poniedziałek, 15 kwietnia 2024



Chińskie banki zaczęły blokować płatności od rosyjskich firm za komponenty do montażu elektroniki, w tym części do serwerów, systemów przechowywania danych i laptopów.

Płatności są blokowane "nawet tym firmom, które podpisały długoterminowe kontrakty na produkcję i dostawę komponentów do montażu elektroniki" — mówi jeden z rozmówców dziennika "Kommiersant", który poinformował o problemach z płatnościami.

— Chiny są zasadniczo monopolistą w bazie komponentów. Prawie 100 proc. globalnego wolumenu komponentów do montażu elektroniki jest po ich stronie — dodaje ekspert.

Problemy z płatnościami to efekt międzynarodowych sankcji nałożonych na Rosję po inwazji na Ukrainę. Jak wynika z rozmów przeprowadzonych przez dziennikarzy portalu The Moscow Times, chińskie banki przestrzegają tych sankcji jeszcze bardziej rygorystycznie niż to konieczne.

Jeśli idzie o elektronikę, to problemy z płatnościami zgłosiły firmy IT Fplus i JSC Sovereign Mobile Initiative Holding. Według założyciela tego ostatniego Aleksandra Kalinina, od grudnia 2023 r. azjatyckie firmy finansowe "nie przegapiły płatności za towary od rosyjskich podmiotów prawnych za dostawy gotowych produktów" — komputerów, systemów przechowywania danych, serwerów itp. Problemy pojawiły się od początku kwietnia.

— Krajowi producenci, którzy zamówili komponenty z Chin, nie mogą przystąpić do montażu swoich produktów w Rosji — zauważa Kalinin. Jego zdaniem bank centralny powinien interweniować w tej sytuacji i "uzgodnić ze stroną chińską możliwość płatności".

Chińskie banki zaczęły odmawiać współpracy z Rosją i zaostrzać kontrolę nad operacjami ze względu na zagrożenie tzw. wtórnymi sankcjami USA w styczniu tego roku (chodzi o sankcje, które obejmują wszystkie podmioty dokonujące interesów z firmami znajdującymi się na liście sankcji – red.). Problemy z dokonywaniem płatności za pośrednictwem chińskich banków dotyczą prawie wszystkich towarów i usług, mówi Witalij Mankiewicz, przewodniczący Rosyjsko-Azjatyckiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców (RASPP).

W grudniu 2023 r. amerykański regulator zebrał szefów chińskich organizacji bankowych i zagroził nałożeniem na nich sankcji w przypadku ujawnienia współpracy z rosyjskimi podmiotami prawnymi. Dlatego jak dotąd perspektywy nie są jasne — zauważył Mankiewicz.

Problem z płatnościami do Chin "zaczął narastać ok. lutego i osiągnął swój szczyt w kwietniu", mówi Julija Szlenskaja, prezeska brokera celnego i logistycznego KVT. Według jej szacunków ponad połowa importerów nie jest w stanie uregulować płatności od chińskich dostawców — niezależnie od tego, czy towary są objęte sankcjami i z usług którego banku korzysta dostawca. Z tego powodu dostawy towarów z Chin spadły trzykrotnie.

— W ciągu najbliższych dwóch do trzech miesięcy nie spodziewamy się żadnych dostaw komponentów i zestawów montażowych dla żadnego rosyjskiego producenta — powiedziało źródło "Kommiersanta" wśród rosyjskich producentów elektroniki. Według niego obecnie opracowywane są alternatywne scenariusze płatności, ale obecny problem "opóźnia produkcję krajowej elektroniki o ok. sześć miesięcy".

Od lutego rosyjskie firmy — nie tylko trudniące się elektroniką — mają duże trudności z przesyłaniem pieniędzy do Chin. Część importerów nadal nie jest pewna, jakie będą losy płatności zrealizowanych na przełomie lutego i marca. Od innych banki wymagają dokumentów poświadczających, że ostatecznym nabywcą zakupionych produktów nie jest podmiot powiązany z armią rosyjską ani kompleksem wojskowo-przemysłowym.

Nigdy nie można być pewnym, która płatność zostanie zrealizowana, a która nie, wynika z informacji zebranych przez The Moscow Times. Chińskie banki niechętnie przyjmują płatności za towary o określonych kodach produktów. Ich lista dość dokładnie odzwierciedla listy sankcyjne USA, UE i ich sojuszników — a pod pewnymi względami nawet je przewyższa.

Sytuacja z kodem HS 88 jest beznadziejna — są to samoloty i statki kosmiczne, ich części itp. — To wszystko jest objęte sankcjami, nikt nawet nie będzie próbował za to płacić z Rosji do Chin — zapewnia jeden z importerów części lotniczych.

Prawdopodobnie będą problemy z produktami objętymi kodem HS 84 — są to wszelkiego rodzaju maszyny i urządzenia do produkcji elektroniki i komponentów komputerowych, a także części do ich tworzenia, reaktory i kotły jądrowe, komputery, łożyska.

Nie wszystkie produkty w tej kategorii znajdują się na listach sankcyjnych, ale zgodnie z naszą wiedzą większość chińskich banków, zwłaszcza dużych, wstrzymuje lub odrzuca wszystkie płatności bezpośrednie w ramach kodu 84. Niektóre płatności są realizowane, ale wydaje się, że jest to raczej wada po stronie chińskiej – mówi szef rosyjskiego operatora handlu zagranicznego.

Podobnie jest z grupami 85 i 90. Pierwsza z nich to elektronika i sprzęt komputerowy, od transformatorów i generatorów po sprzęt rejestrujący i telefony. Drugi to przyrządy i aparatura optyczna, fotograficzna, kinematograficzna, pomiarowa, medyczna, chirurgiczna.

(...)

Sprzęt medyczny w ogóle nie podlega sankcjom, ale obecnie trzeba go kupować z Chin za pośrednictwem krajów trzecich, bo banki nie chcą przyjmować płatności bezpośrednich — skarży się rosyjski importer wyrobów medycznych.

Są też problemy z kodem 9014 – chodzi o kompasy i przyrządy pomiarowe. — Nie można po prostu zapłacić chińskiemu dostawcy obroży z czujnikami GPS dla psów, trzeba udać się do banków — ubolewa sprzedawca artykułów dla zwierząt.

W marcu były duże problemy z płaceniem za samochody i części samochodowe – twierdzą pracownicy trzech rosyjskich firm zajmujących się dystrybucją chińskich aut. I to pomimo faktu, że chińscy producenci samochodów z wielkim entuzjazmem zwiększają sprzedaż w Rosji. — Są tu duże problemy. Musimy wymyślić jakieś inne schematy płatności — mówi nam jeden z dystrybutorów.

