataku powietrznego na irański konsulat w Damaszku — mówi Hinz.

— Jednak Izrael może również zaatakować nawet wyższych rangą generałów irańskich w ich własnym kraju, czego dowiódł już wiele razy w przeszłości. Przykładowo podczas zamachu na architekta programu nuklearnego Mohsena Fakhrizadeha w 2020 r., który był bardzo pilnie strzeżony, a jego ruchy były utrzymywane w największej tajemnicy — dodaje ekspert.

Według Hinza najbardziej ograniczoną możliwą odpowiedzią Izraela mogłyby być ataki na irańskie zakłady produkujące drony i pociski balistyczne.

Irańskie centra dowodzenia są rozproszone po całym kraju i w większości ukryte głęboko pod ziemią. Natomiast fabryki dronów i rakiet znajdują się głównie nad ziemią, dlatego byłyby dla Izraela dużo łatwiejszym celem — tłumaczy Hinz.

Do ataku Izrael mógłby wykorzystać amerykańskie samoloty F-35 lub niemieckie okręty podwodne, które mogłyby również wystrzeliwać pociski manewrujące w irańskie cele.

Kluczowym pytaniem jest teraz to, czy Izrael w obliczu zaskakująco ograniczonych możliwości Iranu, wykorzysta okazję do przeprowadzenia decydującego uderzenia przeciwko irańskiemu programowi nuklearnemu — mówi Fabian Hinz.

Od dawna wiadomo, że Iran zgromadził już wystarczającą ilość wzbogaconego uranu, aby zbudować kilka głowic nuklearnych. Prawdopodobnie potrzebowałby kolejnych kilku miesięcy, aby wyprodukować operacyjną broń jądrową. W produkcji własnej broni nuklearnej nie powstrzymały Iranu ani porozumienie wynegocjowane przez prezydenta USA Baracka Obamę w 2015 r., ani polityka maksymalnego nacisku prowadzona przez jego następcę — Donalda Trumpa. Dlatego też od dawna trwają spekulacje, czy i kiedy Izrael może podjąć działania militarne przeciwko irańskiemu programowi nuklearnemu.

(...)

Program nuklearny Iranu jest rozproszony na co najmniej 64 lokalizacje w kraju, a najważniejsze obiekty znajdują się pod ziemią. Aby je zniszczyć, Izrael potrzebowałby najpotężniejszych bomb konwencjonalnych, które posiadają USA.

Izrael nie ma również bombowców zdolnych przetransportować najpotężniejsze amerykańskie bomby, dlatego izraelskie samoloty musiałyby albo wybrać najkrótsze możliwe trasy przez państwa arabskie, albo być tankowane w powietrzu. Pierwsze rozwiązanie wymagałoby zgody przelotu nad krajem od Arabii Saudyjskiej, a drugie samolotów do tankowania w powietrzu od USA.

onet.pl/Die Welt


Aureliusz M. Pędziwol: Prawie pół życia zajmuje się Pan relacją Rosja-Chiny. Czego można się dziś spodziewać po tym sojuszu/niesojuszu?

Michał Lubina: Dobre określenie sojusz/niesojusz. Tak naprawdę nie do końca wiadomo, jak to z nim jest. Na pewno nie jest to formalny, traktatowy sojusz. Ale z politycznego punktu widzenia ewidentnie coś w rodzaju sojuszu.

Niestety jest to trwały i stabilny układ. Opiera się na trzech filarach. Pierwszy to wzajemne zabezpieczanie tyłów strategicznych. Rosja jest dla Chin spokojem od północy, a Chiny dla Rosji – od wschodu. To było widać w Buczy, gdzie mordowały pułki chabarowskie. Gdyby Rosja miała problem z Chinami, te pułki stałyby nad Amurem, a nie zabijały ukraińskich cywilów.

Czyli podejrzenia, że Chiny mogą zająć Syberię, należy włożyć między bajki?

Ja to nazywam geopolityką starego górala. Chiny zajmujące Syberię to myślenie życzeniowe. Nic takiego nie nastąpi. Chiny nie planują rekonkwisty Syberii, przynajmniej dopóki Rosja będzie miała broń atomową i istnieć będą Stany Zjednoczone jako mocarstwo. Prawda jest taka, że Chiny są dziś mocno prorosyjskie, co z kolei jest podstawowym problemem, jaki Polska ma z Chinami.

Cały Zachód ma ten problem.

Tak, ale dla Polski ma on znaczenie egzystencjalne, bo Zachodowi Rosja nie zagraża, a nam tak.

Drugim filarem relacji rosyjsko-chińskich jest antyamerykanizm, czyli chęć przekształcenia obecnego porządku międzynarodowego w multipolarny, wielobiegunowy. Tu Chiny i Rosja są strategicznymi sojusznikami.

