wtorek, 9 kwietnia 2024


W Strefie Gazy:

- zginęło 33.137 Palestyńczyków, w tym ponad 13 tys. dzieci. Wśród ofiar jest 484 medyków i 224 pracowników organizacji pomocowych. Zabito co najmniej 95 dziennikarzy.

- rannych zostało 75.815 Palestyńczyków

- 55,9 proc. budynków jest uszkodzonych lub kompletnie zniszczonych, odsetek zniszczonych domów mieszkalnych to około 60 proc., szkół - 90 proc. Działa tylko 10 spośród 36 szpitali.

- 1,1 mln Palestyńczyków grozi głód; 31 proc. dzieci w wieku poniżej 2 lat jest niedożywionych.

- 1,7 mln Palestyńczyków musiało opuścić swoje domy (70 proc. populacji)

Na Zachodnim Brzegu:

- zginęło 456 Palestyńczyków, a 4.750 zostało rannych

W Libanie:

- zginęło 343 ludzi, w tym około 280 bojowników organizacji terrorystycznych, w tym głównie członków Hezbollahu

W Izraelu:

- zginęło ponad 1,2 tys. cywilów i ponad 580 żołnierzy

- rannych zostało 4.834 cywilów i 1.549 żołnierzy

- 90 tys. osób musiało opuścić swoje domy (niespełna 1 proc. populacji)

- liczba zakładników porwanych przez Hamas - 253; uwolnionych - 123; zginęło - 36 zakładników. 

PAP

poniedziałek, 8 kwietnia 2024


Oleg Orłow, współzałożyciel i współprzewodniczący Memoriału, nagrodzonego Pokojową Nagrodą Nobla, został skazany pod koniec lutego br. na karę 2,5 roku łagru za „dyskredytację armii rosyjskiej”. Wyrok orzeczony wobec Olega Orłowa jest przyznaniem się władz do tego, że ścierpieć nie mogą nikogo, kto w oczy mówi (pisze) prawdę o istocie putinizmu, o jego zbrodniach. Żarna machiny przymusu obracają się coraz szybciej, zgniatając kolejne wysepki niezależnego myślenia. Zaraz po orzeczeniu wyroku Orłowowi – podobnie jak pozostałym skazańcom – zaproponowano podpisanie kontraktu i wyjazd na linię frontu. „Nie zgadzam się” – napisał Orłow.

Dziś Orłow kończy 71 lat. Jest obecnie poddawany wysublimowanej torturze. W oczekiwaniu na apelację skazany wyraził życzenie (zagwarantowane prawem) zapoznania się z materiałami sprawy i protokołami rozpraw. Skoro sobie życzysz – to proszę bardzo, możesz się zapoznawać – odpowiedział system i wdrożył egzekucję: codzienny harmonogram pracy z dokumentami – pisze „Nowa Gazeta. Europa”.

„Dzień w dzień Orłow jest przewożony z aresztu śledczego wcześnie rano do budynku sądu, gdzie może czytać materiały, wraca do aresztu po północy. Większość czasu Orłow spędza w okratowanym samochodzie, potem w również okratowanej poczekalni sądu, wreszcie jest konwojowany do sali sądowej, gdzie może zapoznać się z dokumentacją. Siedzi tam w klatce, konwojenci nie spuszczają go z oka. Potem ponownie trafia do poczekalni, gdzie oczekuje na transport. Samochód krąży po Moskwie czasem kilka godzin, rozwożąc aresztantów po oddalonych od siebie aresztach śledczych”.

I tak dzień w dzień. Orłow poskarżył się adwokatowi, że na skutek rygoru, jakiemu jest poddawany, traci słuch i jest nieustannie przeziębiony. „A jeszcze przecież nie trafił do łagru” – konkluduje gazeta.

tygodnikpowszechny.pl

Znamienny jest w tym kontekście przypadek Dmitrija Kolkera. Naukowiec, kierownik laboratorium optycznych technologii kwantowych Uniwersytetu Nowosybirskiego, 30 czerwca został aresztowany w Nowosybirsku na oddziale szpitalnym, gdzie był leczony (ciężka choroba nowotworowa). Postawiono mu zarzut zdrady państwa – w 2018 r. miał on podczas wykładów w Chinach zdradzić chińskim studentom jakieś tajemnice rosyjskiego państwa. Kolker nie był ani obywatelskim aktywistą, ani nie miał dostępu do utajnionych danych (zresztą tematyka i zakres zagranicznych wykładów są ściśle kontrolowane i zatwierdzane przez odpowiednie czynniki). Po przewiezieniu do aresztu śledczego Lefortowo w Moskwie Kolker zmarł. Miał 54 lata. W Nowosybirsku w miasteczku uniwersyteckim współpracownicy Kolkera ustanowili spontanicznie memoriał na jego cześć. Policja niemal natychmiast uprzątnęła wieńce i kwiaty.