W tej sytuacji możemy ufać tylko tym naszym kontrahentom, którzy zapewniają, że problemy są przejściowe. Po wizycie amerykańskich urzędników opadnie kurz, rząd chiński zainterweniuje, banki sobie z tym poradzą – a płatności znów będą przebiegać normalnie. Ale na razie sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana, a zabawa w "wymyśl, jak zapłacić" — coraz trudniejsza i kosztowna – podsumowuje dyrektor naczelny dużego rosyjskiego importera.

onet.pl/The Moscow Times


— To był prawdopodobnie największy, jednoczesny atak rakietowy od czasu amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 r. — mówi Fabian Hinz z Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS). (...)

— Prawie żadna siła militarna na świecie nie jest w stanie wystrzelić tak dużej ilości materiału na raz. To stawia nawet rosyjskie ataki na Ukrainę daleko w cieniu — dodaje ekspert, który szacuje, że do ataku zaangażowano setki, jeśli nie tysiące irańskich żołnierzy.

Mimo że irańskie drony i pociski manewrujące są sterowane autonomicznie i musiały być koordynowane jedynie przez niewielki zespół, samo tankowanie jednego irańskiego pocisku na paliwo ciekłe wymaga zespołu od 10 do 15 osób. W nocy z soboty na niedzielę Iran wystrzelił ok. 100 pocisków balistycznych, a wśród nich pociski na paliwo ciekłe, więc operacja wymagała dużej siły roboczej.

USA zneutralizowało ok. połowy irańskich dronów, ale tylko jednocyfrową liczbę pocisków, relacjonuje Hinz. Jordania i Arabia Saudyjska również unieszkodliwiły niektóre z tych urządzeń, aby bronić własnej przestrzeni powietrznej przed ingerencją irańskich systemów.

— Możliwe, że to, co widzieliśmy podczas ataku, było maksimum tego, co Iran może osiągnąć — mówi Hinz.

Według szacunków Iran posiada 3 tys. pocisków balistycznych, co czyni go największym arsenałem na Bliskim Wschodzie. Jednak w ataku na Izrael aż 99 proc. pocisków i dronów zostało odpartych i nie było żadnych szkód poza jedną ranną dziewczyną i zniszczeniami bazy sił powietrznych.

— Środek odstraszający Iranu poniósł dziś poważną porażkę — mówi Hinz.

— Ograniczoną odpowiedzią mogłyby być ataki na dowódców irańskiej Gwardii Rewolucyjnej tak, jak podczas ostatniego ataku powietrznego na irański konsulat w Damaszku — mówi Hinz.

— Jednak Izrael może również zaatakować nawet wyższych rangą generałów irańskich w ich własnym kraju, czego dowiódł już wiele razy w przeszłości. Przykładowo podczas zamachu na architekta programu nuklearnego Mohsena Fakhrizadeha w 2020 r., który był bardzo pilnie strzeżony, a jego ruchy były utrzymywane w największej tajemnicy — dodaje ekspert.

Według Hinza najbardziej ograniczoną możliwą odpowiedzią Izraela mogłyby być ataki na irańskie zakłady produkujące drony i pociski balistyczne.

Irańskie centra dowodzenia są rozproszone po całym kraju i w większości ukryte głęboko pod ziemią. Natomiast fabryki dronów i rakiet znajdują się głównie nad ziemią, dlatego byłyby dla Izraela dużo łatwiejszym celem — tłumaczy Hinz.

Do ataku Izrael mógłby wykorzystać amerykańskie samoloty F-35 lub niemieckie okręty podwodne, które mogłyby również wystrzeliwać pociski manewrujące w irańskie cele.

Kluczowym pytaniem jest teraz to, czy Izrael w obliczu zaskakująco ograniczonych możliwości Iranu, wykorzysta okazję do przeprowadzenia decydującego uderzenia przeciwko irańskiemu programowi nuklearnemu — mówi Fabian Hinz.

Od dawna wiadomo, że Iran zgromadził już wystarczającą ilość wzbogaconego uranu, aby zbudować kilka głowic nuklearnych. Prawdopodobnie potrzebowałby kolejnych kilku miesięcy, aby wyprodukować operacyjną broń jądrową. W produkcji własnej broni nuklearnej nie powstrzymały Iranu ani porozumienie wynegocjowane przez prezydenta USA Baracka Obamę w 2015 r., ani polityka maksymalnego nacisku prowadzona przez jego następcę — Donalda Trumpa. Dlatego też od dawna trwają spekulacje, czy i kiedy Izrael może podjąć działania militarne przeciwko irańskiemu programowi nuklearnemu.

(...)

Program nuklearny Iranu jest rozproszony na co najmniej 64 lokalizacje w kraju, a najważniejsze obiekty znajdują się pod ziemią. Aby je zniszczyć, Izrael potrzebowałby najpotężniejszych bomb konwencjonalnych, które posiadają USA.

Izrael nie ma również bombowców zdolnych przetransportować najpotężniejsze amerykańskie bomby, dlatego izraelskie samoloty musiałyby albo wybrać najkrótsze możliwe trasy przez państwa arabskie, albo być tankowane w powietrzu. Pierwsze rozwiązanie wymagałoby zgody przelotu nad krajem od Arabii Saudyjskiej, a drugie samolotów do tankowania w powietrzu od USA.

onet.pl/Die Welt


Aureliusz M. Pędziwol: Prawie pół życia zajmuje się Pan relacją Rosja-Chiny. Czego można się dziś spodziewać po tym sojuszu/niesojuszu?

Michał Lubina: Dobre określenie sojusz/niesojusz. Tak naprawdę nie do końca wiadomo, jak to z nim jest. Na pewno nie jest to formalny, traktatowy sojusz. Ale z politycznego punktu widzenia ewidentnie coś w rodzaju sojuszu.

Niestety jest to trwały i stabilny układ. Opiera się na trzech filarach. Pierwszy to wzajemne zabezpieczanie tyłów strategicznych. Rosja jest dla Chin spokojem od północy, a Chiny dla Rosji – od wschodu. To było widać w Buczy, gdzie mordowały pułki chabarowskie. Gdyby Rosja miała problem z Chinami, te pułki stałyby nad Amurem, a nie zabijały ukraińskich cywilów.

Czyli podejrzenia, że Chiny mogą zająć Syberię, należy włożyć między bajki?

Ja to nazywam geopolityką starego górala. Chiny zajmujące Syberię to myślenie życzeniowe. Nic takiego nie nastąpi. Chiny nie planują rekonkwisty Syberii, przynajmniej dopóki Rosja będzie miała broń atomową i istnieć będą Stany Zjednoczone jako mocarstwo. Prawda jest taka, że Chiny są dziś mocno prorosyjskie, co z kolei jest podstawowym problemem, jaki Polska ma z Chinami.

