piątek, 15 marca 2024



„Putin cierpi na nieustającą ostrą potrzebę powtórek, rozwinięcia poruszanych tematów, wyjaśnienia, dopiłowania tępą piłą słuchacza, udowodnienia czegoś, czego się nie da udowodnić. To interesujący psychologiczny fenomen dla człowieka, który dysponuje monopolem na władzę nieograniczoną niczym, dozgonną, który ma w ręku wszystkie rodzaje państwowego instrumentarium przemocy, w tym środki masowej propagandy – zauważa opozycyjny polityk z Pskowa, Lew Szlosberg. – Putin znów wrzuca do jednego worka i wydatki budżetu (to dla wewnętrznej publiczności), i narodowe interesy, i groźby zastosowania bomby jądrowej (to dla zagranicy)… Putin nie mówi wprost, że chodzi mu o nową Jałtę, nowy podział świata z pozycji siły”. Ale o nią mu właśnie chodzi.

Te komunikaty Putin wygłasza już też od dawna. Jeszcze przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę rosyjska dyplomacja składała Zachodowi propozycje nie do odrzucenia, dotyczące uwzględnienia interesów Moskwy kosztem niepodległości innych państw. Potem wielokrotnie w programach telewizyjnych różni eksperci, w tym deputowani Dumy, powtarzali tezę o możliwości wykorzystania w konflikcie zbrojnym broni jądrowej. Specjalistą od grożenia atomem stał się były prezydent Dmitrij Miedwiediew, który wsławił się ostrą retoryką wpisów w mediach społecznościowych. Podczas niedawnego wykładu dla młodzieży w Soczi Miedwiediew powrócił do omawiania neoimperialnych planów Rosji, dotyczących w szczególności odbudowy strefy wpływów na całym obszarze postsowieckim.

„Retoryka Miedwiediewa sugeruje rosnącą pewność siebie Putina i jego otoczenia. Przedstawione przez niego rosyjskie aspiracje dotyczą nie tylko faktycznej likwidacji ukraińskiej państwowości, lecz także traktowania wszystkich państw postsowieckich jako pozbawionych podmiotowości satelitów Rosji. (…) Chociaż tego typu tezy od dawna funkcjonowały w wewnętrznym obiegu intelektualnym i politycznym FR, to dotąd nie były artykułowane na wysokim szczeblu w sposób tak otwarty i kompleksowy” – napisał w komentarzu ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich Witold Rodkiewicz.

Putin w wywiadzie powtórzył te tezy, rozszerzył je i wzmocnił. Zdaniem rosyjskiego prezydenta era Zachodu dobiega końca, nadchodzi era „nadziei ludzkości” (tak, chodzi o Rosję). „Bal wampirów się kończy” – zapowiedział Putin Zachodowi. A broń ma się po to, aby jej użyć. I Rosja ma prawo sięgnąć po każdą broń w obronie swej suwerenności. „Tak zostało to zapisane w naszej strategii, nie zmienialiśmy jej. To moim zdaniem nie oznacza, że oni jutro rozpoczną wojnę jądrową. Ale jeśli zechcą, to proszę bardzo. Jesteśmy gotowi” – podkreślił pokojowo.

tygodnikpowszechny.pl


27 czerwca 1997 r. rano przez most na Sawie, oddzielający serbskie Bogojewo i chorwacki Erdut, przejechał samochód z kilkoma uzbrojonymi mężczyznami. Kierowcą był Milan Kneżević, były mistrz Jugosławii w boksie, teraz zawodowy ochroniarz. Obok niego siedział Slavko Dokmanović — "rzeźnik z Vukovaru".

Przed wojną Dokmanović był tam burmistrzem. Gdy jednak Serbowie i Bośniacy uznali, że dalej żyć razem nie mogą, otoczył się grupą żołdaków i rozpoczął oczyszczanie miasta z nie-Serbów. W 1992 r. Dokmanović został oskarżony o nadzorowanie mordu 260 chorwackich pacjentów vukovarskiego szpitala.

— Tuż za mostem wyskoczyło na nas kilka dżipów z zakapturzonymi ludźmi wymachującymi kałasznikowami. Wzięli nas bez jednego wystrzału — opowiadał później Kneżević. Po sześciu godzinach Dokmanović był już w więzieniu w Hadze, a rok później, nie czekając na wyrok, popełnił w celi samobójstwo.

— Mówiono mi potem, że schwytali nas rosyjscy najemnicy wynajęci przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze — mówił Kneżević. W rzeczywistości byli to oficerowie polskiej jednostki specjalnej, znanej jako GROM.

onet.pl

środa, 13 marca 2024



— W drugiej kadencji spodziewam się więcej tego samego. Znów będziemy mieli więcej tzw. cięć podatkowych. Jeśli Trump wygra, a władzę w kongresie przejmą Republikanie, zobaczymy więcej obniżek podatków — tłumaczy Oswald.

Oswald powiedział również, że Trump raczej nie zmniejszy ogólnych wydatków publicznych, chociaż może wycofać Affordable Care Act ze względu na osobistą niechęć wobec byłego prezydenta Baracka Obamy, zwiększając zadłużenie USA.

— Kiedy Reagan obejmował urząd, dług publiczny Stanów Zjednoczonych wynosił jeden bln. Teraz wynosi 34 bln. — powiedział Oswald. — Obniżki podatków nie zwracają się same i pomimo tego, co mówią o tym Republikanie, w pewnym momencie będziemy musieli zwrócić uwagę na dług publiczny, który jest obecnie większy niż PKB Stanów Zjednoczonych. Będziemy musieli zacząć płacić nasze rachunki i przestać zastawiać przyszłość — mówi Oswald.

— W Waszyngtonie rządzi hipokryzja. Gdy prezydentem jest Demokrata, sprzeciwia się długowi i deficytowi oraz tak zwanym lekkomyślnym wydatkom. Zupełnie inaczej jest, gdy do władzy dochodzą Republikanie. Bush wydawał, Reagan wydawał, Trump wydawał. Republikanie zajmują się długiem publicznym tylko, gdy rządzą Demokraci — opowiada Oswald.

onet.pl/Newsweek


Lewica wrzeszczy na Hołownię, że jest mordercą kobiet, bo odkłada ustawy aborcyjne o miesiąc, hołowniowcy odkrzykują Lewicy, że morduje przedsiębiorców, bo nie zgadza się na obniżenie składki zdrowotnej, a Platforma stoi z boku i przewraca oczami. Dlaczego "Koalicja 15 października", która miała być jak palce jednej ręki, uprawia publicznie wrestling? Dlatego, że już może. Wynika z tego jedna dobra wiadomość i dwie nieco gorsze. Zacznijmy od dobrej.

PiS przestało być punktem odniesienia dla polskiej polityki. Obecnie można nie wiedzieć o istnieniu PiS-u i jakoś z tym żyć, a nawet opisywać życie społeczno-polityczne w Polsce bez znajomości ruchów robaczkowych w partii Kaczyńskiego, bo stała się ona nieistotna (mimo ogromnej reprezentacji w Sejmie). PiS po klęsce wyborczej pokazuje tak wielką odporność na autorefleksję, że w efekcie ta partia sama skazuje się na nieważność - przynajmniej przez najbliższe lata - jest skłócona ze wszystkimi, nawet z własnym prezydentem, pozbawiona jakiejkolwiek zdolności koalicyjnej i jakiegokolwiek wpływu. To że w części mediów nadal wszystko jest o Kaczyńskim i wokół Kaczyńskiego, tak jakby wciąż rządził, wynika przede wszystkim z gapiostwa dziennikarzy, którzy przez osiem lat powsiadali na swoje ulubione konie i nie potrafią teraz zejść. Komisje sejmowe ds. rozliczeń tego i owego, pisowskie afery i kolejne "obajtki" już publiczność nudzą, jeszcze czasem kogoś to wzmoży i uruchomi, ale już głównie fanboyów na twitterze, a nie normalsów. Kaczyński już nie rządzi - a o to głównie w tych wyborach ludziom chodziło - potem sprawa Wąsika i Kamińskiego jako tako nasyciła powszechną potrzebę, żeby pisowców potarmosić, obecnie coraz większa grupa wyborców nie widzi powodu, żeby się PiS-em obsesyjnie zajmować. Stąd powrót wielkich tematów - aborcji i podatków - który świadczy nareszcie o powrocie normalności do polskiej polityki zamiast toksycznej ustawki Hitler kontra Hitler. Nie nadeszła co prawda depolaryzacja, ale za to nadeszła "inna polaryzacja", czyli o inne rzeczy będziemy się odtąd kłócić. 