Historyk Andriej Zubow (od lat na emigracji) poświęcił temu, co się stało z Kolkerem, obszerny wpis na Facebooku, który zatytułował „Wielki terror”. To kilka fragmentów: „Aresztowanie doktora nauk matematyczno-fizycznych Kolkera to świadectwo braku człowieczeństwa. Ale cel aresztowania umierającego człowieka był inny: to zastraszenie naukowców. Przestępcza organizacja wywodząca się z Czeka zdaje się nam mówić: nic nas nie powstrzyma. W warunkach ciężkiej, zbrodniczej wojny w Ukrainie władze Rosji potrzebują milczenia przeciwników reżimu i zachwyconych okrzyków wszystkich pozostałych. (…) „Gdyby Rosja nie napadła na Ukrainę, to Ukraina napadłaby na Rosję” – w ten zwyrodniały pogląd wierzą miliony. „Zachodowi potrzebne są nasze bogactwa” – biedna prowincja wierzy również w to. „Rosjanie nigdy nie napadali, a tylko się bronili. I teraz bronią się przed Zachodem, który zawsze nas nienawidził” – (…) i temu hasłu ludzie wierzą. A kto nie wierzy, powinien milczeć. W przeciwnym razie – sąd i rozprawa, więzienia i łagry, tortury i śmierć. Aresztowania idą na dziesiątki, grzywny zasądza się tysiącami. Nauczyliśmy się, że Wielki Terror to lata 1937-1938 i kula w potylicę dla setek tysięcy niewinnych oskarżonych. Ale celem terroru nie jest zabójstwo. Celem terroru jest zastraszenie. Aby nikt się nie wychylał, milczał pokornie, aby nikt głowy nie śmiał podnieść. Jeżeli taki cel można osiągnąć bez likwidacji „materiału ludzkiego” – tym lepiej. Czy putinowcy osiągają ten cel w Rosji? Tak, osiągają. Społeczeństwo milczy. Nawet bliscy ludzie boją się dzielić między sobą swoimi myślami. (…) Czy to jeszcze długo potrwa? Potrwa dopóty, dopóki władza będzie się znajdować w rękach partii wojny”.

tygodnikpowszechny.pl

niedziela, 7 kwietnia 2024


W chińskich komunikatach dotyczących przebiegu poszczególnych spotkań eksponowano przede wszystkim (pozorną) neutralność Pekinu, który opowiada się za jak najszybszym zakończeniem konfliktu i gotowość do pełnienia roli mediatora. Większość rozmówców chińskiego dyplomaty miało również wyrażać „wdzięczność” Chinom za zaangażowanie się w wysiłki na rzecz pokoju i rozmów.

W tym duchu utrzymana była również informacja nt. pierwszego spotkania w Moskwie, gdzie 2 marca Li Hui rozmawiał z wiceministrem spraw zagranicznych Michaiłem Galuzinem, którego zapewnił o gotowości Chin do mediacji między Rosją, Ukrainą i pozostałymi stronami. Natomiast wg informacji rosyjskiego MSZ, w przebiegającej w przyjaznej atmosferze rozmowie wskazano, że „jakakolwiek dyskusja na temat politycznego i dyplomatycznego rozwiązania [konfliktu] jest niemożliwa bez udziału Rosji i uwzględnienia jej interesów bezpieczeństwa. Jednocześnie zauważono, że ultimatum stawiane Rosji przez Kijów i Zachód oraz związane z nim formy ,,dialogu” tylko podważają perspektywy ugody i nie mogą służyć jako podstawa rozwiązania [konfliktu]”. Rosyjski punkt widzenia w dużym stopniu nakreślił przebieg dalszych rozmów w Europie, w których Li Hui powielał stanowisko Moskwy.

4 marca w Brukseli wysłannik chińskiego rządu rozmawiał z przedstawicielami Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESSZ) Michaelem Siebertem i  Niclasem Kvarnströmem. Chińskie MSZ w krótkim komunikacie poinformowało jedynie o „wymianie poglądów” w sprawie Ukrainy, co wskazuje na poważną różnicę zdań w tej kwestii. Li Hui miał również wyrazić stanowczy sprzeciw wobec wpisania chińskich firm na listę sankcji przeciw Rosji i wezwał do bezwarunkowego ich usunięcia z tejże listy. Jednak treść chińskiego komunikatu znacząco różniła się od informacji przedstawionej przez UE –  urzędnicy ESSZ poinformowali chińskiego dyplomatę, że suwerenność i integralność terytorialna Ukrainy musi być podstawowym warunkiem jakichkolwiek rozstrzygnięć końcowych. Zwrócono również uwagę, że rosyjska wojna jest zagrożeniem egzystencjalnym dla UE, a chińska postawa wobec wojny ma negatywny wpływ na relacje z UE. Ponadto wyrażono oczekiwanie, że Chiny natychmiast wezwą Rosję do bezwarunkowego wycofania wojska i sprzętu z całego terytorium Ukrainy w jej międzynarodowo uznanych granicach. UE nalega również, aby Chiny zaprzestały dostarczania urządzeń i technologii podwójnego zastosowania, wykorzystywanych przez rosyjski przemysłowi zbrojeniowy.

Podobne rozbieżności informacyjne można zaobserwować po konsultacjach Li Huia z wiceministrem spraw zagranicznych RP Teofilem Bartoszewskim 6 marca w Warszawie. Zdawkowy komunikat strony chińskiej, kładący nacisk na wdzięczność Polski za zaangażowanie się Pekinu w mediacje, kontrastował z informacją polskiego MSZ, akcentującą krytykę chińskiego wsparcia dla Rosji i brak przyzwolenia na jakiekolwiek próby usprawiedliwiania agresji ,,uzasadnionymi obawami bezpieczeństwa”. Jednocześnie minister Bartoszewski docenił sprzeciw Chin wobec rosyjskich gróźb nuklearnych, wyrażając nadzieję na konkretne działania Pekinu na forum międzynarodowym w tym zakresie.

