sobota, 13 kwietnia 2024



Rep. Michael R. Turner (stan Ohio), który przewodniczy Stałej Komisji Specjalnej Izby Reprezentantów ds. Wywiadu, stwierdził w niedzielę, że „absolutną prawdą” jest twierdzenie, że niektórzy republikańscy członkowie Kongresu powtarzali rosyjską propagandę na temat inwazji na Ukrainę. „Widzimy, jak bezpośrednio z Rosji próbują maskować komunikaty o charakterze antyukraińskim i prorosyjskim – niektóre z nich nawet słyszymy w Izbie Reprezentantów” – powiedział Turner w programie „State of the Union” CNN.

(...)

W styczniu 2023 roku Kreml poważnie zajął się podważaniem amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Siergiej Kirijenko, pierwszy zastępca szefa sztabu Kremla, wezwał zespół strategów politycznych pracujących już nad kampaniami mającymi na celu osłabienie poparcia dla Kijowa w Europie, w tym Gambaszydze, i zapytał z dokumentów wynika, że chcą oni rozszerzyć swoje wysiłki. Stratedzy zatrudniają kilkudziesięciu pracowników farm trolli i tłumaczy.

Wkrótce moskiewskim spin doktorom nakazano stworzenie treści medialnych dla Amerykanów, które promowałyby zarzuty o korupcję z udziałem ukraińskich przywódców – „sprzedaż i kradzież broni” przekazanej Ukrainie, jak wynika z jednego z dokumentów.

Strategom polecono kultywować środowisko, w którym „Amerykanie nie są gotowi poświęcić swojego dobrobytu w imię konfliktu na Ukrainie”, a także przedstawiać coraz bliższe stosunki Rosji z Chinami jako nowe zagrożenie „stworzone przez USA”

Kiedy republikanin Matt Gaetz (Fla.), czołowy przeciwnik pomocy dla Ukrainy, ostrzegł przed „niebezpiecznym ponadpartyjnym konsensusem, który prowadzi nas do wojny z Rosją” i ostro skrytykował początkowy pakiet pomocowy Waszyngtonu dla Kijowa w wysokości 40 miliardów dolarów w 2022 r. jako nadchodzący „podczas gdy Amerykanie obchodzą się bez odżywek dla dzieci”, Rosjanie wskazali to swoim trollom jako przykład rodzaju przekazu, który należy wzmocnić.

„Należy pamiętać, że aby praca była efektywna, musimy ograniczyć do minimum podróbki i maksymalnie poznać realistyczne informacje” – stwierdza jedna z propozycji zespołu strategów Gambashidze. „Powinno się stale powtarzać: «to się naprawdę dzieje, o tym nie mówią oficjalne media»”.

(...)

Miały zostać utworzone posty i komentarze w mediach społecznościowych, a także filmy na YouTube, które podsycą niezgodę rasową i społeczną w Stanach Zjednoczonych i wzmocnią tematykę „powszechnego ubóstwa, rekordowej inflacji, zatrzymania wzrostu gospodarczego… ryzyko utraty pracy dla białych Amerykanie, przywileje dla osób kolorowych, zdegenerowanych i inwalidów” – wynika z propozycji, z której metadanych wynika, że został napisany przez członka zespołu Gambashidze.

Posty propagowały obawy, że nadmierne wydatki na politykę zagraniczną wyszły „ze szkodą dla obrony interesów białych ludzi w USA” oraz pomysł, że „Ameryka przegra, pomimo wysiłków Bidena, że zostaniemy wciągnięci w wojnę, a nasi ludzie zginą na Ukrainie”.

(...)

Ponieważ tej wiosny administracja Bidena ponownie przygotowywała się do próby przeforsowania przez Kongres dodatkowego finansowania dla Ukrainy, strony internetowe powiązane przez Microsoft i innych badaczy mediów społecznościowych z kampanią na Kremlu podjęły nowe próby rozpowszechniania wprowadzających w błąd treści na temat imigracji i granicy z Meksykiem. W jednym przypadku witryna zidentyfikowana przez Meta jako część sieci Doppelganger zamieściła artykuł o tak zwanej fali nielegalnej imigracji, która według niej „podważa podstawy bezpieczeństwa narodowego”.

(...)

Fałszywe artykuły prasowe dotyczące korupcji Zełenskiego, publikowane przez strony internetowe powiązane z Rosją podczas jesiennych debat w Kongresie na temat pomocy dla Ukrainy, odbiły się szerokim echem. Jedno z najbardziej udanych twierdzeń zostało rozpowszechnione przez DC Weekly — wyglądający na szanowany portal internetowy, którego badacze dezinformacji z Clemson University wyśledzili domeny powiązane z byłym funkcjonariuszem amerykańskiej policji, Johnem Markiem Douganem, który na nowo określił siebie jako prorosyjskiego dziennikarz ze wschodniego regionu Donbasu na Ukrainie.

W listopadzie za pośrednictwem DC Weekly fałszywa wiadomość twierdząca, że Zełenski kupił dwa jachty za pieniądze z amerykańskiej pomocy, stała się popularna w listopadzie. Twierdzenie – oczywiście fałszywe i odrzucone przez rząd Zełenskiego – zostało podtrzymane przez skrajnie prawicową kongresmenkę Marjorie Taylor Greene (R-Ga.), (...)

Jeden z proukraińskich senatorów, republikanin z Karoliny Północnej Thom Tillis, powiedział CNN, że debata na temat pomocy została wstrzymana częściowo dlatego, że niektórzy politycy wyrazili zaniepokojenie zarzutami o korupcję i poglądem, że „ludzie będą kupować jachty za te pieniądze”.

washingtonpost.com

piątek, 12 kwietnia 2024



Rzecz w tym, że mocarstwa i ich przywódcy niemal nigdy nie dokonują gwałtownych wolt i raczej zmieniają rozłożenie akcentów, a nie politykę. Prezydent Francji tak jak nie był nigdy głupi, naiwny ani słaby, tak teraz dla odmiany nie grozi prezydentowi Rosji. Nie jest to możliwe z tego prostego powodu, że żaden francuski przywódca nigdy Rosji ani w przeszłości, ani obecnie, ani w przeszłości grozić nie będzie.

Słowa Macrona nie będąc ani bez znaczenia, ani też nie będąc groźbą, należy tym niemniej odnotować z najwyższą uwagą. Wiele wskazuje bowiem na to, że są one niczym innym jak ofertą wobec Moskwy. Aby zrozumieć ową ofertę, trzeba jednak zdefiniować cele Zachodu w odniesieniu do wojny Rosji z Ukrainą i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są to cele tożsame z celami Polski. Wiele wskazuje na to, że dość zasadniczo się różnią.

Celem mocarstw zachodnich od pierwszego dnia wojny jest doprowadzenie do takiego zakończenia wojny, które oznaczać będzie, że Ukraina zachowa niepodległość i suwerenność. Celem nie jest jednak doprowadzenie do odzyskania przez Kijów wszystkich okupowanych terytoriów. (...)

Na to, że taki właśnie jest cel, wskazują dostawy broni, które są dostatecznie duże, aby Ukraina nie przegrała wojny, ale niedostatecznie hojne, aby zdołała odbić wszystkie okupowane terytoria. To, iż taka jest intencja, było do niedawna logicznym wywodem i równocześnie tajemnicą poliszynela – w nieoficjalnych rozmowach dyplomaci nie tyle nawet tego nie ukrywali, co raczej traktowali jako coś na tyle oczywistego, że pytanie o to traktowane było jako wyraz niedojrzałości.