Dzika awantura o aborcję wybuchła z powodu zwykłego błędu Hołowni i nieco przypadkiem. To nie był żaden wielki zamysł, chodziło o odłożenie ustaw o miesiąc, miało to być raczej chwilowym unikiem na czas wyborów samorządowych, bo temat jest dla hołowniowców wybitnie niewygodny: 80 procent wyborców Polski 2050 jest za liberalizacją, a partia - konkretnie jej jednoosobowe kierownictwo - ma inne zdanie. Hołownia jednej rzeczy nie zrozumiał, że temat aborcji przestał być triggerem dla prawicy w Polsce, nawet PiS wolał odsuwać to latami, obecnie "gospodarzem tematu" jest lewica. Lewica dymi więc ponad miarę i prezentuje wyższość moralną, bo po prostu tak ma i tak musi, przecież chodzi o dobro kobiet i podstawowe prawa obywatelskie, bije w Hołownię, nazywa go "mordercą kobiet", krzyczy do niego "wypierdalaj", a tak naprawdę okadza i egzorcyzmuje samą siebie za grzech nieskuteczności. Lewica bowiem z punktu widzenia praw kobiet dramatycznie nie dowozi. Mogła wpisać dostęp do legalnej aborcji - swój podstawowy postulat! - do umowy koalicyjnej, mogła zagrać va banque - "Bez tego rządu nie będzie!" - ale tego nie zrobiła, więc teraz tym głośniej będzie wrzeszczeć w ramach czynności pokutnych. Czy Lewica mogłaby być w sprawie aborcji skuteczna? Odpowiedź brzmi: tak. Ale musiałaby się zniżyć do działań mniej spektakularnych i mniej seksownych niż wygrażanie Hołowni od "morderców kobiet" i naprawianie świata w studiu TVN24.

Oto wiceministra Scheuring-Wielgus w koszulce z czarnych marszów idzie do programu w TVN24 i zaczyna: "Ubrałam się tak specjalnie dla marszałka Hołowni". "Gdyby jego żona lub córki zostały zgwałcone - nie życzę im tego - to by musiały rodzić". Piasecki przytomnie reaguje, że w przypadku gwałtu nawet obecne zamordystyczne prawo pozwala na aborcję, na co Scheuring odpowiada: "Ale w szpitalach nie można tego wyegzekwować". To święta prawda, pani minister, ale pod kim są te antykobiece szpitale? Nadal pod Kaczyńskim? Czy biskup Jędraszewski jest prezesem NFZ? Otóż nie, wy tam rządzicie - szanowna Lewico - razem z Platformą.

Tyle że w polskiej polityce niestety wciąż dominuje etos szlachecko-inteligencki, czyli bardziej liczy się gadanie niż realne działania, ważniejsze są poglądy, manifesty i listy otwarte, niż mozolna dłubanina. A właśnie taką dłubaniną Lewica z Platformą mogłyby wprowadzić w Polsce de facto legalną aborcję - na te półtora roku, kiedy Duda jest prezydentem i każdą liberalizację ustawową zawetuje. Mówił to wielokrotnie.

(...)

W Polsce od czasu rządu Millera mamy problem z nakręcaniem fikcyjnego samozatrudnienia, a jednym z głównych powodów jest korzystniejsze opodatkowanie jednoosobowych firm i umów śmieciowych niż etatu, czyli stabilnej formy zatrudnienia. Czy wiecie, że jak lecicie LOT-em, to nie z załogą, tylko siedmioma jednoosobowymi podmiotami? Czy wiecie, że w niektórych szpitalach operują pacjentów i robią zastrzyki jednoosobowe podmioty? Zbadano, że taka forma zatrudnienia - choć atrakcyjna podatkowo - osłabia związek pracownika z miejscem pracy, zmniejsza jego zaangażowanie, zachęca do wieloetatowość i fuch, a do tego rozwala nam system emerytalny i zdrowotny, bo najlepiej zarabiający uciekają w samozatrudnienie i nie płacą składek od pełnych zarobków. Pieniądze na NFZ i emerytury skądś trzeba wziąć, więc w Polsce zbyt wysoko opodatkowana jest praca - ta na etat - i koło się zamyka. Praca nauczyciela, strażaka czy ekspedienta w Biedronce - jeśli policzyć wszystkie obciążenia podatkowe i składkowe - kosztuje w Polsce 48 procent. Etat 6000 zł brutto oznacza, że pracownik oddaje państwu 1600 zł, a jego pracodawca 1200 zł. Razem 2800 zł. Niemal połowa płacy brutto! Informatyk zatrudniony jako „doradca zarządu" na umowie B2B zapłaci tylko 8,5 procent podatku plus - jeśli pomysły Trzeciej Drogi przejdą - może ze trzy stówki na NFZ i minimalne składki emerytalne.

Dysfunkcję polskiego systemu podatkowego - który zachęca do pozaetatowych form zatrudnienia - wiele razy analizował Bank Światowy, MFW i Komisja Europejska. W jednym z raportów parę lat temu napisano wprost: zróbcie z tym coś dla własnego dobra, bo nie unowocześnicie gospodarki z tak dużą ilością umów śmieciowych i jednoosobowych firm. Innowacyjności sprzyjają STABILNE miejsca pracy w REALNYCH firmach - takich, które zatrudniają ludzi, a nie są jednoosobowymi nomadami służącymi optymalizacji podatkowej. Etaty powodują, że firmy chętniej inwestują w swoich pracowników na lata, szkolą ich, rozwijają, jeśli wyślesz pracownika na wartościowy kurs czy studia, to chcesz mieć go na dłużej. Wszędzie tam, gdzie rotacja pracowników wynosi 40 procent rocznie - a mamy w Polsce takie firmy, bo niestabilne formy zatrudnienia nakręcają taką rotację - powoduje to słabszą innowacyjność, taka firma może pewnie świadczyć usługi telemerketingowe i sprawnie wciskać garnki czy ubezpieczenia, ale prochu nie wymyśli. PiS-owski Nowy Ład zatrzymał się w pół drogi, zrobił sporo bałaganu, był nieprzemyślany i chaotyczny, ale skoro choć trochę dociążył podatkowo najlepiej zarabiających na jednoosobowej działalności, skoro choć trochę zniechęcił do wybierania fikcyjnego samozatrudnienia zamiast etatu, to po co to zmieniać? Czy Szymon Hołownia może wyjaśnić, jak do jego chrześcijańskiej wizji sprawiedliwości społecznej pasuje to, żeby doradca inwestycyjny albo informatyk z dochodem 30 tysięcy miesięcznie płacił 53 złote składki zdrowotnej? Że i tak nie korzysta z publicznych przychodni, bo ma pakiet w Lux-Medzie? To jest argument totalnie bałamutny. Otóż jak go strzeli białaczka - jej leczenie kosztuje pod dwa miliony - to grzecznie zamelduje się w publicznym szpitalu, na który mimo wysokich zarobków niemal w ogóle się nie składał. To jest sprawiedliwe? To jest ta nowoczesność, którą na swoich kongresach Polska 2050 odmieniała przez wszystkie przypadki?

gazeta.pl

wtorek, 12 marca 2024



Trafienie miało miejsce na obrzeżach wsi Serhijiwka w Donbasie. Co do tego nie ma wątpliwości. To około 50 kilometrów od linii frontu w rejonie Awdijiwki. Nagranie tego rosyjskiego ataku jest więc jednym z nielicznych wskazówek wizualnych przemawiających za możliwością używania przez Ukraińców nowoczesnych zachodnich systemów przeciwlotniczych w pobliżu frontu. Bardzo długo były to narzędzia uznawane za zbyt cenne, aby je wystawiać na takie ryzyko. Służyły więc przede wszystkim do obrony miast i zaplecza. Od mniej więcej grudnia sytuacja się jednak zmieniła. Ukraińcy i Rosjanie znajdują się bowiem w trakcie narastającej bitwy o niebo, która będzie miała bardzo poważne przełożenie na przebieg wojny.

