środa, 3 kwietnia 2024



W trzeciej dekadzie marca siły rosyjskie wyparły obrońców z trzech miejscowości na zachód od Awdijiwki – Orliwki, Toneńkego i Wodianego, opanowały też większą część leżącej na północ od nich Berdyczi. Zajęcie Orliwki umożliwiło agresorowi względnie bezproblemowe przedostanie się na zachodnią stronę linii stawów, połączonej w tej okolicy rzeczką Durna, i atak od południa na Semeniwkę, o którą trwają walki. Według części źródeł na początku kwietnia najeźdźcy przekroczyli tę rzekę także od strony Berdyczi, wychodząc na obrzeża Semeniwki również od północy. Zajęcie Toneńkego i Wodianego pozwoliło im natomiast rozwinąć natarcie na południe od linii stawów i podejść do drogi Umanśke–Netajłowe, stanowiącej ostatnią potencjalną rubież ukraińskiej obrony przed Zbiornikiem Karliwskim. Utrudniło też sytuację obrońców w miejscowości Perwomajśke (na południe od Wodianego), o które starcia toczą się od kilkunastu miesięcy.

Postępy Rosjan stawiają pod znakiem zapytania możliwość zorganizowania przez Ukraińców skutecznego oporu na budowanej naprędce drugiej linii obrony. Zajęcie Semeniwki otwiera przed agresorem możliwość wyjścia na tyły wojsk przeciwnika w rejonie miejscowości Umanśke i konieczność przygotowywania przez nie kolejnej linii obrony, najprawdopodobniej na zachód od Zbiornika Karliwskiego i rzeki Wołcza. Z ukształtowanego w 2015 r. pasa ukraińskich pozycji na północ i zachód od Doniecka pod kontrolą obrońców pozostaje jedynie Krasnohoriwka. Wraz z postępami najeźdźców na południe i północ od niej (odpowiednio Heorhijiwka i Newelśke) utrzymanie miasta będzie jednak coraz bardziej problematyczne.

Siły rosyjskie operujące na zachód od Bachmutu zajęły Iwaniwśke oraz centralną część Bohdaniwki i wyszły na obrzeża Czasiw Jaru. Z obserwowanych przygotowań strony ukraińskiej do dalszych walk wynika jednak, że we wschodniej części tego miasta będą prowadzone tzw. działania opóźniające, a nowa linia obrony zostanie oparta na kanale Doniec–Donbas. Jego rangę jako rubieży obrony ogranicza przy tym fakt, że na kilku odcinkach przebiega on pod ziemią. Wojska agresora poczyniły także kolejne postępy terenowe w okolicach Siewierska, na południe od Marjinki (obrońcy utrzymują się obecnie tylko w zachodniej części Nowomychajliwki) oraz na południe od Orichiwa, lecz nie przełożyły się one na ogólną zmianę sytuacji.

Pod koniec marca w rejonie Berdyczi armia agresora po raz pierwszy wykorzystała do szturmu niewielkie roboty bojowe na platformie gąsienicowej wyposażone w granatniki automatyczne AGS-17. Maszyny wspierały natarcie pododdziału piechoty, w trakcie którego co najmniej dwie zostały zniszczone (przyznała się do tego kompania dronów uderzeniowych ukraińskiej 47 Brygady Zmechanizowanej). Niewielka skala użycia i sprzeczne doniesienia stron nie pozwalają jednak na rzetelną ocenę wartości bojowej tego nowego środka walki.

Najeźdźcy kontynuowali punktowe uderzenia w infrastrukturę energetyczną przeciwnika, a  29 marca przeprowadzili kolejny zmasowany atak. Ministerstwo Energetyki Ukrainy i największy prywatny dostawca energii elektrycznej DTEK potwierdziły, że w rozpoczętych 22 marca atakach ucierpiały trzy duże elektrociepłownie – Bursztyńska w obwodzie iwanofrankiwskim, Ładyżyńska w obwodzie winnickim oraz należąca do państwowego koncernu Centrenerho Żmijowska w obwodzie charkowskim (w każdej z nich zniszczone bądź poważnie uszkodzone zostały wszystkie bloki energetyczne). Wskutek obecnych i wcześniejszych ataków DTEK miał utracić 80% mocy wytwórczych, a pięć z sześciu należących do niego elektrowni cieplnych zostało poważnie uszkodzonych. W mniejszym stopniu uszkodzeniom uległy atakowane 29 marca hydroelektrownie – Dniestrzańska i Kaniowska w obwodzie dniepropetrowskim. Sprzeczne są natomiast doniesienia o uszkodzeniach w Krzemieńczuckiej Elektrowni Wodnej w obwodzie połtawskim (według lokalnej administracji wojskowej nie została trafiona). O uszkodzeniach infrastruktury energetycznej i paliwowej donoszono także z obwodów kirowohradzkiego, lwowskiego (24 i 29 marca Rosjanie ponownie uderzali na instalacje w okolicach miasta Stryj) i odeskiego.