To, co było jasne, ale nie było zarazem publicznie ogłaszane, od dwóch tygodni jest już de facto oficjalnym stanowiskiem Stanów Zjednoczonych. W czasie niedawnej wizyty w Kijowie doradca do spraw Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Stanów Zjednoczonych Jake Sullivan wprost stwierdził, że celem Stanów Zjednoczonych jest to, by Ukraina po wojnie pozostała niepodległa i suwerenna, aby była demokratyczna i aby mogła się rozwijać.

Wypowiedź Sullivana o Ukrainie po wojnie zawierała bardzo dużo słów, wśród których nie znalazło się jednak ani jedno, które wskazywało na to, że celem Stanów Zjednoczonych jest doprowadzenie do odzyskania przez Ukrainę wszystkich okupowanych terytoriów.

W Polsce takie stanowisko przyjmowane jest jako wyraz naiwności i głupoty Zachodu. W ocenie zdecydowanej większości komentatorów, taki koniec wojny oznacza, że za kilka lat Rosjanie ponownie zaatakowaliby Ukrainę. Tego, dlaczego Rosjanie mieliby nie zaatakować, gdyby Ukraińcy odbili cały Donbas i Krym, zwolennicy dominującej w Polsce szkoły myślenia już nie tłumaczą.

Równocześnie nie sposób nie zauważyć, że Rosja pod rządami Putina jest jednak innym państwem niż wszystkie znane z historii, z którymi mimo większej lub mniejszej dozy obrzydzenia układano się w historii światowej dyplomacji. Moskwa jest nie tylko bowiem agresywna, imperialistyczna i skłonna do popełniania zbrodni wojennych, ale jest też szulerem i oszustem.

Z tego powodu jakiekolwiek porozumienie z Moskwą musi być obudowane gwarancjami tego, że Rosja dotrzyma warunków umowy i po kilku latach nie dokona kolejnej inwazji na Ukrainę. Problem polega na tym, że jedyną dającą to gwarancją jest albo przyjęcie Ukrainy do NATO, albo dyslokacja sił państw członkowskich NATO na terytorium Ukrainy.

Mocarstwa zachodnie, jeśli mają przyjąć Ukrainę do paktu albo wysłać tam swoje wojska, chcą mieć jednak pewność, że gwarantują pokój, a nie jedynie swój udział w ewentualnej kolejnej wojnie.

Dokładnie dlatego Zachód będzie dążył do porozumienia z Moskwą i wyśle swoje siły dopiero, gdy będzie miał pewność, że z jednej strony wysyła je, bo Moskwie nie można zaufać, ale zarazem, że Rosja widząc z jednej strony swoje zdobycze terytorialne, a z drugiej wojska NATO, już nigdy nie zaatakuje.

Dla Francji — a w perspektywie i innych państw Zachodu — obecność ich sił w Ukrainie jest możliwa tylko przy zastosowaniu formuły, do której w historii odwoływali się wcześniej w odniesieniu do sposobu zakończenia I wojny światowej prezydent Woodrow Wilson i — w odniesieniu do zakończenia wojen Izraela z Egiptem — prezydent Richard Nixon, czyli "pokoju bez zwycięstwa".

Niestety w formułę taką nie wpisuje się większość polskich polityków, komentatorów i ekspertów, którzy głosząc potrzebę zwycięstwa nad Rosją w istocie są na kursie kolizyjnym nie z Rosją jednak, a z mocarstwami zachodnimi. Będąc przeciw porozumieniu z Rosją, są też przeciw wysłaniu wojsk NATO do Ukrainy. Te bowiem, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy też nie, bez "dealu" z Moskwą na Ukrainę nie trafią.

Tym, czego zajęci moralizowaniem nie rozumiemy w Polsce jest fakt, iż bezpieczeństwo Ukrainy zależy nie od tego, gdzie przebiegać będzie jej granica wschodnia, ale od tego, czy jakieś państwa, poza samą Ukrainą, będą gwarantami tej granicy.

Polski komentariat błędnie zakładając, że nasz kraj i tak, prędzej czy później, stanie się stroną wojny, nie rozumie stawki, którą jest wejście Zachodu na Ukrainę.

Być może zresztą taki jest cel rosyjskich farm trolli przekonujących nas, że grozi nam wojna oraz środowisk "geopolityków" przekonujących Polaków, że gwarancje NATO są nic niewarte. Im bardziej w to bowiem wierzymy, tym mniej rozumiemy mocarstwa zachodnie i w efekcie – mając zupełnie inną percepcję zagrożeń i ocenę ryzyka – w mniejszym stopniu możemy wpływać na ostateczne warunki porozumienia, które prędzej czy później Zachód wypracuje z Rosją.

Kolejnym problemem jest to, że tak, jak skrajnie trudnym partnerem Zachodu jest Rosja, tak niełatwym jest również Ukraina. Zachód, aby przekonać, czy też mniej dyplomatycznie rzecz ujmując zmusić Ukrainę do koncesji terytorialnych, musi zrobić równocześnie dwie rzeczy.

Z jednej strony na tyle ograniczyć dostawy broni, by Kijów zrozumiał realia, a z drugiej zaoferować mu takie gwarancje bezpieczeństwa, by realia te mógł zaakceptować. Bez twardych gwarancji bezpieczeństwa żaden ukraiński polityk nie będzie w stanie uzyskać poparcia dla zakończenia wojny bez pełnej deokupacji zajętych przez Rosjan terytoriów ze strony społeczeństwa i armii.

(...)

Z punktu widzenia Berlina, ewentualny sukces Paryża oznaczałby oczywiście wymierne straty. Francja stałaby się znacznie poważniejszym niż do tej pory graczem w Europie Środkowo-Wschodniej (co dla Polski byłoby z kolei korzystne, bowiem zmniejszałoby nierównowagę pomiędzy Warszawą i Berlinem). Z kolei dla kanclerza Scholza formuła, która pozwala z jednej strony zakończyć wojnę, a z drugiej pozostać nieco z boku w sprawie Ukrainy, jest optymalna. Scholz, biorąc pod uwagę nastroje w społeczeństwie niemieckim, nie może zaryzykować wysłania niemieckich wojsk do Ukrainy i liczyć na zwycięstwo wyborcze.

onet.pl


Ukraińskie statystyki nie pozostawiają wątpliwości. W porównaniu z lutym, w marcu liczba alarmów powietrznych w obwodzie sumskim wzrosła o 197 proc., w obwodzie czernihowskim o 171 proc., w Kijowie o 141 proc., a w obwodzie odeskim o 121 proc. Najwięcej alarmów przeciwlotniczych w poprzednim miesiącu odnotowano w obwodzie charkowskim – 227. W czwartek (11 kwietnia) Rosja kolejny raz uderzyła dronami kamikadze i różnego rodzaju pociskami rakietowymi na obiekty infrastruktury energetycznej Ukrainy. Tylko w Charkowie wybuchło 10 pocisków balistycznych.

(...)

- Zamknijcie niebo nad Ukrainą! – apelowali Ukraińcy do państw zachodnich w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji w 2022 r.

Ukraina szybko zrozumiała, że NATO na taki krok nie jest gotowe i zaczęła prosić o pomoc w zamknięciu nieba. Czyli o dostatecznie nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. W 2022 r. Ukraińcy wycisnęli maksimum z posiadanych systemów przeciwlotniczych i Rosji nie udało się uzyskać kontroli nad ukraińską przestrzenią powietrzną.