Kluczowe dla jej znaczenia są rosyjskie moduły szybujące UMPK, łączone z bombami lotniczymi o wadze od 250 kilogramów do 1,5 tony. Efektem jest uzyskanie relatywnie taniej broni prawie precyzyjnej o dużej mocy. Pisaliśmy o nich szerzej w ubiegłym roku, kiedy zaczęły być używane na froncie na większą skalę. Od tego czasu konstrukcja UMPK została udoskonalona i celność wzrosła, przystosowano do ich przenoszenia liczne bombowce Su-34 i myśliwce Su-35, a produkcja została przyśpieszona. Liczba nalotów przy ich pomocy nieustannie rośnie i tak jak w 2023 roku ponad 100 miesięcznie było poważnym wynikiem, tak według Ukraińców w samym lutym tego roku było ich około 1,5 tysiąca. W ciągu pierwszych 10 dni marca naliczono około 800, co przy utrzymaniu podobnej intensywności oznacza około 2,4 tysiąca do końca miesiąca.

Taka skala nalotów staje się krytycznym problemem dla ukraińskich linii obronnych. Rosjanie koncentrują uderzenia UMPK na wybranych odcinkach, gdzie prowadzą albo planują prowadzić działania ofensywne. W styczniu i lutym była to Awdijiwka, gdzie rosyjskie bombardowania były jednym z kluczowych czynników, które doprowadziły do załamania się obrony miasta. Teraz Rosjanie intensywnie prowadzą naloty na przykład na zachód od Bachmutu w rejonie miejscowości Czasiw Jar, gdzie nasilają działania ofensywne. Dla Ukraińców to bardzo poważne zagrożenie, ponieważ żadna linia obronna nie wytrzyma dłuższego bombardowania dziesiątkami naprowadzanych bomb lotniczych dziennie. Przeciw mobilnym oddziałom UMPK byłyby mało skuteczne, ale wobec bardzo statycznego charakteru linii frontu w Ukrainie stały się asem w rękawie Rosjan.

Podstawową zaletą bomb szybujących jest to, że samoloty mogą je zrzucać kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozostając względnie bezpieczne. Systemy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu ich nie sięgną. Zagrozić mogą jedynie te średniego zasięgu jak starsze S-300, do których Ukraińcom ma brakować rakiet, oraz nieliczne nowe zachodnie Patriot i SAMP-T. Przy czym i tak ich wyrzutnie muszą znajdować się w rejonie 50 kilometrów od frontu albo nawet bliżej, aby być w stanie sięgnąć rosyjskich bombowców, zanim te zrzucą swój ładunek i zaczną uciekać. To wprowadza je w sferę zagrożenia wykryciem przez małe drony zwiadowcze, a następnie atakiem. To ryzykowna gra o najwyższą stawkę.

Nie ma na to bezpośrednich dowodów, ale można domniemywać, że narastające zagrożenie ze strony nalotów UMPK popchnęło Ukraińców do podjęcia tegoż ryzyka. Od upadku Awdijiwki przez trzy tygodnie zaczęli regularnie zgłaszać zestrzelenia rosyjskich Su-34 i Su-35, o czym pisaliśmy szerzej w innym tekście. Są poważne wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście Rosjanie stracili tyle maszyn, ile twierdzili Ukraińcy, czyli kilkanaście. Dowody są tylko na kilka. Jednak niezależnie od tego, taki wzrost poziomu deklarowanych zestrzeleń można było wytłumaczyć właściwie tylko w jeden sposób, czyli szerokim zastosowaniem systemów przeciwlotniczych średniego i dalekiego zasięgu w pobliżu frontu. Zwłaszcza tych zachodnich, skuteczniejszych.

(...)

Równocześnie po raz pierwszy od dostarczenia zachodnich systemów przeciwlotniczych na Ukrainę, w końcu lutego pojawiło się rosyjskie nagranie, mające przedstawiać atak na nie. 22 lutego Rosjanie udostępnili nagranie z rejonu Chersonia, na którym ma być widać zniszczenie stanowiska dowodzenia systemu Patriot. Tak naprawdę nie widać jednak nic konkretnego, poza uchwyceniem przez drona jadącej drogą pustej ciężarówki rodziny MAN KAT1 i prawdopodobnie wraku innej niemieckiej ciężarówki dopalającej się w trafionym rakietą magazynie. Pojawiły się też nagrania trafień ukraińskich systemów S-300. 29 lutego w pobliżu wsi Rusyn Jar w Donbasie (około 30 kilometrów do linii frontu w pobliżu Awdijiwki) zniszczona została co najmniej jedna wyrzutnia i być może jakieś inne elementy baterii stojące w pobliżu. 5 marca wyrzutnia i radar w pobliżu miasta Słowiańsk, około 30 kilometrów od linii frontu w rejonie wsi Torśkie i 35 kilometrów od frontu w rejonie Bachmutu.

gazeta.pl


Sam gen. Załużny nie zamierzał milczeć i udzielając głośnych wywiadów w roku 2023 wziął na siebie całą odpowiedzialność za niepowodzenia. Załużny zdradził także, że głównym błędem Kijowa w roku 2023 było wiązanie wysokich rosyjskich strat z szansą na załamanie frontu. Między wierszami skrytykował on więc koncepcję bitwy bachmuckiej (czy teraz awdijiwskiej) bo wiązanie Rosjan w tych miejscach miało wykrwawić siły inwazyjne do tego stopnia, że front naturalnie „pęknie”. Wspomniana teoria, że Załużny ma inną wizję wojny niż kierownictwo polityczne, miała znaleźć potwierdzenie w dymisji wojskowego, która nastąpiła w kulminacyjnym momencie bitwy o Awdijiwkę. Niestety myślenie w kategoriach bitwy totalnej („miasoróbki”) to kalki mentalne żywcem wyjęte z okresu I wojny światowej. Wielkie bitwy były też zmorą żołnierzy w okresie II wojny światowej. Były także przyczyną klęski wojsk rosyjskich w roku 2022, ponieważ wizja zdobycia przez Rosjan Kijowa, na szczęście, przysłoniła rosyjskiemu dowództwo kalkulacje w swoich szeregach. Na Kijów gnali bez uzyskania przewagi, a desanty pod ukraińską stolicą były powtórką z klęski alianckiej operacji „Market Garden”. Władimir Putin prowadzi wojnę w oparciu o stare wojenne zasady.

Z kolejnych miast tworzy pole wielkiej bitwy na punkcie, której ma obsesję. Ukraińcy broniąc Mariupola kupowali czas całemu zgrupowaniu w Donbasie, a fanatyzm Putina by Mariupol ukarać za rok 2014 (gdy miasto opowiedziało się za Ukrainą) skończył się anihilacją tej metropolii. Ukraińcy wówczas obawiali się, że wojska skoncentrowane na niszczeniu Mariupola ruszą na północ, wychodząc na tyły sił zgromadzonych w Donbasie. To obsesja Putina była jedną z przyczyn, że do tego nie doszło.

Piszę o tym, ponieważ zupełną oczywistością jest, że nad Dnieprem zderzyły się dwie koncepcje traktowania armii. Putinowskie siły inwazyjne to wojsko „komandirowane” po sowiecku, gdzie rozkaz idzie od góry na sam dół, nie uwzględniwszy uwarunkowań pola walki. W Siłach Zbrojnych Ukrainy inicjatywę taktyczną zyskali oficerowie niższego i średniego szczebla. Ukraińcy nie wydawali w roku 2022 Rosjanom wielkich bitew kordonowych, tylko opóźniali marsz Rosjan w walkach odwrotowych, szykowali zasadzki, opierali się o korzystne dla siebie boje spotkaniowie. Kwintesencją ukraińskiego wojskowego kunsztu była spektakularna operacja charkowsko-izjumska, która od września do października 2022 roku odepchnęła Rosjan za Kupiańsk i której efekty zaskoczyły nie tylko Rosjan, ale także nacierających Ukraińców. To pogoda zamknęła możliwość kontynuowania uderzenia.