W atakach na zaplecze sił ukraińskich w rejonach przyfrontowych agresor zwiększył użycie pocisków balistycznych Iskander-M, nadal jednak dominują rakiety z systemów S-300 i lotnicze bomby kierowane o coraz większym wagomiarze (do 1500 kg). Na przełomie marca i kwietnia celami były m.in. Dniepr (w ataku 2 kwietnia rannych miało zostać 18 cywilnych mieszkańców miasta), Krzywy Róg, Mikołajów, Odessa i Zaporoże. Prawie codziennie atakowano Charków. Łącznie od 27 marca do rana 3 marca najeźdźcy mieli wykorzystać 122 rakiety i 141 „szahedów”. Obrońcy zadeklarowali zestrzelenie 42 rakiet i 127 dronów.

2 kwietnia ukraińskie drony zaatakowały obiekty w Tatarstanie, gdzie trafiony został jeden z głównych obiektów rafinerii w Niżniekamsku, lecz poza krótkotrwałym pożarem uderzenie nie spowodowało poważniejszych szkód. Niepowodzeniem zakończyło się uderzenie w Jełabugę, gdzie celem były zakłady produkujące drony kamikadze Gerań – licencyjną wersję irańskich bezzałogowców Shahed. Zamiast w obiekty przemysłowe ukraiński dron uderzył w hostel pracowniczy. Atak potwierdził jednak, że Ukraińcy dysponują możliwością atakowania celów w dużym oddaleniu od własnych granic (miesiąc wcześniej ich drony raziły cele w obwodzie niżnonowogrodzkim, również ponad 1 tys. km od linii styczności). Był też pierwszym tego rodzaju od dnia tzw. wyborów prezydenckich w Rosji. Stałym celem ukraińskich uderzeń pozostają rejony przygraniczne FR, głównie obwód biełgorodzki.

osw.waw.pl


W ostatnich tygodniach pojawiło się wiele sygnałów świadczących o narastających problemach w klubie parlamentarnym partii Sługa Narodu. 5 marca odwołano zaplanowane na kolejne dni głosowania, oficjalnie ze względu na konieczność wyjazdu deputowanych na zaplecze frontu w celu zaznajomienia się ze stanem budowy fortyfikacji i trudnościami organizacyjnymi armii. Według opozycji faktyczną przyczyną był spodziewany brak większości obozu prezydenckiego, wywołany nieobecnością w kraju bądź wyłamaniem się z dyscypliny klubowej części deputowanych. Z tego powodu w Radzie Najwyższej doszło do prawie miesięcznej przerwy w głosowaniach nad ustawami kluczowymi dla funkcjonowania państwa w czasie wojny, na czele z ustawą o mobilizacji. Przewodniczący Rady Rusłan Stefanczuk oraz szef klubu parlamentarnego Sługi Narodu Dawyd Arachamija informowali także o chęci złożenia mandatu przez niektórych posłów tej partii.

Aktualnie w Radzie Najwyższej zasiada 401 deputowanych (konstytucja przewiduje 450) – najmniej w historii, z których 235 formalnie należy do klubu Sługi Narodu (po wyborach w 2019 r. liczył on 254 osoby), 146 do siedmiu innych klubów lub kół parlamentarnych, a 20 pozostaje niezrzeszonych. W praktyce frakcja proprezydencka bardzo rzadko samodzielnie wygrywała głosowania w ciągu ostatnich dwóch lat (zaledwie 17 razy). Zaplecze Wołodymyra Zełenskiego ocenia się na ok. 180 deputowanych, a dla uzyskania konstytucyjnej minimalnej większości 226 głosów zazwyczaj konieczne jest pozyskiwanie poparcia parlamentarzystów spoza Sługi Narodu.

Komentarz

W czasie wojny doszło do dalszej koncentracji władzy w rękach Zełenskiego i wąskiej grupy jego najbliższych współpracowników, na czele z szefem Biura Prezydenta Andrijem Jermakiem. Po 24 lutego 2022 r. rząd i parlament systematycznie traciły swoją podmiotowość, i tak ograniczoną w modelu władzy ukształtowanym po wyborach z 2019 r. (zob. Zełenski: przepis na prezydenturę), stając się wykonawcami poleceń wydawanych przez prezydenta bądź jego otoczenie. Utrata znaczenia szczególnie dotknęła Radę Najwyższą, która nie ma realnego wpływu na podejmowanie strategicznych decyzji, w tym na kreowanie polityki kadrowej w pionie władzy wykonawczej. Ponadto w czasie wojny zawieszono transmitowanie obrad Rady, co de facto przekłada się na brak debaty parlamentarnej przy głosowaniach.

Powyższa sytuacja demotywuje wielu deputowanych (media piszą o kilkudziesięciu), którzy nie widzą sensu dalszego funkcjonowania w Radzie Najwyższej zarówno ze względów finansowych (średnie wynagrodzenie wraz ze wszystkimi dodatkami wynosi niewiele ponad 1 tys. dolarów), jak i z poczucia braku wpływu na przebieg procesów politycznych w kraju. Problem ten dotyka w pierwszej kolejności deputowanych Sługi Narodu, stanowiących konglomerat osób, które wcześniej łączyła głównie przynależność do „drużyny Zełenskiego” z 2019 r. W czasie wojny kontakt zaplecza parlamentarnego z prezydentem został – z wyjątkiem kilku posłów – drastycznie ograniczony, co przyczynia się do spadku motywacji i dyscypliny, a w efekcie do postępującej dekompozycji klubu. Do tego dochodzą rosnące antagonizmy pomiędzy częścią deputowanych a Biurem Prezydenta, które przybierają charakter systemowy, wynikający z lekceważenia Rady przez współpracowników Zełenskiego. Próbą poprawy sytuacji było pierwsze od wybuchu wojny spotkanie głowy państwa z posłami Sługi Narodu 21 lutego, jednak nie doprowadziło ono do istotnej zmiany nastrojów.