Jeszcze większą asymetrią charakteryzują się chińskie i ukraińskie komunikaty dotyczące konsultacji Li Huia w Kijowie, z udziałem m.in. wpływowego szefa gabinetu prezydenta Zełenskiego Andrija Jermaka, wicepremier i minister gospodarki Julią Swiridenko, ministra spraw zagranicznych Dmytro Kułeby oraz przedstawicieli armii i służb wywiadowczych. Odnosząc się do trwającego zaledwie pół dnia pobytu Li Huia, władze Chin poinformowały jedynie o „szczerych i przyjacielskich rozmowach nt. kryzysu ukraińskiego”. Natomiast wg obszernego sprawozdania kancelarii prezydenta Ukrainy, chińskiego dyplomatę zapoznano z sytuacją na froncie, funkcjonowaniem „korytarza zbożowego”, ochroną jeńców cywilnych, kwestią powrotu ukraińskich dzieci deportowanych przez Rosję i zagrożeniami związanymi z zajęciem przez Rosję Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej (ZPJ). Ponadto, chińskiej delegacji przedstawiono szczątki północnokoreańskiej rakiety oraz inne elementy uzbrojenia dostarczanego Moskwie przez państwa trzecie.

Należy odnotować, że strona ukraińska nie krytykowała bezpośrednio Chin za wspieranie Rosji, zamiast tego formułując postulaty, których faktycznym adresatem był Kreml, m.in.  w zakresie zakończenia deportacji ukraińskich dzieci do Rosji, wymiany jeńców wojennych, udzieleniu Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa nuklearnego, czy opuszczenia ZPJ. Narracja ta wskazuje, że choć Kijów nie ma złudzeń odnośnie do chińskiego parasola nad Kremlem w czasie wojny, to jednocześnie nie może sobie pozwolić na to, żeby Pekin stały się jego wrogiem. Wskazówką w tym względzie jest nieoczekiwane odwołanie przez prezydenta Zełeńskiego szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksija Daniłowa. Jego nagła dymisja wiązana jest z dosadną krytyką Li Huia i chińskich propozycji pokojowych, którą 19 marca ukraiński polityk wygłosił publicznie.

Pod koniec tournée Li Hui odwiedził Niemcy i Francję, które w ogóle nie opublikowały komunikatów na temat spotkań z chińskim wysłannikiem, co można interpretować jako dowód na wyraźną różnicę zdań. W rozmowie z sekretarzem stanu w MSZ RFN Thomasem Baggerem, Li Hui  zadeklarował, że Chiny są skłonne do współpracy przy organizacji konferencji pokojowej, ale „w odpowiednim czasie”  i „z równym udziałem wszystkich stron”. Innymi słowy, chiński dyplomata dał do zrozumienia, że bez przedstawicieli Rosji, Pekin nie usiądzie do rozmów w sprawie Ukrainy. Warto odnotować, że Thomas Bagger to były ambasador RFN w Polsce, który w ub. roku przekonywał na łamach „Tygodnika Powszechnego”, że „imperialna wojna Rosji” wyznaczyła przełom w polityce Berlina – w sytuacji, gdy „bezpieczeństwo w Europie musi być w przewidywalnym czasie organizowane przeciw Rosji, a nie z Rosją”.

Z kolei na spotkaniu w Paryżu, 11 marca, Li Hui próbował odwoływać się do francuskiej nostalgii za „autonomią strategiczną”, wskazując, że „Chiny i Francja, jako dwa niezależne i ważne państwa o globalnym oddziaływaniu”, powinny kształtować pokojowy i stabilny świat wielobiegunowy oraz zapewnił, że Pekin chce utrzymywać z Paryżem ścisłą komunikację w sprawie „kryzysu ukraińskiego”. Pomimo że przedstawiciele francuskich władz zapewniają, że nie zaprzestaną wspierania Ukrainy, to należy odnotować, że również Władimir Putin nie wyklucza, że Francja może odegrać rolę w negocjacjach pokojowych.

Choć w przeciwieństwie do ub. roku w agendzie drugiej rundy konsultacji Li Huia w Moskwie nie znalazło się spotkanie się z ministrem spraw zagranicznych Sergiejem Ławrowem i wiceministrem Andriejem Rudenką, to do rozmów w tym gronie doszło dwa tygodnie później, gdy chiński dyplomata odwiedził Rosję ponownie, tym razem jako obserwator wyborów prezydenckich, które w chińskim komunikacie uznano za „demokratyczne, transparentne i uczciwe”. W rozmowie z Li Hui, 18 marca, Sergiej Ławrow opowiedział się za rozwiązaniem konfliktu na drodze negocjacji, ale pod pewnymi warunkami: Rosja nie będzie uczestniczyć w wydarzeniach promujących „propozycje Zełeńskiego” (10-punktowy plan pokojowy), a rozpoczęcie procesu negocjacyjnego powinny być poprzedzone powrotem Kijowa do rozmów z Moskwą, wstrzymaniem (zachodnich) dostaw uzbrojenia do Ukrainy oraz uznaniem „uzasadnionych interesów Rosji”.

W ten sposób druga misja Li Huia rozpoczęła się i de facto zakończyła się w Rosji, określając chińskie stanowisko w czasie rozmów z pozostałymi stronami. Wobec odzyskania inicjatywy na froncie, Moskwa postawiła publicznie warunki, które obecnie utrudniają (a wręcz wykluczają) dalszą „chińską grę pozorów” i angażowanie się Chin w jakiekolwiek inicjatywy pokojowe podejmowane przez Ukrainę i jej sojuszników, które Pekin mógł wykorzystywać np. jako element nacisku na UE w sporze nt. dostępu do rynku samochodów elektrycznych.