Co spowodowało, że ta operacja okazała się tak błyskotliwa? Ukraińcy skoncentrowali pododdziały najlepszych jednostek w miejscach, gdzie „pęknięcie” frontu było najbardziej prawdopodobne. Rosjanie „wybrzuszyli” front nie posiadając żadnego pomysłu, co dalej. Manewr okazał się tak dynamiczny, że Rosjanie w panice nie utrzymali nawet rezerwowej linii na rzece Oskił. Dlaczego? Uciekli, porzucali czołgi, ponieważ panicznie bali się wpaść w okrążenie. „Kocioł” to słowo, którego boi się każdy rosyjski dowódca, ponieważ od dziecka był uczony, że okrążenie Stalingradu było największym zwrotem w dziejach II wojny światowej.

Co spowodowało, że ta operacja okazała się tak błyskotliwa? Ukraińcy skoncentrowali pododdziały najlepszych jednostek w miejscach, gdzie „pęknięcie” frontu było najbardziej prawdopodobne. Rosjanie „wybrzuszyli” front nie posiadając żadnego pomysłu, co dalej. Manewr okazał się tak dynamiczny, że Rosjanie w panice nie utrzymali nawet rezerwowej linii na rzece Oskił. Dlaczego? Uciekli, porzucali czołgi, ponieważ panicznie bali się wpaść w okrążenie. „Kocioł” to słowo, którego boi się każdy rosyjski dowódca, ponieważ od dziecka był uczony, że okrążenie Stalingradu było największym zwrotem w dziejach II wojny światowej.

defence24.pl


Rosjanom coraz trudniej jest nacierać na zachód od okupowanej Awdijiwki. Dotarli już do pierwszej linii naturalnych przeszkód pięć kilometrów od miasta w pobliżu wsi Berdyczi i Semeniwka. Aby posuwać się dalej, armia rosyjska musi pokonać kaskadę zbiorników wodnych wzdłuż biegu rzeki Durnaja. Sytuację nacierających jednostek armii rosyjskiej komplikuje fakt, że przeciwległy brzeg rzeki Durnaja tworzy dominującą wysokość na całej swojej długości naprzeciw Awdijiwki, co ułatwia Ukraińcom skuteczną obronę.

Główna linia obrony ukraińskich sił zbrojnych na tym kierunku została wzniesiona jeszcze bardziej na zachód. Według Dmytra Lichowyja, rzecznika zgrupowania wojskowego Tauryda, jej budowa rozpoczęła się już w grudniu 2023 roku.

– Ogromna sieć pozycji rezerwowych, bastionów dla plutonów, rozgałęziających się zygzakowatych okopów o długości setek metrów z pozycjami ogniowymi, (…) zapór minowych została już stworzona i jest wzmacniana. Mówimy o tych konstrukcjach, które będą następne w kolejce w przypadku dalszej ofensywy wroga i zapewnią całkowite zatrzymanie ofensywy na kierunku donieckim – powiedział Lichowyj, wymieniając elementy ukraińskiej obrony.

Ukraiński projekt analityczny DeepState również donosi, że budowa fortyfikacji „idzie pełną parą”. Jednocześnie analitycy zastrzegają, że ich budowa powinna była rozpocząć się znacznie wcześniej. Z powodu zwłoki dowództwa ukraińskie siły zbrojne są zmuszone do powstrzymywania rosyjskiej ofensywy dużym kosztem ludzkim, aby zapewnić odpowiedni czas na przygotowanie niezawodnych linii obrony.

Na przeciwległym brzegu rzeki Durnaja trwają walki we wsiach Orliwka i Toneńke. W każdej z nich ukraińscy obrońcy zostali już praktycznie zepchnięci na obrzeża. Ich zadaniem jest maksymalne powstrzymanie rosyjskiej ofensywy, aby ukraińskie siły zbrojne mogły przygotować się do obrony na nowych rubieżach.

Ze swojej strony Rosjanie starają się jak najszybciej dotrzeć do ukraińskiej linii obrony, która wciąż jest w budowie, aby mieć większe szanse na jej pokonanie. W tym celu stale wprowadzają nowe rezerwy do walki w rejonie Awdijiwki i intensyfikują naloty na ukraińskie pozycje przy użyciu kierowanych bomb lotniczych (KAB), którym Ukraińcy nie mają nic do przeciwstawienia.

Zachodnie media również piszą o spowolnieniu tempa rosyjskiej ofensywy. W szczególności, jak zauważył The New York Times, rosyjską ofensywę komplikuje fakt, że na otwartym terenie rosyjskie wojska są zmuszone do posuwania się naprzód pod ciągłym ostrzałem Sił Zbrojnych Ukrainy z dominujących wzgórz. Ponadto zmęczenie jednostek, które szturmowały Awdijiwkę przez sześć miesięcy, zaczyna zbierać swoje żniwo, a Rosjanie nie mają wystarczającej ilości świeżych posiłków, aby utrzymać intensywność szturmów.

Rosyjscy korespondenci wojenni odnotowali uparty opór ukraińskich żołnierzy, którzy według kanału Rybar, bliskiego rosyjskiemu Ministerstwu Obrony, już „otrząsnęli się po utracie Awdijiwki” i aktywnie kontratakują. Z-bloger Siemion Piegow donosi, że ukraińskie siły zbrojne „nieustannie ściągają rezerwy”, co coraz bardziej utrudnia rosyjskiej armii posuwanie się naprzód.

Na południe od okupowanej Marjinki znajduje się wieś Nowomychajliwka, którą Rosjanie szturmują dużymi siłami od kilku miesięcy. Znajduje się tu potężna „twierdza” ukraińskich sił zbrojnych, która osłania drogę do Wuhłedaru, biegnącą przez sąsiednią wieś Kostiantyniwkę. Bez zdobycia Nowomychajliwki Rosjanie nie są w stanie zacząć osłaniać Wuhłedaru od północy.

Ukraińscy dowódcy twierdzą, że Rosjanie rzucają „olbrzymie siły” do zdobycia wioski, a jej zajęcie jest obecnie jednym z głównych priorytetów rosyjskich sił zbrojnych. Ukraińcy kontrolują obecnie zachodnią część wioski, Rosjanie umocnili się we wschodniej części, a walki toczą się w centralnej części.

(...)

Ukraińcy kontynuują systematyczne niszczenie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. W ubiegłym tygodniu na dno poszedł jeden z jej najnowocześniejszych okrętów – zwodowany w 2021 roku patrolowiec „Siergiej Kotow”. W nocy z 4 na 5 marca został on zaatakowany przez rój dronów morskich Magura V5 w pobliżu Mostu Krymskiego. Pomimo ognia dział pokładowych, rosyjski okręt przegrał bitwę i zatonął po kilku trafieniach.

„Siergiej Kotow” stał się trzecim okrętem Floty Czarnomorskiej zniszczonym na pełnym morzu przez ukraińskie drony od początku roku. Powtórzył on los kutra rakietowego „Iwanowiec” i dużego okrętu desantowego „Cezar Kunikow”. W każdym z tych przypadków okoliczności zniszczenia rosyjskich okrętów były niemal identyczne – jednoczesny atak kilkunastu dronów morskich, które najpierw obezwładniły, a następnie zniszczyły okręt.

Drony zostały prawdopodobnie zwodowane około 20 godzin przed atakiem na patrolowiec. Musiały pokonać około 700 kilometrów od Odessy, aby dotrzeć na miejsce ataku niezauważone. Mogły spędzić kilka godzin z dala od wybrzeża okupowanego Krymu, czekając na rozpoczęcie operacji. Wiadomo, że około 10 godzin przed atakiem cztery drony Magura V5 zostały zauważone przez załogę rosyjskiego statku towarowego „ELLA” 136 kilometrów od półwyspu.

(...)

Operacje ukraińskich sił zbrojnych przeciwko rosyjskim obiektom znajdującym się głęboko za linią frontu przybierają coraz większą skalę. Ukraińskie drony codziennie wlatują na terytorium Rosji i regularnie atakują ważne obiekty wojskowe i infrastrukturalne. Zasięg (900 kilometrów do Petersburga), waga głowicy bojowej (do 30 kilogramów) i zdolność do omijania obrony przeciwlotniczej cały czas rosną.