Cały Zachód ma ten problem.

Tak, ale dla Polski ma on znaczenie egzystencjalne, bo Zachodowi Rosja nie zagraża, a nam tak.

Drugim filarem relacji rosyjsko-chińskich jest antyamerykanizm, czyli chęć przekształcenia obecnego porządku międzynarodowego w multipolarny, wielobiegunowy. Tu Chiny i Rosja są strategicznymi sojusznikami.

To są dwa absolutnie fundamentalne filary. Mniej istotny jest trzeci, czyli współpraca gospodarcza. Rosja była kiedyś głównym dostawcą broni dla Chin, ale dzisiaj Chiny aż tyle broni nie potrzebują. Od dekady Rosja jest głównym dostawcą ropy, gazu i węgla do Chin. Najważniejsza jest ropa.

A jak istotne dla Chin są obawy, że mogłyby stracić rynki światowe, angażując się po stronie Rosji w jej wojnie przeciw Ukrainie?

Chińczycy nie chcą oberwać sankcjami wtórnymi. Rubla chcą zarobić, ale i cnoty nie stracić. Na razie im to wychodzi. Przynajmniej formalnie stosują się do sankcji. Chińskie firmy zawieszają, albo ograniczają działalność w Rosji. Albo przechodzą do szarej strefy, wpół legalnie, przez pośredników, ale nie da się, czy też nie chce się ich złapać za rękę.

Chiny pomagają Rosji mocno tam, gdzie nie ma sankcji. Ale robią to tak, by się nie rzucało w oczy. Sprzedają Rosji ciężarówki, koparki, sprzęt budowlany. Na ten temat jest świetny raport Atlantic Council, a w nim taka niesamowita statystyka: wzrost eksportu koparek z Chin do Rosji o 4708 procent! To właśnie chińskie koparki pomogły zbudować Linię Surowikina, która zatrzymała ukraińską kontrofensywę. Tak pomagają Chińczycy.

Czy dla Chin istnieją jakieś czerwone linie? Takie, że gdyby Rosjanie je przekroczyli, Pekin powie: „Hola, hola, stop! Kończymy współpracę”?

Nie! Aż tak, że kończy się współpraca, to na pewno nie. Natomiast Chińczycy powstrzymują Rosjan przed wymachiwaniem nuklearną szabelką. To im się zdecydowanie nie podoba. To jeden z niewielu obszarów, gdzie Zachód i Chiny mówią podobnym głosem.

Poza tym Chiny udają, że nie pomagają Rosji, a Zachód udaje, że im wierzy. Ukraina zresztą też udaje, że Chiny nie wspierają Rosji. Dzięki temu jest przestrzeń do współpracy dyplomatycznej. Bo gdyby otwarcie powiedzieć, że Chiny wspierają Rosję, mogłyby ją wesprzeć jeszcze bardziej, na przykład dostarczając jej pociski artyleryjskie. A dopiero wtedy zrobiłoby się nieprzyjemnie. Lepiej więc grać w tę grę.

dw.com

sobota, 13 kwietnia 2024



Jack Watling, ekspert brytyjskiego think tanku Royal United Services Institute (RUSI), zauważa, że Rosja może wybrać, gdzie zaangażować swoje siły, linia frontu jest bardzo długa, a Ukraińcy powinni być w stanie bronić jej na całej rozciągłości. Ekspert prognozuje, że dojdzie do strat terytorialnych po stronie ukraińskiej.

– Pytanie – jak dużo i których ośrodków będzie to dotyczyć – dodaje.

BBC przedstawia trzy możliwe kierunki głównych rosyjskich działań: Charków, Donbas, Zaporoże.

Charków, drugie co do wielkości miasto Ukrainy, leżące blisko granicy z Rosją, to dla Rosjan atrakcyjny cel – czytamy. Miasto ostrzeliwane jest każdego dnia, a Ukraińcy nie posiadają wystarczającej obrony powietrznej, by niszczyć wszystkie nadlatujące obiekty. Zajęcie Charkowa byłoby ogromnym ciosem dla morale i gospodarki Ukrainy – uważają eksperci.

Pisząc o sytuacji w Donbasie, portal zwraca uwagę na straty w ludziach po stronie ukraińskiej i rosyjskiej oraz rosyjską przewagę w sprzęcie i ludziach.

– Taktyka rosyjskiej armii, jej dowództwo i wyposażenie może być gorsze od (armii) Ukrainy, ale ma ona taką przewagę liczebną, zwłaszcza jeśli chodzi o artylerię, że nawet jeśli nic innego w tym roku nie zrobi, to jej opcją podstawową będzie dalsze wypychanie ukraińskich sił na zachód i zajmowanie wioski po wiosce – zaznacza BBC.

Rosjan może “kusić” też Zaporoże, w którym przed inwazją żyło ponad 700 tys. ludzi. Leżące na południu kraju miasto znajduje się blisko linii frontu. Jest to główne miasto obwodu zaporoskiego, którego aneksję ogłosiła Rosja. BBC zwraca uwagę, że w natarciu na tym kierunku mogą rosyjskiej armii przeszkodzić fortyfikacje obronne, zbudowane w oczekiwaniu na ukraińską kontrofensywę rok temu. Tzw. linia Surowikina składa się m.in. z największego na świecie pola minowego – zaznacza portal. Rosjanie mogą oczywiście zacząć je rozbrajać, jednak te działania zostaną dostrzeżone.

BBC nie wyklucza, że strategiczny cel Rosji w tym roku może nie dotyczyć terytorium, lecz zdławienia ukraińskiego ducha walki i przekonania Zachodu, że wojna na Ukrainie to przegrana sprawa.

Watling uważa, że celem Rosji jest wywołanie poczucia beznadziei, a rosyjska ofensywa nie zakończy wojny, bez względu na jej przebieg. Barrons prognozuje zdobycze terytorialne po stronie rosyjskiej armii, jednak według niego Moskwa nie ma wystarczających sił, by dojść do linii Dniepru.

belsat.eu/PAP


Chiny zwiększyły sprzedaż do Rosji obrabiarek, mikroelektroniki i innych technologii, które Moskwa z kolei wykorzystuje do produkcji rakiet, czołgów, samolotów i innej broni.

– Chiny pomagają Rosji prowadzić największą ekspansję militarną od czasów Związku Sowieckiego – powiedział urzędnik amerykańskiej administracji.

Według niego ekspansja przebiega w szybszym tempie, niż Stany Zjednoczone sądziły na początku wojny na Ukrainie – napisał The Independent.

Jako przykład wsparcia Pekinu dla rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego inny amerykański urzędnik podał masowe zakupy przez Rosję chińskich podzespołów elektronicznych, obrabiarek i materiałów wybuchowych.