To są dwa absolutnie fundamentalne filary. Mniej istotny jest trzeci, czyli współpraca gospodarcza. Rosja była kiedyś głównym dostawcą broni dla Chin, ale dzisiaj Chiny aż tyle broni nie potrzebują. Od dekady Rosja jest głównym dostawcą ropy, gazu i węgla do Chin. Najważniejsza jest ropa.

A jak istotne dla Chin są obawy, że mogłyby stracić rynki światowe, angażując się po stronie Rosji w jej wojnie przeciw Ukrainie?

Chińczycy nie chcą oberwać sankcjami wtórnymi. Rubla chcą zarobić, ale i cnoty nie stracić. Na razie im to wychodzi. Przynajmniej formalnie stosują się do sankcji. Chińskie firmy zawieszają, albo ograniczają działalność w Rosji. Albo przechodzą do szarej strefy, wpół legalnie, przez pośredników, ale nie da się, czy też nie chce się ich złapać za rękę.

Chiny pomagają Rosji mocno tam, gdzie nie ma sankcji. Ale robią to tak, by się nie rzucało w oczy. Sprzedają Rosji ciężarówki, koparki, sprzęt budowlany. Na ten temat jest świetny raport Atlantic Council, a w nim taka niesamowita statystyka: wzrost eksportu koparek z Chin do Rosji o 4708 procent! To właśnie chińskie koparki pomogły zbudować Linię Surowikina, która zatrzymała ukraińską kontrofensywę. Tak pomagają Chińczycy.

Czy dla Chin istnieją jakieś czerwone linie? Takie, że gdyby Rosjanie je przekroczyli, Pekin powie: „Hola, hola, stop! Kończymy współpracę”?

Nie! Aż tak, że kończy się współpraca, to na pewno nie. Natomiast Chińczycy powstrzymują Rosjan przed wymachiwaniem nuklearną szabelką. To im się zdecydowanie nie podoba. To jeden z niewielu obszarów, gdzie Zachód i Chiny mówią podobnym głosem.

Poza tym Chiny udają, że nie pomagają Rosji, a Zachód udaje, że im wierzy. Ukraina zresztą też udaje, że Chiny nie wspierają Rosji. Dzięki temu jest przestrzeń do współpracy dyplomatycznej. Bo gdyby otwarcie powiedzieć, że Chiny wspierają Rosję, mogłyby ją wesprzeć jeszcze bardziej, na przykład dostarczając jej pociski artyleryjskie. A dopiero wtedy zrobiłoby się nieprzyjemnie. Lepiej więc grać w tę grę.

dw.com

sobota, 13 kwietnia 2024



Jack Watling, ekspert brytyjskiego think tanku Royal United Services Institute (RUSI), zauważa, że Rosja może wybrać, gdzie zaangażować swoje siły, linia frontu jest bardzo długa, a Ukraińcy powinni być w stanie bronić jej na całej rozciągłości. Ekspert prognozuje, że dojdzie do strat terytorialnych po stronie ukraińskiej.

– Pytanie – jak dużo i których ośrodków będzie to dotyczyć – dodaje.

BBC przedstawia trzy możliwe kierunki głównych rosyjskich działań: Charków, Donbas, Zaporoże.

Charków, drugie co do wielkości miasto Ukrainy, leżące blisko granicy z Rosją, to dla Rosjan atrakcyjny cel – czytamy. Miasto ostrzeliwane jest każdego dnia, a Ukraińcy nie posiadają wystarczającej obrony powietrznej, by niszczyć wszystkie nadlatujące obiekty. Zajęcie Charkowa byłoby ogromnym ciosem dla morale i gospodarki Ukrainy – uważają eksperci.

Pisząc o sytuacji w Donbasie, portal zwraca uwagę na straty w ludziach po stronie ukraińskiej i rosyjskiej oraz rosyjską przewagę w sprzęcie i ludziach.

– Taktyka rosyjskiej armii, jej dowództwo i wyposażenie może być gorsze od (armii) Ukrainy, ale ma ona taką przewagę liczebną, zwłaszcza jeśli chodzi o artylerię, że nawet jeśli nic innego w tym roku nie zrobi, to jej opcją podstawową będzie dalsze wypychanie ukraińskich sił na zachód i zajmowanie wioski po wiosce – zaznacza BBC.

Rosjan może “kusić” też Zaporoże, w którym przed inwazją żyło ponad 700 tys. ludzi. Leżące na południu kraju miasto znajduje się blisko linii frontu. Jest to główne miasto obwodu zaporoskiego, którego aneksję ogłosiła Rosja. BBC zwraca uwagę, że w natarciu na tym kierunku mogą rosyjskiej armii przeszkodzić fortyfikacje obronne, zbudowane w oczekiwaniu na ukraińską kontrofensywę rok temu. Tzw. linia Surowikina składa się m.in. z największego na świecie pola minowego – zaznacza portal. Rosjanie mogą oczywiście zacząć je rozbrajać, jednak te działania zostaną dostrzeżone.