Zmasowany nalot dronów na rosyjskie miasto Taganrog w nocy z 8 na 9 marca jest żywym przykładem rosnącej zdolności ukraińskich sił zbrojnych do prowadzenia wojny przy użyciu środków asymetrycznych. Zdaniem eksperta wojskowego Serhija Auslendera jest to pierwsza tak duża operacja z udziałem ukraińskich dronów na terytorium Rosji.

Taganrog znajduje się w obwodzie rostowskim na wybrzeżu Morza Azowskiego. Miasto znajduje się około 130 kilometrów od linii frontu. Aby pokonać ten dystans, rój dronów, które emitują charakterystyczny hałas podczas lotu, musi przelecieć większość tej odległości nad terytoriami okupowanymi, teoretycznie chronionymi przez systemy obrony powietrznej. Jak się okazało, ukraińskie siły zbrojne są całkiem zdolne do latania dziesiątkami dronów na tej trasie jednocześnie.

Taganrog jest domem dla wielu obiektów rosyjskich sił zbrojnych i przemysłu wojskowego. Tym razem celem ataku były Zakłady Lotnicze w Taganrogu, które w szczególności naprawiają samolot A-50, uszkodzony 26 lutego 2023 roku na lotnisku Maczuliszcze w obwodzie mińskim na Białorusi.

Pod koniec tygodnia w mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia satelitarne fabryki w Taganrogu, która została zaatakowana przez drony. Wyraźnie pokazują one, że co najmniej dwa drony przebiły się przez dach hangaru lotniczego. Przypuszczalnie miał się tam znajdować samolot A-50 (ale nie ma na to wyraźnych dowodów w otwartych źródłach).

(...)

W ubiegłym tygodniu rosyjskie wojsko osiągnęło dwa medialne sukcesy jednocześnie – najpierw po raz pierwszy niszcząc dostarczoną przez USA wieloprowadnicową wyrzutnię rakiet HIMARS, a następnego dnia po raz pierwszy niszcząc dwie wyrzutnie systemu rakiet ziemia-powietrze Patriot.

Rosyjski dron zwiadowczy namierzył HIMARS 40 kilometrów od linii frontu. Pojazd pełnił służbę bojową z pełną amunicją. W wyniku trafienia przez precyzyjnie naprowadzany rosyjski pocisk rakietowy, prawdopodobnie wystrzelony z wyrzutni Tornado-S, amunicja wybuchła, a HIMARS został całkowicie zniszczony.

Jest to pierwsza udokumentowana strata amerykańskiego MLRS, który był prawdziwym przełomem w operacjach bojowych, wchodząc do służby w armii ukraińskiej latem 2022 roku. Kilka innych pojazdów zostało uszkodzonych, a w sumie Amerykanie dostarczyli Ukrainie co najmniej 39 MLRS tego typu (w służbie jest jeszcze 27 gąsienicowych analogów – M270, niemiecki MARS II oraz francuski LRU).

Następnego dnia ukraińskie siły zbrojne poniosły kolejną poważną stratę: w pobliżu wsi Serhijiwka na granicy obwodów donieckiego i dniepropietrowskiego Rosjanie zniszczyli dwie amerykańskie wyrzutnie rakiet Patriot celnym uderzeniem rakietowym. Od tego miejsca do linii frontu jest około 55 kilometrów.

(...)

W sumie Siły Zbrojne Ukrainy mają w służbie co najmniej trzy baterie Patriotów, czyli około 18 wyrzutni. Fakt, że Patriot został zniszczony w pobliżu frontu, potwierdza również hipotezę, że z powodu braku nowoczesnych zachodnich myśliwców F-16 Ukraińcy są zmuszeni do transportu zachodnich systemów obrony powietrznej do Donbasu. Jest to też powód, dla którego rosyjskie myśliwce spadają w Donbasie co kilka dni w ciągu ostatniego miesiąca.

belsat.eu

poniedziałek, 11 marca 2024



Angola to już czwarty kraj, po Ekwadorze, Katarze i Indonezji, który opuścił OPEC w ostatniej dekadzie. Jeszcze w 2010 r. OPEC miała udział w światowym rynku ropy naftowej na poziomie 34 proc. Teraz, po odejściu Angoli, spadł on do poziomu około 27 proc. Do tego spadku w znacznym stopniu przyczyniła się też konkurencja zza granicy – głównie produkcja w Stanach Zjednoczonych, która szybko rośnie od 2010 r. Od 2018 r. USA są największym na świecie producentem ropy. Większość surowca zużywają na własne potrzeby, a najważniejszym eksporterem pozostaje Arabia Saudyjska, czyli drugi producent świata. Saudyjczycy są też najbardziej wpływowym członkiem zarówno OPEC, jak i OPEC+. W styczniu tego roku do OPEC+ dołączyła co prawda Brazylia, co wzmacnia pozycję organizacji na świecie, ale kraj nie przyłączył się do cięć wydobycia ogłoszonych przez organizację.

Według Jorge’go Leóna kraje OPEC+ są silnie zdeterminowane, aby utrzymać dolny próg cenowy powyżej 80 USD za baryłkę w drugim kwartale tego roku. Jednakże mimo cięć oraz napięć politycznych związanych z atakami Hutich na Morzu Czerwonym ceny ropy pozostają stosunkowo niskie – znacznie poniżej poziomu 100 USD za baryłkę z lata 2022 r. 

Rynek w dużej mierze spodziewał się decyzji o przedłużeniu ograniczeń, a ceny surowca wzrosły jeszcze przed ogłoszeniem. Kolejne decyzje powinny zapaść 1 czerwca na spotkaniu ministrów OPEC+. Kraje członkowskie mają nadzieję na „powrót baryłek na rynek”, ale wszystko zależy od warunków rynkowych – z pewnością nie będą chciały tworzyć nadwyżki podaży. Przewidywania dotyczące popytu w drugiej części roku są rozbieżne. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) prognozuje wzrost zapotrzebowania o 1,2 mln bpd, a same kraje OPEC – o 2,2 mln bpd.

Wszystko to odbywa się na tle przemian gospodarczych w Arabii Saudyjskiej. Książę koronny Muhammad ibn Salman realizuje swoją wizję zawartą w Saudi Vision 2030. Zgodnie z nią planuje dywersyfikację gospodarki i zmniejszenie zależności kraju od ropy naftowej. Zwrot w polityce królestwa jest ewidentny. Pod koniec stycznia 2024 r. Rijad nakazał państwowemu koncernowi Saudi Aramco porzucenie projektu zwiększenia mocy produkcyjnych z obecnego poziomu 12 do 13 mln baryłek do 2027 roku. Zaoszczędzone środki posłużą m.in. transformacji energetycznej kraju. W ocenie Financial Times książę potrzebuje ceny ropy na poziomie około 100 USD za baryłkę, aby sfinansować swoje reformy.

energetyka24.com


Sukcesywne zacieśnianie zachodniego reżimu sankcyjnego wobec rosyjskiego sektora LNG nasila problemy branży, która zmaga się z poważnymi trudnościami zagrażającymi jej dalszemu rozwojowi. Embargo technologiczne i inne restrykcje doprowadziły do opóźnień w budowie nowych instalacji skraplających oraz spiętrzenia wyzwań związanych z logistyką i finansowaniem. Sankcje generują również dodatkowe koszty dla państwa oraz obniżają dochody ze sprzedaży gazu.

Rosyjscy decydenci upatrują w rozwoju LNG szansę na uniezależnienie się od ograniczeń infrastrukturalnych i politycznych, które charakteryzują rurociągowy przesył gazu. Wskutek decyzji Kremla Gazprom utracił znaczną część rynku europejskiego, a przekierowanie dostaw na rynki azjatyckie pozostaje niepewne. Stąd konieczność rozbudowy zdolności eksportowych gazu skroplonego jawi się jako jeszcze pilniejsza. Problemy sektora LNG oddziałują zatem negatywnie na perspektywę eksportu rosyjskiego gazu jako takiego.