Na obecnym etapie ośrodek prezydencki nie utracił całkowicie kontroli nad parlamentem. Udaje się to głównie dzięki korzystaniu z pomocy deputowanych wywodzących się ze zdelegalizowanego, prorosyjskiego ugrupowania Opozycyjna Platforma – Za Życie. W zamian za zachowanie swoich wpływów i majątków głosują oni zgodnie z życzeniem Biura Prezydenta. Ponadto przy kluczowych ustawach dotyczących integracji europejskiej czy pomocy zagranicznej dla Ukrainy klub Sługi Narodu może również liczyć na wsparcie pozostałych klubów i kół opozycyjnych.

Wydaje się, że z biegiem czasu trudności z uzyskaniem minimalnej większości głosów przez zaplecze Zełenskiego będą się nasilać. W przypadku złożenia mandatów lub systematycznego sabotowania głosowań przez szersze grono deputowanych Sługi Narodu istnieje niebezpieczeństwo przerodzenia się problemów frakcji parlamentarnej w głębszy kryzys polityczny. Należy pamiętać, że Rada Najwyższa – której kadencja w czasie pokoju upłynęłaby w lipcu 2023 r. – musi pracować w aktualnym składzie aż do zakończenia stanu wojny (co dodatkowo obniża dyscyplinę). Organ ten jest niezbędny dla funkcjonowania państwa będącego republiką parlamentarno-prezydencką, w tym dla przyjmowania ustaw o fundamentalnym znaczeniu dla obronności oraz stabilności finansowej Ukrainy. Przezwyciężenie kryzysu zależy przede wszystkim od Zełenskiego, który powinien wypracować w najbliższym czasie efektywniejsze mechanizmy współpracy władzy ustawodawczej i wykonawczej.

osw.waw.pl


— Następny w planie jest Charków i zachowanie miasta. A to jest możliwe tylko w przypadku okrążenia. Brakuje 300 tys. Dlatego wszystko jest już gotowe do mobilizacji 2.0 — mówi osoba z otoczenia administracji prezydenckiej.

Zdaniem rozmówcy "nikt nie chce zamienić Charkowa w drugi Mariupol", więc Kreml ma pomysł, aby zademonstrować w nim to, jak Rosjanie "umieją walczyć w cywilizowany sposób".

Potrzebę mobilizacji 300 tys. ludzi potwierdziło źródło w jednej ze struktur Zachodniego Okręgu Wojskowego. (...)

Jako pierwsi na wojnę w Ukrainie pójdą rezerwiści — mężczyźni, którzy są w rezerwie, ale podpisali umowę z ministerstwem obrony. Mogą oni pracować w dowolnym zawodzie, ale dwa razy w roku są zobowiązani do wyjazdu na wojskowe obozy szkoleniowe, które do 2022 r. miały charakter formalny. W Rosji jest ok. 2 mln takich osób.

— Coś się zbliża. Rekrutacja rezerwistów przebiega obecnie tak, jak przed mobilizacją. Nie wiem, czy do niej dojdzie, czy nie, ale ostatnim razem procedura była taka sama — mówi oficer jednostki wojskowej w obwodzie zabajkalskim.

Komisje wojskowe zajmą się również tymi, którzy nie podpisali kontraktów z ministerstwem obrony, ale są w rezerwie sił zbrojnych. Wśród nich są osoby zwolnione ze służby, studiujące na uczelniach wojskowych, osoby, które nie odbyły służby z jakiegoś powodu lub odbyły zastępczą służbę cywilną, oraz kobiety ze specjalnością wojskową. W przypadku wielu z nich urzędy rejestracyjne i poborowe już wcześniej wkleiły rozkazy mobilizacji do ich książeczek wojskowych.

Rosyjskie władze będą również próbowały wysłać na wojnę żołnierzy poborowych, którzy mają zostać zwolnieni. — Zadanie polega na zakontraktowaniu tych, którzy zostaną zdemobilizowani do kwietnia, i tych, którzy zostali zdemobilizowani w zeszłym roku — mówi źródło bliskie administracji prezydenckiej. Takie osoby mają być "przekonywane wszelkimi sposobami".

Nowa fala mobilizacji nie jest wykluczona. — Od końca lutego wydajemy zaświadczenia o odroczeniu mobilizacji dla pracowników państwowych i niektórych przedsiębiorstw obronnych — twierdzi pracownik medyczny z biura poboru wojskowego w południowo-zachodniej Moskwie.

onet.pl


Francja początkowo nalegała, aby amunicja dla inicjatywy UE była kupowana wyłącznie w Europie. Zawarcie umów ramowych z firmami zbrojeniowymi zajęło zatem trochę czasu. Po ich sfinalizowaniu kilka państw UE zdystansowało się od projektu. Za wahaniami stały również partykularne interesy.

W końcu wszystkie zamówienia na amunicję w ramach inicjatywy trafiły do Ukrainy, jednak niektórzy szefowie rządów chcieli również uzupełnić swoje własne, ograniczone zapasy.