Na brak wymiernych efektów działań Li Huia wydaje się również wskazywać fakt, że – w przeciwieństwie do ubiegłego roku – po powrocie dyplomaty do Chin nie zorganizowano „otwartej” konferencji prasowej, a jedynie briefing dla zagranicznych dyplomatów i przedstawicieli mediów. Zgodnie z krótką informacją, Li Hui poinformował, że zaangażowanie Chin w „dyplomację wahadłową” jest doceniane przez wszystkie strony, a jego rozmówcy mieli wyrazić nadzieję, że Chiny jako stały członek Rady Bezpieczeństw ONZ i przyjaciel zarówno Rosji, jak i Ukrainy, jeszcze konstruktywniej zaangażują się w polityczne rozwiązanie „kryzysu ukraińskiego”. Podsumowując efekty swej drugiej misji dyplomatycznej Li powiedział, że ,,każda ze stron obstaje przy swoim stanowisku i istnieje znaczna różnica w rozumieniu zagadnień rozmów pokojowych”.

obserwatormiedzynarodowy.pl

Głównym powodem rewizji dotychczasowej logiki działania PI-Ch /Państwa Islamskiego Chorasanu/ jest zapewne drastyczny spadek potencjału organizacji po umocnieniu się w Afganistanie talibów po 2021 r. Dodatkowy – jak się wydaje – impuls do wprowadzenia zmian dała destabilizacja sytuacji na Bliskim Wschodzie po wybuchu konfliktu w Gazie (październik 2023 r.). Pierwsza okoliczność zmusza PI-Ch do szukania oparcia i budowy własnej pozycji poza Afganistanem. Druga przyniosła perspektywę aktywizacji islamskich radykałów oraz ich sympatyków i sponsorów[3]. W efekcie nastąpiło ożywienie PI (zamachy terrorystyczne) za granicą, które daje nadzieję na zwiększenie jego rangi oraz wzrost zainteresowania donatorów i ochotników.

Tylko w ostatnich miesiącach PI-Ch – zgodnie z własnymi deklaracjami i oficjalną linią władz – przeprowadziło ataki na dużą skalę: w irańskim Kermanie przy okazji obchodów rocznicy śmierci Ghasema Solejmaniego (3 stycznia, 94 ofiary śmiertelne) oraz na katolicki kościół w Stambule (28 stycznia, jeden zabity), wreszcie – wzięło odpowiedzialność za atak na Crocus City Hall w Krasnogorsku (22 marca, co najmniej 139 ofiar śmiertelnych). Każdy z nich wpisuje się w priorytety ideologiczne ugrupowania: Iran jest państwem szyickim, wszystkie zaatakowane kraje zwalczają obecnie PI w Syrii lub Afganistanie oraz na własnym terenie, wszystkie należą też do grona pogańskich lub heretyckich wrogów kalifatu.

Pośrednim wskaźnikiem aktywności PI-Ch jest skala aresztowań podejrzanych o związki z nim. Miały one miejsce m.in. w Iranie (seria latem 2023 r.), Niemczech (lipiec/sierpień 2023 r., a następnie w grudniu 2023 r. – planowany zamach w Kolonii – i marcu 2024 r. – planowany atak na szwedzki parlament), Rosji (m.in. likwidacja dwóch Kazachów oskarżanych o przygotowanie ataków na moskiewską synagogę w przededniu zamachu z 22 marca), a zwłaszcza Turcji (od czerwca 2023 r. aresztowano 692 osoby podejrzane o związki z PI i PI-Ch, w tym 40 po zamachu w Krasnogorsku).

Ataki przeprowadzone przez PI-Ch budziły i budzą pewne wątpliwości co do realnej odpowiedzialności ugrupowania za nie. Według oficjalnej linii Iranu i Rosji działania organizacji miałyby być inspirowane przez USA i Izrael (zamach w Kermanie) oraz USA i Ukrainę (zamach w Krasnogorsku). Dopuszcza się scenariusz, w którym odpowiedzialność za drugą z tych tragedii ponoszą struktury siłowe FR – byłaby ona przejawem zaostrzającej się rozgrywki w ścisłych elitach państwa. W przypadku tego ataku szczególne wątpliwości rodzą: łatwość, z jaką do niego doszło, profesjonalizm sprawców w jego trakcie kontrastujący z ich rażącą nieporadnością podczas ucieczki, dyskusyjne okoliczności ich schwytania, dowody na uczestnictwo w ataku osób przedstawianych jako terroryści czy wiarygodność zeznań składanych w efekcie (sfilmowanych) tortur. Część alternatywnych teorii dotyczących zamachów ma charakter skrajnie polityczny i propagandowy, inne opierają się na trudnych lub niemożliwych do udowodnienia spekulacjach. Żadna z nich nie neguje jednoznacznie choćby instrumentalnego udziału PI-Ch w atakach w Kermanie, Stambule i – zasadniczo – Krasnogorsku. Nie da się natomiast przesądzać o szczegółach tych wydarzeń. Niezmiennie realna pozostaje ewentualność rozgrywania czy kanalizowania działalności organizacji lub wspierania jej przez służby specjalne graczy zewnętrznych. Niełatwo jednak podważyć wzrost ambicji i sprawczości PI-Ch oraz jego „sukces” polityczny i wizerunkowy w kręgach radykalnego islamu.

(...)