W związku z trwającą na Zachodzie dyskusją o dalszym zaostrzaniu sankcji wobec Federacji Rosyjskiej (FR) warto rozważyć podjęcie działań w celu spowolnienia wzrostu sprzedaży rosyjskiego LNG. Oprócz dalszego obejmowania sankcjami podmiotów zaangażowanych w tę gałąź eksportu uzasadnione jest wprowadzenie unijnego embarga na rosyjski gaz skroplony. Biorąc pod uwagę prognozowaną zwyżkę podaży LNG na rynku globalnym w perspektywie najbliższych dwóch–trzech lat, odejście od jego importu z FR jest możliwe. W ten sposób zlikwidowano by europejską zależność od Kremla w tym obszarze (rosyjski LNG stanowi blisko 14% całości importu skroplonego surowca do UE), oddalając zagrożenie w postaci jej politycznego wykorzystywania i przybliżając Unię Europejską do zadeklarowanego celu rezygnacji z dostaw z tego kierunku od 2027 r.

Przed 2022 r. znaczenie sektora LNG dla rosyjskiego budżetu było relatywnie nieduże – i to pomimo formułowanych przez Kreml planów skokowego zwiększenia eksportu. Ten stan rzeczy wynikał zarówno z ulgowego traktowania pod względem fiskalnym podmiotów zaangażowanych w rozwój tej branży, jak i relatywnie niewielkiego wolumenu LNG w całości struktury sprzedaży rosyjskiego gazu. W 2021 r. z FR wyeksportowano 40,1 mld m3 tego paliwa przy ponad 200 mld m3 eksportu gazu rurociągowego. LNG odpowiadało zatem za 16% realizowanej przez Moskwę sprzedaży surowca za granicę.

W ciągu ostatnich dwóch lat znaczenie gazu skroplonego dla Rosji istotnie się jednak zwiększyło. W 2023 r. surowiec w tej postaci stanowił jedną trzecią jej eksportu gazu ogółem. Paradoksalnie wzrost roli sektora nastąpił nie dzięki zwiększeniu wolumenu wywożonego LNG, lecz wskutek drastycznego spadku sprzedaży gazu rurociągowego. Od 2021 r. Kreml jednostronnie ograniczył eksport surowca do Europy, aby wywołać kryzys energetyczny w UE. W efekcie w 2023 r. Rosja wyeksportowała o 116 mld m3 gazu mniej niż w 2021 r. Całość tej redukcji przypadła na kierunek zachodni.

Decyzja Moskwy o zmniejszeniu przesyłu gazu na Zachód wraz z sukcesywnym odchodzeniem UE od dostaw z Rosji przyczyniły się do znaczącego spadku realizowanego eksportu gazu rurociągowego. W tej sytuacji, przy niepewnej możliwości przekierowania „utraconych” wolumenów na inne rynki, Kreml stoi przed koniecznością poszukiwania nowych szlaków eksportu surowca.

Skokowe zwiększenie rurociągowego wywozu do Azji jest obecnie wykluczone ze względu na brak połączeń pomiędzy magistralami przesyłającymi surowiec ze złóż zachodnio- i wschodniosyberyjskich, a także niewystarczającą przepustowość gazociągów eksportowych do Chin i Azji Centralnej. W tym kontekście rozwój mocy skraplających oraz idący za tym wzrost sprzedaży LNG miałyby rekompensować spadek eksportu rurociągowego.

Rosyjscy decydenci widzą w eksporcie LNG sposób na włączenie się w globalny rynek bez konieczności oglądania się na przeszkody infrastrukturalne i polityczne. Świadomość potrzeby rozwoju tego sektora sprawia, że Kreml podejmuje bezprecedensowe działania mające stymulować ten proces poprzez m.in. umożliwienie skraplania surowca pochodzącego z systemu przesyłowego na szerszą skalę, co narusza dotychczasową pozycję Gazpromu. Od 2023 r. odnotowuje się również zwiększenie opodatkowania eksporterów LNG, co uwidacznia znaczenie tego sektora dla państwa.

Eksport gazu skroplonego realizowany drogą morską za pomocą metanowców (statków przeznaczonych do transportu LNG) daje większą swobodę wyboru odbiorcy – elastyczność globalnego rynku pozwala na przekierowywanie wolumenów tam, gdzie jest popyt i pochodzenie surowca jest akceptowalne. Aktualne uwarunkowania transportu LNG działają jednak na niekorzyść Rosji. O ile strukturalne właściwości światowego handlu ropą (duża podaż tankowców, obecność traderów funkcjonujących poza zachodnim systemem finansowym, zjawisko „floty cienia” transportującej surowiec z m.in. Iranu i Wenezueli) umożliwiły Rosji zredukowanie wpływu sankcji na poziom eksportu tego surowca, o tyle w przypadku wywozu gazu skroplonego podobne zabiegi – jak chociażby korzystanie z usług transportowych podmiotów gotowych do poniesienia ryzyka sankcyjnego – będą z kilku powodów mało skuteczne.

Po pierwsze liczba metanowców na świecie jest o wiele mniejsza niż tankowców. W 2023 r. aktywnych było 668 jednostek transportujących LNG, podczas gdy ropę i produkty ropopochodne przewozi blisko 9 tys. statków[4]. Relatywnie niewielka flota przystosowana do przewozu gazu skroplonego zawęża perspektywy wypracowania alternatywnych łańcuchów dostaw, angażujących traderów i armatorów gotowych do operowania w „szarej strefie”. Ograniczona liczba metanowców ułatwia także ewentualną identyfikację tych jednostek, które łamałyby potencjalne sankcje.

Po drugie szlaki logistyczne rynku LNG nie są tak elastyczne jak w przypadku ropy – tankowce mogą bowiem zmieniać swój punkt docelowy w trakcie żeglugi bądź cumować na otwartym morzu przez długi czas, podczas gdy jednostki przewożące gaz skroplony takiej swobody nie mają (wydłużenie szlaku transportowego z wykorzystaniem przewożonego ładunku jako paliwa napędzającego silnik statku jest utrudnione ze względu na konieczność eksploatacji odparowującego gazu).

Co więcej, techniczna specyfika rozładunku LNG zawęża możliwość ukrywania pochodzenia ładunku poprzez niejawne działania, jak chociażby przeładunek burta w burtę (przeładowanie paliwa na otwartym morzu z jednego statku na drugi w celu uniknięcia sankcji). W tym kontekście istotne jest położenie geograficzne zakładów skraplających LNG w Rosji, dodatkowo zmniejszające elastyczność dostaw. Do wywozu produkcji z instalacji znajdujących się za kołem podbiegunowym (Jamał LNG, Arktyczny LNG 2) konieczne są statki zdolne do operowania na zamarzających wodach, których liczba jest ograniczona.

Po trzecie globalne dostawy LNG bazują głównie na długoterminowych kontraktach, co dodatkowo redukuje potencjał pojawienia się „szarej strefy”.

Faktyczna rozbudowa rosyjskich mocy skraplających oraz idące za tym zwiększenie eksportu LNG są niełatwe do urzeczywistnienia ze względu na zapóźnienie technologiczne. Słaby punkt stanowi przede wszystkim dotychczasowe uzależnienie od zachodniego know-how, czego przykładem są istniejące w Rosji zakłady skraplające. Wszystkie funkcjonujące linie produkcyjne operują na bazie zachodnich technologii, które obecnie trudno jest zastąpić własnymi bądź wypracowanymi poza krajami G7. Wyjątek stanowi jedna instalacja przy zakładzie Jamał LNG, która pomimo zastosowania rodzimych rozwiązań technologicznych i tak korzysta w znacznej mierze z komponentów sprowadzonych z zagranicy[5].

Wprowadzając sankcje, zachodni decydenci wykorzystują w celu zwiększenia ich efektywności zarówno rosyjskie zapóźnienie technologiczne, jak i specyfikę rynku. Odcięcie FR od zachodnich technologii poskutkowało spowolnieniem tempa prac nad podniesieniem mocy zakładów skraplających dużej skali. Wbrew rządowym deklaracjom z 2021 r. Rosji nie udało się osiągnąć zakładanych celów – do końca 2024 r. zamierzano bowiem uzyskać zdolność produkcyjną na poziomie 46–65 mln ton LNG rocznie, podczas gdy rzeczywista zdolność nominalna wynosi aktualnie ok. 35 mln ton rocznie (przy uwzględnieniu pierwszej linii Arktycznego LNG, operującej od początku br. jedynie z 50-procentową przepustowością).