Republika Czeska miała dość tego spektaklu i wysłała trzech wysokich rangą urzędników państwowych, aby działali na całym świecie i znaleźli nową amunicję w krajach spoza Unii Europejskiej. Miała to być całkowicie tajna operacja, lecz potem czeski prezydent Petr Pavel odwiedził Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa.

Nastrój był tam tak przygnębiający, a wiara w skuteczny ukraiński opór tak niska, że prezydent spontanicznie zdecydował się upublicznić inicjatywę swojego kraju, aby wysłać sygnał, że zwrot w wojnie jest nadal możliwy.

onet.pl/Die Welt

wtorek, 2 kwietnia 2024


"O co więc tak naprawdę martwi się Waszyngton? Otóż, ostatnie ataki pokazały, że Ukraina ma zdolności, by uderzyć również w porty, przez które idzie eksport rosyjskiej ropy i zakłócić być może połowę całego rosyjskiego eksportu tego surowca. To byłby zwrot, który naprawdę niepokoi Waszyngton" - zauważył.

"Mówiąc konkretnie, istnieją dwa kluczowe porty eksportu ropy naftowej z zachodniej Rosji: Primorsk, na północ od Petersburga, na końcu rurociągu bałtyckiego, oraz Noworosyjsk, na brzegu Morza Czarnego. Ukraina udowodniła, że oba te porty znajdują się w zasięgu jej dronów powietrznych. Należy również zauważyć, że ukraińskie drony morskie niedawno zatopiły rosyjski okręt desantowy po wschodniej stronie Półwyspu Krymskiego, co oznacza, że mogą również być w stanie uderzyć w Noworosyjsk z morza. Gdyby np. jutro Kijów zdecydował się uderzyć w te porty naftowe, spowodowałoby to zarówno zmniejszenie rosyjskich dochodów z ropy naftowej w celu finansowania wojny, jak również wzrost światowych cen na dłuższy okres, być może tak jak w latach 2003-2008. A to miałoby już poważne konsekwencje" - tłumaczył analityk.

bankier.pl

Około 15 proc. światowego handlu przepływa przez trasę, która prowadzi z Zatoki Adeńskiej przez Morze Czerwone i Kanał Sueski, łącząc Azję i Europę.

Chiny kupują aż ok. 90 proc. irańskiej ropy naftowej, w tym ropę sprzedawaną przez brygady al-Kuds — paramilitarne ramię Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), które jest odpowiedzialne za zagraniczne operacje wojskowe Teheranu.

Brygady al-Kuds szkolą i finansują "irańskich pełnomocników do spraw terroru" na Bliskim Wschodzie — w tym Hezbollah w Libanie oraz jemeńskich Huti.

(...)

Chociaż Huti podobno przysięgli nie atakować chińskich statków, to na początku tego tygodnia wystrzelili kilka pocisków w kierunku należącego do Chin statku Huang Pu. Zarejestrowana w Panamie jednostka doznała jedynie niewielkich uszkodzeń. Nie jest jasne, czy Huti byli świadomi, który kraj jest właścicielem statku.

Międzynarodowe sankcje pozbawiły irański reżim gotówki. Aby sfinansować swoich pełnomocników do spraw terroru, Iran przyznaje brygadom Al-Kuds roczny przydział ropy naftowej, którą następnie sprzedaje za granicą za pośrednictwem skomplikowanej sieci firm-przykrywek. Zostało to szczegółowo udokumentowane przez POLITICO i inne redakcje.

Większość krajów nie chce kupować irańskiej ropy z obawy przed naruszeniem sankcji, zwłaszcza tych nałożonych przez Waszyngton w związku z programem zbrojeń nuklearnych Iranu. Chiny, które pokrywają ok. 10 proc. swojego zapotrzebowania na ropę naftową z Iranu i sprzeciwiają się sankcjom, od lat czerpią korzyści z izolacji Teheranu. Umożliwia ona chińskim firmom kupowanie ropy naftowej z dużym rabatem.

(...)

Huti od października zaatakowali dziesiątki statków w Zatoce Adeńskiej i na Morzu Czerwonym. Według Kilońskiego Instytutu Gospodarki Światowej, niemieckiego think tanku, spowodowało to spadek liczby transportów na tym obszarze aż o ponad 60 proc. Stany Zjednoczone i niektóre kraje europejskie zwiększyły swoją obecność morską na Morzu Czerwonym, lecz nie wystarczyło to, aby powstrzymać ataki.

Urzędnicy wywiadu stwierdzili w rozmowie z POLITICO, że Huti przeprowadzają ataki przy użyciu dronów i pocisków dostarczonych im przez Iran.

(...)

Duże zachodnie firmy żeglugowe, takie jak duński Maersk, twierdzą, że transport przez Morze Czerwone jest obecnie zbyt ryzykowny i przekierowują swoje statki wokół afrykańskiego Przylądka Dobrej Nadziei, co wydłuża podróż nawet o 14 dni. Chociaż dłuższa trasa nie ma większego wpływu na cenę, ze względu na wysokie koszty żeglugi przez Kanał Sueski, dodatkowy czas może skomplikować łańcuchy dostaw, od których zależy chiński sektor eksportowy.

"Główną konsekwencją jest wydłużenie transportu morskiego. Dla Chin bardzo ważne jest tymczasem, aby globalne szlaki handlowe funkcjonowały bez zakłóceń" — powiedział Julian Hinz, analityk polityki handlowej w Kilońskim Instytucie Gospodarki Światowej.