Obecną sytuację wyróżnia nadreprezentacja wśród zamachowców PI-Ch Tadżyków (oprócz nich sporadycznie zatrzymywano Uzbeków, Kazachów, Kirgizów czy Turkmenów). Samo zaangażowanie przedstawicieli regionu w ruchy radykalne nie jest nowością. Na stosunkowo ograniczoną skalę radykalizm islamski ujawnił się w Azji Centralnej przy okazji m.in. wojny domowej w Tadżykistanie (1992–1997), aktywności Islamskiego Ruchu Uzbekistanu i Islamskiej Unii Dżihadu oraz sporadycznych zamachów terrorystycznych w tej części świata (ich ostatnia fala miała miejsce w 2016 r.). Od 2 tys. do 5 tys. osób z regionu było zaangażowanych w Państwo Islamskie oraz pokrewne organizacje w latach 2011–2019 w Syrii i Iraku. Ludzie stamtąd pochodzący przeprowadzali ataki terrorystyczne w USA (2013), Turcji (2015, 2016, 2017), Szwecji i Rosji (2017) oraz uczestniczyli w przygotowaniach do udaremnionych zamachów w RFN. Radykalny islam miał w Azji Centralnej podglebie kulturowe i społeczno-polityczne – wydawał się jedną z odpowiedzi na złą sytuację gospodarczą i autorytarny charakter tamtejszych reżimów – lecz nigdzie nie nabrał dojrzałej formy i nie zyskał szerszej akceptacji społecznej. Istotnymi elementami ograniczającymi jego rozwój niezmiennie pozostawały silny w Azji Centralnej konserwatyzm społeczny oraz obsesyjne wyczulenie na ten problem i rozbudowany aparat bezpieczeństwa miejscowych reżimów.

Specyfika problemu – co skutecznie wykorzystuje PI-Ch – wydaje się leżeć w masowych migracjach zarobkowych z regionu, zwłaszcza do Rosji. Paradoksalnie to właśnie tam radykalizują się m.in. Tadżycy. Kraj ten zapewnia łatwiejszy dostęp do treści radykalnych, brak tam tradycyjnych elementów kontroli społecznej, ekstremizmowi przychodzi też w sukurs frustracja związana z wyobcowaniem i trudnościami z adaptacją do nowego środowiska. Poważnym problemem pozostaje poczucie dyskryminacji ze strony rosyjskich władz i struktur siłowych oraz miejscowej ludności. Zaostrzył się on po agresji FR na Ukrainę – migranci są przymuszani do służby wojskowej w siłach zbrojnych albo wysyłani na terytoria okupowane. Jak dotąd niemal wszyscy centralnoazjatyccy zamachowcy zradykalizowali się właśnie w czasie pobytu w Rosji. Na mniejszą skalę problem dotyczy Turcji, która również stanowi cel migracji zarobkowych (lecz tam w większym stopniu udają się przedstawiciele turkijskich narodów regionu), a przy tym jest eksponowana na wpływ ekstremistów z Syrii i Iraku oraz Europy Zachodniej. Tadżycy i ich sąsiedzi wydają się świadomie wytypowani przez PI-Ch jako grupa wyalienowana i sfrustrowana, podatna zarówno na skrajną wersję islamu, jak i na wizję doraźnych korzyści finansowych, a zarazem dostępna kulturowo i językowo dla tadżyckich (i uzbeckich) kadr organizacji w Afganistanie.

osw.waw.pl

sobota, 6 kwietnia 2024


Konwój Damiana był zgłoszony?

Konwój World Central Kitchen był konwojem uzgodnionym z Izraelem. Miał trasę uzgodnioną z izraelskimi władzami. Konwój poruszał się po tzw. strefie zdemilitaryzowanej. Każdy samochód miał wyraźne oznakowanie, że jest transportem pomocy humanitarnej. To, co jest kluczowe i co należy poruszyć to, dlaczego akurat WCK znalazło się w Strefie Gazy? To między innymi wynik ograniczenia działalności agendy ONZ UNRWA. Po tym WCK stało się głównym dostawcą doraźnej pomocy humanitarnej w Strefie Gazy. Była to jedyna organizacja, która dostarczała pomoc drogą morską z Cypru. To, co się wydarzyło, doprowadziło do tego, że ta organizacja musiała się z tego wycofać. Na ten moment każdy kolejny transport WCK został anulowany, a statki zawrócono.

To jak dostarczyć tam pomoc humanitarną?

Inne kanały są w zasadzie zablokowane. Wjazd od strony Izraela jest niemożliwy. Izrael nie wpuszcza nawet dziennikarzy do Strefy. Od drugiej strony jest przejście w Rafah, przejście z Egiptem, które w teorii jest otwarte dla pomocy humanitarnej, ale przecież to jedno jedyne otwarte przejście, więc ono też ma swoje ograniczenia logistyczne. Gęstość transportu jest ograniczona. Usprawiedliwiona jest ścisła kontrola, ale w praktyce też spowalnia cały proces przedostania się do Strefy Gazy. Dlatego są państwa, które zdecydowały się zrzucać pomoc humanitarną drogą lotniczą. Robi to m.in. Jordania i USA. Wydaje się to absurdalne, bo są to kraje będące w dobrych relacjach z Izraelem, mają oficjalne relacje dyplomatyczne, współpracują w zakresie bezpieczeństwa, a nie mogą przerzucić pomocy drogą lądową, skoro wybierają zrzucanie jej na spadochronach. UNRWA została zmarginalizowana, w to miejsce weszła WCK, ale teraz się wycofała, więc zobaczymy, co będzie w przyszłości. Jest to alarmujące pytanie, jak mieszkańcy Strefy Gazy będą zaopatrywani w żywność? Od wielu tygodni głodują. Głód stanie się powszechnym zjawiskiem w Strefie Gazy. Być może kraje, które finansowały UNRWA, zdecydują się na alternatywną formę pomocy.

defence24.pl


A czy widziała pani czwartkowy komentarz Roberta Mazurka, w którym ujawnił, że po zakończeniu wywiadu ambasador Liwne nawrzeszczał na niego? Rozjuszyć dyplomatę miało przytoczenie pani wypowiedzi o tym, że jest on osobą prorosyjską i patrzy na Polskę przez "putinowskie okulary".