Embargo technologiczne zmusiło rosyjskich producentów LNG do zmiany terminów oddania do użytku zakładów skraplających na późniejsze. W praktyce może to oznaczać zaniechanie budowy części z nich. Gazprom ponownie poinformował o przesunięciu rozpoczęcia eksploatacji pierwszej linii Bałtyckiego LNG (wspólne przedsięwzięcie z Rusgazdobyczi) z 2023 na 2026 r.[6], co i tak wydaje się założeniem optymistycznym. Przyczyną decyzji było wycofanie się z projektu niemieckiej firmy Linde – generalnego wykonawcy i zarazem dostawcy technologii.

W założeniu władz FR w sferze technologicznej zachodnich kontrahentów mają zastąpić rodzime podmioty. Dotychczas Novatek – największy eksporter LNG z Rosji – opatentował dwie technologie skraplania, z których jedna jest już stosowana (nie wiadomo, w jakim stopniu operuje ona na rosyjskich komponentach). Należy przy tym zaznaczyć, że przepustowość wykorzystującej tę technologię linii wynosi jedynie 0,9 mln ton LNG rocznie, a żadnego z krajowych rozwiązań nie wdrożono w dużej skali. Rodzi to wątpliwości co do ich szerokiej komercjalizacji w krótkim horyzoncie czasowym. Dość powiedzieć, że plany dotyczące zakładów funkcjonujących w całości na bazie rodzimych technologii nie wyszły do tej pory z fazy projektowej.

Ponadto, ze względu na brak możliwości współpracy z zachodnimi podmiotami, przed Rosjanami pojawiły się także przeszkody infrastrukturalne i logistyczne, zmuszające ich do zmian koncepcyjnych w zakresie instalacji. Koronnym przykładem jest tutaj projekt Murmański LNG, który boryka się z konsekwencjami nałożenia na Rosję embarga technologicznego. Z uwagi na niedostępność zachodnich turbin gazowych zakład ma być zasilany energią elektryczną przesyłaną bezpośrednio z elektrowni. Założenia tego projektu przyczyniły się do konfliktu na linii Novatek–Gazprom, m.in. o to, która z firm będzie finansować budowę gazociągu do instalacji[7].

Innym problemem jest obsługa całego sektora przez metanowce – w obliczu sankcji zagraniczne stocznie bądź firmy zaangażowane w dostarczanie konkretnych komponentów dla jednostek wycofały się z kooperacji z Rosjanami bądź zerwały kontrakty[8]. Nawet w wypadku oddania do eksploatacji nowych zakładów LNG może się zatem okazać, że ich produkcja zostanie celowo obniżona przez niemożność wywozu wytworzonego tam skroplonego surowca.

(...)

Biorąc pod uwagę znaczenie sektora LNG dla Kremla, kontynuowanie unijnego importu gazu skroplonego z Rosji stoi w sprzeczności z deklaracjami o zachodnim wsparciu dla Ukrainy. Wielkość wolumenu tej wymiany uległa w ub.r. jedynie niewielkiemu spadkowi względem roku 2022 – o ok. 5%, do poziomu 17,8 mld m3 (obniżenie wartości wymiany wynika z niższych cen gazu w 2023 r.). Stanowi to dowód na to, że do tej pory w UE nie zaistniała wola całkowitego odejścia od rosyjskiego LNG ani nawet znacznej redukcji sprowadzanych wolumenów – stąd brak embarga na to paliwo.

Dla części państw UE (Belgii, Hiszpanii, Francji) gaz skroplony z Rosji stanowi średnio ponad 10% całości importu gazu (częściowo wolumen trafia do odbiorców z innych krajów za pośrednictwem lądowej sieci przesyłowej). Opór wobec implementacji zakazu wykazują przede wszystkim firmy z tych państw unijnych, które podpisały długoterminowe kontrakty na dostawy jeszcze przed 2022 r. (m.in. francuski TotalEnergies i hiszpański Naturgy)[18], obawiające się m.in. reperkusji związanych z zerwaniem umów. Co więcej, znajdujące się w UE terminale służą również jako punkt przeładunkowy[19] – w trzech pierwszych kwartałach 2023 r. ok. 20% całości rosyjskiego importu LNG do UE przyjęto w Belgii i Francji, skąd następnie reeksportowano surowiec na rynki pozaunijne.

Biorąc pod uwagę znaczenie sektora LNG dla Kremla, kontynuowanie unijnego importu gazu skroplonego z Rosji stoi w sprzeczności z deklaracjami o zachodnim wsparciu dla Ukrainy. Wielkość wolumenu tej wymiany uległa w ub.r. jedynie niewielkiemu spadkowi względem roku 2022 – o ok. 5%, do poziomu 17,8 mld m3 (obniżenie wartości wymiany wynika z niższych cen gazu w 2023 r.). Stanowi to dowód na to, że do tej pory w UE nie zaistniała wola całkowitego odejścia od rosyjskiego LNG ani nawet znacznej redukcji sprowadzanych wolumenów – stąd brak embarga na to paliwo.

Dla części państw UE (Belgii, Hiszpanii, Francji) gaz skroplony z Rosji stanowi średnio ponad 10% całości importu gazu (częściowo wolumen trafia do odbiorców z innych krajów za pośrednictwem lądowej sieci przesyłowej). Opór wobec implementacji zakazu wykazują przede wszystkim firmy z tych państw unijnych, które podpisały długoterminowe kontrakty na dostawy jeszcze przed 2022 r. (m.in. francuski TotalEnergies i hiszpański Naturgy)[18], obawiające się m.in. reperkusji związanych z zerwaniem umów. Co więcej, znajdujące się w UE terminale służą również jako punkt przeładunkowy[19] – w trzech pierwszych kwartałach 2023 r. ok. 20% całości rosyjskiego importu LNG do UE przyjęto w Belgii i Francji, skąd następnie reeksportowano surowiec na rynki pozaunijne.

osw.waw.pl

niedziela, 10 marca 2024



Z wyłączeniem okresu pandemii COVID-19 wzrost PKB Chin był w ubiegłym roku najniższy od 1990 r. Wskazuje to na strukturalne spowolnienie gospodarcze pogłębione przez bieżące problemy[1], ale świadczy też o akceptacji Pekinu dla niższego tempa ekspansji. Głównym priorytetem władz ChRL jest bowiem obecnie wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego państwa – m.in. poprzez promowanie przemysłu i eksportu.

Ogłoszony przez premiera Li Qianga w Davos wzrost PKB w 2023 r. na poziomie 5,2% podawany jest w wątpliwość, choć dynamika gospodarcza w istocie zwiększyła się po porzuceniu przez władze strategii „zero COVID” pod koniec 2022 r. Według urzędu statystycznego wzrost PKB w 2022 r. osiągnął 3%. Wiarygodność tych wyliczeń jest jednak niska, a faktyczna dynamika – nieznana. Analitycy wyraźnie różnią się w ocenie. Szacunki zebrane przez agencję Bloomberg dotyczące wzrostu PKB w 2023 r. oscylują w przedziale od 1,5% do 7,2%.

Podstawowym problemem w ocenie odczytu wskaźnika za 2023 r. jest podstawa porównań – wyniki z pandemicznego roku 2022. Oficjalne statystyki zapewne wówczas zawyżono w obliczu gwałtownego spowolnienia w drugim i czwartym kwartale z powodu kolejnych fal COVID-19. Jest mało prawdopodobne, aby wzrost PKB wyniósł 3% w 2022 r. i 5,2% rok później. Przynajmniej jedna z tych dwóch liczb musi mijać się z prawdą. Wbrew oficjalnym danym wzrost gospodarczy w 2022 r. najpewniej oscylował w pobliżu 0, a w 2023 r. również był niższy niż przed pandemią, gdy miał regularnie przekraczać 6%.