W 2023 roku około 90 proc. rosyjskiej mikroelektroniki pochodziło z Chin. Prawie 70 proc. importu obrabiarek do Rosji o wartości około 900 mln dolarów w ostatnim kwartale 2023 roku pochodziło z Chin.

Chińskie i rosyjskie przedsiębiorstwa pracują także nad wspólną produkcją bezzałogowych statków powietrznych w Rosji, a chińskie firmy prawdopodobnie będą dostarczać Rosji nitrocelulozę potrzebną do produkcji broni. Pekin współpracuje także z Rosją nad udoskonaleniem swoich zdolności satelitarnych i innych możliwości wykorzystania przestrzeni kosmicznej do wykorzystania na Ukrainie.

Podobnie zaangażowanie Chin ocenili wysocy urzędnicy ekipy prezydenta USA Joe Bidena cytowani przez CNN.

– Wpływa to na zdolność Rosji do kontynuowania ataku na Ukrainę, podczas gdy armia ukraińska zmaga się z brakami sprzętu i broni. Wyzwanie dla Ukrainy jest dodatkowo pogłębione przez Republikanów w Kongresie USA, którzy wciąż blokują głosowanie nad nowym pakietem pomocy wojskowej dla Kijowa – podkreśliła CNN.

Jak podała wcześniej, Moskwa wydaje się być na dobrej drodze do wyprodukowania niemal trzykrotnie więcej amunicji artyleryjskiej niż USA i Europa.

Chiny i Rosja porozumiały się niedawno w sprawie utrzymania „stabilności łańcucha dostaw przemysłowych”. Nastąpiło to zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu USA Janet Yellen ostrzegła Pekin przed wspieraniem wysiłków wojskowych Moskwy.

belsat.eu/PAP


W amerykańskim dyskursie publicznym hasła izolacjonistyczne zyskują popularność na poziomie niespotykanym od lat 30. i 40. XX w. Stanowią też element wewnątrzamerykańskiej dyskusji o znaczeniu polityki zagranicznej. W stronę neoizolacjonizmu zwracają się obecnie także zwolennicy Trumpa związani z ruchem Make America Great Again (MAGA). Są krytycznie nastawieni np. do nieefektywnego ich zdaniem podejścia rządu federalnego do sprawy imigracji. W sprawach zagranicznych postulują selektywne i warunkowe zaangażowanie USA na świecie, co odróżnia ich od Republikanów wspierających politykę asertywności na arenie międzynarodowej. Uważają, że niezbędna jest strategiczna reorientacja polityki zagranicznej USA z kierunku europejskiego na region Indo-Pacyfiku i konkurencję z Chinami. To stanowisko jest częściowo zbieżne z poglądami umiarkowanych polityków GOP i tych ekspertów, którzy nie podzielają poglądów neoizolacjonistycznych, jednak za priorytet stawiają zwiększenie roli USA w Azji.

Postulaty ograniczenia globalnego zaangażowania USA wysuwane są przez Trumpa, kandydata GOP w jesiennych wyborach prezydenckich. Głównymi promotorami neoizolacjonizmu w polityce zagranicznej i obronnej USA jest wspierająca Trumpa skrajna grupa Republikanów, skupiona m.in. wokół senatorów J.D. Vance’a i Josha Hawleya oraz członków Izby Reprezentantów Marjorie Taylor-Greene i Matta Gaetza. Dla zwolenników Trumpa kluczowe staje się ograniczenie imigracji przez granicę z Meksykiem oraz reforma systemu imigracyjnego, która przewiduje zwiększenie kompetencji lokalnych sądów i służb mundurowych do odsyłania nieuregulowanych imigrantów w trybie przyspieszonym. Według najnowszych badań 57% wyborców Republikanów i aż 92% wyborców Trumpa twierdzi, że rząd federalny poświęca za mało uwagi sprawie imigracji. Uważają też, że prezydent Joe Biden przywiązuje nadmierną wagę do wojny rosyjsko-ukraińskiej. Dlatego wśród neoizolacjonistów w GOP rośnie sprzeciw wobec dalszego wsparcia militarnego i finansowego dla Ukrainy.

Neoizolacjoniści krytykują udział USA w sojuszach obronnych m.in. z Japonią, Koreą Płd. i w NATO. Twierdzą, że USA ponosi nieproporcjonalne wysokie koszty obrony sojuszników. Naciskają w sprawie zwiększenia nakładów partnerów na obronność. Dążą do ograniczenia amerykańskiej roli w NATO (np. proponując zmniejszenie wkładu USA do budżetu Sojuszu) lub nawet całkowitego wycofania się z niego. Tak skrajne głosy są jednak sprzeczne z opiniami większości głosujących. Badania z lutego br. wskazują, że 61% wyborców Trumpa jest pozytywnie nastawionych do zaangażowania USA w Sojuszu. Jedynie ok. 4% nie poparłoby udziału żołnierzy USA w obronie sojuszników NATO w przypadku agresji Rosji np. na kraje bałtyckie.   

Neoizolacjonizm w polityce zagranicznej jest wspierany przez niektóre instytucje analityczne w USA, np. Heritage Foundation i America First Policy Institute oraz organizacje pozarządowe (np. Conservative Partnership Institute), kierowane przez byłych urzędników administracji Trumpa. Tworzą oni kompleksowe projekty zmian, licząc na wysokie stanowiska w nowej administracji po ewentualnym zwycięstwie Trumpa w listopadowych wyborach. Planują wdrożyć daleko idące reformy rządu federalnego. Poszczególne departamenty (m.in. stanu, obrony, edukacji, pracy) i agencje federalne (np. FBI) pozostają w ich ocenie pod wpływem urzędników o zbyt liberalnych poglądach, którzy mogą sabotować działanie administracji Trumpa. Zapowiadają zastąpienie tych urzędników kadrą podzielającą idee politycznego konserwatyzmu.