BBC nie wyklucza, że strategiczny cel Rosji w tym roku może nie dotyczyć terytorium, lecz zdławienia ukraińskiego ducha walki i przekonania Zachodu, że wojna na Ukrainie to przegrana sprawa.

Watling uważa, że celem Rosji jest wywołanie poczucia beznadziei, a rosyjska ofensywa nie zakończy wojny, bez względu na jej przebieg. Barrons prognozuje zdobycze terytorialne po stronie rosyjskiej armii, jednak według niego Moskwa nie ma wystarczających sił, by dojść do linii Dniepru.

belsat.eu/PAP


Chiny zwiększyły sprzedaż do Rosji obrabiarek, mikroelektroniki i innych technologii, które Moskwa z kolei wykorzystuje do produkcji rakiet, czołgów, samolotów i innej broni.

– Chiny pomagają Rosji prowadzić największą ekspansję militarną od czasów Związku Sowieckiego – powiedział urzędnik amerykańskiej administracji.

Według niego ekspansja przebiega w szybszym tempie, niż Stany Zjednoczone sądziły na początku wojny na Ukrainie – napisał The Independent.

Jako przykład wsparcia Pekinu dla rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego inny amerykański urzędnik podał masowe zakupy przez Rosję chińskich podzespołów elektronicznych, obrabiarek i materiałów wybuchowych.

W 2023 roku około 90 proc. rosyjskiej mikroelektroniki pochodziło z Chin. Prawie 70 proc. importu obrabiarek do Rosji o wartości około 900 mln dolarów w ostatnim kwartale 2023 roku pochodziło z Chin.

Chińskie i rosyjskie przedsiębiorstwa pracują także nad wspólną produkcją bezzałogowych statków powietrznych w Rosji, a chińskie firmy prawdopodobnie będą dostarczać Rosji nitrocelulozę potrzebną do produkcji broni. Pekin współpracuje także z Rosją nad udoskonaleniem swoich zdolności satelitarnych i innych możliwości wykorzystania przestrzeni kosmicznej do wykorzystania na Ukrainie.

Podobnie zaangażowanie Chin ocenili wysocy urzędnicy ekipy prezydenta USA Joe Bidena cytowani przez CNN.

– Wpływa to na zdolność Rosji do kontynuowania ataku na Ukrainę, podczas gdy armia ukraińska zmaga się z brakami sprzętu i broni. Wyzwanie dla Ukrainy jest dodatkowo pogłębione przez Republikanów w Kongresie USA, którzy wciąż blokują głosowanie nad nowym pakietem pomocy wojskowej dla Kijowa – podkreśliła CNN.

Jak podała wcześniej, Moskwa wydaje się być na dobrej drodze do wyprodukowania niemal trzykrotnie więcej amunicji artyleryjskiej niż USA i Europa.

Chiny i Rosja porozumiały się niedawno w sprawie utrzymania „stabilności łańcucha dostaw przemysłowych”. Nastąpiło to zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu USA Janet Yellen ostrzegła Pekin przed wspieraniem wysiłków wojskowych Moskwy.

belsat.eu/PAP


W amerykańskim dyskursie publicznym hasła izolacjonistyczne zyskują popularność na poziomie niespotykanym od lat 30. i 40. XX w. Stanowią też element wewnątrzamerykańskiej dyskusji o znaczeniu polityki zagranicznej. W stronę neoizolacjonizmu zwracają się obecnie także zwolennicy Trumpa związani z ruchem Make America Great Again (MAGA). Są krytycznie nastawieni np. do nieefektywnego ich zdaniem podejścia rządu federalnego do sprawy imigracji. W sprawach zagranicznych postulują selektywne i warunkowe zaangażowanie USA na świecie, co odróżnia ich od Republikanów wspierających politykę asertywności na arenie międzynarodowej. Uważają, że niezbędna jest strategiczna reorientacja polityki zagranicznej USA z kierunku europejskiego na region Indo-Pacyfiku i konkurencję z Chinami. To stanowisko jest częściowo zbieżne z poglądami umiarkowanych polityków GOP i tych ekspertów, którzy nie podzielają poglądów neoizolacjonistycznych, jednak za priorytet stawiają zwiększenie roli USA w Azji.