Nie to powinno go rozjuszyć. Sam w licznych wypowiedziach dla rosyjskich mediów, jeszcze, gdy był dyplomatą na placówce w Moskwie, wielokrotnie opowiadał, jak ważna jest dla niego w życiu zawodowym i prywatnym Rosja, w której się urodził. Nierzadko podkreślał, że jego ojciec i członkowie rodziny służyli w Armii Czerwonej. Mówił o swoim wzruszeniu, gdy obserwował paradę zwycięstwa na Placu Czerwonym i patrzył na czołg T-34, ponieważ to wywoływało w nim wspomnienie ojca. I ja rozumiem, że rosyjskie dziedzictwo jest dla niego ważne, a więc jest na tym punkcie wyczulony. Lecz kiedy redaktor Mazurek rzucał mu w twarz mój komentarz, to nie sądzę, że powinien być dotknięty, w końcu to żadna tajemnica…

… i też nie powinno być traktowane jako obelga, skoro jest to coś, do czego sam się odwołuje.

Myślę, że asertywny na polu zawodowym ambasador może być wrażliwą osobą, skoro reaguje tak emocjonalnie. Jego rosyjskie korzenie to fakt, do którego chętnie przyznawał się w rosyjskich mediach. To jasne, że to, co było atutem na placówce w Moskwie, w Warszawie jest balastem. Pan ambasador popełnia błąd, czyniąc z tego temat tabu. Nie byłoby to takim obciążeniem, jeśli tylko potrafiłby z równym profesjonalizmem i zaangażowaniem budować dialog z Polakami. Warto spróbować zrozumieć społeczeństwo i państwo, w którym mieszka już ponad dwa lata, wykazać odrobinę dobrej woli, tak jak wykazywał ją w Rosji. Tam podkreślał, jak bardzo zależy mu na budowie dobrych relacji z Rosją. Tymczasem w wywiadzie w Kanale Zero redaktor Mazurek wyciągał z niego siłą pochwałę Polski. Ta była tak ogólnikowa, że aż trudno w nią uwierzyć.

Ponadto nie pierwszy raz zarzuca mu się antypolonizm. Tym trudniejszy do zaakceptowania w naszym kraju, że nasączony jest prorosyjskim sentymentem. Jak na przykład tym na tle historycznym. To jego słowa cytowały rosyjskie media, w których przyznawał, że patrzy na historię "podobnie jak Władimir Putin". Problem w tym, że my w Polsce dobrze wiemy, że historia jest bronią Kremla zakłamującą pamięć zbiorową, w tym w stosunku do Polski.

Pamiętajmy wreszcie, że ambasador Liwne został wysłany do Warszawy przez rząd Lapida-Bennetta, czyli koalicję nieunikającą konfrontacji na linii z Warszawą.

Nasuwa się pytanie: czy Izrael w ogóle chce mieć dobre stosunki z Polską?

Pażiwiom uwidim [poczekajmy, a zobaczymy], jak mówią Rosjanie. Piłeczka jest po stronie partnera izraelskiego. Może premier Netanjahu zdecyduje się odwołać ambasadora Liwnego do kraju, bo na przykład uzna, że odcinek polski wymaga jednak zainwestowania w osobę, która będzie posiadać cień umiejętności Szewacha Wajsa. Może też kompletnie być to bez znaczenia i ambasador Liwne pozostanie w Warszawie. Wtedy warto się przyglądać, czy zmieni swoje praktyki, zapanuje nad antypolonizmem i przestanie doszukiwać się wszędzie przejawów antysemityzmu.

Po wezwaniu do MSZ ambasador opublikował w mediach społecznościowych przeprosiny. Oświadczenie zostało napisane po angielsku. Zastanawiam się, czy naprawdę nie można było, skoro to gest tak bardzo oczekiwany przez polską opinię publiczną, napisać tego po polsku.

Zakładam jednak, że w takim razie przekaz skierowany jest na zewnątrz. Jego brzmienie jest dyplomatyczne i widocznie ma uspokoić emocje. Warto też zwrócić uwagę, że odsyła w nim do materiałów Sił Obronny Izraela dotyczących aktualnych ustaleń w sprawie ataku na konwój wolontariuszy. Pamiętajmy jednak, że strona polska domaga się rzetelnego śledztwa, warto więc nalegać na udział w dochodzeniu lub jego umiędzynarodowienie. W przeciwnym razie skazani będziemy na dowody, które dostarczy nam IDF, bez prawa oceny ich rzetelności.

(...)

Czy Rosjanie będą chcieli wykorzystać – a może już wykorzystują – to kolejne w ostatnich latach zaognienie stosunków polsko-izraelskich? A może, z uwagi na ofensywę w Ukrainie i po ataku terrorystycznym w Crocus City Hall, skupiają się teraz na innych sprawach?