Konserwatywni eksperci uważają, że globalna rywalizacja z ChRL powinna być uznana za priorytet w definiowaniu przez przyszłą administrację zakresu polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Sygnalizują, że USA będą oczekiwały większego zaangażowania państw sojuszniczych w zwalczanie rosnących wpływów ChRL na świecie. Przyznają, że wojna na Ukrainie jest sprawą dzielącą polityków GOP, uważają jednak, że przyszła administracja republikańska powinna dążyć do szybkiego rozwiązania konfliktu, aby móc skupić uwagę przede wszystkim na rywalizacji z Chinami. Oznacza to akceptację ewentualnego zamrożenia wojny i dalszej rosyjskiej okupacji wschodnich terenów Ukrainy. Do odstraszania Rosji ma służyć NATO, ale główną rolę konwencjonalnej obrony mają odgrywać sojusznicy europejscy, których USA wspierałyby m.in. potencjałem jądrowym. Kluczowe w tym zakresie będzie wywieranie skuteczniejszego nacisku na sojuszników w celu odciążenia USA, m.in. w zwalczaniu regionalnych zagrożeń z strony Iranu, Korei Płn. i Rosji. Eksperci związani z Trumpem zapowiadają jednocześnie zmniejszenie obecności sił zbrojnych USA w Europie. Odnośnie do przyszłych relacji z Europą neoizolacjoniści warunkują zaangażowanie USA zwiększeniem przez państwa europejskie wydatków wojskowych do poziomu co najmniej 2% PKB. Sugerują też rewizję dwustronnych umów handlowych w celu wzmocnienia korzyści dla USA oraz zacieśnienie relacji z państwami Europy Środkowej i Wschodniej (EŚW). Uważają to za kluczowe wobec przyszłej współpracy USA z UE oraz dążenia do odstraszania rosyjskiej agresji w Europie.

pism.pl


Rep. Michael R. Turner (stan Ohio), który przewodniczy Stałej Komisji Specjalnej Izby Reprezentantów ds. Wywiadu, stwierdził w niedzielę, że „absolutną prawdą” jest twierdzenie, że niektórzy republikańscy członkowie Kongresu powtarzali rosyjską propagandę na temat inwazji na Ukrainę. „Widzimy, jak bezpośrednio z Rosji próbują maskować komunikaty o charakterze antyukraińskim i prorosyjskim – niektóre z nich nawet słyszymy w Izbie Reprezentantów” – powiedział Turner w programie „State of the Union” CNN.

(...)

W styczniu 2023 roku Kreml poważnie zajął się podważaniem amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Siergiej Kirijenko, pierwszy zastępca szefa sztabu Kremla, wezwał zespół strategów politycznych pracujących już nad kampaniami mającymi na celu osłabienie poparcia dla Kijowa w Europie, w tym Gambaszydze, i zapytał z dokumentów wynika, że chcą oni rozszerzyć swoje wysiłki. Stratedzy zatrudniają kilkudziesięciu pracowników farm trolli i tłumaczy.

Wkrótce moskiewskim spin doktorom nakazano stworzenie treści medialnych dla Amerykanów, które promowałyby zarzuty o korupcję z udziałem ukraińskich przywódców – „sprzedaż i kradzież broni” przekazanej Ukrainie, jak wynika z jednego z dokumentów.

Strategom polecono kultywować środowisko, w którym „Amerykanie nie są gotowi poświęcić swojego dobrobytu w imię konfliktu na Ukrainie”, a także przedstawiać coraz bliższe stosunki Rosji z Chinami jako nowe zagrożenie „stworzone przez USA”

Kiedy republikanin Matt Gaetz (Fla.), czołowy przeciwnik pomocy dla Ukrainy, ostrzegł przed „niebezpiecznym ponadpartyjnym konsensusem, który prowadzi nas do wojny z Rosją” i ostro skrytykował początkowy pakiet pomocowy Waszyngtonu dla Kijowa w wysokości 40 miliardów dolarów w 2022 r. jako nadchodzący „podczas gdy Amerykanie obchodzą się bez odżywek dla dzieci”, Rosjanie wskazali to swoim trollom jako przykład rodzaju przekazu, który należy wzmocnić.

„Należy pamiętać, że aby praca była efektywna, musimy ograniczyć do minimum podróbki i maksymalnie poznać realistyczne informacje” – stwierdza jedna z propozycji zespołu strategów Gambashidze. „Powinno się stale powtarzać: «to się naprawdę dzieje, o tym nie mówią oficjalne media»”.

(...)

Miały zostać utworzone posty i komentarze w mediach społecznościowych, a także filmy na YouTube, które podsycą niezgodę rasową i społeczną w Stanach Zjednoczonych i wzmocnią tematykę „powszechnego ubóstwa, rekordowej inflacji, zatrzymania wzrostu gospodarczego… ryzyko utraty pracy dla białych Amerykanie, przywileje dla osób kolorowych, zdegenerowanych i inwalidów” – wynika z propozycji, z której metadanych wynika, że został napisany przez członka zespołu Gambashidze.

Posty propagowały obawy, że nadmierne wydatki na politykę zagraniczną wyszły „ze szkodą dla obrony interesów białych ludzi w USA” oraz pomysł, że „Ameryka przegra, pomimo wysiłków Bidena, że zostaniemy wciągnięci w wojnę, a nasi ludzie zginą na Ukrainie”.

(...)

Ponieważ tej wiosny administracja Bidena ponownie przygotowywała się do próby przeforsowania przez Kongres dodatkowego finansowania dla Ukrainy, strony internetowe powiązane przez Microsoft i innych badaczy mediów społecznościowych z kampanią na Kremlu podjęły nowe próby rozpowszechniania wprowadzających w błąd treści na temat imigracji i granicy z Meksykiem. W jednym przypadku witryna zidentyfikowana przez Meta jako część sieci Doppelganger zamieściła artykuł o tak zwanej fali nielegalnej imigracji, która według niej „podważa podstawy bezpieczeństwa narodowego”.

(...)

Fałszywe artykuły prasowe dotyczące korupcji Zełenskiego, publikowane przez strony internetowe powiązane z Rosją podczas jesiennych debat w Kongresie na temat pomocy dla Ukrainy, odbiły się szerokim echem. Jedno z najbardziej udanych twierdzeń zostało rozpowszechnione przez DC Weekly — wyglądający na szanowany portal internetowy, którego badacze dezinformacji z Clemson University wyśledzili domeny powiązane z byłym funkcjonariuszem amerykańskiej policji, Johnem Markiem Douganem, który na nowo określił siebie jako prorosyjskiego dziennikarz ze wschodniego regionu Donbasu na Ukrainie.

W listopadzie za pośrednictwem DC Weekly fałszywa wiadomość twierdząca, że Zełenski kupił dwa jachty za pieniądze z amerykańskiej pomocy, stała się popularna w listopadzie. Twierdzenie – oczywiście fałszywe i odrzucone przez rząd Zełenskiego – zostało podtrzymane przez skrajnie prawicową kongresmenkę Marjorie Taylor Greene (R-Ga.), (...)