Huti twierdzą, że podjęli ataki w ramach solidarności z Palestyńczykami w Strefie Gazy, których Izrael zaatakował w odpowiedzi na masakrę 1,2 tys. osób 7 października oraz porwanie kolejnych 250 przez terrorystów Hamasu. Jednak zdecydowana większość zaatakowanych statków nie jest ani izraelska, ani nie zmierza do tego kraju.

Ataki Huti wywołały gniew krajów położonych w basenie Oceanu Indyjskiego, w tym Indii i Sri Lanki, które poniosły ciężar zakłóceń na Morzu Czerwonym. Podczas konferencji na temat handlu w tym regionie, która odbyła się w zeszłym miesiącu na Sri Lance, Iran spotkał się z ostrą krytyką. Niektórzy przedstawiciele wezwali Międzynarodową Organizację Morską ONZ, która również wysłała wysokiego rangą urzędnika na spotkanie, do podjęcia kroków prawnych przeciwko Teheranowi.

"Z azjatyckiego punktu widzenia nikogo nie obchodzi wojna w Izraelu. To nie jest pretekst do niszczenia światowej gospodarki" — powiedziała jedna z osób zaznajomionych z kulisami spotkania na Sri Lance.

onet.pl/Politico

poniedziałek, 1 kwietnia 2024


Polski rząd nie ustępuje w sprawie rolnictwa i jest atakowany przez sojuszników ukraińskich na różne sposoby. Tym razem wizerunkowo uderzono w wiceministra rolnictwa sugerując, że w trakcie negocjacji był pod wpływem środków odurzających. Ukraińska Izba Zbożowa zamieściła zdjęcie, na którym biorący udział w rozmowach siedzą, a Kołodziejczak prawie leży, z odchyloną głową do tyłu. Fotografia zamieszczona w mediach społecznościowych z komentarzem o dziwnym zachowaniu Kołodziejczaka wzbudziła zdziwienie. Członek polskiego rządu musiał się tłumaczyć publicznie.

- Rozmawialiśmy ponad cztery godziny, a oni zrobili mi zdjęcie jak się przeciągam przez trzy sekundy, gdy rozprostowywałem plecy i dorobili do tego historię - tłumaczy wiceminister Kołodziejczak w rozmowie z „Rzeczpospolitą” genezę zdjęcia. Strona ukraińska liczyła na ustępstwa strony polskiej w negocjacjach. Do tego nie doszło. Ukraiński wiceminister rolnictwa Taras Kaczka miał usłyszeć od Kołodziejczaka, że jeśli nie podobają mu się ustalenia ze stroną polską, to niech rozmawia z Komisją Europejską, która nie jest skora do ustępstw. Kaczka miał się mocno zirytować.

(...)

W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Kołodziejczak odsłania kulisy sporu. Według wiceministra rolnictwa strona ukraińska zaczęła atakować Kołodziejczaka w mediach, a ten musiał się tłumaczyć, dlaczego nagle wybiegł z rozmów. Kołodziejczak mówi, że musiał na chwilę opuścić spotkanie, gdyż otrzymał nowe informacje. Na portalu Ukrainska Prawda możemy przeczytać o Kołodziejczaku: „polski urzędnik zrujnował kompromis z Ukrainą”. Aleks Lissica, szef Ukraińskiego Klubu Agrobiznesu mówi w artykule o Kołodziejczaku: „Wydawało się, jakby był pod wpływem substancji”. Oskarżenia są poważne i kompromitujące. Pytanie, kogo?

 To żałosne, że muszę odpowiadać na takie pytania. Oczywiście, że nie!- odpowiedział „Rzeczpospolitej” Michał Kołodziejczak na pytanie, czy brał coś przed spotkaniem lub był pod wpływem jakiś substancji podczas rozmów z Ukraińcami. - Wytknąłem im kłamstwo, przypominając słowa ministra Tarasa Kaczki, że jeżeli Polska przyczyni się do ograniczenia zbóż z Rosji do Unii Europejskiej to oni będą w stanie ograniczyć eksport towarów do Unii – nakreśla nam zarzewie sporu Kołodziejczak. Minister miał wytknąć też rozmówcom, że nie mają rolnictwa na podobnym poziomie, co Polska i Unia, a standardy mocno się różnią. – Nie mieszajmy rolnictwa z wojną. Będziemy Ukrainie pomagać, ale jeśli negocjacje nie wyszły, niech nie zrzucają winy na nas. Jeśli ktoś na kogoś pokrzykiwał, to minister Mykoła Solski na stronę polską. Ale oni mają taką kulturę i ja też to rozumiem — mówi nam Kołodziejczak.