Rosyjskie samoloty przestały wlatywać nad Ukrainę, ale Rosja rekompensowała to atakami rakietowymi. Jesienią 2022 r. rozpoczęła zmasowane uderzenia pociskami manewrującymi, do których wkrótce dołączyły drony kamikadze, na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Po wielu miesiącach próśb do Ukrainy zaczęły w końcu docierać nowe zachodnie systemy przeciwlotnicze IRIS-T i NASAMS. W kwietniu 2023 r. potwierdzono, że Ukraina otrzymała długo oczekiwane dwie baterie od Niemiec i USA oraz dwie wyrzutnie od Niderlandów.

W maju 2023 r. Patrioty skutecznie odbiły atak rosyjskich hipersonicznych pocisków Kindżał na stolicę, zestrzeliwując wszystkie sześć rakiet. Rosyjskie rakiety przestały się wydawać takimi strasznymi, przynajmniej dla mieszkańców stolicy Ukrainy.

Ukraina otrzymała też od Francji i Niemiec kompleks przeciwlotniczy SAMP/T, którego charakterystyki są podobne do Patriota. I wydawało się, że dostawy kolejnych baterii Patriot to tylko kwestia czasu. Tak się nie stało i po roku Ukraina nie otrzymała żadnych nowych wyrzutni Patriot. Natomiast w marcu straciła dwie wyrzutnie w strefie przyfrontowej, po tym, jak dzięki nim udało się zniszczyć co najmniej kilka rosyjskich samolotów.

(...)

W odróżnieniu od Zachodu Rosja nie próżnuje. Udaje jej się zwiększać liczbę produkowanych pocisków manewrujących, dzięki czemu może regularnie bić po ukraińskiej infrastrukturze. W marcu Rosja wykorzystała do ataków na Ukrainę 242 pociski rakietowe różnego typu, nie wliczając pocisków przeciwlotniczych S-300, które Rosja wykorzystuje również od ostrzałów celów naziemnych znajdujących się blisko linii frontu lub granicy. Częstym celem S-300 jest Charków i pobliskie miejscowości. W marcu ukraińskiej obronie przeciwlotniczej udało się zestrzelić 134 rakiety. Taki wynik jest związany z tym, że Rosja atakowała te miejsca, w których ukraińska obrona powietrzna jest słabsza.

W tym samym miesiącu oprócz rakiet Rosja zastosowała też 603 drony kamikadze typu szahid. To tania broń do nalotów na infrastrukturę krytyczną i do atakowania ukraińskich miast. Rosja otrzymuje te bezzałogowe aparaty od Iranu, jak i również produkuje je sama.

Od początku 2024 r. Rosja zaczęła stosować na masową skalę kolejną śmiercionośną innowację przeciwko ludności cywilnej, która do tej pory była wykorzystywana na froncie. Chodzi o kierowane bomby lotnicze. Zwykłe bomby radzieckiej produkcji zostały wyposażone w mechanizm szybujący z elementami naprowadzającymi, które pozwalają atakować cele z odległości ok 70 km. Przy tym waga używanych bomb jest różna: od 250 do 1500 kg.

(...)

Kierowane bomby, zwłaszcza te o wadze półtora ton, mają ogromną siłę niszczycielską. Dwie-trzy potrafią zrównać z ziemią pół wsi. "Wyborcza" dotarła do ewakuowanych mieszkańców miejscowości Wełyka Pysariwka w obwodzie sumskim, tuż przy granicy z Rosją. 17 marca Rosja zbombardowała centrum miejscowości, szacuje się, że zniszczone zostało 40 proc. zabudowy. - Przyzwyczailiśmy się do ostrzałów artyleryjskich, ale spadające bomby to było coś strasznego. Z niektórych domów nie został kamień na kamieniu - opowiadają kobiety, które obecnie koczują w przedszkolu w położonym 40 kilometrów od rodzinnej wsi miejscowości Ochtyrka.

Żołnierze ukraińscy twierdzą również, że Rosjanie zrzucili w okolicy Pysariwki ładunek termobaryczny o wadze 1500 kg - to broń, która eksploduje z większą mocą niż inne bomby konwencjonalne o tej samej wadze. Wyzwala kulę ognia, która pali wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu, ale też długotrwałą falę uderzeniową o dużym ciśnieniu, śmiertelną dla organizmów żywych. Lokalne władze nie są w stanie jednak podać precyzyjnie miejsca zrzutu, prawdopodobnie uderzył on w teren opuszczony wcześniej przez mieszkańców. - Mogę powiedzieć tyle: skala uderzenia ładunkiem termobarycznym jest trudna do wyobrażenia.

(...)

Od marca Rosja zwiększyła liczbę uderzeń na Charków, który i tak był stałym celem dla rosyjskich rakiet i dronów. Teraz spadają tam również bomby lotnicze. Ukraińscy eksperci mówią, że Rosja chce zrobić z Charkowa ukraińskie Aleppo. Sytuacja w mieście jest bardzo trudna. W wyniku ostatnich ataków zniszczona została znaczna część tamtejszej infrastruktury energetycznej. Trudno jest dziś prognozować, jak miasto będzie funkcjonowało podczas kolejnej zimy.

wyborcza.pl


Kraj putinowski nęka ostry niedobór Rosjan. Brakuje milionów rąk do pracy, tysięcy żołnierzy. Armia, fabryki broni, przemysł cywilny walczą ze sobą o deficytowy towar. A polityka Kremla kłopoty tylko powiększa. 

Ałabuga Politech, technikum w Tatarstanie miało być ucieleśnieniem marzenia o nowoczesnej edukacji, postępie. A okazało się montownią irańskich dronów szahid, którymi armia Putina noc w noc nęka miasta ukraińskie. 

Miejscowe władze nawet się szczyciły, że ucząca się tu młodzież w porywie patriotyzmu, bezpieczna, bo daleko od frontu, temu frontowi służy. Do czasu, kiedy z frontu, jak to mówią w Rosji, „przyleciało”. A przyleciał dron ukraiński i uderzył w szkolny internat. I wtedy stało się głośno, że w Ałabudze 15-, 16-latkowie dzień w dzień wiele godzin montują broń. Robią to nie tylko młodzi Rosjanie, bo także nieletnie Afrykanki. Jedna z nich, przerażona nalotem, opowiedziała, że do pracy szkoła bierze tylko dziewczynki z Afryki, bo czarni chłopcy za bardzo się stawiają.

Z kolei w Ulianowsku miejscowe zakłady zbrojeniowe poszukują do pracy aż 7 tys. nieletnich. Dzieci przy warsztacie. Koniecznie stojące na skrzynkach, bo zbyt niskiego wzrostu, by z ziemi dostać do pulpitu szlifierki czy obrabiarki. To jeden z utrwalonych w propagandzie obrazów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, czyli zmagań ZSRR z III Rzeszą. Obraz wielce patriotyczny, bo poświadczający wielki wysiłek narodu. A Putin, prowadząc swoją wojnę, widzi ją jako rekonstrukcję tamtej. Dzieci wytwarzające broń dobrze lokują się więc w jego bajce. U Stalina Afrykanek raczej nie było, ale obecny pan Kremla walczy przecież z „imperializmem białego człowieka” o „sprawiedliwość dla globalnego Południa”. 