Jeden z proukraińskich senatorów, republikanin z Karoliny Północnej Thom Tillis, powiedział CNN, że debata na temat pomocy została wstrzymana częściowo dlatego, że niektórzy politycy wyrazili zaniepokojenie zarzutami o korupcję i poglądem, że „ludzie będą kupować jachty za te pieniądze”.

washingtonpost.com

piątek, 12 kwietnia 2024



Rzecz w tym, że mocarstwa i ich przywódcy niemal nigdy nie dokonują gwałtownych wolt i raczej zmieniają rozłożenie akcentów, a nie politykę. Prezydent Francji tak jak nie był nigdy głupi, naiwny ani słaby, tak teraz dla odmiany nie grozi prezydentowi Rosji. Nie jest to możliwe z tego prostego powodu, że żaden francuski przywódca nigdy Rosji ani w przeszłości, ani obecnie, ani w przeszłości grozić nie będzie.

Słowa Macrona nie będąc ani bez znaczenia, ani też nie będąc groźbą, należy tym niemniej odnotować z najwyższą uwagą. Wiele wskazuje bowiem na to, że są one niczym innym jak ofertą wobec Moskwy. Aby zrozumieć ową ofertę, trzeba jednak zdefiniować cele Zachodu w odniesieniu do wojny Rosji z Ukrainą i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są to cele tożsame z celami Polski. Wiele wskazuje na to, że dość zasadniczo się różnią.

Celem mocarstw zachodnich od pierwszego dnia wojny jest doprowadzenie do takiego zakończenia wojny, które oznaczać będzie, że Ukraina zachowa niepodległość i suwerenność. Celem nie jest jednak doprowadzenie do odzyskania przez Kijów wszystkich okupowanych terytoriów. (...)

Na to, że taki właśnie jest cel, wskazują dostawy broni, które są dostatecznie duże, aby Ukraina nie przegrała wojny, ale niedostatecznie hojne, aby zdołała odbić wszystkie okupowane terytoria. To, iż taka jest intencja, było do niedawna logicznym wywodem i równocześnie tajemnicą poliszynela – w nieoficjalnych rozmowach dyplomaci nie tyle nawet tego nie ukrywali, co raczej traktowali jako coś na tyle oczywistego, że pytanie o to traktowane było jako wyraz niedojrzałości.

To, co było jasne, ale nie było zarazem publicznie ogłaszane, od dwóch tygodni jest już de facto oficjalnym stanowiskiem Stanów Zjednoczonych. W czasie niedawnej wizyty w Kijowie doradca do spraw Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Stanów Zjednoczonych Jake Sullivan wprost stwierdził, że celem Stanów Zjednoczonych jest to, by Ukraina po wojnie pozostała niepodległa i suwerenna, aby była demokratyczna i aby mogła się rozwijać.

Wypowiedź Sullivana o Ukrainie po wojnie zawierała bardzo dużo słów, wśród których nie znalazło się jednak ani jedno, które wskazywało na to, że celem Stanów Zjednoczonych jest doprowadzenie do odzyskania przez Ukrainę wszystkich okupowanych terytoriów.

W Polsce takie stanowisko przyjmowane jest jako wyraz naiwności i głupoty Zachodu. W ocenie zdecydowanej większości komentatorów, taki koniec wojny oznacza, że za kilka lat Rosjanie ponownie zaatakowaliby Ukrainę. Tego, dlaczego Rosjanie mieliby nie zaatakować, gdyby Ukraińcy odbili cały Donbas i Krym, zwolennicy dominującej w Polsce szkoły myślenia już nie tłumaczą.

Równocześnie nie sposób nie zauważyć, że Rosja pod rządami Putina jest jednak innym państwem niż wszystkie znane z historii, z którymi mimo większej lub mniejszej dozy obrzydzenia układano się w historii światowej dyplomacji. Moskwa jest nie tylko bowiem agresywna, imperialistyczna i skłonna do popełniania zbrodni wojennych, ale jest też szulerem i oszustem.

Z tego powodu jakiekolwiek porozumienie z Moskwą musi być obudowane gwarancjami tego, że Rosja dotrzyma warunków umowy i po kilku latach nie dokona kolejnej inwazji na Ukrainę. Problem polega na tym, że jedyną dającą to gwarancją jest albo przyjęcie Ukrainy do NATO, albo dyslokacja sił państw członkowskich NATO na terytorium Ukrainy.

Mocarstwa zachodnie, jeśli mają przyjąć Ukrainę do paktu albo wysłać tam swoje wojska, chcą mieć jednak pewność, że gwarantują pokój, a nie jedynie swój udział w ewentualnej kolejnej wojnie.

Dokładnie dlatego Zachód będzie dążył do porozumienia z Moskwą i wyśle swoje siły dopiero, gdy będzie miał pewność, że z jednej strony wysyła je, bo Moskwie nie można zaufać, ale zarazem, że Rosja widząc z jednej strony swoje zdobycze terytorialne, a z drugiej wojska NATO, już nigdy nie zaatakuje.

Dla Francji — a w perspektywie i innych państw Zachodu — obecność ich sił w Ukrainie jest możliwa tylko przy zastosowaniu formuły, do której w historii odwoływali się wcześniej w odniesieniu do sposobu zakończenia I wojny światowej prezydent Woodrow Wilson i — w odniesieniu do zakończenia wojen Izraela z Egiptem — prezydent Richard Nixon, czyli "pokoju bez zwycięstwa".

Niestety w formułę taką nie wpisuje się większość polskich polityków, komentatorów i ekspertów, którzy głosząc potrzebę zwycięstwa nad Rosją w istocie są na kursie kolizyjnym nie z Rosją jednak, a z mocarstwami zachodnimi. Będąc przeciw porozumieniu z Rosją, są też przeciw wysłaniu wojsk NATO do Ukrainy. Te bowiem, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy też nie, bez "dealu" z Moskwą na Ukrainę nie trafią.

Tym, czego zajęci moralizowaniem nie rozumiemy w Polsce jest fakt, iż bezpieczeństwo Ukrainy zależy nie od tego, gdzie przebiegać będzie jej granica wschodnia, ale od tego, czy jakieś państwa, poza samą Ukrainą, będą gwarantami tej granicy.

Polski komentariat błędnie zakładając, że nasz kraj i tak, prędzej czy później, stanie się stroną wojny, nie rozumie stawki, którą jest wejście Zachodu na Ukrainę.

Być może zresztą taki jest cel rosyjskich farm trolli przekonujących nas, że grozi nam wojna oraz środowisk "geopolityków" przekonujących Polaków, że gwarancje NATO są nic niewarte. Im bardziej w to bowiem wierzymy, tym mniej rozumiemy mocarstwa zachodnie i w efekcie – mając zupełnie inną percepcję zagrożeń i ocenę ryzyka – w mniejszym stopniu możemy wpływać na ostateczne warunki porozumienia, które prędzej czy później Zachód wypracuje z Rosją.

Kolejnym problemem jest to, że tak, jak skrajnie trudnym partnerem Zachodu jest Rosja, tak niełatwym jest również Ukraina. Zachód, aby przekonać, czy też mniej dyplomatycznie rzecz ujmując zmusić Ukrainę do koncesji terytorialnych, musi zrobić równocześnie dwie rzeczy.