rp.pl

Ustanie tranzytu rosyjskiego gazu przez terytorium Ukrainy od 2025 r. miałoby szczególne znaczenie dla Mołdawii oraz leżącego na jej terytorium wspieranego przez Rosję separatystycznego Naddniestrza. Funkcjonowanie gospodarki tego parapaństwa od dekad uzależnione jest bowiem od rosyjskiego gazu, który Gazprom dostarcza tam bezpłatnie (co stanowi rodzaj politycznie motywowanego subsydium) na mocy umowy mołdawsko-rosyjskiej. Obecnie każdego roku do Naddniestrza trafia z Rosji ok. 2 mld m3 błękitnego paliwa. Pozyskany w ten sposób surowiec sprzedawany jest następnie odbiorcom indywidualnym i firmom z regionu po bardzo niskich cenach, zaś uzyskane w ten sposób środki zasilają budżet regionu i pozwalają na finansowanie wydatków publicznych parapaństwa, m.in. systemu emerytalnego. Darmowy gaz umożliwia też utrzymanie bardzo niskich cen np. ogrzewania, co ma szczególne znaczenie dla ludności (taryfy na gaz w Naddniestrzu są nawet siedmiokrotnie niższe niż dla mieszkańców Mołdawii właściwej). Co ważniejsze, tani rosyjski surowiec w połączeniu z relatywnie niedrogą siłą roboczą, którą dysponują lokalne przedsiębiorstwa, a także fakt, że „republikę” obejmuje zawarta w 2014 r. przez UE i Mołdawię umowa o pogłębionej i rozszerzonej strefie wolnego handlu (DCFTA), umożliwiają tamtejszym podmiotom (szczególnie z sektorów metalurgicznego, odzieżowego czy napojów alkoholowych) utrzymanie wysokiej konkurencyjności na rynkach europejskich i zyskowny eksport.

(...)

W razie ustania tranzytu przez Ukrainę Naddniestrze zmuszone będzie do znalezienia innych źródeł dostaw surowca. Choć taka opcja byłaby znacznie droższa, to jest formalnie możliwa. Władze mołdawskie, które od końca 2022 r. zaopatrują terytorium Mołdawii właściwej surowcem nierosyjskim (kupowanym m.in. na giełdzie TTF), deklarują, że mogłyby (odpłatnie) przesyłać do tego regionu zakupione od europejskich dostawców błękitne paliwo za pomocą rewersu na gazociągu transbałkańskim lub korzystać z dotychczasowego szlaku i sprzedawać regionowi swój surowiec zgromadzony w podziemnych zbiornikach na Ukrainie. W związku z przystąpieniem Kijowa i Kiszyniowa do korytarza wertykalnego Naddniestrze mogłoby także importować gaz (przez terytorium/infrastrukturę Ukrainy) bezpośrednio z kierunku węgierskiego. Teoretycznie istnieje też możliwość przesyłu do Naddniestrza surowca rosyjskiego, transportowanego TurkStreamem, choć w tej sytuacji nie jest jasne, czy Moskwa byłaby nadal zainteresowana darmowymi dostawami.

Władze w Kiszyniowie wydają się jednak zainteresowane utrzymaniem transportu bezpłatnego rosyjskiego gazu do Naddniestrza. Obawiają się, że destabilizacja gospodarki naddniestrzańskiej może doprowadzić m.in. do fali migracji ekonomicznej z regionu do Mołdawii właściwej, na co kraj ten nie jest obecnie gotowy. Co więcej, obecny model daje Mołdawii dostęp do taniej energii elektrycznej wytwarzanej przez MGRES. W razie wstrzymania pracy tej siłowni lub opalania jej gazem nabywanym po cenach rynkowych Kiszyniów zmuszony byłby do radykalnego zwiększenia taryf dla odbiorców końcowych, co w kontekście narastającego niezadowolenia elektoratu z prozachodniego mołdawskiego rządu i planowanych na połowę 2025 r. wyborów parlamentarnych ma znaczenie szczególne. Jednocześnie także Rosja wydaje się zainteresowana utrzymaniem darmowych dostaw gazu do Naddniestrza za pomocą obecnie istniejącego połączenia. Choć wstrzymanie transportu błękitnego paliwa w krótkoterminowej perspektywie destabilizowałoby sytuację w Mołdawii (co leży w interesie Moskwy) i stanowiło poważne obciążenie dla jej administracji oraz budżetu (z którego częściowo – przynajmniej na początku – musiałyby być pokrywane niektóre koszty utrzymania regionu), to na dłuższą metę oznaczałoby to ograniczenie rosyjskich wpływów w Naddniestrzu i zwiększało jego uzależnienie od władz w Kiszyniowie.

osw.waw.pl

piątek, 29 marca 2024



Choć Chiny to druga największa gospodarka na świecie, zasady jej działania, podobnie jak jej prawdziwa kondycja, skrywają wiele sekretów. Podawane przez Pekin oficjalne dane to jedynie połowa obrazu - zdecydowanie ta lepsza. Drugą stanowi pozostająca w cieniu "chińska specyfika", taka jak fałszowanie danych na każdym poziomie administracji, potężne ukryte zadłużenie, monstrualna niegospodarność, czy krwiożerczy kapitalizm, który nielicznym przynosi majątek, a milionom rozczarowanie i wyzysk.

Obraz tej ciemnej strony chińskiej gospodarki dobrze widać na przykładzie jej sektora bankowego. Słynne chińskie banki, takie jak działające również w Polsce Bank of China czy ICBC, w Chinach działają głównie na rzecz wskazywanych przez partię komunistyczną sektorów i ogromnych projektów realizowanych przez państwowe przedsiębiorstwa. Sektor prywatny, zwłaszcza od kryzysu finansowego z 2008 roku, przeważnie nie może liczyć na wsparcie chińskich banków.