Armia coraz bardziej potrzebuje nowych żołnierzy. Moskwa obowiązek dostarczania świeżego mięsa armatniego złożyła na gubernatorów, którym narzuciła wyśrubowane normy. A chętnych do udziału w krwawych szturmach jest coraz mniej. Gospodarze regionów wygrzebują więc pieniądze, i to spore, na premie dla tych, którzy zgodzą się iść w kamasze. Najhojniejszy okazał się gubernator Rostowa, który tylko za podpisanie kontraktu od razu płaci milion rubli (15 średnich krajowych). W Petersburgu dają 900 tys., w obwodzie moskiewskim – 700 tys. rubli. Groźnym konkurentem dla wojska w bitwie o deficytowy żywy towar jest nienasycony przemysł zbrojeniowy. Fabryki rakiet i innych czołgów tokarzowi, ślusarzowi, monterowi płacą tyle, co miesięcznie dostaje frontowy żołnierz, a więc mniej więcej trzy średnie krajowe.

wyborcza.pl

czwartek, 11 kwietnia 2024



Najpierw znany deputowanych Dumy, a niegdyś agent rosyjskich służb Andriej Ługowoj (oskarżany o zabójstwo Aleksandra Litwinienki w Wielkiej Brytanii) nakręcił dwa odcinki filmu dokumentalnego o Kazachstanie, w którym sugerował, że najważniejsze państwo w Azji Centralnej „uczestniczy w globalnym spisku antyrosyjskim”.

– Dzisiaj porozmawiamy o Kazachstanie. Państwie, w którym coraz częściej przejawia się rusofobia, w którym trwa kampania dotycząca derusyfikacji i zmieniane są nazwy miast, ulic, a nawet stacji kolejowych – stwierdził Ługowoj.

Niedługo po tym w Kazachstan uderzył inny deputowany Dumy z partii Putina generał Andriej Guruliow. Po ataku ukraińskich dronów na jedną z fabryk w Tatarstanie (produkują tam drony Shahed) parlamentarzysta stwierdził, że Ukraińcy mogli wystrzelić bezzałogowce z pobliskiego terenu północnego Kazachstanu. Mówił, że terenów tych „nikt nie kontroluje” i że jakoby można tam „przewieźć wszystko”. Informacje te błyskawicznie sprostował kazachstański resort obrony, który podobne spekulacje nazwał „próbą dyskredytacji Kazachstanu”.

Na tym jednak się nie skończyło. Kilka dni temu w mediach pojawiło się nagranie, na którym słychać głos Guruliowa (jest też członkiem parlamentarnej komisji obrony) mówiącego o tym, że Kazachstan „będzie następny” po Ukrainie i że jakoby odpowiednie decyzje władz „zostały już podjęte”. Guruliow zaprzeczał i oskarżył Ukraińców o podrobienie jego głosu za pomocą sztucznej inteligencji. Przed tym rosyjska rządowa agencja Ria Nowosti, powołując się na własne źródła, stwierdziła, że Astana prowadzi z Kijowem rozmowy w sprawie sprzedaży rosyjskiej broni dla armii ukraińskiej. To też musiały prostować władze Kazachstanu.

Po serii afer obciążających relacje Astany i Moskwy głos zabrało kazachstańskie MSZ. Rzecznik resortu Ajbek Smadijarow dyplomatycznie stwierdził, że nieprawdziwe informacje rozpowszechniają „trzecie zainteresowane siły”. Stwierdził też, że te „siły” chcą doprowadzić do rozłamu w relacjach Kazachstanu z Rosją.

rp.pl

środa, 10 kwietnia 2024



Najeźdźcy zintensyfikowali ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową na zapleczu frontu, a ich głównymi celami stały się Charków i Zaporoże. Od 4 do 8 kwietnia oba miasta oraz ich okolice atakowano prawie codziennie, przy czym to pierwsze – przeciętnie dwa razy na dobę (5 kwietnia trzykrotnie). W Zaporożu rosyjskie rakiety kilkukrotnie uderzyły w byłe zakłady Motor Sicz, a według niektórych źródeł także w ważnego przedwojennego producenta komponentów lotniczych – Progress. W obu miejscach serwisowane i naprawiane jest obecnie ciężkie uzbrojenie. Celami w Charkowie i Zaporożu miały być też montownie i magazyny dronów, a w pierwszym z tych miast – również skład amunicji (6 kwietnia).

Pomiędzy 5 a 9 kwietnia zniszczone bądź uszkodzone zostały podstacje wysokiego napięcia w pięciu obwodach: odeskim, charkowskim, dniepropetrowskim, połtawskim i lwowskim. W rejonie Odessy rakiety i drony agresora trafiły w infrastrukturę przyportową i „obiekt logistyczno-transportowy” (odpowiednio 6 i 8 kwietnia). 8 kwietnia uderzyły w obiekt infrastruktury krytycznej – najprawdopodobniej terminal naftowo-gazowy – w okolicach Zwiahela w obwodzie żytomierskim. Po ataku władze miasta zaapelowały do mieszkańców o nieopuszczanie domów w związku z możliwym zanieczyszczeniem powietrza. Łącznie od 4 do 9 kwietnia rano najeźdźcy mieli wykorzystać 43 rakiety i 126 „szahedów”. Obrońcy zadeklarowali zestrzelenie czterech rakiet i 106 dronów.

Zintensyfikowane pod koniec marca ataki na Charków przyczyniły się do znacznego pogorszenia sytuacji w mieście. Brak możliwości ustabilizowania dostaw prądu odbija się negatywnie nie tylko na pozostałych tam mieszkańcach, lecz przede wszystkim na potencjale obrońców. Charkowskie przedsiębiorstwa zbrojeniowe – choć w dużej mierze zniszczone trwającymi od dwóch lat atakami – wciąż zajmują się serwisowaniem i naprawą ciężkiego uzbrojenia. Trwałe niedobory energii czynią tę działalność o wiele trudniejszą. Podobne skutki przynoszą ostatnie wrogie uderzenia na Zaporoże, którego baza przemysłowa pełni rolę analogiczną do charkowskiej. Charków jest jednak kluczowym ośrodkiem przemysłowym pod ukraińską kontrolą na wschód od Dniepru i głównym zapleczem obrońców na wschodzie. O randze miasta świadczy fakt, że od początku kwietnia sytuacja w nim stanowiła dwukrotnie główny temat posiedzenia sztabu obrony („stawki”) pod przewodnictwem prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Podstawowy problem Kijowa to niemożność zorganizowania skutecznej obrony powietrznej Charkowa i pozostałych dużych ośrodków na bezpośrednim zapleczu frontu. W odróżnieniu od centralnej i zachodniej Ukrainy niszczona jest jedynie niewielka część atakujących je dronów kamikadze, a do zestrzeleń rakiet dochodzi sporadycznie. Ze względu na niewielką odległość od linii styczności (w przypadku Charkowa – również od granicy FR) zdecydowana większość pocisków – głównie z systemów S-300 i Iskander-M – trafia w atakowane cele jeszcze przed ogłoszeniem alarmu powietrznego. Krótkie trasy dolotu utrudniają pracę obronie powietrznej, przez co ułatwiają agresorowi jej niszczenie. Niespełniający swojej roli system ostrzegawczy skutkuje także częstymi ofiarami cywilnymi.

osw.waw.pl


Jak poinformowała rosyjska agencja prasowa TASS, Putin przypomniał ministrom, że zgodnie z Biblią Chrystus zobaczył dwóch rybaków nad brzegiem Jeziora Galilejskiego. - Jeden łowił ryby, drugi naprawiał sieć. I rzekł do nich: "Pójdźcie za mną, a uczynię was rybakami ludzi i rybakami ludzkich dusz". Stali się jego ewangelistami, jego uczniami - mówił Władimir Putin. Prezydent Rosji dodał, że "było to bardzo ważne podczas rozwijania się światowych religii".