Z jednej strony na tyle ograniczyć dostawy broni, by Kijów zrozumiał realia, a z drugiej zaoferować mu takie gwarancje bezpieczeństwa, by realia te mógł zaakceptować. Bez twardych gwarancji bezpieczeństwa żaden ukraiński polityk nie będzie w stanie uzyskać poparcia dla zakończenia wojny bez pełnej deokupacji zajętych przez Rosjan terytoriów ze strony społeczeństwa i armii.

(...)

Z punktu widzenia Berlina, ewentualny sukces Paryża oznaczałby oczywiście wymierne straty. Francja stałaby się znacznie poważniejszym niż do tej pory graczem w Europie Środkowo-Wschodniej (co dla Polski byłoby z kolei korzystne, bowiem zmniejszałoby nierównowagę pomiędzy Warszawą i Berlinem). Z kolei dla kanclerza Scholza formuła, która pozwala z jednej strony zakończyć wojnę, a z drugiej pozostać nieco z boku w sprawie Ukrainy, jest optymalna. Scholz, biorąc pod uwagę nastroje w społeczeństwie niemieckim, nie może zaryzykować wysłania niemieckich wojsk do Ukrainy i liczyć na zwycięstwo wyborcze.

onet.pl


Ukraińskie statystyki nie pozostawiają wątpliwości. W porównaniu z lutym, w marcu liczba alarmów powietrznych w obwodzie sumskim wzrosła o 197 proc., w obwodzie czernihowskim o 171 proc., w Kijowie o 141 proc., a w obwodzie odeskim o 121 proc. Najwięcej alarmów przeciwlotniczych w poprzednim miesiącu odnotowano w obwodzie charkowskim – 227. W czwartek (11 kwietnia) Rosja kolejny raz uderzyła dronami kamikadze i różnego rodzaju pociskami rakietowymi na obiekty infrastruktury energetycznej Ukrainy. Tylko w Charkowie wybuchło 10 pocisków balistycznych.

(...)

- Zamknijcie niebo nad Ukrainą! – apelowali Ukraińcy do państw zachodnich w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji w 2022 r.

Ukraina szybko zrozumiała, że NATO na taki krok nie jest gotowe i zaczęła prosić o pomoc w zamknięciu nieba. Czyli o dostatecznie nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. W 2022 r. Ukraińcy wycisnęli maksimum z posiadanych systemów przeciwlotniczych i Rosji nie udało się uzyskać kontroli nad ukraińską przestrzenią powietrzną.

Rosyjskie samoloty przestały wlatywać nad Ukrainę, ale Rosja rekompensowała to atakami rakietowymi. Jesienią 2022 r. rozpoczęła zmasowane uderzenia pociskami manewrującymi, do których wkrótce dołączyły drony kamikadze, na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Po wielu miesiącach próśb do Ukrainy zaczęły w końcu docierać nowe zachodnie systemy przeciwlotnicze IRIS-T i NASAMS. W kwietniu 2023 r. potwierdzono, że Ukraina otrzymała długo oczekiwane dwie baterie od Niemiec i USA oraz dwie wyrzutnie od Niderlandów.

W maju 2023 r. Patrioty skutecznie odbiły atak rosyjskich hipersonicznych pocisków Kindżał na stolicę, zestrzeliwując wszystkie sześć rakiet. Rosyjskie rakiety przestały się wydawać takimi strasznymi, przynajmniej dla mieszkańców stolicy Ukrainy.

Ukraina otrzymała też od Francji i Niemiec kompleks przeciwlotniczy SAMP/T, którego charakterystyki są podobne do Patriota. I wydawało się, że dostawy kolejnych baterii Patriot to tylko kwestia czasu. Tak się nie stało i po roku Ukraina nie otrzymała żadnych nowych wyrzutni Patriot. Natomiast w marcu straciła dwie wyrzutnie w strefie przyfrontowej, po tym, jak dzięki nim udało się zniszczyć co najmniej kilka rosyjskich samolotów.

(...)

W odróżnieniu od Zachodu Rosja nie próżnuje. Udaje jej się zwiększać liczbę produkowanych pocisków manewrujących, dzięki czemu może regularnie bić po ukraińskiej infrastrukturze. W marcu Rosja wykorzystała do ataków na Ukrainę 242 pociski rakietowe różnego typu, nie wliczając pocisków przeciwlotniczych S-300, które Rosja wykorzystuje również od ostrzałów celów naziemnych znajdujących się blisko linii frontu lub granicy. Częstym celem S-300 jest Charków i pobliskie miejscowości. W marcu ukraińskiej obronie przeciwlotniczej udało się zestrzelić 134 rakiety. Taki wynik jest związany z tym, że Rosja atakowała te miejsca, w których ukraińska obrona powietrzna jest słabsza.

W tym samym miesiącu oprócz rakiet Rosja zastosowała też 603 drony kamikadze typu szahid. To tania broń do nalotów na infrastrukturę krytyczną i do atakowania ukraińskich miast. Rosja otrzymuje te bezzałogowe aparaty od Iranu, jak i również produkuje je sama.

Od początku 2024 r. Rosja zaczęła stosować na masową skalę kolejną śmiercionośną innowację przeciwko ludności cywilnej, która do tej pory była wykorzystywana na froncie. Chodzi o kierowane bomby lotnicze. Zwykłe bomby radzieckiej produkcji zostały wyposażone w mechanizm szybujący z elementami naprowadzającymi, które pozwalają atakować cele z odległości ok 70 km. Przy tym waga używanych bomb jest różna: od 250 do 1500 kg.

(...)

Kierowane bomby, zwłaszcza te o wadze półtora ton, mają ogromną siłę niszczycielską. Dwie-trzy potrafią zrównać z ziemią pół wsi. "Wyborcza" dotarła do ewakuowanych mieszkańców miejscowości Wełyka Pysariwka w obwodzie sumskim, tuż przy granicy z Rosją. 17 marca Rosja zbombardowała centrum miejscowości, szacuje się, że zniszczone zostało 40 proc. zabudowy. - Przyzwyczailiśmy się do ostrzałów artyleryjskich, ale spadające bomby to było coś strasznego. Z niektórych domów nie został kamień na kamieniu - opowiadają kobiety, które obecnie koczują w przedszkolu w położonym 40 kilometrów od rodzinnej wsi miejscowości Ochtyrka.