Wskaźnik PKB od lat pozostaje narzędziem wewnętrznej i zewnętrznej propagandy Pekinu. Jako podstawowy wyznacznik kondycji gospodarczej ma świadczyć o sukcesach Chin pod rządami partii komunistycznej. Badania ekonomiczne dowodzą, że chińscy statystycy manipulują wielkością deflatora PKB (miarą zmiany cen w gospodarce) i dostosowują w ten sposób wartość nominalną do pożądanej wartości realnej, która jest powszechnie porównywana międzynarodowo[2]. W przeszłości wprost wskazywano na fałszowanie wskaźnika[3]. Ponadto raportowany wzrost PKB jest nie tyle skutkiem aktywności gospodarczej, ile jej przyczyną – władze wyznaczają bowiem co roku oczekiwaną dynamikę na kolejny okres. W efekcie część aktywności nie jest motywowana ekonomiczne i nie ma produktywnego charakteru.

(...)

Tymczasem zadłużenie i tak wzrosło najmocniej w historii ChRL. Zobowiązania z tytułu zagregowanego finansowania realnej gospodarki zwiększyły się w ubiegłym roku o rekordowe 33,9 bln juanów, czyli o niemal 27% PKB. Jak wynika z oficjalnych danych, na koniec 2023 r. sięgnęły 299,9% PKB. Aby wygenerować jednego juana wzrostu PKB, potrzebowano 6,7 juana nowego długu. W ostatnich dwóch dekadach tylko w 2020 r. bilans był gorszy. W chińskich realiach, w których władze państwowe mają niebagatelny wpływ na wielkość i kierunek akcji kredytowej, istotny wzrost zadłużenia oznacza stymulację gospodarki przez Pekin.

Szybko rosnące i wysokie zadłużenie stanowi zagrożenie dla stabilności finansowej państwa oraz świadczy o nieefektywnym ekonomicznie wydawaniu pieniędzy. Inne miary zjawiska wskazują, że w ciągu ostatnich 15 lat chińskie zobowiązania w stosunku do PKB podwoiły się: z ok. 140% wzrosły do przeszło 300%. To bardzo wysoki poziom zadłużenia jak na relatywnie niski poziom rozwoju gospodarki (zob. wykres 4). Szeroki strumień pieniądza napędzał inwestycje i pompował PKB. Ten model gospodarczy stawał się jednak coraz mniej skuteczny – potrzeba coraz więcej środków, by osiągnąć podobne efekty. Historia pokazuje, że po okresie gwałtownego wzrostu zadłużenia nadchodzi moment korekty – w formie kryzysu, jak w USA, albo wieloletniej stagnacji, jaką znamy z Japonii. Tymczasem dla Xi Jinpinga fundamentalne znaczenie ma kwestia stabilności, będąca podstawą bezpieczeństwa i uodpornienia na zewnętrzne wpływy.

(...)

Niska konsumpcja od lat jest problemem ChRL, świadczy bowiem o wyjątkowym niezbalansowaniu gospodarki, w której wyjątkowo znaczącą rolę odgrywają inwestycje. W efekcie Chińczycy w ograniczonym zakresie korzystają z owoców wzrostu PKB. Konsumpcja w chińskich gospodarstwach domowych utrzymuje się na poziomie poniżej 40% PKB, podczas gdy w Polsce jest to ok. 60%, a w USA – ponad 70%. Władze ChRL od lat deklarują potrzebę wspierania konsumpcji, ale za słowami nie idą czyny[6]. Obecnie główny priorytet Pekinu to wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego. Cel ten zamierza on osiągnąć poprzez inwestycje oraz produkcję przemysłową. De facto władze wracają więc częściowo do starego modelu gospodarczego, tyle że zamiast inwestycji w nieruchomości znacznie zwiększają nakłady w sektorze energetycznym. Eksport jest efektem ubocznym rozbudowy mocy produkcyjnych, umożliwiającym osiągnięcie zysku przez przedsiębiorstwa prywatne.

osw.waw.pl


Kilka tygodni po odbiciu Awdijiwki wiele wskazuje na to, że Rosjanie posuwają się naprzód. Priorytetem ukraińskiej armii jest teraz zapobieganie poważnemu przełomowi. — Pociski artyleryjskie są walutą tej wojny — twierdzi Gustav Gressel, ekspert wojskowy z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych.

Ogromne braki amunicji w Ukrainie są również porażką europejskiej polityki. UE złamała swoją najważniejszą obietnicę z wiosny 2023 r., kiedy zobowiązała się do dostarczenia do marca 2024 r. 1 mln sztuk pocisków dla sił Kijowa. Do stycznia do kraju dotarła tylko jedna trzecia wsparcia. Według szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella do końca marca liczba może wzrosnąć do pół miliona.

Dochodzenie, które zostało przeprowadzone przez "Welt am Sonntag", ukazuje, dlaczego projekt musiał zakończyć się niepowodzeniem: najpierw sojusz na wiele miesięcy zagubił się w dyskusjach, a następnie państwa ponownie poszły własną drogą. Fakt, że na przestrzeni wielu lat moce produkcyjne Europy zostały zmniejszone, a działania USA są obecnie ograniczone z powodu wewnętrznych politycznych sporów, zbiera swoje żniwo.

W tej sytuacji pomysł prezydenta Czech Petra Pavla może być ratunkiem dla Ukrainy. Jak powiedział czeski przywódca, jego kraj zgromadził środki na zakup poza UE 800 tys. sztuk pocisków artyleryjskich dla Ukrainy (większość to standardowy kaliber NATO 155 mm). Zapasy mają zostać dostarczone w najbliższych miesiącach.

(...)

Jednym z powodów niepowodzenia jest inercja UE. W marcu 2023 r. cel został uzgodniony przez Radę Europejską. W maju Josep Borrell zaprosił do Brukseli przedstawicieli największych europejskich firm zbrojeniowych. Jednak gdy jesienią umowy ramowe zostały ostatecznie uzgodnione, państwa UE nagle się zawahały.

Według informacji "Welt am Sonntag" jeden z głównych europejskich producentów zaoferował Brukseli około 400 tys. sztuk pocisków artyleryjskich. Oferta obowiązywała do końca 2023 r., a EDA miała zająć się transakcją. Jednak tylko siedem krajów było gotowych zamówić łącznie 50 tys. pocisków — a jedno z zamówień obejmowało 80 sztuk. Ostatecznie producent sprzedał amunicję krajom trzecim, które natychmiast skorzystały z oferty.

Za wahaniami stały również osobiste interesy. Zamówienia na amunicję w ramach inicjatywy trafiły w całości do Ukrainy. Jednak niektórzy szefowie rządów chcieli również uzupełnić braki we własnych zapasach.

Viola von Cramon, niemiecka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Zielonych, oskarża o to m.in. decydentów w Niemczech. — Z moich informacji od kolegów wynika, że decydujący organ w federalnym ministerstwie obrony przez długi czas nie chciał składać zamówień na niezbędną broń i amunicję, aby nie musiały one być natychmiast przekazywane do Ukrainy zamiast do własnych zapasów — tłumaczy polityczka.

Gustav Gressel zakłada również, że Berlin zahamował zamówienia "ponieważ przez długi czas pojawiały się tylko skargi, że umowy ramowe są zbyt drogie i że wolą oni kupować granaty na własną rękę". Od czasu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji ceny ciężkich i szczególnie pożądanych granatów kalibru 155 mln wzrosły wielokrotnie, a jedna sztuka kosztuje od 4 tys. do 8 tys. euro (17 tys. do 34 tys. zł). Przed wojną było to ok. 1 tys. euro (4 tys. zł).

Jednak Francja również odegrała tu niechlubną rolę. Przez długi czas Paryż nalegał, aby amunicja była zamawiana wyłącznie w UE — także, aby wzmocnić własny przemysł obronny. Od tego czasu prezydent Emmanuel Macron porzucił to stanowisko i popiera plan Czech.

Jasne jest jednak to, że o ile obecnie Emmanuel Macron przedstawia się jako bojownik o Ukrainę, działania Francji nie idą w parze ze słowami. Pod względem całkowitej wartości dostaw wojskowych Paryż od 2022 r. jest daleko w tyle za liderami wśród ukraińskich sojuszników: USA i Niemcami.

onet.pl/Die Welt