Władimir Putin porównał zbawczą misję Chrystusa do działań rosyjskich władz, które jego zdaniem muszą bronić tradycyjnych wartości swojego kraju. - Okazuje się to nie mniej istotne teraz, kiedy jesteśmy zmuszeni bronić naszych tradycyjnych wartości, naszej kultury, naszej historii. Rezultaty tej pracy w znacznej mierze zadecydują o tym, jaka będzie Rosja w najbliższej i odległej przyszłości. I czy pozostanie taka, jaką sobie wyobrażamy - powiedział Putin.

Siergiej Czapnin z Centrum Studiów Prawosławnych Uniwersytetu Fordham skomentował wypowiedź Władimira Putina w rozmowie z portalem Agentstwo. Zdaniem eksperta Putin uważa "tradycyjne wartości" rosyjskie za "rodzaj uniwersalnej nadbudowy nad wszystkimi religiami w Rosji". - On oczywiście nie jest chrześcijaninem. Jego dość specyficzna religijność wiąże się przede wszystkim z wiarą w Rosję w szczególnym, być może nawet mistycznym, sensie, w jej wartość dla reszty świata i w jego szczególną misję jako głównego strażnika tej Rosji - stwierdził Siergiej Czapnin.

gazeta.pl


Gdyby nie częstotliwość wyszukiwania frazy "Zielona sukienka, Versace, Jennifer Lopez" to nie doczekalibyśmy się zakładki "Zdjęcia" w wyszukiwarce Google'a. Plotkę zresztą potwierdził sam Eric Schmidt, prezes międzynarodowego giganta.

onet.pl


Azerbejdżan od lat prowadzi zręczną politykę wobec Unii Europejskiej. Zamiast inwestować w relacje z instytucjami unijnymi, która mogłaby przycisnąć władze azerskie w sprawie niewywiązywania się z demokratyczno-prawnoczłowieczych zobowiązań, Baku tradycyjnie stawiało na rozbudowywanie stosunków bilateralnych z poszczególnymi państwami członkowskimi. Głównym punktem strategii była i jest polityka energetyczna. Budowanie wizerunku stabilnego partnera dla Europy i niezawodnego dostawcy ropy i gazu pozwoliło azerskim władzom w dużym stopniu uniknąć konsekwencji łamania praw człowieka i coraz większych represji wobec krytyków politycznych. Choć kiedyś wydawało się, że Azerbejdżan ma apetyt również na współpracę na poziomie politycznym, ostatnie lata zweryfikowały tę tezę.

Mimo deklaracji o chęci podpisania nowej umowy partnerskiej z Unią Europejską w ramach Partnerstwa Wschodniego Azerbejdżan nie wydaje się aktualnie zainteresowany kontynuowaniem negocjacji rozpoczętych jeszcze w 2017 roku. Rozmowy nie odbywają się od wielu miesięcy i piłka jest po stronie Baku.

Azerbejdżan najwyraźniej osiadł na laurach, podpisując w 2022 roku memorandum z Unią Europejską na podwojenie dostaw gazu w przeciągu pięciu lat. Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę paradoksalnie pomogła Baku w pozycjonowaniu się na alternatywnego dostawcę energii. W latach 2021–2022 UE zwiększyła eksport azerskiego gazu o niemal 40 proc. W tej chwili jego udział w rynku unijnym wynosi 3,4 proc. Choć w skali całej Europy wydaje się to niewiele, dla niektórych krajów jest to już konkretny poziom dostaw – chociażby 40 proc. zapotrzebowań gazowych Bułgarii zaspokaja Azerbejdżan.

W ostatnich miesiącach spokój we wzajemnych stosunkach z Unią Europejską został jednak zaburzony. Po rozwiązaniu separatystycznej republiki Górskiego Karabachu i exodusie niemal wszystkich ormiańskich mieszkańców Azerbejdżan spotkał się z krytyką wielu stolic europejskich, co spowodowało ochłodzenie w relacjach i coraz więcej wątpliwości, czy Azerbejdżan może być stabilnym partnerem dla Europy.

W odpowiedzi na te negatywne opinie prorządowe media w Azerbejdżanie wzmocniły antyzachodnie treści. Nasilono krytykę unijnych oficjeli, stawiając na szali przyszłość wzajemnych stosunków. Z perspektywy Azerbejdżanu najlepszym scenariuszem jest kontynuacja biznesu z Europą przy jednoczesnym braku krytyki i pełnej autonomii w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Ale władzom w Baku będzie trudno osiągnąć ten cel w stu procentach, szczególnie w kwestii relacji z Armenią.

Na dywanik wezwany został również niedawno Petr Michalko, ambasador unijny, którego Azerowie skrytykowali za działalność unijnej misji cywilnej w Armenii w obszarach przygranicznych. Władze Azerbejdżanu zarzucają misji uprawianie tzw. dyplomacji lornetkowej i wykorzystywanie wizyt europejskich urzędników w Armenii do „szerzenia antyazerskiej propagandy”.

Mimo prężenia muskułów i coraz większej asertywności w dwustronnych relacjach w perspektywie długoterminowej władzom azerskim nie opłaca się jednak odwracać plecami do Europy. Najprawdopodobniej Azerowie będą tym samym usiłowali łagodzić konflikty.

– Alijew nie może sobie pozwolić na złe stosunki z Europą - podkreśla Altaj Goyushov, azerski historyk i profesor. – Dziewięćdziesiąt pięć procent twardych dochodów kraju pochodzi z ropy i gazu ziemnego. A głównymi odbiorcami są kraje zachodnie. Wielka Brytania, Włochy, Niemcy i Izrael są niezbędne dla przetrwania reżimu Alijewa. Cała strategia Alijewa opiera się na rozszerzaniu jego stosunków gospodarczych z Zachodem. Nawet przeciwko Francji są tylko słowa, żadnych konkretnych działań.

Wtóruje mu analityk europejskiego think-tanku European Policy Center Philipp Lausberg, który również w obliczu interesów energetycznych nie spodziewa się wielkich zmian na linii Bruksela-Baku.

– Ogólnie rzecz biorąc, to względy gospodarcze definiują stosunki dwustronne – twierdzi Lausberg. – Azerbejdżan dostarcza do UE relatywnie tani gaz w stałej cenie i jest to kwestia geostrategiczna, jeszcze bardziej umocniona po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Może dochodzić do sprzeczek dyplomatycznych z Francją, konfliktów w mediach społecznościowych, dezinformacji, ale myślę, że jest to na poziomie raczej symbolicznym. Taka retoryka pomaga rządom obu krajów służyć swoim odbiorcom i pokazać swoje racje, ale nie ma to żadnego przełożenia na relacje gospodarcze – tłumaczy Lausberg.

Analityk brukselskiego think-tanku dodaje, że kwestie bezpieczeństwa międzynarodowego dodatkowo działają jak hamulec dla Brukseli, dla której priorytetem aktualnie jest osiągnięcie długotrwałego porozumienia między Azerbejdżanem i Armenią.

– Unia Europejska nie może sobie pozwolić na kolejny konflikt w regionie i robi wszystko, aby prowadzić i wspierać działania pokojowe między Azerbejdżanem a Armenią – wyjaśnia Lausberg. – Nawet Niemcy ostatnio zaangażowały się w mediacje między Baku a Erywaniem. Exodus ludności ormiańskiej z Karabachu i nowy status quo zostały po cichu zaakceptowane. Obecnie Bruksela stara się, aby Azerbejdżan nie poszedł o krok dalej i nie uzależnił się od Rosji.