Postulaty ograniczenia globalnego zaangażowania USA wysuwane są przez Trumpa, kandydata GOP w jesiennych wyborach prezydenckich. Głównymi promotorami neoizolacjonizmu w polityce zagranicznej i obronnej USA jest wspierająca Trumpa skrajna grupa Republikanów, skupiona m.in. wokół senatorów J.D. Vance’a i Josha Hawleya oraz członków Izby Reprezentantów Marjorie Taylor-Greene i Matta Gaetza. Dla zwolenników Trumpa kluczowe staje się ograniczenie imigracji przez granicę z Meksykiem oraz reforma systemu imigracyjnego, która przewiduje zwiększenie kompetencji lokalnych sądów i służb mundurowych do odsyłania nieuregulowanych imigrantów w trybie przyspieszonym. Według najnowszych badań 57% wyborców Republikanów i aż 92% wyborców Trumpa twierdzi, że rząd federalny poświęca za mało uwagi sprawie imigracji. Uważają też, że prezydent Joe Biden przywiązuje nadmierną wagę do wojny rosyjsko-ukraińskiej. Dlatego wśród neoizolacjonistów w GOP rośnie sprzeciw wobec dalszego wsparcia militarnego i finansowego dla Ukrainy.

Neoizolacjoniści krytykują udział USA w sojuszach obronnych m.in. z Japonią, Koreą Płd. i w NATO. Twierdzą, że USA ponosi nieproporcjonalne wysokie koszty obrony sojuszników. Naciskają w sprawie zwiększenia nakładów partnerów na obronność. Dążą do ograniczenia amerykańskiej roli w NATO (np. proponując zmniejszenie wkładu USA do budżetu Sojuszu) lub nawet całkowitego wycofania się z niego. Tak skrajne głosy są jednak sprzeczne z opiniami większości głosujących. Badania z lutego br. wskazują, że 61% wyborców Trumpa jest pozytywnie nastawionych do zaangażowania USA w Sojuszu. Jedynie ok. 4% nie poparłoby udziału żołnierzy USA w obronie sojuszników NATO w przypadku agresji Rosji np. na kraje bałtyckie.   

Neoizolacjonizm w polityce zagranicznej jest wspierany przez niektóre instytucje analityczne w USA, np. Heritage Foundation i America First Policy Institute oraz organizacje pozarządowe (np. Conservative Partnership Institute), kierowane przez byłych urzędników administracji Trumpa. Tworzą oni kompleksowe projekty zmian, licząc na wysokie stanowiska w nowej administracji po ewentualnym zwycięstwie Trumpa w listopadowych wyborach. Planują wdrożyć daleko idące reformy rządu federalnego. Poszczególne departamenty (m.in. stanu, obrony, edukacji, pracy) i agencje federalne (np. FBI) pozostają w ich ocenie pod wpływem urzędników o zbyt liberalnych poglądach, którzy mogą sabotować działanie administracji Trumpa. Zapowiadają zastąpienie tych urzędników kadrą podzielającą idee politycznego konserwatyzmu.

Konserwatywni eksperci uważają, że globalna rywalizacja z ChRL powinna być uznana za priorytet w definiowaniu przez przyszłą administrację zakresu polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Sygnalizują, że USA będą oczekiwały większego zaangażowania państw sojuszniczych w zwalczanie rosnących wpływów ChRL na świecie. Przyznają, że wojna na Ukrainie jest sprawą dzielącą polityków GOP, uważają jednak, że przyszła administracja republikańska powinna dążyć do szybkiego rozwiązania konfliktu, aby móc skupić uwagę przede wszystkim na rywalizacji z Chinami. Oznacza to akceptację ewentualnego zamrożenia wojny i dalszej rosyjskiej okupacji wschodnich terenów Ukrainy. Do odstraszania Rosji ma służyć NATO, ale główną rolę konwencjonalnej obrony mają odgrywać sojusznicy europejscy, których USA wspierałyby m.in. potencjałem jądrowym. Kluczowe w tym zakresie będzie wywieranie skuteczniejszego nacisku na sojuszników w celu odciążenia USA, m.in. w zwalczaniu regionalnych zagrożeń z strony Iranu, Korei Płn. i Rosji. Eksperci związani z Trumpem zapowiadają jednocześnie zmniejszenie obecności sił zbrojnych USA w Europie. Odnośnie do przyszłych relacji z Europą neoizolacjoniści warunkują zaangażowanie USA zwiększeniem przez państwa europejskie wydatków wojskowych do poziomu co najmniej 2% PKB. Sugerują też rewizję dwustronnych umów handlowych w celu wzmocnienia korzyści dla USA oraz zacieśnienie relacji z państwami Europy Środkowej i Wschodniej (EŚW). Uważają to za kluczowe wobec przyszłej współpracy USA z UE oraz dążenia do odstraszania rosyjskiej agresji w Europie.

pism.pl