Bez dostępu do finansowania prywatne firmy nie miałyby jednak szans na rozwój, w Chinach wyrósł więc równoległy, nieoficjalny system bankowy - szara strefa (shadow banking sector) instytucji finansowych, które poza kontrolą państwa i bardziej ryzykownie obsługują prywatnych przedsiębiorców. Coś jak polskie parabanki, tylko na niewyobrażalną skalę - wartość szarej strefy bankowej w Chinach szacowana jest na 3 biliony dolarów. To tyle, ile PKB Francji.

Bez tej szarej strefy bankowej nie mogłyby istnieć całe sektory chińskiej gospodarki, na czele z budowlanym. Tymczasem właśnie zdaje się ona chwiać w posadach. Pekińska policja w ostatnią sobotę poinformowała o rozpoczęciu "odzyskiwania skradzionego mienia" od szefów Zhongzhi Enterprise Group - największej z firm, tworzących tę szarą strefę. Choć mało znana na świecie, była olbrzymem nawet na skalę Chin - jeszcze niedawno zarządzała majątkiem wartym ok. 140 mld dolarów, czyli niemal tyle, co PKB Węgier.

W styczniu Zhongzhi nieoczekiwanie ogłosiła jednak niewypłacalność i długi na 64 mld dolarów. Wzbudziło to obawy, że kryzys zadłużeniowy, który topi właśnie chińską budowlankę, zacznie rozlewać się na inne sektory gospodarki. Problem jednak jest jeszcze poważniejszy, ponieważ długi parabanku - tak samo jak prawdziwego banku - to w rzeczywistości długi jego klientów. Bankructwo oznacza więc poważny problem z wypłacalnością chińskich prywatnych przedsiębiorstw. Czyli tych, które są najbardziej dochodowe i innowacyjne.

- Prywatne firmy odpowiadają za największą część wzrostu gospodarczego Chin - wyjaśnia dla tvn24.pl dr Michał Bogusz, ekspert ds. Chin i analityk Ośrodka Studiów Wschodnich. - Tę zdrową część ich wzrostu, nie tę sztucznie pompowaną przez lanie betonu i budowę nikomu niepotrzebnej infrastruktury - dodaje. Bogusz podkreśla, że wszystkie prywatne chińskie firmy muszą pozyskiwać pieniądze z szarej strefy, czyniąc ją "żywotnym elementem" całej gospodarki Chin.

(...)

- Trudno tak naprawdę znaleźć odpowiednik firm szarego sektora bankowego w naszym systemie. Nie mamy czegoś takiego w Polsce - zauważa dr Bogusz. - Firmy takie jak Zhongzhi zbierają pieniądze od prywatnych inwestorów, bo ci nie mają co robić ze swoimi pieniędzmi. Na chińskich giełdach boją się inwestować, wywieźć pieniędzy za granicę nie mogą (zabrania tego władza - red.), a oprocentowanie w bankach jest niskie - tłumaczy.

Inwestorzy oddają więc swoje pieniądze instytucjom z szarej strefy, które z kolei wykupują za nie obligacje emitowane przez inne prywatne przedsiębiorstwa. - W ten sposób prywatny sektor zyskuje finansowanie, na które nie może liczyć w państwowych bankach. A wszystkie banki w Chinach są państwowe - mówi ekspert.

Bankructwo Zhongzhi oznacza jednak, że trup wypada właśnie z szafy chińskiej gospodarki. To jasny sygnał, że problemy finansowe prywatnych przedsiębiorstw są naprawdę poważne, a wiele z nich przestaje mieć pieniądze na wykup obligacji skupowanych wcześniej przez parabanki. - W chińskiej gospodarce mamy teraz czarną dziurę wielkość Francji. Tylko nie wiemy, co w tej czarnej dziurze jest, ile z tych długów jest złych, a ile z nich może zostać jeszcze spłaconych - ocenia analityk OSW.

Sytuacja ta może przypominać rok 2008 w Stanach Zjednoczonych, gdy upadek banku inwestycyjnego Lehmann Brothers ujawnił ukryte problemy i wywołał globalny kryzys finansowy. Jednak zdaniem eksperta, niezależnie od skali dzisiejszych problemów w Chinach, nie dojdzie teraz do powtórki tamtych wydarzeń i serii bankructw.

- Chiński domek z kart się nie rozleci, bo jest od początku klejony taśmą klejącą, którą jest partia komunistyczna. I ta partia wciąż ma narzędzia, wolę i środki, by zapobiec gwałtownej katastrofie gospodarczej - ocenia dr Bogusz. - Ale nie ma ona jednocześnie pomysłu jak zastąpić dotychczasowy model gospodarczy, który się już wyczerpał. Nie może choćby zlikwidować tej szarej strefy bankowej, bo odcięłaby dopływ kapitału do kluczowej gałęzi swojej gospodarki - zauważa. 

Co wobec tego oznaczają problemy gospodarcze Chin i rosnący kryzys niewypłacalności jej przedsiębiorstw? Zdaniem Michała Bogusza, Chiny co prawda unikną na razie katastrofy gospodarczej, jednak czeka je powolne wchodzenie w stagnację.

- Chiny mogą ciągle ratować ruch w biznesie, dbać o dobre statystyki makroekonomiczne, ale realna gospodarka przestanie rosnąć. Z gospodarki pozostanie szkielet pusty w środku - mówi. W praktyce może działać to tak, że bez względu na popyt zwiększana będzie produkcja, a towar po prostu będzie trafiał do magazynów. W Chinach, które błędnie wielu wciąż uznaje za gospodarkę rynkową, ten model ma długie tradycje.