Rosja najprawdopodobniej dała zielone światło Alijewowi na odzyskanie terytoriów zajętych przez Armenię, ale nie oznacza to wcale, że władze Azerbejdżanu tańczą tak, jak im zagra Kreml. Choć z perspektywy europejskiej wydaje się, że interesy Azerbejdżanu i Rosji są zbieżne, w rzeczywistości sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Dobre relacje z Moskwą są wciąż ważnym filarem polityki zagranicznej Azerbejdżanu i Baku wyraźnie nie stroni od interesów z Rosją. Dla równowagi władze azerskie mocno jednak inwestują w partnerstwo z Turcją i interesy gospodarcze z Zachodem.

– Ilham Alijew wcale nie jest prorosyjski – anonimowo komentuje azerski dziennikarz. – Po prostu staje się coraz bardziej autorytarny, dlatego wydaje się, że wpada głębiej w objęcia Putina. Ale tak naprawdę Alijew jest bardzo niezależnym politykiem, który zręcznie rozgrywa wszystkie najważniejsze ośrodki polityczne: Waszyngton, Brukselę i Moskwę.

new.org.pl

wtorek, 9 kwietnia 2024



Jak napisał Deaton, wszystko rozbija się o nacisk, jaki w ostatnich dziesięcioleciach ekonomiści położyli na wydajność. Oznacza to odejście od norm stworzonych przez Adama Smitha, które uwzględniały etykę i ostateczny dobrobyt zaangażowanych ludzi. Noblista przypisuje to spadkowi zainteresowania "ekonomią dobrobytu", która zwraca uwagę na to, jak pieniądze przekładają się na dobrobyt.

Deaton stwierdził, że ekonomiści bazują na przestarzałych ideach związanych z ekonomią dobrobytu lub, co gorsza, w ogóle się jej nie uczą. Jednocześnie, jak mówi, w Stanach Zjednoczonych pojawiają się problemy społeczne, takie jak rosnące wskaźniki samobójstw i alkoholizmu oraz kryzys opioidowy. — Myślę, że pomimo powszechnego przekonania o tym, jak dobrze radzimy sobie gospodarczo, kraj jest w złym stanie. Dlatego jako ekonomista zastanawiam się teraz, jak powinienem nieco naprostować swoją praktykę ekonomiczną — powiedział Deaton. — Kilka rzeczy wiedziałem od samego początku. Jedną z nich było to, że dobrobyt to znacznie więcej niż tylko pieniądze — dodał.

(...)

Deaton w swoim artykule pisze, że "przez długi czas uważał związki zawodowe za utrapienie, które zakłócało ekonomiczną (i często osobistą) wydajność oraz że z zadowoleniem przyjął ich powolny upadek". Obecnie już tak nie uważa. (...)

Jego zdaniem panował wówczas konsensus, że działalność związków zawodowych nie była tak naprawdę potrzebna i że niezbędna ochrona pracowników już została wypracowana. Deaton zauważył jednak, że w ciągu ostatnich kilku dekad w Stanach Zjednoczonych osłabła pozycja związków zawodowych w prywatnych firmach, zwłaszcza wraz ze wzrostem liczby szkodliwych dla nich przepisów. Pracownicy zostali bez wsparcia wobec potęgi lobbingu korporacji i bogaczy.

Noblista widzi również dysproporcje między przedstawicielami rządu a pracownikami, w których imieniu mają przemawiać. Wskazuje, że chociaż większość Amerykanów nie ma wyższego wykształcenia, nie znajduje to odzwierciedlenia w salach Kongresu.

— W ekonomii nie ma zbyt wiele miejsca na władzę — powiedział Deaton. — W zasadzie nie rozmawiamy o tym zbyt często, ale historycy ciągle poruszają ten temat. Myślę, że powinniśmy więcej o tym myśleć. Uważam, że jednym z problemów bycia osobą z klasy robotniczej w dzisiejszej Ameryce jest to, że nie ma ona zbyt dużej władzy politycznej — ocenił.

Angus Deaton podkreśla, że w przeszłości związki zawodowe odgrywały ważną rolę społeczną. Wraz ze spadkiem odsetka pracowników zrzeszonych w związkach zawodowych utrata poczucia przynależności przyczyniła się do obecnego kryzysu samotności w USA, zwłaszcza wśród mężczyzn. Noblista dostrzegł również zdolność związków zawodowych do zapewnienia podwyżek płac nie tylko pracownikom zrzeszonym w związkach zawodowych, ale także innym osobom wykonującym ten sam rodzaj pracy. Tu wskazuje na ostatni strajk United Auto Workers. Ekonomiści mogliby powiedzieć, że logicznym posunięciem w obliczu żądań wyższych płac dla pracowników byłoby produkowanie samochodów w Chinach, gdzie jest to tańsze. Tak się jednak nie stało.

— Okazuje się, że producenci mieli całkiem sporą marżę zysku, a strajk zmusił ich do podzielenia się nią z pracownikami. W ekonomii to stara zasada, obecnie mało praktykowana, że w rzeczywistości istnieje rezerwa, którą można przeznaczyć albo na zyski, albo na płace. Toczy się więc swoista walka klasowa o to, kto ją otrzyma — powiedział Deaton.

(...)

Deaton powiedział mi, że duży wpływ wywarł na niego ekonomista Dani Rodrik, który napisał książkę "Has Globalization Gone Too Far?" o tym, jak globalizacja może pogłębiać nierówności i podziały społeczne.

Deaton przywołuje tu tak zwany chiński szok, kiedy to Chiny po raz pierwszy stały się globalnym centrum handlu i industrializacji w latach 80. ubiegłego wieku. Wówczas argumentowano, że napływ tanich produktów był korzystny dla Ameryki, mimo że wiele osób straciło pracę w krajowych zakładach produkcyjnych.

— Chodzi o to, że ludzie, którzy stracili pracę, tracą pieniądze z powodu szoku chińskiego, ale reszta z nas otrzymuje tanie towary. Twierdzenie mówi, że wartość tego, co my zyskujemy, jest większa niż wartość tego, co oni tracą. Problem w tym, że to różni ludzie — powiedział.

Tańsze telewizory nie są w stanie zrekompensować utraty środków na utrzymanie rodziny. Z kolei dyrektorzy firm mogą czerpać korzyści zarówno z wyższych zysków, jak i tańszych towarów. Rodrik podkreślił, że ekonomiści mają rację: ci, którzy mają coś do zyskania w handlu, zyskują więcej, niż tracą przegrani.

Zysk ten odbywa się jednak kosztem redystrybucji, co niekoniecznie musi być zgodne z naszymi oczekiwaniami. — Obecnie standardowa recepta brzmi: "OK, możesz opodatkować tych, którzy zyskali i oddać to przegranym", na co ja odpowiadam: "Och, tak, a kiedy ostatnio to zrobiliście?" — powiedział Deaton.

(...)

W swoim artykule Deaton bez ogródek wypowiada się na temat imigracji: "Kiedyś zgadzałem się z opinią ekonomistów, że imigracja do USA to dobra rzecz, przynosząca ogromne korzyści migrantom i niewielkie lub żadne koszty dla krajowych pracowników o niskich kwalifikacjach. Teraz już tak nie uważam". Wyjaśnił mi, że nie ma na myśli obecnego kryzysu na granicy USA, który jest "swego rodzaju bałaganem", ale raczej chodzi mu o długoterminowy wpływ na nierówności.

— Wzrost nierówności wiąże się z imigracją — powiedział.

W swoim artykule pisze, że "nierówności były wysokie, gdy Ameryka była otwarta, były znacznie niższe, gdy granice były zamknięte i ponownie wzrosły po ustawie o imigracji i obywatelstwie z 1965 r., gdy odsetek osób urodzonych za granicą wzrósł z powrotem do poziomu z końca XIX w." Według Deatona choć pracodawcy "uwielbiają" imigrację ze względu na tanią siłę roboczą, to w przeszłości sprzeciwiali się jej pracownicy i związki zawodowe.