Żołnierze ukraińscy twierdzą również, że Rosjanie zrzucili w okolicy Pysariwki ładunek termobaryczny o wadze 1500 kg - to broń, która eksploduje z większą mocą niż inne bomby konwencjonalne o tej samej wadze. Wyzwala kulę ognia, która pali wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu, ale też długotrwałą falę uderzeniową o dużym ciśnieniu, śmiertelną dla organizmów żywych. Lokalne władze nie są w stanie jednak podać precyzyjnie miejsca zrzutu, prawdopodobnie uderzył on w teren opuszczony wcześniej przez mieszkańców. - Mogę powiedzieć tyle: skala uderzenia ładunkiem termobarycznym jest trudna do wyobrażenia.

(...)

Od marca Rosja zwiększyła liczbę uderzeń na Charków, który i tak był stałym celem dla rosyjskich rakiet i dronów. Teraz spadają tam również bomby lotnicze. Ukraińscy eksperci mówią, że Rosja chce zrobić z Charkowa ukraińskie Aleppo. Sytuacja w mieście jest bardzo trudna. W wyniku ostatnich ataków zniszczona została znaczna część tamtejszej infrastruktury energetycznej. Trudno jest dziś prognozować, jak miasto będzie funkcjonowało podczas kolejnej zimy.

wyborcza.pl


Kraj putinowski nęka ostry niedobór Rosjan. Brakuje milionów rąk do pracy, tysięcy żołnierzy. Armia, fabryki broni, przemysł cywilny walczą ze sobą o deficytowy towar. A polityka Kremla kłopoty tylko powiększa. 

Ałabuga Politech, technikum w Tatarstanie miało być ucieleśnieniem marzenia o nowoczesnej edukacji, postępie. A okazało się montownią irańskich dronów szahid, którymi armia Putina noc w noc nęka miasta ukraińskie. 

Miejscowe władze nawet się szczyciły, że ucząca się tu młodzież w porywie patriotyzmu, bezpieczna, bo daleko od frontu, temu frontowi służy. Do czasu, kiedy z frontu, jak to mówią w Rosji, „przyleciało”. A przyleciał dron ukraiński i uderzył w szkolny internat. I wtedy stało się głośno, że w Ałabudze 15-, 16-latkowie dzień w dzień wiele godzin montują broń. Robią to nie tylko młodzi Rosjanie, bo także nieletnie Afrykanki. Jedna z nich, przerażona nalotem, opowiedziała, że do pracy szkoła bierze tylko dziewczynki z Afryki, bo czarni chłopcy za bardzo się stawiają.

Z kolei w Ulianowsku miejscowe zakłady zbrojeniowe poszukują do pracy aż 7 tys. nieletnich. Dzieci przy warsztacie. Koniecznie stojące na skrzynkach, bo zbyt niskiego wzrostu, by z ziemi dostać do pulpitu szlifierki czy obrabiarki. To jeden z utrwalonych w propagandzie obrazów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, czyli zmagań ZSRR z III Rzeszą. Obraz wielce patriotyczny, bo poświadczający wielki wysiłek narodu. A Putin, prowadząc swoją wojnę, widzi ją jako rekonstrukcję tamtej. Dzieci wytwarzające broń dobrze lokują się więc w jego bajce. U Stalina Afrykanek raczej nie było, ale obecny pan Kremla walczy przecież z „imperializmem białego człowieka” o „sprawiedliwość dla globalnego Południa”. 

Armia coraz bardziej potrzebuje nowych żołnierzy. Moskwa obowiązek dostarczania świeżego mięsa armatniego złożyła na gubernatorów, którym narzuciła wyśrubowane normy. A chętnych do udziału w krwawych szturmach jest coraz mniej. Gospodarze regionów wygrzebują więc pieniądze, i to spore, na premie dla tych, którzy zgodzą się iść w kamasze. Najhojniejszy okazał się gubernator Rostowa, który tylko za podpisanie kontraktu od razu płaci milion rubli (15 średnich krajowych). W Petersburgu dają 900 tys., w obwodzie moskiewskim – 700 tys. rubli. Groźnym konkurentem dla wojska w bitwie o deficytowy żywy towar jest nienasycony przemysł zbrojeniowy. Fabryki rakiet i innych czołgów tokarzowi, ślusarzowi, monterowi płacą tyle, co miesięcznie dostaje frontowy żołnierz, a więc mniej więcej trzy średnie krajowe.

wyborcza.pl

czwartek, 11 kwietnia 2024



Najpierw znany deputowanych Dumy, a niegdyś agent rosyjskich służb Andriej Ługowoj (oskarżany o zabójstwo Aleksandra Litwinienki w Wielkiej Brytanii) nakręcił dwa odcinki filmu dokumentalnego o Kazachstanie, w którym sugerował, że najważniejsze państwo w Azji Centralnej „uczestniczy w globalnym spisku antyrosyjskim”.

– Dzisiaj porozmawiamy o Kazachstanie. Państwie, w którym coraz częściej przejawia się rusofobia, w którym trwa kampania dotycząca derusyfikacji i zmieniane są nazwy miast, ulic, a nawet stacji kolejowych – stwierdził Ługowoj.

Niedługo po tym w Kazachstan uderzył inny deputowany Dumy z partii Putina generał Andriej Guruliow. Po ataku ukraińskich dronów na jedną z fabryk w Tatarstanie (produkują tam drony Shahed) parlamentarzysta stwierdził, że Ukraińcy mogli wystrzelić bezzałogowce z pobliskiego terenu północnego Kazachstanu. Mówił, że terenów tych „nikt nie kontroluje” i że jakoby można tam „przewieźć wszystko”. Informacje te błyskawicznie sprostował kazachstański resort obrony, który podobne spekulacje nazwał „próbą dyskredytacji Kazachstanu”.

Na tym jednak się nie skończyło. Kilka dni temu w mediach pojawiło się nagranie, na którym słychać głos Guruliowa (jest też członkiem parlamentarnej komisji obrony) mówiącego o tym, że Kazachstan „będzie następny” po Ukrainie i że jakoby odpowiednie decyzje władz „zostały już podjęte”. Guruliow zaprzeczał i oskarżył Ukraińców o podrobienie jego głosu za pomocą sztucznej inteligencji. Przed tym rosyjska rządowa agencja Ria Nowosti, powołując się na własne źródła, stwierdziła, że Astana prowadzi z Kijowem rozmowy w sprawie sprzedaży rosyjskiej broni dla armii ukraińskiej. To też musiały prostować władze Kazachstanu.

Po serii afer obciążających relacje Astany i Moskwy głos zabrało kazachstańskie MSZ. Rzecznik resortu Ajbek Smadijarow dyplomatycznie stwierdził, że nieprawdziwe informacje rozpowszechniają „trzecie zainteresowane siły”. Stwierdził też, że te „siły” chcą doprowadzić do rozłamu w relacjach Kazachstanu z Rosją.

rp.pl