- Stagnację ukrywa się dodatnim wzrostem gospodarczym, kreowanym przez ogromne marnotrawstwo. Mówi się, że w Chinach zejście poniżej 5 procent wzrostu PKB to już poważne problemy, ponieważ 4 procent wzrostu PKB jest tam przetracane, rozkradane przez struktury partyjne, ukradkiem wywożone z Chin - wyjaśnia dr Bogusz.

(...)

- Wobec problemów gospodarczych i rosnącego nacisku na zwiększanie produkcji będzie rosła podaż chińskich produktów i presja na ich eksportowanie - mówi ekspert. - Chińskie firmy będą więc teraz chciały przesuwać się coraz wyżej w globalnych łańcuchach dostaw, wypychać z nich zagranicznych konkurentów, i zaostrzy się międzynarodowa rywalizacja gospodarcza. To z kolei będzie prowadzić do dalszej destabilizacji światowego handlu - analizuje. Destabilizacja ta oznaczać może nie tylko spadek popytu na eksport m.in. z Polski, ale także coraz więcej ceł i innych barier handlowych na całym świecie.

tvn24.pl

czwartek, 28 marca 2024



Analiza rosyjskiej infosfery nie wykazała przed, w trakcie ani po zamachu z 22 marca 2024 r. cech typowych dla zaangażowania aparatu propagandy, w tym służb specjalnych FR, w działania informacyjno-psychologiczne, będące elementem zamachu. Rosyjski aparat propagandy nie był przygotowany na “obsługę” zamachu terrorystycznego w sali koncertowej Crocus City Hall pod Moskwą.
  • Analizy wsteczne środowiska informacyjnego, godzin poprzedzających pierwsze wzmianki o przeprowadzonym zamachu terrorystycznym, nie wykazały cech szczególnych dla podgrywki informacyjnej. Nie zaobserwowano działań skoordynowanych w rozumieniu przygotowania psychologicznego Rosjan pod mający nastąpić incydent/zamach.
  • W trakcie zamachu nie nastąpiła faza eksploatacji. Nie ujawniono w rosyjskojęzycznej infosferze skoordynowanych działań psychologicznych, związanych z trwającym zamachem. W monitorowanym okresie w sieciach społecznościowych nie zidentyfikowano działań wpisujących się w pełno zakresową/szeroko zakrojoną operację informacyjną.
  • Jawny aparat propagandy (rozumiany jako całość aparatu mediów TV / Radio kontrolowanych przez Kreml) nie przerwał nadawania programów na użytek relacjonowania zamachu w początkowej fazie. W Mediach nie zidentyfikowano cech typowych dla zaplanowanego przygotowania i adaptacji przekazu propagandowego do wsparcia efektów psychologicznych wywołanych zamachem.
  • Rosyjski aparat wpływu (najprawdopodobniej oparty w omawianym przypadku na potencjalne działania FSB) przeprowadził nieudaną i niestarannie przygotowaną operację zdezorientowania odbiorców w aplikacji Telegram, w godzinach następujących po ataku. Próby dezorientacji zawierały cechę wspólną – sugestię udziału Ukrainy. Działania dezorientujące były nieefektywne i zostały wstrzymane. Potwierdzają tezę o braku zaplanowanych (w relacji do zamachu) działań informacyjno-psychologicznych. Faza dezorientacji nie została zastąpiona żadną operacją docelową w monitorowanym okresie.
infoops.pl


Być może będąc pod wrażeniem ostatniego filmu „Napoleon”, podobnie jak Napoleon nosi więc polowy mundur wojskowy jedynie ze stopniem podpułkownika wojsk lądowych (Napoleon zakładał mundur pułkownika grenadierów cesarskich), podobnie jak Napoleon podróżuje na poligon z psem (rasy szpic), którego głaszcze w czasie odprawy (szpice to również ulubiona rasa królowej Wiktorii oraz króla Jerzego IV Hanowerskiego) i podobnie jak Napoleon, tonem znawcy wykłada swoje teorie (chociaż w jego przypadku nie poparte żadną wiedzą wojskową).

Do gróźb Łukaszenki wszyscy zaczęli się już w jakiś sposób przyzwyczajać. Białoruski uzurpator straszył już bowiem bronią atomową, III wojną światową, Wagerowcami, uchodźcami, blokadą ekonomiczną, stanem wojennym a nawet prowokacjami amerykańskich i polskich służb specjalnych przeciwko ludności Polski. Jednak teraz te groźby zostały oprawione dodatkowymi elementami, świadczącymi o rzucającej się coraz bardziej w oczy u Łukaszenki manii wielkości.

Kiedy więc zadaje pytanie swoim oficerom, jaka odległość dzieli Białoruś od Obwodu Królewieckiego, a ci mu odpowiadają, że 42 km w linii prostej i około 90 km wzdłuż granicy, to dla niego jest to już żadnym problemem. Tymczasem te 42 km, to nie sieć autostrad, ale stosunkowo mało zaludniony region Polski poprzecinany przeszkodami wodnymi, gęstymi lasami i bardzo rzadką siecią wąskich dróg, po których nie da się bezkarnie przerzucić kolumn wojsk, o czym przekonali się Rosjanie na wschodniej Ukrainie.

defence24.pl