Angus Deaton twierdzi, że Wielka Migracja, kiedy to fala czarnoskórych Amerykanów przeniosła się z południowych stanów do północnych, hipotetycznie nie miałaby miejsca, gdyby istniała wówczas otwarta polityka imigracyjna. Jak zauważa noblista, fabryki w Chicago i innych miejscach chętnie zatrudniałyby imigrantów z Europy, ale nie było to już możliwe, więc pozwoliło to na zatrudnianie czarnoskórych Amerykanów.

— To zmieniło świat, a mogło do tego nie dojść, gdybyśmy mieli bardziej liberalną politykę imigracyjną — powiedział Deaton. Dodał, że irytuje go jeden ze współczesnych argumentów za imigracją. Wielu pracodawców obwinia brak imigracji za braki kadrowe, twierdząc, że nie mogą zatrudnić wystarczającej liczby pracowników bez napływu nowej siły roboczej. Deaton stwierdził, że "nie należy słuchać ludzi, którzy tak mówią, chyba że wspominają coś o wynagrodzeniach".

— Mówią, że żaden Amerykanin nie chce tego robić, więc potrzebujemy imigrantów — wyjaśnia. — Chodzi im o to, że żaden Amerykanin nie zrobi tego za wynagrodzenie, które płacimy imigrantom — dodał.

businessinsider.com.pl


Michał Misiura, Bankier.pl: Od 7 marca Unia Europejska rejestruje wszystkie samochody elektryczne sprowadzone z Chin. Czy nadchodzą cła na chińskie elektryki?

Jakub Jakóbowski, Ośrodek Studiów Wschodnich: Cła nadejdą, bo trudno wyobrazić sobie, żeby postępowanie prowadzone przez Komisję Europejską nie doszukało się głównego przewinienia, które bada, czyli subsydiowania produkcji. To jest oczywiście element znacznie szerszego problemu, na który zwraca uwagę nie tylko Komisja Europejska, ale też wiele państw unijnych i producentów. To chińska ekspansja przemysłowa, która teraz bardzo szybko się rozkręca.

Mówiąc w skrócie, Chiny spowalniają, bo nie mogą już budować tylu mieszkań i infrastruktury. Receptą ma nie być postawienie na konsumpcję, co radziło im wielu ekonomistów. Wygląda na to, że wielki strumień kapitału, którym dysponuje państwo, Chiny próbują wpompować teraz w przemysł, w tym w branże, które tradycyjnie były podstawą europejskiej konkurencyjności. Stąd starcie handlowe, które widzimy i które nabiera rozpędu, gdzie samochody elektryczne są teraz głównym polem bitwy.

(...)

Wojna handlowa między Unią Europejską i Chinami jest przesądzona?

Myślę, że ona już trwa. Po prostu wygląda inaczej niż amerykańsko-chińska wojna handlowa, która była bardzo medialna, pełna spektakularnych, głośnych ciosów wymierzanych sobie nawzajem, z Donaldem Trumpem, który na Twitterze rozpoczynał nowe awantury co trzy tygodnie. To europejskie starcie wciąż nie jest tak intensywne jak amerykańskie, nie mamy jeszcze tak dużego podniesienia ceł.

No ale jeśli spojrzeć na tę nudną europejską machinę biurokratyczną, to ona bardzo regularnie, co tydzień, dwa, wypluwa z siebie nowe postępowanie antydumpingowe. To nie jest tylko kwestia samochodów oczywiście. Nowe postępowanie antysubsydyjne są prowadzone właśnie na chińskie pociągi sprzedawane do Unii, są dyskutowane cła antysubsydyjne na fotowoltaikę (to jest zresztą już dawno przegrana europejska bitwa). Rozważa się cła na technologie wiatrowe. Różnego rodzaju komponenty. Można by mnożyć przykłady.

Sądzę, że taka pełzająca wojna handlowa to jest to, z czym mamy do czynienia. No i główne pytanie brzmi: czy ona wystrzeli i eskaluje, jeśli Chińczycy zdecydowaliby się na retorsje, na uderzenie w Europę. Wówczas to może nabrać dużo większej temperatury.

(...)

Pojawia się też pytanie o transformację w stronę zielonej energii. Czy nie jest czasem tak, że powodzenie unijnych planów wymaga komponentów z Chin?

Zdecydowanie tak i to jest jeden z największych bóli głowy i politycznych szpagatów, które obecna Komisja, ale i na przykład partia Zielonych w Niemczech, musi wykonywać. Bo z jednej strony mamy postawienie na bardzo ambitny projekt transformacji energetycznej albo szerzej transformacji klimatycznej, bo to nie jest tylko energetyka, ale też elektryfikacja znacznej części gospodarki, zmniejszanie śladu węglowego i tak dalej.

Rzeczywiście powiedziałbym, że w rosnącej liczbie branż Europa żyłuje wymagania dotyczące ekologii albo np. udziału energetyki odnawialnej w miksie i jedynym krajem, który konkurencyjnie jest w stanie pokryć ten popyt, są Chiny, które mają sporo przewag. Jedną z nich są subsydia i na to trzeba zwracać uwagę, ale też i skala, którą Chińczycy zdołali sobie zbudować, m.in. w fotowoltaice.

Mówiłem już o tym, że to jest przegrana bitwa Europy. Dokładnie 10 lat temu Komisja Europejska chciała wprowadzić cła na fotowoltaikę z Chin. Chciała ratować przemysł, kiedy był jeszcze silny w Europie, ale wówczas interesy niemieckiego automotive’u przeważyły i Angela Merkel po prostu ukręciła łeb tej inicjatywie. Dzisiaj, po dziesięciu latach, tak naprawdę nie ma co zbierać, ponad 90% podaży ogniw fotowoltaicznych w Unii pochodzi z Chin.

To jest ten scenariusz, na który wiele innych zielonych przemysłów w Europie patrzy i widzi, jak ta konkurencja chińska zaczyna ich podgryzać, napędzana wielką skalą, którą w Chinach można osiągnąć, napędzana subsydiami, które dostaje od rządu. To widmo zniszczenia kolejnych przemysłów istnieje. W ten sposób zaczyna mówić o sobie branża wiatrowa w Europie. Na pewno ta część automotive, która wchodzi w elektromobilność, i sądzę, że ten katalog będzie się jeszcze poszerzał.

Stąd ten szpagat. Jeśli chcemy szybko transformować gospodarkę, to mamy do dyspozycji głównie tanie chińskie technologie. Natomiast jeżeli chcielibyśmy przy okazji budować swój przemysł, żeby to Europa reformowała się na europejskich technologiach, to potrzeba po pierwsze odgrodzenia się od chińskiej konkurencji, często nieuczciwej, a po drugie zainwestowania dużych pieniędzy we własną bazę przemysłową. W tę stronę generalnie idzie polityka unijna, tylko zawsze jest kwestia, kto za to zapłaci. Są państwa takie jak Francja, które dążą do tego, żeby obudzić ten europejski przemysł. Ale są też państwa takie jak Niemcy czy Holandia, które najwięcej dokładają do unijnego budżetu i wcale nie chcą dzielić się tymi pieniędzmi.

Europa ma szansę zbudować przemysłową niezależność?