Rosjanie bardzo uważnie przyglądają się kryzysowi w relacjach polsko-izraelskich, bardzo szczegółowo raportują to, co się aktualnie dzieje. Mamy komentarze agencji informacyjnych, dzienników związanych z Kremlem, a także komentarze w mediach społecznościowych. Przypominają sylwetkę ambasadora, w tym fakt, że jest synem oficera Armii Czerwonej. Z ich perspektywy jego nominacja do Warszawy była przejawem złośliwego chichotu historii, który parskał w twarz Polakom.

Czy Izrael widzi rosyjski antysemityzm?

Rosja ciągle jest uważana za bardzo ważne państwo dla Izraela pod względem bezpieczeństwa. Stąd mimo silnej amerykańskiej presji, zwłaszcza od inwazji Rosji na Ukrainę, Jerozolima nie zdecydowała się zejść z płotu i jednoznacznie stanąć po stronie ofiary rosyjskiej agresji, a tym samym wolnego i demokratycznego świata.

Wydawałoby się, że skoro kilka tygodni temu na forum ONZ skrajnie krytycznie wobec Rosji wypowiedział się przedstawiciel Izraela przy tej organizacji, to można liczyć na realną zmianę w stosunku do Moskwy. Bynajmniej. Na razie pozostaje ona w sferze deklaracji, a jeśli jakaś jednak zaszła, to jest trudna do odnotowania.

A co z rosyjskim antysemityzmem? Czy Izrael dostrzega w ogóle taki problem?

Co ciekawe, po tym, jak Izraelczycy doświadczyli po 7.10 kampanii dezinformacyjnych ze strony Kremla, zaczynają wyraźniej dostrzegać antysemityzm Rosji. Ciągle jednak nie przekłada się to na zmianę na poziomie politycznym. Pamiętajmy, że zmiana świadomości to długi proces, dajmy więc im czas. A skróci się on im więcej będzie przypadków szału antysemickiego, jak ostatnio w Machaczkale, na Północnym Kaukazie. (...)

W Machaczkale byli to muzułmanie, rosyjscy obywatele, którzy przez słowiańskich Rosjan też są dyskryminowani.

To prawda. Rosja ma wiele nieprzepracowanych problemów. Antysemityzm to raz. Rasizm i ksenofobia to dwa. To, że oficjalnie jest inaczej, wynika wyłącznie z faktu, że jest społeczna akceptacja dyskryminacji na wielu płaszczyznach. Takich incydentów się po prostu najczęściej nie raportuje …

… podobnie jak innych incydentów na tle rasowym, etnicznym, religijnym…

… tak, ponieważ jest na nie przyzwolenie. Rosja to kraj o tradycji największych pogromów Żydów i ojczyzna "Protokołów mędrców Syjonu". Do tego dochodzi brak uświadamiających kampanii społecznych, czego efektem jest fakt, że rosyjscy Żydzi uznają chuligaństwo za wybryki niewarte reagowania. Przekonanie to potwierdzają badania opinii publicznej, a także empiria. Nie dziwią wiec takie combo-wpadki, jak wydarzenia z Nowokuzniecka z marca 2018 r., gdzie na pomniku przyjaźni rosyjsko-ormiańskiej wandale wymalowali swastykę, lecz pomyliliPoza muzułmańskimi republikami, które w sposób naturalny sympatyzują z Palestyną, wśród Rosjan, powiedzmy, prawosławnych czy etnicznie słowiańskich antysemityzm również jest obecny.

Oczywiście. Z tym, że antysemityzm muzułmanów ma swoją specyfikę. Lecz znacznie groźniejszy, bo systemowy, jest ten propagowany przez Cerkiew Prawosławną. Nie zapominajmy, że nie jest ona w istocie niezależnym wyznaniem, bo znacznie bardziej przypomina "ministerstwo religii" Kremla. A ten teorie spiskowe traktuje jak broń informacyjną. Zresztą już dawno zachodni eksperci zauważyli, że częścią wojny informacyjnej Rosji jest infekowanie teoriami spiskowymi, negacjonizmu, "zastąpienia" rasy białej przez imigrantów, czy globalnego spisku elit liberalno-żydowskich. alfabet ormiański z hebrajskim.

Po stronie rosyjskiej padło też wiele obelg wobec Wołodymyra Zełenskiego ze względu na jego żydowskie pochodzenie.

Dokładnie tak.

Kiedy więc w niedawnym zamachu na City Hall Crocus pod Moskwą władze próbowały wiązać terrorystów z ISIS-Chorasan z Ukrainą, dziennikarze pytali sekretarza prasowego Kremla, Dmitrija Pieskowa, w jaki sposób można połączyć żydowskiego prezydenta Ukrainy, neonazistowski reżim w Kijowie i terroryzm islamski. Na co ten odpowiadał: "Cóż, to [jest] specyficzny Żyd".

onet.pl


Według ukraińskiego serwisu armyrecognition.com, dowódcy Pentagonu — których zadaniem jest utrzymanie amerykańskich zapasów i dotrzymanie obietnicy Białego Domu o wspieraniu Ukrainy "tak długo, jak to konieczne" - w obliczu impasu w Kongresie zwrócili się do producentów w Turcji, aby zapobiec zbliżającemu się deficytowi amerykańskich pocisków 155 mm.

Artykuł wymienia turecką firmę państwową Roketsan i turecką rządową agencję badawczą Tubitak jako głównych producentów w Ankarze, którzy obecnie realizują amerykańskie zamówienia na pociski.