To jest ewidentnie kierunek, który Europie próbuje nadać Ursula von der Leyen, wsparta przez wielu istotnych graczy. Wszystko, co łączy się z niezależnością wojskową, technologiczną, gospodarczą, bliskie jest francuskim sercom. Jest też wiele mniejszych państw, które zaczyna się budzić. Ciekawym przykładem jest Holandia, która kojarzy się przecież z wolnym handlem i swobodą gospodarczą, a teraz bardzo silnie odcina się od Chin. Próbuje, szczególnie te technologie procesowe, które rozwija, chronić przed Chińczykami. Więc sądzę, że grupa państw, która chciałaby w tę stronę pchać Unię, rośnie.

(...)

Pekin dotuje i wspiera produkcję samochodów elektrycznych. To napędza gospodarkę. Ale jeszcze całkiem niedawno w podobny sposób sponsorował infrastrukturalne projekty i deweloperów. Czy Chiny nie padną ofiarą pompowania kolejnej branży? Tzn. czy sektor automotive w Państwie Środka może skończyć jak branża nieruchomości, gdy pieniądze przestaną płynąć?

Pytanie jest zasadne i nawiązuje do fundamentalnej charakterystyki chińskiej gospodarki. To nazywa się oficjalnie socjalizmem z chińską charakterystyką, w którym rzeczywiście te rynkowe bodźce nie działają tak samo jak u nas. Ja przywołam tylko taki cytat, który bardzo lubię, jednego z chińskim polityków gospodarczych z okresu reform i otwarcia Chen Yun, który mówił: “rynek jest jak ptak zamknięty w klatce centralnego planu”.

Rzeczywiście trochę tak to działa. Tak było np. w infrastrukturze i mieszkaniówce, chociaż tam znacznie bardziej żywiołowo, niż w przemyśle. Państwo tworzy pewne ramy do rozwoju sektora, stawia na konkurencję wewnątrz Chin (a ta jest zażarta), ale jednocześnie bodźce, którym odpowiadają te firmy, nie są stricte rynkowe. Jak widzimy, teraz w sektorze automotive spółki ścigają się na budowanie skali, na pozyskanie pracowników, na walkę o pozycję rynkową i zagarnięcie rynku, ale tam niekoniecznie ma miejsce rachunek ekonomiczny sensu stricte.

Dostęp do kapitału jest bardzo szeroki. Państwo oferuje go praktycznie każdemu, kto chce budować tego typu technologie. Podręcznikowo, czyli tak jak chcieliby tego planiści z Pekinu, schemat wygląda tak, że najpierw te subsydia dostarczamy, one powodują eksplozję mocy przemysłowych, setki firm wchodzą na rynek, a później gdy to obciążenie dla państwa i dla gospodarki jest zbyt duże, powinno się te subsydia ucinać. Tylko że w chińskich realiach nie zawsze wygląda to tak dobrze, bo wielu nadal o te subsydia zabiega. A chińskie władze miast i prowincji wciąż wspierają “swoich” pomimo Pekinu.

Myślę, że akurat w chińskim sektorze elektryków upadki będą mniej spektakularne niż w mieszkaniówce. To też nie ta skala makroekonomiczne, ale upadki już się zaczynają. Słabsze firmy, które nie zbudowały skali i technologii i nie są konkurencyjne, powoli odpadają od peletonu i są pochłaniane przez większe firmy. Inaczej niż w przypadku mieszkaniówki Chińczycy ze swoimi samochodami elektrycznymi mają przed sobą teoretycznie otwarty cały świat.

Pas i szlak miał być sposobem na wypchnięcie przegrzanego sektora budowlanego na zewnątrz. To nie udało się do końca, nie w takiej skali, jakiej Chińczycy potrzebowali. Natomiast w teorii, jeśli chodzi o sektor samochodowy, jeśli świat pozostanie otwarty na chińskie auta, to możliwość budowy skali jest znacznie, znacznie szersza, bo firmy mogą eksportować za granicę. O ile zagranica się od tych samochodów nie odetnie.

Jakie inne branże są teraz szczególnie hojnie dotowane przez Chiny? Na co może przestawić się wajcha z pieniędzmi z Pekinu?

Tematem, na który zwracamy teraz uwagę - mogę zareklamować wstępnie tekst Pauliny Uznańskiej, która będzie o tym pisać na łamach OSW - jest sektor procesorów. Tych bardziej dojrzałych linii technologicznych, nie najmniejszych, najbardziej zaawansowanych, układów, w których Amerykanie próbują Chińczyków bardzo mocno ograniczać. Chodzi o starsze, czyli większe, procesory montowane w sprzęcie AGD, w samochodach, w rozwiązaniach Internet of Things.

Tam już de facto mamy do czynienia z tą samą historią. Mówi się o tym, że w ciągu kilku lat, w tych starszych procesorach czy może raczej mniej zaawansowanych technologicznie, Chińczycy mogą być dokładnie w tym samym miejscu, w którym są dzisiaj z samochodami elektrycznymi czy z fotowoltaiką. Liczba instalowanych fabryk dzisiaj w Chinach wskazuje, że za kilka lat ich podaż będzie gigantyczna.

Świat stanie znów przed trudnymi wyborami, np. patrząc na nasze podwórko, czy opłaca się budować fabrykę procesorów w Dreźnie, która ma zasilać niemiecki automotive i może też mieć jakiś łańcuch dostaw w Europie Środkowej, czy może po prostu ceny procesorów z tego przegrzanego, subsydiowanego chińskiego rynku będą tak niskie, że niemieckie firmy będą kupowały je z Chin, zwiększając swoją zależność od kolejnej branży. To są moim zdaniem bardzo prawdopodobne scenariusze.

Amerykańskie embargo na najbardziej zaawansowane półprzewodniki, któremu są poddawane Chiny, działa i jest skuteczne?

Generalnie lekcja z ostatnich lat sankcji na Chiny i na Rosję jest taka, że wszelkie systemy sankcyjne są bardzo porowate w realiach globalnych, więc te państwa bez przerwy poszukują jakichś prób obejścia. Wydaje mi się, że jeszcze chwili potrzeba, żeby ocenić to w całości, bo jesteśmy mniej więcej rok z hakiem od wprowadzenia tej najbardziej restrykcyjnej rundy ograniczeń na chińskie procesory wdrożonej przez Amerykanów.

Natomiast z grubsza wydaje mi się, że w tej logice, w której działali Amerykanie, szczególnie za Bidena, nazywanej “small yard and high fence” (małe poletko, ale wysoki płot) - to na tym małym poletku najbardziej zaawansowanych technologii rzeczywiście mają pewne sukcesy. Ograniczyli dostęp Chińczyków do procesorów wykorzystywanych do trenowania sztucznej inteligencji. Pewne rodzaje chipów się przedostają, pewne firmy próbują to dostarczać, ale generalnie wygląda na to, że pewne spowolnienie postępu tam zaszło.

To są jednak tematy, które moim zdaniem dla Europy mają trochę drugorzędne znaczenie, bo podczas gdy Amerykanie, Koreańczycy, Tajwańczycy skupiają się na tych nowych granicach w postępie technologicznym, tych najbardziej zaawansowanych rzeczach, bo tam są też obecni, Chińczycy koncentrują się coraz mocniej na bardziej dojrzałych technologiach, w których Amerykanie się nie specjalizują i nie ma to dla nich tak strategicznej wartości.

Chińczycy zwracają się w stronę starszych procesorów i technologiach, których akurat się potrzebują i które produkują Europejczycy. Więc czy ja bym powiedział, że amerykańska polityka jest skuteczna? Tak, ale tylko obszarach, które Amerykanie zdefiniowali jako strategiczne dla siebie. Natomiast wygląda na to, że nie dotyczy to całego sektora procesorów w Chinach, który jest znacznie większy i o którym pewnie jeszcze usłyszymy w najbliższych latach.

bankier.pl