Stany Zjednoczone w ostatnich miesiącach zakupiły już 116 tys. pocisków artyleryjskich "od tureckiej firmy, z perspektywami na dodatkowe zakupy", a także trinitrotoluen (TNT) i nitroguanidynę, kluczowe chemikalia do materiałów wybuchowych i miotających, czytamy w raporcie.

Amerykańsko-turecki projekt współpracy w zakresie amunicji zakłada duże tureckie inwestycje w amerykańską produkcję pocisków, a turecka firma Rekon do 2025 r. zbuduje trzy nowe linie produkcyjne w Teksasie, wytwarzając ok. 30 proc. wszystkich 155-milimetrowych pocisków artyleryjskich produkowanych w Stanach Zjednoczonych, czytamy w raporcie.

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan i jego amerykański odpowiednik Joe Biden mają spotkać się w Białym Domu 9 maja br. Szczegóły amerykańsko-tureckiego wspólnego projektu produkcji amunicji zostaną prawdopodobnie ogłoszone właśnie wtedy, czytamy w artykule.

onet.pl/Kyiv Post


Swego rodzaju oddolną próbę wywalczenia sobie praw i podmiotowości – albo w ramach Rzeczypospolitej, albo przeciwko niej – stało się długotrwałe powstanie kozackie zainicjowane w 1648 r. przez Bohdana Chmielnickiego. Samego „Chmiela” Nowak diagnozuje jako absolutnie niereformowalnego wroga Lachów, a wszelkie próby kompromisu z nim uznaje za z góry skazane na niepowodzenie. Nie omieszkuje także wskazać na to, że był zbrodniarzem i krwawym oprawcą ruskiego ludu, więc żaden z niego materiał na ukraińskiego bohatera narodowego.

Po Chmielnickim jednak do znaczenie wśród starszyzny kozackiej zdarzyło się dochodzić osobom bardziej skłonnym do kompromisu z królem i Rzecząpospolitą. Najbardziej emblematyczną próbą w tym kierunku pozostaje ugoda hadziacka w 1658 r.

W historiografii polskiej występuje tendencja do romantyzowania tego układu, który, gdyby zrealizowany, miałby doprowadzić, jeśli nie de iure, to de facto, do powstania Rzeczypospolitej Trojga Narodów, w której ruski, prawosławny naród kozacki (bynajmniej jeszcze nie ukraiński) stałby się trzecim równoprawnym podmiotem obok katolickich Polaków i Litwinów. O to, że do tego nie doszło, zwykło się oskarżać polski Sejm, który kierując się egoizmem stanowym miał zaprzepaścić szansę na tak postępowe i trwałe rozwiązanie kwestii kozackiej.

Na rozpalone takimi perspektywami głowy Nowak wylewa kubeł zimnej wody: „Unię hadziacką odrzucili, wbrew utrwalonej u nas legendzie historycznej, nie Polacy, biskupi katoliccy, czy pazerna na majątki szlachta, ale Kozacy. W każdym razie większość z nich prędko wystąpiła przeciw zgodzie z Lachami. Zbyt prędko, by unia miała szansę się utrwalić […] Nakładały się na to oczywiście głębsze, historyczne powody i morze „krwi pobratymczej”, rozlanej zwłaszcza tak świeżo, w kozacko-polskiej wojnie ostatnich 12 lat. Czy mogło być inaczej? Zostajemy z tym pytaniem.

klubjagiellonski.pl


Jak informuje Bloomberg, Intel wkrótce otrzyma od rządu zamówienie na produkcję zaawansowanych półprzewodników na potrzeby programów wojskowych i wywiadowczych. Umowa z Intelem ma zostać zawarta jeszcze w tym miesiącu na okres 3 lat, a w jej ramach najważniejsze dla armii i służb USA procesory będą wytwarzane w fabrykach Intela przez jego dział Intel Foundry Services. Poza nadchodzącymi zamówieniami Intel ma też otrzymać dodatkowe wsparcie w wysokości 3,5 miliarda dolarów na rozwój swoich fabryk.

Fundusze będą pochodzić z projektu „Bezpieczna enklawa ”, powiązanego z szerszą transzą funduszy w ramach amerykańskiej ustawy CHIPS.

twojepc.pl


Financial Times poinformował właśnie, że Chiny oficjalnie zakazały używania procesorów Intela i AMD w rządowych urządzeniach. Chińskie ministerstwo przemysłu wydało listę procesorów, systemów operacyjnych i baz danych uznanych za bezpieczne i niezawodne - stosowanie oprogramowania i sprzętu spoza tej listy w komputerach rządowych jest zakazane. Lista obejmuje oprogramowanie i sprzęt produkowany wyłącznie przez chińskie firmy, i na próżno szukać na niej procesorów Intela i AMD - są tam tylko jednostki pochodzące np. od Huawei i Loongson. Zdaniem ekspertów wprowadzony zakaz ma pobudzić rozwój oprogramowania komputerowego i procesorów produkowanych przez chińskie firmy.

Nowe przepisy zostały wprowadzone jeszcze w styczniu bez specjalnego rozgłosu. Według ekspertów jest to dalszy etap wojny technologicznej z USA - Chiny od lat dążą do budowy własnego, niezależnego ekosystemu technologicznego.

Co ciekawe przepisy uderzą nie tylko w firmy amerykańskie, ale też część chińskich producentów komputerów, dotychczas wytwarzających komputery z procesorami Intela i AMD. Odnotują one spadek sprzedaży i będą musiały przygotować nowe modele komputerów oparte wyłącznie o chińskie procesory i oprogramowanie.

twojepc.pl